Homo Ilum 4. Kosmogonia - Paweł Sułkowski - ebook
Opis

Homo Ilum 4. Kosmogonia to finalny etap kosmicznej wyprawy mieszkańców Nibiru na odnalezioną w systemie gwiazdy Mt-13-c Apsu planetę. Wyprawy, która powoli zamieniała się w koszmar.
Kosmogonia jest teorią wyjaśniającą pochodzenie świata.
Przedstawienie modelu kosmogonicznego było jednym z powodów, dla których powstaje cykl HOMO ILUM. Model nawiązuje do aktualnego stanu fizyki, hinduistycznej wizji świata oraz buddyjskiej – konkretnie tybetańskiej – praktyki przechodzenia przez kolejne bardo (etapy życia materialnego i niematerialnego).
Hinduizm to jedyna współczesna religia, która wywodzi się bezpośrednio z sumeryjskich pierwocin, ze świata bogów. Tych samych, którzy nas uczłowieczyli i którzy pozostawili nam swoją wiedzę. Wszak należąca do sumeryjskiego panteonu przepiękna bogini Inana była opiekunką kultury powstałej w dolinie Indusu.
Wychowany w tradycji hinduistycznej królewicz Siddhartha Gautama Śakjamuni, będący pierwszym buddą (przebudzonym), rozwinął praktykę skutecznego poszukiwania absolutnej prawdy z finałem w postaci nirwany (zgaśnięcia), czyli ostatecznego przerwania sansary (bezustannego kołowrotu narodzin i śmierci).
Zaproponowany model kosmogoniczny, mimo że nawiązuje do podstaw hinduizmu, odarty z religijnych dogmatów stał się prosty i zrozumiały. Czy pozostało w nim miejsce dla Boga? Oczywiście. Dla tego prawdziwego, stworzyciela światów. Prędzej czy później każdy go odnajdzie. Każdy bez wyjątku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


LVKRAJOBRAZ PO BITWIE

Na pokładzie transportowca „Pô”, zanim sierżant Samon został dowieziony przez doktorkę do szpitala, zdążył już całkowicie odzyskać przytomność. Nawet chciał zejść z wózka, ale mu nie pozwoliła. Również porucznik Tarve kilka minut później doprowadził dowódcę do ambulatorium. Obaj poszkodowani dostali po pół szklanki stawiającego na nogi niebieskawego eliksiru. Dopiero teraz mogli się pozbyć cuchnących kombinezonów i wejść pod prysznic. Potem doktorka nakazała im poleżeć kwadrans w bezruchu na leżankach, a następnie przeszli serię standardowych testów. Wyniki były na tyle poprawne, że można było obu wypisać ze szpitala.

Ciała Bosse i Tegore’a Mona zabrała do prosektorium.

Dowódca, który przejął już swoje obowiązki, od nowa porozdzielał zadania między członków załogi. Szczególnie ważne było ustalenie, kto zastąpi kucharza. Wszyscy bardzo lubili sierżanta Tegore’a, więc było jasne, że jego brak jeszcze długo będzie rzutował na atmosferę na pokładzie.

Najważniejsze, że wreszcie zniknął ten nieznośny stan zagrożenia. Opadły emocje i wszyscy znowu mogli się czuć komfortowo, bez ciągłego sprawdzania, czy korytarz jest bezpieczny, czy można wejść do kabiny, czy za drzwiami nie zaczaił się przypadkiem Bosse. Wprawdzie stan napięcia nie trwał zbyt długo, ale odcisnął swoje piętno na psychice załogi.

Obecnie niepokoił ich już tylko los „Sigu”. Na to, niestety, nie mieli żadnego wpływu.

Pod czujnym okiem nawigatorki „Pô” podążał prosto do celu. W tej chwili z prędkością już prawie sześć razy większą od prędkości światła. Brak kontaktu z „Sigu” sugerował, że podążał samotnie.

***

Na pokładzie „Sigu” Troy z Meetsem jeszcze długo po wyjściu ze szpitala zastanawiali się, co aktualnie może się dziać na mostku i w jaki sposób się na niego dostać. W zasadzie możliwość była tylko jedna. Jedna bardzo zła możliwość, czyli wjazd na mostek windą. Jeżeli mostek został opanowany przez obcych, mogła to być misja samobójcza.

Ale skąd na mostku mieliby się wziąć obcy, skoro rano mózg wyłowił tylko zneutralizowaną już przez nich, a obecnie zamrażaną czwórkę? To po pierwsze.

Po drugie zaś, jeżeli nie dostaną się na mostek, to co dalej? To tak, jakby dobrowolnie kładli głowy pod topór.

Troya motywowała jeszcze i dodawała mu odwagi troska o los wszystkich pozostawionych na mostku pań. A właściwie tylko jednej. Gdyby obcy zrobili jej jakąkolwiek krzywdę albo – bał się nawet o tym pomyśleć – zabili, on pozabijałby ich gołymi rękami. To było jasne. Porozrywałby ich na strzępy, rozmazał po ścianach i wdeptał w podłogę. I najlepiej, gdyby na końcu sam przy tym zginął. Bo wiedział doskonale, że bez Telli dalsze jego życie traciło jakikolwiek sens.

Tymczasem wiatraki pchały ich korytarzami do windy mostkowej. Im byli bliżej, tym więcej wątpliwości pojawiało się w jeszcze ciągle obolałych głowach.

Drzwi windy były otwarte. Posprawdzali automaty, wymienili akumulatory, naszykowali granaty. Wreszcie wsiedli. Troy spojrzał na Meetsa i dotknął przycisku. Z duszą na ramieniu i wiatrakami na plecach jechali prosto na mostek. Ku przeznaczeniu.

Troy miał fatalne przeczucia. Cały entuzjazm sprzed godziny, kiedy to zupełnie bezkarnie strzelał do obcych jak do kaczek, ulotnił się niczym poranna mgiełka przed jego grotą.

„Hmm… Grota… Wspaniała, bezpieczna grota” – przeleciało mu wsobnie przez myśl. „Gdzieś tam…” Zerknął na podłogę. „Kiedyż to było?… Sar lat temu? Gesz sar?… Nie, zaledwie dwa dni!… Dwa dni… Wtedy jeszcze nie było Telli… A teraz… Może leży tam na górze?… Nie!!! Proszę, niech nie leży… Bardzo proszę… Błagam!”

Pragnął już być na mostku. By w końcu rozprawić się z tymi pieprzonymi cyborgami. Rozwalić ich długą, wściekłą serią z automatu. Prosto pomiędzy wyłupiaste gały. Spalić na popiół. Wszystkich, bez wyjątku! Bez względu na to, ilu ich będzie. Jednocześnie panicznie bał się tego, co może tam zobaczyć. Bo przecież skoro żadna z pań nie odbierała ich wezwań, skoro nagle, w jednym momencie wszystkie trzy zamilkły, to musiało się tam wydarzyć coś strasznego. Tylko co? Czy one w ogóle jeszcze żyły?… Czy może tak jak Ivo albo Brankos?… Już nie mógł się doczekać. „Jeszcze chwila i wszystko będzie jasne. Wszystko…”

Odbezpieczył automat i przełknął ślinę. Próbując zapanować nad nerwami, wciągnął głęboko powietrze.

Obaj musieli być teraz niezwykle precyzyjni i cholernie szybcy. Znacznie szybsi od tamtych w środku. Musieli ich trafić morderczą serią już za pierwszym razem, zanim oni spróbują wrzucić do windy granat. Inaczej będzie po nich.

Winda się zatrzymała. Drzwi ruszyły na bok, chowając się w ścianie.

Obaj z Meetsem wisieli pod sufitem z wilgotnymi od potu palcami na spustach. Nerwy mieli napięte do granic wytrzymałości. Jeżeli tylko coś wrogiego się teraz poruszy, jeżeli tylko drgnie, natychmiast zostanie zmiecione wściekłą salwą z obu automatów.

Przywitał ich półmrok. Przyciemnione światło lampek na pulpicie jak w czasie nocnej zmiany, bezruch i cisza. Zupełna cisza.

Oni też wisieli w klatce windy w bezruchu. Wolno mijały sekundy wyczekiwania na cokolwiek. Nie błysnęła żadna wroga wiązka światła. Nie poleciał w ich kierunku żaden granat. Nie poleciało nic. Nic nie drgnęło, nie poruszyło się.

Czyżby na mostku nie było nikogo? Czy może to tylko sprytna pułapka?

Wisieli, nasłuchując i wypatrując kogokolwiek. Wreszcie Troy dał znak ręką i ostrożnie opadli na podłogę. Posuwając się krok za krokiem, wzajemnie się ubezpieczając, wolniutko weszli do środka.

Za stanowiskiem oficera dyżurnego, za pulpitem nawigatora mogli się czaić obcy. Mogli się schować w którymś z kilku sporych schowków w ścianach, mogli czekać w toalecie. Mogli być wszędzie.

Wszystkie te miejsca dokładnie sprawdzali. Jedno po drugim. Bez pośpiechu, w kompletnej ciszy i bardzo ostrożnie. Za to w ciągłym napięciu i w ciągłej gotowości do strzału. By nie dać się zaskoczyć.

 

– Ani wrogów, ani swoich… – odezwał się wreszcie Troy, zamykając drzwi do toalety. – Gdzie one się podziały?… Czyżby je porwali?

– Chyba nie dla okupu. I tak wszystko na statku jest za darmo – zauważył z przekąsem Meets. Z niego napięcie chyba już zupełnie spłynęło. – Daj te cholerne busole, zanim nas przypadkiem załatwisz. Może tu je zostawimy? – Otworzył jakąś szafkę.

– Automat porucznika też?

– Tak, daj. Ale bez tego. – Wypiął akumulator, podał Troyowi i zamknął schowek. Podszedł do pulpitu nawigatora. Włączył coś, potem wiele razy przełączał, sprawdzał. – Cholera, Troy, tu nic nie działa! Kompletnie! Żaden ekran niczego nie pokazuje. Nic dziwnego, że piękne panie sobie poszły.

– Myślisz, że poszły? Tylko dokąd? Może sprawdzimy ich kabiny?

– Tak trzeba zrobić. Nic tu po nas, idziemy. Najpierw moduł oficerski.

Zjechali piętro niżej. Wisząc pod sufitem, otworzyli drzwi na korytarz. Ale już byli pewniejsi, swobodniejsi.

Korytarz był pusty. Przynajmniej widoczna jego część. Skierowali się do modułu numer dwa. Był niedaleko. Zaraz za tym, w którym kilka godzin temu znaleźli kapitana.

Meets wpisał na busolę dane kabiny Bretty. Nikt nie odpowiadał. Wpisał dane Trekku. Znowu nikogo.

– Gdzie one się, do pioruna, podziały? – denerwował się.

– Sprawdźmy jeszcze moduł Telli. Może tam poszły.

– Który to?

– Dwudziesty ósmy.

– Nie, to za daleko. Bez grawitacji tak daleko by nie uciekały… Może chociaż będzie ta jędza Ma’ana.

Wpisał jej dane. Znów brak odpowiedzi.

– Kto tu jeszcze mieszka? – zapytał Troy.

– Doktorka. Ale jest w szpitalu.

– A w module kapitana Ivo?

– Oprócz dowódcy jeszcze ten szurnięty Kliwer i Nolen, szef kuchni. No i Brankos, ale jest w lodówie u doktorki.

– To może tam będą?

Wrócili do modułu numer jeden. Meets wpisał kabinę Kliwera.

– Tu Kliwer, sam pan jest, złociuteńki?

– No, wreszcie!… Nie. Jest ze mną… Kurde, jak ty, pasażer, masz na imię?

– Arno… Dla przyjaciół Arnold – rozpędził się.

– Jak?!… – Meets zachichotał. – Jest ze mną Arno Troy. – Spojrzał na niego rozbawiony. – Znaczy pasażer Arnold… Możemy wejść?

– Już otwieram.

Chwilę trwało, zanim otworzyły się drzwi śluzy.

– Proszę, złociuteńcy. Dobrze, że wreszcie jesteście. Bardzo fajowe te wiatraczki – zauważył Kliwer, przytrzymując się klamki.

– Tak, bardzo zgrabne. Znaleźliśmy na korytarzu. Wchodź, znaczy wpływaj… pasażerze Arnoldzie…

– Dzień dobry. Myśleliśmy już, że ta część statku została porzucona – odezwał się pasażer.

– Nie, złociuteńki. Przeciwniuteńko. Płyńcie do mnie. Chyba jeszcze się zmieścicie.

Gdy tylko Kliwer zamknął drzwi do modułu, z jego kabiny wypłynęły po kolei wszystkie trzy poszukiwane kobiety. Bardzo przestraszone.

– Cudownie znowu panie widzieć – ucieszył się pasażer. – Już myśleliśmy, że ktoś was porwał.

– Na szczęście nie. – Tella uśmiechnęła się do niego.

– Czemu nikogo nie ma na mostku? – zapytał z wyrzutem Meets.

– Proszę bardzo, wpłyńcie do kabineczki. Zapraszam. Nie będziemy przecież rozmawiać w kucheneczce.

Gdy tylko wpłynęły do kabiny i skończyły podziwiać zdobyczne wiatraki na plecach bohaterów, z pewnymi kłopotami, przytrzymując się oparć, zajęły należne im miejsca w fotelach. Panowie, mimo że przy braku grawitacji mogli wisieć w powietrzu, woleli jednak gnieździć się na jedynej w tym pomieszczeniu pryczy.

Kiedy poczuli się bezpiecznie w zamkniętej kabinie porucznika Kliwera, oficerka dyżurna Tersa Bretta wreszcie mogła wyjawić największą tajemnicę.

– Jappi Valio prawdopodobnie jest z nimi! – wyszeptała podnieconym głosem. – Nawet na pewno! Widziałyśmy go na ekranie! Jak tych troje wyszło w waszym kierunku, straciłyśmy podgląd korytarzy. Ale wizja wróciła jeszcze na moment. Wtedy go zobaczyłyśmy. Wychodził z tego samego hangaru. Miał na plecach taki sam wiatrak jak te wasze. Identyczny. Najpierw myślałyśmy, że to może ktoś inny, ale jak zrobiłam zbliżenie…

– Właśnie! Kiedy zobaczyłyśmy, jak z tym wiatrakiem idzie w stronę windy mostkowej… – włączyła się Tella. Aż dostała wypieków. – I że w ręce też trzyma busolę, całkiem jak tamci, sprzątnęłyśmy mu windę sprzed nosa i uciekłyśmy tu, do Ilmo.

– Przecież i tak by się nie dostał do windy – zauważył trzeźwo Meets. – Po to ją zakodowaliśmy.

– No tak… Jakoś nam się zapomniało… Przestraszyłyśmy się… – wyznała nawigatorka Trekku. – A gdzie Ogi? Co się z wami działo? I co z nimi?

– Porucznik nie żyje – oznajmił sierżant.

– Ogi?!… Ogi nie żyje?! – zawołały jednocześnie obie panie oficerki.

– Jak to? Kto go?… – dopytywała Bretta.

– Chyba sam się załatwił… Przypadkiem… Taką właśnie busolą obcego – wyjaśnił Troy.

– Sam?!… – przestraszyła się Bretta. – Jak to sam?…

– Ano sam – powtórzył. – Przy okazji nas o mało nie zabił.

Razem z Meetsem, jeden przez drugiego, opowiadali teraz, jakie to szczęścia i nieszczęścia ich spotkały, odkąd opuścili mostek.

– Z tego, co powiedziała nam doktorka Reter, wynika, że kapitan Ivo mógł zostać zniszczony w podobny sposób. Czyli tak jak zginął porucznik Brankos – zakończył Troy. – Za pomocą busoli.

– To bardzo prawdopodobne… – zgodziła się smutno oficerka Bretta. – Chociaż myślę, że Bert nie zginął przypadkiem. Jeżeli Jappi, to znaczy porucznik Valio, jest razem z nimi, to czy to czasem nie on zabił kapitana? – Spojrzała po słuchaczach.

Byli mocno zaskoczeni posądzeniem jednego z oficerów, ich kolegi, o uśmiercenie kapitana. Nawet jeżeli trzymał z obcymi.

– Przed obiadem wezwałam Jappiego na mostek. Bert powiedział mu, że chce się dostać do tego magazynu na dole. Jednocześnie poprosił go o kamerę. Wcisnął mu, że zamierza ją zamontować przed swoim modułem, ale może Jappi się domyślił?

– Mogło tak być – zgodził się Meets.

– Po obiedzie Jappi przyszedł na mostek z kamerą – opowiadała dalej poruczniczka. – Powiedziałyśmy mu, że miał ją zanieść do dowódcy. Pamiętasz, Lipio? Marudził, że jest po służbie, że nie ma kiedy się wyspać, aż w końcu zostawił ją u nas.

– Tak – potwierdziła nawigatorka. – Poszłam z kamerą do Berta, ale już się do niego nie dostałam.

– No właśnie… – kontynuowała oficerka Bretta. – Teraz tak sobie myślę, że przecież on mógł przyjść na mostek już po wizycie u Berta… Zabił go, a dopiero potem przyszedł do nas…

– Mogło tak być… – powtórzył słowa Meetsa Troy. – A was nie zabił przy okazji tylko dlatego, że gwarantowałyście mu, panie, alibi… Kiedy się zorientował, że dowódca skądś wie o tym ich magazynie, postanowił wszystko przyspieszyć. Nie czekać jeszcze jednej doby, bo to groziłoby wykryciem spisku… Jestem ciekaw, czy porucznik Valio zdążył ostrzec tego Bosse na „Pô”.

– Pytanie, czy oni usłyszeli, co pan do nich mówił na końcu – wtrąciła Trekku. – Czy kapitan Mera zrozumiał, o co panu chodzi.

– Czy dali sobie radę z panem Bosse – sprecyzowała Bretta.

– Skoro jest ich siódemeczka, Tersuniu, to powinni spokojniutko dać sobie z nim radeczkę – zauważył Kliwer. – Bez problemiczku.

– Oby… Ciekawe, gdzie oni teraz mogą być… Lecą dalej czy może nas szukają?

– Chyba lecą dalej, Telluniu. Skoro straciliśmy kontakciczek, to znaczy, że się bardzo od siebie oddaliliśmy. Jak znudzeni sobą kochaneczkowie. Ponowne znalezienie się w tej sytuacyjce zakrawałoby na cudziczek. Myślę, złociuteńcy, że jeżeli się spotkamy, to dopiero kręcąc kółeczka wokół tej planeteczki – rozwiał wszystkim nadzieje na rychły kontakciczek nawigator Kliwer.

– Szkoda… Pamiętasz, Tello, jeszcze wczoraj miałem nadzieję porozmawiania sobie z panem Bosse. A dzisiaj mam nadzieję, że zdążyli go zabić… Jak w kosmosie to wszystko się szybko zmienia… – Zadumał się na chwilę. – No tak, ale gdzie teraz może być pan porucznik Valio?

– Tego właśnie nie wiemy. Dlatego schowałyśmy się u Ilmo – wyjaśniła Bretta.

– Tak. To mamy zagwozdeczkę… On pewnie celowo sfajtolił coś na mosteczku w taki sposobiczek, żebyśmy nie mogli sobie pogadać i żeby nie można go było wyśledzić.

– Ale przecież wjazd na mostek jest zakodowany – zauważył Troy, któremu sposób wypowiadania się porucznika Kliwera podobał się coraz bardziej. – W jaki sposobiczek miałby to zrobić?

– Prawdopodobnie zrobili to jeszcze przed startem – domyślał się Meets. – Teraz mógł tylko uaktywnić awarię. Nawet zdalnie. Ja na jego miejscu właśnie tak bym zrobił.

– Trzeba więc, panie Meets, zacząć od zreanimowania mosteczka – zaproponował Kliwer. – Czy tak, złociuteńki?

– Nie wiem. Muszę to dopiero sprawdzić. Jeżeli odciął centralne zasilane, to tylko w hangarze drugiego generatora. Wtedy na mostku nic nie poradzimy… Chyba że zniszczył jedynie rozdzielnię na mostku. W końcu to główny mechanik, najlepiej z nas wiedział, jak się do tego zabrać. Jak już coś spieprzył, to na pewno precyzyjnie i fachowo.

– Teraz rozumiem, dlaczego nie mieliśmy sygnału o utracie prędkości… Wszystko zepsuł, wszystko! – Bretta ze złości aż uderzyła pięścią w oparcie.

– Dobrzusieńko. Nie ma co dalej biadolić, złociuteńcy. Trzeba się za to zabrać – zaproponował Kliwer. – Chętnie wam pomogę.

– Czemu nie… Zawsze będzie bezpieczniej. Niech pan to weźmie. – Meets podał mu wiatrak. – Sterowanie szybkością wirnika ma pan na uprzęży po lewej stronie. Kierunek ustala się balansem ciała.

– Panie może na razie jeszcze tutaj pozostańcie – doradził Troy. – Mogą, poruczniku?

– Oczywiście! Zostańcie, złociuteńkie. Czujcie się jak u siebie.

– Nie otwierajcie nikomu, chyba że zobaczycie któregoś z nas – instruował, podnosząc się z pryczy, Troy. – A gdyby mimo wszystko porucznik Valio dostał się do środka, to w końcu macie automaty. Tylko nie trzeba się bać ich używać… Wychodzimy!

 

Kiedy wjechali na mostek, Meets wyciągnął ze skrytki automat, wpiął akumulator i podał Kliwerowi.

– Może się do czegoś przydać – powiedział.

– Dzięki, złociuteńki. Dawno nie trzymałem tego w rączuszkach… Kiedyś troszeczkę strzelałem sportowo – pochwalił się, mimo braku grawitacji ważąc automat w dłoniach ze znawstwem. – Fajniuteńka zabaweczka. Fajniuteńka.

Tymczasem Meets podszedł już do drugiej skrytki, w której znajdowała się rozdzielnia małej mocy. Sprawdzał bezpieczniki.

– Tak jak myślałem. Energia nie dochodzi już do rozdzielni. Czyli musimy iść do drugiego generatora. – Spod pulpitu centralnego mózgu wyciągnął niewielką puszeczkę. – Idziemy?

 

Zjechali na poziom generatorów. Ponownie ruszyli plątaniną korytarzy. Jak zwykle po dojściu do każdej przecznicy czujnie sprawdzali drogę. Troy szedł po prawej, Meets po lewej. Z tyłu ubezpieczał ich Kliwer. Gdy do wrót hangaru drugiego generatora było jeszcze jakieś trzydzieści giri, z przodu, po prawej, zauważyli schowek na przewody. Zatrzymali się.

Meets położył się na podłodze z automatem wycelowanym w pokrywę, Troy natomiast wolniutko przesuwał się przy ścianie. Kliwer stał z tyłu, to oglądając się za siebie, to znów patrząc na pasażera Arnolda, który już był przy pokrywie.

Pasażer położył się i ostrożnie ją uchylił. W szczelinę wetknął lufę automatu. Teraz do szpary przysunął głowę. Zajrzał do środka. Wstał, zamknął pokrywę i ruszyli dalej.

Po chwili byli przy wrotach hangaru. Meets wystukał kod na klawiaturze puszeczki zabranej z mostka. Teraz wprowadził kod na swoją busolę i wrota z hałasem zaczęły się unosić ku górze.

Wszyscy trzej przywarli do podłogi. Troy przy ścianie, po lewej stronie wrót, Kliwer i Meets po prawej.

Troy wrzucił do środka dwa granaty. Wrota ponownie opadły. Kiedy usłyszeli wybuch, Meets zaczął je podnosić.

Zajrzeli do wnętrza, po czym ostrożnie weszli. Wrota zamknęły się za nimi.

Hangar był identyczny jak ten poprzedni. Obeszli go, sprawdzając dokładnie wszystkie zakamarki.

– Dobra… Zobaczmy, co cię boli, maleńki – powiedział wreszcie Meets. Podniósł pokrywę, pod którą znajdowały się wszystkie urządzenia kontrolujące pracę reaktora. Zaczął manipulować jakimiś przełącznikami. – „Brak ciśnienia w układzie chłodzącym” – przeczytał diagnozę. – „Naprawić pompę płynu chłodzącego”. – Podkręcił obroty wiatraka i zaczął się unosić w powietrze. Wylądował na pomoście, przy górnej krawędzi obudowy reaktora. Słychać było, jak próbuje coś włączyć. Bez powodzenia. Otworzył jakąś klapę, wyciągnął coś ze środka. Pokazał im. – Trzeba przynieść z magazynu drugą taką wiązkę. Ta jest do niczego. – Spłynął na dół. – Masz, Arnold. – Wręczył mu zniszczone przewody. – Może ci się przyda… A jak tu wygląda? – Podnosił po kolei wszystkie osłony i odczytywał komunikaty wyświetlane przez automat kontrolny generatora. – Sukinsyny!… Tu jest roboty na ładnych kilka dni! I to dla kilku mechaników! – rzucił wściekły, zamykając ostatnią osłonę.

– Czyli co robimy, złociuteńki?

– Trzeba zebrać wszystkich mechaników i podzielić się robotą.

– Ilu ich jest? – zapytał Troy.

– Dwóch zabiłeś, to oprócz mnie powinno być jeszcze dziesięciu. Chyba że znowu któregoś kropniesz…

– Jednego z dziką chęcią. Ale oficera.

– No właśnie. Trzeba będzie powołać grupeczkę bezwzględnych twardzioszków. Takich, co to nie znają litości. Którzy będą ścigać złociuteńkiego Jappiego do upadłego… Dopóki nie wpadnie w ich łapeńki, cały czas będę miał gęsią skóreczkę.

– No i chyba należałoby poinformować pasażeruniów – zauważył Troy.

– Tak. Nie można w nieskończonostkę trzymać ich w nieświadomostce. Wrócimy do złociuteńkich i się podzielimy obowiązunieczkami. Sierżanciczku, a mosteczka to nie można by podłączyć do jakiegoś awaryjnego źródełeńka zasilaneczka?

– Kurdeczkę, poru… Tfu! Kurde flak!… – Meets miał już po dziurki w nosie tej ekstrawaganckiej poezji. W porę jednak ugryzł się w język. – Trzeba będzie rozwinąć baterie. Chociaż wątpię, by przy tak słabym promieniowaniu to coś dało… Ale możemy spróbować – wyburczał.

– To wracamy, złociuteńcy – zdecydował Kliwer.

Meets otworzył wrota. Spenetrowali korytarz. Po wyjściu sierżant wprowadził nowy kod i zatwierdził go specjalnie w tym celu przyniesioną puszeczką.

 

Po powrocie do kabiny Kliwera naradzali się razem z paniami około kwadransa. Wreszcie mieli plan.

Panowie wrócili na mostek. Meets podniósł pulpit i podłączył zestaw zapasowych baterii tylko w tym celu, by rozłożyć baterie słoneczne. Za kilka minut mogli sprawdzić, jaką dodatkową moc uzyskają z przetworzenia słabiutkiego światła gwiazd.

Oczywiście cały czas w użyciu był pierwszy generator, uszkodzony w taki sposób, by dawał nie więcej niż cztery gesz czterdzieści dwa na geszu mocy. Wytwarzana przez niego energia zużywana była w całości do podtrzymania fizjologii statku. Oświetlenie, klimatyzacja, praca pomp czy praca wind zależały od tego generatora. Ale przede wszystkim pracował na potrzeby tarczy antygrawitacyjnej, bezustannie chroniącej statek przed kolizją z ciałami na zewnątrz. Gdyby tarcza wysiadła, można by zacząć odliczanie minut pozostawionych im wspaniałomyślnie do przeżycia. Nie byłoby ich zbyt wiele.

Valio dokładnie wiedział, do jakiego poziomu można uszkodzić oba reaktory, by nie doprowadzić do totalnej katastrofy na pokładzie. Chociaż wprowadzenie wszystkich w stan nieważkości i tak powodowało, że wiele czynności wydawało się wręcz niemożliwych do wykonania i widmo katastrofy od pewnego czasu wisiało jednak w powietrzu.

Baterie słoneczne były potrzebne, by dostarczyć tej dodatkowej energii niezbędnej do uruchomienia komunikacji między mostkiem a resztą statku oraz by chociaż w niewielkim stopniu ograniczyć stan nieważkości. Choć co do tej ostatniej kwestii Meets raczej nie robił nikomu nadziei. Przełączał teraz wszystkie obwody w taki sposób, by przywrócić utraconą komunikację.

– Uwaga!…

Przez moment słyszeli tylko buczenie. Ale już za chwilę zaczęły się po kolei zapalać kolorowe lampki wskaźnikowe na pulpicie sterowniczym. Na końcu odpaliły ekrany monitorów.

– Ha, ha, ha!… Udało się! Udało!… No, piękniuteńko! Meets, jest pan czarodziejuniem! – Kliwer poklepał go po ramieniu. – Kocham pana, złociuteńki! Jak starszego braciszka.

– To może byś jeszcze pokombinował z grawitacją? – kusił Troy. – Chociaż troszeczkę… Tyciu, tyciu…

– Tyciu, tyciu, mówisz… Niech pomyślę… – Podrapał się po siwiejącym jeżyku.

– Tu Kliwer, jak tam, złociuteńkie? Czy już widzą mnie wasze słodziuteńkie oczęta?

– Tu złociuteńkie. Widzimy i słyszymy cię pierwszorzędnie, ptaszyneczko ty nasza!

Na monitorze zobaczyli uśmiechniętą twarz Bretty.

– To świetniuteńko, zaraz po was pójdę. Wracacie na mosteczek!

– Jesteśmy gotowe. Czekamy.

– Sierżanciczku Meets, proszę tu zostać, złociuteńki. My z panem Troyem po nie pojedziemy.

– Jak sobie pan porucznik życzy – powiedział, a wsobnie pomyślał: „Pędź, pajacu, i przestań wreszcie błaznować. Braciszka do kochania, kurde blade, zbok pieprzony sobie znalazł!” – Jak wrócicie, pokażcie się.

– Oczywisteczko. Panie Arnoldziczku złociuteńki, jedziemy!

 

Kliwer z Troyem opuścili mostek, a Meets ponownie zabrał się do roboty. Pracował w pocie czoła. Przełączał różne obwody, oglądał schematy, zmieniał coś i kombinował, w jaki sposób zoptymalizować wykorzystanie tej niewielkiej dodatkowej mocy dostarczanej przez zewnętrzne baterie.

 

Kilkanaście minut później panowie z paniami byli już przy windzie piętro niżej. Meets doskonale widział ich na monitorze podglądającym ruch na korytarzach z kamery umieszczonej nad wejściem do windy.

– Sierżanciczku, złociuteńki, to ja, Kliwer. Nie możemy otworzyć windeczki. Czy cosik się stało? – Porucznik kontaktujący się z nim przez busolę pojawił się na pierwszym planie, tuż przed kamerą.

– A i owszem, poruczniku. Miałem tu dwa małe zwarcia. Ale niegroźne. Tamten kod musiał się, widać, wyzerować.

– To proszę użyć busoleczki i wgrać nowiuteńki. Żebyśmy mogli wjechać na mosteczek.

– Dobrze. Ale najpierw proszę podać hasło.

– Meets, złociuteńki, żarciczki się pana trzymają. Nie ustalaliśmy przecież żadniuteńkiego hasełeczka.

– Bez hasełeczka nie wjedziecie. Nie ma moweczki.

Sierżant obserwował na ekranie, jak śmiesznie drepczą przed wejściem do windy, co rusz oglądając się niepewnie do tyłu. „Galoteczki pełne straszeczku, złociuteńcy, co?” – pomyślał wsobnie, złośliwie się uśmiechając. Teraz z kolei na pierwszym planie zobaczył piękną panią poruczniczkę Brettę, która wyraźnie wkurzona weszła tuż przed wiszącą nad wejściem kamerę.

– Sierżancie Meets, proszę natychmiast wgrać ten kod!… Niech się pan nie wygłupia, to wcale nie jest zabawne! – Używając busoli Kliwera, próbowała przywołać go do porządku.

Wręcz przeciwnie, pani poruczniczko, wręcz przeciwnie. Właśnie że to było zabawne. Przynajmniej oglądane z perspektywy sierżanta Meetsa. I to coraz bardziej zabawne. Wreszcie piękna pani poruczniczka i na niego, starego sierżanta Meetsa, musiała zwrócić swoją piękną oficerską uwagę. Chociaż raz w życiu, chociaż przez krótką chwileczkę. Tyciu, tyciu, jak by powiedział wesoły pasażerek Arnoldziczek. Taka pięknie wściekła podobała mu się jeszcze bardziej, bestyjka. Wkurzona, groźnie patrzyła na niego z monitora. Marszczyła przy tym nosek i brwi i tak zabawnie mrużyła swoje piękne wielkie oczęta. Lubił takie krewkie kobitki, oj, lubił!

Zgadza się, w tym momencie los tych wszystkich nerwowo drepczących piętro niżej przed windą leżał wyłącznie w jego rękach. W zmęczonych, steranych ciężkim życiem rękach sierżanta Janto Meetsa. Starego, głupiego sierżanta, którego nikt nigdy nie szanował, a który był na każde zawołanie. Każde. I w ciągu dnia, i w nocy. Gdy miał służbę i gdy nie miał. Czy jadł, czy pił, czy spał, czy wreszcie był w toalecie, jakie to miało znaczenie? Jak tylko gdzieś coś się stało, może by tak wezwać sierżanta Meetsa? Prąd wysiadł? Oczywiście, jasne, że sierżant Meets. Zabrakło wody? Nie, nie… Lepiej zawołajcie Meetsa. Gdy siadła klima, to nie szukali mechanika od klimatyzacji, tylko Meetsa. Nigdy nie wołali nikogo innego, zawsze tylko jego. Bo tylko on, głupi Meets, na swoje nieszczęście znał się na wszystkim. Owszem, był dumny z tego, że statek nie ma przed nim tajemnic. Chwalił się tym i popisywał wielokrotnie, szczególnie przed sztucznym kapitanem Ivo. Ale też gesz razy na dobę płacił za to frycowe.

I wreszcie przyszedł czas na rewanż. Czas, kiedy to właśnie on, stary, głupi sierżant Meets, chociaż jeden jedyny raz w życiu podyktuje warunki i ustali reguły gry. Ponownie z satysfakcją spojrzał na ekran. Upewnił się, że teraz oni wszyscy, panie i panowie oficerowie, porąbanie walnięty i pierdalnięty młodszy braciszek złociuteńki, bezwzględny rozpylacz pasażerek Arnoldziczek, co jak się tylko pojawił na pokładzie, od razu nierozerwalnie przyssał się do najpiękniejszej sierżantki w kosmosie, pozostali pasażerowie Arnoldowie i nie-Arnoldowie i jacyś jeszcze inni, o ile tacy w ogóle istnieli, wszyscy oni zależeli teraz tylko i wyłącznie od niego. Od Galaktycznego Władcy Wszelkich Przełączników, bezpiecznie zamkniętego na mostku pana sierżanta Janto Meetsa… Jeszcze chwilę rozkoszując się swoją niesamowitą ważnością, przyglądał się im, rozbawiony. I jeszcze chwilę.

Czuł się teraz niesamowicie ważny. Cholernie ważny. Najważniejszy.

Czuł się jak… Hmm… Może jak kapitan Ivo? Właśnie! Tak jak on! Wyobraził sobie mianowicie, jak się czuł kapitan – nieważne, że był sztuczny – dowódca tak wielkiego statku, wiozącego tylu pasażerów Arnoldów i nie-Arnoldów i jeszcze innych, o ile tacy byli, kiedy tuż przed startem z tego samego miejsca przemawiał do wszystkich na pokładzie…

Albo lepiej! Jak generał „Po Trzykroć D” Deus!… Otóż sierżant wyobraził sobie, co za każdym razem musi czuć generał, od którego zależy przecież cała potężna Agencja, kilka gesz sar ludzi, statków, portów, Centrum i licho wie co jeszcze…

Hmm… Troszkę nieśmiało, ale jednak spróbował sobie wyobrazić, jak też może się czuć… pan Król Alessio, Najpierwszy z Pierwszych Nibirianin, od którego zależą przecież wszyscy pozostali na Nibiru ludzie. Od którego zależy wszystko. No więc co on czuje, kiedy jednocześnie pojawia się na monitorach w niezliczonych domach na Nibiru? W centrach handlowych, na ulicach, na lotniskach, na pokładach statków oceanicznych i kosmicznych, kiedy się pojawia dosłownie wszędzie…

W końcu Jedyny Lokator Mostka oraz Galaktyczny Władca Wszelkich Przełączników, rozmarzony swą nieokiełznaną ważnością od olamu do olamu, wyobraził sobie… O cholera!… Nie, nie! To już zobaczył! I to bardzo ostro i wyraźnie. Zobaczył mianowicie w górnym prawym rogu tego samego monitora, przed którym jeszcze przed chwilą marszczyła swój śliczny noseczek poruczniczka Bretta, jak w oddali otwierają się drzwi od modułu numer jeden. Modułu, w którym już nie powinno być nikogo! Jak wychodzi z niego na korytarz Jappi Valio, wspomagany takim jak ich wiatrakiem, i jak coś robi.

„Co on, do cholery, robi?!… Granat?!… Tak!!! Odbezpiecza granat!!!”

– Za wami!!! – rozdarł się, jednocześnie wysyłając nowy kod dla windy. – Szybko, do środka!!! – Naciskając cały czas i z całej siły przycisk busoli, przerażony, nie spuszczał wzroku z ekranu. Dlatego mógł się dokładnie przyjrzeć, jak Kliwer, który w tym samym momencie obejrzał się do tyłu, błyskawicznie się składa i jak sponad swojego lewego ramienia strzela do zamachniętego Valio.

Jak pierwszą serią bezbłędnie trafia go w tę zamachniętą, trzymającą granat rękę i jak mu ją obcina powyżej dłoni.

Jak druga seria niecelnych promieni uderza w oddali w sufit korytarza, sypiąc wokół snopem iskier.

Jak napędzany wiatrakiem pasażer Arnold po chwili pada na podłogę i jak jeszcze z powietrza pakuje w Valio trzy długie błyski ze swojego automatu.

Jak Valio wali się z nóg oraz jak, przyciskany wiatrakiem, płynie w kierunku podłogi.

Jak jego obcięta dłoń razem z granatem lewituje gdzieś w powietrzu.

Jak granat potężnym błyskiem eksploduje w pobliżu płynącego ku podłodze, chyba już martwego Valio.

W następnym momencie, ale już bez pośrednictwa ekranu, Jedyny Lokator Mostka oraz Galaktyczny Władca Wszelkich Przełączników, choć coraz bardziej znowu już tylko sierżant Meets, zobaczył, ba, nawet usłyszał, jak panie, przez właśnie się otwierające drzwi windy mostkowej, wykonując mnóstwo śmiesznie gwałtownych ruchów i wpływając wolno na mostek, krzyczą zdesperowane. Jak z każdą chwilą coraz groźniej wyglądają, jak są coraz bliżej i jak – coraz bardziej wściekłe – mu złorzeczą.

Przemknęło mu wsobnie przez myśl, że sny o potędze od olamu do olamu sprzed chwili oraz niewinne żarciki chyba się definitywnie skończyły. Ta odkrywcza myśl jak błyskawica, wstrząsnęła niczym dreszczem jego steraną życiem, jeszcze przed chwilą nieokiełznaną sierżancką świadomością.

Przestraszony nieuchronnym bolesnym przeznaczeniem, włączył wiatrak od razu na pełne obroty.

Lawirując i omijając na średniej wysokości lewitujące panie, wypruł w górę, szukając ratunku i próbując pod sufitem czmychnąć do windy.

Ten gwałtowny manewr zdał się jednak psu na budę. Panie nie dały się na to nabrać. Nie pozwoliły mu tym bardziej, że starając się uciekać prosto do windy, miejsca miał nie za wiele.

Złapały go za nogi, wskoczyły na niego niczym rozjuszone lwice na starego bawołu. Trzymały i okładały ze wszystkich stron i czym się tylko dało. Drapały, szczypały, szarpały oraz ciągnęły za resztkę krótkich włosów na głowie.

Mimo iż był wyposażony w dający zdecydowaną przewagę mobilności wiatrak, niestety nie umiał tej przewagi w pełni wykorzystać. Gdyby zastosował inną taktykę i uciekał w głąb mostka, to co innego. Ponieważ mostek był stosunkowo dużym pomieszczeniem, może udałoby mu się jakoś panie zwabić, by podążały za nim, a potem wyminąć je sprytnym i nagłym manewrem i wiać do windy przy ścianie. One, nie dysponując podobnym napędem, nie miałyby wówczas żadnych szans, by go dogonić. Nic takiego nie przyszło mu jednak do jego sierżanckiej, steranej życiem głowy. Aczkolwiek obiektywnie należy przyznać, że miał bardzo mało czasu na analizowanie strategii i podejmowanie taktycznie ważkich decyzji, które pozwoliłyby mu wykorzystać obiektywnie posiadaną przewagę mobilności.

W efekcie, zepchnięty przez wiatrak do podłogi, skulił się tylko pod ścianą, próbując jakoś przeżyć tę schodzącą lawinę połączoną z gradową nawałnicą z piorunami – żywioły, które nieopacznie wyzwolił swoimi ponad miarę i w złym momencie skrojonymi marzeniami o potędze od olamu do olamu.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że to, co się działo na mostku od kilku chwil, w żaden sposób nie przypominało typowego zachowania astronautów na statku kosmicznym.

Otóż nic bardziej mylnego. Przypominało. Bardzo przypominało. W dzienniku pokładowym ostatnie zdarzenia na mostku zostaną później opisane przez oficerkę dyżurną jako „podjęcie próby rutynowego przywołania do porządku zachowującego się nieregulaminowo sierżanta”. Rutynowego przywołania miały się w fachowy sposób podjąć „dwie przedstawicielki korpusu oficerskiego z pomocą jednej sierżantki”. Aż strach pomyśleć, jak mogłoby wyglądać podjęcie przez owe przedstawicielki próby przywołania do porządku pozbawione cech zachowania rutynowego…

 

Troy i Kliwer, którym ze względu na dużą odległość eksplozja granatu nie wyrządziła żadnej krzywdy, jeżeli nie liczyć dzwonienia w uszach, byli już przy rzuconych podmuchem wybuchu na ścianę, a teraz wolniutko odpływających korytarzem potężnie zmasakrowanych szczątkach Valio. Szorując po podłodze uciętym przedramieniem, pozostawiały makabrycznie wyglądające krwawe ślady.

Ciśnienie eksplozji urwało porucznikowi głowę. Nigdzie jej nie było. A właściwie to była wszędzie. Prawie wszędzie. Na suficie, na podłodze, a najwięcej na ścianie przeciwległej do wejścia do jego modułu. Wszystko w promieniu kilku giri od miejsca eksplozji upstrzone było fragmentami jego wrogich tkanek. Z miejsca, gdzie się kończy szyja, z lewitującego ciała Valio ciągle jeszcze wydobywały się resztki krwi z urwanej aorty. Wielkie i mniejsze krople wisiały upiornie w powietrzu tuż nad podłogą, łącząc się ze sobą i przyjmując coraz to wymyślniejsze kształty.

Kliwer, nie zastanawiając się wiele, wyłączył wiatrak na plecach Valio, złapał go za nogę i zaciągnął do swojego modułu.

– Złociuteńki, wracamy na mosteczek. Trzeba wezwać tu kogosik ze szpitaliczka z woreczkami. Sami przecież nie będziemy się z nim męczyli – zaproponował.

 

– Co tu się stało? – zapytał zdziwiony pasażer Troy, wypływając z windy na mostek.

– Ojojojeczku! – zawołał płynący tuż za nim Kliwer. – Złociuteńcy!…

Obaj spoglądali to na skulonego na podłodze pod ścianą, z przekrzywionym wiatrakiem na plecach, czerwonego na twarzy i podrapanego do krwi sierżanta, to na nieco rozchełstane, przytrzymujące się oparć foteli, ciężko dyszące panie.

– Zupełnie nic – rzuciła oficerka Bretta, poprawiając fryzurę i dopinając kombinezon. – Sierżancie, to się panu należało.

– Jeszcze jeden taki numer i pójdzie pan do lodówy – postraszyła nawigatorka Trekku, dokonując przeglądu strat w swoich walecznych paznokciach. – Aż do zakończenia misji!

– Pana szczęście, że ma pan takie krótkie włosy – dołożyła Bretta.

Tylko panna Tella, może z racji swojego młodego wieku i znacznie już bardziej dojrzałego wieku sierżanta Meetsa, niczego mu nie obiecywała i niczym nie straszyła. Nie oddychała też tak ciężko jak jej nieco starsze i stopniem, i wiekiem koleżanki oficerki. No ale wiadomo, była przecież tylko sierżantką. Łapiąc się oparcia fotela, na którym siedziała, poprawiła apaszkę na szyi i znowu wyglądała najpiękniej.

– Biliście się?… – zgadywał Troy.

Widząc ciągle marsowe miny pań, z trudem się hamował, by nie parsknąć śmiechem.

– No nie, sierżanciczku!… Te zadrapaneczka to są chyba od czegosik zupełniutko inniutkiego, co? Zupełniutko!… Widzę, że nie można pana ani na chwilunię zostawić samiuteńkiego z naszymi złociuteńkimi paniami… Ale gratuluję, złociuteńki, gratuluję! Ach, jak ja też tak bym chciał!

– Przestańcie się wygłupiać… Panie mi wtłukły – odezwał się ponuro sierżant. Palcem przyciskał ciągle krwawiącą wargę. – Najgorsze, kurde blade, że miały rację… Nie wiem, co mi odbiło… Przepraszam… To było bardzo głupie.

– Daj spokój, Meets! – Troyowi zrobiło się go żal. – Tym razem to ty mnie wystawiłeś na wabia. Jesteśmy kwita!… Dzięki temu mamy z głowy kolejnego kosmitę! Gdybyś go nie zobaczył i nie wrzasnął, byłoby po nas. Na mnie to podziałało rewelacyjnie! Wszystko zrobiłem trzy razy szybciej niż zwykle.

– Oczywisteczko! Ja nawet cztery!… Cztery i połóweńka raziczka szybciej… Tylko dzięki złociuteńkiemu sierżanciczkowi dostałem takiego kopeczka, że ho, ho, hoczko!

– Swoją drogą piękny strzał, poruczniku. Gdyby nie dostał w rękę i rzucił ten granat, bylibyśmy teraz trochę mniej przystojni – zauważył Troy.

– Dziękusieńki. Troszeczkę złociuteńki zszedł mi z linijeczki, bo celowałem w główeńkę, a trafiłem w rączuszkę… To pewnie dlateguśko, że długuśko nie trenowałem. Ale kto jutreczko będzie jeszcze o tym pamiętał, prawdeczka?

– Calusieńka prawdeczka – zgodził się Troy.

– Miejmy nadziejkę, że to był już ostatnieńki kosmicik, który nas niepokoił.

– Tu byłbym ostrożny – powiedział już całkiem poważnie pasażer Arnold. – Do tej pory zawsze wychodziła nam tylko ta sama czwórka… No i Bosse… I ani razu nie pojawił się pan porucznik Valio. A to oznacza, drodzy państwo, że nasze kryteria nie są wyczerpujące.

– Tak. Ma pan rację… Czyli nie możemy się jeszcze czuć bezpiecznie – włączyła się Bretta. – Musimy się zastanowić, w jaki sposób wyłuskać ich do końca.

– Wyobrażacie sobie? – Tella spojrzała po wszystkich. – Jak byłyśmy u Ilmo, on cały czas siedział u siebie w kabinie!… Cały czas był tylko o kilka giri od nas!

– Czekał widoczniutko, Telluniu, na złociuteńkich. Aż się pojawią w pobliżuniu. Żeby wszystkich załatwić za jednym zamachuśkiem.

Druga oficerka włączyła mikrofon.

– Zano, tu Bretta, zgłoś się – wywoływała doktorkę.

– Tu Zana. Jak to miło znowu cię widzieć, Terso. Co u was? Panowie już dotarli?

– Tak, są już z nami. Mamy potężną awarię. To robota obcych… Jest też następny kandydat do lodówki. Paskudnie wygląda. Przyślij kogoś z wózkiem i workiem. Aha, i trzeba tu trochę posprzątać. Granat rozerwał mu głowę… To Jappi. Jappi Valio.

– Jappi?!… To niemożliwe!… Jappi był z nimi?!

– Chyba to właśnie on zabił Berta. To raczej pewne. Przed chwilą próbował wykończyć nas granatem.

– Coś podobnego!… Skoro mówisz…

– Sierżant Meets spróbuje chociaż częściowo przywrócić grawitację, to może znowu będziemy mogli w miarę normalnie się poruszać. Jeżeli mu się uda, pewnie poczujecie… I niech sanitariusz zabierze jakieś środki opatrunkowe. Sierżant w ferworze walki strasznie przygryzł sobie wargę. Mocno krwawi i ma trochę ogólnych potłuczeń. Na razie!

– Podziwiam jego odwagę. Tyle mu zawdzięczamy… Za chwilę ktoś u was będzie. Odblokujcie windę. Cześć!

 

W oczekiwaniu na fachową pomoc Meets, z miną zbitego psa, najpierw odblokował windę dla sanitariuszy, a potem sprawdził, jaką moc dostarczają rozwinięte nad statkiem baterie.

– Może wystarczy. Mamy całkiem spory zapas. – Ponownie coś przełączał, przekładał, programował. – Uwaga!…

Niczego jednak nie poczuli.

– Jeszcze chwila… – Manipulował przy czymś, robił obejścia. – Dobra… Teraz powinno zagrać… Uwaga!…

Rzeczywiście, wreszcie coś poczuli. Ledwo, ledwo, ale znowu ciągnęło ich do podłogi. Panie nie musiały już bez przerwy trzymać się oparć, by nie unieść się w górę.

– Słabiutko, ale działa! – ucieszyła się Tella. – Janto, nie można jeszcze odrobinki?

– W tej chwili to wszystko. Więcej dopiero jak naprawimy reaktor.

Na monitorze oficera dyżurnego pojawiła się twarz sanitariusza oczekującego przed windą mostkową.

– Pani oficerko, tu sierżant Tel Amella. Przysyła nas doktorka Reter. Możemy wjechać?

Jeden sanitariusz, wyposażony w pożyczone pewnie od pani doktorki śmigiełko, wziął wózek i razem z Kliwerem zjechał po zwłoki. Drugi opatrzył wargę oraz inne szarpane, drapane i szczypane rany bohaterskiego sierżanta poturbowanego w trakcie walki z obcymi. Potem zjechał piętro niżej i przyciągniętym ze sobą automatem zmył spory fragment korytarza.

 

– Słuchajcie, musimy jak najszybciej wybrać nowego dowódcę – zaproponowała poruczniczka Trekku, kiedy się wreszcie trochę uspokoiło. – Niech decyduje, co będziemy robić i w jakiej kolejności. Statek przecież musi mieć dowódcę.

– Bardzo dobry pomyślik – poparł ją Kliwer.

– Dzisiaj to już drugi raz… – zauważyła smutno poruczniczka Bretta. – Może wobec tego zróbmy to od razu. Sierżancie, proszę odblokować windy. Mogą być potrzebne… Tu oficerka dyżurna Tersa Bretta. Korpus oficerski proszę na mostek. Powtarzam, korpus oficerski na mostek. – Wyłączyła mikrofon. Kiedy Meets się uporał z kodami, powiedziała: – Tello, sierżancie Meets, panie Troy, teraz musimy was przeprosić. Tylko oficerom przysługuje prawo wyboru nowego dowódcy. Przed wyjściem proszę o pozostawienie broni.

– A jak zaatakuje nas następny kosmicik? Co wtedy? – próbował coś wskórać pasażer Troy.

Przyzwyczaił się już do swojego automatu i żal mu było się z nim rozstawać.

– Na razie, panie Troy, nic nam nie wiadomo o żadnym następnym kosmiciku. A chodzenie z bronią po statku może budzić niepotrzebne emocje. Poza tym jest niebezpieczne. Proszę oddać broń.

– Ale śmigiełka są nasze? – upewnił się Meets, kładąc automat na pulpicie.

– Śmigiełka są wasze, sierżancie.

– Może wobec tego, Tello, zanim dojdzie do drugiego niezapowiedzianego ataku kosmicików, zrealizujemy wreszcie nasze wczorajsze plany? – zaproponował Troy, wypinając akumulator i oddając razem z automatem poruczniczce.

– Chętnie. Chociaż już troszkę późno… Myślisz, że jeszcze zdążymy?

– Mam nadzieję.

– Zatem życzymy państwu owocnych obrad – powiedziała Tella, kierując się do windy.

– To ja też sobie troszeczkę odpocznę – stwierdził Meets. – Wyliżę rany.

LVIPOWOLNA NORMALIZACJA

Tella z Troyem wybierali się na basen. On, ciągle z wiatrakiem na plecach, wykorzystał tę jedyną okazję i wreszcie odważył się złapać ją za rękę. By mogła dotrzymać mu kroku. Bardzo długiego kroku. Z powodu minimalnej grawitacji wszyscy poruszali się teraz długimi skokami.

Niestety, właśnie przez zbyt małą grawitację basen był nieczynny. Włożono do niego specjalną kratownicę pochłaniającą energię chlupoczącej wody, a taflę szczelnie przykryła gruba warstwa nieba, czyli bardzo wytrzymała pokrywa spuszczana na siłownikach spod samego sufitu. Inaczej woda nie utrzymałaby się w basenie.

Można się było spodziewać, że tak właśnie będzie, ale oboje przecież musieli gdzieś pójść, skoro kulturalnie, ale jednak wyproszono ich z mostka.

– Coś ten basen, Tello, jest dla nas pechowy.

– Trudno… – Uśmiechnęła się. – Może innym razem.

– Może… To może byśmy coś zjedli? Zaczynam być głodny.

– Dobry pomysł! Chodźmy na kolację.

 

Po kilku minutach kangurzych podskoków Tella otwierała drzwi do swojej kabiny. Cyla i trzecia z lokatorek spały.

– Pójdźmy do mnie. Nie będziemy im przeszkadzać – szepnął Troy.

– Zaczekaj. – Zabrała z windy swoją kolację.

Kiedy weszli do jego modułu, Troy, korzystając z tego, że w kuchni było pusto, włożył wiatraczek napędowy między wiszące w kuchennej szafie skafandry. To z obawy przed spotkaniem z profesorem. Nie zamierzał mu tłumaczyć, skąd ma wiatraczek i w jakim celu.

W kabinie Troya nikogo nie było. Otworzył windę kuchenną.

– Ciekawe, gdzie się podziewa pan profesor. Nawet nie zjadł kolacji.

– Mówiłeś, że wychodzi ze znajomymi – przypomniała mu.

– Widać utknął na dobre. W przeciwieństwie do mnie jest bardzo zdyscyplinowanym pasażerem. Jak usłyszał, żeby się nie kręcić po korytarzach, to się nie kręci… Smacznego.

W warunkach tak słabej grawitacji wszelkie czynności wymagały znacznie więcej czasu niż zwykle. Szczególnie jedzenie. A jeszcze bardziej picie. Przy tym w ogóle nie czuli zapachów.

– A to na lepsze trawienie. – Wyciągnął spod stolika wczorajszą butelkę.

Delektowali się wspaniałym trunkiem, zabawiając się wylewaniem kropel ze szklanek i wyłapywaniem ich ustami, gdy wolniutko opadały w stronę podłogi. Jak na razie z grającą w osłabieniu grawitacją wygrywali do zera. Żadna z drogocennych kropel nie spadła na podłogę. Połykanie tych złapanych też nie było łatwe.

Zabawa w polowanie na krople destylatu była właśnie tym, czego teraz potrzebowali, by choć przez chwilę zapomnieć o koszmarnym, pełnym niecodziennych zwrotów i niespodziewanych rozstrzygnięć dniu. Chociaż czy rzeczywiście można było o tym wszystkim zapomnieć?

– Mieliśmy odpocząć, zrelaksować się, popływać. Tymczasem dowódca nie żyje, Ogi nie żyje, Jappi okazał się zdrajcą i mordercą… Co to za straszny dzień, Arno… Jak zły sen. Ciągle chyba jeszcze do mnie nie dotarło, co się stało… Inaczej bym się rozbeczała – powiedziała smutno.

Usiadł obok i objął ją, przyciągając do siebie. Tella odstawiła swoją szklankę i przytuliła się do niego.

– Biedactwo… – Pogładził ją po włosach. – Nie przejmuj się tak tym wszystkim. Damy sobie jakoś radę. Zobaczysz…

Westchnęła tylko.

– Ciągle nie zrozumiem, co jest ich celem. Bosse miał zabić wszystkich po dotarciu na orbitę. To jasne, to sam słyszałem. Po co jednak ci tutaj chcieli symulować awarię? Dlaczego zależało im na tym, żebyśmy zwolnili? Może się obawiali, że jak coś im nie wyjdzie na jednym statku, to drugi przyjdzie mu z pomocą?

– Arno, w jaki sposób jeden statek miałby pomóc drugiemu? Przy takiej prędkości?…

– No tak. Czyli nie to… Czyli chcieli spowodować, żebyśmy z dużym opóźnieniem dotarli do celu. Chyba nie zakładali, że wymordują wszystkich członków misji?… Bosse, wykorzystując zaskoczenie, mógł coś takiego u siebie zrobić. Ale tu, gdzie jest tyle ludzi?

– Zwróć uwagę, że my przecież ciągle nie wiemy, ilu ich jest.

– To prawda. Ale i tak nie wyobrażam sobie takiej rzezi… – Ostrożnie przechylił szklankę i wlał kilka kropel do ust. – Zakładali, że Bosse ma sam wylądować na tej planecie. A nasz statek?… Jak w końcu tam dotrze, to co?… Co dalej?

Wzruszyła ramionami.

– Do czegoś nas potrzebują, Tello… Tylko do czego?… Muszą mieć w sobie jakąś niemoc… O co tu, cholera, może chodzić?

– Może sekcja zwłok coś wykaże.

– Tu oficerka dyżurna, Tersa Bretta. Proszę państwa o chwilę uwagi… – Pojawiła się nagle na ekranie. – Miło mi ponownie gościć w państwa kabinach. Mam dla was kilka istotnych informacji i wyjaśnień. Niestety, w czasie ostatnich godzin na statku miało miejsce parę poważnych awarii. W imieniu załogi winna jestem państwu przeprosiny za niedogodności związane z brakiem grawitacji. Na razie tylko częściowo udało się unormować sytuację. Już łatwiej możemy się poruszać, co pewnie odczuliście. Awaria zostanie usunięta w ciągu najbliższych kilku dni. Obecnie trwa naprawianie szkód wyrządzonych przez sześć osób, które dzisiaj rano próbowały przejąć kontrolę nad statkiem. Nie znamy jeszcze motywów, które nimi kierowały, nie wiemy, w czyim imieniu usiłowały to zrobić. W tej chwili nie mogę państwu powiedzieć nic więcej. Dochodzenie jest w toku. Musimy się liczyć z tym, że możliwy jest jeszcze jakiś dalszy ciąg… W trakcie walki z rebeliantami zginął nasz dowódca oraz pierwszy oficer. Poległo też sześcioro przeciwników. Chcę podkreślić, że w tej chwili nie jesteście państwo narażeni na żadne niebezpieczeństwo. Jestem o tym całkowicie przekonana. Wiemy, że również na statku towarowym „Pô” był wśród członków załogi jeden rebeliant. Niestety, na skutek celowego uszkodzenia reaktora wytracamy prędkość i zmieniliśmy trajektorię lotu. Efekt jest taki, że straciliśmy kontakt z „Pô”. I prawdopodobnie nie odzyskamy go, nim nie dotrzemy do celu. Możemy tylko mieć nadzieję, że oni poradzili sobie ze swoim agresorem tak, jak my się uporaliśmy z naszymi. Jeżeli mechanicy naprawią uszkodzenia, znowu przyspieszymy i wrócimy na zaplanowaną trajektorię. Miejmy nadzieję, że tak się stanie. Jeżeli nie, nasza dotychczasowa prędkość i tak jest wystarczająco duża, by pozwolić nam nawet siłą rozpędu pokonać resztę dystansu. Wówczas jednak podróż znacznie by się wydłużyła. Bylibyśmy zmuszeni skorzystać z aparatów do hibernacji. Jesteśmy przygotowani na różne niekorzystne zdarzenia, dlatego proszę się nie obawiać. Znajdujecie się państwo w dobrych rękach. Opiekuje się wami bardzo doświadczona załoga. Korpus oficerski przed chwilą właśnie mnie powierzył kierowanie naszą misją. To dla mnie duży zaszczyt. W tym miejscu dziękuję koleżankom i kolegom za zaufanie, jakim mnie obdarzyli, i obiecuję, zrobię, co w mojej mocy, by doprowadzić statek szczęśliwie do celu. Dziękuję państwu za uwagę i życzę spokojnego odpoczynku.

Bretta zniknęła.

– Tersa dowodzącą! To świetnie! To bardzo rozsądna kobieta – ucieszyła się Tella.

– Bardzo dobrze. Mądrze zrobiła, że powiedziała prawdę. Teraz każdy może się przynajmniej psychicznie przygotować na to, że nie wszystko musi pójść tak gładko, jak zakładaliśmy… Wypijmy za zdrowie nowej dowodzącej i za to, żeby podejmowała zawsze wyłącznie mądre decyzje. – Ostrożnie rozlał do szklanek resztę zawartości butelki.

 

Bretta wyłączyła mikrofon. Teraz wszystko było na jej głowie. Zebrani oficerowie czekali na pierwsze rozkazy.

– W tej chwili dziękuję wam za uwagę. Jak tylko ustalę nowy podział obowiązków, zaraz dam wam znać. Milar, ciebie jeszcze proszę o pozostanie.

Komentując na bieżąco nieprawdopodobne wydarzenia, o których się dowiedzieli dopiero przed kilkoma minutami, oficerowie opuszczali mostek. Byli w różnych nastrojach. Od przygnębienia wiadomością o śmierci kapitana Ivo i porucznika Brankosa przez ciągłe niedowierzanie temu, co usłyszeli na temat porucznika Valio i obu mechaników, po chęć tropienia i ścigania kolejnych obcych z wyłupiastymi oczami albo i bez wyłupiastych.

– Milar, sierżant Meets dokonał wstępnej analizy zniszczeń w hangarze drugiego generatora. Pierwszy też jest uszkodzony. Zbierz wszystkich swoich ludzi, podziel zadania i niech natychmiast zabierają się do roboty. Pracujecie na okrągło aż do całkowitego usunięcia wszystkich szkód. Jasne?

– Całkowicie.

– Gdybyś potrzebował jeszcze kogoś do pomocy, powiedz. To w tej chwili najważniejsze. Inaczej wiesz, co się stanie.