Opis

"HOMO ILUM 3. ZMIERZCH KRITAJUGI" z Ekur, sumeryjskiej świątyni zagrzebanej w piasku irackiej pustyni, przenosi nas do zupełnie innego świata. Czas płynie tam inaczej, inny jest system miar, inny sposób liczenia, inny kalendarz. Wszystko jest inne, ale jakby znajome. Wszak jesteśmy na Nibiru, ojczystej planecie sumeryjskich bogów w schyłkowym okresie Kritajugi.
Kritajuga to złoty wiek w dziejach świata. Wszyscy żyją wówczas długo, w zdrowiu i wszechogarniającej szczęśliwości. Ale przecież nic w materialnym świecie nie trwa wiecznie.
Obserwacje astronomiczne dowodzą, że Nibiru w niedalekiej przyszłości stanie się łakomym kąskiem dla niewidzialnej Emma Ya oraz siedzącego w jej brzuchu demona Rahu. Emma Ya to potężna czarna dziura, która wraz z dwoma słońcami: Sigu Tolo i Pô Tolo zajmuje środek Układu. Już teraz wsysa atmosferę Nommo i Yurugu, planet leżących bezpośrednio przed Nibiru. Nie ma więc na co czekać. Czym prędzej trzeba znaleźć nowy dom.
Nibirianie decydują się wysłać misję kolonizacyjną w kierunku Mt-13-c Apsu, młodej, niezbyt odległej gwiazdy otoczonej kilkoma kamiennymi planetami.
Tymczasem definitywny koniec Kritajugi zwiastuje kolejne kłopoty.
Na pokładach dwu wielkich jak miasta statków kosmicznych wysłanych w kierunku trzeciej od Apsu planety dochodzi do rebelii. Krok po kroku misja zdążająca do Nowego Świata obraca się w koszmar…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ŹRÓDŁA, ‌Z KTÓRYCH KORZYSTAŁEM

Zastosowane miary sumeryjskie ‌pochodzą ze strony calcoolator.pl, ‌a sumeryjskie liczebniki ‌z Wikipedii.

Również w Wikipedii znalazłem dane ‌na ‌temat wierzeń Dogonów, a na ‌stronie www.badarchaeology.com stosowane ‌przez nich nazwy ‌ciał ‌niebieskich w gwiazdozbiorze ‌Syriusza.

Opis wysokospinowej postaci ‌irydu oraz innych platynowców ‌zaczerpnąłem z książki Laurence’a Gardnera ‌„Potomkowie Dawida ‌i Jezusa” (Wydawnictwo Amber, ‌Warszawa 1998).

XLIOSTATNIE ‌TAKIE PRZEBUDZENIE

Zanim z woli ‌bogów w zagrzebanej w mule potopu ‌sumeryjskiej świątyni rozpoczęło ‌się cudowne ‌misterium, wiele lat wcześniej, ‌w zupełnie innym ‌zakątku ‌świata, pod zupełnie innym ‌niebem budził się ‌piękny dzień.

Wśród ‌zieleni perfekcyjnie utrzymanych ‌ogrodów południowej dzielnicy ‌Eridu snuła się ‌gęsta ‌mgła ‌– najlepszy dowód, że ‌lato ‌już się skończyło. Delikatne, ‌ledwo ‌wyczuwalne podmuchy wiatru przywiewały ją od strony szmaragdowego jeziora. W zasadzie jeziorka. Sztucznego, niewielkiego zbiornika, powstałego w miejscu dawno zlikwidowanej kopalni wapienia. O tej porze roku mgła zjawiała się tuż przed nastaniem wieczoru. Z każdą chwilą gęstniała coraz bardziej. Gdy wreszcie przykryła wszystko po czubki dachów i zaczynała się noc, wolniutko znikała. Nie wiadomo co się z nią działo przez ładnych kilkanaście godzin. Powracała na trawniki dopiero przed samym świtem i trwała tak w oczekiwaniu na wzejście obu słońc – potężnego Sigu Tolo i malutkiego Pô Tolo. Po wschodzie ponownie wstydliwie znikała. Tym razem na cały dzień.

Schowany wśród zieleni, parterowy domek kapitana Ivo, wystający szczytem dachu ponad coraz cieńszą, białą kołderkę, właśnie ustawił swoje panele na przywitanie pierwszych promieni Sigu Tolo.

Łysa czaszka kapitana obróciła się na lewy bok, odsłaniając ledwo widoczny w półmroku holograficzny tatuaż, przedstawiający symbole trzech głównych ciał niebieskich zajmujących centrum Układu – obu słońc i czarnego potwora. Po lewej stronie kapitańskiej potylicy, w rytm płytkich oddechów, migotało złote słońce Sigu Tolo z prawoskrętną swastyką, po prawej – czerwone Pô Tolo z lewoskrętną. Poniżej, pośrodku, czerniła się okrągła obwódka Emma Ya. Z jej wnętrza, niczym z okna więziennego lochu, straszył czarny, kudłaty łeb łypiący złowrogim spojrzeniem. Jak zwykle z długim, czerwonym jęzorem i jak zwykle z wielkimi kłami. To wzbudzający paraliżujący strach wśród wszystkich, którzy tylko odważyli się na niego spojrzeć, od eonów niemogący się uwolnić, wiecznie głodny demon Rahu.

 

Zbliżała się 14:55 rano, pięćdziesiątego trzeciego Addar pięć gesz piątego roku1 NP2. Kapitan właśnie się obudził. Dzisiaj nieco wcześniej niż zwykle. Przez myśl ledwie mu przemknęło, że jest trochę za ciemno, by wstawać, a już polaryzacja wielkiej, szklanej tafli zmieniła się, zapraszając do środka promienie pięknego poranka. Dzięki temu kapitan mógł obejrzeć coś, co wprawdzie mogłoby mieć miejsce w jego sypialni już wielokrotnie, ale co nie wydarzyło się do tej pory chyba ani razu. Na ścianie w sypialni wisiał obraz. Jedyny, jaki Ivo posiadał. Fonse, jego poprzedni przyjaciel, wytrzasnął go nie wiadomo skąd i podarował kapitanowi mnóstwo lat temu. Ivo doskonale pamiętał i czas, i okoliczności.

Fonse pojawił się z obrazem tuż po powrocie kapitana z drugiej wyprawy ku bramom piekieł. Z wyprawy do niewidzialnej krawędzi, za którą rozpoczynała się absolutna dominacja Emma Ya. Tak, zgadza się. Właśnie wtedy po raz pierwszy okiełznali światło. Pierwszy raz w historii człowieka podróżowali z prędkością podstawową3. Nawet przekroczyli ją nieznacznie. Uśmiechnął się, kiedy przypomniał sobie te chwile. Jak olbrzymim sukcesem wówczas wydawała się tamta wyprawa. Ba, owa wyprawa była w końcu jego, Iva, olbrzymim sukcesem. Bo nie dość, że brał w niej udział, to przecież jeszcze dowodził całą misją. I właśnie dlatego pamiątka od Fonse wisiała na honorowym miejscu, na samym środku ściany. Za każdym razem, kiedy na nią zerkał, pojawiało się miłe łaskotanie gdzieś na czubku jego perfekcyjnie utrzymanej łysiny. Jeszcze przez chwilę pozwalał się unosić fali próżności, delektować miłymi wspomnieniami.

Obraz był dość ciemny. Dominowały różne odcienie ciepłego brązu i ciemnych czerwieni, przełamywane gdzieniegdzie niewielkimi plamami różu. Nawet drewniana rama była brązowa. Na ciemnopurpurowy kwiat locji, wetknięty chyba za karę do prawie niewidocznego wazonu razem z bukietem różowych papuanów, od kilku minut padały promienie obu wschodzących słońc. Żółtopomarańczowe słoneczne refleksy, przedzierając się przez liście drzew za oknem, spowodowały, że kwiat, podobnie jak pan kapitan, obudził się i – Ivo dałby głowę – zaczął wychodzić z płaszczyzny obrazu. Jakby nagle ożył i mając dość wiecznego tkwienia w wazonie, wybrał się spomiędzy pilnujących go różowych papuanów na poranną przechadzkę.

Teraz taki trik to mniej niż nic. Obrazki z kwiatami rozwijającymi się na oczach gapiów, pachnącymi cudownie i co chwilę inaczej zawalają osobiste skrzynki każdego, kto w porę nie ofuknie.

Wszystko to prawda, wszystko się zgadza. Tylko że jego obraz został namalowany tak dawno, że już nawet nie wiadomo ani kiedy, ani przez kogo. W lewym dolnym narożniku majaczył fragment podpisu, chyba „J. Cych…”, dalej niestety zupełnie nieczytelny. Obraz w całości namalowano ręcznie, mineralnymi farbami, jakąś dawną, obecnie zupełnie zapomnianą techniką. Dzisiaj już nikt tak nie maluje. Dzisiaj już nikt nawet nie potrafi tak malować. Dumny był, bo żaden z bliższych czy dalszych znajomych nie mógł pochwalić się posiadaniem czegoś tak uroczo staroświeckiego. Rzec by można antycznego.

„Ostatni poranek w domu, a tu takie zjawisko! Może to specjalnie, może na pożegnanie?”, uaktywnił się wsobnie lewy płat skroniowy.

Uderzył go ustawiony dzisiaj na pobudkę zapach chłodnej mgiełki. Ale nie tej znikającej właśnie za oknem, ale delikatnej bryzy płynącej od morza. Wciągnął głęboko powietrze… I jeszcze raz. Mmm… Świetnie!

Jak każdego ranka, od kiedy tylko skończyła się gwarancja, materac z delikatnie zwichrowaną psyche zainicjował wibracje, wytrząsając senne rozleniwienie z jeszcze nieco rozespanego ciała astronauty. Najpierw delikatne, ledwo wyczuwalne i całkiem przyjemne, ale z każdą chwilą coraz silniejsze. W samą porę kapitan w trybie poleceń pomyślał „wibracje ledwo wyczuwalne” i materac zmuszony powściągnąć emocje się uspokoił.

Chwilę później do jego uszu dotarły pierwsze akordy ulubionej „Dwunastej Rapsodii” i wreszcie ciepły głos „Mirty”.

– Dzień dobry, kapitanie. Czas wstawać. Jest 15:00 rano…

„Nie widzisz, kochanie, że już nie śpię?”, pomyślał w trybie poleceń adresat tego sympatycznego powitania. „Wyłącz się”.

– Pięćdziesiątego trzeciego Addar – kontynuowała tymczasem „Mirta”. – Przewidywana pogoda dla dwudziestego drugiego sektora Eridu. Temperatura trzy gesz czternaście Mylla4, po południu trzy gesz dwadzieścia jeden Mylla. Zachmurzenia brak, po południu umiarkowane. Opadów brak. Ciśnienie wysokie. Wiatr umiarkowany z południowego zachodu, po południu z zachodu. Najważniejsze przewidywane wydarzenia. Wylot misji kolonizacyjnej do systemu planetarnego gwiazdy Mt-13-c Apsu. Otwarcie pasażerskiego i towarowego podmorskiego połączenia z Eridu do Timate. Podłączenie lewobrzeżnej części Karaga do nowej stacji poboru wo…

„Mirta, daj już spokój. Wyłącz się”, pomyślał ponownie w trybie poleceń. Teraz trochę wyraźniej.

– …nad nową dyrektywą o tworzeniu sprzyjających warunków resocjalizacji dla nowych normalnych i ratyfikowanie jej przez Króla Alessio. Siedemnasty dzień ekspedycji normalizacyjnej w siódmym sektorze Partu. Kolejny, już dwunasty Wielki Spektakl na Niebie. Innych istotnych przewidywanych wydarzeń brak. Stan twojego organizmu. Ciśnienie tętni…

Blond automacik o wdzięcznym imieniu „Mirta”, uprzejmy był zatrybić dwie ostatnie myśli kapitana wydane w trybie poleceń z pewnym poślizgiem i dopiero teraz zamilkł w pół słowa.

Ivo delikatnie wibrował jeszcze przez chwilę, słuchając ulubionej melodii i przyglądając się tajemniczej wycieczce czerwonego kwiatu. Wiedział, że już za moment pełgające słoneczne plamy przesuną się nieco w prawo i ciemnoczerwony kwiat wróci do wazonu między zaniepokojone jego nieobecnością różowe papuany.

Chciał nasycić się tym wyjątkowym widokiem do końca, pochłonąć go w całości tak, by wrył się na dobre, utkwił w pamięci pod kolorowym hologramem na zawsze. Jak jakieś magiczne wspomnienie jego czarodziejskiego domu.

Kiedy ostatnie promienie wreszcie ześlizgnęły się z wazonu i migocząc, ruszyły w kierunku ramy obrazu, zelektryzowała kapitana z premedytacją spychana gdzieś na krańce świadomości, wreszcie uwolniona radość.

„Czyli to już dzisiaj! Już za kilkanaście godzin!” Ta wsobna myśl sprawiła, że wyskoczył z łóżka, jakby grzałki materaca włączyły się na zabroniony już, bifunkcjonalny program „Brrr…” numer trzynaście5. W końcu nie co dzień opuszcza się Nibiru na zawsze! Takie coś może przytrafić się tylko raz w życiu. Tylko jeden jedyny raz! A i to przecież nie każdemu. Tak, tak, od dawna wiedział, że ta chwila nastąpi. Wręcz już nie mógł się jej doczekać. Był na nią świetnie przygotowany. Świetnie.

W podnieceniu stanął obok łóżka. Rozejrzał się dokoła, ale inaczej niż zwykle. Tym razem bez słynnej pewności siebie, która zawsze mu towarzyszyła. No bo przecież to wszystko, co tu jest, to, z czym zdążył zżyć się przez te długie lata, za kilka godzin będzie już tylko wspomnieniem, przeszłością, niewiele znaczącym epizodem.

Radosne uniesienie sprzed chwili gwałtownie ustąpiło miejsca gwałtownemu zwątpieniu. Wszystko, co stanowi wyposażenie jego wspaniałego domu, te niby tylko jakieś urządzenia, sprzęty, technika użytkowa… Hmm… Jakoś, cholera, trochę żal tych rupieci…

Choćby ten, tutaj, „Geszręki, wersja 1₲12. Dla szczególnie wymagających”, domowy mądrala i centrum zarządzania. Ekspert od wszystkiego. Ileż to razy gawędził z nim wieczorami, jak z najprawdziwszym kumplem. Jasne, to były tylko monologi Iva, bo wersja 1₲12 nie miała gaduły, a jedynie słuchacza. Kapitan wtajemniczał więc słuchacza Geszrękiego w swoje perwersyjne marzenia. Ten z kolei, w ścisłej kooperacji z łóżkiem, jakby cokolwiek rozumiał, próbował podrzucać jego zdaniem najtrafniejsze „dalsze ciągi”. Za każdym razem – powiedzmy wprost – prostackie i głupie, aż w niektórych partiach organizmu Ivo odczuwał dziwne mrowienie. Dwa razy lekko i raz mocno poparzył go w łóżku, kiedy wysiadły sensory drugiej fazy. Ale, umówmy się, nie było w tym nic nadzwyczajnego. Ubezpieczenie obejmowało takie zdarzenia, więc pokryło koszty tygodniowego leczenia. W końcu wszędzie tyle tego było, że każdemu co jakiś czas coś wysiadało. Mimo wszystko kapitan lubił Geszrękiego. Pieszczotliwie pogładził szarą powierzchnię tego, co udawało jego głowę.

Albo pieprzone łóżko z materacykiem pogwarancyjnie zwichrowanym w obszarze psyche. Nowoczesny i niewyczerpywalny katalog snów (tak ujęli to w opisie) serwował mu ciągle te same doznania erotyczne. Zdarzało się, że w ciągu jednej nocy nawet trzy razy to samo! Spiorunował je wzrokiem i pomyślał w trybie poleceń „błyskawiczne zamykanie”. Wiedział, że od tego znowu wysiądzie łóżkowy lewy siłownik, tak jak w ubiegłym miesiącu.

Miał rację. Kiedy rama łóżka już prawie całkowicie się schowała w ścianie, z lewej strony coś zgrzytnęło, chrupnęło i łóżko zaczęło składać się i rozkładać, składać i rozkładać, nie mogąc dokończyć cyklu.

Przyglądał się ze złośliwą satysfakcją, jak się męczy. Pięknie! Przepięknie! Zgrzyta i chrupie, że palce lizać! A najważniejsze, że nie może skończyć.

„Szybkie zamy!… Szybkie zamy!…”

Z premedytacją nie do końca artykułując myśli w trybie poleceń spoglądał na nie z parszywiutkim uśmieszkiem.

„Szybkie zamy!…”

Zamachnął się nogą, ale wsobnie zrobiło mu się wstyd.

„Wybacz, łóżko. Przestań już! Na-pra-wdę to i cie-bie lu-bię… Po-waż-nie…”, pomyślał, sylabizując myśli, wolno i wyraźnie.

Ale nie trybiło. Wariowało coraz bardziej. Dałby swoją łysą głowę, dałby holograficzny tatuaż, że robiło to celowo i z czystej złośliwości.

Wpadło w jakiś szalony, zgrzytająco-chrupiący, autodestrukcyjny amok. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło.

Ivo przestraszył się, że podskakując i chodząc po pokoju, najpierw uszkodzi ukryte w ścianach i w podłodze sensory, a potem samo doprowadzi się do końcowej bezużyteczności. Spojrzał więc piorunująco. Bez reakcji. Spojrzał jeszcze raz, tylko jeszcze mocniej. Ze zmarszczonymi brwiami i najbardziej stanowczą miną. Guzik! Tylko coraz szybsze otwieranie i zamykanie, otwieranie i zamykanie. Ze zgrzytaniem i chrupaniem, i z robieniem w pokoju coraz silniejszego wiatru.

„Jak siądzie klima, będzie jak znalazł”, pomyślał wsobnie. Zastanawiał się, co robić. Skoro groźne miny zawiodły, zdecydował wypróbować taktykę zeroagresywną.

Na moment wyszedł z sypialni. Gdy wrócił, rozjaśnił swoje oblicze, wygładził czoło i spojrzał na szalejące łóżko najsympatyczniej, jak tylko potrafił. Z łagodnym uśmiechem pomyślał życzeniowo „naoliwiony i zregenerowany błogostan łóżkowych części mechanicznych”. W pakiecie dołożył jeszcze „czyszczenie i polerowanie wszystkich wymagających tego elementów oraz pienistą kurację odplamiająco-renowacyjną tapicerki pokrycia pod koniec każdego tygodnia”.

I proszę bardzo! Już po chwili jakby króciutkie zawahanie. Jeszcze moment wariackiego robienia wiatru i łóżko zdecydowanie zaczęło zwalniać.

„Jeszcze raz sorki, łóżko”, zakończył pojednawczą myślą w trybie poleceń.

Łagodnie poklepując podnoszącą się wreszcie w normalnym tempie część obudowy, uzyskał coś w rodzaju przebaczenia, manifestowanego ostatecznym schowaniem się łóżka we wnęce w ścianie.

„Uff!…” Pokiwał z ulgą głową. „To ci łóż… łyżka!”, dokończył z roztargnienia nie do końca wsobnie, zmieniając w ostatniej chwili podmiotowego adresata, by przypadkiem nie wywołać kolejnej łóżkowej furii. „Bestyja!”

Usłyszał, jak w kuchni otworzyła się szuflada ze sztućcami.

„Łyżki, leżeć! Szuflado, zamknij się!”, rzucił w trybie myślowych poleceń.

Odprężony rozsiadł się w fotelu. Spojrzał jeszcze raz na swój unikatowy obraz. Ten od Fonse. O nim można spokojnie snuć nawet te nie do końca pochlebne myśli. Przynajmniej on nie ma żadnych trybiących sensorów.

No to szczerze i od serca. A niech tam! W zasadzie to obraz nigdy mu się nie podobał. Zresztą obrazy to nie jego dziedzina. A ten w dodatku taki ciemny, smutny. Gdyby jeszcze jakiś lśniący, superszybki statek o cudownej linii, wiszący gdzieś tam, na orbicie, w oczekiwaniu na pozwolenie wylotu. Albo chociażby obca, milcząca na wszystkich zakresach planeta na tle fantastycznie rozgwieżdżonego nieba czwartego sektora. Ale zwykły czerwony kwiat, zwykłe różowe papuany w ledwo widocznym wazonie? Takie rzeczy go nie brały. Nie jego.

Owszem, ci, którzy go odwiedzali, podziwiali. Niektórzy nawet bardzo. Ale nie kapitan. Obraz wisiał tylko dlatego, że inni mu go zazdrościli, że był taki stary, czego też mu zazdrościli, i oczywiście dla przypomnienia tej ważnej chwili.

A najbardziej oczywiście wisiał z powodu Fonse. Tak. Trochę albo nawet mocno mu na złość.

Gdy się rozstawali, Fonse koniecznie chciał go zabrać. Któregoś dnia, jakby wcześniej nic ich nie łączyło, poszedł sobie do tego… no… Cholera, zawsze zapominał jego imienia… Tago!… Tak, Tago. Tago Figo-fago, he, he, he! Wymuskanego, opalonego, zbudowanego ma się rozumieć i wiecznie uśmiechniętego wypracowanym uśmieszkiem Tago. Piękniuteńkiego, jak drugi klon trzeciej żony Króla Alessio. Trzeci drugiej… Nieważne! Ważne, że pierwszy raz Fonse natknął się na pięknego Tago raptem miesiąc wcześniej. I od razu tak go wzięło! Stary satyr, tfu! Przyszedł później jak gdyby nigdy nic. Spakował się i chciał dzielić majątek! A obraz, że niby tylko był pożyczony, więc zabiera, bo przecież jego.

Twoje niedoczekanie, łachudro! Społecznie oziębły niedostosowańcu! Nie pozwolił zabrać niczego. Nawet kombinezonów. Potem i tak przecież oddał to wszystko na surowce wtórne, bo na cholerę mu używane i jeszcze takie czerwone. Ale nie dał. Prawo było po jego stronie.

Tak, a więc wszystko to tutaj zostaje… Tylko on jeden znika, jak niegdyś społecznie oziębły Fonse. Na zawsze… Pomyślał w trybie poleceń „jeden wolny piruet w lewo” i fotel wykonał pełny obrót.

Zaczął żałować, że nikomu nie zaproponował zamieszkania w swoim pełnym sensorów superdomu, że nawet nie wpadł na ten pomysł. No dobrze, ale komu, skoro normalnych ludzi na Nibiru ciągle ubywa? Skoro coraz więcej domów stoi pustych? Znajomi mieli wszystko, co tylko potrzebne do szczęścia. Niczego im nie brakowało. Zresztą ilu ma tych znajomych? Poza tym większość z nich i tak wylatuje razem z nim.

Paradoksalnie, mimo że ludzie żyją coraz dłużej, z pokolenia na pokolenie jest ich coraz mniej. Rodzenie, wychowywanie dzieci w niektórych kręgach społecznych już dawno wyszło z mody.

„My mamy mieć dzieci?!… A po co?! Niech inni!… My nie mamy czasu”. Wciąż się to słyszy, gdy tylko ktoś zauważy, że ciągle jeszcze państwo młodzi, że dobrze sytuowani, ale nadal bez dzieci. I nie mogą owego trendu odwrócić żadne siły. Ani te znane, ani nieznane, tajemne, kosmiczne. Ani liczne gratyfikacje, ułatwienia (z roku na rok zresztą coraz większe) dla tych, którym by się tylko chciało chcieć, ani modlitwy, ani zaklęcia. Nic! Kompletnie nic nie działa.

A dlaczego miałoby działać?! Już dawno i w sposób naukowy udowodniono, że dzieci niepotrzebnie krępują możliwości.

W tym prawdziwym, ale jakże niebezpiecznym zdaniu zawiera się najważniejsza przyczyna kompletnej klapy, szumnie nazywanej polityką pronatalistyczną. To polityka prowadzona przez aktualny gabinet. Szczerze mówiąc, przez poprzednie również.

Co innego wśród dzikich, ma się rozumieć. Aczkolwiek od kiedy dwa gesz siedemnaście lat temu wybudowano Wielki Płot, skutecznie ograniczający przenikanie dzikich na tereny cywilizacji Eme-gir, kontrola nad tym, co dzieje się po jego drugiej stronie, z roku na rok maleje, ograniczając się do coraz rzadszych rutynowych patroli. Ale, umówmy się, czy patrol dokonywany z powietrza może zauważyć dużo więcej od obrazu przekazywanego z satelity? Po co więc angażować rzesze strażników, skoro w trosce o ich bezpieczeństwo dyrektywa zabrania nawet wysiadania z wiman?

Reasumując, wiedza o tym, co się dzieje po drugiej stronie, to bardziej spekulacje i pobożne życzenia niż obraz rzeczywistości. Zalegalizowane kilkanaście lat temu opryski dzielnic zajmowanych przez dzikich popęd płciowy mają skutecznie przekierowywać na społecznie użyteczną aktywność. W efekcie ich dzietność ma zostać zredukowana do akceptowalnego poziomu i – co nie mniej ważne – ma stopniowo przybywać nowych normalnych. Założeniom tym można tylko przyklasnąć. A jak jest faktycznie?

Ci nieliczni nowi normalni, którzy legalnie przedostają się na cywilizowaną stronę płotu, twierdzą, że tak. Że opryski dają pożądane rezultaty, że dzietność radykalnie spadła, a użyteczna aktywność wzrosła. Tylko czy można dawać wiarę tym enuncjacjom, skoro to Wysoki Komisarz przy gabinecie Króla decyduje, który z ubiegających się ostatecznie przejdzie na lepszą stronę płotu?

Normalni nie mają więc dzieci, bo nie chcą, dzicy natomiast nie mają, bo nie mogą. Czyli remis w tej rozgrywce o przetrwanie, o ile poprzednie zdanie jest prawdziwe.

Ostatnim rozwiązaniem i ostatnią nadzieją normalnych pozostają wylęgarnie. Szkoda tylko, że opinia publiczna raz za razem bombardowana jest informacjami, jak to w którejś wykryto kolejną aferę, w innej znowu kwitła patologia. A przecież wiadomo, o jaki rodzaj patologii tutaj chodzi.

Jakkolwiek by na to patrzeć, po tej lepszej stronie Wielkiego Płotu ludzi na Nibiru ubywa. Jak jest po gorszej stronie, tego nikt do końca pewnym być nie może.

Są też tacy, którzy twierdzą, że wszystko to wina wiatru. Tak, wiatru! Kiedy dochodzi do oprysków, nie wiedzieć dlaczego wiatr nagle odwraca kierunek i rozpylony preparat przenosi na stronę cywilizacji Eme-gir, podczas gdy tamci za płotem turlają się ze śmiechu i złośliwie mnożą na potęgę.

Głupie plotki! Wredne i kłamliwe. Rozpowszechniane przez przeciwników Króla, których nie brakuje.

Hmm… Ivo sam słyszał kiedyś w stołówce, jak dwaj piloci narzekali, że nadlatywali pod wiatr i pryskali pod wiatr. A nadlatywali zza Wielkiego Płotu, od strony cywilizowanej. Czyli jak to w końcu jest? Ktoś przecież decyduje, kiedy i gdzie pryskać, prawda?

Dobrze, wystarczy już dzielenia włosa na czworo w trybie wsobnym! Raz mogło się zdarzyć. A raz to nie zawsze.

Kapitan podniósł się z fotela. W trybie poleceń pomyślał „otwarcie drzwi na taras”.

Wybiegając na golasa do artystycznie zarośniętego ogrodu, przeleciało mu wsobnie przez myśl, że koniecznie musi zdążyć zgłosić swój dom do programu „Spróbujmy jeszcze raz. Nowi normalni w nowym domu”.

Wskoczył do wody. Bardzo dbał o siebie, dlatego w basenie wodę miał zawsze o siedem Mylla chłodniejszą od swojego niemłodego już, liczącego siedem gesz dwadzieścia trzy lata ciała. Pół godziny pływania to niezbędne minimum, by poczuć się świetnie. Ostatnie w życiu pół godziny w jego ekstrawagancko zapuszczonym basenie. Kolejne nawroty i wymijanie pływających po powierzchni wodnych kwiatów. To ulubiona rozrywka. I oczywiście wspomnienia.

Zgodnie ze standardem nie miał ani żon, ani mężów, ani dzieci. Swoje upodobania zmieniał kilkakrotnie, ale zarówno kobiety, jak i mężczyźni na stałe widocznie nie byli mu pisani. Był typem samotnika, z rzadka tylko korzystającym z usług automatów. Prześliczna Leksa, jedyna, którą naprawdę kochał młodzieńczą, czystą miłością, nie wróciła z pionierskiej wyprawy do Lama Nau w dwudziestym dziewiątym roku. Przeżył to bardzo boleśnie. Z Tejawą też mu nie wyszło, ale to już z jego winy. Z kolei Fonse… Wiadomo, jak to się skończyło. Zamknął się w sobie i rzucił w wir pracy. W zasadzie pracował prawie na okrągło, z przerwami jedynie na sen, chwile odpoczynku i wypełniające cały wolny czas badania historyczno-lingwistyczne, stanowiące jego jedyne, głęboko wciągające hobby. Cóż miał więc wspominać, jeśli nie pracę? Skoro życie osobiste było ciągłym pasmem niepowodzeń. Cały sens dorosłego życia kojarzył mu się z pracą. A sukcesów miał sporo. Wszystkie – jak się łatwo domyślić – związane jeśli nie z testowaniem nowych statków, napędów, jeśli nie z odkrywaniem nowych zakamarków kosmosu, to z optymalizacją wykorzystania latających baz albo z poszukiwaniem nowych źródeł surowców gdzieś tam, na krańcach Układu. Brał udział w dwu pierwszych wyprawach do wrót Emma Ya, do horyzontu zdarzeń6.

Dowódcą pierwszej, tej z dwa gesz siedemnastego roku, był obecny szef Agencji, generał Drago Anto Drago Ilmo Drago Deus. Wtedy osiągnęli po raz pierwszy dziewięć gesz trzydzieści na geszu7 pp8.

Drugą wyprawą, w dwa gesz czterdziestym dziewiątym roku, dowodził już Ivo. Szybkość dziewięć gesz pięćdziesiąt pięć na geszu pp przy dochodzeniu do horyzontu i aż jeden geszu trzydzieści siedem na geszu w trakcie drogi powrotnej! Wtedy to było coś! Największa prędkość, z jaką kiedykolwiek poruszał się człowiek! Prędkość, o jakiej jeszcze jeden gesz, ba, trzydzieści lat wcześniej, nawet nikt nie marzył. Prędkość, która przez całe geszlecia rozgrzewała wyobraźnię futurystów, która wydawała się barierą nie do pokonania przez obiekty obarczone jakąkolwiek, chociażby minimalną masą.

Wszystko, oczywiście, do czasu. Bo kiedy pojawił się reduktor pola grawitacyjnego na wirującą plazmę rtęciową, wszelkie ograniczenia prysły, jak nad ranem senne marzenia, serwowane przez „Geszrękiego, wersja 1₲12. Dla szczególnie wymagających”.

I właśnie z powodu tej wielkiej prędkości, ściśle biorąc, z powodu przekroczenia zaplanowanej prędkości maksymalnej, mieli pewne kłopoty z powrotem. Gdy osiągnęli nieco ponad osiem gesz na geszu pp, co było zrozumiałe, kontakt z bazą na Nibiru praktycznie się urwał. Mimo że wyprawa według czasu pokładowego miała trwać siedemnaście godzin, to według czasu na Nibiru mieli wrócić dopiero czterdzieści sześć godzin po starcie.

Tyle teoria, a praktyka? Dzięki zbliżeniu się do horyzontu zdarzeń nieco bardziej niż pierwotnie zakładano – co było bardzo ryzykowne i przyznajmy, nie do końca wiadomo, czy potrzebne – a tym samym uzyskaniu znacznie silniejszego efektu katapulty oraz w efekcie większej prędkości, już czterdzieści dwie godziny i dziesięć minut od startu do Centrum Kontroli dotarł sygnał o gotowości do lądowania. Ivo zrobił to wszystko z premedytacją, chcąc pokazać, co potrafi. Niestety, na dole, po pierwsze mało kto – z wyjątkiem pracowników Centrum – się na tym poznał, a po drugie absolutnie nikt się ich nie spodziewał.

Po kilku minutach potężnego zamieszania, nerwowego komunikowania się z sekretariatem Pierwszego Nibirianina usłyszeli, że muszą polatać jeszcze parę godzin, bo wszyscy oficjele przybędą najwcześniej na 48:00! Bohaterowie mają nieco polatać w oczekiwaniu na przybycie Jego Doskonałości!

Deus „Po Trzykroć Drago”, który już wtedy był szefem Agencji, licząc na poważne dotacje, dbał o dobre stosunki z Królem. Posłusznie, w spacerowym tempie, zrobili więc jeszcze pięć okrążeń wokół Nibiru, zanim ostatecznie pozwolono im wylądować. Ale warto było polatać w kółko! Oj, warto! Gratulacjom nie było końca. Pojawili się wszyscy najważniejsi. Król złożył gorące życzenia dalszych sukcesów każdemu członkowi załogi oddzielnie. Tak. Każdemu z osobna. Ma się rozumieć – szczególnie dowódcy. To jeszcze nie wszystko. Całą załogę, wraz z Deusem „Po Trzykroć D”, zaprosił do Pałacu na kolację! Co to była za kolacja! Ivo do tej pory ma w ustach smak tych wspaniałych win, musów, owocowych żeli. A wszystkie naturalne, świeżuteńkie, pachnące. Prosto z ogrodów pałacowych. A cygara o tak fantastycznym aromacie, że dech zapierało. A kawa, mmm… Przepyszna!

Może właśnie tamtemu sukcesowi Ivo zawdzięczał nominację na dowódcę tej wyprawy? Najważniejszej ze wszystkich wypraw w długiej historii zdobywania kosmosu. Wyprawy, która zacznie się przecież już za kilkanaście godzin!

Zrobił ostatni już nawrót i zgrabnie wyminął pływające liście. Jak królewski zwierz meseh, zniknął pod wodą, przepływając pół basenu. Wreszcie wyszedł na brzeg. Teraz trochę biegania, gimnastyki, zwykłego odkażania, potem śniadanie i wreszcie był gotowy. Melancholijny nastrój minął bezpowrotnie. Ponownie ogarnęło go podniecenie. Teraz już nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie postawi nogę na pokładzie.

***

Tego ranka w wielu domach działo się podobnie. Ponad trzy i pół sar szczęśliwców czyniło ostatnie przygotowania do Wielkiej Wyprawy.

Część z nich została wybrana. Przede wszystkim dwa gesz dwadzieścia pięć osób załogi statku pasażerskiego „Sigu” i osiem osób załogi transportowca „Pô”. Resztę wybrańców, w liczbie dziewięć gesz dwadzieścia cztery osoby, stanowili naukowcy, inżynierowie, mechanicy, kucharze, medycy i wszyscy ci niezbędni, by misja mogła zakończyć się sukcesem. Oraz ich najbliżsi.

Pozostałych uczestników wyprawy, ściślej mówiąc, całe rodziny uczestników, w pokrętny sposób wylosowano, co stanowiło temat wielu złośliwych dowcipów, niekończących się sporów, odwołań i kłótni. Ostatecznie Ministerstwo Nowych Światów całą winą za wyniki losowania obarczyło „nieoptymalny rozkład enzymów wytwarzanych przez likotsje9”, dzięki czemu wszystkie odwołania zostały oddalone bez odszkodowań.

Król taki rodzaj wyjaśnień przyjął za zupełnie wystarczający, a rozwiązanie problemu za niesprzeczne z wewnętrznymi przepisami obowiązującymi w Ministerstwie, co rzecz jasna, opinię publiczną poruszyło do żywego.

Pechowo dla opinii publicznej Pierwszy Nibirianin nie należał do tych, którzy przejmowaliby się takimi duperelami, jak wzburzona opinia publiczna w zaledwie drugim roku trzeciej już z kolejnych dwunastoletnich kadencji. Co innego, gdyby wzburzenie opinii nastąpiło w jedenastym albo jeszcze lepiej w dwunastym roku kadencji. Wtedy tak. Wtedy jasne. Byłoby wielkie oburzenie Pierwszego Nibirianina i naturalnie pokazywane przez wszystkie stacje aż do znudzenia „jakim prawem?!” z uderzaniem dłonią w pulpit oraz gromkie „kto do tego dopuścił?!”. I jeszcze okraszone zdziwioną miną „jak to możliwe, szanowni państwo?!”. Potem z kopyta ruszyłoby nadzwyczaj sprawne dochodzenie, „wnikliwe i dogłębne” ma się rozumieć, a rezultaty losowania – to pewne – okazałyby się „rażąco niesprawiedliwe dla wielu grup społecznych i absolutnie nie do zaakceptowania”. Kilku ważniaków z Ministrem Nowych Światów na czele odklejono by od foteli, by posadzić na ich miejscach paru nowych. Tak prawdopodobnie by się stało, ale przecież nie w drugim roku kadencji. Nie bądźmy naiwni!

Nie pierwszy to i wiadomo przecież, że nie ostatni przejaw szczególnej troski o obywateli ze strony Pierwszego Nibirianina.

Ministerstwo Nowych Światów, ciągle z tym samym ministrem na czele, wyszło ze słusznego założenia, żeby na wszelki wypadek nie rozdzielać rodzin, co było podyktowane poważną obawą o pomyślne zakończenie misji (do czego głośno nigdy się oczywiście nie przyznano). Gdyby jednak wszystko zakończyło się zgodnie z przewidywaniami, kierowany przez Króla gabinet (zdominowany przez skrzydło Konserwatywno-Naturalistyczne) wyrażał nadzieję, że kiedy ludzie znajdą się w nowych, pionierskich warunkach, na nowej, pustej (w sensie braku istot na podobnym etapie rozwoju) planecie, to może wrócą do równie pionierskich zachowań i wreszcie przypomną sobie, że natura dawno temu doprowadziła do wyodrębnienia dwu płci. I wcale nie zrobiła tego z czystej złośliwości, jak twierdzą zwolennicy Światłego Peda, tym bardziej nie z tego powodu, by doprowadzić do nieuchronnej konfrontacji i fizycznej likwidacji słabszej z płci, o czym na zamkniętych, tajnych spotkaniach nauczają Fobiści (FR10).

Otóż gabinet, forsując pogląd największej mniejszości, wyrażany zaledwie przez dwa gesz czterdzieści dwa na geszu wyborców, głęboko wierzy, że na tej nowej planecie z całą siłą ponownie odezwie się skutecznie tłumiony przez ostatnie sarlecia i prawie zapomniany już zew natury. I że w efekcie ludzie – jak podają najstarsze kroniki – połączeni w różnoimienne seksualnie pary w jednym, ale za to najważniejszym celu, zaludnią tę Nową Nibiru bez pomocy jakichś tam patologicznych wylęgarni.

Oby, oby, oby!… Obyśmy dożyli tych pięknych czasów i oby w pobliżu nie było wówczas Pierwszego Nibirianina, bo inaczej wiadomo. Cały popęd seksualny pryśnie, jak nad ranem marzenia senne, serwowane przez „Geszrękiego, wersja 1₲12”. I zostanie przekierowany na jakże potrzebną aktywność społeczną.

Tak czy inaczej, bez względu na orientację seksualną czy zapatrywania polityczne, wszyscy uczestnicy rozpoczynającej się za kilkanaście godzin wyprawy kończyli gorączkowe do niej przygotowania. W ubiegłym tygodniu przeszli po raz ostatni niezbędne testy sprawnościowe i szkolenia, w tym z umiejętności pilotowania wimany.

Wczoraj główny mózg zebrał najnowsze wyniki badań z przydomowych COM-ów11, co było czystą formalnością, bo przecież wszyscy i tak byli permanentnie monitorowani już od trzech miesięcy. Aproksymowany stan zdrowia każdego członka wyprawy i każdego rezerwowego był znany co najmniej do momentu zakończenia podróży12.

O wyznaczonych godzinach, jednak nie później niż o 27:00, wszyscy, w tym rezerwowi, mieli zgłosić się bez żadnego bagażu do Centrum. Można było zabrać jedynie hologramy ze wspomnieniami. Reszta niezbędnych rzeczy czekała na nich na statku. Już od świtu we wszystkich domach tych szczęśliwców panowało wielkie podniecenie. No, może z wyjątkiem domu Arno Troya.

Pan Troy, samotnik, po nieżyjącej już mamie geniusz, po nieznanym tacie lekkoduch, też miał wziąć udział w wyprawie. Co ważne (przynajmniej dla niego), został wybrany, a nie wylosowany. Od ponad trzech gesz lat zajmował piękną, naturalną, nadmorską grotę, od strony lądu schowaną w starym, cienistym lesie. Wypłukana wysoko nad obecnym poziomem wody w skalistym brzegu bardzo głębokiej, chociaż niewielkiej morskiej zatoki była jedną z całego systemu wapiennych jaskiń, stanowiących pozostałość po dawnych, burzliwych wydarzeniach nibirologicznych. W tej części wybrzeża aż się od nich roiło. Ale ta nad pozostałymi górowała rozmiarami, jako jedna z nielicznych miała kilka komór i była jedyną grotą zamieszkaną na stałe.

Za lasem pan Troy miał jeszcze całkiem sporą winnicę, zapewniającą mu samowystarczalność w kwestii dostępności surowca najwyższego gatunku, jako że w jednej z owych komór wytwarzał wina. W drugiej, w niewielkich, drewnianych beczkach, pozwalał im w spokoju i we właściwych warunkach dojrzewać. A kiedy przychodziła pora, przy użyciu aparatury pamiętającej jeszcze czasy jego dziadka (ze strony mamy) tradycyjną metodą pędził z nich najwspanialsze spirytualia po tej części równika13. W trzeciej komorze groty, w warunkach stałej temperatury i wilgotności, również w drewnianych beczułkach gromadził rezultaty swojej ciężkiej pracy i pilnował, by w trakcie długotrwałego leżakowania osiągały mistrzowski poziom. Co jakiś czas sprawdzał jakość, a jeśli to było konieczne, wprowadzał niewielkie korekty. Zdaje się, że był jednym z nielicznych, którzy jeszcze potrafili to dobrze robić14.

Komory czwarta i piąta groty, te od frontu, podzielone sztucznie na mniejsze pomieszczenia, stanowiły jego mieszkanie.

Tradycja uprawy winorośli, wytwarzania wina i produkcji destylatów w rodzinie Troyów przechodziła z rodziców na dzieci już od sześciu pokoleń. Tak przynajmniej sam twierdził, kiedy po degustacji z przyjaciółmi, w przypływie dobrego humoru opowiadał o swoim powołaniu.

Grota sąsiadowała ze skalną półką, a bezpośrednio przed wejściem miała sztucznie wyhodowaną grubą, krystaliczną platformę. Najpierw mlecznobiałą, a dalej zupełnie przezroczystą, otoczoną solidną, również krystaliczną balustradą. Z platformy roztaczał się fantastyczny widok. Szczególnie o tej porze roku, kiedy zwiastujące jesień morze było intensywnie szmaragdowe.

Jak wielokrotnie wcześniej bywało, tego ranka pana Troya bolała trochę głowa. Może dzisiaj nawet nieco bardziej niż zwykle.

Na wczorajszy wieczór zaprosił kilkoro przyjaciół, tych najzacniejszych, na których najbardziej mu zależało. Żegnał się z nimi długo i serdecznie. A że był tradycjonalistą i nie tolerował żadnych chemicznych dróg na skróty, mimo że minęła już 22:30, za pomocą lekarstwa wypełniającego niewielką menzurkę postanowił utopić ból przepełniający jego nie najmłodsze już przecież ciało.

Korzystając z ostatnich tego roku ciepłych i pogodnych dni, wygodnie wyciągnięty na ustawionym przed grotą leżaku, poddawał się wypracowanej dawno temu terapii, sprawdzanej i udoskonalanej podczas niekończących się, żmudnych i bolesnych doświadczeń.

Złocisty płyn, podawany w niewielkich, ściśle odmierzonych dawkach, przelewał się z menzurki do gardła Troya i znikał. Już po kilku chwilach od rozpoczęcia tej wymagającej dużej determinacji i samozaparcia, ale jakże potrzebnej kuracji wyraźnie odczuł zmianę nastroju, powodowaną zbawiennym wpływem leczniczego środka. Wolniutko, ciepłymi falami, lekarstwo rozchodziło się po całym obolałym organizmie. A dokąd dotarło, tam natychmiast przynosiło ulgę. Doszło w końcu w okolice ściśniętej jakąś niewidzialną klamrą głowy. Pan Troy z przyjemnością poczuł, że klamra nieco rozluźniła swój ucisk, by po kolejnej porcji leczniczego specyfiku zupełnie puścić.

Zadowolony skutecznością metody, uspokojony stopniową poprawą nastroju, dopiero teraz mógł skoncentrować się na tym, co tak naprawdę wyprowadziło go tego ranka przed grotę na tę wspaniałą, krystaliczną platformę. Hmm… Zaraz, zaraz… Ach, racja! Już sobie przypomniał. No właśnie! Jakżeby mógł zapomnieć o czymś tak ważnym!

Miał co prawda świadomość, że za długo dzisiaj nie poleży, bo przed 27:00 powinien wylecieć do Centrum. Ale po pierwsze jeszcze nie minęła 23:00, a po drugie przecież nawet jeżeli się trochę spóźni, to świat się chyba tak od razu nie zawali.

Znał życie i dobrze wiedział, że ta 27:00 to tak na wszelki wypadek. Jak wielokrotnie wcześniej na różnych spędach bywało, zrobi się wielki bałagan i wpuszczą ich na pokład nie wcześniej niż przed 33:00. O ile nie jeszcze później.

Po co więc czekać tam, w tłoku, w nerwach i w hałasie, jak można tu, wygodnie, w spokoju i na leżaczku. Bez zbędnego pośpiechu. Tym bardziej że na zbolałą głowę nic nie wpływa gorzej niż przebywanie w rozgadanej, zatłoczonej poczekalni. Gdzie co chwila ktoś cię popchnie, wejdzie ci na nogę, rozpędzony bachor szarpnie za kombinezon. I co z tego, że przeprosi, bo mu ojciec każe?

Przecież przed tak długą podróżą – podróżą tylko w jedną stronę – koniecznie trzeba mieć nieco czasu wyłącznie dla siebie, prawda? Dla swojego domu, platformy, dla swojej pasji, której się człowiek bez reszty poświęcał przez te wszystkie długie lata. W ogóle dla wszystkiego tego, co tutaj zostaje. Żeby się jakoś godnie pożegnać. Bez żalu zostawić to, z czym się zżyło przez ten czas, wyznaczany kolejnymi cyklami zbiorów, destylacji, posezonowych degustacji i wykładów dla zainteresowanych. Co prawie stało się cząstką jego samego. Bo tak przecież właśnie było.

A nie jakieś tam: prędko, szybko! Już! Bo czekają! Najpierw ta pani z dzieckiem, teraz ja, potem pan za mną… I niech pan pamięta, żeby to zabrać. Tak, to. Nie pan! Tamten pan.

Tego nie lubił. Nigdy.

Lubił spokojnie… Przecież każdy zdąży. Prawda, proszę pana? Nawet pan.

Uśmiechnął się do tego pana, bo wydawało mu się, że i on wreszcie zrozumiał, że życie na świecie pojawiło się nie po to, by się spieszyć, lecz by powoli, krok po kroku, osiągać maestrię, a później w spokoju się nią delektować. I to bez względu na dziedzinę, której ona dotyczy. No.

Poprawił się wygodnie na leżaczku. I czekał.

Nie podziwiał nawet, jak zwykł to robić każdego poranka, rozszalałego morza, rozbijającego się w dole z potężnym hukiem przypływu białymi bałwanami na z rzadka zalewanej, brunatno-fioletowej plaży. Nie wypatrywał stada znajomych, hałaśliwych głuponurów, mieszkających po sąsiedzku na wysokich skałach, od samego rana aż do wieczora zajętych wzbijaniem się z jazgotem w powietrze tylko po to, by jak gradowa nawałnica runąć do morza w nadziei na upolowanie jakiejś ryby. Nie zgadywał, czy plaża tam, w dole, pod jego przezroczystą platformą całkowicie zostanie przykryta falami przypływu, czy tylko częściowo. Tym razem żadna z tych rzeczy nie była w stanie zaabsorbować jego uwagi. Bo dziś rano czekało go coś znacznie ciekawszego.

Dziś rano pan Troy patrzył w niebo. Patrzył, oczekując na rozpoczęcie zapowiadanego od wielu tygodni wydarzenia. A pogoda była wymarzona. Zupełnie inna niż jeszcze wczoraj. Prawie żadnego wiatru, ani jednej chmurki, powietrze rześkie wczesną jesiennością i doskonale przejrzyste. Delikatna bryza znad wdzierającej się do zatoki, kotłującej fali przypływu przynosiła ten cudowny zapach morskiej wody. Zapach, który sprawiał, że poza brzegiem morza pan Troy nie widział dla siebie absolutnie żadnego innego miejsca, w którym mógłby zamieszkać.

Przypomniał sobie nawet o okularach ochronnych i o tym, by ustawić skaner i zrobić ruchomy hologram. Zerwał się i pobiegł po to wszystko do groty.

Wrócił uzbrojony w okulary i już lekko zniecierpliwiony tym przedłużającym się oczekiwaniem znowu zaległ na leżaku.

„Spokojnie, proszę pana. Nie ma dokąd się spieszyć”. Słusznie. Miał szczęście, bo Ostatni Wielki Spektakl na Niebie, który powoli właśnie się zaczynał, widoczny był tym razem tylko na niewielkim obszarze Nibiru. Jego grota leżała natomiast tylko ciut-ciut na południe od centrum tego obszaru.

Pomyślał w trybie poleceń „włączenie skanera”, poprawił okulary, a menzurkę do połowy wypełnioną złocistym lekarstwem postawił na oparciu leżaka. I czekał.

Kątem oka dostrzegł, jak ekipa Gal Media zainstalowana na sąsiednim Leśnym Wzgórzu, z wycelowanymi w niebo wielkimi skanerami, relacjonuje zdarzenia na żywo. Ku uciesze wszystkich zapracowanych i tych, którzy nie mają takiej fantastycznej, krystalicznej platformy z leżaczkiem jak on i nie dysponują niezbędną ilością tak skutecznego lekarstwa, by już od rana móc poświęcać się jakże istotnym, astronomiczno-medycznym eksperymentom.

Po raz kolejny poprawił się na leżaku, zaaplikował kolejną dawkę lekarstwa i skupił uwagę na głównych aktorach przedstawienia. Kiedy spojrzał w ich kierunku, okulary automatycznie przyciemniły obraz.

Maleńkie Pô Tolo, przez okulary bladopomarańczowe i już ledwo widoczne, wolniutko przesuwało się po wschodniej stronie nieba w prawo oraz nieco ku górze. Potężne, w tej chwili biało-złote Sigu Tolo, przygrzewając coraz solidniej, podążało w ślad za nim. Pan Troy wylegiwał się i obserwował, jak Sigu, systematycznie, choć wolniuteńko, dogania Pô. Wyglądało to tak, jakby chciało je połknąć.

Z przykrością uświadomił sobie, że przed chwilą postawiona na oparciu menzurka, nie wiedzieć dlaczego, zrobiła się pusta. Pobiegł szybko do jaskini i po chwili wrócił z dwiema pełnymi. Położył się i kontynuował obserwację.

W połowie drugiej menzurki, kiedy Sigu Tolo już prawie dogoniło Pô, natężenie światła stało się tak wielkie, że musiał ręcznie dopasowywać polaryzację. Niebo przybrało kolor ciemnogranatowy, a Pô pomarańczowo-czerwony. Sigu natomiast troszeczkę zżółkło, ale przynajmniej przestało go wreszcie oślepiać.

Wtedy to, na prawo od maleńkiego Pô, tuż-tuż obok niego, na tle prawie czarnego nieba pojawił się jakby jakiś niepokój. Jakaś słabiutka, jasnobłękitna poświata, otaczająca coś niewidzialnego. Jedyny namacalny dowód, że oprócz Pô i Sigu ktoś jeszcze bierze udział w tym dzisiejszym przedstawieniu. Ale któż to może być?

Jak to kto?!… Ktoś, kto ukrył się w perfekcyjny sposób. I to w samym środku sceny! Ktoś, kto wobec wszystkich pozostałych ma bardzo złe zamiary, a kogo nikt jeszcze nigdy nie widział i pewnie nigdy nie zobaczy. Ale o kim wszyscy mówią wyłącznie z niekłamaną trwogą, ze zrozumiałym brakiem sympatii, a najczęściej z wielką niechęcią. Tym kimś jest największa terrorystka w całym Układzie, lekceważąca sobie wszystkich pozostałych. Silniejsza od nich i bezwzględnie okrutna. Nieznająca żadnych zasad poza jedną – połknąć, pożreć wszystko! Wszystko, co się tylko zbliży. Natychmiast! Ta, która nie zawaha się ani przez moment.

To wiecznie nienasycona Emma Ya. Ta, która całe eony temu stoczyła śmiertelną walkę z demonem Rahu. Odgryzła mu ogon, a potem żywcem połknęła. Od tego czasu głodny, okaleczony demon siedzi w jej brzuchu, pożerając wszystko, co tylko ona połknie. To złączone przeznaczeniem w jedno Największe Zło i Jeszcze Większe Zło. Dwa najczarniejsze z czarnych kosmiczne charaktery. Bo owa ledwo widoczna poświata dostrzeżona przez Arno Troya powstawała jedynie dzięki materii wyrywanej z otoczenia niewidocznej w tej chwili Nommo, planety najbliższej potrójnego centrum Układu. Atmosfera maleńkiej Nommo wydawała w ciszy ostatnie bezgłośne tchnienie, będąc żywcem pożeraną przez wiecznie głodną Emma Ya i Rahu uwięzionego w jej wnętrzu.

Pô Tolo było zgubione! Teraz było to już wyraźnie widać. Niestety, dopiero teraz. Wpadło w potrzask! Znalazło się dokładnie między wielkim Sigu Tolo a ciągle ukrywającą się Emma Ya. W tej chwili wyglądało to tak, jakby Sigu z premedytacją naganiało Pô do niewidocznej paszczy Emma Ya.

Pod koniec drugiej menzurki, kiedy Pô prawie już dotykało krawędzi błękitnej poświaty, zaczęło się rozciągać w jej kierunku. Jakby Emma Ya rozpoczęła wsysać je w odrażająco żarłoczny i łapczywy sposób. W następnym momencie, w ostatnim już akcie desperackiej obrony, Pô spuchło i rozlało się w bezkształtną, świecącą pomarańczowo-czerwonym i rubinowym światłem masę, by za chwilę się skurczyć i ostatecznie zniknąć. Zostało połknięte! W całości! Jak kiedyś demon Rahu.

Biedne maleńkie Pô Tolo. Nikt nie przyszedł mu z pomocą. Nikt. A teraz pewnie jeszcze zostanie połknięte przez Rahu siedzącego w brzuchu Emma Ya. Biedne maleńkie Pô Tolo. Tyle lat uganiało się po niebie, chowając się przed tym niewidzialnym, wiecznie nienażartym potworem. Tyle razy mrugało filuternie to z jednej, to z drugiej strony do swojego większego brata, jakby chcąc powiedzieć: „W pobliżu ciebie czuję się bezpiecznie. Tu, przy tobie, nic mi chyba nie grozi, prawda?”.

A teraz… Większy brat sam wepchnął cię, maleńka kruszyno, do niewidocznej paszczy tej morderczyni. Między gwiazdami całkiem jak między ludźmi… Smutno będzie bez ciebie na świecie.

– Za biedne maleńkie Pô Tolo! Zawsze będę o tobie pamiętał! – Pan Troy wyciągnął przed siebie menzurkę i wychylił ostatni łyk.

Dopiero teraz ujawniły się w pełni podstępne plany wciąż nienasyconej Emma Ya. Kiedy Sigu Tolo zbliżyło się do jej błękitnej poświaty, zaczęło dziać się z nim dokładnie to samo, co przed chwilą ze zdradzonym przez nie maleńkim towarzyszem. Podstępna Emma Ya zebrała wszystkie swoje siły przed decydującym starciem. Wysiliła się tak, aż zniknęła błękitna poświata, okalająca ją jeszcze przed momentem. Ciągle głodna, zazdrosna o wszystko i jak zwykle podstępna, zaczęła łapczywie wsysać niepodejrzewające niczego, jeszcze chwilę temu wielkie Sigu Tolo.

Sigu wreszcie rozszyfrowało jej zdradzieckie plany. Ostatecznie zorientowało się, że teraz nie jest już niczym innym, jak tylko następnym łakomym kąskiem, który – kiedy przyjdzie jego pora – zostanie połknięty tak samo, jak przed chwilą ów maleńki towarzysz.

W ostatnim akcie desperacji, broniąc się rozpaczliwie, Sigu próbowało uciec. Niestety. I tym razem było już za późno! O wiele za późno! Wszystkie jego wysiłki na nic.

Potężna Emma Ya ciągnęła je teraz w swoją stronę ze wszystkich sił. Po dłuższej chwili tego mocowania się Sigu Tolo wyraźnie zaczęło słabnąć. Okazało się zdecydowanie zbyt wątłe, by sprostać ukrytemu w centrum, niewidzialnemu potworowi. I chyba miało już dość owych śmiertelnych zapasów. Wygląda na to, że pogodzone ze swym tragicznym losem definitywnie się poddało. W agonalnym paroksyzmie rozciągnęło się w stronę Emma Ya tak, jakby było z gumy.

„Jak to?! Czyżby to już miał być koniec?! Wszystkiego?! Czy jest jakikolwiek sens, by świat miał dalej istnieć bez niego, bez potężnego Sigu Tolo?! I tylko z tą niewidzialną, psychopatyczną morderczynią, z nienawiści pożerającą wszystkich wkoło?! A co z nami biednymi?! Co z życiem tu, na Nibiru?! Czyżbyśmy mieli być tylko następni w kolejce?!”

– Nie poddawaj się, Sigu, walcz! Słyszysz?! – krzyczał, wymachując ręką. Z podniecenia aż usiadł na leżaku. – Nie wolno ci! – Bezsilny uderzał pustą menzurką w oparcie. – Chcesz, żebyśmy wszyscy przez ciebie zginęli?!

Najwyraźniej Sigu Tolo musiało usłyszeć ten przepełniony trwogą, ostatni lament Wielkiego Utracjusza. I chyba zrobiło mu się wstyd. Przecież wszyscy na Nibiru mu kibicowali, a ono tak szybko się poddało. I to prawie bez walki. Wstyd.

Jeszcze raz zebrało się więc w sobie. Ale chyba już ostatni raz. Jakby świadomość tego, że gdzieś tam, na jakiejś małej planecie wszyscy trzymają za nie kciuki, dodała mu nowych sił. Jeszcze raz, wprawdzie już mocno zdeformowane i nadgryzione, naprężyło wszystkie mięśnie. I nie tylko nie poddało się, ale samo ruszyło do kontrnatarcia! Jak rozwścieczony, ranny, królewski zwierz meseh!

Tak! Znów zaciekle walczyło o swoje życie, o życie tych śmiesznych ludzi gdzieś tam, na Nibiru, i o dawny, odwieczny porządek, ustalony w całym Układzie na samym początku. Z wysiłku zaczęło mienić się różnymi barwami. Białe do tej pory – w okularach Troya sztucznie tylko zażółcone, by nie zniszczyć mu wzroku – od strony krwiożerczej Emma Ya zmieniało się w rubinowe, by potem, przez głęboki pomarańczowy i żółty, przejść w zielone, niebieskawe i wreszcie fioletowe. To był galaktyczny, ba, pankosmiczny pokaz mocy! Sigu Tolo, wysuwając bezkształtne macki, zaczęło teraz samo oblewać Emma Ya! Tak! To waleczne, potężne Sigu Tolo zaczęło ją połykać! By dodać sobie animuszu, by wyglądać znacznie groźniej, gwałtownie przy tym puchło, z każdą chwilą robiąc się coraz większe. Nagle, w jednej chwili, zwierzyna zmieniła się w myśliwego!

„Cóż za nieoczekiwane odwrócenie sytuacji! A więc nie wszystko jeszcze stracone! Cudownie! Prześlicznie!” Pan Troy był zachwycony. Z całej siły ściskał pięści. Żeby tylko Sigu zwyciężyło.