Opis

Homo Ilum 2. Początek ery wodnika to kontynuacja losów bohaterów, których poznaliśmy w Homo Ilum 1. Tajemnice Sumeru. Tak na temat tomu 1 wypowiedzieli się czytelnicy:

Autor stworzył ciekawą historię opartą na tajemnicy powstawania świata, a fabułę umieścił w realiach wojny w Iraku. Wiele osób znajdzie tu coś dla siebie, począwszy od faktów ze świata starożytnego i początków cywilizacji (alternatywnych niejako dla tych powszechnie znanych) po wątek niemal szpiegowski i elementy sensacyjne. Opisy powstawania cywilizacji Sumeru, zręcznie wplecione w przygody bohaterów, pozwalają na przeniesienie się choć na chwilkę do tamtego świata i to bez specjalnego nadwyrężania wyobraźni. Jednocześnie u osób choć trochę otwartych na inną wizję powstawania ludzkości wzbudzą pewną wątpliwość i refleksję. Pomimo zastosowania przez autora pewnych uproszczeń związanych z losami bohaterów książkę czyta się bardzo dobrze. Należy mieć nadzieję, że nie będziemy musieli długo czekać na kontynuację.
Wojciech Jęsiek, czytelnik

Ze względu na intrygującą tematykę książka Pawła Sułkowskiego bardzo mnie wciągnęła. Wśród książek polskich autorów zdarzają się prawdziwe perełki i „Homo Ilum 1. Tajemnice Sumeru” z pewnością do takich należy.  Na pewno przeczytam kolejną część, bo ten tom rozbudził tylko moją ciekawość i zaostrzył apetyt.
Julia Kaczmarek, czytelniczka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 517

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


XXPENSJONAT DLA ZASŁUŻONYCH

Już pod wieczór pułkownik Edwards znał aktualny adres owego ważnego gościa o tak skomplikowanym nazwisku, z którym należałoby omówić szczegóły znalezisk ze świątyni.

Były Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Hamum Abd Al-Ghaliq Abd Al-Khafur był pensjonariuszem świetnie strzeżonego, ale, nie wiedzieć dlaczego, cieszącego się bardzo złą sławą więzienia Abu-Ghraib, wybudowanego na zachodnich peryferiach Bagdadu.

Wizytę w owym pensjonacie Edwards załatwił na następny poranek.

 

Po śniadaniu przyjechał do koszar z „Rambo” Daviesem i zabrał obu „śledczych” do więzienia.

Jak już wcześniej bywało, kierowca zdawał się nie przejmować żadnymi przepisami. Gnał jak wściekły naprzód, wychodząc ze słusznego przekonania, że tylko ten, kto jedzie szybciej, ma rację. Trzeba przyznać, że taki sposób poruszania się po Bagdadzie był dość powszechny. Pewnie wynikał z przeświadczenia, że trudniej trafić w samochód pędzący z dużą prędkością, niż w jadący wolno. W ostatnich miesiącach liczba zamachów dokonywanych na cywilne pojazdy niestety wyraźnie wzrosła.

 

O 8:43 tuż za kanałem wypełnionym zieloną wodą zjechali z autostrady. W głębi ukazał się wysoki betonowy mur zwieńczony wieżyczką z workami z piaskiem. Piaszczystą drogą wzdłuż kanału pojechali w jego stronę. Wieżyczka wyglądająca prawie jak wieża kontroli lotów na lotnisku wyznaczała południowo-wschodnie skrzydło więzienia.

Po lewej stronie drogi właśnie zaczął się drugi mur łagodnie skręcający w lewo. Oni również łagodnie skręcili. Znaleźli się na klepisku udającym drogę wiodącą między dwoma murami. Żeby komuś nie przyszło do głowy, by za mocno rozpędzić się na tej drodze prowadzącej bezpośrednio do więziennej bramy, co chwilę raz z lewej, raz z prawej strony, poprzecznie do kierunku jazdy, ustawione były betonowe ostrogi wymuszające jazdę zygzakiem. Mijając zgrabnie najpierw betonowe ostrogi, a potem jeszcze zasieki z drutu kolczastego, Davies dowiózł ich wreszcie do bramy więziennej, czyli podnoszonej barierki spinającej przerwę w murze, uzbrojonej w budkę wartowniczą. Tuż za budką znajdował się budyneczek biura przepustek, do którego Edwards był zmuszony się pofatygować. Przedstawił odpowiednie papiery, na podsuniętym formularzu wypełnił kilka koniecznych tabelek i po złożeniu podpisu wreszcie mogli wjechać do środka.

 

Teren więzienia wytyczono tak, jakby projektanci do końca nie mogli się zdecydować, czy ma przypominać prostokąt, czy może raczej pięciokąt. Trzy boki – południowy, zachodni i północny – sugerują bowiem plan prostokąta. Wschodni natomiast zapożyczono z pięciokąta, ponieważ składa się z dwóch odcinków wyginających się na zewnątrz. Gwoli ścisłości należy dodać, że północno-wschodni narożnik jest mocno „zapadnięty” do środka. Razem więzienie zajmuje przeszło trzy czwarte mili kwadratowej, otoczonej murem z zasiekami i co jakiś czas wyrastającymi ponad ogrodzenie wieżyczkami, identycznymi jak ta w południowo-wschodnim narożniku.

Wewnątrz rozmieszczono jakby cztery „podwięzienia”, a każde otoczono niezależnym, własnym murem z kolejnymi zasiekami, wieżyczkami, z kilkoma budynkami dla więźniów i resztą niezbędnej infrastruktury penitencjarnej, na przykład salami do przesłuchań.

Gdyby ktoś pomyślał, że infrastrukturę penitencjarną stanowią wyłącznie jakieś zwykłe sale do przesłuchań, to należy zwrócić uwagę, że nie ma racji. Bo oprócz nich są tam jeszcze sale do przesłuchań dla takich, którzy za cholerę nie mogą sobie przypomnieć, co mają mówić i, naturalnie, sale do przesłuchań, w których to, co więzień powie, ograniczone jest tylko i wyłącznie wyobraźnią przesłuchującego.

Wszystko to wybudowano w czasach zapobiegliwego i brzydzącego się przemocą prezydenta Saddama Husajna, z myślą o kilkunastu tysiącach pensjonariuszy. I tych rozgadanych, i tych małomównych. Oraz oczywiście tych szczególnej troski – politycznych – zaliczanych do obu wyżej wymienionych kategorii.

Obecnie przebywa tu większość z pojmanych i uważanych za przestępców współpracowników prezydenta Husajna. Ministrowie, generalicja, prokuratorzy, wysocy dygnitarze partii Baas[1] czy oficerowie Mukhabarat[2]. Rzec by można – elita narodu. Crême de la crême tej elity – kilkudziesięciu „najwyższych” – to figury i blotki z „talii prezydenta Busha”. Chociaż talia ciągle jest mocno zdekompletowana, bo nie wszystkie karty wróciły do pudełka, wiadomo, że najwyższą figurą jest prezydent Saddam Husajn.

 

Strażnik polecił Edwardsowi, by skierowali się do pierwszego podobozu. To ten wewnętrzny mur prosto przed nimi. Z tym że brama jest prawie dokładnie po przeciwnej stronie, od zachodu.

Czyli objechali właściwy podobóz. Faktycznie, przy północnym końcu zachodniego muru była wartownia, a za nią brama.

Kolejny strażnik kazał im wjechać do środka, potem prosto do końca i zaparkować przy tamtym murze w pobliżu innych stojących samochodów. Kiedy wysiedli i już pieszo we trzech pokonali następną, jeszcze bardziej wewnętrzną bramę, w jeszcze bardziej wewnętrznym murze, znaleźli się na dziedzińcu, przy którym stało kilka jednopiętrowych budynków więziennych. Zgodnie z poleceniem weszli do drugiego.

Strażnik przy wejściu obejrzał ich papiery i polecił pójść korytarzem prosto do końca. Kiedy się tam pojawili, następny, bardzo sympatyczny strażnik skierował ich do znajdującego się po prawej stronie pokoju wizyt.

Weszli do niego grzecznie i usiedli.

W tym przytulnie beżowym pomieszczeniu, z dużym smakiem pomalowanym na obskurnie olejno, stały cztery metalowe krzesła i mały, chybotliwy stolik z nieco ułamanym, również beżowym blatem, na którym stała pusta, co wcale nie znaczy, że czysta popielniczka. W ścianie nad stolikiem była gruba, okratowana z obu stron szyba z mikrofonem i głośnikiem do rozmowy z więźniem, którego wprowadzano do pokoju po drugiej stronie. Był również przycisk do włączania mikrofonu. Dwa okratowane i lekko uchylone okienka pod samym sufitem przepuszczały tyle światła, że już teraz musiała się palić jarzeniówka, cała zresztą przystrojona śladami odbywających tu odsiadkę much. Do mielenia lekko przepoconego powietrza służył zwisający z sufitu, bucząco-furkoczący wiatrak.

– Kurwa, ale radosne miejsce! – zawołał z nieskrywanym entuzjazmem Tommy, doceniając kunszt dekoratorów. – Aż chce się żyć… Chcecie fajkę?

 

Gdy z papierosów zostało już niewiele, otworzyły się drzwi. Wszyscy trzej spojrzeli w tamtą stronę, zgasili papierosy i się podnieśli.

Strażnik wprowadził byłego ministra. Ale nie za szybę, tylko tutaj, do nich. Edwards pokazał strażnikowi jakiś czarodziejski dokument i sugerując mu, by opuścił pomieszczenie, poprosił, żeby absolutnie nikt im nie przeszkadzał.

Tłumacz nie był potrzebny, bo minister podobno świetnie radzi sobie z angielskim.

Niewysoki, szczupły, z rzadkimi, siwymi włosami, minister wyglądał jak trochę przygarbiony dobroduszny dziadunio, zasmucony wieścią o kolejnej chorobie babci. Aż litość brała, gdy widziało się go w tym właśnie miejscu, ubranego w nie najświeższą już przecież koszulę, ciemną marynarkę z wypchanymi czymś kieszeniami, pogniecione spodnie i podniszczone buty.

Zamknąwszy od zewnątrz drzwi na klucz, strażnik zostawił go sam na sam z trzema wojskowymi. Dwaj młodsi przenieśli stolik na środek pokoju i dostawili krzesła.

– Proszę siadać – odezwał się najstarszy. – Ja się nazywam Henry Edwards. Jestem pułkownikiem US Army i prokuratorem. Pan kapitan Thomas Page – wskazał stojącego po prawej stronie – jest moim współpracownikiem, a pan kapitan Kuba Tursky – przedstawił tego z lewej – prokuratorem w Wojsku Polskim.

Minister bez entuzjazmu przyjrzał się im w kolejności przedstawiania, po czym wszyscy usiedli.

– Pan nazywa się Hamum Abd Al-Ghaliq – kontynuował prokurator Edwards. – W czasie rządów Saddama Husajna był pan Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Zgadza się?

– Tak, nazywam się profesor Hamum Abd Al-Ghaliq Abd Al-Khafur. Nadal jestem Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego w legalnym rządzie niepodległego i suwerennego państwa Irak. Agresja, której na moją ojczyznę dokonały barbarzyńskie wojska amerykańskie, jest całkowicie nielegalna i niezgodna z duchem demokracji. Stanowi pogwałcenie prawa międzynarodowego. Żądam wycofania wojsk okupacyjnych ze świętej ziemi irackiej i oswobodzenia mojego narodu – odpalił widać już wcześniej przygotowaną formułkę. – Nie mam sobie nic do zarzucenia. Absolutnie. Jestem niewinny. Przetrzymujecie mnie wbrew mojej woli… Żądam natychmiastowego wypuszczenia z tego więzienia i przywrócenia należnej mi wolności.

– Dobrze, dobrze. Wiemy o tym wszystkim, wiemy… Zapali pan? – Tommy, jak każdy doświadczony prokurator, który takich tekstów słyszał więcej, niż minister był w stanie sobie wyobrazić, zdawał się zupełnie nie przejmować obejrzaną przed chwilą sceną egzaltowanej niewinności. Otworzył nową paczkę marlboro i poczęstował wszystkich. – Nas interesuje pewien wąski wycinek pańskich ministerialnych zainteresowań… Pod koniec sierpnia dwa tysiące pierwszego roku wysłał pan dyrektora Muzeum Narodowego profesora Hassana Zubeidę do cegielni koło stanowiska Niffar, niedaleko Afak. Przypomina pan sobie w jakim celu?

– Nie. Przykro mi, ale nie przypominam sobie – powiedział minister nieco zbity z tropu, jako że jego tyrada nie zrobiła na prokuratorach pożądanego wrażenia. Zaciągając się głęboko, dodał: – Nie pamiętam.

– To ja panu przypomnę – odezwał się Kuba, polski prokurator wojskowy, zaglądając do notatek. – W jednym z wykopów w cegielni odkryto jakąś budowlę. Wysłał pan profesora, żeby ją zbadał. Trzydziestego pierwszego sierpnia koło południa został pan przez niego telefonicznie poinformowany o gotowości do zejścia pod ziemię. Pod wieczór przyjechał pan do cegielni. Razem z profesorem i kilkoma oficerami zeszliście do świątyni. – Podniósł głowę sponad notesu i spojrzał na ministra. – Co było dalej?

– Tak, teraz już pamiętam. Dziękuję, że zechciał mi pan przypomnieć. Faktycznie tak było… Zeszliśmy krętymi schodami kilka pięter. Trudno powiedzieć dokładnie ile. Klatka była zupełnie ciemna. Mieliśmy tylko kilka latarek. Pierwszy szedł profesor Zubeida, ja zaraz za nim… Z tyłu jeszcze kilku oficerów. To było wielkie przeżycie, wielkie… Zwiedziliśmy całą świątynię i wróciliśmy na górę. Trwało to dobrą godzinę. Potem wróciłem do Bagdadu.

– A skąd pan się dowiedział o odkryciu w cegielni? – kontynuował prokurator Kuba.

– Jak to skąd?... No przecież dyrektor Zubeida zadzwonił do mnie.

– Ale pytam o sam początek. Kto dał panu znać, że w cegielni coś się pokazało?

– Zadzwonił dyrektor cegielni. To był jego partyjny obowiązek. To było w lipcu… Nie, pod koniec sierpnia. My tu w Iraku wykopaliska traktujemy bardzo poważnie. W końcu to nasze dziedzictwo… Dlatego zbadanie tej sprawy nakazałem profesorowi Zubeidzie, którego uważam za fachowca najwyższej klasy.

– Proszę opisać, jak wyglądała ta świątynia – dociekał Kuba. – Co tam było interesującego?

– Hmm… – Wzruszył ramionami, jakby nie wiedział, od czego ma zacząć. – Wszystko było interesujące… – Zaciągnął się ostatni raz i zgasił papierosa. – Prawdopodobnie byliśmy pierwszymi ludźmi, którzy w czasach nowożytnych oglądali te wnętrza… Pierwszymi po kilku tysiącach lat! Wyobrażacie to sobie, panowie? To robi duże wrażenie. Bardzo duże.

Staruszek aż dostał pąsów, gdy zaczął sobie to wszystko przypominać.

– Na pewno, to już słyszeliśmy. Ale co tam znaleźliście?

– Różne rzeczy… Bardzo stare. Rozpadały się przy najdelikatniejszym dotyku. Dlatego zabroniłem ruszania czegokolwiek i zarządziłem powrót na górę. – Zaznaczył stanowczo jak rasowy minister, podejmujący strategicznie ważne z punktu widzenia państwa decyzje.

– Profesor twierdzi, że z jednym z oficerów podnosił jakąś ciężką skrzynię, wykonaną z czegoś podobnego do współczesnego tworzywa sztucznego. – Wwiercał się jak w bolący ząb prokurator Kuba. – Pan nie pozwolił jej dotykać. Co według pańskiej wiedzy mogło się w niej znajdować?

– A tak!... Tak!... Teraz sobie przypominam. Faktycznie, była tam jakaś skrzynia. Ale co mogło się w niej znajdować?... Hmm… – Wzruszył ramionami i zrobił minę sugerującą kompletny brak trybienia. – Nie wiem. – Pokręcił przekonująco głową. Bardzo przekonująco. – Naprawdę nie wiem… Nie mam najmniejszego pojęcia.

– Była tylko jedna skrzynia, czy więcej?

– Chyba tylko jedna. Nie pamiętam dokładnie… Kilka lat już minęło.

– Podobno była jeszcze druga, trochę mniejsza. Profesor sugerował, że ta świątynia to przedpotopowe Ekur, a skrzynie mogą zawierać tabliczki ME oraz aparat do ich odczytywania. Czy tak?

– Nie pamiętam… – powiedział minister, odsuwając się, bo był pewien, że prokurator-dentysta sięgnął po jeszcze większe wiertło. – Nie przypominam sobie…

– Przecież dostał pan raport od Zubeidy. To pan kazał wszystko utajnić, a teraz pan nie pamięta?!... Strażnicy przy wejściu, nakaz zamknięcia cegielni, zwolnienie z pracy prawie setki ludzi!… To wszystko pańska robota!... Jak może pan mówić, że pan tego nie pamięta?! – zdenerwował się nie na żarty prokurator Kuba.

– Proszę panów, jeszcze raz powtarzam… Ja byłem ministrem irackiego rządu. Miałem masę spraw na głowie, a panowie chcą, żebym pamiętał jakieś mało istotne szczegóły sprzed kilku lat.

– To ja panu pomogę – zaoferował pomoc prokurator Tommy. – Pan pułkownik może się dla pana postarać o nadzwyczajne złagodzenie kary. Może też wpłynąć na poprawę pańskiej pamięci pewna kwota, zasilająca pańskie szwajcarskie konto… Pułkowniku, jaka to może być kwota?

– To zależy od poprawy pamięci pana ministra… – sprecyzował prokurator Edwards. – Tylko i wyłącznie.

– Zastanówmy się też, co mogłoby się wydarzyć, gdyby pańska pamięć była jednak zbyt ulotna… Przyznam, że opinia, jaką ma to więzienie pod naszym zarządem, jest tak zszargana, że gorsza już być nie może. To, co niektórzy opowiadają o tym, co się tutaj dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie. Aż strach tego słuchać… Tyle aktów przemocy, ile się tu wydarzyło, nie mieści się w ludzkiej głowie. Następny śmiertelny wypadek spowodowany kolejnym bestialskim pobiciem byłby tylko powodem do kolejnego, ale tylko chwilowego wzburzenia opinii publicznej. Obrońcy praw człowieka zainicjowaliby nie wiadomo już którą kampanię przeciwko jankesom, ale pewnie i tę jakoś byśmy przeżyli. – Zgasił papierosa. – Ludzie już się przyzwyczaili do tego, że tu się dzieją straszne rzeczy… – powiedział z naciskiem. – Straszne!... Ma pan pięć sekund na podjęcie decyzji… Albo pułkownik będzie interweniował w pańskiej sprawie u gubernatora Iraku, albo lekarz nie zdąży z interwencją, by uratować panu dość podłe życie – powiedział groźnie, wstając od stolika i wyciągając ze spodni pistolet. – Czas ruszył… Cztery… Trzy… – Odbezpieczył i przeładował. – Dwa… – Wycelował w kolano ministra. – Jeden…

– Nie! Błagam!... Nie!

Minister nadzwyczaj energicznie zeskoczył z krzesła i rzucił się na podłogę, zakrywając głowę rękoma.

– Ja nic więcej nie mogę powiedzieć!... Przysięgam!... Oni zabiją moją rodzinę! Zagrozili, że to zrobią, jak tylko coś pisnę! – wołał skulony, ściskając głowę.

– My zabijemy ich i wszystkich innych, gdy tylko wejdą nam w paradę!... Mów, gościu, bo tracę cierpliwość!

– Nie denerwuj się, Tommy! On już będzie mówił, tylko się nie denerwuj! – Kuba musiał siłą powstrzymywać bestię, która wyszła z Tommy’ego. Bestię zdecydowaną na najgorsze. – Jacy oni?!... Mów, człowieku, bo on długo nie będzie czekał… Jacy oni?!

Edwards pomógł staruszkowi wstać i posadził go znowu na krześle. Poczęstował papierosem. Minister dygotał na całym ciele. Kiedy zaciągnął się kilka razy, opanował trochę drżenie rąk.

– Kiedy Zubeida stwierdził… że to mogą być tabliczki ME… – zaczął załamany, tępo patrząc w blat stołu. Mówił tylko o ton głośniej od szeptu. – Postanowiliśmy to zachować w tajemnicy… Nie pozwoliłem niczego wynosić… Cegielnia została zamknięta. Myśleliśmy, że to odkrycie do czegoś się przyda.

– My, to znaczy kto?! – zapytał groźnie Tommy. Ciągle z pistoletem w ręku.

– No… ja i Zubeida…

– Nie kłam, bo kawałki twoich flaków upstrzą ściany tego pomieszczenia!

– Dobrze… Byłem sam… Myślałem… Chciałem później to sprzedać…

– Komu?!

– Ale pan pułkownik wstawi się za mną?...

– Wstawi albo twoje resztki będą zmywać ze ścian!… Gadaj wreszcie! – wrzasnął Tommy, aż minister podskoczył na krześle.

– Kiedyś… to było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym albo tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku… jak byliśmy z wizytą w Egipcie… rozmawiałem z generałem ich służb specjalnych… Wieczorem, już po oficjalnych rozmowach, spotkaliśmy się właściwie prywatnie. Rozmowa zeszła na strategie wojen prowadzonych w czasach faraonów. I on, i ja jesteśmy historykami wojskowości. Powiedział, że piramida w Gizie, według niektórych podań, w starożytności pełniła funkcję bardzo silnej broni. Stwierdził, że gdyby to była prawda, to dobrze byłoby się pokusić o jej zrekonstruowanie. Mieliby asa w rękawie w rozmowach z Żydami. A i my skorzystalibyśmy na tym. Wtedy stosunki między Egiptem a Izraelem układały się całkiem poprawnie, ale zakładali, że przecież kiedyś się mogą pogorszyć. A wówczas jakaś potężna broń stworzyłaby całkiem nowe możliwości, wyrównywałaby nieco szanse. Wiadomo nie od dziś, że na pustyni Negew, w Dimonie, Żydzi na potęgę produkują głowice atomowe… – Zrobił chwilę przerwy. Zaciągnął się dwa razy głęboko i zgasił niedopałek. – Nie dawałem wiary tym przypuszczeniom Egipcjanina. Aż wyjawił w końcu, że już w latach siedemdziesiątych radzieccy eksperci od różnych tajnych broni prowadzili u nich badania. To oni byli autorami koncepcji o militarnym znaczeniu piramidy. Według ich przypuszczeń, technika starożytnych cywilizacji stała na niesamowicie wysokim poziomie. To w pewnym stopniu potwierdzały również i nasze odkrycia. Kiedy się cofamy bardzo mocno w czasie, to im dalej wstecz, tym wiedza i rozwiązania techniczne są coraz doskonalsze. Tak, jakby historia kolejnych cywilizacji nie była historią rozwoju, tylko regresji. Niffar jest tego najlepszym przykładem. Ta świątynia jest cała z kamienia, a wszystkie młodsze od niej, zbudowane znacznie później, już tylko z gliny i z cegieł… Każda następna cywilizacja była na niższym poziomie wiedzy i rozwoju technicznego od poprzedniej. Oczywiście mam na myśli starożytność, a nie czasy współczesne. Później następuje kolejny rozwój. Jakbyśmy się poruszali po sinusoidzie, w dół i w górę, powielali stare wzorce i na nowo odkrywali to, co już kiedyś istniało…

Dziadunio rozgadał się w najlepsze. Ze strachu chyba zapomniał, że w tej chwili nie stoi przed audytorium studentów, a przed przedstawicielami wrogiego państwa. I nie po to, by nauczać, ale raczej by się wytłumaczyć z poważnych szwindli, w których miał przecież spory udział.

– Czy może mnie pan poczęstować jeszcze jednym? – Wskazał leżącą na stole paczkę.

– Proszę.

Edwards też wziął papierosa. Przypalił ministrowi. Ten palił jak lokomotywa.

– Dziękuję… Bardzo dobre… – pochwalił, zaciągając się z lubością. – Już wówczas wiadomo było o wpływie kultury Sumeru na powstanie cywilizacji Dolnego Nilu. Bogowie Sumeru mieli przecież swoich odpowiedników w Egipcie. Kiedy więc później znaleźliśmy informacje o tabliczkach ME, ktoś wpadł na pomysł, żeby sprawdzić, czy tam się nie mówi czasem o Wielkiej Piramidzie. Czy wiedza zawarta na tabliczkach nie dotyczy również i tej właśnie broni… Kiedy więc razem z Zubeidą odkryliśmy ME w Ekur, pomyślałem, że można by sprawdzić, czy teoria tego generała jest słuszna. Nawiązałem z nimi kontakt. Potwierdzili, że cały czas są zainteresowani.

– Kiedy to się stało? To nawiązanie kontaktu – wtrącił Kuba.

– W dwa tysiące drugim roku. We wrześniu czy październiku. Jak już u nas się robiło gorąco.

– Jak brzmi nazwisko tego generała?

– Generał Hassin Al-Barrak.

– Co było dalej? – zapytał Tommy, wreszcie chowając pistolet. – Powiedziałeś im, gdzie nastąpiło odkrycie?

– Tak. Musiałem ich jakoś przekonać, że to naprawdę Ekur. Powiedziałem kiedyś, gdzie jest ta cegielnia. Ale co działo się później, nie mam pojęcia… Przecież zostałem aresztowany.

– Aresztowany zostałeś dopiero w połowie dwa tysiące trzeciego roku – zauważył Tommy. – Kto miał dostarczyć ME Egipcjanom i kiedy?

– Nie wiem… Potem nie miałem już czasu, by się zajmować tymi sprawami… Co innego miałem na głowie.

– Nie pleć bzdur, chłopie! To był interes twojego życia, a ty nam mówisz, że nie miałeś na to czasu?!

– Prezydent Husajn nałożył na mnie zupełnie inne obowiązki.

– Jakie?!... Mów!!!

– …

– Jakie obowiązki?! – wrzasnął Tommy, przejmując na siebie ciężar dochodzenia.

– Miałem zająć się kontrolowaniem środowiska naukowego… – wyjawił wstydliwie.

– To znaczy inwigilacją, tak?!

– Zrozumcie, panowie… Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta… Niektórzy uczeni zaczęli otwarcie krytykować poczynania prezydenta i rządu. Nie mogliśmy na to pozwolić… Naprawdę nie wiem, co się stało z tymi tabliczkami.

– Czy z Rosjanami też się kontaktowałeś w ich sprawie?

– Z Rosjanami?!... Nie! Absolutnie nie! Przysięgam!... Nie byli w tym czasie u nas mile widziani.

– A wcześniej?

– Wcześniej, to co innego… Ale te czasy już dawno minęły.

– To dlaczego kradzieży tabliczek dokonali byli agenci Związku Radzieckiego?

– Co?!... Jakiej kradzieży?!... – Pan minister wydawał się szczerze zaskoczony. – Nie mam o tym pojęcia… Nic nie wiem o żadnej kradzieży!

– Kto ich wynajął?... Ty?!

– Nie wrabiajcie mnie w to! Powtarzam, nic nie wiem o żadnej kradzieży!... Uwierzcie mi w końcu! – zawołał zdesperowany.

– To kto to był?

– Powtarzam po raz kolejny. Nie wiem!... Nic na ten temat nie wiem!

– Nie gadaj głupot!... Z kim współpracowałeś? Twoja żona, tak?!

– Nie!... Ona do tej pory o niczym nie wie!... Może Hassin Al-Barrak sam to zorganizował. Ten generał z Egiptu… Był zastępcą szefa wywiadu. Może to jego robota?…

– A jak miało dojść do uruchomienia tej broni? – odezwał się znacznie łagodniejszy polski prokurator.

– Tego też nie wiem… Na temat szczegółów nigdy nie rozmawialiśmy. Tylko tak, ogólnie. Że dobrze byłoby spróbować… Ja się nie znam na technice. Zupełnie.

– Ale chyba mówili, co zamierzają tam zrobić?

– Właśnie, że nie… Oni sami niewiele wiedzieli… Raczej mieli nadzieję, że więcej się dowiedzą z tych tabliczek. Przynajmniej ja tak to odbierałem.

– Dobra, kto cię szantażował? – Tommy wrócił do poprzedniego wątku. – Kto groził, że zabije twoją rodzinę? I za co?

– A jaką mam gwarancję, że jak panom powiem, to zapewnicie bezpieczeństwo mojej rodzinie?

– Żadnej… Masz gwarancję, że jak nie powiesz, to od jutra twoja rodzina będzie chodziła w żałobie! – Znowu sięgnął do kieszeni po włoski argument kalibru 9 milimetrów.

– To był syn prezydenta… Uday Saddam Husajn. Groził mi już wcześniej, że jak nie wyjawię Egipcjanom, gdzie są tabliczki, to zabije moją żonę…

– Przecież sam to zrobiłeś. To dlaczego miał cię szantażować?

– Skłamałem… To on namówił mnie na spotkanie z Hassinem Al-Barrakiem. Od samego początku był inicjatorem tego wszystkiego… – Opuścił głowę i załamany cicho dodał: – Ja mu uległem.

– A dlaczego nie chciałeś sam tego przeprowadzić? Dlaczego on musiał ci grozić?

– Nie chciałem tego sprzedawać Egipcjanom…

– A komu? Co, za mało oferowali?!... Chciałeś urządzić licytację?!

– Nie!… Nie chciałem… Myślałem, że można by to samemu wykorzystać… Tu, w Iraku.

– W jaki sposób?

– Nie wiem… Myślałem, żeby najpierw odczytać je tutaj, a najwyżej potem zadecydować. Wydawało mi się, że nie należy rezygnować z przewagi, jaką mogą stwarzać te tabliczki… Że jeśli nawet nie teraz, to w przyszłości na pewno się przydadzą… Myślałem, że sami powinniśmy spróbować zbudować taką broń. Nie tak dawno przecież zakończyła się wojna z Iranem… Tak myślałem…

– A jak to się stało, że taki skarb kazałeś zostawić na dole, w tej świątyni? Dlaczego nie zabraliście go i nie ukryliście, nie wiem, w ministerstwie na przykład?... W każdym razie gdzieś pod kluczem.

– Hmm… Sam się teraz dziwię… – Rozbrajająco szczerze spojrzał na Kubę. – Byłem przekonany, że w świątyni strzeżonej przez naszych żołnierzy wszystko jest bezpieczne... Tam zresztą tabliczki były na swoim miejscu. Wydawało mi się, że nie powinniśmy ich stamtąd zabierać. Poza tym, gdybyśmy je przewieźli do Bagdadu, za dużo ludzi miałoby do nich dostęp. Tam były najbezpieczniejsze… Przynajmniej wtedy… Potem, jak wybuchła wojna, naprawdę nie było już czasu, żeby się nimi zajmować. Każdy ratował swoją skórę… Może trzeba było faktycznie gdzieś je przenieść?… Tak, chyba należało tak zrobić… Zresztą, o ile dobrze pamiętam, to Uday rozkazał, żeby na razie nie ruszać ich z miejsca. Nikt nawet nie wpadł na pomysł, żeby się sprzeciwić… Wszyscy się go bali.

– A czego się teraz obawiasz? Uday przecież od dawna nie żyje.

– Nie jestem tego taki pewien… Poza tym on ma oddanych ludzi… Ich się obawiam. Nawet tutaj.

– Kogo konkretnie?

– Nie znam nazwisk. Ale to są oficerowie Mukhabarat, kontrwywiadu, różni… Od dawna razem z Udayem robili różne ciemne interesy. Wszyscy o tym wiedzieli, ale siedzieli cicho… Ze strachu… Nie wiecie jak to jest?… U was przecież jest tak samo.

– A kto nosił imię 3-41?

– Słucham?...

– Kto się ukrywał pod imieniem 3-41? – powtórzył Tommy. – Przecież mówię wyraźnie.

– Przepraszam, ale nie mam pojęcia, o co pan pyta…

– O to, czyj to numer! – Zaczął się denerwować.

– Nic nie wiem o żadnych numerach!… Posługiwaliśmy się normalnie imionami i nazwiskami. Naprawdę nie wiem, o co pan pyta. Nie było żadnej potrzeby, żeby stosować jakąś numerację.

– Prezydent miał numer 1, tak?

– Nie miał. Ja przynajmniej nigdy o tym nie słyszałem. Prezydent to był Saddam Husajn. I tyle… Może to jakieś kody wywiadu?

– A jaki obiekt miał numer 16?

Biedny minister chyba był zupełnie zbity z tropu.

– Panowie, wierzcie mi… Ja kompletnie nie mam pojęcia, o co wam teraz chodzi… Naprawdę.

– Ile za to skasowałeś? – Tommy zmienił temat.

– Nic!… Przecież nie wiedziałem nawet, że doszło do kradzieży.

– Co ty?... Chyba nie chcesz nam wmówić, że oddałeś to za friko?!

– Wszystko na to wskazuje… Okradli nas wszystkich…

***

– Przynajmniej teraz już wiemy, na czym stoimy – powiedział Edwards, częstując obu cygarem, kiedy wreszcie rozsiedli się w fotelach w jego gabinecie. – Wypijecie coś?

– Tak, chętnie. Nigdy bym nie przypuszczał, Tommy, że jesteś taki porywczy – zauważył Kuba. – Dowódca powinien być bardziej opanowany… O mało go nie kropnąłeś.

– Że też człowiek musi się aż tak wygłupiać… Traktuje pan serio to, co minister mówił o tej broni?

Trzymając w obu rękach butelki z piwem, Edwards nogą zamknął lodówkę.

– Wydaje mi się, że trzeba to brać na poważnie… Mam wrażenie że nie kłamał… – Wręczył każdemu po jednej. – W każdym razie mówił to z dużym przekonaniem… A o co panu chodziło z tymi numerami? Tym najwyraźniej go pan zaskoczył.

– Tak. Chyba rzeczywiście nie zajarzył… W notatniku Zubeidy przy zapiskach dotyczących Niffar to było dopisane w cudzysłowie na marginesie. – Wyciągnął z kieszeni notatki i podał Edwardsowi ostatnią kartkę.

– „Imię jego 3-41. Nie poznasz 16, nie znając imienia”… Brzmi jakoś czarodziejsko… – Edwards przyglądał się zapisanemu szyfrowi. – Może gdy zamknęli świątynię, to wpuszczali tylko tych, którzy znali ten kod?... A samej świątyni nadali numer 16?

– Może…

– Chyba raczej nie. Zubeida przecież go znał, bo miał w notatniku. A wyraźnie pisze, że mimo to nie chcieli go wpuścić – zauważył prokurator wojskowy Kuba.

– To może w takim razie to jakiś kod do otwierania samej świątyni?... Mówicie, że był w cudzysłowie, czyli jasne, że to jest cytat. Profesor Zubeida musiał to gdzieś znaleźć… Możliwe, że na jakiejś tabliczce… Brzmi jak jakieś tajemne hasło.

– Tak właśnie brzmi… – potwierdził Tommy. – Ale my przecież otworzyliśmy ją bez kodu.

– No… I nawet bez kilofa… Ja też uważam, że to może być kod do czegoś w świątyni. W środku… Do jakichś zamkniętych wrót, którejś z ważnych komnat, oznaczonej numerem 16... Przecież mogliśmy tam na dole coś przeoczyć… Musimy, pułkowniku, jeszcze raz dokładnie obejrzeć całą tę świątynię. Bez pośpiechu, spokojnie, systematycznie. Zabrać ze sobą jakieś porządne światło, a nie te gówniane latarki.

– Tak. Oczywiście – zgodził się Edwards. – Może jak ją porządnie oświetlimy, wyjawi nam wszystkie swoje sekrety?

– Co wobec tego dalej? – zapytał Kuba.

– Jutro pojedziemy znowu do tego pensjonatu. Tym razem pogadamy sobie z waszym pierwszym trofeum.

– Babbush Al-Tikriti?!... No jasne! – Tommy aż puknął się w czoło. – Jak mogliśmy o nim zapomnieć?!... Przecież to szef wywiadu! Musiał o wszystkim wiedzieć.

– Oczywiście… – Edwards wydmuchnął kłąb dymu i dopił resztę piwa. – A potem trzeba się będzie zastanowić, gdzie szukać tych tabliczek. Tak, by w końcu jednak je znaleźć…

***

Łatwość, z jaką pułkownik Edwards załatwiał wszelkie pozwolenia, przestała już kogokolwiek dziwić.

Rano trójka prokuratorów ponownie zawitała do sympatycznego pawilonu spotkań bagdadzkiego więzienia Abu-Ghraib. Tym razem czekali w identycznym pomieszczeniu, ale w czwartym pawilonie tego samego podobozu. Tu również było milutko. Z tą niewielką różnicą, że nawet nie było na czym usiąść. Chociaż pustynny beż olejnych, łuszczących się ścian już od wejścia wprowadzał w podobny nastrój zadumy nad kruchością i ulotnością ludzkiego żywota.

Na spotkanie doprowadzono ich znajomego z pierwszej akcji dla Black Fire, generała Tamira Jalila Babbush Al-Tikriti, którego to w piżamie tak bezceremonialnie wywlekli swego czasu z małżeńskiej sypialni. Teraz wreszcie mogli mu się spokojnie przyjrzeć. Miał około pięćdziesięciu lat. Był dość niski, otyły i ogólnie mówiąc, jakiś taki zaniedbany. Czarne włosy, siwiejące na skroniach i bokobrodach, ostatni raz mył pewnie jeszcze w domu. Brodę miał zarówno długą, jak i potarganą. Ale wcale nie wyglądał na przestraszonego. Ubrany był nie jak ostatnio w cywilną piżamę, a w klubowy beżowy drelich z ładnym, brązowym kołnierzykiem.

– Ja nazywam się Thomas Page. Jestem oficerem wywiadu amerykańskiego – skłamał dzisiaj po raz pierwszy Tommy, kiedy strażnik zostawił ich sam na sam z generałem. – To Kuba Tursky, mój odpowiednik z wywiadu polskiego. Natomiast ten pan jest amerykańskim prokuratorem wojskowym.

– Pułkownik Henry Edwards.

Generał nawet na nich nie spojrzał. Nie wyjechał z żadną patriotyczną tyradą, nie użalał się. Nic. Patrzył przed siebie i milczał.

– Pułkownik sporządza dla pana akt oskarżenia. To my wyciągnęliśmy pana z domowych pieleszy feralnej nocy. Kiedy wracaliśmy do Bagdadu, w cegielni w Niffar miała miejsce eksplozja, pamięta pan?

Skinął głową.

– Świetnie. Interesuje nas, co pan wie na temat jej sprawców. Pańskie odpowiedzi będą miały istotny wpływ na formułowany akt oskarżenia. Stąd obecność prokuratora.

– Niewiele wiem… – powiedział oschle. – Nastąpił wybuch czy dwa i to wszystko… Wy chyba wiecie więcej.

– My wiemy więcej. Oczywiście… Ale nie fatygowalibyśmy się tutaj, wiedząc, że ty nie masz nic do powiedzenia. Odpowiadaj, bo twoją żonę może spotkać jakaś przykra niespodzianka… Na przykład taka, jaka przydarzyła się ochroniarzowi. Widziałeś go przecież… Trzecie oko na środku czoła… My nie znamy się na żartach… – Tym razem Kuba występował w roli straszliwego twardziela, terminatora. – Ani trochę.

– Groźbą wiele ze mnie nie wyciągniecie… Po pierwsze, nie widziałem jeszcze waszych legitymacji, po drugie, nie ma mojego adwokata. W tej chwili mogę jedynie oświadczyć, że jestem skłonny negocjować cenę informacji, które mogę wam przekazać.

Wczoraj tak dobrze im poszło, że dzisiaj chyba nieco zlekceważyli kolejnego interlokutora. Wyglądał na dobrotliwego, naiwnego wujka na imieninach, a tymczasem rozmowę zaczął tak, jakby to on w tej rozgrywce dyktował warunki. I wojskowy prokurator, i oficerowie wywiadu najwyraźniej nie byli na taki obrót sprawy przygotowani.

– Dwa miliony amerykańskich dolarów… – ciągnął tymczasem bezczelnie poprzedni wątek naiwny wujek na imieninach, starając się być maksymalnie precyzyjnym i konkretnym. Ot, takie biznesowe przyzwyczajenie. – Na moje konto w Lebanese Canadian Bank w Bejrucie oraz bezpieczny wyjazd do Syrii dla mnie i dla mojej rodziny… To moje warunki.

– Słuchaj, gościu, to pomieszczenie wprawdzie nie jest dźwiękochłonne, ale wszyscy, na prośbę pana prokuratora, są daleko… To jest moja legitymacja! Umiesz czytać?!!!... – wrzasnął Kuba, wpychając lufę z tłumikiem w generalski brzuch. – Jak coś ci się przypadkiem stanie, nikt nawet tego nie usłyszy. Żadnych obserwatorów z ONZ już tutaj nie ma. Wybij to sobie z głowy! Zapomnij o tym!... Jesteś zdany na naszą łaskę albo niełaskę… Chcesz się przekonać?!

Nic nie odpowiedział. Znowu patrzył tylko prosto przed siebie. Jakby ci trzej nic dla niego nie znaczyli. Może wiedział, że blefują?

– Dwa miliony dolarów!... Ty bezczelny gnoju!!! Masz!!! To zaliczka w używanych banknotach!!!

Kuba odbezpieczył, przeładował i wystrzelił kilkakrotnie pod nogi generała. Pociski dzwoniąc i iskrząc, odbijały się od kaleczonej posadzki i uderzały w ścianę z tyłu. Generał widząc, co się dzieje, w jednej chwili całkowicie stracił rezon. Już nie patrzył z niezmąconym spokojem prosto przed siebie. Ze strachu zaczął krzyczeć i niezgrabnie podskakiwać z nogi na nogę. Jeden z betonowych odprysków skaleczył go w łydkę. Upadł na podłogę, złapał się za krwawiącą nogę i darł się w niebogłosy. Kiedy się zorientował, że nie wywarł na śledczych odpowiedniego wrażenia, a rana to tylko draśnięcie, przestał się wydzierać, a zaczął smutno pojękiwać.

– Co ty, Kuba? Nie możesz trafić go w jaja?!... Daj, ja spróbuję! – Tommy wyciągnął rękę po pistolet.

– Pewnie, że mogę!... Popatrz!!!

Przesunął się nieco, wymierzył w krocze leżącego i pociągnął za spust. Generał złapał się za przyrodzenie i potwornie wrzasnął. Zamek trzasnął.

– O cholera!... Skończyły się. – Wymienił magazynek. Przeładował. – Popatrz teraz!

Wycelował ponownie.

– Nieee!!!... Błagam!... Już wszystko powiem! Nieee!!!... Co chcecie wiedzieć?!

– Jaki był twój udział w kradzieży skrzyń ze świątyni w Niffar?!

Kuba cały czas trzymał palec na spuście, mierząc w krocze generała.

– To Uday Saddam Husajn wszystko zorganizował! Ja tylko nadzorowałem.

– Co to znaczy nadzorowałeś?!

– Wyznaczyłem ludzi, którzy się mieli tym zająć.

– Nie kłam, bo poczujesz ciepło w kroku… I potworny ból… Pocisk urwie ci ptaka, rozerwie jaja i dupę. I nie będziesz mógł ani ciupciać, ani siedzieć, ani się załatwić… Do końca życia!

– Uday kiedyś wezwał mnie i poinformował, że zostały odkryte jakieś skarby w cegielni w Niffar. – Cały czas ręką chronił te tak ważne okolice. – Zaproponował, żebym znalazł kupca. Zapytałem, co to jest. Stwierdził, że jakieś tabliczki. Wezwał ministra Hamuma Abd Al-Ghaliq, żeby opowiedział dokładnie, co to jest. Ten wyjaśnił, że prawdopodobnie jakieś informacje na kamiennych płytkach.

– Kto wpadł na pomysł, żeby sprzedać je Egipcjanom?

– Dokładnie nie pamiętam. – Poprawił się na podłodze, opierając plecami o ścianę. Ciągle z ręką w kroku. – Myślę, że chyba Uday. Powiedział, że oni mogliby być tym zainteresowani.

– Nie kłam!... Skąd Egipcjanie mieliby wiedzieć o waszym odkryciu?

– Bo Abd Al-Ghaliq z nimi wstępnie rozmawiał już wcześniej. Ja o wszystkim dowiedziałem się dość późno.

– Co było potem?

– To znaczy kiedy?

– Po aresztowaniu Abd Al-Ghaliqa i śmierci Udaya. Ty sfinalizowałeś całą transakcję, tak?!

– Szczegóły były dograne już wcześniej. Tylko czekaliśmy na odpowiedni moment. Niestety, wszystko zaczęło się przeciągać. Egipt naciskał, a my nie mogliśmy się wywiązać z obietnicy… Nasi oficerowie, jeden po drugim, wpadali. Inni uciekli… Potem dostałem informację, że jak tak dalej pójdzie, to oni się mogą ze wszystkiego wycofać i będą żądali zwrotu pieniędzy. Dlatego wszedłem w kontakt z grupą „King-Konga” i oni ostatecznie to zrobili.

– Ile dostaliście od Egipcjan?

– Wstępnie milion dolarów. Potem mieli zapłacić resztę… Jeszcze dwa miliony.

– Skąd wytrzasnąłeś „King-Konga”?

– Od dawna współpracował z nami. Wykonywał różne prace… Wszystko za gotówkę.

– Ile dostał?... Kto oprócz niego i Gruzina Kaladze wchodzi w skład grupy?

– Dostali niewiele… Pięćdziesiąt tysięcy teraz i pięćdziesiąt po zakończeniu operacji od Egipcjan. W skład grupy wchodzi sześciu ludzi. Skvortsev, Yerofeyev, Postolov, Kaladze, jakiś Niemiec i Jugosłowianin… Ich nazwisk nie pamiętam.

– W jaki sposób mieli to wywieźć z Iraku?

– Jechali dwoma samochodami do Syrii. Tam Egipcjanie mieli to od nich odebrać.

– W jakim celu został porwany profesor Zubeida?

– Zubeida?!... – zawołał zdziwiony. – Porwany?!... Przez kogo?...

– To my tu zadajemy pytania.

– Skvortsev i Kaladze – wyjaśnił Tommy. – To ich robota.

– Co?!... Skvortsev miałby go porwać?!... – Szczerze go to rozbawiło. Aż przestał ściskać swoje jądra. – Niemożliwe!...

– A jednak – upierał się Tommy.

– Przepraszam, ale panowie raczą żartować. – Kiwał głową ni to z niedowierzaniem, ni z rozbawieniem. – On nie mógł zostać przez nich porwany, bo miał jechać z nimi dobrowolnie. Wiem to… Był potrzebny, żeby odczytać te tabliczki. Przecież bez niego sami nie daliby rady.

– Nie kłam, bo pożałujesz!

– Mówię prawdę!... Przysięgam!... Przecież zgłosił się sam. I to już dawno… Wiem o tym… Twierdził, że gdyby nie wziął udziału w tym eksperymencie, nie odżałowałby tego do końca życia. Mówił to w mojej obecności… Miał zresztą dostać dwadzieścia tysięcy dolarów.

– Został uprowadzony z domu kilka dni temu. Co ci wiadomo na ten temat?

– Uprowadzony?!... Co mi wiadomo?!... Że to gnida z profesorskim tytułem! Tyle mi wiadomo... Wszystko musiał sfingować! Zawsze twierdziłem, że to cholerny tchórz… Cwany owszem, ale cholerny tchórz!… Pewnie się bał tej cholery, swojej żony. Dupek zafajdany!

– Gdzie w Egipcie będą to instalować?

– Tego nie wiem.

– Palec mi się poci… Chcesz, żeby się ześlizgnął?

– Prawdopodobnie w Gizie… W Wielkiej Piramidzie. Ale nie mam pewności.

– Kto ze strony Egipcjan z tobą negocjował?

– Generał Hassin Al-Barrak. On jest odpowiedzialny za całe przedsięwzięcie. Jeśli się powiedzie, ma zostać szefem wywiadu.

– Skąd wiesz?

– Przecież to moja robota – żachnął się. Po chwili dodał: – Sam się chwalił. Dotychczasowy szef nie bardzo jest lubiany. Szukają pretekstu, żeby go wywalić. Chroni go tylko prezydent Mubarak. Zresztą z tego, co wiem, obaj nie należeli do zwolenników całej operacji.

– Co z pozostałymi dwoma milionami? – Dopiero teraz do rozmowy włączył się prokurator Edwards.

– Jakimi dwoma milionami?

– Czyżby pan nie pamiętał, że wynegocjował kwotę pięciu milionów?

– Pięciu milionów?!...

– Tak… Kto ma te dwa?... Pan?

Zaległa cisza. Przerwał ją Kuba, odkręcając tłumik, odbezpieczając i przeładowując.

Huk wystrzału. Wyrywając kawał tynku, pocisk utkwił w ścianie w pobliżu drzwi.

Siedzący ciągle na podłodze Babbush al-Tikriti wzdrygnął się nerwowo.

– Już pamiętam! Zostały przelane na libańskie konto Udaya.

– Nie kłam, bo po twoim uchu zostaną tylko wspomnienia. W głowie będzie ci dzwoniło tak, że nie wytrzymasz nerwowo i w końcu się powiesisz!

Kuba schylił się, złapał palcami małżowinę jego spoconego ucha i przystawił do niej lufę.

– Przysięgam!... Uday kazał mi przelać czterdzieści procent z transakcji na jego konto! Tak było, uwierzcie mi!... Ach! Boli! Aj!...

Bezskutecznie próbował się wyswobodzić.

– A ja wiem, że te pieniądze wpłynęły na pańskie konto. Mam podać numer? – Edwards wyciągnął z kieszeni jakąś karteczkę.

– Nie!... Dobrze. Aj!... Przyznaję się! Już powiem!... Aj, boli!... Jak mnie wypuścicie, oddam wszystko… Przysięgam!...

Schował twarz w dłoniach i rozpłakał się. Kuba w końcu uwolnił jego spocone czerwone ucho. Generał przykrył je dłonią. Był załamany.

– No widzisz, taki z ciebie rozmowny gościu… Tylko przestań już beczeć… Zupełnie nie rozumiem jak to się stało, że przy goleniu skaleczyłeś się w łydkę?... Nikt ci przecież nie uwierzy, jak powiesz, że golisz sobie łydki! Przy goleniu w łydkę!... Wyobrażasz sobie, Tommy?

– Z trudem… Generał-akrobata! Powinieneś ten numer pokazywać za pieniądze. Więcej byś zarobił niż na tej transakcji.

– Dajcie spokój, panowie – przerwał im Edwards. – Proszę mi jeszcze powiedzieć, na czym ma polegać działanie tej broni.

– Nie wiem… – Wycierał mokre oczy rękawem. – Wiem tylko, że mieli to wszystko przewieźć do Gizy.

– Słuchaj, skasowaliście na tym pięć milionów dolców. I nawet nie interesowało cię, co oni chcą z tym zrobić?!...

– Cieszyliśmy się, że w ogóle to kupili… To nie jest warte funta kłaków – mówił zrezygnowany. – To jakieś idiotyzmy. Stek bzdur... Przedpotopowe działo?!... O wielkiej mocy?!... Ja w takie brednie nie wierzę.

– Czy ktoś jeszcze miał im pomagać w tym eksperymencie? – zapytał Edwards. – Proszę sobie przypomnieć.

– Nie wiem o nikim innym. Chyba będą to robić sami.

– Nazwisko Strielov jest panu znane? Profesor Aleksij Strielov, z wojskowych zakładów optycznych w Tomsku?

– Nie.

– Siedemnastego listopada dwa tysiące drugiego roku w rozmowie telefonicznej powiedział pan do niego – wspomógł się kartką – „Profesorze, proszę się tak nie denerwować. Dawno pan nie dzwonił. Zapewniam, że robię wszystko, co w mojej mocy… Wszystko będzie na czas. Już ja się tym zajmę osobiście”. Czy może mam zacytować inne wasze rozmowy?

– Nie… Strielov będzie w Gizie… Jeszcze jego współpracownik doktor… Oleg Kulagin. No i Zubeida. I jacyś egipscy uczeni. Ale ich nie znam. Nawet nie wiem ilu… Teraz wiecie wszystko… – dodał cichutko, załamany.

– Dobra. Mają panowie jeszcze jakieś pytania?

– Nie, wszystko już chyba wiemy – stwierdził Tommy, zapalając papierosa.

– Czy mogę liczyć, że mojej żonie i synowi nic się nie stanie?... Bardzo panów proszę…

***

– Zazdroszczę wam! Chyba zmuszony jestem wysłać was na wakacje do Egiptu. Co wy na to? – powiedział Edwards po powrocie.

– Zawsze o takich wakacjach marzyłem! – Kuba się ucieszył. – Nie wiem tylko, na czyj koszt tam zabaluję. Może nam pan to w końcu wyjaśni.

– Panowie, w umowie o pracę nie było klauzuli dotyczącej tego typu pytań. Czyżby nie satysfakcjonowały was dotychczasowe zarobki?

– Bynajmniej. Ale zawsze lepiej się pracuje, gdy się wie, dla kogo. – Tommy podchwycił.

– Pracujecie dla firmy Black Fire. To powinno wam wystarczyć… Teraz raczej powinniśmy się skupić na szczegółach waszych planów urlopowych.

[1] Baas – (Odrodzenie) partia głosząca arabski socjalizm i panarabizm, od połowy XX wieku działająca w wielu krajach Bliskiego i Środkowego Wschodu. Od lat 60. partia władzy w Iraku; skupiała głównie sunnitów.

[2] Mukhabarat – iracka policja polityczna.

XXIGORĄCZKA PRZEDURLOPOWA

Kolejne dni zajęły przygotowania do wakacyjnego wyjazdu. Edwards się uparł, żeby do ekipy koniecznie dołączyli Kate Hume i André. O ile przeciwko pierwszej propozycji ani Kuba, ani Tommy szczególnie długo nie protestowali, o tyle dołączenie André zgodnie potraktowali jak świadomy sabotaż.

Jednak to do Edwardsa należało ostatnie słowo. Tommy tylko obiecał sobie, że przy pierwszej nadarzającej się okazji i tak się go pozbędzie. Otruje albo wyrzuci z samolotu…

 

Następnego dnia Kate i André przyjechali do Bagdadu. Edwards poprosił Kate do siebie. Kiedy usiadła w fotelu i wymienili zdawkowe uprzejmości, powiedział:

– Wczoraj kontaktowałem się z pani zwierzchnikami. Przedstawiłem im sytuację. Razem z generałem Draghanem postanowiliśmy włączyć panią do naszej misji. Od tego momentu to nasza wspólna akcja. Mamy niewiele czasu. Wszystko niestety zaczyna się coraz bardziej komplikować… Tabliczki zostały prawdopodobnie wywiezione do Egiptu. Tam też pojedziecie. Trzeba koniecznie je odnaleźć, zanim będzie za późno.

– Kiedy pan się zorientował?

Jak na profesjonalistkę przystało, panna Hume nawet nie starała się udawać, że nie wie, o co chodzi.

– Od razu, na samym początku. – Edwards nie byłby sobą, gdyby nie zapalił cygara. Obciął czubeczek i pyknął kilkoma kłębami dymu. – Kiedy się okazało, że to pani przyjechała zamiast profesora, kapitan Page natychmiast wyczuł, że coś tu nie gra. Sprawdziliśmy panią.

– Proszę nie mieć do mnie żalu, że…

– Nie mam – uciął.

– Skoro tak, czego możemy się spodziewać w Egipcie?

– Nawet najgorszego… Trudno dokładnie to przewidzieć. Z tego, co wiemy na pewno, wynika, że Egipcjanie przy użyciu rosyjskiej technologii zamierzają doprowadzić do hekatomby na Bliskim Wschodzie.

– Czyli jednak Egipcjanie!...

– Tak.

– A konkretnie?

– Na wykradzionych tabliczkach spodziewają się znaleźć instrukcję obsługi działa neutrinowego. Wie pani, co to jest?

– Czy może to samo, co laser neutrinowy?

– Mniej więcej. Raczej cała bateria sprzężonych laserów, i to bardzo dużej mocy. Działem ma być kompleks piramid w Gizie. To również wiemy na pewno… Zdaje się, że chodzi o Wielką Piramidę, a konkretnie o Komnatę Króla i Wielką Galerię.

– To pewne?

– Z nasłuchów wynika, że Rosjanie mają dostarczyć kryształy do wygenerowania strumienia neutrin. Jak zapewne się pani orientuje, za czasów Ptaha właśnie w rampach Wielkiej Galerii tkwiły jakieś tajemnicze kryształy.

– Tak, czytałam o tym. Zamontował je Thot, czyli sumeryjski Ningiszzida.

– Podobno… Udało nam się nagrać kilka rozmów krystalografa z wojskowego instytutu w Tomsku profesora Strielova z generałem Babbushem Al-Tikriti, szefem Irackiej Agencji Wywiadu. Panowie rozmawiali właśnie o tym, co przed chwilą powiedziałem. I to już pod koniec dwa tysiące drugiego roku. Przedwczoraj w Abu-Ghraib od generała Al-Tikriti dowiedzieliśmy się, że kontrahentami Irakijczyków są właśnie Egipcjanie, i że to Giza ma być miejscem przeznaczenia tabliczek. Celem natomiast ma być wasz ośrodek w Dimonie.

– O tym już słyszałam… Szaleńcy!

– Zapłacili Irakowi pięć milionów za tabliczki i aparat do ich odczytu. Próbowaliśmy nawet podbić cenę. Niestety, nasz człowiek w Bagdadzie został zabity, a pieniądze zniknęły.

– Wspomniał pan Babbusha Al-Tikriti. Według naszych informatorów to właśnie on nadzorował przebieg transakcji z Egipcjanami. Ale zupełnie nie wiedzieliśmy, co zamierzają z tym zrobić.

– Zgadza się. Jego kontrahentem był generał Hassin Al-Barrak, zastępca szefa wywiadu.

– Egipcjan jestem w stanie zrozumieć, ale Rosjanie? Jakie oni mają powody?

– Strielov ma co najmniej dwa. To rasowy komunista, wypróbowany towarzysz jeszcze starej daty. Ciągle jest przekonany o ogólnoświatowym spisku Żydów przeciwko Rosji. Proszę pamiętać, że Izrael przez całe dziesięciolecia istnienia Związku Sowieckiego dla komunistów był wcielonym szatanem. Syjonistyczny spisek był tak samo dobrym workiem treningowym jak imperializm amerykańskich bankierów z Wall Street. Poza tym on jest uczonym. Współpracował z Egipcjanami jeszcze w czasach Związku Sowieckiego. Zdaje się, że już wtedy robili pierwsze przymiarki. Dla niego uruchomienie tego działa i sprawdzenie, czy uda się nim sterować, to od strony naukowej ogromne wyzwanie. Wczoraj Al-Tikriti zdradził, że oprócz Strielova w Gizie będzie jeszcze jego współpracownik, doktor Oleg Kulagin. Oczywiście motywacja obu panów została odpowiednio wzmocniona. Chcieliśmy nawet podkupić profesora, niestety przepadł jak kamień w wodę.

– Same niepowodzenia. Współczuję… My też co nieco wiedzieliśmy o rozmowach między Kairem a Bagdadem, ale nie przypuszczaliśmy, że to będzie miało taki finał.

Pułkownik ponownie rozpalił cygaro.

– Może należało wcześniej zacząć współdziałanie.

– Może… Niestety nie do nas należy podejmowanie decyzji… Co się stanie, jeżeli nam się nie powiedzie?

– Będziemy zmuszeni zniszczyć działo.

– Czyli piramidę?

– Tak… Dlatego lepiej, żeby się wam udało. Inaczej skończy się to kolejnym międzynarodowym skandalem, znowu z nami w roli imperialistycznego barbarzyńcy.

– Tak, jasne. Jeśli pan pozwoli, chciałabym prosić o chwilę rozmowy z moim szefem.

– Naturalnie.

Edwards zostawił ją samą.

***

Skoro ekipa została skompletowana, trzeba było wyrobić wszystkim specjalne dokumenty podróżne i uzupełnić ekwipunek, a Tommy’emu i André załatwić jakieś cywilne ciuchy, bo przecież swoich nie mieli.

 

Trzy dni później Edwards zarządził odprawę. Wszyscy siedzieli u niego w gabinecie, racząc się zakazanymi w islamie napojami.

– Pojutrze z samego rana wojskowym samolotem polecicie do Stambułu. Tam się przesiądziecie na rejsowy samolot do Kairu. To wasze dokumenty.

Wręczył wszystkim nowe, lekko podniszczone paszporty, karty kredytowe, prawa jazdy i bilety lotnicze. Oglądali je z uwagą sprawdzając, czy czasem gdzieś nie ma jakichś błędów.

– Jak z nich wynika, panna Hume jest asystentką pana Page’a. Jesteście pracownikami Uniwersytetu w Baltimore. Jedziecie do Egiptu zbierać materiały do książki na temat wzajemnych relacji między cywilizacjami Sumeru i Egiptu. Pan Tursky jest doktorem z Krakowa, z Polski, którego pasją jest starożytny Egipt, natomiast pan Fleetwood, poznanym na lotnisku w Stambule kanadyjskim turystą, który leci na urlop pod piramidy. Przyłączył się do was w celu lepszego poznania kraju faraonów… Czy do tego momentu wszystko jest jasne?

– Do tego momentu raczej tak – odpowiedział Tommy, dumny z tak pięknej asystentki.

– Świetnie. Nauczycie się tych nowych tożsamości. Ale to później… Na miejscu skontaktujecie się z naszym człowiekiem. Oto jego adres. – Wręczył im kartki. – Zapamiętajcie go. Kartki przed wyjściem mi oddacie. On będzie miał dla was broń i wszelki niezbędny ekwipunek. Od niego też uzyskacie ostatnie wskazówki, gdzie ewentualnie szukać tabliczek. Działajcie ostrożnie, ale zdecydowanie… Pytania?

– Czegoś tu nie rozumiem… – odezwał się Kuba. – Przecież to typowa robota dla pracowników wywiadu. Czemu to pan i czemu właśnie nas chce pan tam wysłać?

– Dlaczego ja?... Takie zadanie postawili przede mną moi szefowie z Black Fire. I muszę się z niego wywiązać.

– Czy jak pan mówi Black Fire, to ma pan na myśli Langley? – zapytał bez ogródek.

– Tak – odpowiedział w podobny sposób Edwards. – Nie ma już czasu na owijanie w bawełnę. Zawodowi oficerowie wywiadu byli w tej sprawie już dwukrotnie w Egipcie. Pierwszą ekipę egipski kontrwywiad zgarnął prawie natychmiast po wylądowaniu, drugą po dwóch dniach. Prawdopodobnie jest jakiś przeciek, może mają u nas kogoś. Nie chcielibyśmy, żeby sytuacja wydarzyła się po raz trzeci. Na kolejną wpadkę nas nie stać. Co ważniejsze, nie ma na to czasu. Dlatego ta akcja pójdzie nie z Waszyngtonu, tylko stąd. I dlatego bardzo mi zależy, żebyście to właśnie wy, kompletnie nieznani w środowisku, wzięli w niej udział. Nikt nie wie, kim jesteście, dlatego nikt nie będzie was szukał.

– Poza panną Kate – zauważył Tommy.

– Tak. Ale to już nie ode mnie zależy.

– Ale chyba… – odezwał się ponownie.

– Wiem, wiem, wiem… – przerwał mu Edwards w pół słowa. – Nie pracujecie w wywiadzie. To fakt. Ale paradoksalnie właśnie to jest wasz największy atut!... Poza tym jesteście żołnierzami. A sprawa jest na tyle pilna i poważna, że nie mamy innego wyjścia.

– Nie o to chodzi. Obawiam się, czy my do tej roboty w ogóle się nadajemy... Przecież jesteśmy kompletnie zieloni! Przynajmniej ja.

– Więcej wiary, kapitanie Page. Więcej wiary… Ta misja nie będzie łatwa, to prawda. Ale proszę mi wierzyć, jesteście właściwymi ludźmi do jej wykonania. Mówiłem już panu, że nie przypadkiem zaproponowałem pracę właśnie wam. Miałem duże możliwości wyboru, szukałem długo... Zrobicie to, bo jesteście najlepsi!

„To prawda. Szczególnie André. Jest mistrzem świata we wkurwianiu wszystkich wkoło i pierdoleniu trzy po trzy!” – pomyślał Tommy, a głośno powiedział:

– Fajnie, że przynajmniej w końcu dowiedzieliśmy się, co się kryje pod szyldem Black Fire. Ale my przecież do pańskiej firmy przyszliśmy nie z miłości dla przygód, tylko dla pieniędzy. Kate nie będziemy… Przepraszam. Panno Kate, możemy sobie mówić po imieniu?

– Naturalnie.

Stuknęła się z nim szklaneczką na znak aprobaty. Kuba i André, mimo że już mówili do niej po imieniu, poszli w jego ślady. Edwards też nie chciał zostać w tyle i stuknął się szklanką ze wszystkimi.

– Czyli Henry, nie będziemy Kate zanudzać kwestiami naszego uposażenia. – Tommy dolał wszystkim złocistego ballantine’sa. – Ale dobrze byłoby przedyskutować ten problem jeszcze przed wyjazdem.

– Naturalnie. Wszystkie formalności załatwimy już za moment… Czy macie jeszcze jakieś wątpliwości? Czy jeszcze coś jest niejasne?

– Tak. Czym spowodowany jest ten szalony pośpiech? I dlaczego to jest tak cholernie ważne? – dociekał Kuba.

– Mamy pewne informacje, które potwierdzają wszystko to, co usłyszeliście trzy dni temu od generała Al-Tikriti. Wiemy, że Egipcjanie zamierzają wykorzystać tabliczki wykradzione z Niffar do zaatakowania Dimony w Izraelu. Nie wiemy tylko kiedy. Ale wydarzenia ostatniego tygodnia wskazują, że może to nastąpić w każdej chwili.

– A Wielka Piramida ma być tą straszną bronią, tak? – zgadywał Tommy. – Jak za czasów Ptaha?

– Tak. Konkretnie ma być działem neutrinowym. Wiecie, co to neutrino?

Panowie naturalnie nie wiedzieli. Edwards musiał zrobić krótki wykład o właściwościach neutrin i zaletach, czy też raczej niebezpieczeństwach, związanych z wykorzystaniem ich do celów militarnych.

Trzeba przyznać, że wyjaśnienia dały pożądany efekt. Nawet André, który nie wiedzieć czemu, ani razu się nie odezwał, ani razu nie zaproponował wypadu na jakiś pieprzony obiad, siedział z poważną miną.

Ani Tommy, ani Kuba już nie wątpili, że muszą jechać do Egiptu. I to jak najszybciej. I oczywiście koniecznie w towarzystwie panny Kate. Nie byli przekonani tylko co do jednego… Na cholerę im ten pieprzony tłumok André.

XXIIKAIRSKIE PEJZAŻE

Kontrolę paszportową w budynku przylotów Cairo International Airport przeszli bez zastrzeżeń. Potraktowali to jako dobry omen. Dokumenty były naprawdę wysokiej klasy.

Z trzeciego terminalu lotniska zabrał ich jeden ze współpracowników Kate. Przyjechał dużym chevroletem.

– Pierwszy raz w Kairze? – zapytał, spoglądając na widoczną w lusterku, uśmiechniętą twarz ślicznej koleżanki. Jednocześnie próbował wpasować się w sunącą kolumnę samochodów.

– Pierwszy – potwierdził ubrany w błękitny T-shirt i granatowe bermudy blondyn z szeroką szczęką. Uzbrojony w ciemne okulary, wachlował się jakimś folderem. – Zawsze tu tak duszno?

– Nie. Tylko kiedy nie ma wiatru. To jedno z najbardziej zanieczyszczonych miast świata. Bywa, że ludzie mdleją na ulicach… Od smogu.

– To niech siedzą w domach! Po cholerę wyłażą?! – doradził gogusiowaty cwaniaczek w kwiecistej koszuli i słomkowym kapeluszu, wystawiając rękę za okno.

Kierowca tylko zerknął na niego w lusterku. Nic nie odpowiedział.