Opis

Czym była Wielka Piramida w Gizie, kiedy zbudował ją bóg Ningiszzida, znany w Egipcie jako Ptah? Na czym polegało oszustwo, które sprawiło, że uczeni ciągle twierdzą, iż piramidę postawił tysiące lat później faraon Chufu?
Jakie przesłanie sumeryjski bóg Enki – ten sam, który stworzył Adama – zostawił dla nas na tabliczkach ME? Jakim szyfrem zapieczętował wrota do podziemnego świata Abzu?

Podczas wojny w Iraku, na obszarze Sumeru – najstarszej znanej cywilizacji – CIA nerwowo czegoś szukała. Kilku jej ludzi, razem z najpiękniejszą oficer izraelskiego Amanu, weszło do przypadkowo odkopanej świątyni, zbudowanej przez bogów jeszcze przed stworzeniem człowieka. Po co? Czego szukali w piramidzie w Gizie, włamując się do niej podziemnymi korytarzami? Co robili w ośrodku NASA w Kalifornii? O czym wreszcie świadczą znalezione ich skamieniałe ciała?

To rzecz o wojnie, ale bardziej o Sumerze. O świecie, w którym bogowie i ludzie chodzili wspólnymi ścieżkami. Warto go poznać, bo wchodzimy w Erę Wodnika, erę boga Enki. To nie czas. Raczej sposób rozumienia świata, który nieśmiało puka do naszej świadomości…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

© Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2015

© Copyright by Paweł Sułkowski, 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment ani zdjęcie nie mogą być publikowane ani reprodukowane bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

Korekta: Klaudia Dróżdż, Bożena Dembińska

Skład: Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet™

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-967-1

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Uczą się o starożytnych Grekach,

Egipcjanach i oczywiście o Biblii

– ale prawie nic nie wiedzą

o najstarszej cywilizacji świata,

ponieważ kroniki Sumerów

stanowią zagrożenie dla dogmatów

współczesnych religii.

Sir Laurence Gardner

„Potomkowie Dawida i Jezusa”

OD AUTORA

Kiedyś w dyskusji na poważne tematy padło pytanie o Sumer. Wiedziałem, że kolebka cywilizacji, że Mezopotamia, czyli Irak, i że epos o jakimś Gilgameszu. Jeszcze zikkurat, wieża Babel, Ur, Uruk i pismo klinowe.

Mało? Wtedy nie było szybkiego Internetu i Wikipedii.

Później dostałem w PDF – dzięki Ci, Jarku – „Dwunastą planetę” Zecharii Sitchina. To była wiedza, której szukałem. Wiedza niepopularna, jakby zakazana. Ba, oficjalna nauka się obruszy, powie, że to nie żadna wiedza. Że ignorancja, brak poszanowania dla dorobku uznanych autorytetów, wszystko, tylko nie nauka. A najprędzej zignoruje, przemilczy. Nie ma.

Kupiłem wszystkie książki Sitchina. Dziesięć tomów. W miarę ich zgłębiania świat stawał się piękniejszy, bo bardziej zrozumiały.

Jest parę polemicznych wątków. I u Sitchina, i u szkockiego biografa rodów królewskich Gardnera, który również w sumeryjskie nuty uderza. Nie są jednak na tyle istotne, byśmy musieli odrzucić całość.

 

Ta książka to czytadło do pociągu albo do poczekalni u dentysty. Jeżeli jednak dzięki niej ktoś zainteresuje się historią Sumeru, jeżeli kogoś wciągnie, tak jak było ze mną po lekturze – toutes proportions gardées – Sitchina czy Gardnera, tym większa satysfakcja dla mnie.

„This is the dawning of the Age of Aquarius” śpiewali The 5th Dimension w erze dzieci kwiatów już w 1969 roku.

Ale Era Wodnika – sumeryjskiego boga Enki – to nie czas. To stan świadomości. Każdy go osiągnie, z tym że nie wszyscy jednocześnie. Niektórzy dość późno. Wielu za późno, by zdążyć zrozumieć…

ŹRÓDŁA, Z KTÓRYCH KORZYSTAŁEM

Sumeryjskie i egipskie terminy, ich tłumaczenia, podobnie jak detale dotyczące kultury Sumeru i Egiptu, pochodzą z: Zecharia Sitchin, „Genesis jeszcze raz” (1997), „Wojny bogów i ludzi” (2001), „Dwunasta Planeta” (2002), „Kiedy zaczął się czas”(2002), „Schody do nieba” (2002), „Boskie spotkania” (2003), „Zaginiona księga Enki” (2004). Wszystkie wydane w Wydawnictwie Prokop. W nawiasach podałem rok wydania polskiego tłumaczenia. Z „Dwunastej Planety” pochodzi hebrajski tekst, rozpoczynający Księgę Genesis, oraz pomysł jego modyfikacji. Ze „Schodów do nieba” zaczerpnąłem historię fałszerstw dokonanych przez Howarda Vyse'a w Gizie i w Sakkarze oraz cytat inskrypcji ze steli sławiącej faraona Chufu. Z „Zaginionej księgi Enki” zacytowałem opis zagłady Sumeru. Tam też znalazłem historię wszystkich wcześniejszych wydarzeń, od pojawienia się Anunnaki na Ziemi, przez stworzenie człowieka, aż do upadku pierwszej cywilizacji.

Informacje o wimanach i podróży księcia Ramy z Lanki do Ajodhji oraz fragmenty cytatów z „Ramajany” i „Mahabharaty” zaczerpnąłem z David Hatcher Childress, „Wimany i inne statki powietrzne hinduskich bogów” (polski przekład 2001, Wydawnictwo Amber).

Opis tajnego eksperymentu „Filadelfia”, który miał miejsce w 1943 roku, znalazłem w Joseph P. Farrell, „Gwiazda śmierci z Gizy” (polski przekład 2003, Wydawnictwo Amber). Tam też było mnóstwo szczegółów na temat budowy i przeznaczenia Wielkiej Piramidy, między innymi hipoteza wyjaśniająca sposób wykonania Sarkofagu znajdującego się w Komnacie Króla.

Koncepcja i chronologia stopniowego wyposażania gatunku ludzkiego w boskie geny oraz ewoluowanie imienia boga Hebrajczyków pochodzą z Laurence Gardner, „Potomkowie Dawida i Jezusa” (polski przekład 1999, Wydawnictwo Amber), a oryginalne brzmienie imienia Jezusa z „Krew z krwi Jezusa” tego samego autora (polski przekład 1998, Wydawnictwo Da Capo).

Historię prac archeologicznych prowadzonych w Nippur, plan oraz charakterystykę funkcji tego świętego miasta znalazłem w Gibson McGuire, „Nippur – Sacred City of Enlil”, vol. XIV, Al-Rafidan, 1993, elektroniczna wersja artykułu na stronie https://oi.uchicago.edu/research/projects/nippur-sacred-city-enlil-0 Oriental Institute, University of Chicago.

Koncepcja budowy działa neutrinowego, jako broni doskonałej, ukazała się w artykule „Połączenie ze stwórcą” (1136 numer „Wprost” z 5 września 2004).

Cytaty biblijne pochodzą z „Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu” (polska edycja 1976, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne).

Rozwinięcie skrótu Mossad oraz opis funkcjonowania Lebanese Canadian Bank znalazłem w Yvonnick Denoël, „Sekretne wojny Mossadu” (polski przekład 2013, Wydawnictwo Czarna Owca).

Informacje dotyczące NSA zaczerpnąłem z oficjalnej strony internetowej agencjiwww.nsa.gov, a te na temat ośrodka w Dimonie, ze stron poświęconych turystyce w Izraelu.

Ośrodek NASA Ames Research Center w Moffet Field w Kalifornii poznałem dzięki oficjalnej stronie agencji www.nasa.gov/centers/ames/home.

Rozwinięcia skrótów Aman, Shin Bet i GRU oraz ich objaśnienia pochodzą ze stron www.wikipedia. Z tego samego źródła zaczerpnąłem dane dotyczące programu kosmicznego Apollo, US Navy, w tym charakterystyki okrętów podwodnych klasy Los Angeles, stref okupacyjnych w Iraku, budowy Wielkiej Piramidy w Gizie, konstrukcji mastaby, charakterystyki samochodu Mercedes-Benz E60 AMG, samolotu Lockheed C-130J Hercules, czołgu M1A1 Abrams, karabinu automatycznego Heckler & Koch, karabinu maszynowego M2, samochodu Hummer. Również z Wikipedii pochodzi potężna ilość szczegółów związanych z historią Egiptu, Sumeru, Babilonu, w tym plany miasta Babilon w okresie panowania Nabuchodonozora II.

Przy opracowywaniu tras przejazdu moich bohaterów korzystałem z map Google oraz NAVTEQ Map24. Program Google Earth dostarczył mi zdjęć opisywanych obiektów, a Youtube.com filmów pokazujących polskich żołnierzy w trakcie misji w Iraku.

Przykłady sumeryjskiego i babilońskiego pisma klinowego oraz wiele szczegółów dotyczących kultury materialnej starożytnej Mezopotamii znalazłem na stronach www.ezida.com.

Amerykańskie jednostki miar i ich przeliczniki zaczerpnąłem z www.jaion.pl oraz z Wikipedii.

IZAKOŃCZENIE PROGRAMU „STARDUST”

Lato skończyło się wyjątkowo szybko. Był dopiero początek października, a już zaczął wiać silny zachodni wiatr. Słońce nad pustynią było lekko zamglone od niesionej znad dalekiego morza wilgoci i pyłu unoszonego gwałtownymi podmuchami. Dochodziła 16:20.

Major Sawicki, odwrócony plecami do wiatru, zdążył wypalić już trzeciego papierosa, gdy wreszcie na północnym niebie pojawił się maleńki punkcik. Po kilku chwilach urósł do rozmiarów wojskowego helikoptera UH-60 Black Hawk, by za moment, zawisając w powietrzu, ze świszczącym jazgotem opuścić się na ziemię. Dokładnie w sam środek naprędce zaimprowizowanego minilądowiska.

– Nieźle – mruknął z uznaniem Sawicki, bo widać było, jak coraz silniejsze podmuchy spychają maszynę na prawo od celu.

Poprawił wiszącą na ramieniu raportówkę i podszedł nieco bliżej.

Z chmury wirującego pustynnego pyłu wyszli trzej mężczyźni ubrani w ciemne garnitury. Przytrzymując poły marynarek i osłaniając oczy, przygarbieni z obawy, by nie dostać łopatami wirnika, podeszli do wojskowego.

– Pan tu dowodzi, majorze? – zawołał siwiejący gentleman, poprawiając krawat i przekrzykując jazgot silnika.

– Tak. Major Sawicki, Żandarmeria Wojskowa – przedstawił się ubrany w pustynny mundur żołnierz. – Witam w Niffar.

– Dzień dobry. Pułkownik Podgórski, kontrwywiad. Ależ tu wieje!... – Uścisnął mu rękę i przeszedł na angielski. – A to nasi przyjaciele z CIA, prosto z Waszyngtonu.

– Ian Wilson. – Mignął legitymacją wysoki, szczupły, około pięćdziesięcioletni gość w ciemnych okularach, z torbą na długim pasku, zarzuconą na plecy.

Nawet nie spojrzał na Sawickiego, żując gumę i rozglądając się bez przerwy po okolicy.

– Jerry Stewart. – Uśmiechnął się drugi, podając majorowi rękę. – Jestem asystentem inspektora Wilsona.

Ten był znacznie młodszy i bez okularów. Taki typowy chłopak z kalifornijskiej plaży. Mocno zbudowany, spalony słońcem blond przystojniak.

– Witam panów. Zmęczeni? Wypijecie coś najpierw czy od razu idziemy?

– Idziemy… – zdecydował Wilson. – Nie mamy czasu.

– Ja zostaję – powiedział Podgórski. – Chętnie przepłuczę czymś gardło.

– To proszę do tamtego budynku. – Wskazał szarą, odległą o kilkaset metrów nieczynną halę fabryczną z pustymi oczodołami okien. – Tam już na pana czekają… Tędy, proszę – zwrócił się do Amerykanów. – To niedaleko.

Między suchymi kępami trawy i karłowatymi, poszarzałymi od pyłu krzaczkami poprowadził obu wydeptaną ścieżką aż do krawędzi wysokiej skarpy.

– Teren musi być ściśle otoczony. Bardzo ściśle… Niech pan podwoi warty, żeby mysz się nie przecisnęła – instruował Wilson, jakby był u siebie. – Jeśli ma pan za mało ludzi, przyślemy swoich. Nikt z zewnątrz nie może się tu przedostać. Absolutnie.

Po beżowoszarym, spękanym z braku wody i twardym jak beton zboczu zeszli na samo dno wielkiego, w połowie skrytego już w cieniu, kolistego wyrobiska. Potem jeszcze do wyrwanego jakąś potężną eksplozją sporego leja, wokół którego spacerowało dwóch żołnierzy z automatami w dłoniach. Z samego dna owego leja wystawały drobno żłobkowane kolumny, stojące na płycie częściowo przysypanej grudkami suchego, wyglądającego jak żużel mułu. Kolumny, w połowie przykryte ukruszoną płytą dachu, chroniły wejścia do jakichś podziemi. Wszystko wykonane było z jasnoszarego kamienia, bogato inkrustowanego poprzyklejanym mułem. Otwartego włazu do katakumb pilnowali kolejni dwaj wartownicy. Kiedy goście zeszli na dół, odsunęli się nieco, robiąc miejsce.

– Wodę już wypompowaliście? – zapytał Stewart.

– Tak. Dwie godziny temu skończyliśmy… Ale to chyba nie woda – powiedział Sawicki.

– A co?

– Nie wiem. Mamy tego prawie pół cysterny. Możecie wziąć próbki.

– Musimy zabrać wszystko. Nie tylko próbki. Jutro ktoś po to przyjedzie – wyjaśnił.

– Światło jest w środku? – Wilson pokazał przewód znikający we włazie.

– Tak. To jeszcze ich robota.

– Dobra, to wchodzimy. Niech pan prowadzi.

Sawicki przełożył raportówkę na drugie ramię, usiadł na kamiennej podłodze, nogi spuszczając do środka, i zaczął znikać w czarnej czeluści. Za nim wszedł Wilson i wreszcie Stewart.

W środku panował prawie całkowity mrok. Było duszno i sympatycznie jak w starym grobowcu.

Kiedy po dłuższej chwili oczy przyzwyczaiły się wreszcie do ciemności, goście zobaczyli, że znajdują się w bardzo wąskiej i krętej, wyłożonej kamiennymi płytami klatce schodowej. Płyty, kiedyś pewnie idealnie spasowane i gładkie, w wielu miejscach były wyszczerbione i popękane.

Najpierw Wilson, potem Stewart, jeden za drugim, w kompletnej ciszy, schodzili ostrożnie po przysypanych grubą warstwą pyłu kamiennych schodach, za idącym przodem Sawickim. Ciągle w dół i ciągle w kółko. Co kilka metrów w zwisający z góry przewód powpinane były niewielkie lampki, oświetlające jako tako drogę. W ich mizernym świetle można było dostrzec przykrywający stopnie niczym kobierzec pył, w środkowej części wydeptany dziesiątkami, o ile nie setkami, wcześniejszych butów, co wskazywało, że ten niewygodny, podziemny szlak w ostatnim czasie był chyba mocno uczęszczany.

Wreszcie Stewart odetchnął, bo schodzenie jeden za drugim cały czas w kółko w tym klaustrofobicznym kieracie nie należało do najprzyjemniejszych, a właśnie dotarli do jakiegoś wyjścia.

– Już jesteśmy na dole? – zapytał z ulgą, ale i z lekkim niedowierzaniem. Miał wrażenie, że od samej góry zrobili dopiero z sześć pełnych pętli.

– Nie, nie. Jeszcze nie – rzucił Sawicki, ruszając dalej. – To nawet jeszcze nie półmetek.

Szczęśliwie od tego miejsca robiło się już znacznie szerzej. Klatka schodowa była prostokątna, z podestami na półpiętrach i piętrach, z wykutą w kamieniu ażurową balustradą. Najważniejsze, że schody nie były już tak strome jak jeszcze przed chwilą.

Od kiedy przecisnęli się przez ten właz na górze, minęło już dobrych kilka minut. Tymczasem Sawicki ciągle prowadził ich w dół. Na kilku mijanych poziomach wyraźnie widać było wejścia prowadzące do bocznych korytarzy. Niektóre nawet były oświetlone słabiutkimi lampkami. Inne straszyły nieprzeniknionym mrokiem.

Amerykanie jednak nie mieli ani czasu, ani ochoty, by pytać, dokąd one prowadzą, by przyglądać się perfekcyjnie wykonanym kamiennym detalom, przepięknie rzeźbionym balustradom. Sprawiali wrażenie, jakby ta zupełnie wyjątkowa, niesamowita budowla, w całości zagrzebana gdzieś na irackiej pustyni pod tysiącami ton mułu i odkryta przecież dopiero niedawno, ani trochę ich nie interesowała. A może znali ją doskonale i dlatego o nic nie pytali? Ale kto, u licha, miałby ich z nią zapoznać, skoro byli tu pierwszy raz?

– Ilu pańskich ludzi ich widziało? – odezwał się Wilson, przerywając ciszę.

– Z moich nikt nawet nie był w środku – odpowiedział Sawicki, nie zatrzymując się ani na chwilę. – Czterej żołnierze kapitana Brzezińskiego podobno schodzili na dół. Trzej tylko do tej świątyni. Dalej już nie.

– Tego, który był tu przed panem?

– Tak.

– Gdzie oni teraz są?

– Jeden ciągle tu, na miejscu. Tylko on wszystko widział. Pomyślałem, że będziecie chcieli z nim pogadać. To bardzo rozsądny sierżant.

– A reszta?

– Polecieli do Bagdadu. Rano zabrał ich wasz chinook. Nie chcieliśmy, żeby kontaktowali się z pozostałymi.

– Bardzo dobrze… Cholernie to głębokie.

– Tak. Dziewięć pięter i jeszcze ten kierat na górze… To piętro było zalane, tu była ta dziwna woda. – Sawicki przystanął na chwilkę i odwrócił się do Amerykanów. – Wszystko jest jeszcze mokre.

Wilson przejechał palcami po kamiennej ścianie.

– Tak…

– Trzeba było się rozebrać i nurkować. Przepłynąć w dół prawie dwa piętra, zanim można było znowu złapać oddech.

Zeszli niżej.

– A tu już nawet nie ma śladu, zobaczcie – pokazał. – Wszystko zupełnie suche. Tu można było już normalnie oddychać… Rozumiecie coś z tego?

Nie odpowiedzieli, więc sam dodał:

– To w zupełnej sprzeczności z logiką. I z prawami fizyki… Cała ta świątynia jest jakaś niesamowita. Gdyby tu wpuścić archeologów…

– Co pan plecie?! – zgromił go Wilson. – Niech pan nawet o tym nie myśli!

– Nie wcześniej, majorze, niż za kilkanaście lat. – Tonował nieco delikatniejszy Stewart. – O ile w ogóle. Na razie to tu jest tylko ta stara cegielnia i pustynia… Cegielnia i pustynia. Tylko tyle.

– Rozumiem, że w środku jesteśmy sami? – Upewnił się Wilson.

– Zupełnie sami.

– Majorze. – Zatrzymał się na moment, zdejmując dopiero teraz ciemne okulary. – To, co się tutaj stało, co się tu działo przez tych ostatnich kilka tygodni – mówiąc, potrząsał okularami tuż przed nosem stojącego o dwa stopnie niżej Sawickiego, jak nauczyciel besztający niegrzecznego ucznia – nie ma prawa wydostać się za to pieprzone, dziurawe ogrodzenie na górze. Jasne?!... Jeśli dojdzie do jakiegokolwiek przecieku, jakiegokolwiek – powtórzył z naciskiem – zapłacimy za to głowami… I my, i wy. Tego może być pan pewien. – Skończył i założył okulary.

– Zaraz po zakończeniu misji – dodał Stewart, kiedy znowu ruszyli – wszyscy pańscy ludzie zostaną przerzuceni do naszej bazy w Górach Skalistych. Odbędą tam specjalny trening psychologiczny…

Sawicki chciał dorzucić, że po naszemu to się nazywa „pranie mózgu”, ale w porę zamilkł. Tym bardziej że Stewart jeszcze nie skończył.

– Pan zresztą też… Nawet my.

Klatka schodowa właśnie się skończyła. Oświetlenie również. W końcu byli na samym dole. Dziewięć pięter i kierat na górze. Razem około czterdziestu metrów, czyli jakieś sto dwadzieścia stóp poniżej kamiennego włazu.

Na tym poziomie stropy były znacznie niżej niż na wyższych piętrach. Najwyższy z całej trójki Wilson musiał się aż przygarbić, by głową nie szorować o sufit. Zrobiło się dziwnie nieprzyjemnie, ciemno i jeszcze bardziej duszno. Sawicki zatrzymał się. Z raportówki wyciągnął latarki i dał każdemu.

W silnym snopie halogenowych żarówek ujrzeli przed sobą otwarte przejście, za którym zaczynał się bardzo długi, wyłożony kamiennymi płytami, łukowato sklepiony korytarz. Wąski był tak, że mieściła się tylko jedna osoba.

Stewart oświetlił korytarz, ale końca nie było widać.

– Już niedaleko. To tunel, połączenie z drugą świątynią. Na powierzchni jeszcze nikt się do niej nie dokopał.

– Niech pan prowadzi – przerwał mu Wilson, wycierając twarz chusteczką i ponaglając. – Niech pan prowadzi.

Sawicki ruszył pierwszy. Za nim Wilson i na końcu Stewart.

Korytarz, czy też tunel, długi był na jakieś czterysta pięćdziesiąt stóp, z których czterysta czterdzieści dziewięć powodowało natrętne powracanie dwóch myśli. Pierwsza, że przed spuszczeniem nóg do tego lochu należało jednak zadzwonić do domu, by usłyszeć może ostatni raz głos żony i dzieci, a druga, że jeśli to wszystko zacznie się za chwilę walić, to lepiej od razu dostać którąś płytą w głowę i to skutecznie, bo na ratunek raczej nie ma co liczyć.

Kiedy powodujący kołatanie serc tunel się skończył, Sawicki wprowadził spoconych Amerykanów do klatki schodowej, trochę podobnej do tej poprzedniej. Nie miała jednak tylu zdobień i była chyba nieco węższa i odrobinę niższa. Tak przynajmniej wyglądało to w pełgającym świetle latarek, bo innego oświetlenia tu nie było.

Weszli piętro wyżej. Tu wreszcie można było się wyprostować i mimo że panował zaduch – nieco głębiej odetchnąć. Teraz kilkanaście metrów kolejnym korytarzem. W końcu przewodnik się odwrócił.

– Jesteśmy.

Wprowadził ich do niewielkiego pomieszczenia. To był tylko jakiś przedpokoik. Tuż przed nimi wyłoniła się wnęka prowadząca do kolejnego wejścia, ale tym razem zamkniętego na głucho kamiennymi wrotami. Środkiem biegła ledwo widoczna szpara, zdradzając, że wrota są pewnie dwuskrzydłowe i otwierają się na boki. Nigdzie nie było jednak żadnego uchwytu ani klamki. Tuż obok prawego skrzydła, w niewielkim wgłębieniu w ścianie, w dwóch rzędach znajdowały się natomiast czarne kołeczki. Wyglądały nie tyle jak klawisze klawiatury, ile raczej jakby jakieś maleńkie dźwignie.

Sawicki wyjął z kieszeni złożoną karteczkę. Przyświecając sobie, odczytywał z niej kod i przyciskał niektóre z dźwigienek. Chwilę to trwało.

Wreszcie, dudniąc i wprawiając w drżenie kamienną podłogę, wrota z wolna zaczęły się odsuwać, chowając się jednocześnie w ścianie.

– Do tej pory nie wiemy, co je napędza.

Przed nimi stało otworem kolejne pomieszczenie. W świetle latarki okazało się, że to tylko jakaś malutka śluza, wielkości dużej windy osobowej, kończąca się następnymi, identycznymi, wrotami. Na obu skrzydłach tych wrót, w środkowej części, wyrzeźbiona była prawa dłoń z siedmioma wyprostowanymi, skierowanymi ku górze palcami. Na lewym skrzydle wewnętrzna strona dłoni, a na prawym zewnętrzna, z kciukiem od strony szczeliny. Środkowy palec zdobił płaski pierścień z prawoskrętną swastyką.

– Wejdźcie, bo za chwilę się zamkną.

– Kod ma pan od tego sierżanta? – zgadywał Stewart, niepewnie wchodząc do środka.

– Zgadza się. Dostał go od Brzezińskiego. Całe szczęście. Inaczej pewnie nigdy byśmy ich nie znaleźli.

Wrota za plecami Wilsona, dudniąc złowrogo, powoli zaczęły się zamykać. Stewart, szybko wodząc światłem po ścianach, upewnił się tylko, czy w środku też jest jakieś wgłębienie z dźwigienkami.

– A jakby się teraz zacięły?... – wyszeptał, oświetlając czarne kołeczki. – Może są na prąd?

– Licho wie – odparł Sawicki. – Chyba raczej nie.

Obaj goście zatrzymali światło swoich latarek najpierw na wyrzeźbionej dłoni, a następnie na dźwigienkach przy wrotach, jakby od tego zależało, czy zadziałają.

W tej chwili stali w zamkniętym kamiennym grobowcu, nie dłuższym niż dziesięć, nie szerszym niż sześć i wysokim może na niecałe dziewięć stóp. Od świata żywych z jednej strony i tego drugiego świata oddzielały ich kilkucalowej grubości perfekcyjnie spasowane i zupełnie nie wiadomo czym napędzane kamienne wrota z tajemniczym, nigdzie wcześniej niewidzianym symbolem. Nad głowami mieli prawdopodobnie kilkanaście pięter labiryntu kamiennych korytarzy, schodów i kilkadziesiąt tysięcy ton mułu. I chyba ciągle nie byli pewni, co zobaczą po drugiej stronie.

Świadomość tego wszystkiego powodowała, że dłonie – mimo ciągłego wycierania – po chwili znowu robiły się wilgotne, serce waliło, oddech robił się krótszy, a kropelki potu, spływające po karku, skroniach i policzkach, zatrzymywały się dopiero na i tak już mokrym kołnierzyku koszuli.

– Pamiętaj, czyja to robota – powiedział wreszcie Wilson, wycierając twarz chusteczką i przełykając głośno ślinę. – Nie mogą się zaciąć – dodał, ale jakoś bez przekonania.

Tymczasem Sawicki, znowu pomagając sobie kartką, celebrował wprowadzanie kodu dla drugiej pary drzwi.

– Nie można się tu pomylić, bo nie ruszą – wyszeptał, zerkając na już bez przerwy wycierającego się Wilsona. I trzeba powiedzieć, że sprawiało mu to coraz większą satysfakcję. Szczególnie po instruktażu, którego parę minut temu Wilson udzielił mu na schodach, potrząsając okularami i traktując go jak swojego podwładnego.

Wreszcie wyprostował się w oczekiwaniu, że zaczną odjeżdżać na bok.

– Hmm… – mruknął. – Ciekawe…

Wrota ani drgnęły. Jeszcze raz pochylił się nad dźwigienkami, sprawdzając poprawność kodu. Wodził palcem po znakach na kartce i po czarnych kołeczkach. Kątem oka widział stojącego tuż obok Wilsona. Ten widok doprawdy koił serce.

– Majorze!... – wycedził przez zęby próbujący opanować nerwy Amerykanin.

– Proszę mi teraz nie przeszkadzać – odpowiedział zupełnie spokojnie, skupiony nad szyfrem Sawicki. – Chyba że potrafi pan zrobić to lepiej, to proszę.

Odsunął się do tyłu, robiąc miejsce.

Zapadła chwila kompletnej ciszy. Nerwowej, dusznej i klaustrofobicznej. Gęstniejącej z każdą upływającą sekundą.

– Przepraszam – wycedził w końcu Wilson. – Ale nie czuję się tu najlepiej.

Sawicki ponownie podszedł do dźwigienek. Jeszcze przez moment wodził palcem po kolejnych znakach szyfru zapisanych na skrawku papieru. Przycisnął w końcu jeszcze jeden kołeczek. I jeszcze jeden.

– To dość skomplikowany szyfr.

Wyprostował się, a wrota prawie od razu zaczęły odjeżdżać na bok, chowając się w ścianie z podobnym do poprzednich dudnieniem.

– Tak to wygląda – szepnął, wchodząc do środka i stając pod ścianą.

W omiatającym pomieszczenie świetle latarek goście dojrzeli osiem ustawionych koliście, zupełnie prostych, kamiennych foteli z wysokimi oparciami. Na każdym oparciu, na wysokości głowy, widniał ten sam znak, który wyrzeźbiono na wrotach. Między fotelami, na samym środku, stało jakieś urządzenie podobne do pieca kaflowego. Składało się z pięciu, coraz bardziej zwężających się ku górze, warstw kafli.

Pomieszczenie było okrągłe i półkuliście sklepione w taki sposób, że ściany bezpośrednio przechodziły w sufit. Jak jakieś potężne eskimoskie igloo. Mogło mieć ze dwadzieścia pięć stóp średnicy i ze dwanaście wysokości w centralnej części. Oprócz foteli i owego pieca nie było tu innego wyposażenia.

Jednak to ani nie owo nietypowe pomieszczenie, ani nie kamienne meble stanowiły główny powód przyjazdu Amerykanów. Ostrożnie chodząc między fotelami, tak by przypadkiem czegoś nie dotknąć, oświetlali twarze tych, którzy na nich siedzieli.

Dwie młode kobiety i sześciu mężczyzn siedzących na fotelach kamieniało. Dosłownie.

Ich nagie ciała od przedwczoraj powoli zamieniały się w kamień. Chyba taki sam jak ten, z którego wykonane były fotele.

Sawicki, który ze swoją kompanią został tu niespodziewanie przerzucony dopiero wczoraj rano, obserwował ten niesamowity i zupełnie nie do pojęcia proces już trzeci raz. Za pierwszym, kiedy zszedł tu zaraz po przyjeździe razem z sierżantem Kozysą, skamieniałe mieli tylko nogi. Reszta ich ciał wyglądała całkiem normalnie. Nawet nie tak jak u nieboszczyków, ale raczej jakby jeszcze żyli, jakby spali. Dzisiaj rano odważył się zejść sam. Proces postępował, z wyjątkiem głów obejmując całą resztę postaci. A teraz właściwie już się zakończył. Z ich martwych, kamiennych twarzy bił jednak tak absolutny spokój, taka pogoda ducha, że nawet nie bał się tu przychodzić. Wszyscy oczy mieli zamknięte, jakby spali jakimś tajemniczym, hipnotycznym snem. Albo jakby usiedli sobie ot tak, na pogawędkę w saunie wokół rozgrzanych kamieni tego niby-pieca i zdrzemnęli się tylko troszeczkę, a jakiś genialny rzeźbiarz błyskawicznie utrwalił tę sielską chwilę w blokach alabastru.

Sawicki nie miał zielonego pojęcia ani co to za ludzie, ani co tu robili i jaki mógł być związek tego osobliwego zjawiska z owym dziwnym, podobnym do pieca urządzeniem, zajmującym środek sali. Nikt mu niczego nie wyjaśnił. Co to w ogóle za tajemnicze, kompletnie zagrzebane w mule świątynie? O ile w ogóle świątynie, bo tego też nie był pewien.

Wiedział tylko, że po pierwsze, absolutnie i pod żadnym pozorem nie może dotykać kamieniejących osób, po drugie, że nie może wpuścić na teren cegielni nikogo niepowołanego, a po trzecie, że nikomu, nawet własnej żonie, o tym, co tu zobaczył, nie może puścić pary z gęby. Ani on, ani żaden z jego ludzi.

Znał się na swojej robocie, więc podejrzewał, że skoro jego tu przysłali, a ludzi Brzezińskiego helikopter wywiózł natychmiast do Bagdadu, to widocznie odbywało się tu coś dziwnego. Coś takiego, czego pewnie nigdy nie pokażą w żadnej telewizji świata. I że jeżeli tak szybko przysłali ze Stanów tych dwóch sympatycznych facetów, a szczególnie tego jednego, to może nie wszystko poszło do końca tak, jak się tego spodziewali. Miał ciągle cichą nadzieję, że jeśli oni wiedzą więcej, a tego był pewien, to może w końcu jednak chociaż trochę się wygadają.

– Co im się stało? – zapytał. – Co to za eksperyment?

– Lepiej, majorze, żeby pan nie zadawał takich pytań. Zresztą i tak by pan nie uwierzył. A potem musieliby się męczyć, żeby to panu wyskrobać z pamięci… – powiedział Wilson, wyciągając z torby kamerę. – Jerry, do roboty! Nie ma na co czekać.

– Czy już ktoś ich tu fotografował?... – Stewart indagował Sawickiego, błyskając fleszem i robiąc z bliska zdjęcia skamieniałych twarzy. – Pan?... Może pańscy ludzie?

– Nie. Mówiłem już… Nikt z moich ludzi nawet tu nie zaglądał.

– A pan? – dociekał Wilson, włączając reflektor kamery.

Zrobiło się nagle jasno, tak że aż rozbolały oczy.

– Nawet nie zabrałem aparatu. Zgodnie zresztą z waszą sugestią… To właśnie kapitan Brzeziński. – Mrużąc oczy, powiedział do Stewarta, przymierzającego się do postaci wysokiego mężczyzny. – Ten, który był tu przede mną.

– A pozostali? Ich też pan zna?

Mimo że schodził tu już wcześniej, dopiero teraz w silnym świetle reflektora dostrzegł, że całe pomieszczenie, łącznie z meblami i skamieniałymi postaciami, jest pięknie jasnokremowe.

– Nie. Ale ten sierżant, który na was czeka, twierdzi, że widywał wszystkich od dłuższego czasu.

– Jak długo?

– Od kilku tygodni. Najdłużej tych dwóch tutaj.

Sawicki kiwnął głową w kierunku młodych, muskularnych mężczyzn o wyglądzie Dawida Michała Anioła, między którymi siedziała przepiękna dziewczyna. Przepiękna. Niesamowicie zgrabna, z cudownymi piersiami, tylko lekko przykrytymi długimi włosami, i o tak szlachetnych rysach twarzy, że nie mógł od niej oderwać oczu. Wszystko miała perfekcyjne, od czubka głowy po prześlicznie kształtne stopy. Wyglądała niczym Afrodyta, kiedy dopiero co stworzona przez bogów, wyłoniła się z morskiej piany. Albo nawet lepiej, zdecydowanie lepiej. Afrodyta mogłaby brać u niej lekcje… Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, przeżył prawdziwy szok. Dlaczego tak piękna dziewczyna popełniła samobójstwo?!... Ale potem doszedł do wniosku, że niemożliwe, żeby to było samobójstwo. Przecież żaden z samobójców, o których do tej pory słyszał, nie zamieniał się w kamień!

Uspokoiła go myśl, że to najprawdopodobniej jakiś wyjątkowy eksperyment, że może oni nie umarli, tylko stało się z nimi coś dziwnego. Coś, czego wprawdzie nie rozumie, ale na pewno to nic groźnego. No bo przecież, skoro zamienili się w kamień, to dlaczego nawet nie można ich dotknąć? Tak mówił również sierżant Kozysa, chociaż on też zdaje się za dużo nie wie. Sawicki miał cichą nadzieję, że wkrótce ten proces kamienienia zacznie się cofać i gdy zejdzie następnym razem, to oni ożyją, powiedzą mu, gdzie byli i co robili, a on z Kozysą przyniosą im ubrania i wyprowadzą bezpiecznie na górę.

Tymczasem podszedł bliżej i bezwiednie musnął zamienioną w kamień rękę przepięknej dziewczyny, jakby chcąc zwrócić jej uwagę, by zakryła swoją ciągle kuszącą boską nagość przed intruzami z kamerą.

– Niech pan jej nie rusza!!! – zawołał zza obiektywu Wilson, podchodząc bliziutko i robiąc zbliżenie jej twarzy. – Nie wolno tu niczego ruszać! Nawet dotykać…

Sawicki zauważył, że kiedy Wilson zbliżył kamerę, światło reflektora wniknęło w głąb jej postaci i rozeszło się po niej, rozświetlając przepięknie całą sylwetkę.

– OK. Jerry, masz już wszystko?... – zapytał Wilson, wyłączając reflektor. – To wracamy.

***

– Sierżancie Kozysa, to są panowie z CIA – przedstawił Sawicki. – Prowadzą dochodzenie w sprawie… No, wie pan, tego wydarzenia.

Sierżant Kozysa, potężnie zbudowane chłopisko o dłoniach jak bochny, ledwo mieszcząc się na krześle, usiadł przy stoliku naprzeciw Wilsona.

Byli w obskurnym pomieszczeniu w dawnej hali fabrycznej. Oprócz kilku krzeseł i stolika, pod ścianą stał szereg pogiętych i zardzewiałych metalowych szafek na odzież. Wszędzie było mnóstwo drobniuteńkiego jak mąka glinianego pyłu. Pod sufitem wisiała jarzeniowa lampa na dwie rury, z których jedna bez przerwy denerwująco migała, nie mogąc zaskoczyć.

– Mówi pan po angielsku? – zagadnął Stewart, wyciągając czerwone marlboro i częstując go. Sam też zapalił.

– Tak.

– Majorze, panu już dziękujemy… – Wilson wyprowadził Sawickiego na korytarz. – Aha, proszę dać mi tę kartkę – pstryknął palcami. – No, tę z kodem… Panu już nie będzie potrzebna.

Schował ją do wewnętrznej kieszeni marynarki, odwrócił się i zamknął za sobą porządnie połatane kawałkami płyt wiórowych drzwi.

– Chcielibyśmy, żeby pomógł nam pan zidentyfikować kilka twarzy. – Odwrócił krzesło oparciem do przodu i usiadł naprzeciw sierżanta. Obaj byli podobnego wzrostu, ale Wilson na oko co najmniej o połowę lżejszy. – Jerry...

Stewart obrócił aparat wyświetlaczem w stronę Kozysy.

– Widział pan już tę osobę?

Kozysa zaciągnął się potężnie, spojrzał na Wilsona, potem na Stewarta, wypuścił trzy regularne kółka i wreszcie raczył zerknąć na wyświetlacz.

Zdjęcie prezentowało dobrotliwie wyglądającego, chudziutkiego staruszka z kępkami włosów, niczym wieniec laurowy na obwodzie głowy, o orlim nosie i typowo semickiej, mocno pomarszczonej twarzy.

– To profesor Liebermann. Bodajże z Nowego Jorku. Pojawił się parę tygodni temu. Prowadził badania w świątyni.

– Jest pan pewien?

– W stu procentach – powiedział, wypuszczając dym. – Miałem okazję pogadać sobie z nim kilka razy. Bardzo miły gość… Wesoły… I cholernie mądry.

– A to?

– Kate Hume. Jego asystentka… Przepiękna dziewczyna, nie miała nawet trzydziestki. Chyba najładniejsza, jaką widziałem w życiu. Przyjechała mniej więcej tydzień przed nim. Potem gdzieś wyjechała. Jak przez parę dni jej nie było, wszyscy chodziliśmy jak struci… Na szczęście wróciła później, razem z innymi… A teraz… – Westchnął ciężko, pociągnął papierosa ostatni raz i zgasił niedopałek. – Wszystkim zawróciła w głowach. Wszystkim… Ciągle piękna, prawda?

– Tak. Taka już pozostanie… Na zawsze… A to zdjęcie?

Wyświetlacz pokazał silnie zbudowanego młodego mężczyznę o regularnych rysach, z dość szeroką szczęką.

– To Tommy Page. Amerykanin z firmy Black Fire. Przyjechał na samym początku, razem z jednym Polakiem, Kubą Turskim. Obaj prowadzili tu poszukiwania.

– Też w świątyni?

– Tak. Byli tu pierwsi. To znaczy zaraz po nas. Przyjechali po tych wybuchach… O, to właśnie Kuba Turski. – Następne zdjęcie pokazywało potężnego i pięknie „wyrzeźbionego” przystojniaka z zaznaczonym każdym mięśniem, tak że można było uczyć się na nim anatomii. – Na początku był też z nimi jeszcze jeden Amerykanin, chyba ich szef, ale potem już go nie widzieliśmy. Nawet nie pamiętam teraz nazwiska.

– Może ten?

Stewart wyświetlił fotkę trochę tęgawego gościa w średnim wieku, z wyraźnie zaznaczonym brzuszkiem.

– Nie. To kto inny. Ale też z Black Fire. To chyba też ktoś z szefostwa… – Szukał przez chwilę w pamięci. – McCormick bodajże… Tak. Był tu bardzo krótko, parę ostatnich dni. Cztery czy pięć, nie pamiętam teraz dokładnie.

– A ten? – Amerykanin pokazał następne zdjęcie.

Przedstawiało – sądząc z delikatnej budowy – jakiegoś intelektualistę w wieku bardziej niż średnim, szczupłego, za to z dość dużą, całkowicie łysą głową.

– To Thompson. Profesor, chyba akustyk, z San Francisco. Straszny nudziarz. – Wyciągnął lekko zmiętą paczkę cameli, częstując Amerykanów. Ponieważ nie chcieli, zapalił sam. – Męczący facet. Okrutnie. Jak się do kogoś przypiął, mógł zamęczyć. Przemądrzały jak cholera. – Zaciągnął się, wypuścił jedno kółko, a potem przez nie puścił jeszcze drugie, mniejsze. Zdaje się, że sierżant Kozysa był w tej dyscyplinie niezły.

– A ta dziewczyna? – zapytał o drugą z kobiet, urodą najwyżej tylko ciut-ciut ustępującą tej pierwszej.

Miała śliczną twarz, stanowiącą bliskowschodni melanż rysów z dużymi, okrągłymi oczami, cudownym greckim noskiem i spływającymi wokół lekko kręconymi włosami.

– Ona przyjechała dopiero przedwczoraj rano. Przed samym samobój… Eksperymentem… To Irakijka. Zupełnie jeszcze młodziutka. Piękniutka, zgrabniutka i tak samo delikatna jak panna Kate. Tylko trochę niższa. Z długimi, czarnymi włosami. No i bardzo sympatyczna. Bardzo. Przywiózł ją kapitan Page. Ale nie mam pojęcia skąd.

– To kapitan Bzezinsky, tak?

– Zgadza się. Brzeziński. Taki gość – pokazał gest lewym łokciem, charakteryzując mężczyznę w średnim wieku, o potulnej twarzy, z krótkimi kędziorkami na głowie. – Najlepszy dowódca, jakiego miałem… Cholera… – Wytarł chusteczką oczy i obrócił się w stronę chowającego aparat Stewarta. – Jeszcze przedwczoraj po obiedzie z nimi rozmawiałem… Śmialiśmy się, wygłupialiśmy… Co im odbiło?

– To już wszyscy – powiedział Wilson.

– Co im się stało?... – Kozysa podniósł się i zajrzał Wilsonowi prosto w oczy. – Powiedzcie...

– Był pan tam na dole, tak?

Pokiwał głową twierdząco.

– To ja ich znalazłem.

– Kod do tej śluzy zna pan od Bzezinsky'ego?

– Na wszelki wypadek zapisał mi na kartce. – Wyjął z kieszeni skrawek papieru. – O…

– Proszę mi ją dać. – Wilson wyciągnął rękę.

– To pamiątka po dowódcy. – Zdziwiony Kozysa schował karteczkę w olbrzymiej dłoni.

– Sierżancie, kodów nie może pan mieć – powiedział stanowczo. – Dostanie pan coś innego… Jak był pan tam na dole, dotykał pan kogoś? – Karteczkę z zapisanymi dwoma rzędami cyfr złożył starannie i schował do kieszeni.

– Nie. Bałem się… Kapitan powiedział, że jak nie wyjdą na kolację, to żebym później zajrzał do nich. Ale żeby absolutnie i pod żadnym pozorem nikogo nie dotykać… Miałem tylko zabrać ich ciuchy i latarki. – Ponownie wyciągnął papierosy, poczęstował Stewarta. – Poszedłem wieczorem… Ich rzeczy były złożone w worku na klatce schodowej, tam, gdzie zaczynała się ta dziwna woda. Swoje ciuchy też tam zostawiłem. W tym przedsionku, no, tym między wrotami, zostawili tylko swoją bieliznę, buty i latarki… I okulary – przypomniał sobie. – Dwie pary, obu profesorów… Do środka weszli zupełnie nago, bez niczego. Jak ich zobaczyłem… – Pokiwał głową z dezaprobatą i pociągnął papierosa. – Stopy już im to wpieprzało. Powoli, systematycznie i coraz wyżej… Widać było, jak to postępuje… Kompletna cisza, ani bzyknięcia komara, zupełnie nic. Pewnie mi nie uwierzycie, ale dokładnie słyszałem, jak wali mi serce… Ze strachu. – Ponownie zaciągnął się głęboko i wypuścił kilka kółek. – Nie mogłem uwierzyć własnym oczom… Potem już się tak nie bałem… Zresztą wszyscy wyglądali tak spokojnie. Siedziałem z nimi prawie półtorej godziny i patrzyłem. Myślałem, że może w końcu się jednak obudzą. – Kozysa palił na wyścigi. Stewart zauważył, że każde zaciągnięcie się sierżanta skraca papierosa o dobre ćwierć cala. Prawie go pożerał. – Już wcześniej schodzili tam przecież wiele razy. Nie mówili nikomu, co robią, ale nie było ich po ładnych kilka godzin. Za każdym razem. Więc myślałem, że i teraz…

– A nie domyślał się pan, co mogli tam robić? – zapytał Stewart.

– Kiedy? Wcześniej?

– Tak.

– Pewnie penetrowali te świątynie, bo o ile mi wiadomo, to dopiero wybuchy odsłoniły wejście. Wcześniej nikt tam nie wchodził. Po to przecież przyjechali ci profesorowie… Tak myślę… Jak światło latarki zaczęło dogasać, zabrałem to wszystko i wróciłem.

– Na pewno nikogo pan nie dotykał?... Pięknej Kate, na przykład?...

– Nie.

– Przecież podobała się panu… Mógł pan ją wreszcie chociaż pogłaskać, nikt pana nie widział, był pan tam sam…

– Gościu, za kogo ty mnie, kurwa, bierzesz?!... – Zdenerwował się, spojrzał groźnie na Wilsona i zaczął podnosić się z krzesła.

– Spokojnie, spokojnie! – Doskoczył do niego Stewart i położył mu ręce na ramionach. – Proszę siadać i się nie denerwować. Niestety musimy pana o to wszystko wypytać. Taka jest nasza rola…

– OK. Przepraszam, sierżancie… A nie poprawiał pan im czegoś?... Żeby lepiej wyglądali?... Rąk, włosów?... – dopytywał Wilson. – Proszę sobie przypomnieć, to bardzo ważne.

– Sierżancie, nie chodzi o to, by pana ukarać za to, że ich pan dotknął. To w ogóle nie wchodzi w rachubę – wyjaśnił Stewart. – Istotne jest tylko to, że jeżeli ktokolwiek ich dotykał, a szczególnie wtedy, kiedy jeszcze nie skamienieli do końca, musimy to wiedzieć. To bardzo ważne. Nawet nie wie pan, jak bardzo.

– Nie dotykałem. Nikogo… Kapitan wyraźnie mi powiedział, żebym nikogo nie dotykał, więc nie dotykałem… Zabrałem tylko swoją latarkę. Z przedsionka wziąłem ich latarki i bieliznę. Leżały na podłodze pod ścianą. Musiałem wrócić po swoją bluzę, bo nie mogłem się zabrać. Włożyłem wszystko do środka i zawiązałem rękawy. Buty powiązałem parami, a okulary schowałem do kieszeni bluzy – mówił wyraźnie już rozdrażniony. – Bluzę i cztery pary butów wziąłem do lewej ręki. – Pokazał, zdecydowanie podnosząc, którą rękę ma na myśli, żeby nie mieli wątpliwości, czy u Polaków lewa to ta sama co lewa u Amerykanów: – A latarkę i trzy pary butów do prawej. – Teraz uniósł drugą ze swoich potężnych rąk. – Kiedy wszedłem do tunelu, lewą rękę musiałem trzymać za sobą, o tak, a prawą przed sobą. – To też zademonstrował. – Bo normalnie się nie mieściłem. Na schodach przełożyłem to wszystko do worka z ich rzeczami, ubrałem się i wyniosłem na górę. Kiedy dotarłem do kieratu, wór wziąłem przed siebie, bo inaczej się nie dało. Niosłem go oburącz. – Tego już nie demonstrował. – Potem wasi, razem z naszymi chłopakami, zabrali to wszystko do Bagdadu… – Zapalił następnego camela. – Wszystko.

– A zdjęcia? – zapytał Stewart. – Robił pan?... Może na pamiątkę?

– Nie… – odpowiedział już nieco spokojniej. – Chociaż teraz żałuję. Poszedłem tylko z latarką i z tym kodem… Kapitan… Miałem tam iść sam, niczego nie dotykać i nikomu o tym nie mówić… Ale jak ich zobaczyłem… No… Co się z nimi dzieje, musiałem dać znać… Całą noc się z tym męczyłem. Nie zmrużyłem oka. Zupełnie. Rano zadzwoniłem do sztabu.

– Słusznie. Skoro pan też tam był, zmuszeni będziemy zabrać pana na kwarantannę. Jak wszystkich innych – powiedział Wilson. – Sami nie wiemy dokładnie, co tam się stało. Prawdopodobnie to jakiś gaz… Najprawdopodobniej wprowadzali się w stan halucynacji. Tam na dole cały czas zbiera się wydychany dwutlenek węgla, bo jest ciężki. Spływa na dół i wypełnia zagłębienia. Im więcej razy tam wchodzili, tym było go więcej. A że jest zupełnie bezwonny… – Zrobił minę, która miała oznaczać „wszystko jasne”. – Mnie, jak zeszliśmy tam na dół, też kręciło się w głowie.

– Mnie też – dodał Stewart.

– No właśnie. Więc może razem z psychotropami to dwutlenek węgla dał taki efekt… Piorun wie. Pewne jest tylko, że ten jeden raz przesadzili.

– Gdyby na dół jakąś rurą tłoczyli świeże powietrze, może jeszcze by żyli?… – Zastanawiał się Stewart.

– Gaz… I od gazu tak skamienieli, prawda?… I nie można ich dotykać?... Nawet skamieniałych?!... Niech pan się nie obrazi, chłopie, ale takie bzdury to może pan opowiadać u was w telewizji… Będzie pan miał wdzięcznych słuchaczy. – Kozysa spojrzał na obu z mieszaniną drwiny i pogardy. Jak człowiek, który właśnie uświadomił sobie, że najlepszy kumpel zrobił z niego wała. – Tam nie było żadnego gazu. Wiem to tak samo jak wy... To musiało mieć związek z tym piecem na środku… Może nie?

***

„Kolejnych pięciu naszych żołnierzy zginęło we wczorajszym ataku bombowym, przeprowadzonym przez członków nieznanej dotąd islamskiej organizacji bojowej. W ostrzelanej rakietami bazie w pobliżu miejscowości Afak, sto mil na południe od Bagdadu, eksplodował magazyn…”

– Z amunicją i zbiorniki z paliwem – dokończył za reportera CNN Wilson, wyłączając telewizor. – I miejmy nadzieję, Jerry, że to już ostateczne i definitywne zakończenie programu „Stardust”. – Podniósł szklankę do toastu: – Przynajmniej w tej części świata.

– Oby. – Stewart uniósł swoją. – Chociaż przesadziłeś aż o pięć trupów. No i przecież to nie nasza strefa.

– A jak to sobie wyobrażałeś? Atak bombowy w wykonaniu islamskich terrorystów, w którym nie zginąłby żaden żołnierz?!... – Z tryumfującą miną spojrzał na Stewarta. – Chłopie, o takiej fuszerce trąbiłyby w kółko wszystkie stacje na całym świecie!... A tak, skromna informacja, jakich pełno. Jutro już wszyscy o tym zapomną. Nawet o tym, że to nie nasza strefa… Ważne, że po wejściu do świątyni nie ma nawet śladu.

– Taak. Tylko jeżeli ten sierżant dotykał ich na świeżo… – Stewart niepewnie pokiwał głową. – Możemy… – Wykonał jakiś dziwny gest, który nie wiadomo co miał oznaczać.

– Przestań! Miejmy nadzieję, że mówił prawdę… – Przechylił szklankę. Przez chwilę o czymś myślał, po czym dodał: – Jestem przekonany, że mówił prawdę… Poza tym, Jerry, to nie takie proste. – Wilson powtórzył dziwny gest Stewarta. Jakby wiedział, o co tamtemu chodziło. – W końcu już zaplanowałem urlop. Na rybki nad Winnipeg, kolego.

– Każde miejsce do tego jest dobre. – Stewart ponownie zrobił ręką jakąś dziwną pętlę. – Jeśli o to ci chodzi. Nawet piękne jezioro Winnipeg… Ale żałuję, że właśnie tak to się kończy… – Opróżnił szklankę. – Rok temu zapowiadało się zupełnie inaczej.

Wilson roześmiał się. Chodził po swoim gabinecie z butelką Ballantine’s w jednej ręce, a szklanką w drugiej. Dolał Stewartowi.

– Jerry, a jaką ty masz pewność, że to się skończyło?! I że właśnie w taki sposób?... Skończył się tylko program „Stardust”. I nic ponadto. Cała reszta dopiero się zaczyna… Tak, dopiero się zaczyna… – powtórzył po chwili. – A taką miałem, cholera, nadzieję, że usiądę sobie na którymś z tych foteli… Mimo tej mojej pieprzonej klaustrofobii. Poważnie.

– Daj spokój… Chybabym się zesrał ze strachu.