111 osób interesuje się tą książką

Opis

Złowroga atmosfera, moralne dylematy, szalone namiętności, wszystko to ujęte w pięknie wyrzeźbione zdania.

Niemcy, rok 1936. Naziści dochodzą do władzy. Janna, młoda Holenderka, zostaje wysłana przez ojca do rozgoryczonego arystokraty Egona von Böttichera, który ma ją trenować w szermierce. To mężczyzna dręczony wojenną przeszłością, w którą zamieszany jest również ojciec Janny.

Historia Janny to nie tylko opowieść o miłości i utracie niewinności, ale też obraz niespokojnej atmosfery zmian w historii, pełen niepewności i napięcia poprzedzającego drugą wojnę światową.

Książka laureatki AKO Literature Prize i Nagrody Literackiej Unii Europejskiej.

70 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w Holandii, przetłumaczona na 10 języków.

Książce patronują: Czytam bo lubię, Lubimy czytać.pl, Fundacja "Dom Holenderski", Xiegarnia.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marente de Moor

Holenderska dziewczyna

Przekład: Ryszard Turczyn

Copyright © 2010 by Marente de Moor

Original title: De Nederlandse maagd

First published in 2010 by Em. Querido's Uitgeverij, Amsterdam

Copyright for the Polish edition and translation © 2020 by Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o.

This publication has been made possible with financial support from the Dutch Foundation for Literature

Redakcja: Ewa Pawłowska

Korekta: Kamila Wrzesińska

Okładka: Ewelina Malinowska

Ilustracja na okładce: master1305 / iStockphoto

Skład: Sylwia Budzyńska

ISBN 978-83-66329-09-6

Wydawnictwo Relacja

ul. Łowicka 25 lok. P-3

02-502 Warszawa

www.relacja.net

A braggart, a rogue, a villain, that fights by the book of arithmetic!

Why the devil came you between us? I was hurt under your arm.

Taki cap, taki warchoł, taki ciura.

Co się bić umie jak z arytmetyki!

Po kiego czorta ci się było mieszać między nas!

Zranił mnie pod bokiem twoim.

William Shakespeare, Romeoi Julia, AktIII, scena 1, tłum. Józef Paszkowski, https://wolnelektury.pl

Maastricht, 10 września 1936 r.

Drogi Egonie,

ten list nie potrzebuje znaczka i z pewnością nie pozostanie nieprzeczytany, albowiem daję go mojej córce, która ma dopilnować, abyś go otworzył. Osobistej odpowiedzi na razie nie oczekuję, chociaż moje serce skacze z radości na myśl, że poznasz kogoś najbardziej ukochanego w moim życiu – Jannę, urodzoną w czasie, który Ty nazwałeś nieudanym. Wiem zresztą, że będziesz się z tego śmiał, z cynicznym grymasem kogoś, kto zapomniał, do czego służy śmiech. Że właśnie moja córka musiała zostać owładnięta tą chorą pasją, którą Ty nazywasz sztuką życia, „sztuką życia dla zabijania” – jak można coś takiego wymyślić? Całkowicie zbiła mnie tym z tropu. Czyżby rzeczywiście miało być prawdą, że ziemia, na której szalała wojna, potrafi rodzić już tylko konflikty? Janna została, co wyjawiam Ci z niejakim zawstydzeniem, spłodzona tam, gdzie było pole bitwy. Czyżbym dopuścił się profanacji mogił? Nie miałem takiego zamiaru. W tym miejscu panował już wówczas pokój. Nie zostało żadnego śladu, rany się zabliźniły, trawa wszystko pięknie zarosła – miękka i pachnąca świeżością. Wonią niewzruszonego życia.

Nie było tak ciepło jak wtedy. Wtedy nikt nie pojmował, skąd nagle wzięły się te upały – od palącego słońca czy od ziemi, która jeszcze parowała od przelanej krwi. Może zresztą nie było to nawet to samo miejsce, z pewnością jednak odpowiednie, by obudzić nowe życie w ciepłokrwistej kobiecie, która później, gdy opadnie kurz, na dobre wybierze śmiertelny chłód.

Oczywiście przybyłem tamw innym celu, nie zapomniałem o tym. Wierz mi, szukałem, a jakże. Wypytywałem chłopów, kowali, woźniców. Nikt nie potrafił mi nic pewnego powiedzieć. Wszystko Ci wyjaśniłem, ale nie uznałeś tego za warte odpowiedzi. Zrobiłem, co w mojej mocy. Twojego konia jednak nie odnalazłem.

A teraz moja córka podziela Twoje zamiłowanie do szermierki. Próbowałem ją od tego odwieść. Możesz się domyślić, że nie miałem cienia szansy. To taka dziewczyna, jakie w dzisiejszych czasach spotyka się często – nie czekają, aż staną się kobietami. Mój uparty skarb. Czy pojmujesz, że próbuję się z Tobą pogodzić? Przede wszystkim oddaję w Twoje ręce, maître, być może najlepszego ucznia, jakiego kiedykolwiek miałeś. Janna jest naprawdę doskonała! Ponadto oddaję w Twoje ręce, przyjacielu, moje zwątpienie, które przed Tobą ukrywałem, kiedy tak bardzo go potrzebowałeś. Wielu mężczyzn czerpie siły ze zwątpienia innych mężczyzn. Być może szermierka to istotnie niezbędna dla każdego sztuka życia, której ja, niestety, nie pojmuję. Stałem się jednak już wystarczająco mądry, aby przyznać, że niczego nie jestem pewien w stu procentach.

To jeszcze nie wszystko. Zapewnie poczujesz złośliwą satysfakcję, gdy wyznam, że zagłębiłem się w sztukę szermierczą. Nie, nigdy nie trzymałem w ręku broni, w końcu lekarz nie musi być chory, by postawić diagnozę. Zanim natrafiłem na ten sztych, w żadnym razie nie miałem zamiaru wysyłać do Ciebie Janny. Ale wszystko się zmienia. Przyjrzyj mu się uważnie, bardzo proszę. Pochodzi z unikatowej edycji wierszy Bredera1w języku dolnoniemieckim.

O, nowy Broniomistrzu! Co tak udatnie y szlachetnie / Sztukę mądrą z mocą gromadzić a jednoczyć raczysz.

Ta rycina to nie tylko osobliwość. To zapomniana wiedza, która może uratować życie. Jeśli chcesz, mogę się o niej dowiedzieć więcej. Oczywiście przede wszystkim o samej metodzie, wspaniale zilustrowanej. Siedziałem w opuszczonej bibliotece w Amsterdamiez rękawiczkami na dłoniach, przekładałem kartki i robiłem notatki. Towspaniała książka. Naukao szermierce. Mówią, że to tajemna, zapomniana wiedza o nietykalności, ale dajmy spokój sprawom tajemnym, wiesz, coo tym wszystkim sądzę. Jest to po prostu nauka, jak nie dać się dosięgnąć – jakkolwiek niełatwa to materia, jednak do przestudiowania. Zrób to, Egonie. Ochroń Siebie, Swój kraj, jak dla mnie nawet cały świat przed jeszcze większą niedolą. Moja córka ma tyle lat, co pokój. Tyle samo, ile miałeś Ty, kiedy zdecydowałeś się zgłosić na ochotnika do wojska. Mam nadzieję, nie: jestem święcie przekonany, że…

1

MOŻNA POWIEDZIEĆ, ŻE von Bötticher miał oszpeconą twarz, ale po tygodniu w ogóle już nie zauważałam jego blizn. Tak szybko człowiek przywyka do zewnętrznej inności. Nawet straszliwie oszpeceni mogą być szczęśliwi w miłości, jeśli znajdą kogoś, dla kogo nie liczy się tylko symetria. Większość ludzi ma raczej zwyczaj, by wbrew naturze dzielić rzeczy na dwie połówki, które muszą być swoim zwierciadlanym odbiciem.

Egon von Bötticher był piękny, jego blizna była brzydka. Niechlujna rana, którą zadano tępą bronią trzymaną przez niepewną dłoń. Ponieważ nikt mnie o tym nie uprzedził, poznał mnie jako przestraszoną dziewczynę. Miałam osiemnaście lat i byłam o wiele za ciepło ubrana, kiedy wysiadłam z pociągu po pierwszej podróży za granicę. Z Maastricht do Akwizgranu – tyle, co nic. Ojciec machał mi na pożegnanie. Jeszcze go widzę, jak stoi przy oknie wagonu, zaskakująco mały i chudy, podczas gdy za jego plecami buchają kłęby pary. Podskoczył zabawnie, kiedy robotnik manewrowy dwoma uderzeniami młotka dał sygnał do zwolnienia hamulców. Obok nas przetoczyły się czerwone wagony z kopalni, za nimi szereg muczących wagonów bydlęcych. W całym tym chaosie ojciec coraz bardziej malał i malał, aż wreszcie zniknął za najbliższym zakrętem. Żadnych pytań, po prostu miałam wyjechać. W jego monologu, wygłoszonym pewnego wieczoru po kolacji, nie było nawet czasu na zaczerpnięcie oddechu. Chodziło o starego przyjaciela, kiedyś bliskiego przyjaciela, wciąż jeszcze dobrego instruktora i maître’a. Bon, a dalej, bądźmy szczerzy, wiemy, że muszę wykorzystać tę szansę, jeśli chcę coś osiągnąć w tym sporcie, no chyba żebym chciała prowadzić gospodarstwo domowe, „wtedy potraktuj to jako wakacje, parę tygodni szermierki w pięknej Nadrenii”.

Obie stacje dzieliło czterdzieści kilometrów, obydwu starych przyjaciół dwadzieścia lat. Na peronie w Akwizgranie stał von Bötticher, patrząc w zupełnie inną stronę. Wiedział, że na pewno sama do niego podejdę, taki to był człowiek. I rzeczywiście domyśliłam się, że ten opalony olbrzym w kremowym homburgu na głowie to musi być on. Do kapelusza nie miał garnituru, tylko kamgarnową koszulkę polo i coś w rodzaju spodni marynarskich, takich z szeroką taśmą w pasie. Bardzo modny strój. A tu podchodzę ja, córka jego przyjaciela, w codziennej sukience. Kiedy odwrócił do mnie pokiereszowany policzek, cofnęłam się o krok. Blizna z biegiem lat zbladła, ale wciąż była różowa. Miałam wrażenie, że mój przestrach lekko go zirytował, z pewnością nie raz widział takie spojrzenie. Jego oczy powędrowały na moją pierś. Położyłam dłoń na medalionie, który wisiał na moim dekolcie, żeby ukryć to, co w takiej sukience i tak ledwie było widać.

– To wszystko?

Chodziło mu o bagaż. Pomacał moją torbę szermierczą, sprawdzając, ile tam jest sztuk broni. Walizkę musiałam nieść sama. Słodki obraz mojego maître’a, jaki miałam przed spotkaniem go, bardzo szybko się ulotnił.

Obraz ten wziął się z niewyraźnego zdjęcia wyjętego z albumu rodzinnego. Dwaj panowie, jeden poważny, drugi poruszony. Pod spodem data: styczeń 1915.

– To jestem ja – stwierdził ojciec, wskazując na tego poważnego mężczyznę. A o tym drugim, z którego w zasadzie widać było wyraźnie tylko rozpiętą kurtkę mundurową i futrzaną czapkę, powiedział: – A to twój maître.

Moje przyjaciółki uważały to zdjęcie za fantastyczne. Niewyraźne rysy twarzy można sobie było dośpiewać. Według nich był wysoki i przystojny, a to się liczyło, i do tego miał majątek ziemski, gdzie będę mogła leniwie spędzać czas, bo taka historia powinna mieć przebieg jak w filmie. Ja widziałam w nim tylko zmęczonego człowieka bez broni. Nad moim łóżkiem nie wisiały zdjęcia Gary’ego Coopera czy Clarka Gable’a, tylko fotografia braci Nadich2. Unikatowe zdjęcie, którego nigdzie indziej nie spotkałam: Aldo i Nedo, bohaterowie olimpijscy, obydwaj praworęczni, prezentujący tak zwany ukłon szermierczy przed pojedynkiem. Szermierze nieczęsto są fotografowani w tej pozie. A tutaj stoją naprzeciwko siebie w tej samej postawie: między ich wyprostowanymi jak świece ciałami odległość dokładnie czterech metrów, obydwaj trzymają klingi przed nieosłoniętymi jeszcze maską twarzami. Zdjęcie wygląda tak, jakby brali miarę, patrząc przez stal swojej broni, ale w czasie prawdziwej walki taki rytuał powitalny nigdy nie trwa długo. Nie tak długo, jak dawniej, kiedy to pojedynkujący się po raz ostatni patrzyli na życie w oczach przeciwnika.

Pan Egon von Bötticher miał dla mnie twarz z powieści Wojna i pokój, gdzie umieściłam go w charakterze zakładki. Kiedy otwierałam książkę, umykał mi, zupełnie jakby poruszył się przed obiektywem. Kiedy czytałam, nabierał kształtu. W mgiełce nieostrego uwiecznienia utracił swoją dumę. W zasadzie nie nosi wełnianej czapki, tylko bikorn, na ramionach ma złote epolety, z lewej strony u biodra szabla w czerwonej pochwie. Byłam tego pewna. W pociągu próbowałam szybko doczytać do właściwego miejsca, ale przeszkadzał mi natrętny pasażer. Ilekroć podnosiłam wzrok, on odwracał swój. Czytałam parę zdań i znowu czułam jego rozpalone spojrzenie prześlizgujące się po moim ciele przez szybę w drzwiach korytarza i zaczynałam czytać jeszcze szybciej. Pomijałam całe fragmenty, żeby dotrzeć do miejsca, na które czekałam: do pocałunku Bołkońskiego i Nataszy. Dotarłam do niego dokładnie w tym momencie, gdy wjechaliśmy w tunel. Pasażer zniknął. Schowałam zdjęcie. Nie potrzebowałam żadnej twarzy, mojego Bołkońskiego poznam wśród tysiąca innych ludzi. W ten dzień, późnym latem 1936 roku, był on najbardziej majestatycznym ze wszystkich mężczyzn na stacji w Akwizgranie. Jednakże gdy podeszłam bliżej, okazał się oszpeconym na twarzy chamem, który kazał mi samej taszczyć walizkę do samochodu.

– Ojciec pani powiedział, o co w tym wszystkim chodzi? – zapytał.

– Tak, proszę pana.

Nic z tych rzeczy. Nie miałam pojęcia, o czym on mówi. Nauczyć się lepiej władać bronią, to było to, o co mi chodziło, ale mój ojciec znał tego maître’a z przeszłości, która już za chwilę miała przestać być dla mnie mroczna. Niemiec, arystokrata, posiadał majątek ziemski w nadgranicznym belgijskim Raeren. Matka zaczęła pochlipywać, kręcąc głową, kiedy to usłyszała. Innej reakcji się nie spodziewaliśmy. Ksiądz ostrzegał ją przed nazistami, którzy podobno źle traktują katolików. Ojciec powiedział, żeby nie pozwalała tak sobą manipulować. Szczerze mówiąc, nie przejęłam się tym zbytnio. Określenie „nazista” nic mi nie mówiło. Von Bötticher natomiast był nieunikniony. Wywiózł mnie z miasta nieutwardzoną drogą pełną ostrych zakrętów, w które wchodził bez hamowania. Kiedy zmieniał biegi, jego dłoń gwałtownie uderzała o moją nogę, a jego kolano po prawej stronie kierownicy opierałoby się o moje, gdybym nie usiadła trochę ukosem w jego kabriolecie. Nie nosił się odpowiednio do wieku. Na nogach miał sandały zawiązane rzemykiem wokół kostek. Mój ojciec powiedziałby o nim: bufon.

– Jesteśmy na miejscu – brzmiało trzecie zdanie, jakie do mnie skierował, po trwającej z pewnością godzinę jeździe. Przed bramą zahamował tak gwałtownie, aż zsunęłam się z fotela. Zatrzasnął za sobą drzwi kabrioletu, długim krokiem podszedł do bramy, otworzył ją ze zgrzytem, wskoczył z powrotem do auta, wjechał na podjazd i wysiadł ponownie, by ją zamknąć. Odgłosy tych czynności oznajmiały wyraźnie, że na razie stąd nie wyjdę. Pomiędzy przekwitłymi kasztanowcami po obu stronach alei dostrzegłam starą wieżyczkę na dachu, która służyła za gołębnik. Upłynął tydzień, zanim udało mi się zasnąć pośród odgłosów tuptania i gruchania. Potem miałam leżeć bezsennie powodowana znacznie większym niepokojem.

WYSTARCZY USTAWIĆ NAPRZECIW siebie dwa lustra, a bę­dą odbijały siebie nawzajem. Coraz mniejsze i mniej wyraźne, lecz jedno nie zniknie sprzed drugiego. Tak samo jest z pewnymi wspomnieniami. Nie potrafią uciec od pierwszego wrażenia, z którym powiązane jest to starsze wspomnienie. Pod koniec roku widziałam w kinie Stary mroczny dom z Borisem Karloffem, znanym z roli Frankensteina. Rozpoznałam Raeren z tego filmu, a przynajmniej wydawało mi się, że tak wygląda. Wtedy już wiedziałam, że we wspomnieniach zawsze będzie wyglądać jak dom z tamtego filmu, że okna zawsze będą otwarte, z powiewającymi firankami, że lustra będą miały rysy, a dzikie wino zwieszające się wokół drzwi wejściowych pozostanie całkowicie martwe.

2

DRZWI WEJŚCIOWE PRZYPOMINAŁY wieko trumny. Oczywiście przesadzam, ale kiedy von Bötticher zostawił mnie przed zamkniętymi drzwiami, ponieważ zapomniał czegoś w samochodzie, otoczyła mnie samotność emanująca z tego domu. Przez tych kilka minut, które upłynęły, wpatrywałam się w czarny lakier, idiotyczną kołatkę i srebrzyste ćwieki, kiedy nagle drzwi się otworzyły i na progu pojawił się trupioblady człowieczek. Nic nie mówił. Wyglądał jak na starych dagerotypach, pochodzących z czasów, kiedy ludzie z szacunkiem podchodzili jeszcze do tego rytuału sztucznego uwiecznienia: byli pobladli, stali sztywni, jak wrośnięci w ziemię, ze wzrokiem skierowanym w nieskończoność.

– Heinz, gdzie się podziewałeś! – zawołał von Bötticher z daleka. – Trzeba naoliwić bramę. Jeszcze trochę i nie dam rady jej zamknąć. Gdzie jest Leni?

Człowieczek zebrał się w sobie, wziął ode mnie walizkę i odchrząknął:

– W łóżku, ale proszę się nie martwić, obiecała, że przed obiadem będzie już na nogach.

– To jest Janna, nowa uczennica. Pamiętasz, co opowiadałem?

– Zrobię herbaty – odparł Heinz, ale nawet na mnie nie spojrzał.

– Zaprowadź dziewczynę na górę. Nie chcę, żeby dzisiaj ktoś mi przeszkadzał. – A zaraz potem z uśmiechem dodał: – No, oczywiście poza wami!

Zwracał się do psa bernardyna i drugiego, mniejszego, które czekały w holu. Na jego przyjazne gesty zaczęły merdać, kręcąc radośnie zadkami. Przynajmniej tyle. Chociaż w domu nie mieliśmy psów, wydawały mi się swojskie. Nieme zwierzęta po prostu nie mogą być obce. Duży dał się pogłaskać, ale zaraz wybiegł do ogrodu, gdzie zaczął obiema przednimi łapami jednocześnie uderzać o ziemię, żeby zaprosić swojego pana do zabawy. Zostałam z tyłu z Heinzem. Najwyraźniej coś mu leżało na żołądku, musiał sobie z ulżyć, więc zaczął gderać:

– Nie mamy tu jeszcze telefonu. – Oskarżycielskim gestem wskazał na dwór. – Druty biegną przez główną drogę na północ i nie dochodzą na tę stronę. W wiosce stoją już słupy na każdym rogu ulicy, ale szefowi nie zależy. Niewielu ludzi tu zagląda. Trzeba to panience wiedzieć. Poza szermierzami i studentami nikt nas tu nie odwiedza.

Zegar w holu nie chodził. Później się zorientowałam, że w Raeren jest dużo niedziałających zegarów i że zdarzają się skrzynki zegarowe puste w środku. Zupełnie jakby wszystko było tylko na pokaz. Wystrój wnętrza: rustykalny klimat i przebrzmiały szyk dawnych, lepszych czasów. Życie toczyło się tylko w pachnącej dymem kuchni, gdzie na belkach wisiały zaczepione hakami kotły, często używane, zupełnie jak toporny stół z wgłębieniami, żeby łatwiej było oprzeć łokcie. W bardziej dystyngowanej, oficjalnej części domu panowała cisza, która była wyjątkowo wyraźna, jako że wszystko bardzo tutaj hałasowało, kiedy ktoś od­ważył się postawić tu stopę. Sporadyczne ruchy witane były przez progi, podłogi i meble całą salwą odgłosów skrzypiącego drewna. Nikt nie miał ochoty słuchać tych trzasków, dlatego w pomieszczeniach tych nie wisiał dym, tylko kurz.

Von Bötticher wszedł z powrotem do holu, a zaraz za nim wbiegły psy.

– Zaprowadź dziewczynę do pokoju na poddaszu, a tę dwójkę plus Gustava zabierz do mojego gabinetu.

– Ale Gustava nie dam rady złapać, proszę pana.

– Spróbuj na ciastko. Króliki za nim przepadają.

CZY JA DOBRZEZROZUMIAŁAM? Znajomość niemieckiego zawdzięczałam letnim wakacjom, które spędzałam u ciotki w Kerkrade. Na Niemców mówiło się tam Prusaki. Moja ciotka miała kramik z kawą, przy ulicy, która na całej długości została podzielona między dwa kraje. Na naszej połowie nazywała się Nieuwstraat, po drugiej stronie Neustrasse. Jej klienci stali nogami w Niemczech, rękami kupując w Holandii. Granic językowych nikt nie musiał przekraczać. Wszyscy mówili dialektem ripuarskich Franków, którzy w piątym wieku zwozili swoje przeciągłe słowa całymi karawanami przez Nadrenię.

Miałam pięć lat, niosłam w fartuszku surową szynkę dla Prusaka, który poprosił o sjink. „Tylko zaraz wracaj, zrozumiano?”. Pamiętam wielki pośpiech. Szynka robiła się coraz cięższa. Dwóch podpitych gości pokazuje na mój brzuch, rechoce. „Taka młoda, a już ma brzuch jak balon…”. Zabłądziłam. Po trzech godzinach znaleziono mnie w ogródku za domem po niemieckiej stronie, z szynką i w ogóle. Właścicielka zobaczyła, jak się zwyczajnie bawię, bo to jedyne, co dzieciak w takim przypadku potrafi zrobić. Kiedy Niemka mnie zawołała, pobiegłam i rzuciłam się jej w objęcia. Mówiła językiem mojej ciotki, dialektem kerkradzkim, który wskutek swej tonalności zawsze brzmiał irytująco. Ey, doe kling engelsje… weë bis doe dan?3Od czasu tego wypadu za granicę z każdych letnich wakacji wracałam, wtrącając słowa i frazy po ripuarsku, zresztą ku oburzeniu mojej matki, która wszystkie moje germanizmy zastępowała galicyzmami z okolic Maastricht.

KANINCHEN SIND VERRÜCKT DANACH4. Powtarzałam w myślach te słowa, idąc za Heinzem na strych. Schody niosły nas jak leciwe, juczne zwierzę pociągowe, skrzypiąc z podestu na podest. Na jednym z nich służący przystanął na chwilę, odstawił walizkę, ale za chwilę chwycił za poręcz i wywołując nową falę skrzypień, ruszył dalej, schodek za schodkiem.

– Długo już panienka uprawia szermierkę?

– Od olimpiady.

Heinz odwrócił się, marszcząc brwi. Pomyślał o olimpiadzie w Berlinie, która skończyła się przed kilkoma tygodniami.

– Mam na myśli igrzyska z dwudziestego ósmego roku, w Amsterdamie.

– A, no tak. Trzeba było panience widzieć naszą olimpiadę. Olimpiadę olimpiad. Była sztafeta niosąca ogień olimpijski. A dla szpadzistów wymyślili elektryczny system, żeby dało się zobaczyć, kiedy było trafienie.

Na każdym piętrze wypatrywałam światła dziennego, ale był tylko korytarz z zamkniętymi drzwiami po obu stronach. Nie czułam stęchlizny, tylko zapach nieużywanych pomieszczeń. Kiedyś zbudowano ten dom, przygotowując go na życie, które miało zapełnić dziesięć pokoi, kuchnię i salę balową. Młody pan domu wnosił świeżo poślubioną małżonkę po schodach, po poręczach zjeżdżały dzieci, ale mijały dziesięciolecia, wchodzono po schodach, by czasem za życia nimi już nie zejść, jakiś pokój zaciemniono, jakieś piętro zamilkło, później kolejne i to poniżej, aż wreszcie na ostatnich trzech nastała całkowita cisza. Ten dom długo stał pusty, czułam to. Niektóre domy po czymś takim już nie potrafią się podźwignąć z upadku. Nie pomaga malowanie, to jak z opuszczoną kobietą, która wygląda jeszcze żałośniej, kiedy spróbuje się wystroić. Lepiej zostawić tak, jak jest: pęknięcia, wytarcia, tłusty odcisk dłoni w pośpiechu szukającej oparcia między obiadem a balem, dzwoniąca luźno klamka zatrzaśniętych drzwi. Tapeta na poddaszu była w strzępach i schodziła płatami ze ściany. Kto się do tego przyczynił: kot, dziecko, sama odpadła? Panował tu zaduch.

– Czy pan Bötticher mieszka tu przez całe życie?

– Nie. – Heinz postawił moją walizkę przy niewielkich drzwiach i zaczął szukać w pęku kluczy. – Pochodzi z Königsbergu. Po wojnie najpierw przeprowadził się do Frankfurtu, następnie przeniósł się tutaj. W zasadzie są to sprawy, które nie powinny panienki obchodzić.

Pokój mi się spodobał, był słoneczny, miał niewielki balkon. Oliwkowe tapety, wysokie łóżko, biurko z kałamarzem i piórami do pisania, naftowy piecyk. Gdzieś z bardzo bliska dochodziło gruchanie. Heinz otworzył drzwi na balkon, dwa gołębie zerwały się w powietrze.

– Muszę szybko iść do innych zajęć – powiedział, wycofując się tyłem z pokoju. – Nic już więcej nie mogę dla panienki zrobić. Później moja żona przyniesie panience jedzenie. Umyć może się panienka na końcu korytarza, tam jest woda.

Dudniąc, zszedł po schodach i zostawił mnie razem z ptakami. Zaczęłam rozpakowywać walizkę. Bieliźniarka była pełna kurzu, poświęciłam jedną skarpetę, żeby go wytrzeć. Muszę wypełnić tę przestrzeń moim skromnym dobytkiem, inaczej nie będzie dobrze. Wyschnięta mucha na nocnym stoliku, która straciła życie w wyniku mało istotnego pobłądzenia – precz z nią. Wojna i pokój na to miejsce, torba z bronią do kąta, sukienka na haczyk. Na dnie walizki znalazłam sztywną kopertę dużego formatu. Na przedzie widniało tylko nazwisko adresata: Herr Egon von Bötticher – to brzmiało jak grom. Podeszłam do światła, ale karton go nie przepuszczał.

Oczywiście, że się zastanawiałam. Gdybym wtedy przeczytała ten list, sprawy potoczyłyby się może inaczej. Doświadczenie jednak uczy, że odkrycie nie jest warte tego zachodu. Pełne napięcia wyobrażenia tłukące się po głowie, kiedy otwierasz kopertę, wyparowują, kiedy już zobaczysz list. Parę informacji na temat nudnego życia drugiej osoby – co niby masz z tym począć. A potem jeszcze trzeba wszystko z powrotem zakleić i człowiek siedzi, patrząc na poszarpane brzegi, ma zszargane nerwy i czuje wstyd. Odłożyłam więc list na bok.

Z ogrodu dobiegały stłumione przekleństwa. Przez gazon przesuwał się cień mężczyzny ciągnącego za sobą coś, co przypominało piłkę, ale co nie chciało się toczyć. Był to Heinz z największym królikiem, jakiego w życiu widziałam. Przyjrzałam się jeszcze raz dokładnie. Tak, to naprawdę był królik. Prawdziwie przeogromne uszy, przeogromne łapy, które nie potrafiły stawiać kroków, tylko skakały, to w jedną, to w drugą stronę, na boki, do tyłu. Heinz nie miał do niego cierpliwości. Rozejrzał się dokoła, a potem wymierzył bestii potężnego kuksańca. Dokładnie w tej chwili, gdy zaczęłam się zastanawiać, czy w tym domu cokolwiek przebiega w normalny sposób, podlega jakimś regułom albo przynajmniej jest przyjazne dla otoczenia – rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy je otworzyłam, przeraziłyśmy się obie – kobieta w korytarzu i ja. Nie, to niemożliwe, żeby to była ona, miała szerszy nos niż moja ciotka, no i niebieskie oczy. Jeśli idzie o resztę, to z miejsca rzuciłabym się jej w objęcia, gdyby nie to, że trzymała w obu rękach wyładowaną smakołykami tacę. Nie miało już dla mnie żadnego znaczenia, jaka się okaże w rzeczywistości – w tym momencie zdecydowałam, że ją polubię.

– Dzień dobry, panienko. Jestem Leni.

Zatrzasnęła za sobą drzwi i postawiła tacę na stole. Zobaczyłam kanapki z kiełbasą i knedelki posypane cukrem pudrem, ale nie miałam śmiałości od razu się na nie rzucić. Leni przyciągnęła krzesło i usiadła pod oknem, wspierając ręce na swoich wielkich kolanach. Westchnęła głęboko.

– A więc tu się panienka znalazła, jak byle łachman upchnięty na strychu.

– To bardzo ładny pokój.

– Och, co też panienka mówi, wszystko śmierdzi gołębimi odchodami. Powietrze tu jest strasznie niezdrowe.

– Ja tam nic nie czuję.

– No to lepiej niech panienka zacznie jeść, zanim poczuje.

Kiedy się śmiała, wszystko w niej się trzęsło – policzki, piersi, brzuch, przedramiona wystające z podwiniętych rękawów. Pewnie nawet jej pośladki śmiałyby się razem z całą resztą, gdyby nie to, że na nich siedziała. Zaczęłam jeść.

– Szef to okropny dziwak – chlapnęła bez zastanowienia. – No, co tak panienka na mnie patrzy, z pewnością sama panienka zauważyła. Kiedy kupił Raeren, byliśmy bez pracy już szósty sezon. Zawsze pracowaliśmy dla Lambertza, tego od fabryki ciastek. Kiedy wylądowaliśmy na bruku, mieliśmy nadzieję, że otworzy tu fabrykę Philips. Bo już od pięciu lat krążyły takie plotki. Zdaniem Heinza nie było na co dłużej czekać. Od tego czasu jesteśmy na służbie u von Böttichera, ale to okropny dziwak.

Pochyliła się w moją stronę i zaczęła mówić szeptem:

– A widziała panienka jego policzek? Nieźle oberwał. To dwie rany. Jedna z wojny, a druga od tego, czym się zajmuje. Niech się panienka dobrze przyjrzy, widać, jaki jest połatany. I jeszcze ta jego noga!

Wybuchnęłam śmiechem. Spojrzała na mnie jak ktoś, kto dostał nie to danie, które zamawiał.

– To przecież trudno nawet nazwać twarzą, sama panienka przyzna.

– Mam list dla niego, od mojego ojca. Czy może mu go pani przekazać?

Wzięła kopertę do ręki i zmarszczyła brwi.

– Duży. I o czym jest?

Wzruszyłam tylko ramionami. Odłożyła kopertę z powrotem na stół.

– Lepiej z tym trochę poczekać. Ten wcześniejszy list od panienki ojca, co go szef dostał jakiś czas temu, całkowicie wyprowadził go z równowagi. Naraz stał się zupełnie innym człowiekiem. Raz paradował rozradowany po domu, to znów potrafił się wściekać o byle co. Podobnie ten telegram potem, zapowiadający przyjazd panienki, też wytrącił go z równowagi. Szczegółów nie znam. Te humory to jego sprawa, chociaż wszystko się potem skrupia na Heinzim i na mnie. Jeśli chce panienka pobierać normalne lekcje, tak jak się należy, to ja bym się z tym na razie wstrzymała.

Przy tych ostatnich zdaniach jej głos uległ modulacji, wykonał taki ozdobnik od wysokich do niskich tonów. Uświadomiłam sobie, że moje zaufanie do tej kobiety bierze się nie tylko z jej powierzchowności. Mówiła tym zniekształconym językiem Franków spod samej granicy. Gdyby coś miało mnie spotkać w Raeren, to wczepiłabym się w nią jak zagubione dziecko. Razem gapiłyśmy się na pismo mojego ojca, niestaranne pismo lekarza, którym przypuszczalnie wypełniał recepty, zupełnie jakby dzięki temu wyrok mógł się wydać mniej okrutny.

3

MÓJ OJCIEC LUBIŁ robić zapiski. Nosił przy sobie ołówki, aby notować coś na marginesach. Na rachunku od piekarza: jakieś liczby bliźniacze?! Pod artykułem w gazecie: argumentum ad misericordiam. Na spłuczce w WC: wystarczy opróżnić do połowy. „Chwileczkę” – mawiał często. Podskakiwał wtedy jak sprężyna i miał przypływ dobrego humoru. Wiele odkryć mojego ojca zaczynało się od „Chwileczkę!”. Zaczynał wtedy naprawiać radio, a kończył wynalezieniem otofonu. Albo znajdował na wzgórzu Sint Pietersberg nową skamielinę mszywiołów, które przy bliższym badaniu okazywały się w połowie takie, jak te dotychczas znane. Jako zwolennik logiki niemonotonicznej korygował głównie siebie samego. Nasz dom wypełniał się gryzmołami. Na spłuczce w ubikacji pojawiło się dodatkowe objaśnienie – circa dwie sekundy. Wprawdzie od zewnątrz nie można było zobaczyć, jak wysoko sięga poziom wody, ale nie było to żadne usprawiedliwienie. On po prostu odkrył, że spłuczka jest za duża jak na swój cel. Całe wieczory spędzał, pisząc i skreślając, cienkie zeszyty piętrzyły się w chaotycznych stosach. Nie odczuwał ich braku, nawet gdy zniknęły.

– Znowu trochę problemów ubędzie z tego świata – mawiała matka, kiedy papier dopalał się w piecu.

Przez całe życie to ona wyrokowała. Wyrabiała sobie ocenę błyskawicznie, przewaga, jaką wierzący mają nad naukowcami. Co tych dwoje kiedyś w sobie zobaczyło? Moja matka spobożniała podobno po moich narodzinach. Przez tydzień leżała w pełni świadoma w połogu, przekonana, że nie musi spać, bo jest już martwa. Potrzeby karmienia swojego dziecka nie odczuwała. Kiedy mnie do niej przynoszono, wpadała w panikę, bo myślała, że zarazi mnie śmiercią. Przy ściąganiu mleka wymiotowała.

– Czy ty tego nie czujesz?! – naskoczyła na zdumioną położną. – Przecież to mleko jest już zepsute!

Wreszcie moja ciotka sprowadziła księdza, który tak długo się modlił, aż matka zapadła w sen.

– W tamtej chwili obudziłem się obok kompletnie obcej kobiety, która przypadkiem była twoją matką – wyznał mi ojciec.

Było to bardzo złe małżeństwo. Służące przychodziły i odchodziły, ich odejście nieodmiennie zapowiadał płacz matki. Kiedy słyszałam, jak narzeka, wiedziałam, że zaraz pojawi się nowa służąca. Ojciec też się do tego dokładał. Parę razy sąsiedzi widzieli, jak opuszcza dom z wielką walizą, którą z łatwością wymachiwał, tak więc od razu było wiadomo, że jest pusta. Chodziło wyłącznie o demonstrację: „Ja i twoja matka się rozwodzimy”. Wreszcie to ja zostałam wysłana z walizką do Akwizgranu, ale za pierwszym razem, kiedy ojciec stanął z nią na progu naszego domu, poszłam razem z nim i wtedy opowiedział mi o wojnie.

W roku 1914 przerwał studia na Uniwersytecie Amsterdamskim, żeby służyć w Czerwonym Krzyżu w swoim rodzinnym mieście. Nie zrobił tego z poczucia obowiązku, nie wykazywał też skłonności do zachowań heroicznych. Opieka nad rannymi zapewniała jednak wyjątkowe doświadczenie praktyczne i uchroniła go przed powołaniem do wojska. Front tak szybko przesuwał się na południe, że na szpitalnych oddziałach urazowych w Maastricht zaczęło wiać nudą. Pół roku później mój ojciec ponownie siedział w pociągu do Amsterdamu. Musiał skończyć studia, żeby zdobyć dyplom lekarza, w tamtym czasie bodaj maksimum tego, co było w zasięgu absolwentów szkoły ludowej. On jednak chciał się doktoryzować, był gotów przystąpić do egzaminu państwowego. Wtedy jednak na świecie zameldowałam się ja, a w dzielnicy Wyck w Maastricht akurat zwolniło się mieszkanie dla lekarza. Grypa „hiszpanka” pojawiła się i zniknęła, potem ojciec leczył już głównie ofiary wypadków drogowych. W mieście pozbawionym sygnalizacji świetlnej liczba pojazdów mechanicznych podwajała się niemal rokrocznie. Ludzie stosowali się do nowych reguł ruchu drogowego według swego widzimisię. Zuchwale jeździły pojazdy firm autobusowych, które musiały konkurować nie tylko z przedsiębiorstwem tramwajowym, ale także między sobą. Straszliwe obrażenia, z ja­kimi się teraz spotykał, przypominały mojemu ojcu jego doświadczenia wojenne. Jako lekarz domowy opiekował się już tylko rekonwalescentami. Pan Bonhomme wpadł pod studebakera braci Kerckhoffów i zapijał swoje bóle fantomowe w knajpie. Ojciec zabierał go stamtąd, kiedy barman zaczynał się skarżyć z powodu uciążliwego odoru.

– Tato?

– Mmmhm…

– A kiedy panu Bonhomme z powrotem odrośnie noga?

– Nigdy. Może niedługo druga też mu odpadnie.

– Jacq! Przestań wygadywać takie rzeczy.

Gdyby nie matka, pewnie stałabym się bardzo dziwnym dzieckiem. Ona dbała o spokój i zasady w naszym domu. Nie było jednak dnia, żeby ojciec nie wymyślił jakiejś nowej przygody. Latem wesołe miasteczko w Beek, wypalanie garnków przy ulicy Preekherengang, zamknięcie kozy w babcinej alkowie, czyhanie na przechodniów przy Diabelskiej Bramie, żeby nagle wyskoczyć z okrzykiem „bu!”. Na Boże Narodzenie podaro­wał mi posążek mnicha. Jak się nacisnęło głowę, sikał sokiem jabłkowym.

Sport go nie interesował. Nie mam pojęcia, czemu zabrał mnie z sobą na olimpiadę do Amsterdamu. Mieszkaliśmy u „cioci”, która wyglądała jak amerykańska ikona filmu niemego Clara Bow. Na ulicy nosiła kapelusz nasadzony na burzę kruczoczarnych włosów i odpalała jednego papierosa od drugiego, trzymając fifkę w jaskrawo pomalowanych ustach. Ojciec spacerował wesoły, mając nas po obu stronach. Przy jednym ze stoisk poczęstował nas coca-colą. Najpierw sam spróbował, sceptyczny: co w tym właściwie jest, czy na pewno nadaje się dla dam? Ciotka Clara Bow uparła się potem, żebyśmy poszli obejrzeć szermierkę. Ojciec uznał, że to bardzo zły pomysł. Zawody nie odbywały się nawet na stadionie tylko w stojącej przed nim hali, gdzie później rozpętało się piekło, gdy publiczność po jednej z walk bokserskich rzuciła się na siebie z pięściami. Kiedy przyszliśmy popatrzeć na szermierzy, też wybuchały kłótnie. „Same widzicie, że sporty walki są jak choroba zakaźna – powiedział. – To, że publiczność zaraża się agresją, dowodzi tylko, że nie mamy tu do czynienia ze sportem, tylko ze zwykłą bijatyką”. Ciotka Clara Bow dała mu całusa, co wystarczyło, żeby dał się przepchnąć przez wejście. Wiedziała bowiem, że dzisiaj walczyć będzie zawodniczka wyjątkowa: Helene Mayer. Die blonde He, jak nazywali ją Niemcy. Ktoś w rodzaju gwiazdy filmowej, zupełnie jak ciotka Clara Bow.

Kiedy zobaczyłam Helene Mayer po raz pierwszy, popadłam w rodzaj uwielbienia, jaki nie przystoi dziewczynce. Ja miałam lat dziesięć, ona siedemnaście. Helene była jak półbogini, nieokiełznana dziewczyna, która wszystkie dorosłe kobiety bez większego trudu zmiatała z planszy. Panie dopiero po raz drugi brały udział w olimpiadzie. Z kogo zatem miałam brać przykład? Z ciotek klotek w luźnych galotach, które pod koniec biegu na 800 metrów półżywe z wyczerpania mijały linię mety na chwiejnych nogach? Na trybunach siedział mój ojciec, jako widz, wbrew chęci i woli. Przyglądał się zarówno pojedynkowi, jak i gorączce, która owładnęła jego córką. Na próżno próbował do mnie przemawiać. „Jakkolwiek na nie patrzeć, te kobiety mogłyby przecież lepiej wykorzystać swoją gibkość – do czegoś bardziej kobiecego, jak na przykład balet, łyżwiarstwo figurowe czy gimnastyka. Kryjąc piękne twarze w klatkach masek, darły się jak opętane, kiedy zostały trafione. Nie z bólu, lecz ze strachu. Czy pamiętasz koguta Pontiusa, który kiedyś uciekł i został przez babcię złapany za nogi? Omal nie wypluł płuc ze swego małego ciałka, myśląc, że wybiła jego ostatnia godzina – strasznie było to dla nas wszystkich zabawne, prawda? No więc coś takiego nazywa się śmiertelnym strachem. Nie potrzeba do tego bólu, to nie żarty”. Nie słuchałam. Siedziałam na skraju krzesła. O regułach gry nie miałam pojęcia. Pojedynki szermiercze są dla laików zupełnie nieczytelne, nawet sędzia nie może do końca polegać na własnych oczach i potrzebuje oczu sekundantów. Moje spojrzenie było skierowane na Helene Mayer, zwyciężczynię. Ojciec natomiast widział, jak zawsze zresztą, tylko ofiarę. Ojciec przedzierał się przez szafot i żądny zemsty motłoch, lecz Helene zdążyła już mu mnie odebrać. Później miała się pojawiać w siatce mojej maski, kiedy miałam robić wypad. W wypadach była nadzwyczajna. Każdy mięsień jej ciała, od nasady ścięgna Achillesa aż do czubka broni, czynił wszystko, by przy wzroście 178 centymetrów i długości klingi wynoszącej 90 centymetrów wykonać wypad o długości co najmniej 3 metrów.

Zanim wyruszyliśmy z powrotem do Limburgii, ciotka Clara Bow zaplotła mi włosy w stylu Helene. Przedziałek pośrodku, dwa precelki na uszach, przepasane wstążką, żeby przylegały do głowy. W ten sposób nie opadały na twarz, a maska pasowała. W czasie walki z Oelkers5 fryzura Mayer rozpadła się i blond loki rozsypały się jej na ramiona. Taka teutońska półdzikuska nie mogła oczywiście przegrać. Byłam wątlejsza, niższa o głowę – nieszczególny pożytek dla szermierza – w dodatku byłam brunetką. Od tej chwili nosiłam włosy tylko tak. „Idiotycznie staroświeckie” – uważały moje przyjaciółki, które co miesiąc przystrzygały się nawzajem, żeby wyglądać „zadziornie”.

Po olimpiadzie ojciec musiał się ugiąć przed moim czarnym nastrojem. Moje wyrzuty nie zostały wypowiedziane na głos, nie uroniłam ani jednej łzy, lecz niemal przez rok byłam niezadowolona. Chowałam się pod kołdrą z Dumasem i własnoręcznie upieczonym ciastem. Co wieczór znikałam z brytfanką świeżego ciasta na górze, wraz z moją objętością rosła i objętość książek, a to na skutek gromadzących się między stronicami okruszków. Kiedy ojciec wreszcie przywołał mnie do siebie, na jego kolanach leżała kamizelka szermiercza.

– Dla mojej małej, obrażonej muszkieterki.

Typowe dla mojego ojca, lekarza: najpierw zadbał o osłonę, czyli kamizelkę wyglądającą jak gipsowy opatrunek. Znalazł gdzieś szkółkę szermierczą w mieście. Opłata była niska i początkujący mogli wypożyczyć sprzęt. Louis, maître, nie wiem nawet, czy miał prawo używać tego tytułu, nie posiadał żadnych dyplomów, był jeszcze bardzo młody, spotykał się z kasjerką z Cinéma Palace. Wypożyczył mi zardzewiały dziecięcy floret. Każdy w szkółce ćwiczył zardzewiałym sprzętem, dobry powód, żeby nie dać się dotknąć, bo inaczej na sto procent miało się brązową plamę na pięknej kurtce. Dopiero na szesnaste urodziny dostałam swój pierwszy dorosły floret. Po lekcji, kiedy już wszyscy rozeszli się do domu, Louis zawołał mnie do siebie i zamaszyście wydobył przepiękną broń. Prawdziwy floret! Klinga wyglądała na nową – błyszcząca i sprężysta. Louis otworzył dłoń i zobaczyłam żeberkowaną, skórzaną rękojeść.

– Weź.

Wyjęłam floret z jego dłoni. Pasował doskonale. Rękojeść sięgała aż po gwałtownie pulsującą tętnicę nadgarstka.

– Nie za duży?

– Nie, jest wspaniały – wyszeptałam.

– Dopasujemy do twojej dłoni. Stal jest dość sztywna, wygnę ją trochę, żeby lepiej leżała.

Patrzyłam w napięciu, jak przeciąga floret pod podeszwą buta, żeby wygiąć nieco klingę.

– Tak jest lepiej. Ten floret będzie dla ciebie, jeśli twój ojciec wyświadczy mi przysługę. To ważne, żebyś od razu go o to zapytała. Musi się to stać w krótkim terminie i z pełną dyskrecją. Ciebie też to dotyczy. A więc buzia na kłódkę.

Ojciec zmarszczył brwi, kiedy przyszłam z tą wiadomością. Oczywiście od razu zapytałam, czy chodzi o aborcję. U tej laluni Louisa, z kina Palace, czy to ona musi się czegoś pozbyć? Mój zszokowany ojciec natychmiast odrzucił taką możliwość. Ale że ja w ogóle wiem coś o takich rzeczach! A już pomijając ten oburzający fakt, wcale przecież nie jest pewne, że zostanę właścicielką tej broni, niezależnie od tego, jaka miałaby to być przysługa. Louis mógł się przecież rozmyślić. Ojciec chciał mi na urodziny podarować coś zupełnie innego, przecież nie broń, na miły Bóg. Wtedy wszystko wyjaśniłam mojemu ojcu pacyfiście, który zawodowo leczył rany. Że floret nie jest po to, by kogoś zabijać. Że to tylko taka broń ćwiczebna, sportowy wynalazek, nigdy nieużywany na polu bitwy. Że klinga się wygina, by uniemożliwić śmiertelne pchnięcia, że nie obcina się nim kończyn, polem trafienia może być tylko tułów, a swoją nazwę zawdzięcza tępej końcówce, która przypomina pąk kwiatu. To był pierwszy raz, gdy ojciec przyjął ode mnie coś do wiadomości. Stałam się dorosła z chwilą otrzymania tej broni, mojego ukochanego floretu.

OJCIEC IDEALIZOWAŁ MNIE jako jedynaczkę, ale moją idolką była bezsprzecznie Helene Mayer. Przez całe lata marzyłam o tym, by z nią walczyć. Na podium olimpijskim w Berlinie „dobrze zbudowane dziewczę z Nadrenii” stało jak posąg, dostojna w swojej zapiętej pod szyją szermierczej kurtce, białych flanelowych spodniach, ze swastyką w formie broszki pod lewym ramieniem i z prawą ręką wyciągniętą przed siebie. Stopień wyżej stała Węgierka ze złotym medalem i miniaturowym dębem w doniczce. To, że Mayer musiała się zadowolić srebrnym medalem, chyba nie stanowiło dla niej problemu, ale to drzewko przyprawiało ją o łzy. Z wielką ochotą zabrałaby taką pamiątkę z niemieckiej ziemi do swojego nowego domu, Ameryki. O tym, że opuściła Niemcy zaraz po tym, jak ja tam przyjechałam, usłyszałam dopiero później. Zupełnie jakbym ją przegapiła. Może zresztą i dobrze się stało, bo zdaniem von Böttichera dobrzy szermierze potrafią się zachwycać tylko sobą.

4

PIERWSZEJ NOCY W RAEREN do mojego pokoju zawitały gołębie. Śniło mi się, że chodzą po mnie na swoich pazurzastych łapkach. Wielki siwy samiec z wydatnym wolem usiłował wydziobać mi znamię z szyi. Ponieważ było strasznie duszno, zostawiłam drzwi od balkonu uchylone, ale teraz nie miałam odwagi się podnieść i ich zamknąć. Wyglądało na to, że są wszędzie, szurając pazurkami po pokoju. Na stole jeden z nich rozpostarł skrzydła. Blask księżyca wpadał do pokoju przez falującą firankę, kładł nieregularne plamy światła na podłodze, ale byłam nazbyt zmęczona, żeby poszukać wyłącznika światła, podciągnęłam więc tylko prześcieradło pod brodę. Rankiem nagle to poczułam: ptasie szkody. Upstrzony śmietankowej barwy breją dywan, opadający puch, kiedy wstałam z łóżka. Na balkonie odbyła się bitwa – gołębie wlatywały i wylatywały, tracąc przy tym z poło­wę upierzenia, roznosiły dokoła własne odchody. Czego mogły chcieć? Teraz na dachu panowała grobowa cisza.

– To wszystko po to, żeby panienkę śmiertelnie zawstydzić – powiedziała Leni, która przyszła zawołać mnie na śniadanie. – Odchody gołębi są pełne bakterii. Można od nich dostać zapalenia płuc, jak czytałam w „Die Woche”. Poproszę Heinziego, żeby założył w oknie jakąś siatkę. Możemy też umeblować któryś z pokoi na dole.

Wzięła dzbanek z toaletki i chlusnęła wodą na balkon. Musiała przynieść miotłę z korytarza i stojąc na szeroko rozstawionych nogach, jeździła nią po balkonie pochylona do przodu, klnąc na czym świat stoi.

– Wie panienka, ile ja już się dzisiaj nasprzątałam łajna? Tutaj nawet jeszcze nie dotarłam. Nie jesteśmy od sprzątania gnoju, zawsze pracowaliśmy w fabryce ciastek.

Zajęło jej to chwilę, więc sama musiałam poszukać kuchni. Schody na dół do holu, drzwi na prawo od lustra, tam do samego końca korytarza, schody w dół – usłyszałam opis, jak tam dojść. I nie ma się czego bać, szef jest w jak najlepszym humorze. Zdążył już zrobić sobie spacer, ustrzelić młodego zająca, a nawet przygotować własnoręcznie śniadanie. Aha, i jeszcze musi powiedzieć, że bardzo się już cieszył, że dotrzymam mu towarzystwa. Krew napłynęła mi do policzków. Wraz z tym pełnym galanterii zaproszeniem na scenie znów pojawił się książę Bołkoński. Upięłam włosy, wyprostowałam szyję i wyszłam mu naprzeciw. Na schodach starałam się stawiać stopy w taki sposób, żeby stopnie nie skrzypiały. Kiedy jednak dotarłam na dół, wszystkie moje oczekiwania znowu rozsypały się w pył. Von Bötticher nie siedział przy drugim końcu nakrytego białym obrusem stołu, stał zwrócony plecami do mnie, robiąc coś przy zlewie.

GDY SOBIE TERAZ o tym wszystkim myślę, w zasadzie całe moje młode życie przeżyłam, śniąc na jawie. Zaangażowanie, z jakim to robiłam, zmieniło się w męczący nawyk. Nigdy nie miałam wystarczająco dużo czasu, by dokończyć opowieść, przy pierwszym nadarzającym się momencie czułam potrzebę podjęcia od nowa wątku i natykałam się wtedy na jakieś nieścisłości, no bo przecież wystarczy pomyśleć, że przecież taki pałac musi być przez kogoś sprzątany, być może jakieś młode dziewczę przechadza się po nim z twoim kochankiem albo podła stara wiedźma zrujnuje twój bajkowy romans w jakiś niecny sposób, a poza tym co taki książę w ogóle robi przez cały dzień? Zanim zdążyłam pozbyć się wszystkich dręczących wątpliwości, wyplenić wszystkie myśli-chwasty, już minęła godzina. Sny na jawie wyrywały mnie w nocy ze snu, z niektórymi historiami żyłam całe lata, stawały się one coraz bardziej szczegółowe, aż po motywy na mankietach mojej sukni ślubnej. Byłam pewna, że tak zawzięcie oddają się marzeniom tylko dziewczynki. Wszyscy młodzi ludzie idealizują przyszłość, ale dziewczynki robią to także z teraźniejszością.

A WIĘC VON BÖTTICHER, nie Bołkoński. Miał na sobie długą koszulę o szerokich rękawach podwiniętych aż do łokci, był już bez kapelusza. Siwiał. Wydawał się jednak o kilka lat młodszy od mojego ojca. Jak długo musiało trwać, zanim to do mnie dotarło? Wyobrażenie jest bardziej uporczywe niż rzeczywistość, wie o tym każdy głupiec, który próbuje ożywić jaśniejsze momenty życia. Wytwór umysłu pojawia się, gdy tylko oryginał usuwa nam się z pola widzenia. Zupełnie jak kochanek z szafy, i co najmniej tak samo atrakcyjny. Jakkolwiek von Bötticher za każdym razem stanowił odstępstwo od obrazu idealnego, to jednak wystarczająco dużo sobie tego uzbierałam, żeby zajmować się tym przez całe noce. Zwrócił ku mnie swój zdrowy policzek, skinął głową, zupełnie jakby wiedział, co mnie zaabsorbowało. Nie spytał, czy mi się dobrze spało – nie obchodziło go to.

– Gdzie jest Leni?

– Sprząta ptasie odchody z mojego pokoju.

Von Bötticher jakby tego nie usłyszał. Wyjmował z maszynki białe kawały mielonej słoniny, ugniatał z farszem i polewał wszystko koniakiem. Były to zapachy, jakich nie znałam. Moja matka przyrządzała „kwaśne mięso” z octem, jak pan Bóg przykazał. Wina na pewno nie dodawało się u nas do jedzenia, bo piliśmy je raz do roku. Mocniejsze napoje nawet nie pojawiały się w naszym domu. Sąsiad dał mi kiedyś do spróbowania likieru ziołowego w czasie ulicznej bitwy na śnieżki, najwyraźniej bawiło go to, że udało mu się mnie przekonać, że to sok jabłkowy. W kuchni maître’a pachniało tego ranka przypuszczalnie składnikami na pasztet: słonina, koniak, poprzerastane tłuszczem świńskie mięso, wątróbki cielęce, nerki, prawdziwki w zalewie octowej, pasta jajeczna, wszystko to leżało, macerując się pod ściereczką na parapecie. Przez otwarte okno napływały zapachy okolicy, warzyw rosnących w ogródku i koniczyny wyskubywanej na polach przez bydło. Koniczyna znajdowała się też w żołądku upolowanego dopiero co zająca, który leżał na stole ze zwisającymi luźno uszami, żeby niedługo zawisnąć na spętanych tylnych nogach. Za kilka dni wyjmie się z niego wnętrzności, a uwolnione przy tym zapachy wzbudzą nerwowość u wszystkich domowych zwierząt. Na razie jeszcze czuć go było piaskiem w futrze i trawą między pazurami tylnych łap. Tak samo jak Gustava, królika, który jeszcze cały i zdrowy kicał pod stołem. Ta ponad miarę wyrośnięta bestia miała wszystko gdzieś, a już na pewno to, co działo się ponad jego głupiutkim łbem. Niby załatwiał się grzecznie do jednego kąta, ale wbijał zęby w każdy mebel napotkany po drodze. Teraz kręcił łbem, balansował na swoich wielkich tylnych łapach, a przednimi czyścił sobie uszy. Moim zadziwieniom nie było końca. Von Bötticher wyciągnął w stronę Gustava pasek słoniny, który kawałek po kawałku zaczął znikać w jego mielących szczękach.

– Nie wiedziała pani o tym, prawda? Króliki jedzą wszystko, nawet mięso – powiedział von Bötticher. – Tak samo jak bydło, które potrafi wypatroszyć zdechłe ścierwo, żeby dostarczyć organizmowi potrzebnych minerałów. Nigdy pani nie widziała krowy ze zdechłym królikiem w pysku? Chcą sobie czasem pożuć jakieś kostki, żeby uzupełnić niedobory wapnia. W naturze albo zjadasz, albo jesteś zjadany. Nic się nie marnuje. Kiedy zdycha zwierzę, najszybciej nad truchłem pojawiają się owady. Muchy i roztocza wyczuwają tego martwego zająca z odległości wielu kilometrów. Następnie ptaki drapieżne rozpruwają skórę, tak że lisy i borsuki uzyskują dostęp do wnętrzności. Jednak po paru dniach takie ścierwo i tak samo pęka wskutek rozkładu.

Przejechał dłonią po futrze zająca i przysunął swoje palce do nosa.

– No, trzeba go jak najszybciej zanieść do piwnicy. Gdzie się podziewa ta Leni?

– Gustava też pan zje?

– No pewnie! Z brusznicami albo w śmietanie, duszonego w rieslingu, podanego z pasternakiem. Albo zostawię go na noc, żeby się marynował w maślance, a potem zostanie upieczony w płatach boczku. Zajmę się nim z największą starannością. Leni, nareszcie!

Leni nie zdążyła jeszcze całkiem wejść do środka, a już kopnęła Gustava, którego to zupełnie nie wzruszyło.

– Ten bydlak poobgryzał wszystkie frędzle od dywanów. I co ja widzę: jeszcze więcej bobków. Proszę pana, tyle razy prosiłam. Błagam pana przez wzgląd na moje chore kolana, niech pan chociaż na tydzień wystawi tego łajdaka na dwór, to mi zaoszczędzi mnóstwa sprzątania, a noce są jeszcze przecież wystarczająco ciepłe.

– A co wtedy ze mną? Czym będę się ogrzewał ja, samotny mężczyzna?

Leni rozłożyła ręce.

– Zostanie pan samotny, jeśli będzie pan zamykał w gołębniku panie, które przychodzą w odwiedziny!

Von Bötticher gniewnie rzucił w jej stronę martwego zająca.

– Proszę. Szybko z tym do piwnicy.

Do kuchni wszedł Heinz i usiadł, czekając, podczas gdy von Bötticher kroił kiełbasę na cienkie plasterki. Niewątpliwie byłam świadkiem porannego rytuału. Szef ugotował jajka, wyjął z wody młody ser, polał śmietaną gałązki nieobranych jagód w miseczce, położył na stole plecioną bułkę. Jego służący nie kiwnął nawet palcem. Przysunął krzesło dla żony i obydwoje modlili się bezgłośnie. Spod oka widziałam, jak von Bötticher bezwstydnie gapi się na ich zamknięte oczy. Wydaje mi się, że czerpał zadowolenie z tego, że dopiero po chwili obcowania z Bogiem będą patrzeć na jego zdeformowaną facjatę. Po modlitwie zadbał o to, żeby jedzenie zniknęło w naszych brzuchach, zupełnie jakbyśmy byli bezpańskimi psami. On sam prawie nic nie jadł. Kiedy talerze zaczęły się opróżniać, uroczystym tonem przerwał ciszę, wygłaszając uwagę porządkową. Pierwszego ranka rzekł:

– No, dobrze, Janno. Czy nic dla mnie nie przywiozłaś? Na przykład coś od twojego ojca?

Oczy Leni zabłysły, jej mąż spokojnie przeżuwał dalej, pewnie nieraz zdarzało jej się coś wypaplać, tak jak teraz, że jest list. Odłożyłam nóż na talerz.

– Tak, mam kopertę, maître. Bardzo przepraszam, miałam ją panu dać już wcześniej, ale nie chciałam przeszkadzać.

– Koperta, no oczywiście. Kolejny list. Któryś z kolei. No to zobaczmy.

Von Bötticher wykonał gest, jaki wykonują dorośli wobec dzieci, które ociągają się z pokazaniem rysunku. Posłuchałam natychmiast. I znów schodami w górę, wielkimi susami, okręcając się wokół kolumn. Byłam jeszcze taka dziecinna. Obecnie dziewczęta są obyte, niezależne, lecz za moich czasów przechodziły spod jednych skrzydeł pod następne. Jedyny warunek był taki, żeby już same na siebie uważały – ja tego warunku nie spełniałam. Wolałam, kiedy o mnie dbano, wtedy mogłam swawolić w pełnym poczuciu bezpieczeństwa. Nie chodziło mi o to, żeby powoli przemieniać się w kobietę. Wcale nie dlatego, że byłam chłopczycą, byłam niegrzeczna czy coś takiego, ale dlatego, że zawsze wolałam, żeby wszystko zostało po staremu. To było okropne, kiedy w wieku piętnastu lat zaczęły mi rosnąć piersi. Te pagórki pod moimi brodawkami sutkowymi nie należały do mnie. Ogarnęła mnie osobliwa nostalgia, która dopiero z wolna ustępowała. Helene Mayer nie nosiła dodatkowej osłony na piersi w trakcie walki. Wobec tego ja też takiej nie miałam. Z takim niewygodnym, watowanym czymś pod kamizelką szermierz „aż się prosi”, by zostać trafionym dokładnie w to miejsce. Uważam coś takiego za przyznanie się do słabości, uznanie porażki za co najmniej możliwą, a to przecież komplement dla przeciwnika. Moje parady są z tego powodu bardzo mocne, zwłaszcza kwarta i seksta. Kiedy w czasie walki zostaję trafiona w pierś, robi mi się niedobrze. Nie mam ochoty czuć tych matczynych wymion. W ogóle nie chcę zostać matką. Helene też nie chciała. To na pewno nie przypadek, że moja idolka nosiła to samo imię co najpiękniejsza ze wszystkich greckich kobiet, protektorka młodych dziewcząt, chociaż sama została uprowadzona, zniewolona. Byłyśmy dziewczętami ze Sparty, które walczyły o to, by móc nigdy nie dorosnąć. Ani nie oddać się namiętności. Jednak w moich snach na jawie coraz częściej staję się obiektem pożądania. Nocą moje starannie przemyślane postacie są wypierane przez porywcze, nieokiełznane wytwory umysłu, które po­zostawiają mnie potem dyszącą z rozkoszy. Nigdy nie udaje mi się ich schwytać, podobnie jak im nie udaje się mnie dogonić.

Szermierze często zachowują się infantylnie, zgrywają się na muszkieterów – zapuszczają włosy, piją wino prosto z butelki, chodzą w skórzanych butach z cholewami i walą pięścią w stół – z wyjątkiem chwili, kiedy stają na planszy, bo wtedy robi się śmiertelnie poważnie. Nawet von Bötticher zachował ten szelmowski wdzięk. Jego fantazja była ukierunkowana na zwierzęta, które próbował uczyć ludzkich zachowań. Kiedy mu się to udało, cieszył się jak dziecko. Na przykład chciał teraz, żeby Gustav otworzył kopertę. Było to oczywiście przedstawienie: patrz, co też potrafi ten mój królik, i patrz, jak mało obchodzi mnie list od twojego ojca. Gustav z precyzją maszyny odgryzł pasek z koperty dokładnie wzdłuż krawędzi. Kiedy doszedł do rogu, specjalnie szarpnął jeszcze łbem, żeby pasek się oderwał, a on mógł go łapczywie pożreć. Nożyk do listów lepiej by się nie sprawdził. Von Bötticher wsunął dłoń do kartonowej koperty, wyjął list i zaczął czytać. Przez cały czas, gdy czytał te trzy kartki, nie śmiałam prawie oddychać. W napięciu patrzyłam na jego oczy, zupełnie jakby odbijały się w nich litery, lecz one przemykały po linijkach i, tak jak obawiała się Leni, patrzyły coraz bardziej wściekle.

– Chętnie bym wszystko pani przeczytał, ale to zbyt żenujące. Jest pani jego córką, nie mam prawa roztrzaskiwać na kawałki świetlanego obrazu ojca, jaki zazwyczaj tworzy córka. Le­piej schowam to z powrotem.

Złożył list i włożył go z powrotem do koperty. Było w niej coś jeszcze.