Hodowanie troglodytów - Piotr Nowak - ebook
Opis

Istnieją co najmniej dwa niejawne cele reformy Uniwersytetu. Pierwszym jest odciągnięcie młodych, zdolnych ludzi od pracy intelektualnej – od czytania książek, pisania, wykładania – na rzecz quasi-biznesowej działalności sprowadzającej się do pozyskiwania pieniędzy dla przedsiębiorstwa zwanego dawniej Uniwersytetem. Cel drugi jest bardziej demoniczny i zgadza się z kierunkiem zmian mających charakter globalny – jest nim konsekwentne osłabianie instynktu wolnościowego, polegające na stwarzaniu dobrych warunków do wymiany wolności akademickiej (wolności tout court) na dobra materialne. To woda na młyn osób cynicznych, które chcą, aby słuchali ich ci, co nie potrafią władać. Prawdą dla nich jest to, co pomaga im w sprawowaniu władzy, fałszem – co staje temu dążeniu na przeszkodzie. Spróbujmy poplątać im szyki, przygotowując listę postulowanych rozwiązań i poleceń, pod którą mogłaby się podpisać większość z nas – ludzi wolnych, członków Akademii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 278

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki i stron tytułowych: KRZYSZTOF BIELECKI
Grafika na okładce: TOMASZ BARDAMU
Korekta: PIOTR HERBICH
Skład: Studio Artix, Jacek Malik, [email protected]
Copyright © by Piotr Nowak Copyright © for this edition by Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego
Wydanie pierwsze, Warszawa 2014
ISBN 978-83-62609-33-8
Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego ul. Mianowskiego 15/65, 02-044 Warszawa e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

O autorze

Piotr Nowak, 1966

Profesor filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku, doktor (IFiS PAN, 2002) habilitowany (IF UW, 2012). Autor m.in. Ontologii sukcesu (Gdańsk 2006), Podpisu księcia (Warszawa 2013), The Ancients and Shakespeare on Time (New York 2014). Wykładał na uniwersytetach w Europie, w Stanach, w Rosji.

może usłyszę któregoś dnia

nutę człowieczą z samego dna

nutę co dzwoni mocno i ostro

Józef Czechowicz

Wstęp

Nie ma doskonalszego sposobu na pognębienie współczesnego człowieka niż deprecjacja kultury narodowej. Naród – przypomnę – to sposób organizowania się pojedynczych osób we wspólnotę; we wspólnotę, która z jednej strony stoi ponad czasem, z drugiej zaś – rozwija się w historii. Do tej pory nie wymyślono lepszego niż naród rozwiązania dla ludzi, którzy w większej liczbie chcieliby żyć razem. Nie jest nim zatem enigmatyczne społeczeństwo, komuna, unia czy federacja wielu państw, gdyż ludzie w takich, dość przypadkowych przecież mozaikach nie sumują się w całość. Tożsamość zbiorowa może być tylko tożsamością narodową.

O narodzie stanowi jego kultura. Nie armia, nie pieniądze, ale właśnie kultura, której nerwem jest – powinien być – Uniwersytet. Jednak współczesny Uniwersytet przypomina biblijną Wieżę Babel, którą wprawdzie się wznosi, ale nie wiadomo po co. Studenci i akademicy czują się na Uniwersytecie jak w labiryncie, tyle że bez nici przewodniej. Jeśli gubi się tę nić, nie chce się już niczego. Na miejscu sensu pojawia się niezrozumienie, lęk, absurd, podatność na manipulację, a na koniec przekonanie, że „chcą nas wziąć głodem”.

Pod naporem chwili obecnej dzisiejszy Uniwersytet osuwa się w niebyt, stając się karykaturą Uniwersytetu. Jego program pisze rynek potrzeb, a więc człowiek masowy, nie człowiek wolny; biuralista, nie naukowiec. W jakimś sensie Uniwersytet stanowi (w coraz mniejszym stopniu zresztą) odskocznię do kariery zawodowej, a ostatnio – przedmiot zwykłej pogardy ze strony tych wszystkich, dla których ostatecznym kryterium sensu jest zasada opłacalności. Stąd moje pytania artykułowane zwłaszcza w części pierwszej książki: jak mamy sobie radzić z szowinizmem teraźniejszości, z uleganiem chimerycznym modom lub coraz głupszym zarządzeniom urzędników nauki? Dlaczego Uniwersytet, który ma obowiązek zachować ciągłość pamięci, nie wywiązuje się z tego obowiązku? Dlaczego młodzi ludzie nie chcą rozumieć swojej historii? Dlaczego nie obchodzi ich, kim są ani skąd się wzięli? Jeśli to wynik trendu cywilizacyjnego, czy nie czas ten trend odwrócić? I czy warto go odwracać, skoro poprawność polityczna, retoryka praw człowieka czy imperatyw utrzymania się w głównym nurcie zastąpiły zdolność rozumienia siebie? A wreszcie, czemu ma służyć nauka nie przekładająca się wprost na wzrost zamożności? Czy Uniwersytet, w którym gołym okiem widać, kto jest mądrzejszy, a kto głupszy, nie podważa zasady równości, na której wzniesiono demokrację? Czy Uniwersytet nie tworzy różnic, które nowoczesna kultura stara się zasypać? Włącznie z tą najważniejszą różnicą: między prawdą a opinią.

Ale mam też pytania do nas samych, nauczycieli akademickich: czy nie jest tak, że niektóre z potrzeb artykułowanych przez środowiska uniwersyteckie formułowane są, cóż, nie wiadomo, z jakiego miejsca? Tak jakbyśmy przemawiali do władz, niekiedy też do samych studentów, spoza wyraźnie uchwytnego czasu i miejsca. Czy nasze oczekiwania nie mają niekiedy charakteru na poły mitologicznego? Jak mamy zachęcać – w dobrej wierze – absolwentów szkół średnich do studiowania, skoro sami tracimy wiarę w sens naszej misji? I ogólniej: czy Uniwersytet jest miejscem realizacji misji, spełniania marzeń o silnym państwie, samowiednej wspólnocie, lepszym społeczeństwie, lepszych, mądrzejszych ludziach, czy – przeciwnie – ma on przyuczać jedynie do zawodu? A może jedno z drugim nie musi się wcale kłócić? Ważne pytania, sprzeczne odpowiedzi.

W części drugiej książki włączam się w nurt konserwatywnej krytyki kultury. Stawiam pytania o przyczyny wtórnego analfabetyzmu tych, którzy z jakichś powodów postanawiają zatrzymać się w rozwoju. Domyślnie winię za to współczesnych sofistów, którzy mieszają ludziom w głowach, którzy rozmieniają prawdę na drobne miedziaki mniemań, puszczając je dalej w obieg bez ostrzeżenia, że są one nic nie warte. Lękam się słów wypaczonych przez nadużywanie i w ten sposób dwuznacznych. Sprawdzianem ważności pojęć – twierdzę – jest ich związek z życiem. Trzeba żyć tak, jak się myśli, i wypowiadać to, co chce się powiedzieć – bez względu na pogodę czy intelektualne mody. Powiązanie swobodnej myśli z maksymalnie nieuwarunkowanym działaniem to papierek lakmusowy umysłowej niezależności i dojrzałości, to swoisty „test na inteligencję”, na odwagę w świecie, który większość wartości przecenił lub zdezaktualizował.

Czy możliwa jest zatem jeszcze jakaś zmiana naszego położenia – kultury, Uniwersytetu – na lepsze? Na to pytanie odpowiadam pod koniec części pierwszej twierdząco, postulując bardzo konkretne rozwiązania, które w zasadzie można by przyjąć od zaraz. Pod koniec części drugiej w eseju o Nietzschem daję folgę swemu zniechęceniu i stwierdzam, że to niemożliwe: w dzisiejszym świecie nie ma komu, a przede wszystkim nie ma z kim przeprowadzać jakichkolwiek zmian. Ludziom świat wisi, ludzie zadowalają się byle czym. Nędza ich istnienia odbiera im rozum. Mają dusze turystów, flanerów traktujących życie jak deptak czy poczekalnię. Wybierają cyników i umysłowych parweniuszy, którzy następnie rządzą nimi wedle reguł trywialnie pojętego prawa natury: kto silniejszy, ten więcej może. To świat, w którym człowieczeństwo zeszło na psy, a wykształcenie i ogłada przeobraziły się w partactwo i ogólne schamienie. Zatem pobawmy się choć trochę i popuśćmy sparciałe sznurki przedawnionej, nikomu niepotrzebnej moralności. Idźmy w tan, najlepiej do utraty tchu i przytomności, w kolorach tęczy i rytmach Love Parade. Niewiele więcej nam pozostało.

I

Wolność i Uniwersytet

Pod koniec lat 80. założyłem z kolegami hurtownię zaopatrującą w mięso i wędliny warszawskie sklepy, z czasem – sklepy w innych miastach. Przedsiębiorstwo rozrastało się dynamicznie. W epoce, w której internet nie był jeszcze w powszechnym użyciu, a telefony komórkowe Centertelu przypominały wielkością cegłówki, robiliśmy interesy z Chinami. Jednocześnie w 1994 roku obroniłem w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego pracę magisterską. Obroniłem ją z wyróżnieniem, o czym powiadomił warszawiaków sam rektor, gdyż umieszczanie w prasie codziennej listy absolwentów danego rocznika należało wtedy do dobrego obyczaju[1].

Pamiętam, że mniej więcej w tym samym czasie profesor Mirosława Marody lamentowała na łamach „Gazety Wyborczej” nad upadkiem nauki polskiej, związanym – jej zdaniem – z przechodzeniem młodych, twórczych osób z Uniwersytetu do szeroko rozumianego biznesu. Napisałem do pani Profesor w prywatnym liście, że pomimo wyróżnienia, które otrzymałem od rektora, i wcześniejszych obietnic składanych przez władze Instytutu Filozofii pracy na Uniwersytecie nie dostałem. Nie wiem, dlaczego pisałem o tym do pani profesor, której osobiście nie znałem. Może chciałem ją wzruszyć moją sytuacją? A nuż wstawi się za mną? Raczej wątpię. Dziś za najbardziej prawdopodobny powód powstania tego listu uważam chęć powiadomienia jej o istnieniu młodych ludzi, którzy gotowi byli rzucić biznes i zająć się nauką.

Mnie los sprzyjał. Po dwóch latach otrzymałem stypendium Institut für die Wissenschaften vom Menschen w Wiedniu, a w 1997 roku pracę na Uniwersytecie w Białymstoku. Z hurtownią rozstałem się bez żalu. Nigdy nie przyszła mi na myśl praca na dwóch etatach, nie prowadziłem również zajęć na żadnej prywatnej uczelni, nie brałem nadgodzin. Dorabiałem w telewizji. Poza tym czytałem, pisałem, wykładałem, publikowałem. Robiłem to samo co wielu moich kolegów. Nie miałem żadnych finansowych pretensji, zdając sobie sprawę z tego, że filozof w państwie dogmatycznego liberalizmu musi wieść życie pariasa.

Dziś światli reformatorzy na powrót chcą mnie oderwać od książek i zapędzić do robienia geszeftów, do kręcenia lodów – tych większych (granty) i tych zupełnie malutkich (punkty, od których zależeć będzie wysokość mojej pensji). Nie pojmują – nie są w stanie tego pojąć – że na Uniwersytecie pracują również takie osoby, które nie trafiły tam dla podreperowania swojego budżetu. Reformatorzy znajdą z pewnością posłuch u młodych, zdesperowanych ludzi, dla których pensja dwa pięćset netto plus trzynastka to wcale niemało na dobry początek (tyle samo dostaliby w banku czy w knajpie, gdzie robota jest mniej przyjemna). Następnie zagonią tych wdzięcznych niewolników do pracy nad pozyskiwaniem grantów, twardo egzekwując wymóg przedłożenia rozprawy habilitacyjnej w ciągu pięciu lat. Łatwo wyobrazić sobie, jaka będzie jej wartość. Wreszcie – w ramach ulgi czy premii za dobre wyniki w pracy – zaproponują im prowadzenie zajęć w postaci „e-learningu”, bez konieczności wychodzenia z domu i oglądania coraz bardziej abstrakcyjnych studentów.

W mojej opinii istnieją co najmniej dwa niejawne cele reformy wprowadzanej w życie przez minister Barbarę Kudrycką i kontynuowanej przez jej następczynię.

Pierwszym jest odciągnięcie młodych, zdolnych ludzi od pracy intelektualnej – od czytania książek, pisania, wykładania – na rzecz quasi-biznesowej działalności sprowadzającej się do pozyskiwania pieniędzy dla przedsiębiorstwa zwanego dawniej Uniwersytetem.

Cel drugi jest bardziej demoniczny i zgadza się z kierunkiem zmian mających charakter globalny – jest nim konsekwentne osłabianie instynktu wolnościowego, polegające na stwarzaniu dobrych warunków do wymiany wolności akademickiej (wolności tout court) na dobra materialne.

Nie kryję, że dziś nie jest łatwo pracować na Uniwersytecie – zwłaszcza tak zwanym pracownikom niesamodzielnym, o czym pisał swego czasu Bronisław Łagowski[2]. Równie trudno przebić się młodym, zdolnym ludziom w konkursach, które „ustawiane” są pod konkretną osobę. Obecna reforma szkolnictwa wyższego chce położyć kres wielu patologiom psującym Uniwersytet. Może więc rację mają reformatorzy, a ja tej racji nie mam? Może przeprowadzenie od dawna oczekiwanych zmian, połączone z intratną sprzedażą nauki, nie tylko nie uszczupli wolności akademickiej, ale pomnoży ją i wzbogaci naukę samą?

Prawdą jest, że ten, kto podaje w wątpliwość czyjeś zamiary, najpierw musi je dobrze zrozumieć, następnie oszacować stawkę w grze. Nie wiem, czy mnie się to udało; czy diagnoza, którą stawiam – frukta za wolność – jest trafna, czy trafna nie jest. Ufam, że prezentowana w następnym rozdziale rozmowa prominentnych przedstawicieli humanistyki polskiej przyczyni się do rozproszenia niedobrych myśli i emocji, jakimi wielu z nas natchnęła obecna reforma szkolnictwa wyższego.

Przyszłość Uniwersytetu

Rozmowa z udziałem Małgorzaty Kowalskiej, Włodzimierza Boleckiego, Tadeusza Gadacza, Jacka Migasińskiego i Piotra Nowaka

Uczeni i nauczyciele

Piotr Nowak: Na podstawie długoletnich obserwacji – najpierw studenta, potem wykładowcy – umiałbym nakreślić dwa profile pracowników akademickich. Na profil pierwszy składaliby się wybitni fachowcy, eksperci, niekiedy renomowani uczeni, którzy swoje wykłady dukają z kartki i tylko marzą, by jak najszybciej „odwalić” zajęcia ze studentami. Uczeni o drugim profilu – przeciwnie – mają zwykle świetny kontakt ze studentami, są dla nich przykładem, jak może wyglądać żywa myśl. Niestety, najczęściej nie osiągają w nauce tak spektakularnych sukcesów jak ich koledzy z profilu pierwszego. Czy nie sądzą Państwo, że dogmatyczne egzekwowanie punktów za publikacje naukowe sprawi, że urodzeni dydaktycy, ludzie przekazujący wiedzę z autentyczną pasją, za chwilę nie będą mieli czego szukać na uniwersytecie? A wtedy powieje jeszcze większą nudą...

Jacek Migasiński: Ale przecież jest taka możliwość w aktualnym prawie i taka ścieżka jest przez niektórych obierana, tylko że może mało popularna. Myślę tu o etatach starszych wykładowców i docentów – to są właśnie etaty dydaktyczne.

P.N.: Czy nie odchodzi się powoli od tego?

J.M.: Nie, nie. Ktoś, kto nie robi, że tak powiem, szybkiej kariery naukowej, na przykład nie robi habilitacji – bo doktorat to już teraz każdy musi mieć na starcie – zamiast być doktorem habilitowanym, zostaje starszym wykładowcą. Taka osoba może potem zostać awansowana na stanowisko docenta. Na Uniwersytecie Warszawskim są takie stanowiska docentów. Akurat w naszym instytucie nie ma nikogo z docentów, ale są wykładowcy i starsi wykładowcy. Ta ścieżka nie jest zamknięta.

Małgorzata Kowalska: Gwoli ścisłości, o ile ja się orientuję, bo mamy parę takich przypadków w naszym instytucie, to jednak jest silna presja – nie ustawowa, jak rozumiem, ale, powiedzmy, administracyjna, powodowana względami głównie finansowymi – ze strony rektorów i ogólnie administracyjnych władz uczelni, żeby te stanowiska likwidować. Bo starszy wykładowca musi mieć znacznie większe – w praktyce prawie dwukrotnie większe – pensum. Co prawda mniejsze uposażenie, ale zajmuje godziny tym, których można by zatrudnić na jego miejsce. Etat dydaktyczny nie jest punktowany odpowiednio w tym ministerialnym przeliczniku, od którego zależy finansowanie uczelni. Krótko mówiąc, zgodnie z obowiązującą dziś logiką to się uczelni nie opłaca.

J.M.: Patrząc na działania władz Uniwersytetu Warszawskiego, nie widzę takiego dążenia do ograniczania tego rodzaju drogi zawodowej. Raczej właśnie akcentuje się, że taka możliwość kariery czysto dydaktycznej istnieje. Z drugiej strony jednak to nie opłaca się wydziałom. Jako dziekan też nie bardzo promuję takich pracowników, którzy nie robią wyższych stopni naukowych, bo oni właśnie mają mniejszą „wagę” w algorytmie stosowanym przy rozdziale budżetów na poszczególne wydziały.

P.N.: Zatem o ich istnieniu, jeśli dobrze rozumiem twoje słowa, przesądza decyzja dziekana...

J.M.: W zasadzie tak, bo to dziekan rekomenduje zatrudnianie pracowników na odpowiednich stanowiskach.

Tadeusz Gadacz: W tej chwili jeszcze nie wiemy, jaka będzie ostatecznie ustawa i jej kształt, gdyż wciąż są w niej nanoszone poprawki. Jak jednak rozumiem, wola ustawodawcy jest taka, żeby wszystkich doktorów, którzy nie osiągnęli naukowej samodzielności (habilitacji) w przepisanym prawem czasie, bez względu na to, czy są obdarzeni talentem dydaktycznym, czy nie, potraktować jako – krótko mówiąc – przeterminowanych, których trzeba zwolnić, dlatego że blokują miejsca pracy dla młodych, dla których pracy nie ma. Zatem problem jest następujący: czy nie mamy tutaj do czynienia z pewnym konfliktem pokoleniowym? Postawione przez ciebie pytanie rozumiem w ten sposób, że rzeczywiście jest wielu wybitnych dydaktyków, którzy potrafią znakomicie wykładać, ale niekoniecznie muszą mieć pasję naukową. Nie zawsze jest tak, że odkrywczość naukowa czy badania naukowe idą w parze z dydaktyką czy z umiejętnościami dydaktycznymi. Gdyby cokolwiek ode mnie zależało, to ja podzieliłbym pracowników uniwersyteckich na dydaktycznych i dydaktyczno-naukowych – jedni powinni zajmować się tym, do czego czują się powołani i zdolni, a zatem wykładami, a część powinna zajmować się badaniami naukowymi i prowadzić tylko ograniczoną liczbę seminariów czy wykładów monograficznych, w jakimś bardzo niewielkim zakresie. Ale rozumiem, że tendencja ustawy jest inna. Czy w ogóle dopuści ona możliwość przejścia adiunkta na stanowisko starszego wykładowcy? Co do tego mam wątpliwość, czy tak będzie.

Trzeci obieg nauki

P.N.: Jeden z moich studentów wziął na drugim roku urlop dziekański. Gdy zapytałem, w jakim celu, odparł, że urlop planuje wykorzystać na napisanie książki. Przywołana anegdota, pomijając jej humorystyczny aspekt, wskazuje na niepokojący fakt, jak mało czyta się dzisiaj. Natomiast – i to jest ta nowa osobliwość – całkiem sporo osób pisze, co wiąże się z powszechnym kryzysem alfabetyzacji. Także wymóg osiągnięcia habilitacji w stosunkowo krótkim czasie może grozić nie tylko zalewem zbędnych, słabiutkich książek, ale ponadto zdezawuuje sam stopień naukowy (jak to się stało w przypadku stopnia doktora, który dziś w zasadzie jest identyczny z dopełnieniem wyższego wykształcenia). To jest jedno zagrożenie. Ale jest jeszcze inne. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że, powiedzmy, profesor filozofii publikuje siódme wydanie podręcznika do filozofii, którego nikt nie czyta poza jego studentami, ponieważ on im stawia taki wymóg do egzaminu. Moje pytanie jest takie: czy to nie jest utrwalanie czasem błędnych, czasem zgoła wtórnych idei? Bo wygląda na to, że wydawnictwa uniwersyteckie mogą produkować całą parą naukową makulaturę i nikt ich od tego nie powstrzyma. Stracą na tym wszyscy: studenci – bo za wydane niepotrzebnie pieniądze niczego w zamian nie otrzymają; uczelnia – gdyż na ogół finansuje gnioty swoich profesorów; inne książki – ponieważ zostaną przesłonięte, przywalone ciężarem martwych podręczników. Tadeusz Gadacz nazywa to „trzecim obiegiem nauki”. Co to takiego?

T.G.: Problem, o którym mówisz, polega jeszcze na czymś innym; na tym mianowicie, że wszystkie dziedziny nauki zostaną – jak wynika z aktualnego rozporządzenia ministerstwa – potraktowane tak samo, to znaczy publikacja będzie się liczyła nie dlatego, że jest w jakiejś dziedzinie dobra lub zła, tylko że jest opublikowana w czasopiśmie, dajmy na to, z listy filadelfijskiej i w dodatku w języku angielskim. Taka publikacja przynosi więcej punktów zarówno samemu autorowi, jak i jednostce, w której jest on zatrudniony. Nie będzie się liczyła jakość tej publikacji – czy ona wnosi jakąś nową ideę, myśl, czy jest głosem w jakiejś toczącej się ważnej debacie publicznej – tylko będzie się liczyło to, ile się za nią punktów zbierze. To jest dość wyraźne niebezpieczeństwo, realnie związane zresztą z całym Procesem Bolońskim, z tendencją nowelizacji ustawy o nauce i szkolnictwie wyższym. Model naukowości nauk empirycznych rozumianych jako nauki stosowane zupełnie nie pasuje do klasycznie rozumianej humanistyki, do badań filozofów, filologów, historyków, antropologów kultury, ale także części psychologów i socjologów. Wiedziano o tym już w drugiej połowie XIX wieku

M.K.: No tak, ale nie można co roku podawać w ramach dorobku ciągle tej samej książki, bo mimo wszystko tego się chyba nawet według najdurniejszych kryteriów ministerialnych nie da zrobić, to znaczy nie da się punktować kilkakrotnie tej samej książki. Mnie bardziej martwi coś innego, nie tyle inflacja w sensie ilościowym, ile trywializacja oceny jakościowej, do której doprowadzi fundowana nam reforma. Wchodzi tu w grę nie tylko polska, ale polska w szczególności – a ściślej: typowa dla polskich urzędników i reformatorów-modernizatorów – niewiara w to, że środowisko samo jest w stanie ocenić wartość czyjegoś dorobku, oryginalność idei, rzetelność wiedzy itd. Dla modernizatorów w gruncie rzeczy jedyną miarodajną instytucją, która oceniałaby jakość pracy intelektualnej i naukowej, są jakieś ustalone gremia, czy to w ministerialnych komisjach, czy to w redakcjach określonych pism. Istnieje – zgodnie z tą logiką – zamknięta grupa ludzi, którzy uchodzą za autorytety w danej dziedzinie, a rolą wszystkich pozostałych jest zabiegać o uznanie tych autorytetów, recenzentów grantów albo wysoko punktowanych pism, w szczególności anglojęzycznych. I to ma być jedyne kryterium pozwalające na ocenę jakości dorobku. Jakości, która przyjmuje jednak postać ilościową, bo mierzy się tymi nieszczęsnymi punktami przyznawanymi za uzyskanie grantu albo za publikacje w określonym piśmie. Tymczasem pozyskanie grantu to nie tylko biurokratyczna mitręga, ale także umiejętność wpasowania się w oczekiwania recenzentów – co rodzi obawę, że w tej liberalno-biurokratycznej konkurencji zwyciężać będą pomysły standardowe, nieoryginalne, za to pod jakimś względem trendy. Natomiast tak zwane dobre pisma bywają bardzo różne, często mało dostępne, czytane w niezwykle wąskich kręgach; artykuły tam publikowane mogą być przyczynkarskie, ale związane z problematyką dla tego pisma aktualnie ważną itd. Krótko mówiąc, zastąpienie oceny jakościowej, rozumianej jako ocena czyjejś pracy przez środowisko w wyniku dyskusji, recenzji, nawiązań do tej pracy, oceną de facto ilościową – chociaż nie o ilość publikacji, ale o ilość punktów tu chodzi – wydaje mi się dla kondycji humanistyki czymś absolutnie katastrofalnym.

T.G.: Oceną parametryczną.

M.K.: Tak, parametryczną. Mimo że tam niby o jakość chodzi. Ale kosztem myślenia, a przede wszystkim debaty w środowisku. Bo tu już nie ma o czym dyskutować, czy książka jest ciekawa, ważna, czy nie – liczy się tylko to, ile punktów się za nią dostało. A czy ona kogoś skłania do myślenia, czy wywołuje jakieś reakcje, to jest bez znaczenia, bo niemierzalne. Reforma zaś płynie z kultu tego, co mierzalne. Wybitna książka i całkowity gniot – liczone jako monografie – przyniosą dokładnie tyle samo punktów. A najciekawszy artykuł opublikowany w jakimś zbiorze (np. w jakiejś księdze jubileuszowej albo w książce pokonferencyjnej) będzie wart dziesięć razy mniej niż mierny artykuł przyjęty do wysoko punktowanego pisma. Moim zdaniem to horrendalny absurd. Absurd tym bardziej szkodliwy, że rujnujący – gdyby tymi zasadami wszyscy na serio się przejęli – to, co dla mnie jest istotą nie tylko humanistyki, ale w ogóle uniwersytetu: ducha dyskusji, pewnej bezinteresowności, a także współpracy – wszystko to ma zastąpić rywalizacja o punkty. Ministerstwo oczekuje, że naukowcy, w tym humaniści, będą coraz lepiej wytresowanymi zawodnikami w uniwersalnym wyścigu szczurów. I że z tego wyścigu wyłoni się to, co zwie się nauką na światowym poziomie... Którą, ma się rozumieć, uprawia się tylko po angielsku. Bo to, że ktoś może publikować w Niemczech po niemiecku, we Francji po francusku czy w Rosji po rosyjsku, nie jest dla naszych reformatorów żadnym osiągnięciem. Logika reformy jest taka, żeby nie uczyć się żadnych języków obcych poza angielskim i ze wszystkimi, także z rodzimą publicznością, komunikować się w języku „globalnym”. Że to nie będzie żaden angielski, tylko prymitywny globish, że wyrażona w ten sposób myśl będzie okaleczona – kogo to obchodzi? Grunt, żeby kaleka myśl pojawiła się w „globalnym obiegu”!

T.G.: W twoim pytaniu, Piotrze, kryje się fundamentalny problem. Gdy zastanawiam się nad moją pracą naukową, staję przed dylematem: czy publikować artykuł, książkę, dlatego że po wielu przemyśleniach uznałem, iż udało mi się coś przemyśleć ważnego, czym chciałbym się podzielić, poddać to dyskusji – czy publikować, bo muszę coś publikować, ponieważ muszę zdobyć odpowiednią ilość punktów, która jest konieczna do tego, żeby mój wydział miał odpowiednią ilość punktów i otrzymał odpowiednią ilość środków na to, żeby móc dalej utrzymywać swoje badania. I obawiam się, że niestety wymuszanie tego rodzaju oceny parametrycznej stwarza pewną możliwość czegoś, co bym nazwał „szarą strefą nauki” czy jej „trzecim obiegiem”. Wręcz grozi to pewnego rodzaju patologią produkcji naukowych.

P.N.: Na czym więc ten „trzeci obieg nauki” polega?

T.G.: Krótko mówiąc, na tym, że są specjaliści w różnych ośrodkach, którzy zaczynają dzień od przeglądania kalendarza, by znaleźć setną rocznicę urodzin jakiegoś filozofa, sto pięćdziesiątą rocznicę jego śmierci, jeszcze jakąś inną rocznicę publikacji ważnego dzieła, po czym organizuje się w kraju kilka, a nawet kilkanaście konferencji naukowych poświęconych np. Immanuelowi Kantowi, jakbyśmy mieli co najmniej stu genialnych specjalistów od Kanta – i wydaje się książki: jedna ku Kantowi, druga przez Kanta, trzecia wokół Kanta i tak dalej, a każda z nich mniej wartościowa. Ale dlaczego się je publikuje? Ponieważ są za te publikacje punkty, można pozyskać na nie odpowiednie środki finansowe, ponieważ instytuty i wydziały mogą się z nich rozliczyć, potrzebne im są one do oceny parametrycznej i tak dalej. I tu, skoro przywołałem nazwisko Kanta, wystarczy przypomnieć znany aspekt jego biografii. Kiedy zasiadł na katedrze uniwersytetu w Królewcu, przez dziesięć lat nie opublikował nic istotnego, po czym wydał Krytykę czystego rozumu. Prawdopodobnie gdyby Kant był oceniany parametrycznie, to straciłby pracę. Sądzę, że stajemy przed takim oto problemem, o którym powinniśmy podyskutować: czy uniwersytet jest jeszcze przestrzenią wolnego myślenia? Jeżeli jesteśmy, że tak powiem, sparametryzowani z różnych stron, a nauka stała się częścią produkcji światowej z jej efektywnością, z której się rozliczamy, to jednocześnie w coraz większym stopniu jesteśmy też osaczani przez biurokrację. Mam czasami takie wrażenie, że coraz bardziej zawęża się przestrzeń i czas między permanentną sprawozdawczością a permanentnym planowaniem, i kiedy się te dwie linie zejdą, to przestaniemy na wyższych uczelniach w ogóle myśleć. Dlaczego wspomniałem także o zagrożeniu patologią? Ponieważ już zaczynają do nas docierać zaproszenia z rozmaitych pseudouczelni, często ze „ściany wschodniej”, a także z rozmaitych prywatnych wydawnictw, które wydają publikacje anglojęzyczne, zachęcających, by za odpowiednią opłatą publikować teksty, które się potem liczą, bo przecież tego nikt nie ocenia pod względem jakościowym. Wyraźnie widać, jak rynek już dostosowuje się do nowych wymagań.

Komercjalizacja myślenia

J.M.: Dążenie do skomercjalizowania całej nauki, czego parametryzacja, o której tu mówimy, jest tylko zewnętrznym przejawem, wynika z przyjęcia całego Procesu Bolońskiego, który zaczął obowiązywać w 1999 roku. Dobrze byłoby, żebyśmy sobie uświadomili, że Proces Boloński i jego wytyczne zostały skonstruowane w oparciu o układ ogólny w sprawie handlu usługami, podpisany w 1995 roku w ramach porozumień Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Już samo zatem dostrzeżenie źródła Procesu Bolońskiego ułatwi nam rozpoznanie, ku czemu to wszystko zmierza. Każda uczelnia, każdy wydział czy też inna jednostka na uczelni wyższej, także każdy jeden instytut badawczy, mają się stać firmami zarabiającymi pieniądze, bo inaczej nie przetrwają na rynku. Tkwiąca u źródła idea komercjalizacji nauki odbija się nam teraz czkawką w postaci niektórych zapisów nowelizacji ustawy. Pisał o tym niedawno na łamach „Gazety Wyborczej” Karol Modzelewski.

P.N.: Pamiętam, kiedy byłem z wykładami na uniwersytecie w Helsinkach, to tam studenci zastanawiali się, dyskutowali – a właściwie wcale się nie zastanawiali, tylko jawnie podważali sensowność decyzji władz uniwersyteckich, które zechciały mianować na stanowisko rektora absolwenta MBA. W uzasadnieniu tej horrendalnej (jak mnie się wtedy wydawało) decyzji otwarcie powoływano się na kierunek zmian, jakie zachodzą w świecie; no więc zdecydowano się przekształcić uniwersytet w podmiot gospodarczy właśnie po to, aby on dobrze działał w warunkach gospodarki rynkowej. Ciekawe, że pierwszą rzeczą, którą chciał zrobić ten nowo mianowany rektor po MBA – w końcu nie wiem, czy został mianowany, czy nie – było opatentowanie wyników badań naukowych. Czy nie mamy w tym miejscu do czynienia z wynaturzeniem idei uniwersytetu, z podważeniem jego autonomii? Czy instytucja patentu nie zagraża swobodnemu obiegowi myśli?

J.M.: Ale też ostatnio na Uniwersytecie Warszawskim przegłosowaliśmy uchwałę w sprawie ochrony własności intelektualnej, dotyczącą między innymi właśnie osiągnięć naukowych traktowanych jako patenty, których własność handlowa należy, zdaje się, w 50% do twórcy, a w 50% do uniwersytetu. To ku temu zmierza.

M.K.: W sumie to właśnie jest najważniejszy problem. Technokratyzacja jest drugą stroną komercjalizacji. Towar, nawet gdy ma postać niematerialną, z definicji jest wymierny. A o jego wartości decyduje rynek. Na ogólnym poziomie prawdą jest, że wszelką wiedzę traktuje się dziś jak towar. Już pod koniec lat 70. Lyotard, pisząc o kondycji współczesnej wiedzy, pisał, że „nauka stała się momentem w krążeniu kapitału”. Od tej pory ten proces nieustannie się nasila. W języku ministerstwa słowa „komercjalizacja nauki” albo „komercjalizacja badań” – ku zdumieniu takich dinozaurów jak ja – mają konotację absolutnie pozytywną. Bez żadnej żenady, bez cienia wątpliwości komercjalizacja jest przedstawiana jako niezwykła, bezprecedensowa szansa na rozwój badań i podniesienie ich jakości. No więc na ogólnym poziomie tak jest. Ale w odniesieniu do humanistyki trochę bym to jednak wysubtelniła. Sądzę, że nikt trzeźwy nie oczekuje opłacalności wprost rynkowej od badań historycznych, filologicznych, już nie mówiąc o filozoficznych. Grzech leży głębiej – nie chodzi o to, że mamy bezpośrednio współpracować z biznesem i przyczyniać się do wzrostu gospodarczego, co musi wydawać się niepodobieństwem nawet z perspektywy najbardziej prorynkowych reformatorów (przynajmniej mam taką nadzieję), ale o to, że kryteria, które się stosuje do oceny myśli humanistycznej, są per saldo takie same jak te, które się stosuje przy produkcji technicznej i ostatecznie po prostu przemysłowej, przeznaczonej na rynek. Również bodźce, zachęty i kary, które zamierza się stosować wobec humanistów, są takie same jak bodźce stosowane wobec pracownika korporacji: produkuj to, co przyniesie wymierny zysk, np. w postaci zajęcia przez twoją uczelnię lepszego miejsca w ogólnopolskich i międzynarodowych rankingach, to dostaniesz więcej pieniędzy; a jak będziesz sobie coś myślał i pisał bez wymiernego pożytku, to fora ze dwora, pięknoduchów nam nie trzeba. Cała ta nasza reforma prowadzona jest właśnie w duchu takiego bezdusznego, instrumentalnego i rynkowego racjonalizmu – i w tym sensie jest znamiennym wykwitem nowej fali kapitalizmu, ekspansji kapitalizmu. W świetle założeń tej reformy produkcja i sposób funkcjonowania myśli humanistycznej de facto przestaje się czymkolwiek różnić od produkcji i sprzedaży przysłowiowego proszku do prania.

J.M.: Ta tendencja potwierdza się na przykład w proponowanych zapisach nowelizowanej ustawy. Wedle nich w tak zwanych „konwentach”, czyli w odpowiednikach senatów uczelni lub rad naukowych na szczeblu krajowym, mają brać odpowiedni procentowy udział biznesmeni, ludzie szeroko pojętego interesu. Jakkolwiek dla pewnego rodzaju nauk może to być rzeczywiście wielka szansa, zwłaszcza w pozyskiwaniu funduszy spoza budżetu państwa – tak działa nauka w Stanach – to zasiadanie w gremiach decyzyjnych ludzi interesu (czyjego? bo przecież nie naszego) może okazać się dla humanistyki groźne. Biznesmeni, którzy będą zasiadali w tych konwentach i w tych radach, oczywiście będą chętniej wspierali te dziedziny nauki, które rzeczywiście mogą wejść w bliskie związki z biznesem, przemysłem i tak dalej – i będą im służyć pomocą – natomiast tradycyjna humanistyka pozostanie oczywiście poza polem ich zainteresowań. Co biznesmena może obchodzić na przykład filologia klasyczna? Po co biznesmenowi znawca języka koptyjskiego?

M.K.: Mnie się wydaje, że w tym też się czai niebezpieczeństwo, bo jak już się uzna – w pewnym sensie zdroworozsądkowo – że humanistyka wprost takim zasadom biznesowym podlegać nie może – chociaż, jak mówiłam, podlega nie wprost, bo te same kryteria się wobec niej stosuje – ale jak się nawet uzna, że wprost nie jest dziedziną rynkową, to potencjalnie – co najmniej potencjalnie, mówię bardzo ostrożnie – staje się sferą zapotrzebowań władzy państwowej. Swego czasu mówiono – i sądzę, że nadal będzie się mówić – o tak zwanych tematach zleconych: jakieś gremia przyrządowe będą decydować o tym, na jakie badania, także z zakresu humanistyki, jest zapotrzebowanie, czym zatem humaniści powinni zajmować się priorytetowo, i na to będą pieniądze. Na przykład na problemy związane z pamięcią i tożsamością narodową. Albo – to dzisiaj nie mniej na topie, może bardziej – jaki rodzaj kapitału kulturowego służy zwiększonej wydajności pracy? Jakie pojmowanie religii i jaka filozofia będą w stanie uczynić nas państwem bardziej konkurencyjnym? I co zrobić, żeby ludziom taką religię albo taką filozofię wpoić? To jest również bardzo groźne. Albo komercjalizacja, albo ideologizacja i polityzacja. Humanistyka znajdzie się – już się znalazła – między młotem a kowadłem: będzie musiała albo być paratechnologią i współpracować z rynkiem, albo być zależna od aktualnych ekip rządzących i od ich ideologicznych priorytetów. Będziemy pisać projekty grantów mające służyć krzewieniu konserwatyzmu albo liberalizmu.

P.N.: Albo socjalizmu (śmiech).

M.K.: To dziś zupełnie nieprawdopodobne. Ale skoro o socjalizmie mowa. Ośmielę się powiedzieć, że w porównaniu z tym, co nas czeka po całkowitym wdrożeniu rządowej reformy, autonomia uniwersytetu w czasach PRL, poza okresem stalinizmu i końcówką lat 60., była znacznie większa. A już na pewno była większa w okresie moich własnych studiów, w schyłkowej PRL, czyli w smutnej skądinąd pierwszej połowie lat 80. Nie sądzę, aby kwestią retrospektywnego złudzenia było moje przekonanie, że zarówno wykładowcy, jak studenci cieszyli się wtedy dużą wolnością, przynajmniej w definiowaniu swoich zainteresowań oraz wybieraniu sposobów ich ekspresji. O tym, ile kto jest wart, decydowało uznanie środowiska, którego nie przeliczało się na punkty ani na pieniądze. To był jeszcze czas, kiedy wiedza i myślenie dla wielu stanowiły wartość autoteliczną.

Uniwersytet czy szkoła zawodowa?

P.N.: Dziś jeśli profesor – ale ten z głośnym nazwiskiem – napisze książkę, jej promocja odbywa się zwykle poza murami uniwersyteckimi. Raz zrobiliśmy promocję naszego pisma na uniwersytecie – nikt ze studentów nie przyszedł. Kolejną promocję zorganizowaliśmy w modnym miejscu, w podobnym składzie osobowym – przyszły dziesiątki osób. Czy nie sądzą Państwo, że myślenie – inaczej niż w czasach Fichtego, gdy uniwersytet stanowił swego rodzaju „samowiedzę” całego społeczeństwa – coraz częściej przenosi się poza – przyciężkie – struktury uniwersyteckie?

J.M.: To z kolei może być wynik – jest to jedna z hipotez – gwałtownego wzrostu liczby studentów i bardzo powolnego wzrostu liczby nauczycieli akademickich. Ja tu sobie gdzieś wynotowałem, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat – od 1990 do 2010 roku – liczba studentów wzrosła pięciokrotnie. Mamy teraz prawie dwa miliony studentów, a liczba naukowo-dydaktycznych pracowników wzrosła niewiele ponad 33%. Czyli studiowanie stało się „ruchem masowym”, który prowadzi do tego, o czym mówisz – do zaniku rodzenia się autentycznej myśli, do mechanicznego przekazywania podręcznikowej wiedzy coraz większej liczbie słuchaczy, z którymi nie ma się bezpośredniego kontaktu. Jak jakiś wydział uniwersytecki zamawia jedne, łączone zajęcia z filozofii na wszystkich swoich kierunkach – bo na przykład działa tam kilka instytutów o różnych kierunkach studiów – i przeznacza na te zajęcia trzydzieści godzin, a wykładowca musi po wygłoszeniu trwającego przez semestr wykładu przeegzaminować około trzystu osób – to czy można to nazwać żywym obiegiem myśli między wykładowcą a studentami? To jest kpina przecież! Ale takie są realia. To wynika między innymi – to hipoteza – z gwałtownego przyrostu liczby studentów przy nikłym wzroście liczby pracowników i malejącej bazie lokalowej.

P.N.: Czyli to nie jest tak, że studenci nagle przestali mieć jakieś takie, powiedzmy, bardziej pogłębione zainteresowania, tylko że...

J.M.: ...jest trudniejszy dostęp studenta do pracownika (i odwrotnie). Nie ma kontaktów personalnych, praktycznie żadnych.

P.N.: Skoro nie ma miejsca na myślenie, na żywe seminarium na uniwersytecie, to może żeby zacząć myśleć, trzeba wyjść z uniwersytetu?

T.G.: Podzielę się własnym doświadczeniem. Pracowałem przez dłuższy czas tylko z doktorantami w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN i po dziesięciu latach powróciłem do kształcenia na pierwszym i drugim stopniu studiów uniwersyteckich. Wydaje mi się, że po tych dziesięciu latach dostrzegam dość znaczącą zmianę, która polega na tym, że kiedyś, niekoniecznie wtedy, gdy ja studiowałem, może nieco później, na uniwersytetach liczył się jeszcze klasyczny ideał, o którym pisał m.in. Hans-Georg Gadamer, ideał wykształcenia. Przychodziliśmy na studia po to, by zdobyć wykształcenie, to znaczy by zdobyć nie tylko praktyczną wiedzę i umiejętności konieczne do swobodnego radzenia sobie na rynku pracy, lecz by przemyśleć wiele kwestii, zaspokoić ciekawość, poszerzyć własne horyzonty egzystencjalne, dojrzeć intelektualnie i emocjonalnie, doświadczyć uczestnictwa w kulturze. Jeżeli wybieraliśmy drugi kierunek studiów, to po to, by to wykształcenie poszerzyć, kierując się własnymi zainteresowaniami. Ten czas wyjęty na studia był czasem poświęconym na seminaria, na lekturę w bibliotekach, na dyskusje. Ten ideał, w moim przekonaniu, oczywiście nie uogólniając, gdyż na szczęście są jeszcze pewne niewielkie grupy studentów, dla których jest on wartością – legł w gruzach, wyparował, a wszechogarniający pragmatyzm przejawia się w ten sposób, że uniwersytety stały się dla większości miejscem budowy CV pod kątem rynku pracy. Wybór drugiego fakultetu jest w gruncie rzeczy powodowany nie zainteresowaniami, tylko pragmatycznym nastawieniem na możliwości późniejszego funkcjonowania na rynku pracy. Stąd też uczelnie stały się pasażami, w których studenci pojawiają się i znikają, ponieważ udają się na drugi fakultet, do pracy, działają jako wolontariusze, zdobywają jakieś doświadczenie – wszystko fluktuuje, ponieważ o wszystkim rozstrzyga wszechogarniający pragmatyzm. On rozstrzyga także o tym, wracając do poprzedniej kwestii, że pracownicy naukowi muszą wciąż się tłumaczyć, do czego są przydatni. Być może oświeceniowy ideał praktycznego znaczenia wiedzy – nawet o religii wówczas mówiono, że ona ma sens społeczny tylko wtedy, kiedy podnosi poziom życzliwości albo moralności społecznej – dopiero teraz na dobre się zadomowił. Pozostając w matrycy wszechogarniającego pragmatyzmu, wygłupiłby się ten, kto w arkuszu aplikacyjnym o grant naukowy z humanistyki usunąłby pytanie o stosowalność badań na rzecz, na przykład, takich pytań: „Jak chcesz w czasie badań kształtować swoją duszę?” albo: „W jaki rodzaj zachwytu zamierzasz wpaść?” czy też: „Jakie wykształcenie chcesz osiągnąć?” – przecież to są odwieczne ideały humanistyki. Nie twierdzę oczywiście, że humanistyka nie ma innych celów, jak krytyczny czy emancypacyjny. Kiedy jednak pozostajemy w kręgu doświadczenia piękna czy innych istotnych wartości humanistycznych ważnych dla człowieka, nie pytamy, czemu to służy. Takiej myśli i takiego doświadczenia nie da się zbiurokratyzować. Dlatego w świetle obecnych tendencji przekształcania uniwersytetów i kierunku, w którym te przekształcenia zmierzają, wydaje mi się, że na dzisiejszych uniwersytetach jest coraz mniej miejsca na wolne myślenie. Skoro musimy kierować się pragmatyzmem ekonomicznym, konkurencyjnością – notabene jak mają konkurować ze sobą znawcy średniowiecza opracowujący stare rękopisy? – to musimy planować. A zatem musimy wiedzieć dokładnie, o czym będziemy myśleć za dwa lub trzy lata. Ja nie wiem, o czym będę myślał, bo będę myślał o tym, co mi przyjdzie na myśl. I kwestia ostatnia, która mnie osobiście najbardziej przeszkadza, mianowicie permanentna biurokracja. Wydawało się kiedyś, że informatyzacja uprości proces badań i kształcenia, natomiast w moim przekonaniu multiplikuje ona w coraz większym stopniu kolejne piętra biurokracji. Ostatnio kiedy grupa studentów poprosiła mnie o to, żeby spotykać się i dyskutować o Fenomenologii ducha Hegla, pomyślałem, że lepiej będzie spotkać się w kawiarni, tylko dlatego, by nie być zmuszonym pisać sprawozdań do komórki do spraw jakości kształcenia, komórki bolońskiej, komórki rozwoju uniwersytetu i tak dalej. Lepiej spotkać się w wolnej przestrzeni myśli, a tą przestrzenią nie jest już przestrzeń uniwersytecka.

P.N.: Czyli uniwersytet przekształcił się w swego rodzaju szkołę zawodową...

T.G.: W przedsiębiorstwo. To Gadamer dawno o tym pisał, to on określił już uniwersytety jako Betrieb. Stały się one częścią światowej przedsiębiorczości z jej efektywnością.

M.K.: Chciałabym powiedzieć coś ogólniejszego. Można wybrzydzać na tę reformę – ja sama jestem jej zdeklarowaną przeciwniczką – ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że jest ona tylko przejawem ogólniejszej zmiany cywilizacyjnej. Na płaszczyźnie bardziej politycznej – zmiany paradygmatu ustrojowego. Uniwersytet w ramach gospodarki rynkowej, gdzie kapitalizm jest czynnikiem bardziej dynamicznym niż liberalizm, o demokracji nie wspominając, nie może być tym samym, czym w był w XIX wieku, ani tym samym, czym był w PRL. Do tej pory pozostawał relatywnie odporny na tę presję nowej logiki, po czym okazał się jakby nieprzystawalny. A mówiąc ściślej, dostosowywał się do tej nowej logiki w sposób patologiczny, np. wprowadzając płatne studia zaoczne (mimo konstytucyjnej bezpłatności nauczania na wszystkich szczeblach), dzięki którym uczelnie w ogóle mogły utrzymać się przy życiu w czasie, gdy ilość studentów radykalnie się zwiększyła, a dotacje z budżetu bynajmniej, albo tolerując chałturzenie przez wielu naukowców na kilku etatach (bo ze względu na ilość studentów i nowych szkół było takie zapotrzebowanie, więc czemu sobie nie dorobić?). Powiedzmy to sobie jasno: obecny system kształcenia uniwersyteckiego i uprawiania nauki jest w Polsce chory. I z pewnością wymaga reformy – tyle że w moim przekonaniu zupełnie nie takiej, jaką się nam funduje. Mimo wszystko w tym systemie pozostało trochę ludzi szczerze oddanych nauce i – lub – nauczaniu, a zupełnie niedostosowanych do „wymogów rynkowych”. Tak czy owak, uniwersytet pozostawał do niedawna oazą, oczywiście względną, myślenia nieskomercjalizowanego lub nie całkiem skomercjalizowanego. Tymczasem sami studenci – to prawda, niestety – którzy żyją w logice rynku od przedszkola niemal, co najmniej od szkoły podstawowej i średniej, coraz częściej – oczywiście nie bez wyjątków, ale coraz częściej – mają wobec uniwersytetu oczekiwania rynkowe. Uniwersytet – wszelkie wykształcenie wyższe – ma być punktem wyjścia do zdobycia możliwie dobrze płatnej pracy. Studenci oczekują usług, które im się w dodatku jakoś bardzo konkretnie przełożą na sukces życiowy, państwo oczekuje usług, biznes oczekuje usług – w sumie wszyscy zaczynają postrzegać uniwersytet jako zwyczajnego usługodawcę, a nie żaden przybytek wiedzy stanowiącej cel w sobie. A my się dopominamy naiwnie o sferę krytycznego myślenia! Obawiam się, niestety, że jest to oczekiwanie beznadziejne. Nie wystarczy powiedzieć: „róbcie sobie dookoła, co chcecie w tym świecie, tylko dajcie nam autonomię i święty spokój na uniwersytetach – my tu będziemy rozwijać wolną myśl”. Tego rozpaczliwego apelu nikt nie potraktuje poważnie dopóty, dopóki logika tego świata jest taka, jaka jest.

P.N.: Czyli uważasz, że to już jest koniec uniwersytetu starego typu, uniwersytetu, który jeszcze dla Twardowskiego stanowił przestrzeń wolności...

M.K.: Uniwersytet był w jakimś sensie ostatnim miejscem, które tym zmianom podległo, więc ewentualna nowa zmiana, rewolucja czy kontrrewolucja, nie może się ograniczyć tylko do uniwersytetu. Aby uniwersytet mógł stać się miejscem, w którym bezinteresownie rozwija się wiedzę i krytyczne myślenie, jego tak zwane otoczenie społeczne musi te wartości cenić. Dopóki taka zmiana, takie przewartościowanie nie nastąpi, dopóty uniwersytet będzie tylko jedną z wielu rynkowych korporacji, a wiedza – by raz jeszcze zacytować Lyotarda – tylko momentem w krążeniu kapitału. Taką mam radykalną, choć w gruncie rzeczy banalną, tezę – nazwijmy ją polityczno-historiozoficzną.

T.G.: W większości jesteśmy tu filozofami. Można by zastanowić się nad tym, czy na przykład na współczesnych uniwersytetach możliwe byłyby jeszcze takie seminaria, jakie miały miejsce w Niemczech przed I wojną światową, a nawet w okresie międzywojennym – gdzie ówcześni wybitni myśliciele do południa debatowali nad dziełami filozoficznymi, po południu nad poezją. Tak przecież powstał m.in. Krąg Georgego. Czy możliwe jest jeszcze pojawienie się obszernych sum filozoficznych, jakie wówczas powstawały? Obecnie nie ma żadnych wielkich syntez, prób całościowego namysłu nad bytem, światem. Czy przypadkiem całe to myślenie, które jeszcze Wilhelm Dilthey nazywał Geisteswissenschaften, określając za