Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Hiszpańskie oliwki - Kim Lawrence, India Grey, Maisey Yates

Gorące lato, smak oliwek, wina i pomarańczy. Trzy kobiety w Hiszpanii pod urokiem przystojnych mężczyzn…   

Przygoda w Andaluzji. Santiago Silva dowiaduje się, że nowa dziewczyna jego młodszego brata to Lucy Fitzgerald, modelka znana z głośnego skandalu. Santiago przypuszcza, że jej  kolejnym celem jest majątek rodziny Silva, i stara się rozdzielić parę. Tymczasem sam wpada w pułapkę…

Hiszpańskie noce. Modelka Lily Alexander poznaje na przyjęciu Tristana, młodego  arystokratę z Katalonii. Tristan jest tak czarujący, że Lily nie potrafi się oprzeć jego urokowi. Przyjmuje jego zasady gry – spędza z nim namiętną noc, która ma być zarazem końcem znajomości. Będzie jednak burzliwym początkiem…

Zakochać się w Barcelonie. Milioner Eduardo Vega uległ wypadkowi, w którym częściowo stracił pamięć. Ma przez to problemy w prowadzeniu firmy. Może liczyć na byłą żonę, Hannah Weston, która odeszła od niego przed pięcioma laty. Hannah jest jednym z najlepszych graczy na Wall Street. Eduardo namawia ją, by przyjechała do Barcelony. Liczy na to, że kontakt z nią pomoże mu odzyskać pamięć.

Opinie o ebooku Hiszpańskie oliwki - Kim Lawrence, India Grey, Maisey Yates

Cytaty z ebooka Hiszpańskie oliwki - Kim Lawrence, India Grey, Maisey Yates

sylwetkę młodej kobiety. Była drobna i bardzo szczupła, a jej kształty niemal całkowicie skrywał długi, czarny, świetnie skrojony jedwabny sweter, pasujący do czarnych legginsów. Niewiele tak ubranych osób przyciągałoby wzrok, ale ta dziewczyna była wyjątkiem. Ramon wydał powitalny okrzyk i przecisnął się

Fragment ebooka Hiszpańskie oliwki - Kim Lawrence, India Grey, Maisey Yates

Kim Lawrence, India Grey, Maisey Yates

HISZPAŃSKIE OLIWKI

Tłumaczenie:

Przygoda w Andaluzji

Tłumaczenie: Małgorzata Dobrogojska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Lucy Fitzgerald…?

Santiago, który słuchał entuzjastycznych zachwytów brata nad jego najnowszą „tą jedyną” dość nieuważnie, teraz podniósł głowę i usiłował umiejscowić dziwnie znajome nazwisko.

– Czy ja ją znam?

Młody chłopak, stojący przed dużym lustrem w pozłacanych ramach, zawieszonym nad imponującym kominkiem, wybuchnął śmiechem i jeszcze przez chwilę podziwiał swoje odbicie, przeczesując palcami sięgające kołnierzyka, ciemne włosy.

– Gdybyś ją poznał, nigdy byś nie zapomniał. Jestem pewien, że zakochałbyś się bez pamięci.

– Na pewno nie aż tak jak ty jesteś zakochany w sobie samym, braciszku.

Ramon, niezdolny oprzeć się urokowi swojego odbicia, znów spojrzał w lustro, tym razem oceniając profil.

– Cóż, powinno się dążyć do doskonałości – odparł z udawaną powagą.

W rzeczywistości bowiem świetnie zdawał sobie sprawę, że niezależnie od doskonałości profilu i całej sylwetki nigdy nie będzie miał tego, czym dysponował jego charyzmatyczny brat i co tak nieroztropnie trwonił. Zdaniem Ramona, niezauważanie kobiet chętnych zacieśnić znajomość, było karygodne.

Jednak, pomimo tak rażącej niedbałości i częstego marnowania okazji, jego brat wcale nie żył jak mnich.

– Chyba już się więcej nie ożenisz? – spytał i natychmiast pożałował swoich słów. – Przepraszam, nie chciałem… – Niezręcznie wzruszył ramionami.

Od śmierci Magdaleny minęło już osiem lat i choć Ramon był wtedy dzieciakiem, wciąż doskonale pamiętał, jak trudny był to czas dla Santiaga. Wciąż się zdarzało, że wspomnienie imienia zmarłej żony przywoływało ten straszny wyraz pustki w jego oczach. Zresztą i tak nie mógłby zapomnieć – mała Gabriella była wiernym odbiciem matki.

Wyczuwając zakłopotanie brata, Santiago odsunął od siebie miażdżące poczucie winy i klęski, jakie wywoływała w nim każda myśl o tamtym wypadku, i zmienił temat na bezpieczniejszy.

– Zatem dzięki tej Lucy nachodzą cię myśli o małżeństwie – powiedział. – To chyba znaczy, że jest w niej coś wyjątkowego…

– Oj tak…

Żarliwość tej odpowiedzi była zaskakująca.

– Ale aż małżeństwo?

Ramon popadł w krótkie zamyślenie, ale zaraz podniósł głowę i popatrzył na brata z wyzwaniem.

– A czemu nie?

Teraz obaj sprawiali wrażenie zaskoczonych tą wymianą zdań.

Starszy brat opanował się pierwszy.

– Dlaczego nie? – powtórzył wolno. – Choćby dlatego, że masz dopiero dwadzieścia trzy lata. A jak długo znasz tę dziewczynę?

– Ty miałeś dwadzieścia jeden, kiedy się ożeniłeś.

Santiago nie chciał wracać do wspomnień, więc tylko obojętnie wzruszył ramionami. Zdawał sobie sprawę, że jego opór jeszcze podgrzeje emocje brata, a zresztą wiedział z doświadczenia, że młodzieńczy entuzjazm bywał często typowym słomianym zapałem.

– Może mi ją przedstawisz?

Wojowniczy ogień w oczach młodzieńca przygasł.

– Pokochasz ją. To niezwykła osoba. – Opisując wygląd dziewczyny, kreślił sugestywne kształty dłońmi. – Bogini.

Na tę nabożną deklarację Santiago uśmiechnął się kpiąco i sięgnął po leżącą na biurku kopertę.

– Nigdy wcześniej nie spotkałem nikogo takiego.

– Naprawdę musi być wyjątkowa. – Choć Santiago sam nigdy nie spotkał kobiety bogini, chciał sprawić bratu przyjemność.

– Czyli nie masz nic przeciwko temu?

– Zaproś ją na piątkowy obiad.

– Naprawdę? Tutaj?

Santiago kiwnął głową i zaczął przerzucać trzymane w dłoni kartki, zapisane drobnym, gęstym pismem macochy. Podobno Ramon znów wpadł w kłopoty i Santiago powinien interweniować.

– Nie wspomniałeś, że masz powtarzać drugi rok – zwrócił się do brata.

Ramon tylko wzruszył ramionami.

– Szczerze mówiąc, biologia morza nie jest tym, czego się spodziewałem.

Santiago spojrzał na niego twardym wzrokiem.

– Podobnie jak archeologia i poprzednio? Ekologia?

– Nauka o środowisku – poprawił Ramon. – Ale wierz mi, to naprawdę…

– Jesteś bystry i inteligentny, więc zupełnie nie mogę zrozumieć… – Z dużym trudem opanował frustrację. – W ogóle chodziłeś na jakieś wykłady?.

– Trochę… no tak, wiem i naprawdę zamierzam się przyłożyć. Lucy mówi…

– Lucy? – Zauważył minę brata i dodał: – Ach tak, bogini. Zapomniałem, przepraszam.

– Uważa, że wykształcenie to coś, czego nikt nie może ci odebrać.

Zaskakujące. Ta Lucy wydawała się zupełnie inna niż dziewczęta, z którymi zwykł się dotychczas spotykać jego brat.

– Nie mogę się doczekać, kiedy ją poznam.

Może Ramon potrzebował właśnie takiej mądrej kobiety, doceniającej wartość wykształcenia?

Lucy nie przejęła się specjalnie, kiedy już pierwszego dnia samochód Harriet odmówił współpracy, więc poszła do miasta piechotą. Odległość nie stanowiła problemu, dużo gorsze było palące, południowe andaluzyjskie słońce.

Tydzień późnej samochód Harriet wciąż jeszcze stał w warsztacie, a na opalonym nosie Lucy łuszczyła się skóra. Na szczęście bolesne zaczerwienienie już zeszło, a skóra odzyskała normalną, jasno brzoskwiniową karnację.

Tym razem także poszła piechotą, tyle że wybrała się wcześniej, dzięki czemu zdążyła zrobić zakupy i wrócić, zanim temperatura przekroczyła trzydzieści stopni. Dziś jednak miała na głowie bezkształtny słomkowy kapelusz, pożyczony od przyjaciółki.

Przeszła przez mostek i znalazła się na terenie posiadłości, a była dopiero dziesiąta trzydzieści. Dom był nieduży i skromnie wyposażony, za to pokryty czerwoną dachówką. Harriet wybrała to miejsce ze względu na półtora hektara porośniętego krzewami terenu. Po przejściu na emeryturę postanowiła spełnić swoje dziewczęce marzenie i założyć w Hiszpanii azyl dla osiołków.

Lucy weszła na trawiasty brzeg obok mostka i zsunęła sandały. Pierwsze zetknięcie z lodowatą wodą było jak ukłucia tysięcy igiełek, wkrótce jednak pozostała tylko przyjemność. Gładkie kamyczki były miłe w dotyku, a woda bardzo przejrzysta.

Ściągnęła kapelusz, uniosła twarz do słońca i zamknęła oczy, delektując się tym wyjątkowym przeżyciem.

Kary ogier z Santiagiem na grzbiecie wynurzył się z przyjaznego cienia sosen. Mężczyzna w zamyśleniu poklepał szyję zwierzęcia poruszającego się bezgłośnie po torfiastej ścieżce wiodącej ku bystremu strumieniowi.

Teraz już wiedział, dlaczego imię sympatii brata wydawało mu się znajome. W chwili, kiedy zobaczył dziewczynę przed sobą, błyskawicznie połączył znaną z tabloidów twarz z nazwiskiem.

Tym razem nie miała na sobie seksownej czerwonej sukienki i pantofelków na wysokim obcasie, bo taki właśnie obraz prezentowały wtedy media, ale nie było wątpliwości, że to ta sama kobieta. Kobieta, która zdaniem opinii publicznej zasłużyła na bezwzględne potępienie.

Nie zainteresowałby się tą historią, gdyby nie własne trudne przeżycia.

W jego przypadku kobieta, którą dziś ledwo pamiętał, próbowała go szantażować, ale on poradził sobie dużo lepiej niż ofiara Lucy. Santiago uważał szantaż za domenę tchórzów; z tego punktu widzenia panna Fitzgerald reprezentowała sobą wszystko, czym pogardzał.

A teraz stała tuż przed nim. Niechętnym wzrokiem taksował zgrabną sylwetkę w zwykłym bawełnianym topie i krótkiej spódniczce. Nawet jeżeli miała paskudny charakter, to ciało było warte grzechu.

Może niezupełnie w jego typie, ale nietrudno było zrozumieć, dlaczego jego brat tak łatwo stracił dla niej głowę.

No, ta kobieta z pewnością nie wywrze na Ramona pozytywnego wpływu. Z niemal czułą tęsknotą wspomniał piękne, lecz puste dziewczęta, z którymi dotychczas spotykał się jego brat. Te niegroźne miłostki nigdy nie wymagały interwencji Santiaga. Tym razem jednak to było coś zupełnie innego: nie mógł pozwolić, by brat stał się ofiarą tej kobiety.

Dlaczego upatrzyła sobie właśnie jego? Wydał jej się łatwym celem?

Czy młody zdawał sobie sprawę, kim była? Czy znał jej historię, choćby w okrojonej wersji? Kiedy wydarzył się skandal, był zaledwie nastolatkiem. A Lucy z pewnością była równie przekonująca, jak Ramon oczarowany.

W dodatku chyba była od niego starsza, choć wyglądała młodo. Rzeczywiście miała w sobie to coś i określenie „bogini” wcale nie wydawało się na wyrost. W promieniach słońca wyraźnie widział jej zgrabną, kuszącą sylwetkę.

Póki go nie zauważyła, bez skrępowania korzystał z możliwości obserwowania jej kształtów pod lekkim ubraniem. A było na co popatrzeć. Wysoka i postawna, miała długie, smukłe nogi i proporcjonalną figurę. W blasku słońca jej włosy przybrały odcień srebra… Musiał przyznać, że emanowała seksem, a jej uroda była naprawdę niepokojąca. Jeżeli chciał uchronić brata przed jej niebezpiecznym czarem, musiał działać naprawdę szybko. Któregoś dnia Ramon mu za to podziękuje.

Polerowana skóra siodła skrzypnęła, kiedy przerzucił nogę nad zadem i lekko zeskoczył na ziemię. Lucy drgnęła, obróciła się gwałtownie i zobaczyła mężczyznę. Pod słońce nie widziała szczegółów, dostrzegła jednak masywnego wierzchowca pijącego ze strumienia.

– Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć – odezwał się nieznajomy.

Pomimo świetnej angielszczyzny chyba nie był Anglikiem, bo wychwyciła cień obcego akcentu. Głos był głęboki, aksamitny… i niepokojący. Uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową.

– Nic się nie stało. Nie słyszałam, jak pan nadjechał.

Odrzuciła włosy na plecy i ruszyła w stronę brzegu, unikając stąpania po ostrych kamykach. Osiągnęła suchy piasek, wspięła się na pochyłość i stanęła twarzą w twarz z nieznajomym, wystarczająco blisko, by do jej nosa dotarł jego zapach. Nadal pogodnie uśmiechnięta uniosła głowę i popatrzyła na niego.

Był wysoki, barczysty, zgrabny i długonogi. Wyczuwała w nim siłę, surowość i żywiołowość. W świetle słonecznym twarz stanowiła zamazaną plamę i dopiero kiedy osłoniła oczy, dostrzegła coś więcej.

Rysy sprawiały wrażenie wyrzeźbionych w brązie ręką artysty pragnącego oddać kwintesencję męskości – kształtny, wyrazisty nos, szerokie czoło, mocna szczęka i wysokie kości policzkowe. Usta też sprawiały wrażenie wyrzeźbionych, z górną wargą mocną i zdecydowaną, a dolną pełniejszą, wrażliwą.

Całość musiała robić wrażenie i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że on z podobną otwartością taksuje wzrokiem ją.

Była dobra w ukrywaniu uczuć, ale trafiła na godnego przeciwnika. Z nieprzeniknionych, ciemnych oczu, ocienionych grubymi rzęsami, przywodzącymi na myśl rozgwieżdżone niebo, nie dawało się nic wyczytać.

– Skąd pan wie, że jestem Angielką?

Santiago uspokajająco poklepał konia i zawiesił wzrok na jej długich do pasa, popielato blond włosach. Na wszystkich zdjęciach widział ją uczesaną w elegancki kok, odsłaniający piękną, długą szyję i delikatny zarys kości policzkowych. Teraz wyglądała zupełnie inaczej, lecz równie urzekająco.

– Pani karnacja na to wskazuje…

Bladokremowa skóra połyskiwała opalizująco w promieniach słońca, a rumieńce na policzkach nie były skutkiem makijażu – zresztą wcale nie była umalowana. Pomimo jasnej karnacji brwi i rzęsy miała ciemne. Wargi niemal zbyt pełne przy tak delikatnych rysach, ale oczy idealne. Duże, lekko skośne, w zaskakującym odcieniu błękitu, podkreślonym ciemnym pierścieniem wokół tęczówki.

– Ach… – Lucy wsunęła kosmyk włosów za ucho i uśmiechnęła się nieśmiało, otrzymując w zamian mroczne spojrzenie.

Chyba chciał sprawiać wrażenie nieprzystępnego, ale język jego ciała wyraźnie temu przeczył.

Przesunął wzrokiem po jej sylwetce, a nieskrywana bezczelność tego spojrzenia była bardzo nieprzyjemna i fatalnie świadczyła o jego manierach.

– Mam wrażenie, że wszedł pan na cudzy teren – zauważyła sucho.

– Ja? – Sprawiał wrażenie rozbawionego sugestią. – Jestem Santiago Silva.

Czyli to ten mężczyzna był właścicielem całego terenu, również domu i ziemi dzierżawionej przez Harriet. Zresztą przyjaciółka miała o nim jak najlepsze zdanie.

– Nie wiedziałem, że mamy tu w okolicy tak sławnego, czy też może raczej niesławnego gościa. Witam, panno Fitzgerald.

Jej gwałtowne wzdrygnięcie sprawiło mu niekłamaną satysfakcję.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lucy poczuła znajomy, chłodny ucisk w żołądku, a jej rysy stężały. Jak mogła przypuszczać, że nikt jej tutaj, w Hiszpanii nie rozpozna? Świat był mały, a pojawienie się internetu jeszcze go zmniejszyło.

Wciąż powtarzała sobie, że opinia obcych osób nie ma najmniejszego znaczenia, niestety pogardliwe spojrzenia i komentarze nadal sprawiały, że miała ochotę schować się w mysią dziurę, co zresztą robiła przez ostatnie cztery lata.

Duma kazała jej podnieść głowę i hardo popatrzeć mu w oczy. Nie będzie się więcej ukrywać; nie zrobiła przecież nic złego. Nakaz sądowy był już nieaktualny, mogła się więc bronić. Do tej pory kierowało nią przekonanie, że jako niewinna ofiara nie musi się przed nikim tłumaczyć, zresztą ważni dla niej ludzie nigdy nie uwierzyli w wypisywane o niej kłamstwa.

– Gdybym wiedziała, jak ciepli, czarujący i gościnni są tubylcy, zjawiłabym się tu wcześniej – powiedziała z nieszczerym, słodko mdlącym uśmiechem, z satysfakcją obserwując rozdrażnienie swojego rozmówcy.

– I jak długo zamierza tu pani zostać?

– A co? Chciałby się pan mnie stąd pozbyć?

Odpowiedział kolejnym kamiennym spojrzeniem i nawet Lucy, przyzwyczajoną do ludzkiego potępienia, zaskoczyła tak otwarta wrogość.

Tamta sprawa miała miejsce cztery lata temu i nawet gdyby w jego opinii była tak zła, jak ją opisywano, to i tak jego oczywista antypatia wydawała się zdecydowanie na wyrost.

Zapewne wszyscy miejscowi poparliby go bez wahania. Sprawiał wrażenie przywódcy, który byłby w stanie ukierunkować przekonania lokalnej społeczności.

Odkąd tu przyjechała, wciąż coś o nim słyszała. Na podstawie tych komentarzy zbudowała sobie w wyobraźni obraz kogoś bardzo odmiennego od stojącego przed nią mężczyzny. Ten, chłodny i zarozumiały, z pewnością nie grzeszył ciepłem czy współczuciem, jakich by się z tych opisów spodziewała. Przypominał raczej autokratę, oczekującego od podwładnych pokłonów i uległości.

– Poznała już pani mojego brata – oznajmił tonem wyrzutu.

W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, ale nagle zrozumiała.

– Ramon.

Młody człowiek, który zadzwonił do domu Harriet tuż przed jej wyjściem i zaprosił ją na kolację do castillo. Na szczęście odmówiła.

Początkowo nie zauważyła ich podobieństwa. Ramon nie miał w sobie ani cienia despotycznej arogancji swojego brata. Był zwykłym, miłym chłopakiem, który bardzo im pomógł, kiedy wkrótce po przyjeździe zaczęły się kłopoty ze starym samochodem Harriet.

Od tamtej pory dwukrotnie zadzwonił do nich, a niedawno, co wspomniała z uśmiechem, pomógł jej łapać krnąbrnego osła przed wizytą weterynarza. Wylądował wtedy na brzuchu w kurzu, niszcząc eleganckie ubranie. Trudno uwierzyć, że był blisko spokrewniony z jej rozmówcą.

– Proszę się z nim więcej nie spotykać. – Polecenie zostało wydane łagodnym, nieomal konwersacyjnym tonem, pozostającym w wyraźnej sprzeczności z pobrzmiewającą w nim groźbą.

Obrót, jaki przybrała rozmowa, był doprawdy zaskakujący. Czy miał pretensję o odrzucenie zaproszenia na kolację? Czy popełniła jakieś towarzyskie faux pas? Taka ewentualność zaniepokoiła ją ze względu na Harriet. Przyjaciółka włożyła sporo wysiłku, by znaleźć swoje miejsce w tutejszej społeczności, i Lucy nie chciała jej w żaden sposób zaszkodzić.

– Ramon gdzieś wyjeżdża?

– On nie, ale pani.

Lucy powoli zaczynała tracić cierpliwość.

– Może by mi pan wyjaśnił, o co właściwie chodzi!

Przewał jej lodowatym tonem:

– Tak inteligentnej kobiecie wystarczyłoby się chwilę zastanowić. Ramon jest zbyt młody, by czerpać ze swojego funduszu powierniczego bez mojej zgody. Jego obecny status finansowy zależy całkowicie ode mnie.

– Biedny chłopak – bąknęła.

Owszem, mogła mu współczuć, tylko dlaczego jego brat uznał, że ta informacja mogła być dla niej interesująca?

– Tak więc marnuje pani czas.

– Mój czas to moja sprawa. – Wciąż nie miała pojęcia, o co właściwie chodzi w tej rozmowie.

Błysnął białym, nonszalanckim uśmiechem.

– Proponuję ograniczyć straty i znaleźć sobie lepiej rokujący obiekt.

Nadal kompletnie zdezorientowana, Lucy potrząsnęła głową.

– Nie ma pojęcia, o czym pan mówi.

Zirytowany tym pokazem niewinności, Santiago skrzywił się z niesmakiem. Wyczuwając jego nastrój, koń zaczął grzebać kopytem i parskać. Lucy bez zastanowienia postąpiła krok do przodu, żeby go poklepać, ale mężczyzna odgrodził ją od zwierzęcia.

– Nie lubi obcych – wyjaśnił krótko.

– Doskonale go rozumiem.

Santiaga kusiło, by odpowiedzieć na wyzwanie w jej oczach; ich niezwykła barwa działała mu na zmysły, ale nie dał się sprowokować.

– Wolałbym już zakończyć to spotkanie.

W gruncie rzeczy wcale nie tego chciał, bo całym sercem tęsknił za odwetem, ale… czasem trzeba zrobić to, co konieczne zamiast tego, co słuszne. Nawet jeżeli w ogóle mu się to nie podobało.

– Jeżeli wyjedzie pani natychmiast, pokryję wszystkie wydatki.

Hotel, jako jedyny taki obiekt w miasteczku, był drogi, ale poza nim było tylko kilka rodzinnych pensjonatów, a nie mógł sobie wyobrazić, by Lucy Fitzgerald zadowoliła się czymś podobnym. Był przekonany, że zamieszkała w hotelu.

Lucy pokiwała głową.

– To bardzo hojna propozycja – bąknęła. – Naprawdę uważa pan, że może stawiać mi warunki? Nadal nie mam pojęcia, o co w tym chodzi.

– Pokryję wydatki i jestem skłonny wyasygnować pewną kwotę, ale tylko – podkreślił – pod warunkiem natychmiastowego wyjazdu.

– Ale za co konkretnie chce mi pan zapłacić?

– Za opuszczenie naszych stron i zostawienie w spokoju mojego brata.

Lucy nie wierzyła własnym uszom, w ogóle cała ta rozmowa była jakaś chora. Mimo wszystko postanowiła nie dać się sprowokować. Zarzuciła torbę na ramię, odwróciła się i zaczęła oddalać.

Kiedy ją zawołał, nawet się nie obejrzała. Chwilę potem weszła na pylistą drogę, a Santiago obserwował ją z miną frustrata.

We własnym mniemaniu zachował się racjonalnie. Chciał zaproponować wysoką kwotę, a ona kompletnie go zignorowała. Takiej możliwości w ogóle nie brał pod uwagę.

Zaklął pod nosem, wskoczył na siodło i skierował konia w stronę domu. Dopiero po dłuższej chwili zaczął się zastanawiać, skąd ona się tu właściwie wzięła. Na piechotę, daleko od zabudowań? Przecież jedyny zamieszkały budynek, położony około trzech kilometrów od miejsca spotkania, wynajął angielskiej akademiczce, która postanowiła stworzyć azyl dla osłów.

Trudno byłoby sobie wyobrazić dwie bardziej różne osoby, więc ich znajomość można chyba wykluczyć. Może na kogoś czekała? I może to spotkanie wymagało prywatności…?

Kiedy dojechał do rezydencji, był już przekonany, że Lucy umówiła się na schadzkę z jego bratem.

Wściekła Lucy dotarła do bramy finca w rekordowym tempie i przystanęła przed wejściem, żeby się trochę uspokoić. Wolała, by przyjaciółka nie dowiedziała się o tym starciu.

Harriet czułaby się zobowiązana stanąć po jej stronie, a konflikt z właścicielem dzierżawionego terenu mógłby się skończyć rozwiązaniem umowy. Lucy przypuszczała, że zrobiłby to z przyjemnością.

Dlatego najlepiej będzie w ogóle nie wspominać o incydencie. Zresztą nie było powodu. Santiago nie miał pojęcia, że mieszka z Harriet, więc po prostu nie będzie wchodziła mu w drogę, zresztą wcale nie miała ochoty na ponowne spotkanie.

Podjęte postanowienie trochę ją uspokoiło. Wzięła głęboki oddech i przyoblekła twarz w pogodny uśmiech. Z dużym zaskoczeniem wyczuła wilgoć na policzkach. Najwyraźniej bezczelny typ osiągnął to, co nigdy nie udało się mediom – doprowadził ją do łez.

Harriet, zazwyczaj bystra obserwatorka, tym razem niczego nie zauważyła. Najwyraźniej nie była jeszcze w pełni sił, a ponieważ wstała wcześnie i przez czas nieobecności przyjaciółki zajmowała się zwierzętami, Lucy od razu pogoniła ją do łóżka.

Następnego ranka postanowiła zawieźć siano na dolne pastwisko. Kiedy szła przez łąkę, w bzyczenie pszczół, trzmieli i granie świerszczy wdarł się dziwny, obcy dźwięk. Kiedy dzieliła siano pomiędzy zebrane wokół niej zwierzęta, dźwięk narastał, by zakończyć się głośnym łoskotem. Zaraz potem nastała złowieszcza cisza.

Lucy porzuciła taczkę z resztą siana i rzuciła się biegiem w tamtą stronę. Ciężko dysząc, dopadła miejsca, z którego widać było drogę. Jednym rzutem oka oceniła sytuację i zrozumiała, co się stało. Duży kład ześlizgnął się z kamienistej ścieżki i teraz leżał na boku, częściowo w rowie, a częściowo w krzakach, które wplątały się pod koła. Natomiast nigdzie nie było widać kierującego. Czyżby siła uderzenia odrzuciła go gdzieś dalej?

Nie było czasu na rozmyślanie. Potykając się o kamienie i wzniecając chmurę pyłu, w kilka sekund zbiegła ze skarpy. Nadal nie widziała kierowcy kłada, a łomot przerażonego serca zagłuszał inne dźwięki.

– Jest tu kto? Wszystko dobrze? – zawołała po hiszpańsku i wtedy dobiegł ją cichy jęk.

– Nie, nie jest dobrze. Ja… – Zalał ją potok hiszpańskiego, potem stęknięcie, głębokie westchnienie i w końcu doskonały angielski.

– Ugrzęzłam. Wyciągniesz mnie?

Mała dłoń – chyba dziecięca – wysunęła się spod odwróconego kłada. Lucy uklękła i zamiatając włosami pylistą drogę, zajrzała pod spód. Leżała tam skulona ciemnowłosa dziewczynka.

– Nie powinnaś się ruszać, dopóki…

– Już się ruszałam. Nic mi nie jest, tylko kurtka mi się zaczepiła. – Rzuciła kilka hiszpańskich słów. – Już! – oznajmiła, przechodząc znów na angielski.

Lucy z trudem uniosła brzeg, a mała wyczołgała się, zakurzona, ale cała. Miała tylko niewielkie zadrapanie na policzku, a w każdym razie niczego innego nie było widać. Mogła mieć dziesięć, jedenaście lat. Usiadła na ziemi i wybuchnęła śmiechem.

– Super! – Jej oczy błyszczały radosnym podnieceniem i Lucy pomyślała, że się starzeje.

Przyszły jej na myśl młodzieńcze przygody, które w mniejszym stopniu wynikały w potrzeby adrenaliny, a bardziej z chęci zadowolenia ojca i współzawodniczenia z wyczynami starszego rodzeństwa.

– To było coś.

– Miałaś mnóstwo szczęścia. – Lucy wstała i podała jej rękę. – Ale koniecznie powinien obejrzeć cię lekarz.

Dziewczynka zerwała się energicznie, ignorując wyciągniętą dłoń.

– Nic mi nie jest. Ja… – Przerwała, a ożywienie znikło z jej twarzy, jakby dopiero teraz dostrzegła przewróconego kłada i uświadomiła sobie możliwe konsekwencje.

– Dałybyśmy radę postawić go na drodze? Jak myślisz?

Lucy potrząsnęła głową.

– Wątpię. A ty lepiej usiądź.

Bała się, że po ustąpieniu szoku mała osłabnie. Już teraz była bardzo blada.

– Chyba narobiłam sobie kłopotów. Jak mój ojciec to zobaczy, dostanie szału. Miałam na tym nie jeździć… zresztą w ogóle niczego mi nie wolno. Nawet związać sobie sznurowadła. Wiesz, jak to jest, być tak traktowanym?

– Nie. – Jej ojciec zawsze powtarzał: „Przestań biadolić, Lucy, i po prostu to zrób”.

– Muszę siedzieć w domu, bo ojciec zabrał mnie ze szkoły. Zresztą i tak wszystko mi jedno. Nie cierpię szkoły. To ojciec wciąż powtarza, jak ważna jest nauka.

Lucy, która też tak uważała, przybrała współczujący wyraz twarzy, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo dziewczynka wybuchnęła nagle:

– A Amelia wcale go nie ma!

– Czego? – Lucy starała się usilnie nie stracić wątku.

– Zapalenia opon mózgowych.

Lucy zmarszczyła brwi.

– Twoja przyjaciółka miała zapalenie opon mózgowych?

– Ona nie jest moją przyjaciółką. Ja nie mam przyjaciół.

– Jestem pewna, że tak nie jest.

– Jest, ale jak się ma takiego ojca jak mój, to nic dziwnego. Nie pozwolił mi pojechać na narty, a wszyscy pojechali, a kiedy pani powiedziała, że nie ma się czym przejmować, bo Amelia nie miała zapalenia opon mózgowych, tylko zwykłego wirusa, to co zrobił?

Lucy potrząsnęła głową. Ciekawe, cóż takiego mógł wymyślić tak obsesyjnie troskliwy rodzic?

– Wcale nie słuchał. – Zwróciła na Lucy pełne goryczy spojrzenie. – Posadził swój helikopter na boisku w środku przerwy śniadaniowej, nagadał pani i zabrał mnie stamtąd. Możesz to sobie wyobrazić?

Lucy mogła i przygryzła drgającą od śmiechu wargę.

– Spektakularne.

– Upokarzające. A teraz każe mi wrócić, kiedy zostały tylko dwa tygodnie do końca semestru.

– A co na to twoja mama?

– Mama nie żyje. – Przerwała i z obawą w oczach wpatrywała się w samochód, który w chmurze pyłu wypadł zza zakrętu drogi i zahamował gwałtownie obok nich.

Powinnam się była domyślić, przebiegło Lucy przez głowę, kiedy zza kierownicy wyłonił się rozwścieczony Santiago Silva.

Przewróconego kłada zobaczył sekundy wcześniej, zanim dostrzegł Gabby. W tym czasie przeżył piekło paniki. Mógł mieć tylko nadzieję, że dziewczynce nic się nie stało. Czuł, że jako samotny ojciec zawiódł na całej linii.

Kiedy ją zobaczył, chmurną i arogancką, ale całą, poczucie winy i smutek zastąpiła przemożna ulga, niemal natychmiast spłukana falą wściekłości. Wściekłości, która szybko zmieniła kierunek, jak tylko rozpoznał wysoką blondynkę stojącą obok córki.

Podchodząc do nich długimi krokami, z których przebijała złość, wyglądał jak mroczny anioł zemsty. Lucy nie dziwiła się, że dziewczynka jest przerażona, i objęła ją pocieszającym gestem. Powinna się była domyślić, kiedy padły słowa o helikopterze, ale jakoś nie wyobrażała sobie, że Santiago Silva mógł być żonaty i owdowieć, a co dopiero mieć dziecko.

Nie odezwał się do niej, za to lodowate spojrzenie zmroziło ją do głębi.

Obserwowała, jak kładzie dłonie na ramionach córki i przykuca, by spojrzeć jej w oczy.

– Gabby, czy ty… – Rozdarty między pragnieniem uduszenia dziecka własnymi rękoma i zmiażdżenia w niedźwiedzim uścisku, odetchnął głęboko. – Nic ci się nie stało?

Był tak widocznie przejęty, że nawet w Lucy, nieskłonnej przypisać mu ludzkie uczucia, jego szczerość nie budziła wątpliwości.

– Wszystko w porządku, tato. – Mała z bladym uśmiechem wskazała na Lucy. – Ona mi pomogła.

Zarknął na nią palącym wzrokiem, potem płynnym ruchem wstał.

– Tato…

– Poczekaj w samochodzie, Gabriello.

Dziewczynka rzuciła Lucy smutne spojrzenie przez ramię i ze zwieszoną głową wykonała polecenie.

Santiago nawet na nią nie popatrzył, tylko wyciągnął z kieszeni koszuli telefon. Hiszpański Lucy był na tyle dobry, by zrozumiała, że rozmawia z lekarzem, który miał się z nimi spotkać w rezydencji.

Nawet jeżeli w stosunku do niej zachował się jak antypatyczny bufon, z pewnością był bardzo troskliwym ojcem.

– Nie straciła przytomności ani nie jest ranna – podpowiedziała.

Wsunął telefon do kieszeni i podszedł do niej dwoma długimi krokami. Pochylił się i dopiero teraz, kiedy odpowiedział niebezpiecznie łagodnym głosem, poczuła bezmiar jego pogardy.

– Nie potrzebuję konsultacji medycznej i proszę nawet nie próbować kontaktować się z moją córką… – Znacząco zawiesił głos. – Mam nadzieję, że się rozumiemy.

Początkowa sympatia Lucy wyparowała. Nie musiała pytać, czy to groźba. Co do tego nie było cienia wątpliwości.

Spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała zimno:

– Następnym razem, kiedy ją znajdę uwięzioną pod zabawką dla dorosłych, której dziecko nie powinno dotykać, przejdę na drugą stronę drogi. O to panu chodzi, panie Silva?

– Wiem o pani na tyle dużo, że wolę chronić członków mojej rodziny przed pani toksycznym wpływem. Tym niemniej, dziękuję za pomoc udzieloną mojej córce – powiedział z wyraźnym oporem.

– Może córka nie byłaby taka skłonna łamać reguł, gdyby dał jej pan trochę luzu.

Tym razem to Santiago nie wierzył własnym uszom.

– I jeszcze udziela mi pani rad? A pani ile ma dzieci?

Ciekawe, doprawdy, skąd mu się wzięło to przekonanie o własnej wyższości?

– Cóż, gdybym jakieś miała, na pewno postarałabym się nie być zbyt zajęta, by zauważyć, że wsiadło za kierownicę kłada.

Na widok udręczonego wyrazu jego twarzy prawie pożałowała swoich słów i poczuła się winna. Zaraz jednak zdusiła oba te uczucia i to jak najbardziej słusznie, bo Santiago syknął wściekle:

– Trzymaj się z daleka od mojej rodziny, bo pożałujesz, że się urodziłaś.

Nie czekając na jej reakcję, odwrócił się i ruszył do samochodu.

Lucy dotarła do domu Harriet rozdygotana z wściekłości.

– Kochanie, co z tobą? Co się stało? – dociekała zaniepokojona przyjaciółka.

– Nic. Wszystko w porządku. Nie wstawaj – odparła Lucy, podczas gdy starsza pani usiłowała wygramolić się z fotela. – Powinnaś dużo odpoczywać i trzymać nogi wyżej, żeby nie puchły. Pamiętasz, co mówił lekarz.

Harriet opadła z powrotem w fotel.

– Pod warunkiem, że powiesz mi, co się stało.

Lucy pogroziła pięścią niewidzialnemu wrogowi.

– Ten zadowolony z siebie, świętoszkowaty typas, Silva, bardzo się myli!

Harriet sprawiała wrażenie zdezorientowanej.

– Ramon! – wykrzyknęła. – Ale to taki słodki, trochę tylko zarozumiały chłopak. Co takiego przeskrobał?

Nigdy wcześniej nie widziała swojej najinteligentniejszej studentki w takim stanie.

– Ramon…? – Lucy niecierpliwie potrząsnęła głową i podjęła wędrówkę po pokoju. – Nie, tu chodzi o jego brata.

– Santiaga? Spotkałaś go? Był tutaj?

– Tak, miałam tę przyjemność i to dwukrotnie. – Podeszła do telefonu i z determinacją wystukała numer. – Ramon? – Wzięła długi, uspokajający oddech. – Przyjmuję zaproszenie.

Potem opowiedziała Harriet całą historię. Starsza pani współczuła jej, mimo to nalegała, by potraktować Santiaga Silvę w sposób wyjątkowy.

– Po prostu popełnił błąd.

– Potraktował mnie jak dziwkę i jeszcze te groźby! – Lucy gotowała się ze złości.

– Pozwól mi wyjaśnić mu całą tę sytuację.

Lucy nadąsała się buntowniczo.

– A dlaczego w ogóle miałabym chcieć mu coś wyjaśniać?

– Ta mała to jego największy skarb, a jest okropnie samowolna. Santiago jest też ogromnie opiekuńczy wobec młodszego brata. Podobno ich ojciec zmarł, kiedy Ramon był dzieckiem, a Santiago odziedziczył castillo w młodym wieku. Nie tylko musiał od razu zabrać się do pracy, ale i narzucić swój autorytet, co nie mogło być łatwe dla młodego chłopaka i na pewno w jakiś sposób ukształtowało jego charakter.

– A to koszmarne zarozumialstwo? – wtrąciła Lucy. – Moim zdaniem, należy mu się nauczka.

– Kochanie, lepiej bądź ostrożna – łagodziła Harriet. – Podobno potrafi być bezwzględny. Co prawda, nie bardzo w to wierzę, bo ludzie zwykle zazdroszczą tym, którym się powiodło. Zresztą wiele osób bardzo go ceni. Ale biorąc pod uwagę to, co opowiadałaś…

Lucy uśmiechnęła się przebiegle.

– Bez obaw, wszystko będzie dobrze.

ROZDZIAŁ TRZECI

Choć przez jakiś czas odnosiła sukcesy jako modelka, Lucy nie miała obsesji na punkcie mody. Nie znaczyło to jednak, że nie lubiła ładnie wyglądać. Obecnie dbała przede wszystkim o wygodę; praca w stajni wykluczała obcasy. Czasem jednak, znużona brakiem urozmaicenia, otwierała szafę i przymierzała rzeczy należące do jej poprzedniego życia, kierowana nie tyle tęsknotą, ile pragnieniem poczucia się kobieco.

Lucy stanęła przed lustrem i podziwiała czerwoną jedwabną sukienkę, która podkreślała jej smukłą talię i dodawała zmysłowości kształtom.

Wygładziła dłońmi szeleszczący materiał. Fason sprawiał, że kiedy się poruszała, materiał przylegał do ud, co wyglądało niezwykle seksownie, wręcz prowokacyjnie, ale akurat to jej odpowiadało. Akurat dziś chciała prowokować!

Po czterech godzinach przymierzania i wybierania ulubionych ubrań złość wydawała się odległym wspomnieniem. W dodatku wyglądała dokładnie tak, jak chciała. Zresztą nie było już czasu na wahanie.

– O! – Ramon był pod wrażeniem. – Wyglądasz… zupełnie inaczej.

W odpowiedzi mrugnęła zawadiacko.

– Inaczej dobrze czy inaczej źle?

Roześmiał się i otworzył przed nią drzwi swojego sportowego samochodu.

– Bardzo dobrze! Ale całe szczęście, że nie wyglądałaś tak, kiedy cię pierwszy raz spotkałem.

– Dlaczego?

– Bo nie ośmieliłbym się do ciebie podejść. Dziś mam wrażenie, że jesteś poza moim zasięgiem.

– To wciąż ja. – Poczuła się niezręcznie.

Uczucia wyczekiwania i słusznego gniewu, które towarzyszyły jej na początku zaczęły słabnąć, by w końcu ustąpić miejsca zakłopotaniu i poczuciu winy.

To nie był dobry pomysł. Wręcz głupi i okrutny. Zdecydowana dokuczyć Santiagowi, nie wzięła pod uwagę uczuć tego miłego chłopca. A całe to przedstawienie z pewnością najwięcej bólu przysporzy właśnie jemu!

W miarę jak zbliżali się do bramy castillo, czuła się coraz gorzej.

– Nie zrobię tego – wymamrotała pod nosem. – Zaczekaj!

Zaskoczony Ramon zahamował tak gwałtownie, że uderzyła czołem w szybę.

– Co się dzieje? – Popatrzył na nią z troską.

To był dobry chłopak i Lucy poczuła się bardziej winna niż kiedykolwiek. Absolutnie nie mogła kontynuować tego przedstawienia, więc najlepiej było wszystko szczerze wyjaśnić.

– Wstyd mi, bo zachowałam się wyjątkowo podle.

Ramon sprawiał wrażenie denerwująco niewzruszonego jej wyznaniem.

– Nie powinnam była się z tobą umawiać. Naprawdę mi przykro, ale… nie jestem tobą zainteresowana w ten sposób.

Ramon nie okazał zaskoczenia, jakiego się spodziewała.

– Nie podobam ci się – bardziej stwierdził, niż spytał.

– Naprawdę mi przykro.

– Spokojnie, przeżyję. Tylko jestem ciekaw, dlaczego?

Nie umiała tego wyjaśnić i tylko wzruszyła ramionami. Siedzieli przez chwilę, patrząc na siebie w milczeniu i dopiero teraz dostrzegła rodzinne podobieństwo. Przypominał brata, choć nie rysami, ale skłonieniem głowy, linią włosów, zwierzęcą gibkością.

– Dlaczego do mnie zadzwoniłaś?

– Byłam wściekła i chciałam się zemścić…

– Na mnie?

– Nie, oczywiście, że nie na tobie. Ale spotkałam twojego brata, a on… on doprowadził mnie do szału.

– Santiago? – powtórzył Ramon, zaskoczony. – Doprowadził cię do szału?

Zanim zdążyła schylić głowę, zobaczył w jej wyrazistych oczach iskry gniewu.

– Tak.

Ciekawe… Zazwyczaj jego brat wywoływał w kobietach zupełnie inne uczucia.

– Kiedy go spotkałaś? Co takiego zrobił?

Opuściła szybę i wciągnęła w płuca czyste, leśne powietrze, przesycone aromatem pinii.

– Wczoraj, a drugi raz dziś rano.

Co kryło się tym mężczyźnie, że sprowokował ją do aż takiej małostkowości i mściwości? Przecież już wcześniej mówiono o niej gorsze rzeczy. Dlaczego właśnie jego opinia tak bardzo ją poruszyła?

– Wszystko i nic. Rozpoznał mnie wczoraj. Pewno nie wiesz, ale kilka lat temu…

– Chodziło o ten nakaz sądowy.

Popatrzyła na niego zdumiona.

– Znasz tę historię?

Ramon, poprawiający krawat we wstecznym lusterku, odwrócił się do niej niemal rozbawiony.

– Jasne.

– Ale skąd?

– Internet – przyznał. – Wystarczyło wprowadzić twoje dane. Właściwie chciałem tylko sprawdzić, ile masz lat, ale poza wiekiem dostałem też wiele innych informacji.

– Och – powiedziała słabo.

Jak mogła nie wziąć pod uwagę takiej ewentualności? Najwyraźniej w dzisiejszych czasach nie mogło już być mowy o prywatności.

– Czyli to wszystko – musnął palcami szeleszczący, czerwony jedwab – przygotowałaś dla Santiaga, nie dla mnie. – Choć stwierdzenie to zabrzmiało raczej filozoficznie niż boleśnie, Lucy zaprotestowała gwałtownie.

– Ależ skąd! A przynajmniej nie w ten sposób.

– Ciekaw jestem, czym on sobie na to zasłużył. Zagroził ci aresztowaniem za uwodzenie nieletnich? Wrobieniem w przestępstwo? Obiecał zapłacić, jeżeli wyjedziesz z kraju?

Lucy odwróciła wzrok, niestety, nie dość szybko, i wyraz rozbawienia znikł z twarzy Ramona.

– Nie wierzę, on naprawdę to zrobił. Próbował cię przekupić, żebyś wyjechała?

– Chciał chronić ciebie. Nic dziwnego… – Przerwała, niepewna, dlaczego staje w obronie tego człowieka.

– Zrobisz coś dla mnie? – spytał Ramon.

– To zależy – odparła ostrożnie.

– Postąpmy według twojego planu i dajmy mojemu bratu nauczkę.

Po raz pierwszy usłyszała w jego głosie gwałtowniejsze emocje.

– Był przekonany, że postępuje właściwie…

– Jednak go bronisz?

– Wcale nie – zaprzeczyła z oburzeniem. – Uważam, że twój brat to najbardziej… – Na widok wyrazu twarzy Ramona przerwała.

– Naprawdę ci dokuczył.

Nawet jemu nie chciała przyznać jak bardzo.

– Ale zgodzisz się, że przydałaby mu się lekcja?

Pokiwała głową.

– To mu ją daj. Skoro już tu jesteśmy, zrób to dla mnie – nalegał. – Jestem już zmęczony tym jego przekonaniem, że tylko on wie, co jest dla mnie najlepsze. Chciałbym, żeby choć raz potraktował mnie jak mężczyznę. Wiem, że ma dobre intencje, ale to jest okropnie upokarzające… A tym razem posunął się za daleko. Co dalej? Zamknie mnie na klucz. A w ten sposób może zrozumie, jak się czuję.

– Coś mi się zdaje, że będę tego żałować… – westchnęła.

– Co za niezwykła budowla! – Lucy siedziała oniemiała, podczas gdy Ramon otworzył przed nią drzwi samochodu. – Jaki ogromny! – Wciąż wpatrywała się w imponującą rezydencję, oświetloną strategicznie rozmieszczonymi lampami. – Przypomina mauretańską wieżę.

Ramon nonszalancko zerknął przez ramię.

– Może i tak.

Znów ogarnęły ją wątpliwości.

– Nie, nie mogę tego zrobić.

Chwycił ją za rękę i niemal wyciągnął z samochodu.

– No nie, chyba się teraz nie wycofasz? W sumie to był twój pomysł.

Zachwiała się na obcasach i oparła o niego całym ciężarem.

– Nietrafiony – wymamrotała mu do ucha.

– Może mnie przedstawisz swojemu gościowi?

Pod wpływem gładkiego jak jedwab głosu przeszył ją dreszcz. Nie odskoczyła od Ramona tylko dlatego, że przytrzymywał ją w talii.

– Dobry wieczór.

Odwróciła się akurat w chwili, gdy starszy z braci Silva w całej okazałości wynurzył się z cienia.

Usiłowała patrzeć przez niego, ale nie potrafiła oderwać wzroku od wysokiej, bardzo męskiej sylwetki w doskonale skrojonym, ciemnym garniturze i śnieżnobiałej, rozpiętej przy szyi koszuli. W tym nieformalnym stroju wyglądał dokładnie na tego, kim był, czyli despotycznego arystokratę.

Pochylił głowę w grzecznościowym geście, który nie miał służyć niczemu innemu jak tylko ukryciu drapieżnego błysku w przepastnych, ciemnych oczach.

Dopiero teraz w pełni uświadomiła sobie grozę sytuacji. Harriet ostrzegała ją przed prowokowaniem tego mężczyzny, a ona właśnie to zrobiła…

Santiago na ich widok zagotował się ze złości, ale za nic nie przyznałaby, że miało to jakikolwiek związek z zazdrością. Nie był przecież zazdrosny o brata, tylko miał mu za złe głupotę i niemożność wzniesienia się ponad kwestie cielesne i dostrzeżenia w kobiecie, którą trzymał w ramionach, czegoś innego niż tylko upajającej urody.

On sam przynajmniej potrafił spojrzeć poza swoje podniecenie, choć Lucy istotnie była ucieleśnieniem grzechu, a wrażenie pogłębiała jeszcze obcisła czerwona suknia, która, w jego ocenie, powinna być zakazana w przynajmniej kilku krajach.

– Lucy, przedstawiam ci mojego starszego brata, Santiaga. Santiago, to jest Lucy.

Popchnął ją do przodu klepnięciem w pupę, przeciw któremu w innych okolicznościach zaprotestowałaby ostro. Starannie skrywając niepokój pod maską sztucznego uśmiechu, zrobiła kilka kroków i wymamrotała słowa powitania.

Jej na wpół wyciągnięta dłoń opadła, bo Santiago nie wykazywał ochoty odwzajemnienia tego gestu. Zamiast tego pochylił się nad nią i położył jej dłonie na ramionach.

Na pozór delikatny gest skrywał siłę, którą odczuła tak wyraźnie jak jego oddech na policzku. Westchnęła i czekała w napięciu, a kiedy musnął go wargami, przymknęła oczy.

W porę przypomniała sobie jednak o swojej roli i uśmiechnęła się równie szeroko co nieszczerze, a on wciągnął w nozdrza jej zapach, lekki, kwiatowy i bardzo kobiecy.

Nagle przypomniała sobie żartobliwe słowa swojego adwokata: „Jedyny sposób oczyszczenia twojego imienia to przedstawić świadectwo lekarskie, że jesteś dziewicą”.

Teraz ujął ją za łokieć i ten dotyk nie był już wcale delikatny. Choć czuła ból, nie dała mu satysfakcji, protestując. Ramon stanął u jej drogiego boku i ruszyli ku szerokiemu łukowi schodów prowadzących do ozdobionego portykiem wejścia.

Choć czuła się bardziej prowadzona siłą niż zaproszona, z wdziękiem uniosła brzeg sukienki i weszła na pierwszy stopień.

ROZDZIAŁ CZWARTY

W tej chwili na szczycie schodów pojawiła się postać. Przez moment Lucy sądziła, że to dziecko, dopiero po chwili w świetle jednej z lamp dostrzegła sylwetkę młodej kobiety.

Była drobna i bardzo szczupła, a jej kształty niemal całkowicie skrywał długi, czarny, świetnie skrojony jedwabny sweter, pasujący do czarnych legginsów. Niewiele tak ubranych osób przyciągałoby wzrok, ale ta dziewczyna była wyjątkiem.

Ramon wydał powitalny okrzyk i przecisnął się obok Lucy.

– Carmella!

Patrząc, jak tych dwoje się wita, Lucy była bardzo świadoma ciemnych oczu Santiaga obserwujących ją z bezwzględnością drapieżnika. Postarała się przybrać wyraz pogodnej neutralności i ocenić sytuację obiektywnie. Tak obiektywnie, jak to możliwe w podobnych okolicznościach, bo obecność Santiaga wprowadzała nerwową atmosferę.

Prawdopodobnie dziewczyna o ciemnych oczach i smukłym ciele miała stanowić przeciwwagę dla niej. Były jak ogień i woda, tym bardziej że tamta nosiła płaskie skórzane balerinki, a Lucy ponad dziesięciocentymetrowe szpilki.

W porównaniu z delikatną istotą, która, nieco zakłopotana, wyłoniła się z objęć Ramona, Lucy natychmiast poczuła się za duża, niezgrabna i toporna.

– Lucy, to Carmella. Jest jak mała siostrzyczka, o jakiej zawsze marzyłem. Co tu robisz, Melly?

Dziewczyna zerknęła na Santiaga, który spytał gładko:

– Czy zawsze musi być jakiś powód?

Wciąż trzymana za łokieć, Lucy wykonała starannie zaplanowany ruch i mocno stanęła mężczyźnie na nodze obcasem. Musiało zaboleć, ale jak na prawdziwego twardziela przystało błyskawicznie opanował syknięcie i przyjął przeprosiny z lekkim skinieniem ciemnej głowy i wilczym uśmiechem, obnażającym białe zęby.

Punkt dla niej! Zadowolona z siebie, Lucy skromnie spuściła wzrok.

– Ależ jestem niezdarna!

Niezdarna! Santiago omal nie parsknął śmiechem. Akurat to określenie zupełnie do niej nie pasowało. Każdy jej ruch był uosobieniem nieskończenie zmysłowej, wręcz grzesznej gracji. Przyznawał to bez oporów, pomijając to, czego w niej nienawidził i czym głęboko pogardzał.

Lucy z niejakim trudem oderwała wzrok od swojej mrocznej fascynacji i przywitała się z dziewczyną.

Ze sposobu, w jaki drobna brunetka patrzyła na Ramona, można było wnosić, że żywi do niego wszystkie inne, tylko nie siostrzane uczucia. Biedna mała najwyraźniej szalała na jego punkcie, a Santiago nie mógł o tym nie wiedzieć. Najwyraźniej, dopóki dostawał, czego chciał, uczucia innych nie miały znaczenia. Ramon miał rację. Najwyższy czas, by ktoś potraktował go równie bezwzględnie, jak on traktował innych.

– Carmella tańczy w balecie – powiedział Ramon, przechodząc na angielski, kiedy do rozmowy włączyła się pozostała dwójka.

– W tylnych rzędach – dopowiedziała dziewczyna, skrępowana brzmiącym w jego słowach uznaniem.

Rozmawiając, przeszli przez imponujących rozmiarów hol. W innych okolicznościach Lucy zasypałaby gospodarzy gradem pytań o historię tej niezwykłej budowli.

Santiago, konferujący półgłosem z ciemno odzianym indywiduum, które pojawiło się milcząco, wymruczał:

– Dziękuję, Josefie. – Po czym odwrócił się do reszty towarzystwa. – Kolacja gotowa. Czym się zajmujesz, Lucy?

Z dużym trudem powstrzymała się, żeby nie powiedzieć: „Żyję na koszt atrakcyjnych chłopaków”.

– Na nudę nie narzekam.

– Mieszkasz w hotelu? – spytała Carmella. – Uwielbiam ich spa.

– Czy to nie tam umawiasz się zwykle z dziewczynami, Ramon? – zapytała Lucy, na chwilę wypadając z roli. – Jeżeli chodzi o mnie, mieszkam z przyjaciółką. – Pod wrażeniem tego, co zobaczyła, przerwała i z trudem powstrzymała westchnienie.

Pokój, do którego weszli, był naprawdę okazały, ozdobiony wiszącymi na kamiennych ścianach prawdopodobnie bezcennymi gobelinami. Brakowało tylko lutniarza na balkonie dla orkiestry. Na stole, uginającym się pod ciężarem sreber i kryształów, stały zapalone świece. Osobom siedzącym na przeciwległych końcach stołu trudno byłoby się porozumieć bez megafonu.

– Z przyjaciółką?

Santiago skierował pytanie do brata, nie Lucy, dla której wysunął krzesło w stosownej odległości od Ramona.

Trzy pary oczu zwróciły się na niego, ale patrzył tylko w niebieskie.

– Z jaką przyjaciółką?

– Harriet Harris – podsunął usłużnie Ramon.

Wyraz twarz Santiaga był sceptyczny, kiedy obrzucił Lucy wzrokiem pełnym wyrzutu, i zadał pytanie wprost:

– Czy to ta wykładowczyni z Cambridge?

Gdyby jej poczucie humoru zdołało przeważyć nad traumą całego tego wieczoru, byłaby naprawdę rozbawiona.

– Owszem – odpowiedziała, dodając jednocześnie w myślach: „Przepraszam, że wymykam się z szufladki, w której mnie umieściłeś”.

Prawdopodobnie w jego świecie osoby takie jak ona i Harriet nie miały prawa się spotkać.

– Skąd znasz Harriet Harris?

– Była moją opiekunką naukową w Cambridge.

Kolejny punkt. Zaskoczenie, wyraźnie widoczne w jego rysach, sprawiło jej niekłamaną radość.

– Studiowałaś w Cambridge?

Pokiwała głową, ale uśmiech nie sięgnął niebieskich oczu.

– Masz dyplom?

Dziwił się, jakby na Ziemi właśnie wylądowali Marsjanie. Lucy z przyzwyczajenia starała się raczej nie ujawniać swojej inteligencji, bo dobrze wiedziała, jak to jest być mądrzejszym od wszystkich naokoło i to bez najmniejszego wysiłku.

Przed dalszym wypytywaniem uratował ją Ramon.

– Przyjechała pomóc Harriet.

– Pomóc? – spytał Santiago. – A w czym to Harriet potrzebuje pomocy?

Miejscowa społeczność podchodziła początkowo nieufnie do starszej Angielki, która mieszkała w okolicy od dwóch lat. Wciąż jeszcze uważano ją za ekscentryczną z powodu wielobarwnych włosów i sentymentu do osłów. Jednak już zdążyła zjednać sobie ludzi dzięki udzielaniu lekcji języków i pomaganiu potrzebującym.

– Złamała nogę.

– Dios! – wykrzyknął, demonstrując coś, co można było uznać za troskę, choć Lucy przypisałaby jego reakcję patologicznej potrzebie kontrolowania. – Dlaczego nic o tym nie widziałem? Dlaczego Anton mnie nie poinformował?

Lucy nie miała pojęcia, kim był Anton, ale poczuła do niego instynktowną sympatię. Praca dla Santiaga Silvy musiała przypominać służbę u jakiegoś watażki.

– Jest w szpitalu?

Choć zarządzaniem posiadłością zajmował się jego menedżer, Santiago nie był anonimowym właścicielem. Starał się znać wszystkich dzierżawców i wzorem ojca brał aktywny udział w życiu miasteczka. Traktował swoją rolę poważnie i odpowiedzialnie i dużo na tym zyskiwał.

Pracując w finansach, łatwo stracić z oczu ludzkie twarze za kolumnami cyfr. Ale Santiago potrafił z całą wyrazistością dostrzec, jak decyzje podejmowane w sali posiedzeń wpływają na życie ludzi.

Obowiązek, słowo dziś niemodne, było mocno zakorzenione w jego świadomości. Jednak początki wcale nie były łatwe. Kiedy, wciąż pogrążony w smutku, musiał zająć miejsce ojca, miał wrażenie, że to zadanie go przerasta. Mieszkał wtedy z Magdaleną w mieście, a ponieważ była dla niego dużym wsparciem, wydawało mu się całkiem naturalne poprosić ją, by przeniosła się z nim do castillo. Nie przewidział, że weźmie tę prośbę za oświadczyny, ale po początkowym zaskoczeniu pomyślał: dlaczego nie? I tak by do tego doszło. Dopiero dziś wiedział, że wcale niekoniecznie.

– Była w szpitalu tylko przez jeden dzień. Teraz jest w domu. I nie wiń Antona. Kiedy wyjeżdżał na ślub kuzyna, obiecałem mu, że ci powiem, ale wyleciało mi z głowy – przyznał Ramon. – Zresztą nic złego się nie dzieje, skoro pomaga jej Lucy.

Wzrok Santiaga wędrował od brata do siedzącej obok niego kobiety. Żart? Nie sądził, by zrobiła coś, co mogłoby zniszczyć lakier na jej paznokciach. Odruchowo zerknął na dłoń, w której trzymała kieliszek, i zauważył, że nawet nie tknęła wina. W dodatku paznokcie miała kształtne, ale krótkie i niepomalowane, więc sceptyczny uśmieszek nie miał racji bytu. Santiago nadal jednak był przekonany, że tak delikatne dłonie nie nadają się do ciężkiej pracy przy zwierzętach.

– Harriet nie mogłaby być w lepszych rękach – zapewnił Ramon, ale Santiago powątpiewał w słuszność tego stwierdzenia.

– Panno Fitzgerald…

– Och, dlaczego tak oficjalnie? Proszę mi mówić Lucy. – Od utrzymywania sztucznego uśmiechu zaczynały ją boleć mięśnie twarzy.

Spotkali się wzrokiem. Lucy zdeterminowana nie odpuścić, aż się spociła z wysiłku. W tle słyszała głosy Ramona i Carmelli gawędzących i śmiejących się ze swobodą starych przyjaciół.

W pewnej chwili Ramon przewrócił kieliszek i brzęk szkła zabrzmiał jak wystrzał. Trudno powiedzieć, które z nich pierwsze odwróciło wzrok, jednak, ku ogromnej uldze Lucy, wypadek rozładował narastające napięcie. Westchnęła cicho i przymknęła oczy.

– Mówcie po angielsku. – Santiago zwrócił się do młodych, którzy rozgadali się po hiszpańsku. – Lucy będzie się czuła wykluczona.

Zupełnie jakby nie o to chodziło, pomyślała, i odezwała w perfekcyjnym hiszpańskim:

– Żaden problem. Potrzeba mi tylko trochę praktyki.

Kolejny punkt dla niej. Mina Santiaga była jednoznaczna.

– Mówisz po hiszpańsku?

– Trochę – odpowiedziała po angielsku.

– Lepiej niż trochę. Mówi też po francusku, włosku, niemiecku i gaelicku – poinformował brata Ramon z drugiego końca stołu.

Pokiwała głową, pod wrażeniem jego pamięci.

– Fantastyczna uroda to tylko część jej atutów. – Chłopak nie ustawał w pochwałach. – Druga to wspaniały umysł.

Uśmiechnął się szeroko do brata i wstał, by umożliwić dostęp do stołu dziewczynie, która przyszła zamieść stłuczone szkło.

– Moja rodzina jest dosyć… kosmopolityczna.

Poważne niedopowiedzenie, bo Fitzgeraldowie byli rozrzuceni praktycznie po całym świecie.

– To bardzo uprzejmie ze strony Ramona; mój hiszpański jest zaledwie podstawowy – rzuciła spontanicznie, znów zapominając, że jako ta zła, nie powinna posuwać się do uczciwości ani przyznawać do niedostatków.

Pospiesznie wycofała się z błędu, prowokując kolejny atak złości Santiaga seksownym brzmieniem głosu.

– Mam nadzieję, że podczas pobytu tutaj sporo się nauczę. – Zerknęła na nich spod opuszczonych powiek, naśladując spojrzenie, które wykorzystywała, pracując w reklamie. – Ramon jest doskonałym nauczycielem.

To nie była jeszcze otwarta prowokacja, ale Santiaga najbardziej złościł własny brak odporności na jej uwodzicielski czar.

– Ty także, querida – odpowiedział Ramon. – Dużo się od ciebie nauczyłem.

Przez moment znów zagroziło jej wypadnięcie z roli. Przygryzła wargę, żeby powstrzymać rozbawienie, bo Ramon odgrywał swoją rolę nieco zbyt entuzjastycznie. Jeżeli Santiago nabierze podejrzeń, raczej nie doceni dowcipu.

Jednym haustem wypiła cały kieliszek wina. Jeżeli ktoś zauważy jej rumieńce, przypisze to alkoholowi.

– Największa przyjemność to uczyć chętnego ucznia.

W obawie, że przesadziła, kątem oka zerknęła na siedzącego obok mężczyznę. Wciąż był spokojny, zupełnie jak wulkan tuż przed wybuchem.

– Podobno masz dużą rodzinę, Lucy?

Odpowiedziała uśmiechem. Carmella chyba pozostawała w błogiej nieświadomości tego, co rozgrywano przy stole.

– Bardzo. Mam dziewięcioro rodzeństwa. Mój ojciec miał trzy żony.

Ona była córką ostatniej.

– Ale chyba nie wszystkie naraz.

Na ton pogardliwego rozbawienia w głosie Santiaga aż się żachnęła. Niezależnie od przyjętego planu, nie pozwoli, by obrażał jej bliskich, którzy w trudnych chwilach zawsze stali za nią murem.

Co prawda, pokłóciła się z ojcem i opuściła dom zaraz po szkole, gdy odmówiła podążenia drogą, którą dla niej wybrał.

Zdecydowana pokazać, że stać ją na samodzielne wybory, zaczęła wtedy pracować jako modelka z zamiarem zaoszczędzenia na studia, ale nie spodziewała się, że odniesie tak spektakularny sukces. Dało jej to wiele radości, choć świat wybiegów nigdy nie był jej prawdziwą pasją. Zdecydowanie jednak największą frajdę sprawiała jej niezależność finansowa i związana z tym wolność.

I wciąż tak było. W jednej sprawie jej ojciec miał rację – odziedziczyła jego przenikliwość i rzutkość w interesach. Dzięki zainwestowanym wtedy pieniądzom dziś mogła wygodnie żyć. Najważniejsze było jednak to, że kiedy go potrzebowała, ojciec był zawsze przy niej, tak jak i cała rodzina. Dlatego nie pozwoli, by Santiago teraz z nich szydził.

– A ty podzielasz podejście ojca do małżeństwa?

– Zdaniem mamy jestem do niego bardzo podobna. – Wzruszyła ramionami i porzucając rolę uwodzicielki, dodała z godnością: – Mogę mieć tylko nadzieję, że odziedziczyłam te dobre cechy obojga rodziców.

Czy zaskoczyła go tymi słowami? Chyba to sobie tylko wyobraziła, bo odpowiedział ze znajomym, niemiłym uśmieszkiem, który wzbudzał w niej bunt.

– Na pewno oboje są z ciebie bardzo dumni.

Nie ulega wątpliwości, że w tej dziewczynie kryło się coś więcej, niż przypuszczał. Święcie przekonany, że usunięcie jej z życia Ramona będzie łatwe, nie zatroszczył się nawet o zapoznanie się ze szczegółami skandalu. Fundamentalny błąd. To był problem podobny do tych, które napotykał w biznesie. Niepotrzebnie potraktował go osobiście.

Nagle doznał niespodziewanego olśnienia.

– Twoim ojcem jest Patrick Fitzgerald!

– Nie wiedziałeś? – zdziwił się Ramon.

– Kim jest Patrick Fitzgerald? – spytała Carmella, a Ramon wybuchnął śmiechem.

– Melly nie czyta książek, tylko plotkarskie magazyny.

Dziewczyna dała mu żartobliwie kuksańca pod stołem, a on ze śmiechem zabrał jej talerz, na którym leżała samotna bułka.

– Uważaj, bo jeszcze przytyjesz od samego patrzenia. A mówiąc poważnie, to ojciec Lucy zajmował się wieloma zagadnieniami; można go nazwać legendą, bo był jednym z najpotężniejszych wydawców na świecie. Prawda? – Popatrzył pytająco na Lucy.

– Tata zmarł w zeszłym roku – wyjaśniła. – Był już na emeryturze.

Santiago nie mógł być z siebie zadowolony. Dlaczego nie skojarzył tego wszystkiego wcześniej? Wprawdzie nigdy nie spotkał Fitzgeralda, ale Ramon miał rację. W kręgach finansowych znano go jako legendarnego założyciela najpotężniejszego na świecie wydawnictwa, które do obecnej chwili pozostawało w rękach tej samej rodziny.

Niespodziewanie pomyślał z sympatią o człowieku znanym z zazdrosnego strzeżenia swojej prywatności. Publiczne upokorzenie córki i wywleczenie jej brudnych tajemnic musiało być dla niego piekłem.

On sam stracił rachubę bezsennych dni spędzonych na rozważaniu decyzji dotyczących córki, a Gabriella nie była jeszcze nawet nastolatką. A ponieważ mógł sobie pozwolić na rozpieszczanie córki, znał dobrze wszystkie pułapki czyhające na rodzica, który nie chciał, by jego miłość zniszczyła dziecku życie.

I jeżeli rezultat był, jaki był, to znaczyło, że Patrick Fitzgerald we wszystkie te pułapki wpadł. Gdyby dziś żył, Santiago wypytałby go, jak wychowywał swoją córkę, tylko po to, aby uniknąć jego błędów.

Trudno odgadnąć, co kierowało Lucy Fitzgerald, ale widocznie jednak nie chciwość. Zerknął na nią akurat w chwili, gdy dziewczyna z szufelką i zmiotką przystanęła przy jej krześle.

– Och! Bardzo panią przepraszam… taka piękna sukienka… Ja zaraz…

Lucy ledwie spojrzała na krwawą plamę na sukni i zerwała się z miejsca.

– Co tam sukienka! Masz rozciętą rękę!

Pospiesznie odebrała dziewczynie szufelkę i zmiotkę, a potem spróbowała zatamować krwawienie czystą serwetką.

– Naprawdę, proszę pani, nic się nie stało.

– Owszem, stało się.

Santiago znalazł się pod obstrzałem potępiającego spojrzenia niebieskich oczu, które nie mogłoby oskarżać mocniej, gdyby skaleczył dziewczynę osobiście.

– Musiało ją bardzo zaboleć, a nawet nie pisnęła.

Odwróciła się do dziewczyny, a lód w jej oczach zmienił się w troskę.

– Posłuchaj… przepraszam, jak ci na imię?

– Sabina.

– Dobrze. Sabino, uważam, że twoją ranę trzeba oczyścić, bo wciąż może tam być szkło, i założyć opatrunek.

Dziewczyna była wyraźnie zakłopotana i Lucy odwróciła się do współtowarzyszy przy stole.

– Czy ktoś mógłby mi pomóc?

Santiago zareagował pierwszy. Wstał, podszedł do dziewczyny i przemówił do niej po hiszpańsku. Lucy słuchała, ale nie była w stanie zrozumieć szybko wypowiadanych słów. Zauważyła tylko, że jego głos brzmiał teraz miło i łagodnie, a dziewczyna uśmiechnęła się i nie wyglądała już na przestraszoną. A uwaga Ramona z drugiego końca stołu wywołała nawet zduszony chichot.

Lucy wciąż przytrzymywała serwetkę na ranie, ale dziewczyna jak zauroczona wpatrywała się w Santiaga. Lucy przygryzła wargę i odwróciła wzrok. Czy była na tej planecie choć jedna kobieta, która nie przypisywała mu niezwykłych cech? Czy tylko ona jedna widziała, jaki był naprawdę?

– Proszę ją puścić, panno Fitzgerald. – Głęboki głos Santiaga wyrwał Lucy z zadumy. – Josef się tym zajmie.

Znów powiedział coś miękko do dziewczyny, zanim, wsparta na ramieniu starszego mężczyzny, wyszła z pokoju.

– Pewno chciałaby się pani doprowadzić do porządku, panno Fitzgerald? – Przyjrzał się krytycznym wzrokiem plamie krwi na jej biuście.

Właśnie zaczynał zauważać, że nic w tej kobiecie nie było oczywiste. Zniszczyła drogą sukienkę, a skoro była egoistyczną materialistką, powinna się rozzłościć. Tymczasem zajmowała się nie sobą, tylko skaleczoną dziewczyną. Może więc nie była aż taka zła…

Lucy nie mogła znieść jego badawczego spojrzenia, więc chętnie skorzystała z pretekstu, by się od niego uwolnić.

– Bardzo chętnie – odpowiedziała skwapliwie i pospieszyła do drzwi.

ROZDZIAŁ PIĄTY

W samotności zdołała odzyskać opanowanie i spytać kogoś ze służby o łazienkę. Kiedy już się tam znalazła, podstawiła dłonie pod strumień wody i spróbowała pomyśleć racjonalnie.

W końcu poczuła się trochę lepiej i spojrzała na swoje odbicie w lustrze nad marmurową umywalką. Sztuczne oświetlenie podkreślało bladość, a nie miała nawet torebki, żeby poprawić makijaż. Westchnęła i zajęła się zmywaniem plam z ubrania i ciała.

Niechętna opuścić bezpieczne schronienie, oparła się plecami o chłodną ścianę. Potrząsnęła głową, wciąż jeszcze oszołomiona. Nie miała pojęcia, dlaczego tak dziwacznie reagowała na całą tę sytuację. Przecież powinna się spodziewać, że tak właśnie ją oceni.

Nie miała pojęcia, jak długo tam stała, zanim nieśmiało zapukano do drzwi, a potem ktoś zawołał ją po imieniu.

– Chciałem tylko zapytać… Wszystko w porządku, Lucy?

Wyprostowała się, odetchnęła głęboko i otworzyła drzwi. Wyraźnie zaniepokojony Ramon cofnął się o krok.

– W porządku – odparła, zmuszając się do uśmiechu. – Przepraszam, że tak długo, ale twój brat… Niby wiem, jaki jest, ale jakoś zawsze udaje mu się wsadzić mi szpilę. Nie chcę być już dłużej osądzana – dokończyła ze znużonym westchnieniem.

Ramon najwyraźniej dręczony wyrzutami sumienia, objął ją pocieszającym gestem.

– To moja wina. Nie powinienem był cię o to prosić, ale też nie spodziewałem się, że Santiago będzie taki…

Zsunął dłonie z jej ramion, ale wciąż ją lekko przytrzymywał. Lucy wzruszyła ramionami.

– Naprawdę jest mi obojętne, co twój brat o mnie myśli, ale kiedy zaczął się wyżywać na mojej rodzinie, przestało być zabawnie.

– Rozumiem – odpowiedział, a potem delikatnie dotknął jej czoła.

– Oj, masz tu siniaka. Nieźle się uderzyłaś.

Santiago stał na balkonie dla orkiestry, wpatrzony w parę poniżej. Napięty jak struna, nasłuchiwał ich cichych głosów, ale nie mógł rozróżnić słów. Jednak słowa nie były potrzebne, by zauważyć intymność tych dwojga. Paląca zazdrość nasiliła się gwałtownie, gdy Ramon delikatnie dotknął czoła dziewczyny.

– Spróbuję wytrwać w roli – obiecała Lucy Ramonowi. – Ale tylko ten jeden raz.

Wróciła do stołu z pewną obawą, ale dalszy ciąg posiłku przebiegł mniej więcej normalnie, choć Lucy wciąż czuła na sobie wrogi wzrok Santiaga i przez cały czas w bolesnym napięciu czekała, kiedy ją zaatakuje. Oczywiście, jak zwykle w momentach zdenerwowania, paplała jak idiotka, aż w końcu ją samą rozbolała od tego głowa. Potem nawet nie umiała sobie przypomnieć, o czym właściwie mówiła, i tak chyba było lepiej.

Santiago przeprosił i wstał od stołu jeszcze przed kawą, co Lucy wykorzystała skwapliwie, by też opuścić towarzystwo. Noc była przepiękna. Odetchnęła pełną piersią, przepełniona ulgą, że koszmar już się skończył.

Ramon, który miał ją odwieźć, przystanął, by pomówić z kimś, kto wyłonił się zza domu, ale Lucy nawet nie starała się zrozumieć, o czym rozmawiali.

Wolała cieszyć się tym, że wydostała się z tego okropnego miejsca i z zasięgu znienawidzonego mężczyzny i próbować zapomnieć, że cały ten wieczór w ogóle miał miejsce.

Wkrótce wróci do swoich zajęć i wyrzuci braci Silva z pamięci. Bo przecież wplątała się w całą tę sytuację właściwie przez przypadek. Obrażano ją i wcześniej, ale nigdy nie zniżyła się do poziomu swoich prześladowców. Po prostu milczała i starała się zachowywać godność. Zresztą to były sprawy Ramona. Skoro nie podobało mu się postępowanie brata, powinien z nim pomówić.

– Poczekaj w samochodzie. – Odruchowo złapała rzucone przez Ramona kluczyki.

– Dlaczego?

– Pilny telefon, a Santiago gdzieś zniknął. Zaraz wrócę. – Ramon pobiegł za znikającym za drzwiami domu mężczyzną.

Popatrzyła na rozświetlone okna przypominające śledzące oczy. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna, który podobno gdzieś zniknął, obserwuje ją właśnie z któregoś z tych okien.

Zadygotała, ale wolała przypisać to chłodnemu, nocnemu powietrzu. Zamiast czekania w samochodzie, wybrała przechadzkę. Przecięła zadbany trawnik, a kiedy usłyszała chlupot wody, poszła w tamtą stronę i odkryła nie staw, jak się spodziewała, ale rzeczkę.

Przystanęła na drewnianym mostku, oparła się o poręcz i popatrzyła w ciemną wodę. Wydarzenia wieczoru wracały do niej natrętnie. Może nie była to najgorsza noc w jej życiu, ale prawie. Był w tym wszystkim tylko jeden plus – wieczór już się skończył i mogła mieć nadzieję, że już nigdy więcej nie zobaczy Santiaga Silvy.

Przechyliła się nad poręczą, obserwując liść, który płynął z prądem i wkrótce zniknął, dążąc ku swojemu przeznaczeniu.

W Santiagu, który przyszedł tu za nią, ten jej ruch wzbudził pożądanie, ale i obawę. Tę kobietę w dziwny sposób przyciągała woda i mostki.

– Jeżeli zamierzasz skoczyć, na mnie raczej nie licz.

Cofnęła się błyskawicznie i stanęła naprzeciw swojego prześladowcy. Wyglądał raczej posępnie, choć i niezwykle przystojnie w świetle księżyca.

– Nie potrzebuję ratunku.

– To nie była propozycja, tylko informacja.

– Wiedz, że pływam jak ryba.

– Tak, już wcześniej to zauważyłem.

– Jestem spod znaku Ryb. Może to dlatego. Ale nie miałam zamiaru skakać.

– Nie?

– Czy mi się wydaje, czy jesteś rozczarowany?

Uśmiechnął się przelotnie i obrzucił ją mrocznym spojrzeniem, pod wpływem którego zalała ją fala gorąca. Zdegustowana, zganiła się w duchu za zachowanie godne rozgorączkowanej nastolatki.

– A gdybym cię wrzucił do wody, zamienisz się w syrenę i odpłyniesz?

Rzeczywiście wyglądała jak zmysłowa syrena, w tej obcisłej sukni, z burzą wysrebrzonych światłem księżyca włosów. Jedna z tych, które wabią mężczyzn i wciągają w mroczną toń. Wyrwie Ramona z kręgu jej oddziaływania, choćby musiał w tym celu poświęcić siebie.

Kiedy ruszył w jej stronę, zacisnęła dłonie na drewnianej poręczy. Jak na tak masywnego mężczyznę poruszał się zaskakująco miękko i cicho, niczym dziki kot podchodzący zwierzynę.

Mogła go nie lubić, ale otaczająca go aura drapieżnego erotyzmu działała zniewalająco. W końcu stanął obok niej i także położył dłonie na poręczy. Ukradkiem odsunęła rękę, żeby jej przypadkiem nie dotknął.

– Moja obecność chyba ci nie przeszkadza? – Nie spuszczał z niej uważnego wzroku.

– Chciałbyś tego, prawda?

Leniwy uśmiech świadczył niezbicie, że doskonale wie, jak ona się czuje w jego obecności, i w tej chwili nienawidziła go mocniej niż kiedykolwiek.

– Szedłeś za mną? – spytała bez tchu, zła na siebie za przesadną reakcję.

– Spacer przed snem to mój codzienny zwyczaj. A skoro się spotkaliśmy, mamy okazję porozmawiać w cztery oczy…

– Nie mamy o czym, zresztą nie lubię być manipulowana. Nie było żadnego ważnego telefonu, prawda?

– Ależ był. Przypuszczam, że rozmowa potrwa z pół godziny.

– Przypuszczasz czy wiesz?

Znów ten leniwy, bezczelny uśmiech. Czy przejrzał ich porozumienie?

– Daj spokój, po co to całe przedstawienie?

Odważnie zrobiła krok w jego stronę, wyzywająco oparła dłonie na biodrach i uśmiechnęła się szeroko. Przekora kazała jej nie odwracać wzroku, a jego czarne źrenice zdawały się mieć hipnotyzującą moc. Gdzieś niedaleko rozległ się krzyk sowy. Atmosfera zagęściła się nagle i Lucy poczuła, że tonie. Starała się, jak mogła, sprawiać wrażenie swobodnej i nie uciekać przed jego spojrzeniem. Wyglądał na typa, któremu ludzki strach sprawia satysfakcję.

I było w nim coś, czego nie umiała nazwać. Emanował męskością i jakąś żywiołową siłą, w obliczu której wysychały jej wargi i miękły kolana. Nie chciała teraz analizować swoich uczuć, nakazała sobie tylko oddychać głęboko.

Santiago nie odrywał od niej wzroku i obserwował grę emocji w jej rysach. Już od dawna marzył, by dotknąć jej jedwabistej skóry. Nigdy w życiu nie pragnął kobiety aż tak mocno i zachowanie opanowania sprawiało mu coraz większą trudność.

Lucy była już bardzo zmęczona tą konfrontacją. W dodatku porządnie przemarzła.

Objęła się ramionami i potarła je dłońmi, próbując choć trochę się rozgrzać.

Na ten widok Santiago zmarszczył brwi.

– Zmarzłaś.

Pomyślała, że tylko udaje troskę po to, żeby ją zmiękczyć. Ale ona nie była z rodzaju drobnych i delikatnych. Nigdy nie zazdrościła tym kruchym istotom, przy których mężczyźni czuli się tak silni i męscy.

– Poszukaj w tym dobrych stron – zaproponowała. – Gdybym tak dostała zapalenia płuc… twój problem sam by się rozwiązał.

– Nie bądź głupia – burknął.

Ale wcale głupia nie była, a dzisiejszy wieczór pokazał jasno, że jej nie docenił.

Zdjął marynarkę i podał jej. Pod spodem miał białą koszulę z delikatną srebrną nitką i w świetle księżyca można było pod nią dostrzec zarys atletycznej sylwetki.

– Zebrało ci się na żarty.

Jego twarz była teraz w cieniu, ale smuga księżycowego blasku oświetlała resztę ciała.

– Zwykła grzeczność to dla ciebie żart?

– Skoro przez cały wieczór byłeś dla mnie niewyobrażalnie niegrzeczny, to tak.

Oparła dłonie na biodrach i popatrzyła na niego wyzywająco.

– I wiesz co? Żal mi ciebie.

– Tak? – spytał znudzonym tonem. – Ciekawe, dlaczego?

– Bo ludzie tacy jak ty…

– Tacy jak ja?

– O, przepraszam, zapomniałam, nie ma ludzi, takich jak ty; ty jesteś wyjątkowy. – Początkowo uśmiechała się kpiąco, potem dodała już bez uśmiechu, za to z miażdżącą pogardą: – Chociaż nie. Skoro uszczęśliwia cię mieszkanie w pałacu i góra pieniędzy, nie ma w tym nic wyjątkowego.

– A ty pochodzisz z biednej dzielnicy i musiałaś kombinować, żeby przeżyć? Nie sądzę.

– Ja nie mieszkam w castillo.

– Ale i nie pochodzisz z rodziny biedaków.

– Nie wciągaj w to mojej rodziny – ostrzegła zimno.

Zdaniem Santiaga to zakrawało na kpinę.

– A ty? Pomyślałaś kiedy, jak bardzo musiało ich dotknąć twoje postępowanie? Jak się poczuli, widząc, że posługujesz się swoim ciałem i urodą jak bronią?

Oskarżenie zabrzmiało tak absurdalnie, że aż się roześmiała.

– Co mogę powiedzieć? Widocznie już taka jestem płytka.

– Jesteś…

Bez ostrzeżenia przyciągnął ją do siebie, przytrzymując za kark i włosy. Szarpnęła się w panice, ale kiedy ją pocałował, opór zaczął słabnąć. Jego wargi były gorące i kuszące, była w tym pocałunku jednocześnie niezwykła czułość i dziki głód. Przez dłuższą chwilę trwali oderwani od świata, a potem Santiago puścił ją i cofnął się o krok. Do Lucy dopiero teraz dotarło, co się stało. Potrząsnęła głową w niemym zaprzeczeniu i stała, patrząc na niego, niezdolna zaakceptować uczucia, jakie w niej obudził.

On też milczał, a cienie na jego twarzy czyniły ją tylko jeszcze bardziej fascynującą. Już samo patrzenie na niego sprawiało, że pragnęła go dotknąć.

– Uważasz, że to coś znaczy? – rzuciła wyzywająco.

– Tylko tyle, że dobrze by nam było w łóżku.

Nagle przestraszona, odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę domu.

Ramon znalazł ją w samochodzie. Długo przepraszał, że musiała czekać i chyba nie zauważył nic niezwykłego w jej milczeniu.