Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hiszpańskie oczy - Maria Nurowska

Annę i jej córkę poznajemy podczas wizyty u psychologa. Kobiety próbują rozwikłać problem Ewy - bulimię. Aby jednak dziewczyna mogła w pełni wyzdrowieć, konieczna jest terapia - toksyczna miłość musi przerodzić się w uczucie, którym kobiety nie będą się wzajemnie ranić. Czy możliwe jest, żeby córka powtarzała los matki? Jak bardzo młodzieńcze traumy determinują życie nasze i naszych bliskich? Hiszpańskie oczy to powieść o trudnej miłości, dojrzewaniu, zagubieniu, akceptacji i cierpieniu. Losy bohaterki Nurowskiej wtłoczone są w tryby historii, która odciska na jej psychice i późniejszym życiu ślady nie do zatarcia.

Opinie o ebooku Hiszpańskie oczy - Maria Nurowska

Fragment ebooka Hiszpańskie oczy - Maria Nurowska

Co­py­ri­ght © by Ma­ria Nu­row­ska, 2010 Wy­da­nie V War­sza­wa 2010

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

MA­RIA NU­ROW­SKA

au­tor­ka po­wie­ści i dra­ma­tów. Wy­da­ła po­nad dwa­dzie­ścia ksią­żek, m.in. Post­scrip­tum (1989, wzno­wio­ne ostat­nio pt. Wy­bór Anny), Li­sty mi­ło­ści (1991), sagę Pan­ny i wdo­wy (1991–1993), Ro­syj­skie­go ko­chan­ka (1996), Tan­go dla troj­ga (1997), Mi­ło­śni­cę (1999), Nie­miec­ki ta­niec (2000), opo­wieść bio­gra­ficz­ną o Ry­szar­dzie Ku­kliń­skim Mój przy­ja­ciel zdraj­ca (2004), try­lo­gię ukra­iń­ską: Imię two­je… (2003), Po­wrót do Lwo­wa (2005), Dwie mi­ło­ści (2006) oraz wspo­mnie­nia Księ­życ nad Za­ko­pa­nem (2006). W 2008 roku na­kła­dem W.A.B. uka­za­ła się książ­ka bio­gra­ficz­na An­ders, w 2009 – po­wieść Spra­wa Niny S. Po­wie­ści Ma­rii Nu­row­skiej zo­sta­ły prze­tłu­ma­czo­ne na dwa­na­ście ję­zy­ków, w tym chiń­ski i ko­re­ań­ski. We Fran­cji i w Niem­czech były be­st­sel­le­ra­mi.

Chy­ba nie mogą być gor­si niż Niem­cy – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na i wszyst­kie gło­wy zwró­ci­ły się w jej stro­nę.

Po­ciąg stał na bocz­ni­cy, spo­ry ka­wał od sta­cji, ale w War­sza­wie, więc jej sło­wa wy­da­ły się nie­zro­zu­mia­łe.

– Kto? – pa­dło py­ta­nie.

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się iro­nicz­nie i od­wró­ci­ła gło­wę.

Tego dnia rano do miesz­ka­nia mo­jej ciot­ki na Kru­czej we­szło „dwóch po­dej­rza­nych cy­wi­lów”, jak któ­raś z nas dow­cip­nie za­uwa­ży­ła. Wszyst­kie zna­la­zły­śmy się tu w po­dob­ny spo­sób, przy­wie­zio­ne wil­ly­sem. W taki sam spo­sób do­wo­żo­no męż­czyzn, lo­ko­wa­no ich jed­nak w od­dziel­nych wa­go­nach. Ciot­ka spy­ta­ła: „O co cho­dzi?” Cy­wi­le od­po­wie­dzie­li, że mam udzie­lić kil­ku wy­ja­śnień. Za­mel­do­wa­na by­łam we Lwo­wie, my­śla­ły­śmy więc, że to o to cho­dzi. Nie za­bra­łam żad­nych rze­czy, a oni od razu przy­wieź­li mnie tu­taj. Spo­tka­łam wie­lu zna­jo­mych, wszy­scy z po­wsta­nia. W ja­kiś ab­sur­dal­ny spo­sób się ucie­szy­łam, że tylu nas prze­ży­ło… W moim wa­go­nie na­strój był do­bry, dow­cip­ko­wa­ły­śmy, dzie­li­ły­śmy się wa­łów­ką, któ­rą co prze­zor­niej­sze z nas za­bra­ły ze sobą. Po­go­da była ład­na, jak zwy­kle na po­cząt­ku je­sie­ni. Na na­sy­pie ko­le­jo­wym stał rząd wy­so­kich to­pól, a przez ich żółk­ną­ce li­ście prze­świe­ca­ły pro­mie­nie lek­ko za­mglo­ne­go słoń­ca. Drzwi wa­go­nu to­wa­ro­we­go były na oścież otwar­te, tło­czy­ły­śmy się w nich, wy­sta­wia­jąc twa­rze do ane­micz­ne­go słoń­ca, nie­któ­re dziew­czy­ny prze­ko­ma­rza­ły się z naj­bliż­szym „mę­skim wa­go­nem”, tam też wi­dzia­ło się same mło­de twa­rze. Na­strój je­sien­nej ma­jów­ki ze­psu­ła ta dziew­czy­na. Ona jed­na nie bra­ła udzia­łu w pa­pla­ni­nie.

– Kto? – pa­dło py­ta­nie.

Nikt nie od­po­wie­dział. Z na­sta­niem zmro­ku drzwi wa­go­nów za­czę­to za­my­kać i plom­bo­wać. Ro­bi­li to pra­cow­ni­cy ko­le­jo­wi, ale w to­wa­rzy­stwie męż­czyzn z ka­ra­bi­na­mi; jak usły­sza­łam, byli to so­ki­ści. Kto więc wy­sy­łał nas w tę po­dróż, Pol­skie Ko­le­je Pań­stwo­we?

Czę­sto wra­ca­łam my­ślą do tego dnia. Nikt nas wła­ści­wie nie pil­no­wał, dla­cze­go więc tak grzecz­nie prze­sie­dzie­li­śmy cały boży dzień w otwar­tej pu­łap­ce? Przed­tem by­li­śmy żoł­nie­rza­mi, prze­szli­śmy pie­kło po­wsta­nia, a po­tem więk­szość z nas obóz w Prusz­ko­wie i trans­port na za­chód. Już raz ska­ka­łam z ja­dą­ce­go po­cią­gu, wró­ci­łam do War­sza­wy. I po co? Żeby po raz dru­gi po­zwo­lić się przy­wieźć na dwo­rzec. Po­wie­dzia­no mi coś zu­peł­nie in­ne­go, a mimo to po­słusz­nie wsia­dłam do by­dlę­ce­go wa­go­nu. Nie umiem tego wy­tłu­ma­czyć, czy zro­bi­łam to, bo zo­ba­czy­łam zna­jo­me twa­rze? A gdy­bym wy­sko­czy­ła i po­bie­gła w po­przek to­rów? Czy ktoś by do mnie strze­lał? Nie do­wiem się tego nig­dy. Po­ciąg wid­mo ru­szył, wraz z in­ny­mi uwo­żąc mnie w nie­zna­ne…

Mój pry­wat­ny ra­chu­nek su­mie­nia za­czy­na się zwy­kle od sce­ny po­dró­ży na Wschód. Ona otwie­ra­ła nowy roz­dział w moim ży­ciu, bo cho­ciaż ma­jąc pięt­na­ście lat, czu­łam się do­ro­sła, do­ro­sła nie by­łam. To, że wi­dzia­łam śmierć lu­dzi, a po­tem po­wol­ną śmierć mia­sta, wła­ści­wie mnie we­wnętrz­nie nie zmie­ni­ło. Ja tyl­ko ocie­ra­łam się o kosz­mar, któ­ry z wol­na za­czął mnie opa­no­wy­wać w trak­cie tej po­dró­ży przez pół Eu­ro­py i Azję. Po­dró­ży z przy­stan­ka­mi, któ­re były dla nas jak sta­cje dro­gi krzy­żo­wej. Wie­lu z nas już tam po­zo­sta­wa­ło. Po­ciąg za­trzy­my­wał się tyl­ko na ma­łych dwor­cach, z któ­rych przed­tem usu­wa­no lu­dzi. Wy­pę­dza­no nas z wa­go­nów, ubra­nie trze­ba było od­dać do de­zyn­fek­cji, a nas kie­ro­wa­no do łaź­ni. Po­cząt­ko­wo była to ulga, ale w mia­rę wjeż­dża­nia w kra­inę wiecz­ne­go mro­zu było to co­raz bar­dziej nie­bez­piecz­ne. Łaź­nia za­czy­na­ła się ko­ja­rzyć z czymś naj­gor­szym. Pusz­cza­no nam na gło­wy lo­do­wa­tą wodę, a po­tem trze­ba było wkła­dać wil­got­ne ubra­nie, któ­re czę­sto za­ma­rza­ło jak pan­cerz. W wa­go­nach za­czy­na­ło ro­bić się co­raz luź­niej. Tru­py po pro­stu wy­rzu­ca­no z po­cią­gu. W ten ma­ka­brycz­ny spo­sób kom­ple­to­wa­łam so­bie ubra­nie na zimę. Wy­szłam z domu w let­niej su­kien­ce, był cie­pły wrze­śnio­wy dzień.

Przy­szedł ten le­karz. Wy­dał mi się sta­now­czo za mło­dy, by zro­zu­mieć mój pro­blem. Czy ra­czej pro­blem mo­jej cór­ki. Spy­ta­łam, czy orien­tu­je się, o co cho­dzi.

– O przy­pa­dek cięż­kiej de­pre­sji.

– De­pre­sji? – nie umia­łam ukryć zdzi­wie­nia. – To ra­czej ro­dzaj sa­mo­uni­ce­stwia­nia bez po­wo­du.

– Za­wsze jest ja­kiś po­wód.

Czy tym po­wo­dem mo­gło być dziec­ko? Od jego po­ja­wie­nia się z Ewą za­czę­ło się dziać coś nie­do­bre­go. Nie umia­łam tego w porę opa­no­wać, czy też nie by­łam w sta­nie. Cho­re drze­wo ro­dzi dzi­kie owo­ce. Może dla­te­go urok mo­je­go wnu­ka jest tak nie­opi­sa­ny, jak nie­opi­sa­ny jest jego upór. Małe za­wzię­te zwie­rząt­ko do­pro­wa­dza­ją­ce czło­wie­ka do roz­pa­czy. Tym czło­wie­kiem naj­czę­ściej je­stem ja. On ma do­pie­ro trzy lata, ale wy­czu­wa moją sła­bość. Kie­dyś do­pro­wa­dził mnie do łez. Pierw­szy raz zo­ba­czy­łam wte­dy strach w jego oczach. Ro­zej­rzał się, jak­by w po­szu­ki­wa­niu ra­tun­ku, a po­tem rzu­cił się na pod­ło­gę i wczoł­gał pod łóż­ko. Ro­ze­śmia­łam się, ale mój śmiech nie brzmiał pew­nie. Bar­dzo je­ste­śmy do sie­bie po­dob­ni, nie ma oso­by, któ­ra nie od­ga­dła­by na­sze­go bli­skie­go po­kre­wień­stwa, naj­czę­ściej bio­rą mnie za jego mat­kę. Ma taki sam ko­lor wło­sów jak ja, ja­sny, o od­cie­niu po­pie­la­tym, i moje nie­bie­skie oczy, na­wet ich tro­chę sko­śny wy­krój. Ale tyle w nim ob­ce­go. Ewa czę­sto wy­da­je mi się bliż­sza, cho­ciaż nie je­stem pew­na, czy umiem ją ko­chać. A to dziec­ko ko­cham w ja­kiś nie­zdro­wy, sza­leń­czy spo­sób. Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że gdy­by obok mnie był męż­czy­zna, dziec­ko pa­trzy­ło­by na mnie in­ny­mi ocza­mi. Nie umiem tego bli­żej wy­ja­śnić. Prze­cież mój wnuk jest za mały, by oce­niać moją ży­cio­wą sy­tu­ację. On oce­nia je­dy­nie mnie, on się ze mną mie­rzy. I wy­gry­wa. Już wy­gry­wa. Kil­ka dni temu znisz­czył mi sztucz­ne rzę­sy, któ­re ktoś przy­wiózł z Pa­ry­ża. By­łam przy tym, wi­dzia­łam, jak je po ko­lei od­ry­wa. Mó­wi­łam: „Zo­staw to, sły­szysz!” – ale nie po­de­szłam i nie ode­bra­łam mu ich. Po­my­śla­łam tyl­ko, że moja sa­mot­ność jest ka­ta­stro­fą. I była w tym pre­ten­sja do ko­goś, kto nie ist­nie­je. Tego ko­goś nie ma, bo zro­bi­łam wszyst­ko, żeby go nie było. W mę­skich ra­mio­nach szu­ka­łam fi­zycz­ne­go speł­nie­nia, wy­obra­ża­jąc so­bie, że inne nie ist­nie­je. Z pew­ną wyż­szo­ścią my­śla­łam na­wet o ko­bie­tach, któ­re mia­ły jesz­cze ja­kieś złu­dze­nia. Ktoś mi kie­dyś wy­ja­śniał, że oko owa­da jest in­a­czej zbu­do­wa­ne niż oko ludz­kie. Owad wi­dzi nas jako cień albo jako za­rys. W mo­ich kon­tak­tach z męż­czy­zna­mi za­wsze pa­mię­ta­łam, że oni wi­dzą mnie in­a­czej, dla jed­nych je­stem cie­niem, dla in­nych za­ry­sem, i roz­po­zna­ją mnie tyl­ko w tym kształ­cie. To nie­waż­ne, jaka na­praw­dę je­stem, waż­ne, że mam na so­bie zna­jo­mą su­kien­kę w krop­ki, bo ona im się utrwa­li­ła na siat­ków­ce.

– My­ślę, że ona już nie przyj­dzie – mó­wię do le­ka­rza. – Prze­pra­szam. Może za­dzwo­nię do pana…

– Mogę jesz­cze po­cze­kać – od­po­wia­da.

– Ale…

– Mam prze­czu­cie, że jed­nak przyj­dzie.

Cie­ka­we, le­karz kie­ru­je się prze­czu­cia­mi. Może w jego spe­cjal­no­ści to cał­kiem na­tu­ral­ne.

Każ­da wzmian­ka o przy­szło­ści wpra­wia­ła mnie w po­płoch. Przy­szłość nig­dy dla mnie nie ist­nia­ła, za­wsze była tyl­ko ta ucie­ka­ją­ca chwi­la. Usi­ło­wa­łam so­bie tłu­ma­czyć, że wol­ność wy­klu­cza wszel­kie związ­ki, a to one mnie prze­cież sku­ły. Tych dwo­je de­cy­du­je nie tyl­ko o moim ży­ciu, lecz tak­że o mo­ich na­stro­jach. Mo­men­ty ulgi za­leż­ne są od sy­tu­acji w alei Rey­mon­ta, któ­ra de­cy­du­je, jak się bę­dzie wio­dło na uli­cy Odyń­ca. Nie li­czy się już nic, żad­na pre­mie­ra, żad­na do­bra re­cen­zja. Ja też już prze­sta­ję się li­czyć, na­wet sama dla sie­bie.

Wcho­dzi Ewa.

– Prze­pra­szam, spóź­ni­łam się – mówi.

Za­wsze to lek­kie zdzi­wie­nie, że tak wy­glą­da moja cór­ka. Nie jest po­dob­na ani do mnie, ani do ni­ko­go z mo­jej ro­dzi­ny. Trój­kąt­na twarz, któ­rej cen­tral­nym punk­tem są oczy, za duże i za ko­lo­ro­we. Bar­wa oczu mo­jej cór­ki przy­po­mi­na owoc gra­na­tu. Ja­kiś zna­jo­my z Ame­ry­ki, wi­dząc nas ra­zem, za­wo­łał:

– Z kim to pani zgrze­szy­ła?

Dow­cip ty­po­wo ame­ry­kań­ski, trze­ba przy­znać. Te­raz mó­wię:

– Za­wsze się spóź­niasz.

A ona od­po­wia­da:

– I za­wsze prze­pra­szam.

Moje sło­wa, jej sło­wa, jej py­ta­nia, moje od­po­wie­dzi. I słu­chacz. Ostat­nio to­wa­rzy­szy nam sta­le oso­ba trze­cia. To ma coś roz­wi­kłać, po­móc jej, po­móc mo­jej cór­ce. Ale co­raz mniej jest we mnie na­dziei. W niej chy­ba też, bo sły­szę, jak mówi:

– Z pew­no­ścią jest pan le­ka­rzem. Nikt inny do nas nie przy­cho­dzi. Od­kąd się­gnę pa­mię­cią, w domu mó­wi­ło się o cho­ro­bach, le­ka­rzach i o po­dej­rze­niach cho­rób. To samo jest te­raz z moim sy­nem, te­raz jemu mama się uważ­nie przy­glą­da.

No tak, czę­stu­je ją pa­pie­ro­sem, a ona bę­dzie oczy­wi­ście pa­li­ła, mnie na złość. Wiem, że nie po­win­nam się od­zy­wać, ale mó­wię:

– Cór­ka nie pali.

Ewa wyj­mu­je pa­pie­ro­sa z pacz­ki, spo­glą­da­jąc na mnie.

– Dla­cze­go to mó­wisz, prze­cież wiesz, że palę.

Le­karz po­da­je jej ogień, wsta­jąc przy tym, i wi­dzę,

że jej się to bar­dzo po­do­ba. Czu­ję cień iry­ta­cji, mnie też czę­sto­wał, ale od­mó­wi­łam. Nie mogę po­wie­dzieć o so­bie, że je­stem tak zu­peł­nie nie­pa­lą­ca. Cza­sa­mi po­trze­bu­ję na­wet pa­pie­ro­sa, ale za­wsze wte­dy, kie­dy je­stem sama. W ta­kim za­cią­ga­niu się dy­mem jest dla mnie coś, z czym nie na­le­ży się przed ob­cy­mi zdra­dzać. Tak samo nie znio­sła­bym, gdy­by ktoś ob­ser­wo­wał mój or­gazm. Musi być zga­szo­ne świa­tło. I nie ma w tym wsty­dli­wo­ści mo­je­go cia­ła, ale ra­czej mo­je­go wnę­trza. Wsty­dli­we wnę­trze, to chy­ba do­bre okre­śle­nie, prze­cież ja kie­dyś wsty­dzi­łam się być dziec­kiem i su­kien­ka przed ko­la­na była dla mnie dra­ma­tem. Nie­ste­ty, moja mat­ka nie mo­gła tego zro­zu­mieć.

– Prze­cież te spo­tka­nia są po to, że­by­śmy się wa­li­ły pię­ścią po gło­wie – mówi Ewa. – Po­kój mamy ma się za­mie­nić w ring, a panu ma przy­paść rola se­kun­dan­ta.

– A jed­nak pani przy­szła.

– Bo nie mia­łam in­ne­go wyj­ścia. Ona mnie szan­ta­żu­je, że nie da pie­nię­dzy. Te jej pie­nią­dze wy­cho­dzą mi już bo­kiem. Cza­sa­mi my­ślę o tym, żeby rzu­cić stu­dia i pójść do pra­cy…

– Jako kto? – py­tam gło­sem, któ­re­go sama nie lu­bię, jest o ton wyż­szy niż zwy­kle.

– Wszyst­ko mi jed­no – od­po­wia­da Ewa.

– Nie za­ro­bisz na ży­cie. Na to ży­cie, do ja­kie­go je­steś przy­zwy­cza­jo­na. To mój błąd, nie masz po­ję­cia, co się wo­kół dzie­je, bo wy­cho­wy­wa­łaś się w wa­cie.

I na­gle uświa­da­miam so­bie, co mó­wię, prze­cież jej wcze­sne dzie­ciń­stwo… ale ona go nie pa­mię­ta; kie­dy ją wy­py­ty­wa­łam, nic so­bie nie mo­gła przy­po­mnieć. Tyl­ko tę po­dróż. Pa­mię­ta, że je­cha­ły­śmy i je­cha­ły­śmy, ale nie umie wy­ja­śnić, ani skąd, ani do­kąd…

– Ale w szkla­nej!

Czy było jej źle w wy­god­nym ży­ciu, czy na­praw­dę tak się czu­ła? Te­raz go­to­wa wszyst­kie­mu za­prze­czyć, już mi zmie­ni­ła oso­bę, już mówi o mnie „ona”.

– Za­wsze uwa­ża­łaś, że sko­ro da­jesz pie­nią­dze, je­steś już wo­bec mnie w po­rząd­ku.

Chcę po­wie­dzieć: za­rób je, wte­dy zro­zu­miesz, co to zna­czy. Ale mó­wię:

– Nie mam so­bie nic do za­rzu­ce­nia.

– A wczo­raj mó­wi­łaś co in­ne­go, prze­pra­sza­łaś mnie za wszyst­ko, a na­wet bła­ga­łaś o wy­ba­cze­nie.

Mó­wię:

– Nie pa­mię­tam.

Ale pa­mię­tam do­brze tę sce­nę. To jej przez drzwi: „Chwi­lecz­kę”. Nie może mi otwo­rzyć, bo oczy­wi­ście jest w ła­zien­ce. I już nie wcho­dzę, ale wpa­dam i roz­glą­dam się w po­szu­ki­wa­niu prosz­ków lub pu­stych opa­ko­wań po prosz­kach.

– Za­wsze cię pa­mięć za­wo­dzi, jak się nie chcesz do cze­goś przy­znać – głos Ewy sta­je się pi­skli­wy, nie­mal dzie­cię­cy. – Mam ci przy­po­mnieć?

– Może in­nym ra­zem, pani Ewo – wtrą­ca le­karz.

I już roz­mów­ka: ona, że nie jest żad­ną pa­nią, a on, że w ta­kim ra­zie nie jest żad­nym pa­nem.

– Nie wpro­wa­dzaj­my pry­wat­nej at­mos­fe­ry, bo moja cór­ka pana zje – mó­wię tro­chę za ostro, ale nie po to go tu spro­wa­dzi­łam, żeby wda­wał się w prze­ko­ma­rza­nia z tą smar­ka­tą.

– To któ­rej z pań mam po­słu­chać?

Jed­nym uchem słu­cham tego, co ona od­po­wia­da, a przed ocza­mi pro­jek­cja wczo­raj­sze­go dnia. Trzy­mam w rę­kach opa­ko­wa­nie peł­ne ma­łych żół­tych ta­ble­tek, wy­łu­sku­ję je i wrzu­cam do musz­li klo­ze­to­wej. A ona ich bro­ni. Sza­mo­cze­my się przez chwi­lę, je­stem wyż­sza. Ewa wspi­na się na pal­ce, pra­wie do­się­ga mo­jej ręki. Wte­dy ude­rzam ją ko­la­nem w brzuch. Zgi­na się wpół, na twa­rzy spazm bólu. Wy­rzu­cam resz­tę ta­ble­tek, spusz­czam wodę. Te­raz ona po­chy­la się nad musz­lą, szar­pią nią tor­sje. A ja sto­ję obok i za­czy­nam się trząść. Gło­wa od­ska­ku­je mi na boki jak w ata­ku epi­lep­tycz­nym, Ewa to wi­dzi.

– Za­raz idę do ap­te­ki – mówi zim­no.

A te­raz mówi:

– Niech bę­dzie, jak chce mama. Je­stem w tej ro­dzi­nie czar­ną owcą i za­wsze spra­wiam kło­pot swo­jej wspa­nia­łej mat­ce. To ja je­stem ten po­twór, to ja ją nisz­czę.

– Ty sie­bie nisz­czysz! – krzy­czę. – Sie­bie i swo­je dziec­ko. Nie my­ślę już o so­bie.

– Ty nie my­ślisz o so­bie! To dla­cze­go wciąż się uża­lasz, że los cię po­ka­rał taką cór­ką?

– Bo mnie po­ka­rał. Ja już nie umiem nor­mal­nie za­cząć dnia. Pierw­sza myśl jest za­wsze o to­bie. A ści­ślej o two­ich je­li­tach!

– Wiem, wiem, je­stem sła­ba. I tru­ję się pro­cha­mi.

Już daw­no to za­uwa­ży­łam, Ewa ma cha­rak­te­ry­stycz­ny spo­sób trzy­ma­nia gło­wy; kie­dy z kimś roz­ma­wia, prze­krzy­wia­ją lek­ko na bok i pa­trzy spod spusz­czo­nych rzęs, jak­by z uko­sa. Żeby nie moż­na było przy­ła­pać jej spoj­rze­nia. Cie­ka­we, czy on też to za­uwa­żył.

– Ile pani ich bie­rze? – pyta ją te­raz.

– Kil­ka­set ta­ble­tek ty­go­dnio­wo bi­sa­co­dy­lu! – od­po­wia­dam za nią.

– A kto pani wy­pi­su­je re­cep­ty?

Te­raz ona od­po­wia­da:

– Cza­sa­mi le­karz. Ale naj­czę­ściej jeż­dżę od ap­te­ki do ap­te­ki i że­brzę. Mó­wię, że to dla są­siad­ki, sta­rusz­ki, któ­ra już nie wy­cho­dzi.

– Bar­dzo spryt­nie. Ten lek wy­pi­su­je się oso­bom, któ­rych or­ga­nizm jest nie­wy­dol­ny. Kto pani o tym po­wie­dział?

– Sama na to wpa­dłam. In­tu­icja mi pod­po­wie­dzia­ła.

– A tego nie pod­po­wie­dzia­ła, że się pani sama wy­nisz­cza?

– Wiem, że dłu­go nie po­ży­ję – mówi moja cór­ka. – Już się z tym po­go­dzi­łam.

– A co bę­dzie z pani dziec­kiem?

– Mama się zaj­mie. Prze­cież ma­rzy o tym, żeby mieć Ant­ka wy­łącz­nie dla sie­bie. Jest o nie­go za­zdro­sna. Ja jej tyl­ko prze­szka­dzam.

Idiot­ka! Za­mie­ni­łam miesz­ka­nie na dwa mniej­sze, żeby wresz­cie po­czu­ła się mat­ką. Za­czy­na­ła trak­to­wać Ant­ka jak bra­ta. Ile razy mi się skar­ży­ła, że jej coś znisz­czył, po­ma­zał ja­kiś ze­szyt.

– An­tek to twój syn! – mó­wię ostro.

– Wiem, że to mój syn, więc daj nam spo­kój. Po­zwól nam żyć!

– Prze­cież to ty dzwo­nisz do mnie.

– Bo nie mam te­le­fo­nu i jak­bym nie za­dzwo­ni­ła, już by­śmy cię mie­li na gło­wie.

Usta mo­jej cór­ki ukła­da­ją się jak do pła­czu.

– Pani Ewo, któ­re­go jest dzi­siaj? – pyta le­karz niby ni z grusz­ki, ni z pie­trusz­ki, ale ro­zu­miem, o co mu cho­dzi. Ma ra­cję, nie po­zwa­la nam wpaść w ja­ło­wy sło­wo­tok. To był po­waż­ny błąd jego po­przed­ni­ka. Tam­ten uwa­żał, że mamy być spon­ta­nicz­ne, koń­czy­ło się to zwy­kle awan­tu­rą, wy­cią­ga­niem ja­kichś spraw. Ewa za­czy­na­ła pła­kać. W koń­cu ze­rwa­ły­śmy ten kon­trakt. Le­karz tak na­zy­wał na­sze spo­tka­nia, za­strze­gał też, że w każ­dej chwi­li mo­że­my je prze­rwać. Bo spo­tka­nia mu­szą być spon­ta­nicz­ne. Bar­dzo lu­bił to sło­wo. Ten chy­ba lubi je mniej, wy­raź­nie za­czy­na ste­ro­wać na­szą roz­mo­wą. Może rze­czy­wi­ście jest taki do­bry, jak o nim mó­wią.

– To pan nie wie? – dzi­wi się moja cór­ka.

– Wiem, ale chcę usły­szeć od pani.

– Może to i nie­głu­pi po­mysł – pró­bu­ję mu po­móc. – Prze­cież ży­jesz bez ka­len­da­rza.

On lek­ko się na to krzy­wi, daje mi po­znać, że­bym jego roz­gryw­ki po­zo­sta­wi­ła jemu.

– Więc któ­re­go? – po­wta­rza.

– Niech mama od­po­wie.

– Ale ja pa­nią py­tam.

– Ale ja prze­cież nie wiem.

– To pod­po­wie­dzieć? – on na to.

– Nie po­trze­ba. Pią­ty paź­dzier­ni­ka ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go dzie­wią­te­go roku. Wto­rek.

– Ile pani dzi­siaj wzię­ła?

– Jesz­cze nie wzię­łam.

– Więc ile pani weź­mie?

– Pół­to­ra opa­ko­wa­nia.

– To ile w ta­blet­kach?

– Trzy­dzie­ści pięć ta­ble­tek.

I na to ja, cho­ciaż wiem, że nie po­win­nam mu tego psuć:

– Kie­dyś chcia­łam wy­pró­bo­wać ich dzia­ła­nie, wzię­łam sześć i by­łam cho­ra przez ty­dzień.

– Bo nie je­steś przy­zwy­cza­jo­na – stwier­dza Ewa. – To zwy­kłe ta­blet­ki na prze­czysz­cze­nie.

– Pani też nie, a już na pew­no nie jest przy­zwy­cza­jo­ne pani je­li­to gru­be, z na­tu­ry bar­dzo de­li­kat­ne. Nikt go pani nie wy­mie­ni na inne, przy­najm­niej na tym eta­pie me­dy­cy­ny.

Ewa smut­no się uśmie­cha.

– Ja wiem. Mnie cią­gle boli brzuch.

– Brzuch ją boli! – wy­bu­cham. Kie­dyś tak so­bie po­draż­ni­ła wą­tro­bę, że była cała żół­ta na twa­rzy. We­zwa­łam po­go­to­wie. Chy­ba się na­wet prze­stra­szy­ła, a po­tem zno­wu to samo.

Taka je­stem bez­rad­na. Nie chcą jej przyj­mo­wać do szpi­ta­la, twier­dząc, że to przy­pa­dek dla psy­chia­try. Zro­bi­li jej rent­gen, zba­dał ją chi­rurg i na tym się skoń­czy­ło. Nic nie zna­leź­li. Po dłu­gich sta­ra­niach uda­ło mi się za­ła­twić wi­zy­tę u zna­ne­go ga­stro­lo­ga. Umó­wio­ne by­ły­śmy z sa­me­go rana. Ewa nie zja­wi­ła się pod szpi­ta­lem. Była w domu, w tym swo­im sta­nie zu­peł­ne­go wy­cień­cze­nia. Pra­wie siłą do­pro­wa­dzi­łam ją do tak­sów­ki. Spóź­nio­ne o po­nad go­dzi­nę, we­szły­śmy do ga­bi­ne­tu pro­fe­so­ra. I to tyl­ko dzię­ki mo­jej twa­rzy, któ­ra się do­brze sko­ja­rzy­ła pie­lę­gniar­ce. Przy­trzy­ma­ła umó­wio­ne­go pa­cjen­ta, a my prze­mknę­ły­śmy do ga­bi­ne­tu. Pro­fe­sor zba­dał Ewę, po­tem po­wie­dział to, co mó­wi­li już inni. Wy­szły­śmy stam­tąd. Pa­trzy­łam, jak idzie, cze­pia­jąc się ścia­ny, a po­tem na otwar­tej prze­strze­ni stą­pa nie­pew­nie, pra­wie nie od­ry­wa­jąc nóg od zie­mi. Wy­glą­da­ła jak cięż­ko cho­ra. Chcia­łam ją wziąć pod rękę, ale się uchy­li­ła. Na krót­ką chwi­lę na­sze oczy się spo­tka­ły. Jej oczy, w któ­rych za­wsze mie­ści­ło się za dużo. Wszyst­ko jed­no: szczę­ścia czy roz­pa­czy.

– Więc usta­la­my, że od dziś bę­dzie pani bra­ła o jed­ną ta­blet­kę dzien­nie mniej. I bę­dzie to pani za­pi­sy­wa­ła w spe­cjal­nie do tego prze­zna­czo­nym ze­szy­cie.

– To nic nie da – mówi Ewa. – Ja mu­szę zwięk­szać daw­ki. Za­czy­na­łam od kil­ku ta­ble­tek.

– A cho­dzi głów­nie o to, żeby mieć wklę­słe po­licz­ki – wtrą­cam. – Broń Boże wy­pu­kłe!

Nie wol­no do­pu­ścić do zmia­ny li­nii na owal­ną, świat by się od tego za­wa­lił. Pierw­szy sy­gnał to była waga, zwy­kła ła­zien­ko­wa waga. Za­czę­ła ją wszę­dzie wo­zić ze sobą, na­wet jak wy­jeż­dża­ły­śmy na so­bo­tę i nie­dzie­lę.

– To ty po­wie­dzia­łaś, że mam uda jak słoń. To przez cie­bie za­czę­łam się od­chu­dzać!

– Kie­dy ci tak po­wie­dzia­łam?

– Jesz­cze w szko­le pod­sta­wo­wej. Sta­le mi do­ci­na­łaś, że jak cho­dzę, pod­ło­ga się trzę­sie.

– I dla­te­go wo­zi­łaś ze sobą wagę? My­śla­łam, że to dzi­wac­two.

Oczy mo­jej cór­ki są peł­ne łez.

– Bo tak ci było wy­god­nie!

– Ni­cze­go nie po­dej­rze­wa­łam.

– Bo wte­dy wła­śnie prze­sta­łaś się mną zaj­mo­wać – łzy spły­wa­ją jej po po­licz­kach. – Stwier­dzi­łaś, że sama już po­win­nam da­wać so­bie radę, bo mam już pięt­na­ście lat! Ty mnie po­rzu­ci­łaś!

Mu­szę wstać i po­dać jej ser­wet­kę. Za­wsze, kie­dy ona pła­cze, coś się we mnie kur­czy, chcia­ła­bym jak mój wnuk scho­wać się pod łóż­ko. Tym ra­zem le­karz mil­czy, a po­wi­nien się włą­czyć, sko­ro mia­ła­by to być ja­kaś me­to­da.

– Ja w two­im wie­ku… też by­łam sama – mó­wię, bo on da­lej mil­czy.

– Tym bar­dziej po­win­naś mnie zro­zu­mieć. Mo­głaś się na­cie­szyć swo­ją bab­cią, ja pra­wie nie ro­zu­miem sło­wa „ro­dzi­na”.

– Bo nie chcia­łaś ro­zu­mieć – od­po­wia­dam twar­do. – Mo­gły­śmy ją mieć.

To nie Ewa znisz­czy­ła ten zwią­zek. To ja. A jed­nak mó­wię to, co mó­wię. Bo na­gle mi się wy­da­je, że ten obcy czło­wiek, któ­ry nas wi­dzi po raz pierw­szy w ży­ciu, już wy­ra­bia so­bie o mnie zda­nie. Już mnie oce­nia i ta oce­na wy­pa­da co­raz go­rzej.

– My­ślisz o swo­im fa­ce­cie?

Złe oczy mo­jej cór­ki. Moje złe oczy.

– A „Wi­tek” nie przej­dzie ci przez gar­dło?

– Za­miast się nade mną za­sta­na­wiać, wo­la­łaś wyjść za mąż.

Wy­cie­ra nos, ser­wet­ka jest już mo­kra. Po­da­ję jej inną z uczu­ciem, że wy­pa­dłam z roli. Ni­cze­go już nie prze­ży­wam, je­stem tyl­ko na­sta­wio­na na swo­ją obro­nę. Uwa­żam, że oni obo­je są prze­ciw­ko mnie.

– A ty, żeby mi w tym prze­szko­dzić, za­szłaś w cią­żę na rok przed ma­tu­rą! – ce­dzę swo­im ob­cym gło­sem.

– Mia­łam do­kład­nie tyle lat, co ty, kie­dy mnie uro­dzi­łaś. Tyl­ko że ja na­wet nie wiem, kim był mój oj­ciec. Zro­bi­łaś z tego wiel­ką ta­jem­ni­cę. Kie­dy cię py­ta­łam, wy­krę­ca­łaś się, za­wsze by­łam za mło­da. Ale na co? Na co? Te­raz sama już mam dziec­ko i też je­stem za mło­da.

– Wróć­my do two­je­go zdro­wia – mó­wię z uczu­ciem we­wnętrz­ne­go dy­go­tu, boję się, że za­raz bę­dzie mi od­ska­ki­wa­ła na boki gło­wa, za­wsze się tego ba­łam przed ka­me­rą. Te­raz też je­stem przed ka­me­rą, są nią oczy tego ob­ce­go czło­wie­ka. Ob­raz w nich od­bi­ty nie bę­dzie miał wpły­wu na moją i tak już wąt­pli­wą ka­rie­rę, ale może mi za­szko­dzić w in­nych oczach, w oczach mo­jej cór­ki.

– Jak jej po­wie­dzia­łam, że je­stem w cią­ży, ude­rzy­ła mnie w twarz.

– Prze­stań!

– Tyl­ko tyle po­tra­fisz – cią­gnie ja­do­wi­cie Ewa. – Krzy­czeć. Krzy­czeć i bić po twa­rzy.

– Prze­stań!

– Mó­wię praw­dę!

– Nie by­łam su­ro­wą mat­ką – sło­wa przy­cho­dzą mi z tru­dem. – Chcia­łam ci pew­ne spra­wy wy­ja­śnić, ale ty oświad­czy­łaś, że nie za­mie­rzasz roz­po­cząć ży­cia sek­su­al­ne­go przed ma­tu­rą.

– A co ci mia­łam mó­wić. Wsty­dzi­łam się cie­bie.

– I dla­te­go, jak cię le­karz py­tał, nie umia­łaś po­wie­dzieć, kie­dy był ostat­ni okres.

– Nie mów tego przy panu.

– Pro­szę mó­wić wszyst­ko.

Na­resz­cie od­zy­skał ję­zyk w gę­bie. Za­dzwo­nię wie­czo­rem i po­dzię­ku­ję mu za współ­pra­cę. Ewa, jak­by po­zna­ła moje my­śli, mówi:

– Pan jest dwie­ście dwu­dzie­stym pią­tym le­ka­rzem, któ­ry tu przy­cho­dzi, i cią­gle mó­wi­my to samo.

– To zna­czy co?

– No, że bio­rę te prosz­ki.

– Więc dla­cze­go je pani bie­rze?

– Bo się musi od­chu­dzać – wtrą­cam. – Żeby nie znaj­do­wać pu­stych opa­ko­wań po bi­sa­co­dy­lu, wszę­dzie, za sza­fą, za lo­dów­ką, za­mie­ni­łam miesz­ka­nie. Z trzy­po­ko­jo­we­go prze­pro­wa­dzi­łam się do klit­ki.

– Ja też.

– Po pro­stu więk­szą klat­kę za­mie­ni­ły­śmy na dwie mniej­sze.

– Ale ja miesz­kam z dziec­kiem.

– To ja z nim miesz­kam – czu­ję ucisk w oko­li­cy ser­ca. – Sta­le jest u mnie. Nie mogę pra­co­wać, a utrzy­mać mu­szę dwa domy.

– Na któ­rym jest pani roku?

Ten sam chwyt, już go roz­szy­fro­wa­łam. Nie ma na nas po­my­słu. Coś tam wy­czy­tał i sto­su­je me­cha­nicz­nie. Przed­tem – „Jaka data”, te­raz – „Na któ­rym jest pani roku”.

– Po raz pierw­szy na pierw­szym – od­po­wia­da Ewa.

– A co pani stu­diu­je?

– Do­bre py­ta­nie – mó­wię z iro­nią.

– Pe­da­go­gi­kę spe­cjal­ną.

– Bę­dzie się zaj­mo­wa­ła ka­le­ka­mi. Jak to oni mó­wią, re­wa­li­do­wa­ła je. Ona, ro­zu­mie pan, ona!

– Wła­śnie ja, tyl­ko czło­wiek upo­śle­dzo­ny może po­jąć dru­gie­go ta­kie­go czło­wie­ka.

– Czło­wiek upo­śle­dzo­ny – pod­chwy­tu­ję. – Cie­ka­we okre­śle­nie. I w two­im prze­ko­na­niu ty nim je­steś?

– Tak, ja nim je­stem, ma­mu­siu. Te­raz za­daj na­stęp­ne py­ta­nie: dzię­ki komu?

– Dzię­ki so­bie, có­recz­ko – od­po­wia­dam tym sa­mym słod­ko­fał­szy­wym gło­sem. – So­bie sa­mej za­wdzię­czasz ten los.

Te­le­fo­nu­je od są­sia­dów, że­bym przy­je­cha­ła po dziec­ko, bo nie jest w sta­nie za­pro­wa­dzić go do przed­szko­la. Prze­cież tego nie moż­na wy­trzy­mać. Ja już nie mogę!

Wy­star­czy, że drzwi się za nią za­mkną, a za­czy­nam na­słu­chi­wać te­le­fo­nu. Kie­dy za­dzwo­ni i we­zwie mnie do po­dró­ży przez całe mia­sto. Te po­dró­że… przez ostat­ni rok wie­le ich od­by­łam, za­wsze z uczu­ciem skur­czu w gar­dle. I przed wi­zy­tą w alei Rey­mon­ta, i po wi­zy­cie. Wcho­dząc tam, za­sta­wa­łam ją zwy­kle w ła­zien­ce. „Chwi­lecz­kę”. Nig­dy nie otwo­rzy­ła od razu drzwi. Cza­sa­mi tyl­ko, za­nim nie znik­nę­ła tam z po­wro­tem, zdol­na była za­mie­nić ze mną parę słów. Prze­cież tak nie moż­na żyć – my­śla­łam z roz­pa­czą, nie wie­dząc, co jesz­cze ode mnie za­le­ży, co jesz­cze mo­gła­bym zro­bić. Przed­tem, kie­dy Ewa mó­wi­ła: „Ra­tuj mnie, ja ginę, czu­ję, że mu­szę pójść do szpi­ta­la”, sta­ra­łam się ten szpi­tal za­ła­twić, te­raz wiem, że to nic by nie zmie­ni­ło.

Do­sta­ła­by kro­plów­kę, któ­ra pod­nio­sła­by po­ziom elek­tro­li­tów we krwi, po­tem wró­ci­ła­by do domu i za­czę­ła­by je tra­cić od nowa.

– Wiem, że wam oboj­gu nisz­czę ży­cie – przy­zna­wa­ła – ale je­stem sła­bym czło­wie­kiem.

I dla­te­go że ona jest sła­bym czło­wie­kiem, ja mu­szę tłuc się tram­wa­ja­mi albo wy­sta­wać na przy­stan­kach. Nie mam sa­mo­cho­du, nig­dy nie mia­łam. Jako so­cja­li­stycz­na gwiaz­da fil­mo­wa ja­koś się go nie do­ro­bi­łam. Na­wet kie­dy wię­cej gra­łam w fil­mie. Zo­sta­łam nią przy­pad­kiem. To był po­czą­tek ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go siód­me­go roku, ktoś miał mi do­star­czyć prze­sył­kę od ciot­ki z An­glii. Tym kimś oka­zał się re­ży­ser fil­mo­wy. Roz­ma­wia­li­śmy chwi­lę, naj­pierw stwier­dził, że się spie­szy, ale po­tem po­wie­dział, że na­pił­by się her­ba­ty. No i przy tej her­ba­cie za­pro­po­no­wał mi rolę czy ra­czej ról­kę w swo­im fil­mie. Mia­ła­bym sie­dzieć na ta­ra­sie, w sta­ro­świec­kiej suk­ni, z pa­ra­sol­ką i me­lan­cho­lij­nie pa­trzeć przed sie­bie. Po­cząt­ko­wo żach­nę­łam się, ale po­tem, po jego za­pew­nie­niach, że daw­no szu­kał ta­kiej twa­rzy jak moja, zgo­dzi­łam się.

– Z ko­bie­ta­mi w na­szym ki­nie – po­wie­dział – kiep­sko. Na­wet mamy parę ład­nych, ale znik­nął typ ko­bie­ty przed­wo­jen­nej, ta­kiej, wie pani, ra­so­wej, z do­bre­go domu.

Bo je, dro­gi pa­nie, wy­mor­do­wa­no – po­my­śla­łam, ale nie po­wie­dzia­łam tego gło­śno.

– Daję sło­wo, że za­ro­bi pani na chleb, gra­jąc róż­ne hra­bian­ki i pa­nien­ki ze dwo­ru.

– A po­tem pod­sta­rza­łe hra­bi­ny? – ro­ze­śmia­łam się.

– Żeby pani wie­dzia­ła.

Sce­na mia­ła być epi­zo­dem, a sta­ła się lejt­mo­ty­wem fil­mu. Ta­jem­ni­cza ko­bie­ta, sie­dzą­ca na ta­ra­sie, co ja­kiś czas po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła. I nikt do­brze nie wie­dział, dla­cze­go. A jed­nak mnie za­uwa­żo­no. Do­sta­łam za­pro­sze­nie na zdję­cia prób­ne. Po­szłam, cho­ciaż nie czu­łam w so­bie żad­ne­go po­wo­ła­nia do ak­tor­stwa. Może dla­te­go po­szłam, że do ni­cze­go nie czu­łam po­wo­ła­nia. I żeby było śmiesz­niej, moja pierw­sza więk­sza rola to była rola hra­bian­ki. Prze­no­szo­no na ekran jed­ną z po­wie­ści Że­rom­skie­go. Dłu­go pa­mię­ta­łam tę po­stać, mię­dzy in­ny­mi dla­te­go że mu­sia­łam się na­uczyć jeź­dzić kon­no. Za­koń­czy­ło się to upad­kiem, skrę­ci­łam nogę. Trze­ba było prze­rwać zdję­cia, re­ży­ser był nie­za­do­wo­lo­ny. Omal się nie wy­co­fa­łam. Ale nie po­zwo­lo­no mi, bo część ma­te­ria­łu zo­sta­ła już na­krę­co­na. Film od­niósł suk­ces, miał tak zwa­ną kasę. W re­cen­zjach wy­mie­nia­no moje na­zwi­sko, ale przede wszyst­kim chwa­lo­no uro­dę. Moja ka­rie­ra fil­mo­wa roz­wi­ja­ła się bły­ska­wicz­nie, jed­nak śro­do­wi­sko mnie nie za­ak­cep­to­wa­ło. Trak­to­wa­no mnie jak ama­tor­kę, a kie­dy zde­cy­do­wa­łam się wy­stą­pić w świą­ty­ni, jaką jest dla nich te­atr, zo­sta­łam uka­ra­na. Do dziś śni mi się, że sto­ję na sce­nie i wi­dzę po­gar­dli­we twa­rze ko­le­gów, ma­szy­ni­stów, su­fle­ra i gram co­raz go­rzej, mylę się, na­wet se­ple­nię… Moja twarz na okład­kach ma­ga­zy­nów, na pla­ka­tach była mi obca. W ży­ciu pry­wat­nym mam o wie­le mniej efek­tow­ny wy­gląd. Kie­dyś le­karz po­go­to­wia, za­pi­su­jąc moje na­zwi­sko, po­wie­dział:

– Na­zy­wa się pani jak ta ak­tor­ka…

Nie wy­pro­wa­dzi­łam go z błę­du, bo ja się na­praw­dę tak tyl­ko na­zy­wa­łam. By­łam tym czło­wie­kiem z ze­wnątrz, cho­ciaż z dnia na dzień sta­łam się sław­na. Pi­sa­no cią­gle o mo­jej nie­zwy­kłej uro­dzie, o szla­chet­no­ści ry­sów i nie­zwy­kłym bla­sku oczu. Dziew­czy­ny za­czę­ły się cze­sać jak ja, zro­bi­ła się na mnie moda. Do­sta­łam za­pro­sze­nie do Pa­ry­ża na zdję­cia prób­ne. Re­ży­ser był bar­dzo zna­ny, a to po­dwa­ja­ło staw­kę. Nie do­sta­łam roli. To był pierw­szy sy­gnał, żeby tak nie ufać lo­so­wi, któ­ry prze­lot­nie się do mnie uśmiech­nął. Czę­sto mi prze­cież w prze­szło­ści da­wał do zro­zu­mie­nia, że nig­dzie nie jest po­wie­dzia­ne, iż to ja mam być szczę­śli­wa. Do­zna­wa­łam prze­bły­sków szczę­ścia. Jako ko­bie­ta, jako ak­tor­ka, ale trwa­ło to tak krót­ko, że nig­dy nie by­łam pew­na, czy na­praw­dę mnie do­ty­czy… Za­wsze była tyl­ko ta ucie­ka­ją­ca chwi­la. Je­den z te­ra­peu­tów po­wie­dział, że mam prze­ro­śnię­te po­czu­cie wol­no­ści i to mi nie po­zwa­la na wło­że­nie gor­se­tu, ja­kim jest zwią­zek z męż­czy­zną lub sta­ła pra­ca. Więc dla­cze­go te­raz czu­ję się zbyt wiot­ka, żeby móc bez nie­go ist­nieć? Na ja­ką­kol­wiek mia­rę zro­bi­ło się za póź­no. Znam sie­bie i wiem, że nie znio­sła­bym ukłu­cia jed­nej szpil­ki… Do kogo więc mam te­raz pre­ten­sje, do czło­wie­ka bez twa­rzy? Że nie przy­szedł i cze­goś za mnie nie po­sta­no­wił? A czy ten czło­wiek mógł­by co­kol­wiek w moim lo­sie zmie­nić? Czy zmu­sił­by Ewę do nor­mal­ne­go ży­cia? Do zaj­mo­wa­nia się dziec­kiem? Od­po­wiedź brzmi: nie… Gdy­bym zna­la­zła siłę i mo­gła wyjść z domu albo cho­ciaż wy­cią­gnąć wtycz­kę te­le­fo­nu z gniazd­ka, być może cho­ciaż na chwi­lę sta­ła­bym się na po­wrót sobą, a nie mat­ką i bab­ką. Tak się prze­ję­łam swo­ją nową rolą, że boję się, iż męż­czyź­ni bez­pow­rot­nie od­cho­dzą z mo­je­go ży­cia. Ostat­nio nie mam na­wet ko­chan­ka. To uważ­ne, tak­su­ją­ce spoj­rze­nie, któ­re za­wsze było dla mnie wy­zwa­niem, te­raz mnie draż­ni. A mam trzy­dzie­ści dzie­więć lat i po­zo­stał mi ostat­ni rok mło­do­ści. I już wiem, jak go spę­dzę. Na po­dró­żach z gór­ne­go Mo­ko­to­wa na dol­ny Żo­li­borz. Ko­niec. Krop­ka. Może dla­te­go że kie­dyś od­by­łam inną po­dróż…

Dzwo­ni te­le­fon. Za­nim go od­bio­rę, mu­szę po­ko­nać we­wnętrz­ny skurcz. Bo je­że­li to ona dzwo­ni albo jej są­siad­ka, że­bym na­tych­miast przy­jeż­dża­ła… A ja za dwie go­dzi­ny mu­szę być w stu­diu te­le­wi­zyj­nym. Gram epi­zo­dycz­ną rolę w sztu­ce Za­pol­skiej. Może nie od­bie­rać…

– Cześć, mamo – sły­szę, tym ra­zem głos jest na­tu­ral­ny, nie ma w nim ani hi­ste­rycz­nej nuty, ani bez­gra­nicz­ne­go znu­że­nia, któ­re jest na­wet gor­sze, bo ozna­cza, że Ewa nie jest w sta­nie ani pójść na uczel­nię, ani ode­brać Ant­ka z przed­szko­la, je­że­li w ogó­le go tam za­pro­wa­dzi­ła. – Nie mam pie­nię­dzy.

– Prze­cież nie­daw­no do­sta­łaś ty­siąc zło­tych.

– Mia­łam wy­dat­ki.

– Za obia­dy za­pła­ci­łaś?

– Po co? Tak so­bie uło­ży­łam za­ję­cia, że nie mam okien­ka, in­a­czej nie zdą­ży­ła­bym po Ant­ka.

– Bo też so­bie wy­my­śli­łaś stu­dia. Jesz­cze nie wi­dzia­łam, żeby ja­kiś stu­dent miał tyle go­dzin ty­go­dnio­wo.

Wiem, że się po­wta­rzam. I ona o tym wie, ale cier­pli­wie mi tłu­ma­czy.

– Bo to są stu­dia spe­cja­li­stycz­ne, mamo.

– Mó­wi­łam, że­byś zda­wa­ła na uni­wer­sy­tet.

– Prze­cież zda­wa­łam. Je­stem za mało zdol­na. Uni­wer­sy­tet to dla mnie za wy­so­kie pro­gi. Ja je­stem do­bra na Wyż­szą Szko­łę Pe­da­go­gi­ki Spe­cjal­nej.

– Ile ci po­trze­ba? – py­tam z re­zy­gna­cją.

– No… dwie­ście zło­tych.

– I na co to?

– Od­da­łam dwie bluz­ki do far­bo­wa­nia, nie za­pła­ci­łam za przed­szko­le…

– Prze­cież za przed­szko­le ja pła­cę. Dla­cze­go zno­wu krę­cisz. Po co ci te pie­nią­dze?

– Chcę się uczyć pry­wat­nie an­giel­skie­go, chcę znać ję­zy­ki.

Fala nie­chę­ci pod­pły­wa mi do gar­dła. Mam pre­ten­sje, że jest taka nie­doj­rza­ła. Cały cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści za sie­bie i dziec­ko zwa­la na mnie. Co moż­na my­śleć o kimś, kto w tej sy­tu­acji chce się na­gle pry­wat­nie uczyć ję­zy­ka? Jest na pierw­szym roku stu­diów, ma małe dziec­ko i bra­ku­je jej cza­su na zje­dze­nie obia­du. „Musi pani re­gu­lar­nie o tej sa­mej po­rze jeść obia­dy – stwier­dził pro­fe­sor ga­stro­log. – Po­trze­bu­je pani dużo błon­ni­ka. Zupy są bar­dzo waż­ne”. Zupy! Cze­go mu się za­chcie­wa. Zupa to wróg nu­mer je­den, bo od niej się prze­cież tyje.

– Nie stać nas na ta­kie lek­cje – od­po­wia­dam znu­żo­nym gło­sem. – Przy­najm­niej nie te­raz. A poza tym dzień masz wy­peł­nio­ny.

– Mogę się uczyć, jak An­tek śpi. Ktoś by przy­cho­dził.

– A co ze stu­dia­mi?

– An­giel­ski przy­da mi się na stu­diach.

– Ewa, na mi­łość bo­ską!

– No to cześć – za­nim zdą­ży­łam coś po­wie­dzieć, od­wie­si­ła słu­chaw­kę.

Prze­cież ja w jej wie­ku… po raz pierw­szy ją zo­ba­czy­łam. I to nie cał­kiem z wła­snej woli. Przed­tem nie chcia­łam jej oglą­dać, nie chcia­łam jej też wi­dzieć za­raz po uro­dze­niu…

Po­zo­sta­wio­no mnie na sta­cji z „wy­pi­ską” w ręku i po­wie­dzia­no, że mu­szę po­szu­kać so­bie pra­cy i miesz­ka­nia. W tym mia­stecz­ku lub w oko­li­cy, ale tyl­ko w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Da­lej po­ru­szać mi się nie wol­no. Moi anio­ło­wie stró­że wsie­dli z po­wro­tem do „prze­dzia­łu służ­bo­we­go”. Po­ciąg ru­szył, a ja sta­łam i pa­trzy­łam za nim, nie bar­dzo jesz­cze ro­zu­mie­jąc swo­ją sy­tu­ację, co ozna­cza­ło to: „po­szu­kać pra­cy i miesz­ka­nia”? Był po­czą­tek lu­te­go ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go roku, a ja mia­łam na so­bie swo­je cy­wil­ne ubra­nie, to zna­czy płaszcz na wa­to­li­nie z fu­trza­nym koł­nie­rzem, pod spodem nie­zbyt gru­bą spód­ni­cę i swe­ter. Na szczę­ście Wie­ra dała mi cie­płą bie­li­znę. Sta­łam na ob­cej sta­cji i trzę­słam się z zim­na. Obok mnie krę­ci­li się ja­cyś lu­dzie, wszy­scy ubra­ni w ko­żu­chy albo gru­be fu­faj­ki, na no­gach mie­li wa­lon­ki. Na mnie nie zwra­ca­no uwa­gi. Wy­szłam przed dwo­rzec, kie­dy już oswo­iłam się z my­ślą, że nikt mnie nie pil­nu­je. Zo­ba­czy­łam da­chy ni­skich drew­nia­nych dom­ków z we­ran­da­mi i roz­jeż­dżo­ną sa­nia­mi uli­cę. Ru­szy­łam przed sie­bie, po ko­lei mi­ja­jąc domy po­ma­lo­wa­ne ja­skra­wą far­bą; za­trzy­ma­łam się przed zie­lo­nym, może dla­te­go, że na­zy­wa­no go ko­lo­rem na­dziei. Chcia­łam otwo­rzyć furt­kę, ale z uja­da­niem przy­pa­dły do niej psy. Ten więk­szy przy­po­mi­nał wil­ka i miał coś bar­dzo złe­go w oczach. Fi­ran­ka w oknie od­su­nę­ła się i zo­ba­czy­łam czy­jąś twarz. Po­ma­cha­łam ręką. Po chwi­li na ga­nek wy­szła tęga ko­bie­ta, mia­ła na­rzu­co­ny na ra­mio­na bez­rę­kaw­nik z gru­bej weł­ny, a na no­gach wa­lon­ki bez ka­lo­szy.

– Cze­go tam? – spy­ta­ła nie­życz­li­wie.

– Szu­kam pra­cy – od­po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się ukryć obcy ak­cent. Ale ona za­uwa­ży­ła.

– Nie ma pra­cy – od­rze­kła wro­go i znik­nę­ła za drzwia­mi. Ru­szy­łam da­lej. Pu­ka­łam jesz­cze do kil­ku do­mów, ale od­po­wiedź była taka sama. Tak do­tar­łam do cze­goś w ro­dza­ju ryn­ku, mie­ścił się tam sklep, ma­ga­zyn, knaj­pa i ko­mi­tet par­tii. Naj­pierw wstą­pi­łam do skle­pu, py­ta­jąc, czy nie po­trze­bu­ją ko­goś do po­mo­cy, po­tem na­gab­nę­łam ma­ga­zy­nie­ra, zaj­rza­łam do re­stau­ra­cji. Po­zo­stał mi tyl­ko ko­mi­tet. Mie­ścił się w ni­skim bu­dyn­ku przy­po­mi­na­ją­cym ba­rak. Wcho­dzi­ło się do środ­ka po dwu ka­mien­nych scho­dach bez po­rę­czy. Były bar­dzo śli­skie. W po­cze­kal­ni za­sta­łam kil­ku lu­dzi w roz­pię­tych ko­żu­chach, z ba­ra­ni­mi cza­pa­mi pod pa­chą. Ku­rzy­li ma­chor­kę. Sta­nę­łam pod ścia­ną, zaj­mu­jąc so­bie ko­lej­kę. Nie ode­zwa­łam się ani oni się nie od­zy­wa­li. Cze­ka­li­śmy w mil­cze­niu. Mniej wię­cej po go­dzi­nie zo­sta­łam sama w po­cze­kal­ni; są­dzi­łam, że mnie za­wo­ła­ją, tak jak to było w wy­pad­ku po­przed­nich in­te­re­san­tów, ale drzwi się nie otwie­ra­ły. Po ja­kimś cza­sie za­pu­ka­łam i we­szłam do środ­ka. Za biur­ka­mi sie­dzia­ło dwóch męż­czyzn. Star­szy, o si­wej roz­czo­chra­nej czu­pry­nie, i młod­szy, rudy z chy­try­mi ocza­mi. Po­de­szłam do star­sze­go.

– W ja­kiej spra­wie? – spy­tał.

– Ka­za­li mi zna­leźć pra­cę, ale pra­cy nie ma. I miesz­ka­nia też. Nie wiem, co ze sobą zro­bić. Nie mam pie­nię­dzy i je­stem za lek­ko ubra­na na taki mróz…

Męż­czyź­ni spoj­rze­li po so­bie, młod­szy się ro­ze­śmiał.

– A wy skąd?

– Ja… Po­lka.

– To wie­my, że nie Ru­ska – znie­cier­pli­wił się star­szy. – Skąd się tu wzię­łaś?

Po­da­łam mu swo­ją „wy­pi­skę”, rzu­cił tyl­ko okiem.

– Uwol­nio­na – po­wie­dział z na­ga­ną. – To szu­kaj­cie pra­cy, szu­kaj­cie. My nic do was nie mamy.

– Ale… pra­cy nie ma. I nie mam do­kąd pójść.

– To już nie na­sza spra­wa. Nie do nas z tym.

Młod­szy przy­tak­nął tym swo­im ru­dym łbem, a star­szy, uwa­ża­jąc spra­wę za za­koń­czo­ną, za­jął się ja­ki­miś pa­pie­ra­mi. Ale da­lej sta­łam po­środ­ku biu­ra ko­mi­te­tu ob­wo­do­we­go par­tii, bo na dwo­rze było mi­nus czter­dzie­ści stop­ni. Oni obaj za­cho­wy­wa­li się, jak­by w po­ko­ju oprócz nich nie było ni­ko­go, w koń­cu jed­nak moja po­sta­wa wy­wo­ła­ła w tym star­szym gniew.

– Won! – krzyk­nął, wska­zu­jąc mi drzwi.

Tym ra­zem ru­szy­łam z miej­sca, zna­la­złam się w ko­ry­ta­rzu i przez chwi­lę mia­łam po­ku­sę, by w nim po­zo­stać, ale przy­szło mi do gło­wy, że tym dwóm by się to nie po­do­ba­ło. Wy­szłam na dwór. Mróz rzu­cił mi się do gar­dła, przez chwi­lę nie mo­głam zła­pać po­wie­trza, oczy łza­wi­ły. Rzę­sy po­kry­ły się szro­nem; za­mar­z­nię­ty świat ma­ja­czył jak za mgłą. Sta­łam przed ko­mi­te­tem par­tii, nie wie­dząc, co da­lej. I na­gle po­ja­wi­ło się we mnie uczu­cie nie­na­wi­ści. I nie było skie­ro­wa­ne ani do kon­wo­jen­tów, któ­rzy mnie tu od­sta­wi­li, ani do ko­bie­ty z zie­lo­ne­go domu, któ­ra nie mia­ła dla mnie pra­cy, ani na­wet do star­sze­go męż­czy­zny, któ­ry przed chwi­lą wy­rzu­cił mnie za drzwi. Ta nie­na­wiść do­ty­czy­ła wy­łącz­nie dziec­ka. To przez nie się tu zna­la­złam. Ko­men­dant obo­zu uro­czy­ście mnie po­wia­do­mił, że moje „przy­mu­so­we za­sie­dle­nie aż do od­wo­ła­nia” nie może przy­paść da­lej niż pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od miej­sca, gdzie znaj­du­je się dom dziec­ka. A ten dom dziec­ka był tak nie­da­le­ko obo­zu… Gdy­by nie to, mo­gli­by mnie od­sta­wić gdzieś da­lej, były prze­cież ta­kie przy­pad­ki. Od­sta­wia­li tam, gdzie nie ma mro­zów przez cały okrą­gły rok. Kraj Rad cią­gnie się prze­cież bez koń­ca. Doj­rze­wa­ją w nim na­wet po­ma­rań­cze i cy­try­ny. Ale te gaje po­ma­rań­czo­we były dla mnie bez­pow­rot­nie stra­co­ne, bo mo­gła­bym chcieć od­wie­dzić dziec­ko. Jako uwol­nio­na mia­łam do tego pra­wo. Nikt mnie nie py­tał, czy chcę z nie­go sko­rzy­stać. Zno­wu za­de­cy­do­wa­no za mnie.

Sta­łam po­środ­ku ob­ce­go, sy­be­ryj­skie­go mia­stecz­ka i przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy, żeby iść gdzieś da­lej przed sie­bie. Może chło­pi oka­żą wię­cej ser­ca dla ko­goś ta­kie­go jak ja. Ale był to po­mysł zbyt ry­zy­kow­ny, bo pust­ko­wie mo­gło się cią­gnąć ki­lo­me­tra­mi, bez jed­nej po dro­dze cha­ty i mo­gła­bym zwy­czaj­nie za­mar­z­nąć. Myśl o szklan­ce cze­goś go­rą­ce­go roz­le­wa­ła się we mnie cie­płem, któ­re nie­ste­ty nie mo­gło ogrzać. Za­czę­łam szczę­kać zę­ba­mi, pal­ce u nóg pie­kły z zim­na. Ru­szy­łam przed sie­bie, spo­glą­da­jąc z na­dzie­ją w okna mi­ja­nych do­mów, ale już do żad­ne­go nie za­pu­ka­łam. Prze­wa­łę­sa­łam się tak kil­ka go­dzin, za­czy­nał za­pa­dać zmrok i mróz sta­wał się jesz­cze do­kucz­liw­szy. Nie czu­łam już wła­ści­wie swo­je­go cia­ła, a każ­de wcią­gnię­cie po­wie­trza było jak ukłu­cie. Przed ocza­mi po­ja­wi­ły się czer­wo­ne pła­ty. Całe ich roje ula­ty­wa­ły w po­wie­trze. Wy­da­wa­ło mi się, że były wy­pad­ki od­mro­że­nia oczu, a to ozna­cza­ło śle­po­tę. Tak mnie to prze­ra­zi­ło, że za­pu­ka­łam do ja­kie­goś domu, a ra­czej le­pian­ki z jed­nym sła­bo oświe­tlo­nym okien­kiem. Chy­ba w środ­ku pa­li­ła się świe­ca. Moje pu­ka­nie nie dało re­zul­ta­tu, za­czę­łam więc wa­lić w drzwi pię­ścia­mi. Osła­błam z wy­sił­ku, ple­cy ob­lał mi go­rą­cy pot i ubra­nie od razu ze­sztyw­nia­ło. Drzwi się otwo­rzy­ły. Zo­ba­czy­łam bar­dzo sta­rą ko­bie­tę. Twarz mia­ła tak po­marsz­czo­ną, że za­miast oczu wi­docz­ne były tyl­ko po­dłuż­ne zmarszcz­ki. Wy­słu­cha­ła mo­jej proś­by.

– Bied­na je­steś, có­recz­ko – wy­mam­ro­ta­ła bez­zęb­ny­mi usta­mi – ale jak cię przyj­mę, nie będę tu mia­ła ży­cia. Tu nie chcą ta­kich jak ty, prze­pę­dza­ją…

– Tyl­ko jed­ną noc – bła­ga­łam, go­to­wa przed nią uklęk­nąć. – Rano so­bie pój­dę.

Być może by się zgo­dzi­ła, ale w tym mo­men­cie ode­zwa­ły się dzwon­ki sa­nek. Ko­bie­ta prze­stra­szy­ła się i za­mknę­ła drzwi. Wy­bie­głam na dro­gę wprost pod koń­skie ko­py­ta. Koń sta­nął dęba, sa­nie przy­ha­mo­wa­ły ostro.

– Komu to ży­cie nie­mi­łe? – usły­sza­łam śpiew­ny głos.

– Pro­szę o po­moc!

– Kto pro­si?

– Uwol­nio­na…

Wte­dy sa­nie ru­szy­ły, wy­mi­ja­jąc mnie z da­le­ka. Zro­zu­mia­łam, że nikt mi nie po­mo­że. Wlo­kłam się przed sie­bie w ciem­ność. Mia­sto się już koń­czy­ło. Po dość dłu­giej prze­rwie zo­ba­czy­łam za­rys ja­kie­goś bu­dyn­ku bez okien. Na drzwiach wi­sia­ła kłód­ka. Sko­bel le­d­wo się trzy­mał, pchnę­łam więc drzwi i wpa­dłam do środ­ka.

Było pra­wie tak samo zim­no jak na dwo­rze, nie mia­łam jed­nak siły iść da­lej. Wczoł­ga­łam się pod ster­tę de­sek, zwi­nę­łam się w kłę­bek i na­tych­miast za­snę­łam. Rano by­łam ze­sztyw­nia­ła, ale żywa. Od­szu­ka­łam w śnie­gu sko­bel, wło­ży­łam go na daw­ne miej­sce i ru­szy­łam w stro­nę mia­stecz­ka. Wie­dzia­łam, że je­że­li dzi­siaj cze­goś nie znaj­dę, bę­dzie się to rów­na­ło mo­jej śmier­ci. Dru­giej ta­kiej nocy z pu­stym żo­łąd­kiem nie wy­trzy­mam. Przy­cho­dzi­ła mi na­wet myśl, żeby wró­cić do obo­zu. Ale nie mia­ło­by to sen­su, za­trzy­ma­no by mnie przy bra­mie. Po­dob­no były ta­kie przy­pad­ki, a ko­goś, kto mimo wszyst­ko nie chciał odejść, za­gry­zły po­szczu­te psy. Na­gle przy­po­mnia­łam so­bie, że mam w kie­sze­ni bez­płat­ny bi­let do­ce­lo­wy. Upo­waż­niał mnie do dwóch prze­jaz­dów w mie­sią­cu, tam i z po­wro­tem. Chcia­łam te­raz je­chać „tam”, a to tam to było mia­stecz­ko, w któ­rym mie­ścił się diet­dom. Je­cha­łam nie wię­cej niż pół go­dzi­ny, ale w po­cią­gu było dość cie­pło, a z pew­no­ścią dużo cie­plej niż na ze­wnątrz. Ktoś mi wska­zał bu­dy­nek. Był sza­ry, smut­ny, po­my­śla­łam, że ma w so­bie coś wię­zien­ne­go. Nie my­li­łam się, prze­cież miesz­ka­ły w nim wię­zien­ne dzie­ci… We­szłam na schod­ki i za­dzwo­ni­łam do drzwi. Po chwi­li otwo­rzy­ło się okien­ko i zo­ba­czy­łam sze­ro­ką twarz ja­kiejś ko­bie­ty. Na gło­wie mia­ła sza­rą chust­kę, pod któ­rą scho­wa­ne były wło­sy.

– Do dziec­ka – po­wie­dzia­łam i po­ka­za­łam jej swo­ją „wy­pi­skę”. Ko­bie­ta prze­stu­dio­wa­ła ją, po­tem otwo­rzy­ła drzwi. Buch­nę­ło na mnie cie­pło – to była ostat­nia rzecz, jaką pa­mię­tam. Ock­nę­łam się w ja­kimś po­miesz­cze­niu, le­ża­łam na ko­zet­ce. Nie mia­łam na so­bie płasz­cza. Chcia­łam usiąść, ale nie star­czy­ło mi sił. By­łam tu sama. Pu­ste ścia­ny, su­fit. Wy­obra­ża­łam so­bie, że zo­sta­łam zno­wu aresz­to­wa­na, i ta myśl mnie uspo­ka­ja­ła. Ozna­cza­ło to, że ktoś się zno­wu bę­dzie o mnie trosz­czył, ktoś mi przy­dzie­li mi­skę zupy i cie­płe ubra­nie.

We­szła gru­ba ko­bie­ta w sza­rym far­tu­chu, w ręku trzy­ma­ła ta­lerz. Ta zupa była dużo lep­sza niż obo­zo­wa, to była naj­smacz­niej­sza zupa w moim ży­ciu.

– Już do­brze się czu­jesz? – spy­ta­ła ko­bie­ta. A ja się roz­pła­ka­łam. Pa­trzy­ła na mnie ze współ­czu­ciem, ale nie pró­bo­wa­ła mnie po­cie­szać. Po­wie­dzia­ła tyl­ko:

– Pój­dę po two­ją có­recz­kę.

To, że za chwi­lę zo­ba­czę dziec­ko, było czymś naj­gor­szym w mo­jej no­wej sy­tu­acji. Być może nie pa­mię­ta­łam już tak do­brze po­przed­nie­go dnia; kie­dy kosz­mar mija, nie moż­na go so­bie wy­obra­zić. Po­ja­wi­ła się we mnie myśl o uciecz­ce, ale nie mia­łam tu ani płasz­cza, ani bu­tów. Drzwi otwo­rzy­ły się i ta sama ko­bie­ta wpro­wa­dzi­ła dziec­ko. Mia­ło dużą, nie­mal kwa­dra­to­wą gło­wę ogo­lo­ną do go­łej skó­ry, ta skó­ra była sina, tak samo sina była gór­na war­ga i ką­ci­ki ust. W trój­kąt­nej twa­rzy ze spi­cza­stym pod­bród­kiem umiesz­czo­ne były ogrom­ne, jak­by tra­wio­ne go­rącz­ką oczy. Hisz­pań­skie oczy – po­my­śla­łam ze zdzi­wie­niem. Po­my­śla­łam też, że to wszyst­ko to ja­kaś po­mył­ka.

Dziec­ko trzy­ma­ło kur­czo­wo ko­bie­tę za rękę i wi­dać było, że nie chce jej pu­ścić. Ko­bie­ta przy­kuc­nę­ła przy nim. Prze­mó­wi­ła ła­god­nie:

– No, mama do cie­bie przy­je­cha­ła… Idź, po­ca­łuj ma­mu­się…

Dziec­ko nie ru­szy­ło się z miej­sca. Ko­bie­ta pod­pro­wa­dzi­ła je bli­żej, wy­swo­bo­dzi­ła się z jego uści­sku i po­wie­dzia­ła:

– Naj­le­piej, jak zo­sta­nie­cie same…

Drzwi się za nią za­mknę­ły, a dziec­ko sta­ło w miej­scu, w któ­rym je po­zo­sta­wi­ła. Pa­trzy­ło na mnie ogrom­ny­mi ocza­mi.

– Co pan taki zmar­z­nię­ty? – py­tam, bo dok­tor chu­cha w ręce.

– Zim­no. Zim­no i mo­kro.

– Niż idzie. Moje ko­la­no mi to mówi.

– No, lek­ko za wcze­śnie. Ob­li­czy­łem so­bie, ile pani ma lat.

– Ale mam też prze­szłość.

On uśmie­cha się, twarz mu się wte­dy zmie­nia, zni­ka ta sztucz­na tro­chę po­wa­ga.

– A kto jej nie ma – mówi – tej prze­szło­ści.

– Moja cór­ka. Chcia­łam ją ochra­niać. I to był chy­ba błąd.

– Bę­dzie­my go na­pra­wiać.

W na­głym od­ru­chu po­chy­lam się w jego stro­nę, jak­bym chcia­ła go do­tknąć.

– Ale ja nie wiem… Ja się tak boję…

Pa­trzy na mnie już bez uśmie­chu.

– Kie­dy za­dzwo­ni­ła pani do mnie, po­wie­dzia­ła pani, że mu­szę ra­to­wać cór­kę, a ja uwa­żam, że was obie.

– Ja… to nie­waż­ne.

– Źle, pani Anno. Fa­tal­nie. To po­czą­tek cho­ro­by pani cór­ki.

Myli się. Bar­dzo się myli. Wi­tek też tak mó­wił. Że mu­szę zo­sta­wić ją sa­mej so­bie. I do­pó­ki to się nie sta­nie, cho­ro­ba bę­dzie się po­głę­bia­ła. Ale nie mo­głam… Po­wie­dział coś ta­kie­go, że kie­dy ją zo­sta­wię, wy­ja­dę do in­ne­go mia­sta, nie dam jej ad­re­su, za­cznie być do­ro­sła albo zgi­nie. A przy mnie zgi­nie na pew­no. Ale do tego in­ne­go mia­sta chciał wy­je­chać ra­zem ze mną. W koń­cu wy­je­chał sam, żeby się wy­le­czyć ze mnie. Tak ja­koś jest, że wszyst­kie moje związ­ki ocie­ra­ją się o cho­ro­bę… Naj­gor­sze jest to, że po jego wy­jeź­dzie nic się nie zmie­ni­ło. Ja i ona szar­pie­my się tak samo, tyl­ko je­stem jesz­cze bar­dziej sa­mot­na.

– Ktoś mi to już mó­wił…

– I miał ra­cję. Musi pani zna­leźć w so­bie siłę, żeby ją ode­pchnąć. Wiem, że bę­dzie pani cięż­ko, że bę­dzie pani cier­pia­ła, ale prze­cież zro­bi to pani dla niej.

– Nie ma jej – spo­glą­dam na ze­ga­rek. – Wi­dzi pan, spóź­nia się już pół go­dzi­ny.

– Spo­koj­nie, pani Anno. Za­pa­li pani?

– Nie, ja nie palę – od­po­wia­dam i za­raz do­da­ję: – A mo że jed­nak.

Czę­stu­je mnie pa­pie­ro­sem, po­da­je ogień. Jest w tym tro­chę za grzecz­ny, to mnie iry­tu­je. Tak jak iry­to­wa­ła mnie układ­ność Wit­ka.

– Może za wcze­śnie jesz­cze na peł­ną dia­gno­zę – mówi – ale uwa­żam, że to jej wy­nisz­cza­nie się ma zwią­zek z pa­nią.

– Pan się myli. Prze­cież jej cho­ro­ba ma na­zwę. Ano­re­xia ne­rvo­sa. To zna­czy: od­chu­dzić się do ko­ści. Je­den z le­ka­rzy po­wie­dział mi, że cho­ro­ba prze­cho­dzi oko­ło dwu­dzie­ste­go pią­te­go roku ży­cia, ale tyl­ko pięt­na­ście pro­cent cho­rych go osią­ga. Umie­ra­ją z wy­cień­cze­nia.

– To nie to, ona po­wta­rza pani ży­cie.

– Prze­cież nic o mnie nie wie. Nie ma po­ję­cia o moim pie­kle.

– Robi to pod­świa­do­mie. Jest taka teo­ria, że los to czę­sto ma­try­ca ży­cia mat­ki, bab­ki, ko­goś z tak zwa­ne­go kodu. Ten kod w wa­szym przy­pad­ku to: cierp! Mu­sisz cier­pieć! To jest ta za­szy­fro­wa­na wia­do­mość, któ­rą prze­ka­za­ła pani cór­ce.

– Moja bab­cia, na przy­kład, była szczę­śli­wą oso­bą. Ko­cha­na przez wszyst­kich, ota­cza­na sza­cun­kiem, opie­ką. Umar­ła, ma­jąc wo­kół sie­bie wszyst­kie swo­je dzie­ci. I wie pan, jaka to była data? Trzy­dzie­sty pierw­szy sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go roku.

– Prze­sko­czy­ła pani o jed­no oczko. Dla­cze­go? Nie chcia­ła pani mó­wić o mat­ce?

– Mało o niej wiem – mó­wię lek­ko znie­cier­pli­wio­na. – Wróć­my ra­czej do mo­jej cór­ki. Prze­cież to ab­surd, żeby ta­blet­ki na prze­czysz­cze­nie nisz­czy­ły ży­cie trzech osób.

– Ta­blet­ki to tyl­ko sku­tek. Kie­dy od­naj­dzie się przy­czy­nę, trze­ba bę­dzie po­my­śleć o le­cze­niu. Te­raz jesz­cze nie wia­do­mo, co jest tym le­kar­stwem.

Strzą­sa po­piół do po­piel­nicz­ki, po­chy­la się, bo po­piel­nicz­ka stoi bli­żej mnie.

Wi­dzę jego rękę wy­su­wa­ją­cą się z man­kie­tu ko­szu­li, jest umię­śnio­na, po­kry­ta ciem­nym za­ro­stem. Lu­bię ta­kie ręce u męż­czyzn.

– Prze­cież już panu po­wie­dzia­łam, że jej cho­ro­ba zo­sta­ła zde­fi­nio­wa­na i opi­sa­na w książ­kach me­dycz­nych.

– To nie jest to – upie­ra się. – Po­wta­rzam: ona utoż­sa­mia się z pa­nią, i to do ta­kie­go stop­nia, że jej oso­bo­wość jest za­bu­rzo­na. W tym sa­mym wie­ku co pani uro­dzi­ła dziec­ko. Roz­sta­ła się z oj­cem dziec­ka, bo pani sama ją wy­cho­wy­wa­ła.

– Ab­surd! – wy­bu­cham. – A poza tym ona ma syna.

– Dla­te­go nie umie go ko­chać.

– A dziew­czyn­kę by umia­ła?

– Bar­dzo moż­li­we.

– Wie pan, co o tym my­ślę?

Uśmie­cha się.

– Że je­stem śmiesz­ny?

– Mniej wię­cej.

Po­waż­nie­je.

– Ona się wy­nisz­cza, bo chce zni­we­lo­wać tę róż­ni­cę mię­dzy wami. Róż­ni­cę osiem­na­stu lat. Chce się po­sta­rzyć, do­rów­nać pani fi­zycz­nie.

Ona chce się upięk­szyć. W swo­im cho­rym po­ję­ciu. Po­tra­fi wstać o pią­tej rano, żeby zro­bić sta­ran­ny ma­ki­jaż. I żeby to było przy­najm­niej dla ko­goś. Nie wi­dzę przy niej żad­ne­go chłop­ca. Cho­ciaż tak pół roku temu krę­cił się ja­kiś pie­go­wa­ty z gi­ta­rą. Przy­pad­ko­wo, na luź­nych kart­kach, zna­la­złam jej wier­sze. Było tam coś o tym, żeby wy­trwa­le wspiąć się na szczyt nosa i mięk­ko spaść na łąki pie­gów. Wiersz no­sił ty­tuł Mapa twa­rzy.

– Wie pan, ona pi­sze wier­sze. Po­ka­żę je panu, tyl­ko jak­by pan usły­szał, że ona idzie… Nie może wie­dzieć, że je zna­la­złam.

– Dla­cze­go?

– Bo mi ich nie po­ka­za­ła.

– Ale może je pani pod­rzu­ci­ła? Gdzie one le­ża­ły?

– Na dnie jej szu­fla­dy. Wiem, że to strasz­ne, ale ja się nie mogę po­wstrzy­mać od ta­kich kon­tro­li. Te­raz, kie­dy miesz­ka­my osob­no…

Wyj­mu­ję z szu­fla­dy za­pi­sa­ne ręcz­nie kart­ki i czy­tam:

Roz­mo­wa z de­mo­nem

Ko­cha­ny de­mo­nie

Po­zwól mi zro­bić coś do­bre­go

Za­śnij na mo­ment

Prze­cież tak ci u mnie wy­god­nie

Obie­cu­ję

Obu­dzę cię kie­dy bę­dziesz po­trzeb­ny.

– Co pan o tym my­śli?

Przez chwi­lę nic nie mówi i czu­ję coś jak za­że­no­wa­nie, po co go o to py­tam. To prze­cież nie ma, nie może mieć zna­cze­nia.

– Pani cór­ka ma ta­lent – od­po­wia­da wresz­cie.

– Trud­no po­wie­dzieć, wszyst­kie mło­de dziew­czy­ny pi­szą wier­sze, ja też pi­sa­łam.

– Pi­sa­ła pani, a jed­nak!

Uśmie­cham się.

– A pan cią­gle po­rów­nu­je? To nie ma sen­su, na­praw­dę. Naj­pięk­niej­szy wy­da­je mi się ten, Wi­tra­że:

Naj­waż­niej­sze są dro­bia­zgi

Okrusz­ki, odła­mecz­ki

Z nich bu­du­ję wi­tra­że ży­cia

sza­ro-buro-po­pie­la­te wi­tra­że…

Wi­dzi pan, ta­kie są wi­tra­że ży­cia mo­jej cór­ki…

– Co pa­nią nie­po­koi w tych wier­szach, pani Anno? Jest pani jak­by prze­stra­szo­na.

– Tak, boję się – od­po­wia­dam – bo czy­ta­jąc to, co na­pi­sa­ła, uświa­da­miam so­bie, jak w grun­cie rze­czy mało wiem o mo­jej cór­ce…

Po