Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2011

Historie przecenione ebook

Ludwik Stomma

3 (16)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Historie przecenione - Ludwik Stomma

Czy zwycięstwo Greków w bitwie pod Maratonem istotnie zmieniło losy świata antycznego, a oblężenie Alezji, pojmanie i śmierć galijskiego wodza Wercyngetoryksa  zakończyło marzenie Galów o niezależności od Rzymu? Bitwa pod Waterloo to ostateczny kres Europy napoleońskiej czy raczej propagandowy tryumf Anglików nad już wcześniej pokonanym cesarzem Napoleonem I, podobnie jak bitwa pod Stalingradem – czy to wielkie rosyjskie zwycięstwo militarne, a może jedynie propagandowe nad wcześniej rozbitym i wykrwawionym Wehrmachtem?

Dziesięć zdarzeń z historii świata, powszechnie uznanych za momenty zwrotne dziejów militarnych i cywilizacyjnych, w opisie Ludwika Stommy nabiera innego znaczenia. Stają się wykreowanymi dla potrzeb polityków i historyków zdarzeniami o małym znaczeniu dla bieżącej chwili i losów zaangażowanych w nich państw i ludzi.

Opinie o ebooku Historie przecenione - Ludwik Stomma

Fragment ebooka Historie przecenione - Ludwik Stomma

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne:

Ja­nusz Ba­rec­ki

Ko­rek­ta:

Do­bro­sła­wa Pań­kow­ska

Co­py­ri­ght © by Lu­dwik Stom­ma, War­sza­wa 2011

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa 2011

ISBN 978-83-244-0154-3

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na 11,00-375 War­sza­wa

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PROLOG

Dosta­łem on­giś za­mó­wie­nie (nic z tego nie wy­szło) na na­pi­sa­nie krót­kiej, syn­te­tycz­nej hi­sto­rii Pol­ski dla pu­blicz­no­ści fran­cu­skiej. Kie­dy zwie­rzy­łem się z pro­jek­tu pro­fe­so­ro­wi Alek­san­dro­wi Gieysz­to­ro­wi, po­wie­dział: „Zna­ko­mi­cie – pierw­sze sie­dem wie­ków za­ła­twia­my w parę stron, a po­tem zo­sta­ją już tyl­ko trzy stu­le­cia”. W ustach me­die­wi­sty za­brzmia­ło to do­syć gorz­ko. Taka jest jed­nak praw­da. Na­sza świa­do­mość hi­sto­rycz­na kształ­tu­je się na po­do­bień­stwo od­wró­co­ne­go stoż­ka. Im da­lej w dół, tym węż­sze gra­ni­ce, a co za tym idzie, po­tęż­nie­je za­po­mnie­nie. Oto ile stron po­świę­co­nych zo­sta­ło po­szcze­gól­nym wie­kom w paru kla­sycz­nych opra­co­wa­niach: 1. Dzie­je Pol­ski pod re­dak­cją Je­rze­go To­pol­skie­go, War­sza­wa 1978, 2. Za­rys hi­sto­rii Pol­ski pod re­dak­cją Ja­nu­sza Ta­zbi­ra, War­sza­wa 1970, 3. Kro­ni­ka Pol­ski, War­sza­wa 1998, 4. Dzie­je Pol­ski w da­tach, War­sza­wa 2005.

1

2

3

4

PRZE­CIĘT­NIE

wiek XI

2%

1,8%

1%

1,3%

1,5%

wiek XII

2,1%

1,3%

1,5%

1,6%

1,6%

wiek XIII

5,1%

3%

3,15%

2,4%

3,4%

wiek XIV

2,1%

5%

3,15%

2,8%

3,3%

wiek XV

7,5%

7,2%

3,45%

2,9%

5,3%

wiek XVI

7,7%

7,85%

7,45%

4,7%

6,9%

wiek XVII

6,6%

7,85%

9,4%

5,3%

7,3%

wiek XVIII

8%

10,7%

11,2%

6,1%

9%

wiek XIX

18,8%

18%

13,2%

14,1%

14,1%

wiek XX

40,1%

37,3%

46,5%

58%

45,7%

Do­daj­my, że po­zy­cje 1 i 2 do­pro­wa­dzi­ły opo­wieść do 1975 r., po­zy­cja 3 do 1997 r. i tyl­ko Dzie­je Pol­ski w da­tach do­trwa­ły do koń­ca XX wie­ku, co oczy­wi­ście zmie­nia nie­co pro­por­cje. W rze­czy­wi­sto­ści po­nad 50% na­szej wie­dzy hi­sto­rycz­nej za­trzy­mu­je się na ostat­nim stu­le­ciu. W pod­ręcz­ni­kach hisz­pań­skich, fran­cu­skich, nie­miec­kich sy­tu­acja jest omal iden­tycz­na. Fran­cu­skie kom­pen­dia wie­dzy hi­sto­rycz­nej ak­cen­tu­ją może nie­co bar­dziej wiek XVIII, hisz­pań­skie – XVI, ale są to niu­an­se. Ogól­na ten­den­cja jest ta sama. Wy­ni­ka też z niej nie­ubła­ga­nie, że za kil­ka­dzie­siąt lat nie­by­wa­łe wy­da­rze­nia wie­ku XX zde­gra­do­wa­ne zo­sta­ną do oko­ło 14% na­szej pa­mię­ci, za sto kil­ka­dzie­siąt do 9% i tak da­lej. Niech po­zwo­li to nam zdać so­bie spra­wę z względ­no­ści na­sze­go spoj­rze­nia na hi­sto­rię i niech wnie­sie do niej mi­ni­mal­ny cho­ciaż pier­wia­stek po­ko­ry.

Hi­sto­ria eu­ro­pej­ska, li­cząc ją od utwo­rze­nia państw Acha­jów w Ar­gos, My­ke­nach czy Knos­sos, trwa lat 3500. Z tego, uzna­jąc przy­ję­tą chro­no­lo­gię, 2000 lat (od Knos­sos do upad­ku Ce­sar­stwa Za­chod­nio-Rzym­skie­go) to sta­ro­żyt­ność, na­stęp­ne ty­siąc lat (od 476 do koń­ca XV wie­ku) – śre­dnio­wie­cze i wresz­cie ostat­nich pięć wie­ków z ka­wał­kiem to hi­sto­ria no­wo­żyt­na, roz­bi­ta zresz­tą na sze­reg drob­niej­szych ka­wał­ków, jak re­ne­sans, ba­rok, oświe­ce­nie itp. Trwa­ją­ce oko­ło 1050 lat (od 960 do 2010) dzie­je Po­la­ków to trzy­dzie­sto­pro­cen­to­wy wy­ci­nek trwa­nia Eu­ro­py. Lata ko­mu­ni­zmu 1917-1989 to tej­że hi­sto­rii eu­ro­pej­skiej le­d­wie dwu­pro­cen­to­wy frag­men­cik. PRL to nie­speł­na 1,25%, a dzie­jów na­ro­du 4,2%. 44 lata – i Wła­dy­sław Ja­gieł­ło, i Ka­zi­mierz Ja­giel­loń­czyk, a oba te pa­no­wa­nia brze­mien­ne były w prze­mia­ny i waż­kie wy­da­rze­nia, rzą­dzi­li dłu­żej. Cóż do­pie­ro po­wie­dzieć o ta­kim Lu­dwi­ku XIV we Fran­cji, któ­ry po­zo­sta­wał na tro­nie przez lat sie­dem­dzie­siąt dwa i prze­orał swój kraj (nie jest na­szą spra­wą oce­nia­nie: ne­ga­tyw­nie czy po­zy­tyw­nie) w spo­sób po dzi­siej­sze dni nie­sły­cha­nie waż­ny. I on nie prze­kra­cza w pod­ręcz­ni­kach nędz­ne­go jed­ne­go pro­cen­ta uwa­gi. Ra­tu­ją go w pa­mię­ci na­ro­do­wej em­ble­ma­ty „Król Słoń­ce” albo apo­kry­ficz­ne po­wie­dzon­ka: „Pań­stwo to ja”, „Mało co, a mu­siał­bym cze­kać” i im po­dob­ne. Oświe­ce­ni oby­wa­te­le po­łą­czą może jesz­cze jego ist­nie­nie z po­wsta­niem Wer­sa­lu i usta­wa­mi an­ty­pro­te­stanc­ki­mi. Krop­ka. Na­wet d’Ar­ta­gnan – czwar­ty spo­śród „trzech musz­kie­te­rów” – nie po­spie­szy na po­moc. D’Ar­ta­gnan jest bo­wiem w świa­do­mo­ści 99% czy­tel­ni­ków po­sta­cią abs­trak­cyj­ną, bo­ha­te­rem se­ria­lu wy­mien­nym z Zor­ro, Dy­lem So­wi­zdrza­łem czy też Lan­ce­lo­tem. Po­dob­nie z na­szą, pol­ską li­te­ra­tu­rą hi­sto­rycz­ną. Pod­czas eg­za­mi­nów wstęp­nych na stu­dia uni­wer­sy­tec­kie, kie­dy pa­da­ło py­ta­nie o woj­ny pol­sko-ko­zac­kie, pol­sko-szwedz­kie, pol­sko-tu­rec­kie, usi­ło­wa­łem nie­kie­dy po­móc nie­szczę­śni­kom, pod­rzu­ca­jąc: a pan Skrze­tu­ski, a Kmi­cic-Ba­bi­nicz, a mały ry­cerz Wo­ło­dy­jow­ski? Na próż­no. Po­tę­go­wa­łem tyl­ko pa­ni­kę. Bar jest wzię­ty w wir­tu­al­nej, po­wie­ścio­wej prze­strze­ni nie­ma­ją­cej żad­ne­go prze­ło­że­nia na fak­ty dzie­jo­we. Li­te­ra­tu­ra na­der rzad­ko ra­tu­je hi­sto­rię. Pan Wo­ło­dy­jow­ski, Hek­tor ka­mie­niec­ki, mógł się wy­sa­dzać w po­wie­trze za­rów­no na We­ster­plat­te, jak i pod Wied­niem czy Kir­chol­mem. I w su­mie trud­no się dzi­wić. Hi­sto­ria je­śli nie zni­ka w stud­ni za­po­mnie­nia, to roz­my­wa się w beł­ko­cie ste­reo­ty­pów, pół­prawd, luź­nych sko­ja­rzeń, aneg­dot i le­gend. Pa­ra­dok­sal­nie jed­nak ten­że mit, któ­ry przy­czy­nia się do mur­sze­nia pa­mię­ci, jed­no­cze­śnie je­dy­ny ra­tu­je ele­men­ty hi­sto­rii. Ja­kież są jed­nak owe ele­men­ty?

Ro­land Bar­thes (My­tho­lo­gies, Pa­ris 1957) prze­pro­wa­dza ana­li­zę se­rii po­pu­lar­nych prze­wod­ni­ków fran­cu­skich Le Gu­ide Bleu. Za­uwa­ża, że w pre­zen­to­wa­nych w nich kra­inach zni­ka cią­głość prze­strze­ni i cza­su. Eks­po­no­wa­ne są „miej­sca kra­jo­bra­zo­we”, „cie­ka­we za­kąt­ki” oraz wy­bra­ne, naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ne za­byt­ki, któ­re wy­rwa­ne z dzie­jo­we­go i spo­łecz­ne­go kon­tek­stu za­czy­na­ją sta­no­wić oso­bli­wo­ści same w so­bie. „Wy­bie­ra­jąc za­byt­ki – pod­su­mo­wu­je Bar­thes – od­bie­ra się re­al­ność za­ra­zem zie­mi i lu­dziom, w ogó­le nie od­da­jąc hi­sto­rii, przez co i sam za­by­tek sta­je się nie­czy­tel­ny, więc nie­do­rzecz­ny. Wi­do­wi­sko znaj­du­je się w ten spo­sób cią­gle w sta­nie za­ni­ku, a Le Gu­ide Bleu, z po­wo­du ope­ra­cji wła­ści­wej wszyst­kim mi­sty­fi­ka­cjom, sta­je się za­prze­cze­niem tego, co gło­si okład­ka, na­rzę­dziem za­śle­pie­nia”.

Nie in­a­czej jest z hi­sto­rią w jej spo­łecz­nej zna­jo­mo­ści i od­bio­rze. Mit po­zo­sta­wia z niej tyl­ko wy­bra­ne wy­da­rze­nia. Barw­ne, sym­bo­licz­ne, pa­te­tycz­ne, któ­re jed­nak, po­dob­nie jak za­byt­ki w Le Gu­ide Bleu, po­zo­sta­wio­ne same so­bie sta­ją się „nie­czy­tel­ne, a więc nie­do­rzecz­ne”, co nie prze­szka­dza im by­najm­niej; na tym po­le­ga siła mitu: kształ­to­wa­nie świa­do­mo­ści po­ko­leń. Jak od­by­wa się se­lek­cja owych wy­da­rzeń? – Nie ma tu jed­nej pro­stej re­gu­ły. Za in­tro­ni­za­cję nie­któ­rych od­po­wie­dzial­ni są ucze­ni hi­sto­ry­cy, czu­ją­cy się w obo­wiąz­ku two­rze­nia czy­tel­nych ce­zur mię­dzy epo­ka­mi i dla chro­no­lo­gicz­nej wy­go­dy roz­ry­wa­ją­cych cią­głość dzie­jo­wą w punk­tach, któ­re póź­niej ucznio­wie i czy­tel­ni­cy uzna­ją za nie­zwy­kle waż­ne, acz zgo­ła ta­ki­mi nie były. Nie­kie­dy za­pład­nia wy­obraź­nię nie­istot­ny dzie­jo­wo, ale fa­scy­nu­ją­cy szcze­gół, któ­re­go blask pro­mie­niu­je nie­spo­dzie­wa­nie na całe wy­da­rze­nie. Cza­sa­mi mamy do czy­nie­nia z eg­zo­ty­zmem fak­tów, któ­re jak przy każ­dym spo­tka­niu z nie­zro­zu­mia­łą in­no­ścią (zo­bacz: Ru­dolf Otto, Świę­tość, War­sza­wa 1968) po­wo­du­ją na­sze, ja­kiż da­ją­ce żer mi­tom, fa­scy­na­cje i prze­ra­że­nie. Kie­dy in­dziej jesz­cze zwy­cię­ża li­te­ra­tu­ra. Jed­ne za­szło­ści pa­su­ją do nar­ra­cji, inne mniej. Hen­ryk Sien­kie­wicz pi­sał Try­lo­gię „ku po­krze­pie­niu serc”. Do­bie­ra­jąc okre­sy ak­cji swo­ich trzech po­wie­ści, któ­re hi­sto­rycz­nie nie sta­no­wią cią­gło­ści, zręcz­nie wy­mi­nął cza­sy tra­gicz­nej woj­ny do­mo­wej, ze­rwa­nych sej­mów etc. Czy­tel­nik może być prze­ko­na­ny, że zwy­cię­stwo pod Cho­ci­miem, któ­re koń­czy Try­lo­gię, zba­wi­ło Rzecz­po­spo­li­tą. Hi­sto­rycz­nie jest to co naj­mniej nie­praw­dą, ale wpi­su­je się do sce­na­riu­sza. Naj­czę­ściej jed­nak do­bór fak­tów z dzie­jów do­mi­nu­ją wzglę­dy ide­olo­gicz­no-na­cjo­na­li­stycz­ne. Wskrze­sza­my pra­przod­ków, żeby wło­żyć w ich usta na­sze ra­cje i zi­lu­stro­wać je ich rze­ko­mym lub praw­dzi­wym bo­ha­ter­stwem. Hi­sto­ria od­ży­wa na roz­kaz. W mo­men­cie za­gro­że­nia klę­ską przy­po­mi­na so­bie Sta­lin Su­wo­ro­wa i two­rzy or­der jego imie­nia. Po­nie­waż zaś dzie­ci w Związ­ku Ra­dziec­kim nie wie­dzą nic o Su­wo­ro­wie, or­ga­ni­zu­je się spe­cjal­ne kur­sy, na któ­re dzie­ci mu­szą cho­dzić, choć bom­by pa­da­ją wo­ko­ło. We Fran­cji świę­ci się wy­zwo­le­nie Pa­ry­ża przez De Gaul­le’a i „po­wsta­nie pa­ry­skie”, cho­ciaż jest to aneg­do­ta – do Pa­ry­ża we­szli alian­ci bez opo­ru i mie­li tyl­ko kło­pot ze wznie­sio­ny­mi nie­od­po­wie­dzial­nie, to zna­czy kom­pli­ku­ją­cy­mi ruch dro­go­wy, po­wstań­czy­mi ba­ry­ka­da­mi. Wło­si: mar­sza­łek Pił­sud­ski mó­wił: „Po co ist­nie­ją Wło­si? – po to, żeby bici przez wszyst­kich Au­stria­cy mie­li kogo bić”. Nie prze­szka­dza to w ni­czym, że do­bi­cie ucie­ka­ją­cych w po­pło­chu Au­stria­ków pod Vit­to­rio Ve­ne­to 29 paź­dzier­ni­ka 1918 sta­ło się wło­skim pa­trio­tycz­nym sym­bo­lem. Nie ma bo­daj więk­sze­go mia­sta w Ita­lii, w któ­rym nie by­ło­by pla­cu, uli­cy, alei imie­nia Vit­to­rio Ve­ne­to. Cóż z tego, że dzień wcze­śniej, co ze stra­te­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia mia­ło zna­cze­nie nie­skoń­cze­nie więk­sze, ar­mia wło­ska prze­kro­czy­ła Pia­wę, 30 paź­dzier­ni­ka wzię­ła Asia­go, a 3 li­sto­pa­da, ba­ga­te­la: Try­dent, Udi­nę i Triest. Na­zwa miej­sca: Vit­to­rio Ve­ne­to, gdzie zwy­cię­stwo, „vit­to­ria”, od razu wpi­sa­ne jest w le­gen­dę, za­wa­ży­ło o wszyst­kim. Z dzie­jów grec­kich za­po­ży­czy­li­śmy Ter­mo­pi­le (480 p.n.e.). Była to bi­twa przez Gre­ków prze­gra­na i to na sku­tek zdra­dy we wła­snych sze­re­gach. Ali­ści po­legł tam, bro­niąc bez­sen­sow­nie do koń­ca, choć po­zy­cja była de­fi­ni­tyw­nie stra­co­na, a mógł wy­co­fać swo­ją dru­ży­nę, Le­oni­das, z huf­cem 300 Spar­tan. Co ozna­cza ten sym­bol? – Na ale­go­rycz­nym gro­bie po­le­głych wy­ry­to na­pis (po­da­ję w tłu­ma­cze­niu Ta­de­usza Zie­liń­skie­go, Gre­cja Nie­pod­le­gła, War­sza­wa 1958):

O wę­drow­cze, gdy przyj­dziesz do Spar­ty, lu­do­wi jego po­wiedz,

Że w myśl oj­czy­zny swej praw, ko­ści zło­ży­li­śmy swe.

Na cmen­ta­rzu żoł­nie­rzy pol­skich pod Mon­te Cas­si­no fi­gu­ru­je to już w wer­sji:

Prze­chod­niu, po­wiedz Pol­sce,

Że­śmy po­le­gli wier­ni w jej służ­bie.

Sub­tel­na róż­ni­ca mię­dzy PRA­WA­MI, któ­re nie da­wa­ły Spar­ta­nom, swo­istym jan­cza­rom, wy­cho­wy­wa­nym od dziec­ka do wal­ki i tyl­ko do wal­ki, in­ne­go wyj­ścia, a SŁUŻ­BĄ wy­ni­ka­ją­cą z wy­bo­ru i po­świe­ce­nia, zo­sta­je cał­ko­wi­cie za­tar­ta.

Mit po­mie­szał wszyst­ko i zro­bił z żoł­nie­rzy An­der­sa Spar­tan, co wła­ści­wie po­win­no być dla nich obe­lgą.

Mi­tycz­na hi­sto­ria, czy­li ta hi­sto­ria, któ­ra funk­cjo­nu­je w spo­łecz­nym obie­gu, nie tyl­ko do­wol­nie ze­sta­wia fak­ty i wią­że je rze­ko­mym po­kre­wień­stwem. Zmie­nia rów­nież klę­ski w zwy­cię­stwa i, rza­dziej, zwy­cię­stwa w klę­ski. Ze szcze­gó­łów bu­du­je uogól­nia­ją­ce le­gen­dy i od­wrot­nie – wy­dzie­ra szcze­gó­ły z ca­ło­ści, po czym rzu­ca je, po­zba­wio­ne kon­tek­stu, na bie­żą­cy uży­tek. Pa­mię­ta­my, dzię­ki Sło­wac­kie­mu, o Win­kel­rie­dzie (Ar­nol­dzie ze Stans), któ­ry zgar­nął ko­pie wro­gów, wbi­ja­jąc je w swo­ją pierś, albo (tym ra­zem dzię­ki Schil­le­ro­wi przede wszyst­kim) Wil­hel­ma Tel­la, gdyż ze­strze­lił jabł­ko z gło­wy syn­ka. Ko­nia z rzę­dem jed­nak temu, kto od­po­wie, w któ­rym wie­ku mie­li żyć ci pół­le­gen­dar­ni bo­ha­te­ro­wie i o jaką spra­wę wal­czy­li. Kto z kim starł się w bi­twie pod Sem­pach, któ­ra wła­śnie wi­dzia­ła ofia­rę Win­kel­rie­da. Hi­sto­ria wy­wie­dzio­na spod pa­trio­tycz­nej lipy, z po­li­ty­ki, z tra­dy­cji, to nie tyl­ko po­wol­ne za­po­mi­na­nie, to rów­nież, po­wtórz­my raz jesz­cze, pa­ra­fra­zu­jąc Bar­the­sa: „na­rzę­dzie za­śle­pie­nia”.

O tym jest też po­nie­kąd ta książ­ka. Opo­wia­da o zda­rze­niach, któ­re w hi­sto­rycz­nej pa­mię­ci spo­łecz­nej utrwa­lo­ne zo­sta­ły jako bar­dzo waż­ne, de­cy­du­ją­ce, prze­ło­mo­we, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści, je­śli w ogó­le ta­ki­mi były, to tyl­ko cząst­ko­wo. Albo nie wstrzą­snę­ły świa­tem, za­bły­sły jak me­te­or i zga­sły, albo pod­szy­ły się pod inne, znacz­nie istot­niej­sze, albo zgo­ła tra­fi­ły do hi­sto­rycz­ne­go pan­te­onu przez przy­pa­dek, czar szcze­gó­łu. 21 lip­ca 1969 r. Neil Arm­strong, jako pierw­szy czło­wiek, po­sta­wił sto­pę na Księ­ży­cu. „To tyl­ko je­den mały krok dla czło­wie­ka, ale wiel­ki krok dla ludz­ko­ści” – po­wie­dział wte­dy ko­smo­nau­ta. Cały świat był tej sa­mej my­śli. Wie­rzo­no w dwie co naj­mniej rze­czy. Pierw­szą, że jak w za­po­wie­dziach Ju­liu­sza Ver­ne’a, Księ­życ zo­sta­nie wkrót­ce sko­lo­ni­zo­wa­ny, ludz­kość roz­sze­rzy swój stan po­sia­da­nia. Dru­gą, że czło­wiek, któ­ry spoj­rzeć może te­raz z Księ­ży­ca na Zie­mię i uj­rzeć ją jako kulę za­gu­bio­ną w ko­smo­sie, zro­zu­mie ma­łość lo­kal­nych nie­na­wi­ści, kon­flik­tów, swa­rów. Mi­nę­ło czter­dzie­ści lat. „Hi­sto­ry To­day” pi­sze o lą­do­wa­niu na Księ­ży­cu: „Re­ali­za­cja pro­gra­mu Apol­lo z pew­no­ścią speł­ni­ła je­den ze swych naj­waż­niej­szych ce­lów, ja­kim było po­ka­za­nie ZSRR, kto rzą­dzi w prze­strze­ni ko­smicz­nej i w związ­ku z tym dys­po­nu­je no­wo­cze­sną tech­no­lo­gią, któ­ra bez pro­ble­mu znaj­du­je za­sto­so­wa­nie mi­li­tar­ne”. Pro­gram Apol­lo zo­stał anu­lo­wa­ny w stycz­niu 1970 r., gdyż ło­żo­ne nań pie­nią­dze oka­za­ły się ko­niecz­ne do eska­la­cji woj­ny ame­ry­kań­sko-wiet­nam­skiej. W lu­tym 2010 r. pre­zy­dent Oba­ma osta­tecz­nie od­mó­wił fi­nan­so­wa­nia pro­jek­tów zwią­za­nych ze stwo­rze­niem sta­łej bazy na Księ­ży­cu i dal­szych na nie­go wy­praw. Prze­cięt­na licz­ba za­bi­tych rocz­nie w wo­jen­nych i ter­ro­ry­stycz­nych dzia­ła­niach wzro­sła na Zie­mi od 1969 r. (po­mi­mo że to­czy­ły się wte­dy krwa­we wal­ki w Wiet­na­mie), po­dług ob­li­czeń IN­SEP, o oko­ło 150%. „Księ­życ to śle­py za­ułek, wierz­cie mi, coś o tym wiem” – po­wie­dział Buzz Al­drin, ko­smo­nau­ta, któ­ry z Arm­stron­giem lą­do­wał na Księ­ży­cu, ale miał nie­szczę­ście wy­siąść dru­gi, więc zo­stał za­po­mnia­ny. Piotr Cie­śliń­ski („Ga­ze­ta Wy­bor­cza” 21 lip­ca 2009 r.) ko­men­tu­je, iż ma Al­drin dużo ra­cji: „Oczy­wi­ście, są tam cen­ne mi­ne­ra­ły – ty­tan czy że­la­zo – ale kosz­ty ich po­zy­ska­nia są praw­dzi­wie ko­smicz­ne. Czę­sto mówi się, że głów­nym bo­gac­twem Księ­ży­ca są za­so­by izo­to­pu helu-3, pa­li­wa dla przy­szłych elek­trow­ni ter­mo­ją­dro­wych. Ale elek­trow­ni wciąż nie ma. Od wie­ku po­wta­rza się, że pierw­sza ma po­wstać za 50 lat. To jak w dow­ci­pie o ba­rze, któ­re­go wła­ści­ciel wy­wie­sił na drzwiach na­pis – «Ju­tro pi­je­my za dar­mo»”. I tyle nam zo­sta­ło z tam­tych lat. Coś, co wy­da­wa­ło się zda­rze­niem ogrom­nym i prze­ło­mo­wym, zmie­ni­ło się w aneg­do­tę i datę w ka­len­da­rzu, któ­rą uczci ktoś cza­sem oko­licz­no­ścio­wą no­tat­ką. Dzi­siaj, pi­sze Jean-Fra­nço­is Au­ge­re­au w „Le Mon­de” (18 lip­ca 2009 r.), to już do­me­na ar­che­olo­gów przy­by­wa­ją­cych z da­le­ka, któ­rzy od­kry­ją może śla­dy ja­kichś istot, prze­cha­dza­ją­cych się on­giś po brze­gach kra­te­ru.

Nie wszyst­ko jest jed­nak ta­kie pro­ste na tym na­szym pa­do­le. Dla­te­go koń­czy książ­kę, już poza chro­no­lo­gią, roz­dział na te­mat bi­twy o Ver­dun, bez­sen­sow­nej jat­ce, któ­ra nie przy­nio­sła nic, ni­cze­go nie zmie­ni­ła, a mia­ło się oka­zać, że cał­ko­wi­cie nie­za­leż­nie od in­ten­cji ge­ne­ra­łów, mę­czeń­stwa żoł­nie­rzy i abs­trak­cyj­nych pla­nów stra­te­gów, zu­peł­nie in­a­czej, nie­spo­dzie­wa­nie, na prze­kór, osta­tecz­nie wstrzą­snę­ła świa­tem bar­dziej może niż ja­kie­kol­wiek inne wy­da­rze­nie mi­nio­ne­go, dwu­dzie­ste­go wie­ku.

MARATON

W Ate­nach pu­sto. Śród ob­sza­ru mia­sta

Po­zo­stał sta­rzec, śle­piec i nie­wia­sta.

A kto mógł, pa­trzał w trwoż­nym nie­po­ko­ju,

Czy nie oba­czy co od stro­ny boju.

Nic, nic nie wi­dać. I słoń­ce za­ga­sło,

I gwiaz­dy… Cyt-cyt, coś w po­bli­żu wrza­sło…

Pręd­ki­mi kro­ki ktoś po bru­ku bije

I woła: «Tchu! Tchu! Gło­su! Gre­cja… żyje!

Cześć! Cześć! Mil­cja­des! Tchu!… Zwy­cię­stwo z nami!».

Ko­bie­ty z do­mów wy­szły z po­chod­nia­mi.

Z ga­łąz­ką lau­ru Grek uli­cą bie­żył

I padł wo­ła­jąc: „Zwy­cię­stwo!” – Już nie żył!

(Kor­nel Ujej­ski, Ma­ra­ton)

W kwiet­niu 1896 r. od­by­ły się w Ate­nach pierw­sze no­wo­żyt­ne Igrzy­ska Olim­pij­skie. Nie było jesz­cze wte­dy re­pre­zen­ta­cji na­ro­do­wych ani se­lek­cji przed za­wo­da­mi.

Star­to­wał każ­dy, kto przy­był, w bar­wach swo­je­go uni­wer­sy­te­tu (prze­wa­ża­li stu­den­ci), klu­bu, nie­kie­dy mia­sta. Naj­więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie bu­dził bieg ma­ra­toń­ski, któ­ry zo­stał prze­pro­wa­dzo­ny na hi­sto­rycz­nej tra­sie z pola bi­twy do wy­bu­do­wa­ne­go spe­cjal­nie z oka­zji igrzysk, na koszt naj­bo­gat­sze­go pod­ów­czas kup­ca grec­kie­go Geo­r­gio­sa Ave­rof­fa, sta­dio­nu z bia­łe­go mar­mu­ru w Ate­nach. Eli­ta kra­ju prze­ści­ga­ła się w fun­do­wa­niu na­gród dla przy­szłe­go zwy­cięz­cy. Do­stać miał on mię­dzy in­ny­mi: pole na miej­scu daw­nej bi­twy, am­fo­rę stu­let­nie­go wina, tonę cze­ko­la­dy, do­ży­wot­nie dar­mo­we strzy­że­nie w eks­klu­zyw­nym za­kła­dzie fry­zjer­skim, ko­pię Nike z Sa­mo­tra­ki na­tu­ral­nej wiel­ko­ści… Wszyst­kich prze­bił jed­nak raz jesz­cze Geo­r­gios Ave­roff, obie­cu­jąc pierw­sze­mu na me­cie, pod wa­run­kiem że bę­dzie chrze­ści­ja­ni­nem wschod­nie­go ob­rząd­ku, sumę stu ty­się­cy drachm, za któ­re moż­na było ku­pić parę ka­mie­nic w cen­trum Aten, oraz… rękę swo­jej cór­ki z do­dat­ko­wym mi­lio­nem w po­sa­gu. Do­daj­my, że kru­czo­wło­sa Ave­rof­fów­na ucho­dzi­ła po­wszech­nie za jed­ną z naj­pięk­niej­szych dziew­czyn Pi­reu­su.

Na star­cie, przed obe­rżą w Ma­ra­tho­nas, sta­nę­ło dwu­dzie­stu pię­ciu bie­ga­czy z szes­na­stu kra­jów, w tym na­wet przy­bysz z od­le­głej Au­stra­lii. Do­tkli­wy upał i du­szą­cy kurz pod­no­szą­cy się z piasz­czy­stej dro­gi wy­eli­mi­no­wał wkrót­ce fa­wo­ry­zo­wa­nych: Ame­ry­ka­ni­na Ar­thu­ra Bla­ke’a i Fran­cu­za Al­bi­na Ler­mu­siaux. Pod­dał się i Au­stra­lij­czyk Edwin Flack. Wzdłuż tra­sy roz­sta­wie­ni byli gę­sto ku­rie­rzy kon­ni, któ­rzy, gdy tyl­ko mi­nę­li ich pierw­si za­wod­ni­cy, pę­dzi­li ga­lo­pem na sta­dion z wia­do­mo­ścia­mi o prze­bie­gu wy­da­rzeń. I oto wy­słan­nik, któ­ry stał mniej wię­cej na po­ło­wie szla­ku, przy­no­si sen­sa­cyj­ną wia­do­mość. Na czo­ło wy­su­nął się nie­zna­ny do­tąd ni­ko­mu wo­zi­wo­da, albo, jak woli Ta­de­usz Ol­szań­ski (Oso­bi­sta hi­sto­ria olim­piad, War­sza­wa 2000), li­sto­nosz z wio­ski Ma­ro­usi koło Aten – Spi­ri­don (Spi­ros) Lo­uis. Wśród ocze­ku­ją­cych za­pa­no­wał nie­by­wa­ły en­tu­zjazm. Ko­lej­ny jeź­dziec po­twier­dza: Lo­uis pro­wa­dzi, wła­śnie wy­pił ku­bek wina, zjadł jaj­ko wiel­ka­noc­ne, za­pił jesz­cze pi­wem i wy­da­je się w do­brej for­mie. Ale, uwa­ga, ry­wa­le nie są da­le­ko. Na­pię­cie ro­śnie. Wresz­cie w bra­mie sta­dio­nu uka­zu­je się po­kry­ty py­łem wie­śniak z Ma­ro­usi. Sy­no­wie kró­lew­scy nie wy­trzy­mu­ją. Zbie­ga­ją z loży ho­no­ro­wej i to­wa­rzy­szą zwy­cięz­cy na ostat­nich me­trach. Po­tem za­no­szą słab­ną­ce­go z wy­czer­pa­nia przed ob­li­cze wład­cy, Je­rze­go I, któ­ry bie­rze go w ra­mio­na. Tłum sza­le­je. Spon­ta­nicz­ne ma­ni­fe­sta­cje ra­do­ści trwać będą jesz­cze przez wie­le dni. Spo­śród na­leż­nych na­gród nie do­stał Spi­ri­don Lo­uis jed­nej tyl­ko – ręki uro­czej kup­ców­ny. Nie dla­te­go, żeby się Ave­roff wy­co­fał z obiet­ni­cy. Po pro­stu bie­gacz był już żo­na­ty. Tak czy owak zo­stał z dnia na dzień czło­wie­kiem bo­ga­tym i bo­ha­te­rem na­ro­do­wym na do­kład­kę. To­wa­rzy­szył de­le­ga­cji grec­kiej pod­czas dzie­wię­ciu na­stęp­nych olim­piad. W trak­cie ostat­niej z nich, w 1936 r., w Ber­li­nie, mia­ło miej­sce pa­mięt­ne zda­rze­nie. Kie­dy eki­pa grec­ka ma­sze­ro­wa­ła pod­czas uro­czy­sto­ści otwar­cia igrzysk, „z jej sze­re­gów wy­ła­mał się nie­mło­dy już czło­wiek i ru­szył po scho­dach w stro­nę Hi­tle­ra. Był to nie kto inny, jak Spi­ri­don Lo­uis. Wy­glą­da­ją­cy na wy­su­szo­ne­go przez grec­ki kli­mat, sześć­dzie­się­cio­trzy­let­ni Lo­uis po­su­wał się z trud­no­ścią, w koń­cu jed­nak do­tarł do Hi­tle­ra i wrę­czył mu ga­łąz­kę oliw­ną z Olim­pii na znak po­ko­ju. Hi­tler – ko­men­tu­je Guy Wal­ters (Igrzy­ska w Ber­li­nie, Po­znań 2008) – naj­wy­raź­niej jej nie za­cho­wał, gdyż czte­ry i pół roku póź­niej do­ko­nał in­wa­zji na oj­czy­znę Lo­uisa. Olim­pij­czy­ko­wi nie dane było jed­nak do­świad­czyć oku­pa­cji swe­go kra­ju, gdyż zmarł 26 mar­ca 1940 r.

Pod­czas olim­pia­dy w Pa­ry­żu (1900 r.) pro­wa­dzą­cy z wiel­ką prze­wa­gą szwedz­ki osiem­na­sto­la­tek Ernst Fast po­my­lił na roz­sta­jach dro­gę, gdyż pil­nu­ją­cy tego miej­sca sę­dzia od­da­lił się za na­tu­ral­ną po­trze­bą. Fast zo­rien­to­wał się wresz­cie w po­mył­ce i za­wró­cił. Po­mi­mo nad­ło­że­nia sze­ściu (sic!) ki­lo­me­trów i utra­ty dwu­dzie­stu pię­ciu mi­nut do zwy­cięz­cy, Fran­cu­za Mi­che­la The­ato, zdo­był jesz­cze brą­zo­wy me­dal. W Sa­int Lo­uis (1904) no­wo­jor­czy­ka Fre­da Lo­rza pod­wie­zio­no pra­wie trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów au­tem. Zde­ma­sko­wa­ny już po so­len­nej de­ko­ra­cji, mu­siał od­dać zło­ty me­dal in­ne­mu Ame­ry­ka­ni­no­wi, Tho­ma­no­wi Hick­so­wi. „Ma­ra­ton w Sa­int Lo­uis – pi­sze Wła­dy­sław A. Min­kie­wicz (Olim­pij­ska go­rącz­ka, War­sza­wa 1993) – miał jesz­cze in­ne­go bo­ha­te­ra. Był nim ku­bań­ski li­sto­nosz Fe­lix Ca­rva­jal, któ­ry po wie­lu pe­ry­pe­tiach do­tarł do mia­sta Igrzysk au­to­sto­pem, chwy­ta­jąc się po dro­dze roz­ma­itych do­ryw­czych prac, aby za­ro­bić na ży­cie. Kie­dy zna­lazł się już w Sa­int Lo­uis, roz­ba­wie­ni, ale i wzru­sze­ni jego lo­sem ame­ry­kań­scy mio­ta­cze i cię­ża­row­cy udzie­li­li mu go­ści­ny, za­pew­nia­jąc wikt i dach nad gło­wą. Ca­rva­jal udał się na start ma­ra­to­nu w dość gro­te­sko­wym stro­ju – w dłu­gich spodniach, zwy­kłej ko­szu­li i sta­rych, cięż­kich bu­tach. Je­den z jego przy­god­nych opie­ku­nów, mistrz olim­pij­ski w rzu­cie dys­kiem Mar­tin She­ri­dan – po­wo­do­wa­ny naj­wy­raź­niej od­ru­chem mi­ło­sier­dzia – ob­ciął mu wów­czas no­życz­ka­mi rę­ka­wy i no­gaw­ki… Po wy­ru­sze­niu na tra­sę am­bit­ny Ku­bań­czyk zdo­łał na­wet przez ja­kiś czas prze­wo­dzić staw­ce ry­wa­li. Do­pie­ro gdy zmo­żo­ny upa­łem za­trzy­mał się i nie­opatrz­nie zjadł kil­ka nie­doj­rza­łych ja­błek, uległ chwi­lo­wej sła­bo­ści. I – po­mi­mo tych wszyst­kich prze­ciw­no­ści – do­tarł do mety na czwar­tym miej­scu”. W Lon­dy­nie (1908) Włoch Do­ran­do Pie­tri za­słabł kil­ka­dzie­siąt me­trów przed metą. Po­li­cjan­ci i sę­dzia li­nio­wy (a był nim Sir Ar­thur Co­nan Doy­le – twór­ca Sher­loc­ka Hol­me­sa) pod­nie­śli go i po­mo­gli pół­przy­tom­ne­mu do­czła­pać do mety. Zło­ty me­dal, za sko­rzy­sta­nie z ob­cej po­mo­cy, ode­bra­no zwy­cięz­cy, pry­wat­nie cu­kier­ni­ko­wi z Ca­pri, na wnio­sek Ame­ry­ka­nów, któ­rych re­pre­zen­tant, John Hay­es, był dru­gi. Z olim­pia­dy na olim­pia­dę pi­sał ma­ra­ton swo­ją le­gen­dę, przy­po­mi­na­jąc świa­tu o bi­twie sprzed dzie­siąt­ków wie­ków.

Nic więc dziw­ne­go, że wszel­cy au­to­rzy lek­sy­ko­nów (w Pol­sce np. Zyg­munt Ry­nie­wicz, Lek­sy­kon bi­tew świa­ta, War­sza­wa 2004) kła­dą ją po­mię­dzy naj­znacz­niej­sze star­cia hi­sto­rii, opie­wa­ją po­eci, cy­tu­ją po­li­ty­cy, a wśród np. ame­ry­kań­skich dzie­ci jest ona naj­bar­dziej zna­nym wy­da­rze­niem w dzie­jach Eu­ro­py przed na­ro­dze­niem Chry­stu­sa.

Jest tak­że dru­gi po­wód szcze­gól­nej sła­wy bi­twy ma­ra­toń­skiej. Była ona ide­owym na­tchnie­niem Wio­sny Lu­dów, w przed­dzień wy­bu­chu walk jak echem wtó­ru­je jej po­emat Kor­ne­la Ujej­skie­go. Pi­sze on:

O Gre­kach:

Na­ród to mały, lecz jak psz­czo­ła w ulu

Każ­dy z osob­na o swym domu ra­dzi,

A gdzie po­trze­ba, wszy­stek się gro­ma­dzi.

O! kraj to mały – tyle, co za­trzy­ma

Prze­cho­dzą­ce­go po­de­szwa ol­brzy­ma;

O! kraj to mały, niby szy­ba tar­czy:

Lecz na grób wro­gom prze­cież go wy­star­czy!

Te­raz po­ja­wia­ją się Per­so­wie:

Wy się trwo­ży­cie tą licz­bą ogrom­ną?

I tą prze­mo­cą, co zda się nie­złom­ną?

Cóż jed­nak zna­czy taka ćma mo­tło­chu,

Wy­le­gła z pro­chu, czoł­ga­ją­ca w pro­chu,

Któ­rą do boju po­pę­dza­ją bi­czem,

Aby nie pierz­chła przed wol­nych ob­li­czem?

Mamy tu usta­no­wio­ne dwie ka­te­go­rycz­ne opo­zy­cje: wol­no­ści i nie­wol­nic­twa oraz dys­pro­por­cji li­czeb­nej prze­ciw­ni­ków. Da­ruj­my Ujej­skie­mu, że za­po­mniał, iż wol­na Gre­cja tego okre­su opie­ra­ła się na sys­te­mie nie­wol­ni­czym jak naj­bar­dziej i ani de­mo­kra­cja ateń­ska nie była tak sie­lan­ko­wa, ani de­spo­tia per­ska tak nie­ludz­ka. Nie jest to waż­ne, gdyż w tej woj­nie spra­wy ustro­jo­we nie mia­ły żad­ne­go zna­cze­nia. Atak per­ski był od­we­tem za pod­sy­ca­nie przez Gre­ków z pół­wy­spu, a Ateń­czy­ków w szcze­gól­no­ści, an­ty­per­skich po­wstań w hel­leń­skich ko­lo­niach w Azji Mniej­szej, po­zo­sta­ją­cych pod pa­no­wa­niem per­skim. Zresz­tą in­sty­ga­to­rem in­wa­zji był Hip­piasz – Grek z krwi i ko­ści, krew­niak wiel­kie­go So­lo­na, syn Pi­zy­stra­te­sa, pra­gną­cy od­zy­skać wła­dzę w Ate­nach, któ­rą spra­wo­wał w la­tach 527-510 p.n.e. Stro­fy Ujej­skie­go pi­sa­ne są na uży­tek Po­la­ków pod za­bo­rem ro­syj­skim, czy sze­rzej – Eu­ro­py w szpo­nach trzech czar­nych or­łów. Re­alia­mi grec­ki­mi nie mu­siał się szcze­gól­nie przej­mo­wać.

Po­zo­sta­je kwe­stia dys­pro­por­cji li­czeb­nej. O si­łach grec­kich pod Mil­tia­de­sem mamy do­kład­ne dane: dzie­sięć ty­się­cy lu­dzi (9000 Ateń­czy­ków i 1000 Pla­tej­czy­ków, Spar­ta­nie przy­by­li spóź­nie­ni, już po bi­twie, z po­wo­du ob­cho­dów Świę­ta Kar­néia). Ilu jed­nak Per­sów wy­lą­do­wa­ło na wy­brze­żu ma­ra­toń­skim? Tu­taj już zgo­dy nie ma. Sza­cun­ki wa­ha­ją się mię­dzy pięt­na­sto­ma a czter­dzie­sto­ma na­wet ty­sią­ca­mi. Au­to­rzy kom­pe­tent­ne­go kom­pen­dium Gu­er­res et so­ci­étés – Mon­des grecs V-IV siec­les (Neu­il­ly 2000) pi­szą o „oko­ło trzy­krot­nej prze­wa­dze Per­sów”, czy­li o 30 000; N.G.L. Ham­mond (Dzie­je Gre­cji, War­sza­wa 1973) o „naj­wy­żej 25 000”; we­dług Zyg­mun­ta Ku­bia­ka „Per­so­wie pa­trzy­li z po­gar­dą na woj­sko dwu­krot­nie mniej licz­ne, niż była ich ar­mia” – by­ło­by ich więc 20 000… Prze­wa­ga Per­sów była więc zde­cy­do­wa­na, nie było w niej jed­nak ni­cze­go aż tak nad­zwy­czaj­ne­go, by zro­dzić le­gen­dę. W wie­lu an­tycz­nych star­ciach zbroj­nych, jak np. pod Hi­me­rą (480 p.n.e.), De­lion (424 p.n.e.), Is­sos (333 p.n.e.), róż­ni­ce li­czeb­no­ści wojsk były da­le­ko więk­sze.

Per­so­wie opie­ra­li się przede wszyst­kim na kon­ni­cy i od­dzia­łach łucz­ni­ków. Gre­kom wprost prze­ciw­nie – pi­sze N.G.L. Ham­mond: „nie to­wa­rzy­szy­ła jaz­da ani łucz­ni­cy, w tych bo­wiem ro­dza­jach bro­ni Per­so­wie mie­li za­pew­nio­ną prze­wa­gę. Tak więc ar­mia ateń­ska była po pro­stu wiel­kim od­dzia­łem ude­rze­nio­wym cięż­ko­zbroj­nej pie­cho­ty”. De­ter­mi­no­wa­ło to z góry tak­ty­kę ho­pli­tów. Mu­sie­li dojść jak naj­szyb­ciej, za­nim wy­bi­ją ich z da­le­ka łucz­ni­cy, do bez­po­śred­nie­go zwar­cia i to na jak naj­mniej­szej prze­strze­ni, unie­moż­li­wia­ją­cej ma­new­ry kon­ni­cy. Ro­zu­mie­jąc to, Gre­cy zwle­ka­li z ocze­ki­wa­nym przez Per­sów ata­kiem. „Ści­na­jąc drze­wa i wzno­sząc z nich na rów­ni­nie bu­do­wa­ne na­pręd­ce pa­li­sa­dy, przy­bli­ży­li swo­je po­zy­cje na od­le­głość oko­ło pół­to­ra ki­lo­me­tra do li­nii per­skich. Pew­nej nocy, tuż przed świ­tem, kil­ku żoł­nie­rzy joń­skich słu­żą­cych w ar­mii per­skiej po­de­szło do grec­kiej pa­li­sa­dy i prze­ka­za­no Ateń­czy­kom wia­do­mość: «nie ma kon­ni­cy»”. Praw­do­po­dob­nie ode­sła­no po pro­stu ko­nie na po­pas, na dru­gą stro­nę po­to­ku Oj­noe, w oko­li­ce roz­cią­ga­ją­ce­go się na pół­no­cy tak zwa­ne­go Wiel­kie­go Ba­gna.

Wsta­wał dzień 21 wrze­śnia 490 roku p.n.e.

Nad Ma­ra­to­nem

Wznio­sło się nie­bo za­rze­wiem czer­wo­nem.

Nad Ma­ra­to­nem prze­cią­ga­ją sępy,

Sia­dły na ska­łach i dziób ostrzą tępy.

Gre­cy zde­cy­do­wa­li się bły­ska­wicz­nie. Od­daj­my głos He­ro­do­to­wi (księ­ga VI, 112-113): „Na dany znak ru­szy­li pę­dem prze­ciw bar­ba­rzyń­com. A dzie­lą­ca ich prze­strzeń wy­no­si­ła nie mniej niż osiem sta­diów. Per­so­wie wi­dząc nad­bie­ga­ją­cych, go­to­wa­li się ich przy­jąć, i przy­pi­sy­wa­li to zgub­ne­mu nie­wąt­pli­wie sza­leń­stwu Ateń­czy­ków, kie­dy uj­rze­li, że w ma­łej są licz­bie i pę­dzą co sił, nie roz­po­rzą­dza­jąc ani jaz­dą, ani łucz­ni­ka­mi. Tak my­śle­li bar­ba­rzyń­cy. Lecz Ateń­czy­cy, sko­ro zwar­li się z nimi w gę­stych sze­re­gach, wal­czy­li chwa­leb­nie. Pierw­si bo­wiem ze wszyst­kich, ja­kich zna­my, Hel­le­nów sztur­mo­wym kro­kiem ru­szy­li na nie­przy­ja­ciół, pierw­si znie­śli wi­dok me­dyj­skiej odzie­ży i no­szą­cych ją mę­żów; bo do­tych­czas sam dźwięk imie­nia Me­dów wzbu­dzał w Hel­le­nach trwo­gę. Dłu­go trwa­ła ta bi­twa pod Ma­ra­to­nem. Wpraw­dzie w cen­trum szy­ku bo­jo­we­go zwy­cię­ży­li bar­ba­rzyń­cy, tam gdzie sta­li sami Per­so­wie i Sa­ko­wie; w tym więc punk­cie byli oni górą i, prze­rwaw­szy sze­re­gi, ści­ga­li wro­ga w głąb kra­ju. Ale na obu skrzy­dłach zwy­cię­ży­li Ateń­czy­cy i Pla­tej­czy­cy, po czym po­zwo­li­li ucie­kać po­bi­tej czę­ści bar­ba­rzyń­ców, ścią­gnę­li skrzy­dła i wal­czy­li prze­ciw tym, któ­rzy prze­rwa­li śro­dek; tak Ateń­czy­cy od­nie­śli zwy­cię­stwo. Ucie­ka­ją­cych Per­sów ści­ga­li i wy­ci­na­li w pień, aż do­tar­li do mo­rza; tu za­żą­da­li ognia i do­bra­li się do okrę­tów”.

Spró­buj­my te­raz upo­rząd­ko­wać, a i sko­ry­go­wać nie­co re­la­cję He­ro­do­ta. Kie­dy Gre­cy ru­szy­li bie­giem ku li­niom per­skim dzie­li­ło ich od nich osiem sta­diów, czy­li oko­ło 8 x 177,6 m – 1400 me­trów. Bie­gli wpraw­dzie z góry, po lek­kiej po­chy­ło­ści, każ­dy ob­cią­żo­ny był jed­nak mie­czem, tar­czą i włócz­nią, któ­rą rzu­cić mógł sku­tecz­nie do­pie­ro ok. 30 me­trów od nie­przy­ja­cie­la. Wy­tre­no­wa­ny bie­gacz, w stro­ju spor­to­wym i od­po­wied­nim obu­wiu, prze­bie­ga dzi­siaj 1400 me­trów w trzy mi­nu­ty. Za­łóż­my więc, że przy mak­sy­mal­nym wy­sił­ku mo­gli ho­pli­ci po­ko­nać ten dy­stans w mi­nut pięć. Dzia­łał efekt za­sko­cze­nia, łucz­ni­cy per­scy, po sfor­mo­wa­niu się w ko­niecz­ne szy­ki, mo­gli od­dać naj­wy­żej dwa, co naj­wy­żej trzy strza­ły na wprost do chro­nią­cych się za tar­cza­mi Gre­ków. Na strza­ły „za­sy­pu­ją­ce”, zmu­sza­ją­ce prze­ciw­ni­ka do pod­nie­sie­nia za­sło­ny, było już za póź­no. Nie mo­gło to spo­wo­do­wać więk­szych strat wśród nad­cią­ga­ją­cych. Na­to­miast wy­rzu­co­ne z naj­bliż­szej od­le­gło­ści, w pew­nym bie­gu, cięż­kie włócz­nie ho­pli­tów win­ny były nad­wy­rę­żyć pierw­sze sze­re­gi za­stę­pu­ją­cych im dro­gę. Zbie­ga­ją­cy się do od­par­cia nie­spo­dzie­wa­ne­go ata­ku Per­so­wie mie­li, rzecz na­tu­ral­na, dłuż­szą dro­gę na po­zy­cje skrzy­dło­we. Tam też Gre­cy uzy­ska­li od razu prze­wa­gę. Na­le­ży wąt­pić, by – jak po­da­je He­ro­dot – Per­so­wie ro­ze­rwa­li cen­trum for­ma­cji ho­pli­tów. Gdy­by się bo­wiem tak sta­ło, wy – szli­by na ich tyły i za­wró­ciw­szy, za­ata­ko­wa­li od góry, a wte­dy po­wo­dze­nie Gre­ków na skrzy­dłach nie mia­ło­by już więk­sze­go zna­cze­nia. Wprost prze­ciw­nie, śro­dek mu­siał wy­trzy­mać, żeby ho­pli­ci mo­gli „ścią­gnąć skrzy­dła”. Bez wąt­pie­nia myli się też He­ro­dot, pi­sząc, że bi­twa trwa­ła dłu­go. Była gwał­tow­na, ale krót­ka. Do­wo­dzi tego nie tyl­ko fakt, że nie zdą­ży­ła nad­cią­gnąć kon­ni­ca per­ska, ale rów­nież bi­lans strat. Zgi­nę­ło lub zo­sta­ło ran­nych tyl­ko 192 Gre­ków i aż 6400 Per­sów. Gdy­by wal­ka prze­cią­ga­ła się, mu­sie­li­by ho­pli­ci za­pła­cić wyż­szy ra­chu­nek krwi, a i jego pro­por­cja mu­sia­ła­by się zmie­nić. Naj­wię­cej Gre­ków zgi­nę­ło zresz­tą już po prze­ła­ma­niu li­nii per­skich, pod­czas ata­ku na okrę­ty. Wte­dy to po­le­gli mię­dzy in­ny­mi wo­dzo­wie: Ste­si­le­os, syn Tra­sy­le­osa, i Ky­ne­gej­ros, syn Eu­fu­rio­na, brat bio­rą­ce­go rów­nież udział w wal­ce słyn­ne­go tra­gi­ka Aj­schy­lo­sa, au­to­ra Per­sów, Sied­miu prze­ciw Te­bom, Ore­stei etc. Śmierć Ky­ne­gej­ro­sa była szcze­gól­nie ma­ka­brycz­na, gdyż uto­pił się po tym, kie­dy ucze­pio­ne­mu u bur­ty wra­że­go stat­ku ma­ry­na­rze od­cię­li to­po­rem oba ra­mio­na. Ogól­nie rzecz bio­rąc, atak na flo­tę za­koń­czył się nie­po­wo­dze­niem. Z po­nad dwu­stu okrę­tów zdo­by­to tyl­ko sie­dem. Per­so­wie zdą­ży­li za­okrę­to­wać po­zo­sta­łych swo­ich żoł­nie­rzy, nie­mal wszyst­kich ran­nych. W nie­zna­nym do­tąd miej­scu pod­ję­li też na po­kład za­gu­bio­ną jaz­dę i od­pły­nę­li w nie­zmą­co­nym po­rząd­ku.

Dla Gre­ków Ma­ra­ton był suk­ce­sem przede wszyst­kim psy­cho­lo­gicz­nym. Nie dar­mo pi­sze He­ro­dot, iż „do­tych­czas na­wet sam dźwięk imie­nia Me­dów wzbu­dzał w Hel­le­nach trwo­gę”. Rze­czy­wi­ście, do roku 490 p.n.e. funk­cjo­no­wał w Gre­cji mit strasz­li­wych, nie­zwy­cię­żo­nych, nie­moż­li­wych do po­ko­na­nia bar­ba­rzyń­ców. Ma­ra­ton po­ło­żył mu kres. Zwy­cię­stwo – pi­sze N.G.L. Ham­mond – „roz­pa­li­ło chęć wal­ki w Ate­nach w wiel­ki po­żar. Spar­cie uka­za­ło wa­run­ki, w któ­rych pie­cho­ta grec­ka może po­ko­nać per­ską. Na­tchnę­ło tak­że inne pań­stwa grec­kie wolą opo­ru”. Do­raź­nie rów­nież Ate­ny zo­sta­ły oca­lo­ne, a za­sko­czo­ny opo­rem król Da­riusz wy­co­fał wszyst­kie woj­ska, żeby le­piej zo­rien­to­wać się w sy­tu­acji.

Dla Per­sów wszak­że Ma­ra­ton był po­raż­ką bez zna­cze­nia. Zni­ko­ma z ich punk­tu wi­dze­nia stra­ta oko­ło trzech ty­się­cy lu­dzi (przy­po­mnij­my, że ran­nych zdą­ży­ła per­ska flo­ta przy­jąć na po­kła­dy) i od­wrót z ma­ra­toń­skie­go przy­czół­ka po­strze­ga­ne były co naj­wy­żej jako swo­isty wy­pa­dek przy pra­cy. Nie zmie­nił w ni­czym kon­cep­cji stra­te­gicz­nych Da­riu­sza ani jego na­stęp­ców. Ma­ra­ton nie od­da­lił w ni­czym nie­bez­pie­czeń­stwa na­jaz­du per­skie­go na pół­wy­sep grec­ki. W per­spek­ty­wie geo­po­li­tycz­nej nie miał na­wet dru­go­rzęd­ne­go zna­cze­nia. Trud­no się też dzi­wić, że zlek­ce­wa­ży­li Per­so­wie pa­te­tycz­ny fakt, iż za­raz po bi­twie po­ja­wi­li się po­noć na ma­ra­toń­skim polu: bo­gi­ni Ate­na, he­ro­so­wie He­ra­kles i Te­ze­usz oraz sam Pa­tron miej­sca – bo­ha­ter Ma­ra­tos, Ar­ka­dyj­czyk, któ­ry to­wa­rzy­szył wy­pra­wie sy­nów Zeu­sa i Ledy (Dio­sku­rów) prze­ciw At­ty­ce, pod­czas któ­rej, kie­dy wy­rocz­nia za­żą­da­ła ofia­ry ludz­kiej dla za­pew­nie­nia zwy­cię­stwa, do­bro­wol­nie po­świę­cił swo­je ży­cie.

Wy­czer­pa­ni do szczę­tu ho­pli­ci roz­bi­li na brze­gu mo­rza im­pro­wi­zo­wa­ny obóz. Trze­ba było jed­nak ko­niecz­nie za­wia­do­mić Ate­ny o wy­ni­ku bi­twy, a na­wet sze­rzej – o ge­ne­ral­nej sy­tu­acji. Flo­ta per­ska, któ­ra za­cho­wa­ła peł­ną go­to­wość bo­jo­wą, od­pły­nę­ła w nie­wia­do­mym kie­run­ku – a nuż chcia­ła­by za­gro­zić Ate­nom? W ta­kim przy­pad­ku świa­dec­two zwy­cię­stwa pod­trzy­ma­ło­by du­cha i skło­ni­ło do opo­ru aż do cza­su nad­cią­gnię­cia ar­mii. Jak to jed­nak zro­bić? Ho­pli­ci nie mie­li kon­ni­cy, a wszel­kie zwie­rza­ki pod wierzch zdą­ży­li za­gar­nąć Per­so­wie w pro­mie­niu paru ki­lo­me­trów. I na­gle po­ja­wia się śmia­łek. Jest tak samo zmę­czo­ny jak wszy­scy, ale po­bie­gnie z tak waż­nym w tej chwi­li ra­por­tem.

Spod Ma­ra­to­nu do Aten moż­na się było do­stać pod­ów­czas, omi­ja­jąc wzno­szą­ce się stro­mo na wy­so­kość ok. 550 m nad po­ziom mo­rza góry Agri­li­ki i Skar­pa (stąd na­sza skar­pa), albo wzdłuż mo­rza, skrę­ca­jąc na za­chód na wy­so­ko­ści dzi­siej­szej Ra­fi­ny, albo okrą­żyw­szy Skar­pę od pół­no­cy i skrę­ca­jąc po­tem na po­łu­dnie. Nie wia­do­mo, któ­rą dro­gę wy­brał zwia­stun zwy­cię­stwa. To jed­nak pew­ne, że ani jed­na, ani dru­ga nie li­czy czter­dzie­stu dwóch ki­lo­me­trów.

Spi­ri­don Lo­uis biegł tra­są, któ­rą uzna­no za hi­sto­rycz­ną (nad­mor­ską), któ­rej nikt do­kład­nie nie mie­rzył i słusz­nie zresz­tą, bo cho­dzi­ło o le­gen­dę, a nie miar­kę. Po­dob­nie w Sa­int Lo­uis i Pa­ry­żu nie trosz­czo­no się o wy­mia­ry, ale bar­dziej o splen­dor szla­ku i jego do­god­ność dla ści­ga­ją­cych się ry­wa­li. Do­pie­ro ści­śli An­gli­cy zmie­rzy­li rzecz do­kład­nie. Tra­sa bie­gu ma­ra­toń­skie­go pod­czas Igrzysk Olim­pij­skich w Lon­dy­nie (1908), wio­dą­ca od pa­mię­ta­ją­ce­go Wil­hel­ma Zdo­byw­cę zam­ku kró­lew­skie­go w Wind­so­rze do sta­dio­nu Whi­te City w Lon­dy­nie, li­czy­ła so­bie 42 km i 195 m. Taki jest od­tąd dy­stans obo­wią­zu­ją­cy re­gu­la­mi­no­wo wszyst­kich, któ­rzy chcie­li­by iść w śla­dy ano­ni­mo­we­go goń­ca wiesz­czą­ce­go Ateń­czy­kom sro­mot­ną po­raż­kę bar­ba­rzyń­skich Per­sów.

Le­gen­da olim­pij­skich bie­gów ma­ra­toń­skich nie