Historie niesione we śnie - Tomasz Zaręba - ebook
Opis

Najbliższe jest najczęściej niezauważalne. Jest w spojrzeniu, ale trudno je dostrzec, ponieważ jest również samym patrzeniem. Najbliższe jest trudno słyszalne. Jest w słuchu, ale trudno je usłyszeć, ponieważ jest również samym słyszeniem. I dotknąć je niezmiernie trudno. Pomyśleć? Tak samo niełatwo, gdyż jest samym myśleniem. „No więc, gdzie to jest i co to jest to Najbliższe?” Najbliższym jesteś zawsze ty sam, najbliższe jest najbardziej Tobą. Ty jesteś swoim życiem. Po prostu. I te opowiadania są po prostu opisem życia. Mojego? Twojego? Opisem niełatwym, bo zawsze nieaktualnym, „pośmiertnym”, spóźnionym i nie na czasie. Bo potrzeba innego czasu, potrzebne jest pomiędzy…

…kiedy noc jest już zbyt późna, a poranek zbyt jeszcze wczesny; kiedy nocne stworzenia właśnie zasypiają, a poranne śpią jeszcze w kępach traw i chwastów potargane i porozrzucane jak stare zabawki; gdy wszystko ma jedno oko otwarte, drugie zaś zamknięte (znacie ten czas półotwartych źrenic?). Czy nie wydaje się wam, że musi to być czas rajski, braterski, okres miłosnego wzdychania, bo przecież zmorzeni sennością leżą obok siebie ludzie i zwierzęta, wrogowie obok przyjaciół?

Są to także teksty o miłości. Nic w tym wyjątkowego, wszak miłość jest wszędzie. I jest tak blisko! Może dlatego wydaje się, jakby jej nie było… tak byłoby może łatwiej i wygodniej. Ale miłość jest, a ci, którzy twierdzą inaczej, nie mówią prawdy. Może za bardzo umarli? Są to także teksty o umieraniu. W takim samym stopniu są to teksty o umieraniu jak o życiu. Co nie obumrze, nie wyda przecież plonu. To stara prawda. Ledwie znana, dlatego też najbliższa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 111

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Wybiegłem z domu

Wybiegłem z domu. Opuściłem to miejsce strzeżone przez Jaśniejących: pokaleczonego Jezusa, czerwonolice monidła, wypchanego Bażanta i milczącego Burka. Wytarłem z ust biały osad z mleka, mocniej zasznurowałem buty i podciągnąłem wytarte krótkie spodenki – wysoko, aż do bolesności. Porzuciłem tych strażników, którzy spowijają unoszącą się lekką, pachnącą kurzem i obiadem mgiełkę miłości i przywiązania w mocno osadzone fundamenty domu, w piętra i półpiętra, w pokoje i zapomniane pawlacze, w osłonecznione warzywno-owocowe działeczki, w pachnącą papierosami literaturę. Wyruszyłem w bliską, ale jednocześnie niebezpiecznie obcą krainę innego życia, innej śmierci, innego zmartwychwstania. Chciałem zabrać ze sobą mojego psa. Burek był już jednak schorowany. Zjadł większość własnych zębów i zawarł pokój ze swoimi pchłami. Rozmyśliłem się. Pogłaskałem go po czuprynie, podrapałem za uchem, a ten prychnął i cichutko zamruczał. Spojrzałem na swoje nogi. Były to nogi prawdziwego mężczyzny – podrapane przez niebezpieczeństwo, posiniaczone od grubych gałęzi nieprzyjaznych gęstwin, silne jak wieczne drzewa.

Na ramieniu zwisała mi torba harcerska. W niej: pajda chleba, masło, krówka, soczek pomarańczowy, krzyżyk oraz scyzoryk dziadka. Minąłem straż pożarną. Ubrudzeni smarami strażacy krzątali się przy wozach, ratowniczym osprzęcie oraz wszystkich tych sikawkach, agregatach i wężach. Klęli podczas swojej pracy haniebnie, ale wesoło – tak wielbili Pana. Widok ten przywołał szereg wspomnień. Kilka lat wcześniej lubiłem jeszcze plątać się strażakom pod nogami podczas ich radosnej krzątaniny. Wiele mnie nauczyli, wiele pokazali. Rozsądni ochotnicy zawsze wykorzystywali trudny czas nudy, którą przynosiły okresy nieheroicznej, umiarkowanej pogody, i trwonili siły na picie owocowych soków, piwa oraz zupełnie dziecięcą zabawę w ogniomistrzów. Zabawa ta była dla mnie wyrazem największej mądrości. Jeden z nich, pamiętam to dobrze, darł się wniebogłosy, imitując nieudolnie dźwięk świszczącej syreny. Inny znowu udawał kierowcę, kolejni oblewali całą okolicę wodą.

Podczas tej niewinnej jak rozkwitła róża zabawy, gdy nad Domem Strażaka zawisły tęczowe insygnia świętości powstałe ze schłodzonego przez rozpyloną wodę powietrza i ciepłych owocowych oddechów, usłyszałem przy uchu natrętne bzyczenie. Uchyliłem się odruchowo i zacząłem wymachiwać rękami. Bzyczenie ustało, a na długim pasie strażackiego węża, pęczniejącym od wypełniającej go wody, usiadł wielki owad o jaskrawych, złych barwach. Przestraszyłem się nie na żarty, natychmiast skoczyłem na skrzydlatego potwora i rozdeptałem go.

Moje zmagania z owadem przyciągnęły wówczas uwagę jednego z dostojnych strażaków. Mężczyzna spoglądał na mnie litościwie i kręcił ze smutkiem głową, wskazując na zabitego przeze mnie zwierza. Spojrzałem w dół. Zamiast diabelskiej plwociny zobaczyłem szlachetną, miododajną pszczołę, która teraz niespiesznie, jak zgnieciona kartka papieru, ze spokojem dokonanej właśnie śmierci, wracała nieudolnie do pierwotnych kształtów. Wymowa milczenia strażaka dotarła do mnie z wielkiej odległości jego wzniosłej szlachetności. Wiedziałem, że kochał on piękne pszczoły, posłańców łąki napędzających koła jej kwietnego żywota. Strażak nie okazywał jednak złości. Stał wyprostowany jak ta sosna i szeroki jak ten żagiel i patrzył na mnie z łagodnym pobłażaniem. Do dziś pamiętam wyraźnie wygląd jego twarzy. Piękna była ta fizjognomia smagana grzechami i bohaterską przygodą na wysokościach; dumny był ten człowiek, jakby spoglądał na ziemską pożogę ciężkimi, ale pogodnymi kłębkami letnich chmur i bezdenną źrenicą nieba, niosącymi w sobie radosne przesilenie życia, ale i śmiercionośny jego gniew. Każdym gestem i każdym spojrzeniem podwajał się dystans, jaki dzielił go ode mnie i innych słabych ludzi, których zawsze za wiele. Schyliłem głowę, spojrzałem na rozdeptaną pszczołę. Wyciągnąłem szmacianą chusteczkę i zawinąłem w nią owada. Strażak obserwował mnie uważnie, a gdy schowałem zawiniątko do kieszeni, zaśmiał się donośnie, aż zatrzęsła się ziemia. Uciekłem stamtąd z pośpiechem do domu i skryłem swój wstyd w matczynych ramionach.

Nie wiedziałem, co zrobić z zabitą pszczołą. Nie chciałem zakopać jej pod przydomową ławką, nie mogłem też pozwolić, by porwał ją wiatr i zaniósł daleko gdzieś, w miejsca obce i nieprzyjazne. Długo zastanawiałem się, aż pewnego dnia, gdy rozchyliłem chusteczkę, spostrzegłem, że pszczoła po prostu zniknęła. Od czasu zajścia w Domu Strażaka postanowiłem sobie mocno, że już nigdy nie poddam się lękowi i nie będę słuchał jego złych podszeptów.

 

Biegłem dalej. Dom Strażaka i jego mężni opiekunowie pozostali daleko w tyle. Dotarłem do rozstajnych dróg. Jedna z nich wiodła dalej w głąb miasteczka, w stronę sklepów i kościołów, druga skręcała w obczyznę łąki. Pomiędzy nimi stała kapliczka Najświętszej Panienki. Pani spoglądała na przechodniów zawsze z tym samym spokojem i zrozumieniem. „Wszyscy cierpimy” – powiadała – „dlatego i ja również cierpię z wami, bo cierpienie dzielone z kimś innym, to już połowa cierpienia”. Wyrazy te wypowiadała niezmiennie w pierwszej kolejności, z wyrzeźbioną przez lata manierą pogrzebowych płaczek. Nietrudno było dosłyszeć dźwięki tej przyjaznej i narzucającej się mowy. Milczała potem Panienka przez dłuższą chwilę.

Zerwane specjalnie dla niej kwiaty polne oddawały na skwarze słonecznym swoje piękno. Ścięte przez sprzedajnych wiernych, zatracały powoli swoją niewinność i czystość. Złote trawy, niebieskie chabry i szepczące kuszące obietnice maki złożone zostały pod kapliczką na znak ogłoszonego pod groźbą użycia siły pokoju Nieba i Ziemi. Kwiaty wiły się żałośnie w słonecznym żarze niczym rajskie węże, a ich skrwawione i rozdeptane przez świętość głowy opadały bezwładnie na stopy Majki Stodolnej. Także rozległe pola dzwonnego kwiecia oraz lśniące szlachetnie srebrem i złotem zboża zostały odarte z tajemnicy i samotności łąki i oddane pod panowanie niebieskich. Wprzęgnięte na służbę śmiertelnym, na użytek ich celów ograniczone miedzą i korpusem grządek, równo pochylały głowy, posłusznie obracały się na boki i żałośnie szumiały, tęskniąc za nieskrępowaną samotnością.

Jedynie na wąskich miedzach i śródpolnych zadrzewieniach – na wałach obronnych natury – skupiało się ciasno nieskończone życie. Uwolnione od ciężkich słów i myśli cienkie żyłki traw, śmierdzące chwasty oraz szczebiocące ptactwo, uwikłane w gałęzie drzew – wszystko to splątane ze sobą jakby w kobierzec – wznosiło pełną uwielbienia, beztroską pieśń miłości. Pieśń zieleni, co mówi o niczym, tylko wybrzmiewa, tylko trwa – „Życie, żyj!”. Głupio mówię? Zapewne. Jedno wiem na pewno. To właśnie tam mieszkają bogowie. Wiedziałem, że nikt mnie tam nie ugości, nikt nie przywita z radością, że nie znajdę tam domu. Ja jednak chciałem porozmawiać z łąką, miedzą i lasem, poprosić o słowo, spróbować zaśpiewać wspólnie z nimi. Chciałem, podobnie jak nasi strażacy, heroicznie pozbyć się ducha oraz towarzyszącej mu nieustannie świętej mowy miłosiernych, niebieskich strażników i poczuć, jakie niebezpieczeństwo kryje się za sprytem gronostaja, za poszumem cierpliwego wzrostu traw, za ich tętnem, oddechem i snem…

Najświętsza Panna pochyliła się nade mną, powiedziała cicho i błagalnie: „Ciesz się radością innych, gdyż szczęście z kimś dzielone to szczęście pomnożone”.

 

Biegłem dalej. Kapliczka Najświętszej Panienki pozostała już daleko w tyle. Łatwo się zgubić, gdy straci się z oczu troskliwą jej postać. Tak jak niegdyś, gdy zagubiłem się w górach. Długo wędrowałem. Dotarłem do niewielkiej półki skalnej, z której roztaczał się widok na rozległą dolinę. Krzyczałem wówczas w otchłań spowitą obłokami, ograniczoną niebem i górskimi szczytami. Mój głos odbijał się głucho od kamiennych ścian, wędrował leśnymi ścieżkami, wzbijał się wysoko i mącił spokój anielskim ptakom. Słowa po chwili powracały do mnie z miejsc, gdzie zagościły. Dźwięki niosły za sobą gęsty cień gęstych lasów, zaduch zatęchłych stawów i chłodną wilgoć szarych chmur z pobliskiego nieba. Przyjęła je bez żadnego odporu cała górska okolica. Z każdej strony napływały do mnie daremne odpowiedzi: „Kocham!”, „…, cham!” „…am!”, „Mamo!”, „…amo!”, „…o!”. Słowa bezładnie rozpraszały się po gościnnej okolicy. Dużo się od nich oczekiwało, jak od wielkiej nadziei, lecz ich płonność i bezwartościowość boleśnie rozczarowywały. Okazywały się gasnącym płomieniem, niedokończoną przypowieścią, próżniacką śpiewką pijaka, jego rozpaczliwym wołaniem, zapadającym się w samym sobie, ciągle jeszcze tylko tym samym. Nie bałem się ziejących przepaści, skrytych szeptów nadchodzącej nocy czy gryzącej wilgoci chłodu, nie bałem się tych wysokości tam, na górze. Lękałem się za to milczącej samotności zamkniętej w sobie samej, tej jedyności właściwej chyba tylko zwierzętom albo bogom. Wołanie moje rozproszyło się już zupełnie w niezrozumienie i zapomnienie. Nie napotykając żadnego oporu czy sprzeciwu, na których mogłoby zawiesić swój sens, wybrzmiewało bez przeszkód i tragicznie pozostawało bez echa. Milkło. Lasy i potoki zadrwiły sobie ze mnie, powtarzając w kółko to samo, wciąż to samo. Panienko, słysząc tylko własne wołanie, poznałem brzmienie mowy prawdziwie pustej i beznadziejnej…

 

Maryjo Panno, pocieszycielko strapionych, wielka Gospodyni! Kapłanko w świątyni domowego zapiecka, patronko zielonej grządki i płodnego pola! Chronisz mnie dzięki swojemu orędownictwu. Za twoją sprawą rezonują wonne od ziół słowa wiatru, co zaplątał się w okienne firany. Poprzez ciebie przemawia także pszenica zapachem świeżego pieczywa i ziemia brunatnieje, otwierając dla nas swoje bogate podwoje, stając się wreszcie gościnną i użyteczną. Drzewom dodajesz siły, owocom słodkiego smaku i czerwieni. Dziękuję ci za dar kierunków i dom, i stół – są one dla mnie najlepszym schronieniem. Jak dwa przeciwległe brzegi, jednocząc potoki wody, nadają tożsamość rzece, tak i ty, matko moja, jesteś mi bezpiecznym miejscem, gdzie staję się sobą, jesteś mi przystanią rozmowy i uśmiechu, na które mogę odpowiedzieć.

Proszę cię o przebaczenie, gdyż zamierzam rozstać się z tobą, z twoim Synem, moimi rodzicami, rodzeństwem, Bażantem i Burkiem, z prześmierdłymi pawlaczami – z ciepłą pościelą najbliższej okolicy. Zatykam więc uszy na wasze głośne nawoływania i odwracam oczy od waszego słońca. Boję się, wiedzcie o tym, ale mam w pamięci naukę strażaków. Syreni śpiew łąki nie omami mnie, gdyż jak na morzu Odyseusz pragnął na sobie wypróbować piękno ich zwodniczych talentów i przywiązał się do masztu swojego okrętu, tak i ja mam ze sobą coś, co mi to bezpiecznie umożliwi. Poświęcony krzyżyk oraz naostrzony scyzoryk dziadka będą mi obroną, a także kluczem do waszego świata, pożywna krówka, pajda chleba i masło dadzą mi odpowiednią siłę do przetrwania. Pragnę oddać sprawiedliwość kwiatom i dusznym zagajnikom, leżącym pod twoimi stopami. Przywrócę im na powrót piękno i dumę.

Wbiegłem w dojrzewającą pszenicę. Wąsate kłosy i ostre liście wkłuwały się boleśnie w moje nogi. Na łydkach i udach powstały małe, ale bardzo liczne podrażnienia. Pole zdawało się niebezpieczną rzeką z wrzącymi i słonymi wodami. Nie zważałem na to, uznając, że ból towarzyszący mojemu pochodowi jest ceną, jaką muszę zapłacić za możliwość rozmowy z niegościnnymi bogami. Korzystając z dziadkowego kozika, ściąłem kilkanaście źdźbeł pszenicy i uformowałem z niego bukiet. Znalazłem się na polanie. Podniosłem w górę naręcze zboża i wytrząsałem z kłosów nabrzmiałe od dojrzałości nasiona. Gorące lato i całe bogactwo ziemi zamieszkało w nich, nadając im szlachetność oraz wielkość, jakiej dawno nie widziała tutejsza okolica. Ogromne ziarna z szelestem spadały w zieloną poszewkę łąki. Zziajany położyłem się nieopodal storczyka i żółtych pełników. Koszulkę, spodenki i włosy pokryte miałem łuskami i ziarnami pszenicy. Wsparłem się na łokciach. Po moich skrwawionych nogach przepełzł zaskroniec. Ukradł niepostrzeżenie kilka na wpół zakrzepłych kropli z mych kolan. Przyleciały także pszczoły, przynosząc ze sobą kadzidło i mirrę. Z pobliskich zarośli wystrzelił w górę skowronek. Na moment zawisł w powietrzu i przyozdobił łąkę brzęczeniem złotych monet. Przyszła wreszcie miłość po kwiatach. Stąpała lekko w swych czerwonych trzewikach. Niosła ze sobą senną mgłę, obietnicę maków i krwawy zmierzch, obietnicę końca. Poznałem ją po obliczu janusowym i wyraźnym rytmie bicia jej rozlewnego serca. Nie odzywała się, gdyż śmiech i łzy zabrały jej rozumną mowę, ale wydawało mi się, że jakoś ją pojąłem. Nie poprzez słowa, lecz poprzez siłę jej serca, którego bicie nie różniło się od świszczącego wiatru i ciszy. Rozumienie tej miłości było rozumieniem smaku świeżych jabłek, patrzeniem i oddychaniem. Moc, z jaką raz po raz uderzało, była jedynym wyrazem jej mądrości. Trawy zrozumiały tę dziwaczną mowę. Widziałem wyraźnie, jak gwałtownie wyrastały, wyciągając głowy w górę, jak cierpiały, rosnąc. Także drzewa przekrzywiały ze zrozumieniem swoje korony i przerastały niebo, jednako cierpiąc. I ja sam czułem w sobie wielki ból wyrzynającego się ze mnie zęba dojrzałości. Cierpienie to nie potrzebowało świadków. Nie dla litości miało oczy i uszy, kierowało się ku sobie i spalało się we własnym rozkwicie. Nie dzieliło się ani nie mnożyło wedle świętej arytmetyki, nie milkło, lecz z rozkoszą wybrzmiewało krzykiem. Nie miało gdzie położyć swojej głowy. Krzyczałem więc do traw, do drzew i ptaków, krzyczałem także wniebogłosy.

Serce miłości biło coraz gwałtowniej. Uderzenia jego odczuły nawet prastare wymiociny ziemi – kolorowe kamienie polne i rozorana, brunatna gleba. Co znajdowało się pomiędzy kolejnymi uderzeniami tego życiodajnego serca? Co dało się zrozumieć, gdy malał świst strumienia krwi, przywracający uszom zdolność wyraźniejszego słyszenia, a umysłowi na powrót ofiarowywał ogarek świadomości? Nie ulegało wątpliwości, że miłość także gościła w tej spornej chwili, w tym nielegalnym, ale koniecznym momencie bezruchu. Jak podczas kołysania się wahadła to znieruchomienie wyznacza przeciwległe kresy jego ruchów, tak i to rozlewne serce musiało podwójnie zamierać, by dalej bić. Z gładkich ścian tej pustki z łatwością dało wyczytać się te słowa: Umrzesz! Umrzesz! Umrzesz!

Damian

1. Góra

Był schyłek lata. Damian wraz z młodym Beniaminem leżeli w pożółkłej już nieco sierpniowej trawie. Spoglądali na wzgórza, po których powoli przechadzały się stada owiec podobne do mgieł porannych, otulających jak szalem pobliskie wzniesienia. Nieopodal, pod wezgłowiem góry, tęgi szmat pola wgryzał się w nią i wystawiał swoje lśniące łuski na ostatnie promienie słoneczne – wyglądało to niezwykle groźnie. Tu i ówdzie pojedyncze drzewa słaniały się od nadmiernego przepływu słodkiej limfy w ich zatroskanych koronach – dzięki ich cierpieniu zbyt ciężkie i ostre powietrze łagodniało. Chłopcy oglądali się również na niebo… a po niebie przesuwały się kłębki chmur – szybciej, wolniej, wyżej i niżej, jedne białe, inne szare – jednako bezszelestne. Niedaleko chrapała rodzicielska góra. Ją to miały na uwadze pragnienia i myśli wszelkiego stworzenia tej okolicy. Zezowały na nią, przechodziły przez nią, obok niej, miarkując swoją wielkość jej wypiętrzeniem.

Chłopcy zerknęli po