Historie kryminalne i obyczajowe. Wiek XIX Część. II - Piotr Ryttel, Karol Ryttel - ebook

Historie kryminalne i obyczajowe. Wiek XIX Część. II ebook

Piotr Ryttel, Karol Ryttel

3,7

Opis


Emocjonujące i szokujące opowieści kryminalne, które wydarzyły się naprawdę.

Wiek XIX to czas zbrodni i głośnych przestępstw, które wstrząsnęły polskimi miastami. Ale nie brakuje też przerażających wydarzeń, które rozegrały się poza granicami naszego kraju.

Piotr i Karol Ryttelowie przedstawiając ponad 70 historii, zawartych na 300 stronach, wywołują w czytelniku emocje na najwyższym poziomie. Mimo, że sprawy są poważne, a zarazem tragiczne to przeplatają się z takimi, które są bardziej humorystyczne i mają w sobie mniej dramaturgii.

Rodzina umierająca z głodu i zimna przez pozbawionych uczuć i egoistycznych ludzi. Tragedia młodej dziewczyny, do której doszło przez urzędnika na wysokim stanowisku. Popełnienie okrutnego czynu przez osobę znaną, budzącego sensację wśród ludzi. Zbrodnia dokonana przez amerykańskiego lekarza. To tylko kilka z wielu trudnych historii. Ale są też takie, które rozbawiają, jak opowieść o mężczyźnie, który postanowił sprzedać własną żonę oraz dla amatorów miłosnych uniesień, w opowiadaniu o zbóju noszącym egzotyczne miano - Kara Ali.

Książka wzbogacona wieloma ilustracjami, które ułatwiają zobrazowanie dokonywanych czynów. A także obfitująca w szereg licznych ciekawostek obyczajowych. Publikacja w niesamowity sposób przybliża wiedzę o obyczajach w dawnych czasach, o metodach stosowanych w śledztwach sądowych i o prawodawstwie w XIX wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (14 ocen)
5
2
5
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Youngblood0891

Dobrze spędzony czas

Lubię taką tematykę, zwłaszcza kiedy oparta jest na prawdziwych dokumentach. Ale muszę przyznać, że pierwsza część była o wiele ciekawsza.
00
agnieszka3201

Nie oderwiesz się od lektury

II część niesamowitych historii kryminalnych i obyczajowych niezwykłych pod wieloma względami. Przede wszystkim dlatego, że prezentuje historie o prawie w bardzo szerokim zakresie przypadków, które często wcale nie są jednoznaczne, historie, w których prawo nie zawsze znaczy sprawiedliwość. Po drugie możemy się w tej książce zapoznać z tak różnymi wydarzeniami, że świadczy to o tym, iż pomysłowość ludzka nie zna granic. Po trzecie – kto wie, czy nie najważniejsze – autorzy niezwykle zręcznie „namalowali” przepyszną galerię postaci, bohaterów takich opowiadań, jak „Arystokratyczne oszustwo barona”, „Zbój Malarski”, „Sprzedał żonę”, „Książę w Paryżu”, „Warszawski Puls”, „Interesy księcia Czartoryskiego” czy „Fałszywy Sybirak”. Jeśli dodać do tego jeszcze to, iż w książce pełno jest smaczków przeróżnych, że roi się na jej kartach od zachwycających opisów obyczajowych – to cóż pozostaje? Iść do księgarni, kupić książkę i cieszyć się tymi opowiastkami!
00

Popularność




Piotr Ryttel
Karol Ryttel

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok

Piotr Ryttel i Karol Ryttel „Historie kryminalne i obyczajowe. Część II”

Copyright © by Piotr Ryttel, 2018

Copyright © by Karol Ryttel, 2018

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak

Korekta: Bożena i Janusz Sigismundowie

Projekt okładki: Robert Rumak

Ilustracje na okładce: © Juergen – Fotolia.com

Skład: Jacek Antoniewski

Skład epub i mobi: Kamil Skitek

ISBN: 978-83-8119-243-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

Rozdział I

Chaja trucicielka

W herbarzu Bonieckiego Antoni Kuszel, dziedzic Żeliszewa, uzyskał miano „dzielnego żołnierza, ale wielkiego awanturnika”. Znany był z ekstrawaganckich pomysłów i wystawnego życia. Na przykład podziwiano jego sześciokonną karetę.

Wielką złość musiała czuć poddana Chaja Koplowiczowa do Antoniego Kuszla, skoro dużo ryzykując, postanowiła pozbawić go życia. Gdyby to jej się udało, Królestwo Polskie straciłoby odważnego wojownika, naczelnika pospolitego ruszenia województwa podlaskiego w 1830 roku. Wcześniej Kuszel należał do gidów księcia Poniatowskiego i był ciężko ranny podczas wojny z Rosją w 1812 roku. Cztery lata później osiadł w swej posiadłości w Żeliszewie.

W 1818 roku Chaja Koplowiczowa zatruła arszenikiem herbatę kupioną dla dziedzica Kuszla, przeznaczoną na uroczyste przyjęcie. Nie wiadomo, czy było to działanie wcześniej zaplanowane, ale śledczy udowodnili, że Koplowiczowa przez jakiś czas miała do herbaty dostęp. Odkryli również, że gdyby nie pewien fakt, śmiertelne działanie trującej używki wyszłoby na jaw dopiero po spożyciu jej przez biesiadników, a było ich około stu. Do tragedii nie doszło dzięki rabinowi Jossemu Pinkusowiczowi, któremu Koplowiczowa zwierzyła się ze swego niecnego czynu i który ostrzegł przed spożyciem zatrutej herbaty. Rada lekarska sprawdziła doniesienie i stwierdziła w herbacie zawartość arszeniku.

Zanim zbrodnię wykryto, Koplowiczowa zdążyła zbiec. Sąd kryminalny bez rezultatu dwukrotnie wzywał ją edyktem do stawienia się i złożenia wyjaśnień. W czasie postępowania sądowego ustalono, że Koplowiczowa, oskarżona o zamierzone zdradzieckie morderstwo, kierowała się zemstą.

Antoni Kuszel znany był ze złego traktowania poddanych. Któregoś dnia doszło między nim a oskarżoną do kłótni, po której dziedzic wyrzucił Koplowiczową z karczmy, co mogło sprowokować ją do zbrodni.

Austriacki Kodeks karny przewidział za opisaną zbrodnię karę od 10 do 20 lat ciężkiego więzienia i właśnie ta najwyższa została wobec Koplowiczowej zasądzona. Władze policyjne i wojskowe zostały wezwane do wyśledzenia skazanej i doprowadzenia jej do więzienia. Poszukiwania jednak okazały się bezskuteczne.

Antoni Kuszel po klęsce powstania listopadowego ukorzył się przed carem, nawet pomagał w likwidowaniu partyzantki w 1833 roku. Na jakiś czas wyjechał do Rosji. Jego majątek w Żeliszewie został wystawiony na licytację i wydzierżawiony.

Antoni Kuszel zmarł w 1854 roku.

Ułani Księstwa Warszawskiego, Wikipedia

Rozdział II 

Rodzina młynarzy

Kodeks karzący Królestwa Polskiego został wprowadzony w 1818 roku. Obejmował zbrodnie, występki, przewinienia policyjne i stosowane kary. Za najcięższe zbrodnie przewidziana była kara śmierci przez ścięcie lub powieszenie na szubienicy. Często stosowane były kary dodatkowe. Pręgierz polegał na wystawieniu skazanego na widok publiczny, z łańcuchami na rękach i nogach, przykutego do specjalnego rusztowania, przez trzy dni, codziennie po jednej godzinie. Piętnowanie stosowane było rzadziej, tylko gdy prawo wyraźnie to określało: skazaniec miał wówczas na lewej łopatce wypaloną literę „P” oraz pierwszą literę miejsca, gdzie znajdował się sąd. Kary były surowe, sądy uwzględniały jednak powody złagodzenia kary, w stosunku do nieletnich, osób dotychczas prowadzących nienaganne życie i w kilku innych przypadkach.

To, co zdarzyło się w rodzinie młynarzy, nie zasługiwało na pobłażanie. Co prawda punkt d art. 58 Kodeksu przewidywał złagodzenie kary w przypadku gwałtownego poruszenia umysłu sprawcy, jednak zbrodnia dokonana z premedytacją temu nie podlegała.

Kilkaset metrów za pewną wioską w Królestwie Polskim stał młyn, użytkowany przez liczną rodzinę. Senior rodu, młynarz, liczący 60 lat, miał opinię roztropnego i gospodarnego, przy tym jednak popędliwego i kłótliwego. Źle obchodził się ze swoim ojcem, jeszcze gorzej z żoną. Po 30 latach wspólnego pożycia nie szczędził jej wyzwisk i razów. Ta potulna i pokorna kobieta sama przyznawała, że bita po głowie traciła powoli rozum i pamięć. Wszystkich dzieci z tego małżeństwa było dwanaścioro, przy życiu pozostało pięcioro. Byli już dorośli, najmłodsza, dziewczyna, miała osiemnaście lat, najstarszy, to mężczyzna dwudziestoośmioletni. Ojciec bił wszystkich jednakowo, żałował im najpotrzebniejszych rzeczy, wykorzystywał niemiłosiernie w czasie pracy w młynie. Zdarzyło się, że jedno z nich bliskie było śmierci.

Podobnie jak matka, synowie i córki czuli trwogę przed ojcem do tego stopnia, że potulnie znosili wszystkie upokorzenia. Ze względu na przywiązanie do matki odsuwali od siebie myśl o porzuceniu rodzinnego domu. Ojca bali się również dlatego, że uważali, iż oddał się złym duchom. Widzieli, jak w nocy wychodził na rozstajne drogi, gdzie coś mówił do niewidzialnej istoty, dziwnie przy tym gestykulując.

Z upływem czasu sytuacja młodych młynarzy stała się nie do zniesienia. Ojciec był coraz bardziej okrutny, cierpieli też biedę, gdyż tak jak bardzo był hojny wobec obcych, tak bardzo skąpy dla swoich bliskich. Zmówili się któregoś dnia i zabrali ojcu pieniądze i klucze do młyna. Na nic się to zdało: prawo było po stronie starego młynarza i sąd przywrócił poprzedni stan.

Jak pozbyć się ojca, który stał się dla rodziny ciemiężcą i obcym człowiekiem? Pomysł podsunął pewien robotnik z pobliskiej wioski. Trzeba starego zabić, to jedyna rada. Dla pobożnych i uległych młynarzy wydawało się to niepodobieństwem. Nie wyrazili zgody na udział w zbrodni.

Któregoś dnia jeden z synów przypadkiem znalazł pismo, z którego wynikało, że ojciec jakimś sposobem chce całą rodzinę, matkę i dzieci, oddalić z domu i wszystkiego pozbawić. To zdecydowało, że myśl o zabójstwie zaczęła być coraz bliższa. W końcu po naradzie rodzinnej, w której brali udział matka i dzieci, zapadł wyrok: zabić ojca.

Wykonanie zbrodni, za opłatą 200 zł, powierzyli robotnikowi, z którym już wcześniej się naradzali. W nocy jeden z synów uruchomił młyn, aby przywabić ojca na miejsce, gdzie czekał zabójca z siekierą i nożem. Stary młynarz otrzymał cios siekierą, jednak nie na tyle silny, żeby był śmiertelny. Udało mu się uciec do domu, gdzie wzywał pomocy. Podążający za nim morderca dokonał zbrodniczego dzieła, posługując się raz nożem, raz siekierą. Zwłoki synowie pochowali w sekretnym miejscu.

Najstarszy syn, zwracając się do matki, powiedział: gdyby się nie stało to, co się stało, nigdy by się nie wydarzyło.

Przez cztery lata udawało się zbrodnię ukrywać. Nieobecność ojca dzieci tłumaczyły rozstaniem z rodziną i wyjazdem na zawsze. Poszukiwania zarządzone przez władze nie przyniosły rezultatu. Zaczęły rodzić się podejrzenia, tym bardziej że sytuacja rodzinna młynarzy była powszechnie znana. Długie i żmudne śledztwo pozwoliło w końcu wykryć prawdę. Pewien udział w tym miała żona młynarza, której stan umysłowy nie pozwolił na ciągłe posługiwanie się kłamstwem. Sąd dotarł również do bezpośredniego sprawcy.

Wszyscy biorący udział w zbrodni, zabójca i nakłaniający do niej, zostali w 1821 roku skazani na karę śmierci, zgodnie z art. 114 i 115 Kodeksu karzącego Królestwa Polskiego. Obostrzeniem kary dla skazanych dzieci i żony zamordowanego młynarza, był czarny, hańbiący ubiór, w którym prowadzeni byli na miejsce straceń. Kara śmierci została wykonana na mężczyznach przez powieszenie, kobiety zostały ścięte.

Młyn wodny, rys. Helen Kendrik Johnson, Wikipedia, domena publiczna

Rozdział III 

Sołtys

W początkach XIX wieku Sandomierz znajdował się na pograniczu Księstwa Warszawskiego. W tym czasie i miejscu w prawodawstwie administracyjnym i cywilnym sądy posługiwały się przepisami zawartymi w Dzienniku Praw Księstwa Warszawskiego. Były to zarządzenia króla saskiego i księcia warszawskiego – Fryderyka Augusta. Natomiast w sprawach karnych korzystano z Landrechtu pruskiego z 1794 roku. Ten kodeks karny przewidywał za najcięższe zbrodnie kwalifikowaną karę śmierci, czyli połączoną z torturami, pręgierzem i chłostą. Taka kara czekała pewnego sołtysa za jego nieludzkie postępowanie.

Pełniący tę funkcję Facy Lenard z Maruszowa w województwie sandomierskim przyjął do pomocy swą cioteczną siostrę Agnieszkę Szewczykównę. W krótkim czasie stosunki między nimi przekroczyły granice zażyłości rodzinnej i służbowej zależności. Związek ten ukrywany był długi czas, nawet gdy Szewczykówna została brzemienna, nie ujawniła, z kim to się stało. Dziecko urodziło się nieżywe.

Niebawem w krzakach opodal domu Lenarda ludzie znaleźli zwłoki kobiety, w których rozpoznali Szewczykównę. Zawiadomiono o tym sołtysa, a następnie wójta. Facy Lenard po otrzymaniu tej wiadomości samotnie przybył na miejsce, a gdy po pewnym czasie delegacja gminy zjawiła się w celu zabrania zwłok kobiety, niczego w krzakach nie znaleziono. Domyślano się, że zabójca ciało ofiary ukrył i wówczas nie podejrzewano jeszcze o to sołtysa. Polecenia wójta dotyczące odnalezienia zwłok kobiety sołtys ignorował przez jakiś czas, aż wreszcie któregoś dnia opuścił wieś, twierdząc, że wyjeżdża w interesach do miasta. Więcej już się w wiosce nie pokazał.

Poszukiwania sołtysa listem gończym w 1816 roku nie przyniosły rezultatu. Podejrzewano, że zbiegł ze znacznym zapasem gotówki. Również długi czas nie można było odszukać ciała zmarłej. Kiedy do żony sołtysa dotarła wiadomość, że jej mąż wczesnym rankiem widziany był w pobliżu stodoły i zaskoczony próbował się ukryć, postanowiła wraz z kilkoma osobami przeszukać jej wnętrze. Zrobili to już wcześniej strażnicy ziemscy, lecz nic nie odkryli. Tym razem pod równo poukładanymi snopkami znaleziono zwłoki Agnieszki Szewczykówny.

Na ślad Facego Lenarda nie trafiono.

Rozdział IV 

Szewc i cieśla

W Ustanowce, wiosce niedaleko Piaseczna, znaleziono nieżywego Kaspra Małachowskiego, lokalnego cieślę. Ciało było zmasakrowane, nieszczęśnik miał rozbitą głowę i zmiażdżoną klatkę piersiową. Leżał na polu, w pobliżu gościńca.

Przeprowadzone śledztwo wykazało, że ostatnio widziano go w towarzystwie szewca, Józefa Krzyżanowskiego. Podejrzanego o zbrodnię aresztowano. W czasie przesłuchania przyznał się do zabójstwa i podał szczegóły wydarzenia.

W lutym 1818 roku, szukając dla siebie mieszkania, trafił do Wągrowna, gdzie spotkał cieślę Małachowskiego. Nie znali się wcześniej, ale cieśla akurat potrzebował świadka przy zawieraniu umowy na budowę domu i zaproponował to Krzyżanowskiemu. Gdy interes został pomyślnie załatwiony, obydwaj wstąpili do karczmy. Wiadomo było, że pili wódkę, jak i to, że cieśla był zasobny w gotówkę z racji zaliczki na prace budowlane. Po zakończonym biesiadowaniu wspólnie udali się w drogę powrotną do Piaseczna. Już na początku podróży Krzyżanowski obmyślał plan zagarnięcia pieniędzy należących do cieśli. Ogłuszyć go i obrabować nie wystarczy, ocknie się i doniesie. Trzeba zabić. Gdy znaleźli się na gościńcu, kawałek drogi za wioską Ustanowką, Krzyżanowski znienacka przewrócił Małachowskiego, po czym przycisnąwszy kolanami bił i dusił. Zaskoczony cieśla nie był w stanie się bronić. Gdy słabł i tracił przytomność, zabójca przeciął mu gardło nożem zwanym „cyganek”. Małe ostrze tego narzędzia zbrodni wystarczyło do przecięcia aorty szyjnej. Mordercy i tego jeszcze było za mało. Ciężkimi, podkutymi butami zmiażdżył klatkę piersiową cieśli i tak już będącego w agonii.

Po dokonanej zbrodni Krzyżanowski oddalił się, zabierając złupione ofierze 7 zł i 15 gr. Nie powrócił do miejsca, gdzie mieszkał dotychczas, lecz postanowił wstąpić do wojska. Nie zdążył, w drodze do Warszawy został aresztowany i przekazany sądowi.

Sąd Sprawiedliwości Kryminalnej Województwa Mazowieckiego i Kaliskiego w 1819 roku skazał Józefa Krzyżanowskiego na karę miecza z wystawieniem ciała po śmierci na kole oraz śmierć cywilną.

Skazany złożył rekurs, jednak sąd apelacyjny utrzymał wyrok w mocy. Nie pomogła również prośba o ułaskawienie skierowana do cara Aleksandra I Romanowa.

Józef Krzyżanowski został ścięty w 1820 roku.

Rozdział V 

Śmierć z nędzy

Pracujący jako stróż we dworze w Moskorzewie w pow. kieleckim Mikołaj Tabor, po dwóch miesiącach choroby zmarł.

Pozostawił żonę i troje dzieci.

Wdowa i dzieci nie mieli środków do życia. Rodzina nie otrzymała pomocy od dziedzica Moskorzewa, Tomasza Potockiego, mimo że ten znany był z działalności społecznej i charytatywnej. Wdowa, widząc, że nie ma dla niej miejsca przy dworze, błagała rządcę Jakubowskiego o podwodę do Jaranowic, gdzie mieszkała rodzina jej i zmarłego męża. Biedna kobieta posiadała tak lichą odzież dla siebie i dzieci, że nie mogła wybrać się samodzielnie w drogę. Rządca dwukrotnie odmawiał prośbie, lecz w końcu zgodził się odesłać czworo nędzarzy do Jaranowic, mimo tego, że jedno z dzieci chorowało na ospę.

Wdowa przeliczyła się, oczekując wsparcia od rodziny. Została źle przyjęta przez krewnego Michała Walczyka. Udała się więc do Franciszka Tabora, który był bratem jej męża. Ten, będąc chory, odmówił pomocy. Kolejne miejsce to dom Jana Fojki, również krewnego. Tu udało się przenocować. Fojka o pobycie rodziny zawiadomił sołtysa, Antoniego Kalińskiego, mając nadzieję na pomoc z jego strony, sam bowiem nie mógł zatrzymać wdowy z dziećmi u siebie. Kobieta tułała się dalej. Noc przed Bożym Narodzeniem biedacy spędzili w chacie u komornic na wsi.

W dzień świąteczny z samego rana Taborowie pojawili się powtórnie u Michała Walczyka. Gospodarza nie było w domu, nikt ich więc nie wyganiał. Około południa Walczyk wrócił z kościoła i kazał im się wynosić. Chodzili po wsi, prosząc o pomoc, w końcu wieczorem trafili znów do domu Tabora. Drzwi otworzył syn, Walenty Tabor. Odmówił noclegu, nie pozwolił nawet się ogrzać. Opuszczeni nieszczęśnicy jeszcze raz poszli do Walczyków. Na nic zdały się błagania, nie wpuszczono ich.

Kobieta nie miała już siły szukać dalej. Usiadła wraz z dziećmi w pobliskim rowie, z początku płacząc i wzywając ratunku, wreszcie ucichła.

Wczesnym rankiem, w dzień św. Szczepana Męczennika, w pobliżu chaty Taborów znaleziono kobietę i dzieci nieżywych z zimna i głodu.

Sprawą zajął się Edward Białoskórski, radca stanu i gubernator cywilny. Polecił prokuratorowi królewskiemu winnych nieudzielenia pomocy matce z dziećmi postawić przed sądem kryminalnym i jako przestępców surowo ukarać. Ponadto wezwał burmistrzów i wójtów, aby zgromadzonym mieszkańcom wsi i miast ogłosili to „hańbiące ludzkość zdarzenie” i przekonali, jak tragiczne skutki może mieć obojętność na nędzę i cierpienie bliźnich.

Radca Białoskórski przypomniał, że troska o los ludzi pozostających bez możliwości zarobkowania i pozostających bez żadnego wsparcia, należy do władz policyjnych. Ostrzegł przy tym lokalnych włodarzy, że najmniejsze niedopatrzenie i uchybienie w sprawie pomocy ubogim zostanie surowo ukarane. Rzeczywisty radca stanu Edward Białoskórski nakazał całą sprawę, łącznie z wydanymi przez siebie poleceniami, ogłosić w Dzienniku Urzędowym Guberni Radomskiej. Kilka tygodni po tragedii, w lutym 1848 roku, nazwiska osób odpowiedzialnych za nieudzielenie pomocy nieszczęśnikom zostały w Dzienniku opublikowane.

eBiblioteka Uniwersytetu Warszawskiego

Rozdział VI

Alojzy Pichler – złodziej czy ideolog?

Wielkim wrogiem katolicyzmu i przeciwnikiem Rzymu w XIX wieku w Rosji był hrabia Siwers, dyrektor departamentu wyznań obcych, czyli innych niż prawosławne. Podczas kiedy Murawiew na Litwie prześladował księży, Surawiew usiłował dodatkowo siłą nawracać na prawosławie. Mając plany dotyczące wprowadzenia reform wymierzonych przeciw katolikom, potrzebował doradcy obeznanego z teologią. Jego wybór padł na Alojzego Pichlera. Trzydziestopięcioletni jezuita z Monachium był autorem dzieła naukowego o historii Kościoła Grecji (wpisanego do Indexu Librorum Prohibitorum) oraz innych publikacji podważających nieomylność papieża. Mimo młodego wieku Pichler był znany jako uczony i biegły teolog.

Zachęcony kwotą 2000 rubli, wysłaną przez Siwersa, Pichler wiosną 1869 roku pojawił się w Petersburgu. Został przywitany z honorami, a rektor akademii duchownej, ks. Stacewicz, wydał na jego cześć obiad, na którym byli obecni duchowni i dygnitarze z hrabią Siwersem na czele.

Znalazła się posada dla jezuity w departamencie wyznań obcych z pensją 3000 rubli oraz miejsce w cesarskiej bibliotece w oddziale teologicznym, w którym było 100 tys. tomów.

W tym czasie odbywał się w Rzymie sobór watykański, zwołany przez papieża Piusa IX. Pichler otrzymał 2500 rubli na koszty podróży i wybrał się do Rzymu, gdzie miał możliwość uzyskać wiadomości o przebiegu soboru. Pod zmienionym nazwiskiem zamieszczał w Gazecie Augsburskiej relacje o tym, co dzieje się w czasie soboru.

Po powrocie do Petersburga całymi dniami, często też w niedziele i święta, z podziwu godnym poświęceniem studiował dzieła biblioteczne. Przychodził pierwszy, ostatni wychodził. Otaczany był przez wielu szacunkiem, miał opinię prześladowanego przez papieża za dążenia do zreformowania katolicyzmu.

Dziwne i niepokojące zjawiska w cesarskiej bibliotece pojawiły się w sierpniu 1869 roku. Zaczęły ginąć książki z działu przeznaczonego dla bibliotekarzy i osób upoważnionych, czyli nie z sali dla publiczności. Kradzież zauważył starszy bibliotekarz Pochelt i rozmawiał z osobami wizytującymi dział, również z dr. Pichlerem. Jezuita obarczał winą różne wyimaginowane postacie. Jednakże to właśnie jego zaczęli podejrzewać bibliotekarze o wynoszenie książek. Zachowywał się nienaturalnie; po wejściu nie zdejmował kaloszy ani wierzchniego okrycia, a jeżeli już, to nie pozwalał służącemu pomóc sobie przy tym. Książki tylko przeglądał, nie czytając, zabierał je do domu bez pokwitowania, ponadto kilka razy dziennie opuszczał bibliotekę i powracał do niej. Stróże biblioteki zauważyli, że palto Pichlera wychodzącego z placówki bywało zniekształcone, jakby pod nim coś ukrywał. Zdarzyło się nawet, że kiedyś wypadły mu książki, które ktoś zaraz usłużnie mu podał. Któregoś dnia Pichler powiesił palto w przedpokoju, więc nadarzyła się okazja, by niepostrzeżenie zrewidować jezuitę. Uczynił to służący, który pomagając założyć okrycie, wyczuł pod surdutem Pichlera grubą księgę. Zawiadomiony o zdarzeniu bibliotekarz Sobolszczikow odebrał od jezuity dzieła św. Ambrożego oraz kilka mniejszych, cennych książek. Pracownicy biblioteki udali się do mieszkania Pichlera, gdzie odkryli w kilku pokojach 4372 książki należące do cesarskiego księgozbioru. Dowodem rzeczowym stał się również worek, który jezuita przywiązywał do surduta przy wynoszeniu woluminów. W mieszkaniu znajdowała się krewna Pichlera, która przyznała, że odrywała naklejki biblioteki, przyklejając w zamian kartki z napisem „Biblioteka Pichlera”. Większa część dzieł piśmienniczych była zapakowana w skrzynie przygotowane do transportu.

Proces karny trwał kilkanaście dni. Pichler został oskarżony o kradzież przedmiotów o wartości przekraczającej 300 rubli, a Krescencja Wimmler o pomoc w przestępstwie. Oboje nie przyznawali się do winy. W trakcie przewodu sądowego świadkowie wykazali niezbicie, że jezuita dokonał zaboru różnych dzieł z biblioteki cesarskiej. Sam podsądny używał rozmaitych wykrętów, twierdząc, że pracował w domu, do czego potrzebny był obszerny materiał.

Sprawa budziła duże zainteresowanie w różnych kręgach. Pichler był postacią znaną i cenioną. Nie było żadnej przesady w opinii znakomitego teologa, jaką się cieszył. Praktycznie znał każdą pozycję dotyczącą teologii, był obeznany z wieloma dziełami prawnymi i historycznymi. Zupełnie nie pasowało do niego oskarżenie natury kryminalnej.

Prokurator, wysuwając zarzuty, podkreślił, że motywem kradzieży była potrzeba posiadania książek na własność, do pracy naukowej. Oskarżony przez skąpstwo nie kupował dzieł dostępnych w sprzedaży, lecz je kradł. Mógł dowolnie korzystać z księgozbioru, ale nosił się z zamiarem wyjazdu do rodzinnego Monachium, więc postanowił przywłaszczyć sobie własność biblioteki i zabrać ze sobą do obcego państwa. Nie liczył się z tym, że zbiory były gromadzone przez lata, że stanowiły dobro narodowe Rosji. Przestępstwo, którego się dopuścił, nie licowało z godnością uczonego i duchownego.

Z kolei obrońca podsądnego zaznaczył, że żadna z pozycji zabranych z biblioteki nie została wysłana za granicę i nie udowodniono, że oskarżony miał taki zamiar. Ponadto przypisywane Pichlerowi słowa, że „tylko w Rosji można kraść książki jak drwa”, nie padły z jego ust. Uczony nie znał regulaminu placówki i uważał, że nie robi nic złego, korzystając z materiałów przynoszonych do domu. Nie zwrócił się do dyrekcji biblioteki o zgodę na wynoszenie książek, gdyż jako cudzoziemiec mógł spotkać się z niechęcią lub odmową, co byłoby dla niego trudne do zniesienia. Potrzebował bardzo wielu pozycji, tym bardziej wzdragał się przed prośbą o zgodę. Kiedy spostrzegł, że w jego postępowaniu było coś niewłaściwego, gdy bibliotekarze zaniepokoili się brakami w księgozbiorze, było już za późno. Obrońca dłuższy czas starał się usprawiedliwić działanie doktora Pichlera, twierdząc, że jezuita nie kierował się chęcią zysku, a jedynie wielką namiętnością do książek. Jednocześnie znajdował się w trudnej sytuacji, gdyż jako krytyk Kościoła katolickiego miał zamkniętą drogę do osiągnięcia większych sukcesów. Wszystkie jego dzieła znajdowały się na indeksie ksiąg zakazanych.

Na zakończenie adwokat zwrócił się do sądu o uwzględnienie faktu, że Alojzy Pichler nie był całkowicie świadomy, że jego działanie jest przestępstwem. Wziął własność biblioteki do pracy naukowej, nie dla własnych korzyści, nie ma więc podstaw, aby nazwać go złodziejem.

Sędziowie przysięgli na pytanie o winę podsądnego, odpowiedzieli twierdząco, dodając, że zasługuje na uwzględnienie. Wyrokiem sądu Alojzy Pichler został skazany na pozbawienie wszelkich praw stanu, odebrany mu został Order Świętego Stanisława drugiej klasy, ponadto został zesłany do guberni tobolskiej na rok, a następnie na pobyt na Syberii przez dwa lata.

Biblioteka Cesarska Petersburg, Rosyjska Biblioteka Narodowa,

M.N. Konowałowa, Historia katalogizacji (...)

Biblioteka Cesarska Petersburg, Rosyjska Biblioteka Narodowa,

M.N. Konowałowa, Historia katalogizacji (...)

Rozdział VII 

Gorliwość Marianny

W czasie uroczystości religijnej, gdy Marianna G. przymierzała się do niesienia świętego obrazu w czasie procesji, podszedł do niej posługacz kościelny Andrzej Synowiec i gwałtownym ruchem odepchnął ją, aż upadła na ziemię. Rzecz działa się w parafii Zadroże, w guberni kieleckiej.

Zwyczajowo niesienie obrazu podczas uroczystości religijnych należało do dziewcząt wiejskich. Było to wyróżnienie, na które trzeba było zasłużyć. Miejscowy proboszcz znany był ze swej surowości wobec parafian, szczególnie mocno zwalczał pijaństwo i nierząd. Marianna, z powodu gorszącego zachowania, została od zaszczytu niesienia obrazu odsunięta. Została o tym powiadomiona, jednak nie usłuchała i musiał interweniować sługa kościelny. Szarpnął ją mocno, gdy już chwyciła za ramę feretronu. Nie wiadomo, co odczuła boleśniej: naruszenie nietykalności cielesnej czy obrazę miłości własnej. Wszystko działo się na oczach zgromadzonych ludzi i lepiej dla Marianny byłoby, gdyby od początku trzymała się z tyłu.

Andrzej Synowiec został przez dziewczynę oskarżony o obrazę. Sprawą zajął się sąd poprawczy. Uznał rację Marianny i skazał kościelnego. Wyrok ten został podważony przez sąd kryminalny wyższej instancji. Pod uwagę zostały wzięte wyjaśnienia proboszcza parafii, który wydał polecenie Synowcowi, aby nie dopuścił Marianny do czynnego udziału w procesji. Podsądny wykonał, co mu nakazano. W czasie gdy odpychał dziewczynę, ta straciła równowagę i się przewróciła.

Sąd kryminalny w 1876 roku uniewinnił Andrzeja Synowca.

Rozdział VIII 

Mała Tania

W Warszawie przy ul. Długiej, w 1885 roku, z okna na trzecim piętrze wypadła ośmioletnia dziewczynka. Zbiegli się ludzie na ratunek. Udało się dziecko zachować przy życiu – zarośla pod oknem zamortyzowały upadek. Skończyło się na licznych złamaniach.

Pierwsze przypuszczenia dotyczyły nieszczęśliwego wypadku, chociaż nie brakowało podejrzeń o usiłowanie zabójstwa dziecka. Przeprowadzone śledztwo wykazało całkiem inną przyczynę nieszczęścia, trudną do uwierzenia. Ośmioletnia Tania chciała popełnić samobójstwo.

Opiekunami Tani byli: jej ojciec, dymisjonowany kapitan Piotr Bardowski oraz jego przyjaciółka, Anna Gerard, była artystka francuskiego teatru w Moskwie. Poprzednio Tania mieszkała ze swoją matką w Petersburgu. Anna Gerard, obawiając się, że jej kochanek może wrócić do żony, namówiła go, aby wykradł córkę i przywiózł do Warszawy. Pomysł spodobał się Bardowskiemu i w krótkim czasie przywiózł dziecko oraz kilkadziesiąt tysięcy rubli, które zabrał żonie. Panna Gerard bawiła się dzieckiem jak lalką. Ubierała w kosztowne stroje, obsypywała drogimi prezentami. Wkrótce jej się to znudziło, zaczęły się też kończyć pieniądze. Tania stała się ciężarem. Ciągłe nieporozumienia między kochankami, kłótnie i awantury kończyły się znęcaniem nad dzieckiem. Narzędziem stosowanym do kar za niepopełnione winy było polano lub skręcona mokra serweta, czasem rozpalony do czerwoności pogrzebacz.

Bili dziecko oboje na zmianę; okrutny ojciec i jego histeryczna kochanka. Dziewczynka spała w zimnej izbie, cierpiała głód, nie miała odpowiedniego odzienia.

Piotr Bardowski i Anna Gerard zostali zatrzymani do dyspozycji sądu. Dziecku zapewniono tymczasową opiekę.

W czasie przewodu sądowego zapytano Tanię o to, jak była traktowana przez opiekunów. Odpowiedziała, że dobrze, a przez okno wyskoczyła jedynie „z głupoty”. Nawet przed sądem nie potrafiła pozbyć się strachu. Pouczona wcześniej przez ojca, jak ma zeznawać, była temu posłuszna do czasu, aż zapytana, z kim będzie chciała mieszkać – z matką czy z ojcem i panną Gerard, z płaczem krzyknęła, że tylko z matką.

Zeznanie dziecka oraz liczne ślady pobicia na ciele były wystarczającym dowodem na winę podsądnych. Piotr Bardowski, jako szlachcic, został pozbawiony szczególnych praw i przywilejów oraz zesłany na Syberię. Pannę Gerard sąd skazał na dwuletnie więzienie i czteroletni dozór policyjny.

Tania uległa demoralizacji. Z jasnowłosego dziewczątka o błękitnych oczach powstała mała kobietka, wyrachowana i kłamliwa. Posługiwała się językiem dam z półświatka, nie obce jej były tajemnice życia buduarowego, potrafiła kraść i oszukiwać. Pewnego razu wynajętą dorożką pojechała do pierwszorzędnego hotelu, zamówiła wystawne dania i zapłaciła pieniędzmi skradzionymi matce.

Rozdział IX 

Adwokat w wieży

Do prezesa warszawskiego sądu okręgowego wpłynęła skarga na adwokata przysięgłego Kazimierza Chrołowskiego. Prawnik został zawieszony w obowiązkach obrońcy.

Podstawą oskarżenia było doniesienie, że adwokat Chrołowski po wygranej sprawie odebrał od pozwanego zasądzone wyrokiem pieniądze z rzekomym zamiarem przekazania stronie powodowej, lecz tego nie uczynił. Kwota, którą miał przekazać, wynosiła 193 ruble srebrem.

Podsądny tłumaczył się w sposób, który stawiał pod znakiem zapytania jego umiejętności prawnicze. Stwierdził, że pieniędzy nie mógł oddać, gdyż ich nie odebrał. Podobno zgubił nakaz płatniczy wydany przez sąd. Wydał oświadczenie w tej sprawie na piśmie. Kłamstwo wyszło na jaw, gdy osobnik, który przegrał sprawę, okazał kwit poświadczający przekazanie pieniędzy adwokatowi. Tym razem Chrołowski udzielił jeszcze bardziej kłamliwego wytłumaczenia, że owszem, kwit wystawił, lecz spornej kwoty nie zabrał, lecz przekazał pełnomocnikowi pozwanego, niejakiemu Sikorskiemu, do czasu uzyskania nowego nakazu zapłaty. W czasie dochodzenia sądowego przewodniczący sądu zdziwił się, że prawnik przekazał pieniądze trzeciej osobie bez żadnego potwierdzenia. Sam Sikorski zaprzeczył, jakoby otrzymał jakieś środki od adwokata.

W czasie rozprawy w 1884 roku obrońca podsądnego adwokat Rytel usiłował podważyć akt oskarżenia, jednakże wystawione pokwitowanie i zeznania świadków przemawiały przeciw oskarżonemu.

Wyrokiem sądu Kazimierz Chrołowski został skazany na pozbawienie wszystkich szczególnych praw i przywilejów, wykreślenie z listy adwokatów przysięgłych oraz zamknięcie w wieży przez siedem miesięcy. W środowisku prawniczym Chrołowskiego potępiono nie tylko za sprzeniewierzenie, ale i za kłamstwo.

Rozdział X 

Zarobek z nierządu

Władze policyjne Lwowa zatrzymały niejaką Marię H., bez celu wałęsającą się po ulicach miasta. Kobiecie zarzucono włóczęgostwo, prawnie zabronione ustawą z 10 maja 1873 roku. Podstawą zatrzymania było ustalenie, że kobieta nie tylko nie należy do gminy Lwowa, ale nie ma stałego miejsca pobytu. Brak stałego zakwaterowania wskazywał również na niemożność zarobkowania, co spełniało znamiona włóczęgostwa. Marię H. policja odstawiła do dyspozycji karnego sądu powiatowego we Lwowie. Sędzia kryminalny, mający uprawnienia do samodzielnego wyrokowania, przyjmując za fakt zatrzymanie kobiety błąkającej się po ulicach, po przesłuchaniu uwolnił ją od oskarżenia. W uzasadnieniu wyjaśnił, że Maria H. zaprzeczyła twierdzeniu o braku zatrudnienia, przeciwnie, przyznała, że osiąga zarobek wystarczający w zupełności na swoje utrzymanie, gdyż trudni się nierządem. Sędzia, przecież nie z własnego doświadczenia życiowego, a z procesowania wiedział, że z nierządu czerpać można środki nie tylko na utrzymanie, ale jak powiedział „do przepychu w mieszkaniu, ubiorze i zabawie”.

Od wyroku odwołał się prokurator krajowy, więc sprawę rozpatrywał apelacyjny sąd kryminalny. Prokurator dowodził, że Maria H. przyznając się do nierządu, nie wykazała, że posiada uczciwy zarobek. Nierząd sprzeciwia się zasadom moralności, trudno więc nazwać go uczciwym. Ponadto pojęcie zarobku wymaga pracy i zatrudnienia, nierząd publiczny z tym się nie wiąże, nie jest więc zarobkiem. Jest natomiast zabroniony ustawą karną i przepisami policyjnymi.

Trybunał apelacyjny zgodził się z argumentami prokuratora i skazał Marię H. za włóczęgostwo na karę jednomiesięcznego ścisłego aresztu.

Rozdział XI 

Honor oficerski

Doktor Fischer, lekarz i oficer rezerwy odpowiadał w 1880 roku przed sądem powiatowym w Wiedniu, oskarżony o lekkie uszkodzenie ciała. Sprawa zaczęła się od tego, że S. Kornak, handlarz węglem, wynajął mieszkanie, w którym jeden z pokoi zajmował dr Fischer. Za jego zgodą, jeszcze przed wprowadzeniem się, Kornak postanowił zrobić w mieszkaniu małe poprawki. Obydwaj umówili się, że doktor przed wyjściem z domu pozostawi klucz Kornakowi.

Zdarzyło się, że Fischer został wezwany w sprawie służbowej i wojskowej zarazem. Wyszedł ubrany w mundur oficerski. Po załatwieniu sprawy wstąpił do restauracji. Spotkał tam Kornaka, który z wyraźną pretensją w głosie upomniał się o klucz. Doktor odpowiedział, że pozostał w domu. W odpowiedzi handlarz ze złością wykrzyczał w obecności świadków, że to nieprawda i zarzucił Fischerowi niegodziwość. Zarzut infamii był dla oficera jak wymierzony policzek. Dobytym pałaszem uderzył Kornaka w twarz. Na szczęście dla obydwu uderzenie nie było zbyt silne, mimo to handlarz oskarżył oficera rezerwy o ciężkie uszkodzenie ciała.

Pozwany oficer zaprotestował przeciw śledztwu i procesowi przed sądem krajowym, twierdząc, że występował w mundurze, w charakterze wojskowego i podlegać może tylko sądowi wojskowemu. Sąd zwrócił się o opinię do komendantury generalnej, skąd przyszła odpowiedź, że w momencie opuszczenia miejsca, gdzie przebywał służbowo, oficer rezerwy podlega jurysdykcji sądów cywilnych i w tym przypadku sąd krajowy karny jest właściwy. Tymczasem okazało się, że rana zadana Kornakowi okazała się powierzchowna, więc sprawą zajął się sąd powiatowy.

Doktor Fischer tłumaczył przed sądem, że nie mógł zachować się obojętnie wobec zarzuconej mu niegodziwości. Oprócz sądów cywilnych i wojskowych jest jeszcze honorowy sąd wojskowy, przed którym odpowiadałby za tchórzostwo. Z powodu niskiej kondycji handlarza nie mógł wyzwać go na pojedynek. Pozostało jedynie bronią odpowiedzieć na zniewagę. W podobnym tonie wypowiadał się obrońca oskarżonego.

Sąd zrozumiał położenie oficera i uwolnił go od zarzucanego mu przestępstwa. Doktor Fischer wybrał obronę honoru oficera zamiast oskarżenia przeciwnika przed sądem o obrazę, co równałoby się wykazaniem braku odwagi. Przewodniczący składu sędziowskiego wyraził jednak obawę o położenie oficera, gdyby zadany cios doprowadził do ciężkiego zranienia lub śmierci przeciwnika. Pouczył więc krewkiego doktora, aby był bardziej przewidujący w podobnej sytuacji.

Rozdział XII 

Proces obyczajowy

Na krakowskim Podgórzu Leopold i Maria Lehnerowie we własnym domu prowadzili restaurację. Częstym gościem, zawsze czule witanym przez piękną i elegancką restauratorkę, był ważny urzędnik magistratu Szczepan K. Człowiek ten był zasłużonym dla miasta społecznikiem, ale wątpliwe, aby to przyczyniło się do zażyłości między nim a Lehnerową. Drogie prezenty: biżuteria, suknie, futro, a nawet fortepian, wręczane jej przez K., według opinii okolicznych sąsiadów świadczyły o tym, że byli kochankami. Tu trzeba zaznaczyć, że ceniony przez mieszkańców urzędnik był żonaty i miał sześcioletniego syna.

Leopold Lehner nie darzył przyjaźnią Szczepana K., ale tolerował obecność „przyjaciela domu”. Czy domyślał się prawdy, nie wiadomo.

Do restauracji w celu towarzyskim często zaglądał również miejscowy wikary, ks. Szafran.

Któregoś dnia do domu Lehnerów wprowadził się dymisjonowany kapitan Jan Pintner, a wraz z nim jego urocza córka, Joanna. Obie panie, młodsza i nieco starsza, w niedługim czasie zaprzyjaźniły się. Joanna wpadła w oko młodemu wikaremu. Ksiądz pozwolił sobie na niewinny flirt z Pintnerówną oraz na mniej niewinne, płomienne listy do niej. Joanna z początku wzdragała się przed bliższą znajomością z wikarym, ale w końcu i ona zdobyła się na nieco czulsze, pisemne odpowiedzi.

Uczucia między nimi były jednak zawsze platoniczne.

Przyjaźń między Lehnerową a Pintnerówną nie trwała długo. Poróżniły się o rzecz niebywałą – o miejsce w kościele w czasie religijnej uroczystości. Joanna przecisnęła się pod sam ołtarz, Lehnerowa w obawie o swą suknię pozostała z tyłu. Przy najbliższej okazji pierwsza z nich ironicznie zaznaczyła, że nie musiała obawiać się o swój skromny, ale własny, a nie podarowany strój. To tak rozzłościło Lehnerową, że udała się do ojca Joanny, donosząc o sekretnej korespondencji jego córki z wikarym. Kapitan w odpowiedzi stwierdził, że listy nie są tak gorszące, jak oszukiwanie własnego męża. To doprowadziło do wojny między dwiema rodzinami, do której włączył się bezpośrednio Szczepan K., a pośrednio ks. Szafran.

Lehnerowie uknuli plan zemsty. Postanowili podstępem sprowadzić Pintnerównę do domu wikarego, aby dziewczynę skompromitować. W tym celu wysłali służącą, Mariannę Olechowską, która w imieniu wikarego prosiła o przybycie do jego domu w ważnej sprawie. Aby uniknąć podejrzeń, dziewczyna miała przybyć w męskim ubraniu, przyniesionym przez służącą, a należącym do Lehnera. Joanna, choć pełna obaw, zgodziła się jednak na spotkanie. Powodował nią lęk o ojca, który miał dług w kasie pożyczkowej, a zabrakło mu pieniędzy na bieżącą ratę. Sądziła, że ksiądz pomoże jej w układach z K., który był poręczycielem pożyczki.

Wikarego w domu nie było, za to wkrótce nadbiegli Lehner i Szczepan K., którzy zaczęli się z dziewczyny naigrawać. Lehner próbował nawet zerwać z niej ubranie. W końcu po obelżywościach, jakich jej nie szczędzili, pozwolili wrócić do domu, mówiąc, że o tej przygodzie dowie się całe miasto.

Pintnerówna nie zniosła upokorzenia. W 1883 roku zdarła z zapałek sporą ilość fosforu i połknęła go. Umierała w ogromnych boleściach, ale zdążyła przed śmiercią złożyć zeznanie przed komisarzem policji.

Przed sądem wikary Szafran przyznał, że brał udział w spisku, aby dziewczynę odsunąć od siebie, co było zupełnie nierozumnym tłumaczeniem. Lehnerowie nie przyznali się do winy. Szczepan K. wyjaśnił, że chciał Joannę jedynie nastraszyć.

Sąd skazał księdza na trzy miesiące więzienia, Lehnerów na cztery miesiące, podobnie Szczepana K. i służącą.

W pogrzebie Joanny udział wzięły tłumy mieszkańców Krakowa. Na grobie wśród licznych wieńców na czołowym miejscu znalazł się jeden z dużym napisem: „Ofierze ludzkiej nikczemności”.

Kapitan Pintner zmarł pół roku po śmierci córki.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok