Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 127 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Historie jak życie - Paweł Malec

 

Zbiór historii opowiedzianych wprost z głębi samego siebie. Jednym z bohaterów jest tu mężczyzna-ojciec u schyłku życia, próbujący nawiązać dawno utracony kontakt z synem, który został z jego byłą żoną i wychowywany jest przez ojczyma. Czy z historii można wyczytać optymizm nawiązania nici porozumienia?

A czy inny młody mężczyzna, odwiedzający ojca w jego ukochanym garażu, gdzie ten nieustannie oddaje się swojemu zajęciu naprawy starego forda, na pewno rozumie to hobby swojego rodzica i czy na pewno ojciec i syn mogą się porozumieć? Czy mają wspólny język?

Jest też rodzina, która próbuje wybaczyć i zapomnieć pewnemu dziadkowi-teściowi, że kiedyś porzucił matkę z córką i wolał jeździć po świecie, korzystając z uciech życiowych, nie interesując się rodziną. Rodzina spróbowała, tylko że starszy pan wcale się nie odmienił, mimo drążącej go choroby.

Co pozostało po szkolnej przyjaźni między dwoma kumplami, którym udało się osiągnąć wspólny sukces? Czy po wielu latach wspólnego zarządzania firmą, ten bardziej zaborczy może liczyć na pomoc w sytuacji krytycznej, prowadzącej do jego śmierci? Tandem właściwie już nie istnieje, ale człowieczeństwo tu zwycięża.

A kobiety? Tu są bohaterki przejaskrawione w swoich dążeniach do dziwnych marzeń, które objawiają ich dziwne zainteresowania kolekcjonowania mężczyzn. Takie swoiste polowanie, które może zakończyć się też falstartem.

Do tego dołożono walkę utuczenia kościstego mężczyzny, widząc całą nadzieję w znalezieniu u niego genu otyłości.

Głupi Jan to chłopak odrzucony przez innych „normalnych” wyrostków. Nosi nazwisko Andersen, jest chudy, o płowym kolorze włosów i kocha zabawę w teatr i historie o dalekich lądach i wyprawach, opowiadane przez pewnego starego marynarza.

Wreszcie docieramy do pewnego pana-emeryta, który śpiewaniem w kościelnym chórze zabijał wolny czas. Podczas pewnej mszy został poprowadzony na pokuszenie, posłuchał podszeptów złego i w złości szturchał pewnego wyrostka podczas mszy za to, że tamten żuł gumę.

Wszystkie powyższe historie mogą lub mogły przydarzyć się każdemu z nas. Są jakby niedokończone, bo tu właśnie chodzi o niedopowiedzenie, o pointę, która dla każdego może być inna, bo dla każdego co innego może jawić się sensem widzianym w danym zdarzeniu. Niektóre są humorystyczne, inne ogromnie poważne, ale zawsze dotykają groteskowo bolączek, od których uciekamy, nie chcemy się z nimi zmierzyć. Jak rodzice pracujący cały tydzień, a w niedzielę są zniecierpliwieni swoimi dziećmi, którymi w tygodniu zajmuje się opiekunka. Albo długo odkładane trudne rozmowy starszych rodziców z dorosłymi już dziećmi czy dzieci z rodzicami o trudnej, przerwanej wspólnej przeszłości, jątrzącej powstały ból w momencie straty rodzica, który odszedł z różnych powodów od rodziny. W ostatniej historii zaś widzimy niemoc osoby, która nie potrafi się realizować w swoim ulubionym zajęciu, ból po stracie najlepszych lat swojego życia przerzuca na klientów swojego biznesu.

To są Historie jak życie wielu z nas, doskonale oskarżające, jątrzące i powodujące niejednokrotnie zawrócenie na właściwy tok myślenia u czytającego, a może nawet w wyniku lektury podjęcie jakiejś trudnej decyzji. W końcu wszyscy robimy błędy, bo na tym polega nasze człowieczeństwo, na dokonywaniu wyboru i, jeśli to możliwe, na podejmowaniu odpowiednich decyzji, czasem trudnych, od których uciekamy, ale które warto podjąć.

 

Opinie o ebooku Historie jak życie - Paweł Malec

Fragment ebooka Historie jak życie - Paweł Malec

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawa

Korekta: Emilia Nowakowska

emi-n@wp.pl

Okładka: Jerzy Granowski

juragos@interia.pl

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-62041-73-2

Wydanie 1.

Warszawa, lipiec 2012

Plik ePUB opracowany przez iFormat

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Od redakcji

Od redakcji:

Historie jak życie to zbiór historii opowiedzianych wprost z głębi samego siebie. Jednym z bohaterów jest tu mężczyzna-ojciec u schyłku życia, próbujący nawiązać dawno utracony kontakt z synem, który został z jego byłą żoną i wychowywany jest przez ojczyma. Czy z historii można wyczytać optymizm nawiązania nici porozumienia?

A czy inny młody mężczyzna, odwiedzający ojca w jego ukochanym garażu, gdzie ten nieustannie oddaje się swojemu zajęciu naprawy starego forda, na pewno rozumie to hobby swojego rodzica i czy na pewno ojciec i syn mogą się porozumieć? Czy mają wspólny język?

Jest też rodzina, która próbuje wybaczyć i zapomnieć pewnemu dziadkowi-teściowi, że kiedyś porzucił matkę z córką i wolał jeździć po świecie, korzystając z uciech życiowych, nie interesując się rodziną. Rodzina spróbowała, tylko że starszy pan wcale się nie odmienił, mimo drążącej go choroby.

Co pozostało po szkolnej przyjaźni między dwoma kumplami, którym udało się osiągnąć wspólny sukces? Czy po wielu latach wspólnego zarządzania firmą, ten bardziej zaborczy może liczyć na pomoc w sytuacji krytycznej, prowadzącej do jego śmierci? Tandem właściwie już nie istnieje, ale człowieczeństwo tu zwycięża.

A kobiety? Tu są bohaterki przejaskrawione w swoich dążeniach do dziwnych marzeń, które objawiają ich dziwne zainteresowania kolekcjonowania mężczyzn. Takie swoiste polowanie, które może zakończyć się też falstartem.

Do tego dołożono walkę utuczenia kościstego mężczyzny, widząc całą nadzieję w znalezieniu u niego genu otyłości.

Głupi Jan to chłopak odrzucony przez innych „normalnych” wyrostków. Nosi nazwisko Andersen, jest chudy, o płowym kolorze włosów i kocha zabawę w teatr i historie o dalekich lądach i wyprawach, opowiadane przez pewnego starego marynarza.

Wreszcie docieramy do pewnego pana-emeryta, który śpiewaniem w kościelnym chórze zabijał wolny czas. Podczas pewnej mszy został poprowadzony na pokuszenie, posłuchał podszeptów złego i w złości szturchał pewnego wyrostka podczas mszy za to, że tamten żuł gumę.

Wszystkie powyższe historie mogą lub mogły przydarzyć się każdemu z nas. Są jakby niedokończone, bo tu właśnie chodzi o niedopowiedzenie, o pointę, która dla każdego może być inna, bo dla każdego co innego może jawić się sensem widzianym w danym zdarzeniu. Niektóre są humorystyczne, inne ogromnie poważne, ale zawsze dotykają groteskowo bolączek, od których uciekamy, nie chcemy się z nimi zmierzyć. Jak rodzice pracujący cały tydzień, a w niedzielę są zniecierpliwieni swoimi dziećmi, którymi w tygodniu zajmuje się opiekunka. Albo długo odkładane trudne rozmowy starszych rodziców z dorosłymi już dziećmi czy dzieci z rodzicami o trudnej, przerwanej wspólnej przeszłości, jątrzącej powstały ból w momencie straty rodzica, który odszedł z różnych powodów od rodziny. W ostatniej historii zaś widzimy niemoc osoby, która nie potrafi się realizować w swoim ulubionym zajęciu, ból po stracie najlepszych lat swojego życia przerzuca na klientów swojego biznesu.

To są historie jak życie wielu z nas, doskonale oskarżające, jątrzące i powodujące niejednokrotnie zawrócenie na właściwy tok myślenia u czytającego, a może nawet w wyniku lektury podjęcie jakiejś trudnej decyzji. W końcu wszyscy robimy błędy, bo na tym polega nasze człowieczeństwo, na dokonywaniu wyboru i, jeśli to możliwe, na podejmowaniu odpowiednich decyzji, czasem trudnych, od których uciekamy, ale które warto podjąć. Widać to wyraźnie w poniższym materiale.

Małgosi i Borysowi

ROZMOWA

Od czego zacząć? Powinienem od początku, ale w moim życiu było kilka zdarzeń, które nadają się na początek.

Jestem po przeszczepie szpiku. Od kilku miesięcy wierzę, że żyję na nowo. Po flircie ze śmiercią obecne życie niemal w niczym nie przypomina starego. Nie twierdzę, że jest lepsze albo gorsze, ale z pewnością inne. Mieszkam w tym samym domu, pracuję w tym samym miejscu, jednak prawie wszystko widzę inaczej. Z innej perspektywy. Żyję teraz dniem dzisiejszym, nie mam dużych planów ani marzeń. Pewne rzeczy, które dawniej mnie absorbowały lub dotykały, teraz nie mają żadnego znaczenia.

Żyję dzięki synowi. Lekarze twierdzą, że zdarza się to bardzo rzadko. Była alternatywa: przeszczep od niego albo prawie pewna śmierć.

Krzyśka, mojego syna, zobaczyłem dziś po raz pierwszy od kilkunastu lat. Tak wyszło. Wtedy, na początku naszej rozłąki, widywaliśmy się raz na dwa, trzy tygodnie. Potem on nie chciał i ja też przestałem zabiegać. Nie chciał tych kilku godzin podszytych goryczą, udawania, że jest nam fajnie w kinie albo przy stole bilardowym, tłumienia niewykrzyczanych, gniotących krtań pretensji i żali. Nie chciał chwil jątrzących rany i wcale niekojących tęsknoty. Znam go. Też tęsknię.

Nie jestem święty. Matka Krzyśka też nie. Czas wzajemnych oskarżeń i pretensji mamy już za sobą. Jedno mogę powiedzieć: wtedy, na początku, kochaliśmy się. Może była to miłość niedojrzała, nieodpowiedzialna, ale z pewnością była. Zaborcza, naiwna i płochliwa. Miłość odeszła i każde z nas poszło inną drogą. A może powinniśmy pogodzić się z jej brakiem, udawać rodzinę bez niej? Teraz to już nieważne.

Do spotkania z Krzyśkiem nie doszło od razu. Przez jakiś czas po zabiegu nie mogłem ruszyć się z domu, a o podróży nie było mowy. Zadzwoniłem wprawdzie do niego, żeby jeszcze raz podziękować i zaprosiłem do siebie. Nie przyjechał. Dziś umówiliśmy się w knajpie niedaleko jego pracy. Był punktualnie. Przywitał się z rezerwą — szybko wysunął rękę z mojej. Wygląda imponująco. Dobrze zbudowany, wysoki. Ma oczy mojej matki.

— Zjesz coś? — zapytałem, gdy usiedliśmy przy stole.

Przyglądałem mu się z ciekawością, co go wyraźnie krępowało, a może nawet drażniło. Nie wiedział, gdzie patrzeć.

— Nie, jadłem już... — Podniósł wzrok, a ja mogłem w nim wyczytać, że nie wyglądam najlepiej. Miesiące szpitala i chemii zrobiły swoje.

— Co zamówić do picia?

— Aa... ty co bierzesz? — zawahał się przed „ty”, co wywołało w nim lekkie zmieszanie.

— Mam ochotę na Żywca.

— Może być to samo... Skąd wiedziałeś, że to ja? — zapytał nagle w sposób prawie chłopięcy.

— Widziałem twoje zdjęcia w internecie.

— Aa, tak...

Spuścił głowę i zamilkł. Opuszkami palców śledził wypukłości na obrusie. Był już spokojniejszy. Patrzyłem bez słowa, było mi dobrze. Kelner przyjął zamówienie i ukłonił się groteskowo.

— Podobno studiujesz też...

— Zaocznie. Drugi rok.

— Jak... mama?

— Dobrze. — Poruszył się, zmieniając pozycję. Krzesło skrzypnęło ostrzegawczo.

Kelner przyniósł piwo i zrobił kilka wygibasów, zanim w końcu zostawił je na stole.

— Dogadujesz się z ojczymem? — wystrzeliłem, oglądając zawartość szklanki pod światło.

— Tak, facet jest w porządku — odparł bez emocji. Pociągnąłem wolno kilka łyków i postawiłem szklankę na stole.

— Masz zadatki na gadatliwego gościa, wiesz?

Oczy Krzyśka błysnęły wesołością. Zaczęliśmy chichotać niemal jednocześnie.

— Kiedyś — zacząłem po chwili — twoja mama stwierdziła, że obaj mamy kłopoty z wyrażaniem uczuć. Miała rację...

Przerwałem, widząc wyraz jego twarzy. Słowa, służące innym do przekazywania myśli, uczuć, miraży i kłamstw, przeszkadzały nam tylko.

Pożegnaliśmy się niezręcznie. Pamiętam jednak jego silny, męski już, szczery uścisk.

PLANOWANIE

Rano, na balkonie znalazłem kilka drobnych patyczków. Ułożone, pozornie bezładnie, w jednym miejscu przy ścianie nie pozostawiały wątpliwości — ptacy budują. Nakazy natury zmuszające świergolące beztrosko ptaszyska, by w odpowiednim czasie zaczęły składać patyki, piórka i takie tam inne w formę gniazda, w analogicznej, zmutowanej postaci dotyczą także ludzi, bezwzględnie. Nawet uchodzący za lekkomyślnych luzaków przechodzą mniejszą lub większą przemianę, gdy do ich świadomości dotrze fakt, że będą rodzicami.

Wciąż mam w pamięci moment, w którym Marta, w pąsach i wykrzyknikach cała, podtyka mi pod nos test ciążowy. A zaraz potem zaczyna go fotografować. Na tle róż. Kilka razy.

Później nastąpiło ustalanie, kiedy to i gdzie się zadziało — dochodzenie konieczne i ważne. Porządek w tych sprawach być musi. Niebawem radosną nowinę poznali nasi rodzice. Zadziwiające, jak dobrzy ludzie potrafią cieszyć się z wiadomości, że zostaną dziadkami. Sposób, w jaki teściowa przycisnęła mnie do piersi, dał mi podstawy, by wątpić, czy jej wcześniejsze serdeczności miały cokolwiek z emocjami wspólnego.

Marta zaczęła stopniowo potęgować swoje rozmiary, co przyjmowała, wyjątkowo tym razem, ze spokojem, a nawet dumą. W stanie błogosławionym wyciszyła się i złagodniała.

— Co robiłaś rano? — pytałem w owym czasie, nie spodziewając się sensacji w odpowiedzi.

— Czytałam gazety w łóżku. I modliłam się za maleństwo.

— O co się modlisz?

— No, żeby miało... — zawahała się — wszystkie paluszki.

— Paluszki? — pytam zaskoczony. — A olej w głowie?

Paluszki nie dawały mi spokoju. Może słusznie są na pierwszym miejscu? Do pisania na klawiaturze, na przykład, się przydają, a olej w głowie — niekoniecznie. Kobieta, szczególnie ciężarna, na pewno ma intuicję. Jak nie ona, to kto?

Kiedy matka rosła w mieszkaniu, ja miałem do wykonania szereg zadań, obmyślonych wspólnie, tak żeby wszystko poszło prosto i lekko jak z płatka.

Przede wszystkim lekarz prowadzący — doktor Jaworska, polecana przez znajomych. Przyjmować będzie prywatnie, a poród odbierze w klinice, gdzie najbezpieczniej. Poród, na życzenie brzemiennej, rodzinny. Ze znieczuleniem. Bez znieczulenia — barbarzyństwo! Doktor omówiła szczegóły i podała koszty.

Oboje z Martą deklarowaliśmy głośno, że płeć dziecka jest nam obojętna. Skąd zatem wzięło się podniecenie w dniu badania mającego rozwiać wątpliwości? Wynik usłyszałem w samochodzie, podczas powrotu do domu. Jak przyjąłem wiadomość?

Gdy ujrzysz w środku miasta auto, które bez widocznego powodu przestaje jechać płynnie i trąbi, to być może siedzi w nim facet, który właśnie dowiedział się, że będzie miał syna.

Pozostało czekanie i monologi do chełpliwie nadętego brzucha.

Atak nastąpił niespodziewanie, o świcie.

— To chyba już... — jęknęła.

— Już? Miało być za trzy tygodnie.

— Strasznie boli...

— Dzwonię.

Godzinę później snuliśmy się po korytarzach kliniki. Pani Jaworskiej nie było. W zastępstwie przyjęła nas, mało chętnie, jej koleżanka, nieprzywiązująca wielkiej wagi do swego wyglądu doktor Krzak. Zbadała pacjentkę szybko, jawnie sugerując, że jesteśmy przewrażliwieni, co też niewiele by ją obeszło, gdyby nie zakłóciło spokoju dyżuru.

— Wracajcie do domu, to potrwa jeszcze kilka dni — zabrzmiało jak „Idźcie i nie zawracajcie d...”.

Przed jej sterane makijażami oblicze wróciliśmy jednak znacznie wcześniej, przed południem. Marta jęczała coraz głośniej i na nic zdawały się moje perswazje, że za wcześnie. Doktor, słuchając jej ze znudzeniem, przerwała w końcu krótkim „sprawdzimy” i zamknęła się z pojękującą w gabinecie.

Chwilę później dowiedziałem się, że... mój syn się rodzi! W doktor Krzak wstąpił duch. Poły rozpiętego fartucha pofrunęły korytarzem, tlenione kosmyki ożyły.

— Rozwarcie! Trzy palce! — powtarzałem po niej odruchowo, cokolwiek to znaczy.

Rodzącą zabrano wózkiem, mnie kazano zapłacić za rodzinny i czekać.

Uprzejma pielęgniarka powiedziała, dokąd mam pójść, a zapytana o Jaworską, odparła z nutą fałszywego współczucia:

— Doktor pojechała już na pogrzeb profesora, wszyscy jadą...

W tym momencie zaczęło docierać do mnie, co się właściwie dzieje. Rzeczywiście, kilka dni wcześniej zmarł szef kliniki, a mój syn postanowił rodzić się akurat dziś, podczas jego pogrzebu. Otoczony rojem niespokojnych myśli, wszedłem do sali, w której leżała Marta. Oprócz czarnej skrzynki, połączonej kablem z moją żoną, była tam jeszcze położna, milcząca i oszczędna w ruchach, nieomal jeszcze jeden element wyposażenia.

Krzak przyprowadziła łysego, wesołego anestezjologa. Opowiadając dowcipy, sprawnie wbił igłę w kręgosłup mojej żony.

— Zostawiam strzykaweczkę. Jak żonę zacznie boleć, to pan przyciśnij trochę i dołożysz znieczulenia. Tylko nie za dużo! Muszę na pogrzeb, na pewno pan sobie poradzisz. — Klepnął po ramieniu i, całkiem na poważnie, wyszedł.

Za nim rozchełstana doktor, a jakże!

Zostaliśmy sami z położną, pikającą skrzynką i wielką strzykawą, podpiętą wężykiem do kręgosłupa Marty.

— Oddychaj! Przyj! — rozkazywała położna. Ja zaś przyciskałem tłoczek na żądanie i wmawiałem sobie, że nie boli mnie głowa i nie mdli wcale.

Tak było do momentu, w którym spostrzegłem, że położna coraz częściej zerka ku czarnej skrzynce. Spytawszy, dowiedziałem się, że urządzenie informuje, jak bije serce dziecka.

— Za szybko bije, co? — zapytałem, widząc, jak się wpatruje w wyświetlane na czerwono liczby.

— Troszkę za szybko — przyznała. — Będę musiała wyjść na chwilę.

— Co!? Na pogrzeb?!! — wrzasnęło mi się.

— Coś złego z dzieckiem?! — załkała Marta.

Kobieta wyjaśniła, że idzie szukać lekarza, bo dziecko dusi się, okręcone pępowiną. Zniknęła, zostawiając nas niezdatnych do dalszej konwersacji.

Przyprowadziła młodzika w fartuchu. Być może skutkiem emocji wydał mi się łudząco podobny do pieczarki. Wygolona głowa, jakby uszypułowana w reszcie krótkiego ciała, z twarzą okrągłą i bladą, pozbawioną poszlak doświadczenia czy skłonności do myśli głębszej.

— Skurcze są bardzo słabe — zawyrokował. — Za dużo znieczulenia i akcja się zatrzymuje. — Łypnął z wyrzutem na strzykawę w moich rękach. Miałem ochotę rzucić nią o podłogę. — Jeśli jeszcze raz tętno się podniesie, będzie cesarka. Musimy zebrać zespół, pani Renato — słowa wyskakiwały jak popcorn ze szczeliny w pieczarce.

— Ale... — Kobieta rozłożyła ręce.

Zespół stał przecież nad grobem.

— Trzeba poszukać kogoś na ginekologii. — Młody medyk zdawał się nie widzieć większego problemu.

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że los właśnie zsyłał mu szansę przeprowadzenia pierwszej w życiu cesarki i, nie tracąc ani odrobiny wiary w siebie — wszak najwięcej uczymy się na błędach — zamierzał ją skwapliwie wykorzystać.

— Może zadzwonić do doktor Jaworskiej albo Krzak, powiedzieć jaka sytuacja jest? — wtrąciłem się, żeby coś robić, walczyć... Ojciec przecież jestem.

— Próbowałam już dzwonić, mają wyłączone komórki — zgasiła nadzieję położna.

Nie patrzyła mi w oczy. Niestety. Pieczarka triumfował w milczeniu.

Wszystko układało się na opak, przygotowania i plany diabli wzięli! Mogłem tylko modlić się, żeby zebrana naprędce grupa pieczarkowych medyków nie musiała kroić mojej żony.

Nie musiała.

Po godzinie nerwów trzymałem na rękach syna. Nie bez wzruszenia. I nie byłem mu całkiem obojętny, bo przestał płakać, usłyszawszy mój głos. Znałem też już odpowiedź na pytanie, czy mógłbym oddać za kogoś życie.

Kilka komplementów pod adresem oseska padło ze strony Jaworskiej i Krzak. Zdążyły. Nawet wesoły anestezjolog pochylił nad maluchem łysinę. Musieliśmy się przecież, pośród podziękowań i gratulacji, rozliczyć.

Pieczarka nie przyszedł.

TATO

W domu go nie było. Wróciłem na podwórko. Między gankiem a garażem jaśnieje blada żyła ścieżki. Ostatnio tylko tam chodzi. Do garażu. Gdy wchodzę, nie słyszy mnie. Pochylony, przykręca coś. Rozwarta klapa silnika udaje atakującą paszczę.

— Cześć tato!

Drgnął przestraszony. Był pewien, że jest sam ze swoim fordem.

— Aaa... — Odwraca na moment głowę, by posłać mi krótkie spojrzenie i, nie prostując się, macha trzymanym w ręku kluczem.

Nie spiesząc się, dokręca śrubę. Odkłada klucz na półkę, podchodzi do zlewu. Myje dokładnie ręce mydłem, wyciera je podartym ręcznikiem i podchodzi się przywitać.

— Nic nie słyszałem — wyjaśnia.

— Kiedyś cię okradną. Ze wszystkiego. Mogłem bez problemu wynieść pół domu. Czemu nie nosisz aparatu, tato?

Nie odpowiada. Zamiast tego odwraca głowę i wpatruje się w swój stary jak świat samochód. Oddycha ciężko, zmęczony. Szpakowate, rzadkie włosy na jego skroni są zlepione potem.

— Co wysiadło?

— Eee, nic nie wysiadło — irytuje się. — Alternator był trochę poluzowany. Tu nie ma prawa nic wysiąść. Chodźmy do domu — kończy.

Sękata, brązowa od słońca dłoń rozwarła się, zostawiając przede mną filiżankę.

— Aaa... prawda, ty nie słodzisz — przypomniał sobie i cofnął przysuwaną do mnie cukiernicę.

Pomieszał swoją kawę i oparł łyżeczkę na brzegu podstawki. Wyprostował się, opierając plecy o drewniane oparcie krzesła i spojrzał mi w twarz.

— I co u ciebie? — zapytał, pocierając kciukiem wnętrze drugiej dłoni.

Sięgnąłem do kieszeni marynarki i wyjąłem z niej płaską, czarną książeczkę.

— Mam już dyplom i potwierdzenie z instytutu — zacząłem z dumą i położyłem książeczkę obok jego ręki.

— A co mi tu...! — Strzepnął impulsywnie dokument ze stołu.

Białe kartki