Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 257

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Historia zwyczajnego człowieka - Waleria Marrene-Morzkowska

Powieść obyczajowa z 1896 roku. Waleria Marrené-Morzkowska (1832–1903) to polska pisarka, publicystka, krytyczka literacka i feministka okresu pozytywizmu. Nauki pobierała w domu, a następnie w szkołach w Puławach oraz w Krakowie. Wiele podróżowała. Zawarła długoletnią przyjaźń z Elizą Orzeszkową. Po przeprowadzce w 1877 roku do Warszawy zajęła się pisarstwem, publicystyką i filantropią. W swoim domu prowadziła popularny salon literacki. Debiutowała powieścią „Nowy gladiator” w 1857 roku. Opublikowała ponad dwadzieścia utworów prozatorskich, głównie w typie romansu. Wiele z nich można zaliczyć do nurtu powieści tendencyjnej. Często poruszały one problematykę emancypacji kobiet. W jej dorobku znalazły się także publikowane na łamach „Przeglądu Tygodniowego” artykuły krytyczne, szkice literackie, recenzje i sprawozdania. Przełożyła „Kobietę trzydziestoletnią” Balzaka oraz wybrane dramaty Henryka Ibsena.

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Historia zwyczajnego człowieka - Waleria Marrene-Morzkowska

Fragment ebooka Historia zwyczajnego człowieka - Waleria Marrene-Morzkowska

Waleria Marrené-Morzkowska

Historia zwyczajnego człowieka

Spisana z opowiadania emeryta

Warszawa 2012

HISTORIA ZWYCZAJNEGO CZŁOWIEKA

Kocham Warszawę! Nic dziwnego. Urodziłem się w niej, tu pełzałem dzieckiem, biegałem chłopakiem... Teraz, pochylony starością, włóczę się po jej ulicach... Wiem, w którym miejscu spocznę na Powązkach. Coraz mam więcej znajomych w tej dzielnicy umarłych, a coraz mniej na świecie: to i nie straszne będzie mi się położyć tam, gdzie są wszyscy moi.

Chodzę tymczasem po ulicach miasta... Tu nigdy nie jestem samotny: z drzew, ogrodów, z okien kamienic, nawet z bruku ulic powstają tłumione wspomnienia; a ja uśmiecham się, weselę, smucę, drżę z trwogi lub nadziei, rozpaczam... jak niegdyś.

Bądźcie jednak spokojni. Nie jestem żadnym bohaterem... Jam człowiek zwyczajny. Ale i najzwyczajniejszy musi dźwigać to, co na niego padnie, a przyjdą czasem takie chwile, że pomyśli: „Bodajbym się był nigdy nie rodził”.

Nie same smutki miałem w życiu... Broń Boże... Tylko radości były krótkie, smutki długie, a może też one lepiej tylko wrażają się w pamięć? Wyśmiewają się z nas starych, bo mówimy, że dawniej wszystko było lepiej na świecie. Raz nawet jeden mój kolega zaprowadził mnie do teatru na „Safandułów” i pokazując mi ich na scenie, powiedział:

– Patrz, stary! To my!

Czy dawniej było lepiej? – To wielkie pytanie. Sprzeczać się w tym względzie nie myślę. Nam niezawodnie było lepiej, bośmy byli młodzi. Ale że było inaczej, to inaczej. Ot, na przykład, Leszno. Jaka to była ulica! Może się ona tak bardzo nie odmieniła; to jednak pewna, że dziś wcale inaczej wygląda. Wspaniała ulica przyćmioną została przez daleko wspanialsze i straciła swoje znaczenie tak, jak kolor blaknie jeden przy drugim.

Dawniej znali się tu prawie wszyscy. A właściciele domów? No, tym kłaniano się i znać było, gdy który przechodził ulicą, po obiedzie, na czarną kawę i gazetę, do cukierni.

Na rogu ulicy Rymarskiej była cukiernia Juwena. Co tam były za ciastka!... Nigdy w życiu nie jadłem podobnych. Babki śmietankowe kosztowały trzy grosze, a były większe niż dzisiaj kajzerki. W cukierni siedziała zwykle sama pani Juwenowa, ogromna, z trzema podbródkami, najtłustsza kobieta w całej Warszawie. Wielka mi sztuka – myślałem sobie nieraz – gdyby mnie tylko do cukierni puszczono i pozwolono, jak jej, jeść, co mi się podoba, i ja bym się pewnie tak upasł na śmietankowych babkach! Same rozpływały się w ustach.

W niedzielę wszyscy spotykali się w kościele karmelickim, bo wówczas nie wyszukiwano modnych nabożeństw ani kaznodziejów, nie dobierano godzin dogodnych; nie trzeba też było obawiać się tłoku. Każdy szedł do parafii, na summę, bez wymysłów żadnych, jak Pan Bóg przykazał.

Na dalekie spacery się też nie chodziło; do ogrodu – to co innego! W aleje, do Łazienek, jeździł tak zwany „świat”. Ale my, urzędnicy, bywaliśmy tam co najwyżej raz na rok w jakie nadzwyczajne święto. Bo też to było strasznie daleko – za miastem.

O ulicach: Kruczej, Żurawiej, Hożej nikt nie słyszał, a kiedy Minter stawiał dom, w którym dziś mieści się poczta, śmiano się z niego, bo wszyscy mówili, że na takim pustkowiu nie będzie miał wcale lokatorów.

My nie należeliśmy do „świata” i wcale nas to nie martwiło. Ojciec był urzędnikiem, mnie także do tego samego zawodu przeznaczał. Nie potrzeba tu było wielkich mądrości. Skończyło się czasem sześć klas gimnazjalnych, czasem tylko cztery, czasem i mniej, jak było można, i szło się na aplikację. Aplikowało się darmo rok, dwa lata, niekiedy i więcej, a potem brało się pensję, awansując po maleńku. Pensje były niewielkie, ale też wszystko było tanie, a jak kto miał dwieście rubli rocznie, to już od biedy mógł się żenić i utrzymać rodzinę. Prawda, że panie same sobie szyły suknie, stroiły kapelusze, a nawet prały trudniejsze rzeczy własnymi rękami.

Mój ojciec miał dwa razy tak wielką pensję, toteż żył bardzo wygodnie. Zajmowaliśmy na dole w oficynie mieszkanie. Mieliśmy dwa duże pokoje z kuchnią, spiżarką, górą, piwnicą, drwalką, wszystko tak wygodne, że matka, wielka gospodyni, nacieszyć się nie mogła.

Nie było przedpokoju, podobno nie było nawet dzwonka, ale ten wcale nie był potrzebny. Wchodziło się przez kuchnię, od której drzwi całe lato były na oścież otwarte, a w czasie mrozów jedynie zamykały się na klamkę.

Gości nie potrzeba było meldować. Nie przeszło też nigdy rodzicom przez głowę, by można kogo nie przyjąć. Goście, stosownie do godności lub do stopnia temperatury, rozbierali się w kuchni lub w pokoju jadalnym, chociaż równie dobrze mógł się on zwać dziecinnym, bo sypiałem tam ja, wraz ze stryjecznym bratem.

Adaś był sierotą, młodszym ode mnie o lat parę.

Tak zwany salon należał wyłącznie do rodziców, a różnił się od jadalnego jesionową kanapką, firankami w oknach i froterowaną podłogą.

Ja z Adasiem mieliśmy nasze legowisko za parawanem. Był to parawan, jakich już dziś nigdzie nie widać; przedstawiał niezmierną rozmaitość. Były tam naklejone różne figurki, jedne dziwaczniejsze od drugich. Zwykle rano, gdyśmy się obudzili z Adasiem, były one przedmiotem niewyczerpanych rozmów.

Mnie bawiła szczególniej jakaś wyfiokowana pani w żółtej, wyciętej sukni, uciekająca przed uśmiechniętym staruszkiem, którego postać kryło mnóstwo mioteł niesionych na plecach.

Podobno były to postacie z jakiejś starej sztuki „Chłop milionowy”. Z powodu tego starca, grożącego żółtej pani, ojciec śpiewał piosnki z tej sztuki, z których parę wierszy pamiętam:

Jest pałac, są i wsie,

Lecz gdzie sumienie, gdzie?

Albo też:

Miotły, miotełki mam,

Jejmości tanio dam.

Żółta pani znajdowała się tuż nad moją głową. Gdym się budził, pierwszą, gdym zasypiał, ostatnią rzeczą, jaką widziałem, były jej okrągłe, wystraszone oczy i nóżka, podnosząca z tyłu w szybkim biegu wąską, króciutką sukienkę. Kto wie, może ta nóżka wywarła wpływ na moje usposobienie, bo przepadałem później za kobietami, a pierwszym warunkiem piękności była dla mnie mała nóżka.

No, już co nóżki, to stanowczo dawniej ładniej wyglądały! Dziś, ani widzisz, co to jest: jakieś chińskie, skoślawione kopytko z obcasem podsuniętym pod środek stopy. Dawniej nawet skóry na damskie trzewiczki nie używano: do tego był atłas lub prunela; trzewiczek był wycięty, więc widać było bieluteńką pończoszkę, a na niej krzyżowały się wstążeczki, tak zwane bandażyki, które przymocowywały je do nogi, na kształt greckiego sandała i wiązały się na zgrabną kokardkę. Obcasy noszono jedynie do kostiumów, a korki służyły kalekom do nadsztukowania krótszej nogi. O innych nikt nie słyszał.

Nóżka uciekającej damy była prześliczna, była nawet tak mała, iż tylko papierowa kobieta utrzymać się na niej mogła. Nie przyszło mi to wówczas do głowy i przyrównywałem do niej w myśli wszystkie inne, przyrównywałem nawet wówczas, gdy parawan rozleciał się ze starości przy jakiejś przeprowadzce, a żółta pani podarła się na strzępy.

Gdy się to stało, nie żałowałem nawet tego grata. Dziwne... Gdybym go dziś odnalazł, zdaje mi się, iż płakałbym jak dziecko.

W naszym mieszkaniu, na Lesznie, przebywaliśmy zimą i latem, bo o letnich koloniach, o domach za rogatkami i w ogóle o konieczności wyjeżdżania co rok z Warszawy, przynajmniej na dwa miesiące, nikt jeszcze wówczas nie słyszał. Powietrza nie brakowało na obszernym dziedzińcu, gdzieśmy bawili się całe lato z dziećmi naszych sąsiadów; matka dozorowała nas, szyjąc przy otwartym oknie. Zdaje mi się, że widzę dotąd jej uśmiechniętą twarz wyglądającą spomiędzy doniczek róż miesięcznych, laków, flor passionisów, które hodowała w oknach salonu.

W głębi dziedzińca był ogród – prawie każdy dom na Lesznie miał swój ogród. Gdy przemieszkaliśmy na miejscu lat parę i zaprzyjaźniliśmy się z dziećmi gospodarza, pozwolił on całej rodzinie naszej przechadzać się po nim.

Ogród, co prawda, nie był osobliwym. Rosło w nim parę starych akacji, parę krzaków bzu i jaśminu; zresztą, żona gospodarza, troszcząc się więcej o wygodę niż o estetykę, sadziła w nim rozmaite warzywa. Niemniej robił on na mnie wielkie wrażenie. W głębi była altana otwarta, z dachem wspartym na drewnianych, sczerniałych filarkach, a na ścianie, zamykającej ogród, jakiś artysta o bardzo bujnej wyobraźni wymalował wspaniały krajobraz. Były tam góry, morze, jakieś wielkie drzewa, których nie rozpoznałby najbieglejszy botanik, a nawet, zdaje mi się, że i wybuch wulkanu. Na pewno wiedzieć tego nie było można, bo właśnie w tym miejscu tynk był mocno uszkodzony. Mnie się zdawało, że to Wezuwiusz; Adaś utrzymywał, że zachód słońca, i śmiał się ze mnie, dowodząc, że odkąd zacząłem chodzić do szkół i uczyć się geografii, marzyły mi się tylko odległe kraje i nadzwyczajności. Gospodarz z całego ogrodu dbał tylko o kręgielnię, gdzie co niedziela z przyjaciółmi rozgrywał nieskończoną ilość partii, popijając piwo, które mu ciągle służąca przynosiła z piwnicy. A wówczas rozlegał się po całym dziedzińcu głuchy łoskot toczących się kul, suche uderzanie przewracanych kręgli i wesołe wykrzyki: Ein, zwei, vier.

Nasz gospodarz był Niemcem. Syn jego, Franciszek, był moim serdecznym przyjacielem; śmierć tylko tę przyjaźń rozerwała, a szlachetniejszego serca nie było pod słońcem.

Przyjaźń nasza zaczęła się od tego, że raz spotkałem go na dziedzińcu, wracając z gimnazjum, i palnąłem w kark z całej siły, wołając:

– Masz, Niemcze!

Przyczyny właściwej nie miałem, a raczej przyczyną był profesor Niemieckiego w gimnazjum; nie cierpiała go cała klasa i wysilała się na psoty, a on sypał nam pałki, jak z rękawa. Nie mogąc pomścić się na nim, mścił się każdy z nas, na kim mógł.

Franciszek nie rozpłakał się, nie pobiegł na skargę, ale, odwróciwszy się, palnął mnie równie szczerze jak ja jego, krzycząc także z całych sił:

– Takim dobry, jak i ty.

A przy tym, jego niebieskie oczy płonęły takim uczciwym ogniem, że... że nie wiem, co bym uczynił, gdyby jego siostrzyczka, Fryda, nie zaczęła płakać rzewnymi łzami.

Nigdy mi na myśl nie przyszło, że mała Fryda jest Niemką. Co prawda, mówiła po polsku tak dobrze, jak ja. Była to bardzo zabawna osóbka. Jej buzia, otoczona ciemnymi loczkami, miała jakąś przedwczesną powagę; a kiedy chodziła po dziedzińcu lub ogrodzie, trzymając na ręku lalkę, to, chociaż miała lat sześć czy siedem dopiero, zdawała się małą kobietą.

Nie lubiła bawić się z nami, ale rozmawiała chętnie, rozmawiała jak osoba dojrzała. Wiedziała, co się działo nie tylko w kuchni matczynej, ale i w fabryce ojca – ilu miał robotników, jakich majstrów, jak który się sprawował? – daleko lepiej od Franciszka, chociaż ten był od niej o pięć lat starszy.

Nigdy nie widziałem na niej rzeczy poplamionej, zmiętej lub zbakierowanej. Sukienka, fartuszek, pończoszki, każda część ubrania leżała na Frydzie tak, jakby zrośnięta była z jej osóbką i nie mogła ulec żadnym uszkodzeniom. Po błocie umiała chodzić na paluszkach w ten sposób, że nigdy nie przylgnęło do jej trzewiczków. Nie stroiła żadnych kokieteryjnych minek i uśmiechów, jak to zwykle robią ładne dziewczynki; czarne jej oczy patrzyły tak prosto, tak uczciwie, iż znać było, że brzydziła się fałszem każdym jak kurzem lub brudem, które strzepywała często, rozmawiając, bezwiednym ruchem rączki z odzienia, choć ich tam wcale nie było.

Lubiła się pytać o wszystko, a wiarygodności odpowiedzi nigdy nie podawała w wątpliwość. Adaś opowiadał jej nieraz niestworzone ambaje, na przykład: że w czasie burzy piorun wpadł mu do kałamarza i wypił cały atrament, a ona temu święcie wierzyła. W ogóle, zdaje mi się, że wcale nie pojmowała, jak to kłamać można. Kochała nad wszystko brata i lalkę. Nie wiem nawet do dziś dnia, co z dwojga było dla niej droższym. Swoją Zosię – tak nazywała drewnianą córeczkę – dźwigała z miłości dla niej samej, a znów wielki tom „Magazynu Powszechnego” – z miłości dla brata, który miał namiętność do książek, pragnął ten gust w siostrze zaszczepić i dostał dla niej ówczesną nowość, ów „Magazyn Powszechny” pełen obrazków.

Ten magazyn nosiła także z sobą po dziedzińcu i ogrodzie, wielce zafrasowana tym podwójnym ciężarem, choć nie pamiętam, by go kiedy sama z siebie otworzyła. Tylko gdy Franciszek spytał ją o jaki artykuł, z pośpiechem, świadczącym o dobrej woli, otwierała książkę, a czytając, wodziła po liniach tłustym, czerwonym paluszkiem.

Fryda była to podobno pierwsza moja miłość, bo, chociaż nazywano mnie w domu urwisem, dla niej byłem zawsze uprzejmy, robiłem to, o co mnie tylko prosiła. Ona też chętnie dzieliła się ze mną przysmakami, których miała zawsze pełne kieszonki. Matka pasła ją piernikami, chlebem świętojańskim, suszonymi śliwkami, lecz grosza pieniędzy nigdy nie dawała.

Fryda była dość osamotnioną. Matka jej, prosta kobieta, cały dzień spędzała w kuchni, ale córkę chowała na panienkę i nie lubiła jej mieć przy sobie. Ojciec zajęty był fabryką. Franciszek chodził do szkół, a zresztą, cały był zakopany w książkach. Fryda więc błąkała się całe lato po dziedzińcu i ogrodzie w towarzystwie swojej lalki, z którą wiodła nieskończone rozmowy, sadzała ją na ławkach, ciągnęła za rękę po wąskich ścieżkach: aż raz Zosia wpadła w krzak agrestu i sukienka jej wyszła stamtąd poszarpana na strzępy. Fryda zalewała się gorzkimi łzami. Nadszedłem na to właśnie.

Dziewczątko płakało tak rzewnie, iż pobiegłem do niej przestraszony. Przekonawszy się o powodzie, już miałem wybuchnąć śmiechem i zawołać z pogardą: „Wielka mi rzecz, suknia lalki!” Ale Fryda rzeczy te brała na serio. Nigdy nie mogła zrozumieć, że jej Zosia nie jest żywą istotą; mówiła o niej jak o swojej córeczce.

– Zosia nie ma sukienki! – wołała z wyrzutem.

– Kupisz jej drugą.

– Ojciec i mama nie dadzą mi pieniędzy na drugą. Zosi będzie zimno. Zosi będzie wstyd tak się pokazywać. Jedyna, świąteczna sukienka! Było tyle rozpaczy w jej głosie, iż postanowiłem sprawić lalce nową sukienkę. Obiecałem to nawet Frydzie solennie, chociaż nie miałem pojęcia, jak tej obietnicy dotrzymam. My, chłopcy, pieniędzy nie mieliśmy wcale; ojciec, co najwyżej, w chwilach uroczystych dawał nam trzy grosze na ciastko, a i tak w podobnych razach matka utrzymywała, że uczy nas marnotrawstwa. Nosiłem się więc bardzo długo z projektem kupienia jakiego kawałka pięknej materii. Odmówiłem sobie parę razy śmietankowej babki i zebrałem w ten heroiczny sposób sześć kopiejek; to przecież na suknię dla Zosi nie wystarczyło.

Zosia więc miała wszelki czas zmarznąć, jeśli tylko na mnie by rachować musiała. Ja prędko zapomniałem o uczynionej obietnicy, ale Fryda wierzyła święcie w jej spełnienie, bo już taką była jej natura. Ufała każdemu, ufała bez powodu, bez granic. Ile razy spotkaliśmy się na dziedzińcu, zwłaszcza, ile razy wracałem z miasta, oczy jej kierowały się ku mnie, pełne nadziei; zapewne myślała, że niosę obiecaną sukienkę. Czasem nawet pytała wprost.

Biedna Fryda! Chciałbym chociaż zobaczyć jeszcze ten ogród i dziedziniec, gdzieśmy tyle chwil razem przebywali. Nie ma ich już. Niby z pozoru kamienica frontowa stoi, jak stała, i murowane balustrady nad mostkiem, rzuconym z ulicy na wysoki chodnik, pozostały, jak były, i łańcuchy wiszą przy kamiennych słupach. Ale wewnątrz wszystko już jest inaczej. Tak nieraz dzieje się z ludźmi... Z pozoru wszystko w nich tak, jak było... a jednak... Dziedziniec kamieniczny, zabudowany cały; miejsce ogrodu, kręgielni, altany, fikcyjnych krajobrazów, zajęła trzypiętrowa oficyna. Nawet duch Frydy, gdyby się tu zabłąkał, nie poznałby miejsc, gdzieśmy chodzili razem, gdzie widzę ją zawsze przed oczyma duszy, dźwigającą wielką, zamkniętą książkę, otrzepującą niewidzialne źdźbła kurzu z odzienia, w czasie, gdy lalka, w podartej sukience, patrzy na nas malowanymi źrenicami.

Kiedy zimno nie pozwoliło nam biegać po dziedzińcu i trzeba było czekać niedzieli, żeby się z Frydą zobaczyć, nie mogłem miejsca sobie znaleźć, rachowałem dnie i godziny. W niedzielę państwo Müller zapraszali często mnie i Adasia na poobiednią kawę; rozmawialiśmy wówczas w ich salce tak, jak na dziedzińcu lub w ogrodzie. To jest: rozmawiałem ja z Frydą, bo Adaś, wypiwszy kawę, zasypiał na kanapie albo też wymykał się do domu, a Franciszek siadał przy oknie z jaką książką. Czasem chciał nam co głośno przeczytać, ale wiedział zaraz, że ja ani siostra nie podzielaliśmy jego gustu i myśleliśmy o czym innym.

– To dziwne! – mówił wówczas – was to nic nie zajmuje. Fryda to jeszcze dziecko, ale ty, Stasiu!

Nie kończył; widać w nim było litościwą pogardę.

Potem już czytał sam. A Fryda zwierzała mi się, że pewno na Boże Narodzenie dostanie nową lalkę, bo gdy prosiła o nową sukienkę dla Zosi, matka powiedziała, że to nie warto, że będzie miała coś ładniejszego. Ale ona nie będzie już tej nowej lalki tak kochała jak Zosię, żeby nawet była dwa razy większą i najpiękniejszą na świecie, i musi kiedyś dostać dla niej sukienkę. Mówiąc to, brała na ręce obdartą, zasmoloną lalkę, okrywała ją pocałunkami, nazywała swoją biedną, chorą córeczką i tuliła do siebie ze łzami w oczach.

Ja znów opowiadałem jej moje szkolne przygody. Znała po imieniu wszystkich moich kolegów, profesorów, regulamin gimnazjalny i wszystko to przejmowało ją nieokreśloną trwogą.

– Dobrze, że ja dziewczynka! – mówiła.

– Dlaczego? – pytałem.

Nie umiała wytłumaczyć się dokładnie, ale powtarzała swoje.

– Przecież i ty uczyć się musisz – dowodziłem.

Nie zdawała się tym przekonaną. Tłumaczyła się, że jest jeszcze małą. Niech się sobie uczy Franek, ja wreszcie, ale ona?...

Na podobnych rozmowach zeszedł nam cały wieczór, a kiedy trzeba było się rozejść, żegnaliśmy się smutno na cały tydzień.

Tymczasem przyszła taka niedziela, kiedym do Frydy pójść nie mógł, bo przyjechała ze wsi ciocia Leosia i przyprowadziła do nas na cały tydzień kuzynkę Józię, gdyż sama miała jakieś interesy, czy wizyty.

Poszliśmy więc z Adasiem Frydę do nas zaprosić, bo co Franek, ten swoich książek porzucić nie chciał. Frydę z wielką biedą udało mi się namówić; bała się nowych znajomości i spoglądała na nie przestraszonymi oczyma. Przyszła z Zosią na moje prośby. Ale Józia, widząc niefortunną toaletę lalki, zawołała ze śmiechem:

– A to, co za smoluch?

I Fryda, dotknięta do żywego, uciekła, tuląc do siebie rozżaloną córeczkę!

– Widzisz, coś zrobiła! – mówiłem do Józi.

Ona nie wzięła tego wcale do serca, przeciwnie:

– To jakaś sensatka – wyrzekła pogardliwie – nie podoba mi się wcale.

Mówiła to z taką pewnością, iż nie śmiałem stanąć w obronie Frydy.

– A ty, nie masz lalki? – spytałem.

– Ja? – odparła, wzruszając ramionami. – To dobre dla małych dziewczynek.

Józia, choć jednego wzrostu z Frydą, była podobno znacznie starszą, a nawet i starszą ode mnie. A przy tym nie było na świecie dwóch istot mniej do siebie podobnych.

Kiedy sobie chcę Józię z owej epoki przypomnieć, nie staje ona przede mną w wyraźnych konturach, jak Fryda, tylko w myśli mojej robi się wielka zawierucha, a wśród niej kręcą się, migają, olśniewają; fale złota i błękitne iskierki. Bo też Józia była tak niezmiernie żywa, iż nie wiem, czy by ją pochwycić zdołał dzisiejszy rewolwerowy aparat fotograficzny. Cała jej drobna postać była w ciągłym ruchu; migały tylko przed okiem jej okrągłe rączki, mikroskopijne nóżki i źrenice błękitne, pełne śmiechu, pełne swawoli, które niekiedy, jak niebiosa, zachodziły chmurą i zamiast iskier miotały błyskawice.

Każda cząstka tej postaci zdawała się poruszać, drgać, wirować na swój odrębny sposób. Drgały śmiechem różowe usteczka, a wkoło nich po bródce, po rumianych policzkach, tworzyło się mnóstwo dołeczków kapryśnych, figlarnych, uciesznych, a tak ślicznych, iż każdy z osobna chciało się pochwycić i utrwalić; wszelako już występowały inne, jeszcze śliczniejsze.

W harmonii z tym nieustannym ruchem postaci sukienka, fartuszek, nawet trzewiczki układały się w niemożliwy sposób i nikt by nie przypuścił, jakie to z nich dziwa porobić się mogą. Najdziwaczniej przecież układały się włosy Józi. Barwa ich nawet była zmienna i niepochwytna. Czasem, gdy każdy włosek szedł w swoją stronę i kręcił się na własny rachunek, całość tworzyła około drobnej twarzyczki fantastyczną koronę z płynnego złota, promienie słońca nadawały jej miedziane odbłyski; w cieniu znów włosy te przybierały barwę popiołu, przez który gdzieniegdzie żar niedogasły przeglądał.

Słowem: Józia, był to rodzaj chochlika, a gdy się uwzięła, to z każdym zrobić mogła, co tylko chciała.

– Dobrze, że ta Fryda sobie poszła – mówiła, widząc, żem spoglądał żałośnie przez okno na dziedziniec zalany jesiennym deszczem.

– Co też ty mówisz? – zawołałem.

– Będziemy się lepiej bawić. Zobaczysz!

Zaśmiała się po swojemu, przechylając się ku mnie tak, że promienie jej włosów jakby złote fale przesunęły mi się przed oczami.

Jak strzała pomknęła w głąb pokoju, rozstawiła parawan, pochwyciła na ręce poduszkę i zaczęła odgrywać jakąś dramatyczną scenę z „Wariatki”, którą wówczas grywała Halpertowa, a na której była w przeddzień z matką w teatrze.

Józia robiła ze wszystkimi, cóż dopiero z matką, co tylko chciała. Jak naparła się być z matką w teatrze na jakiej sztuce, to być musiała; nie było na to żadnej rady. Teatr robił na niej niezmierne wrażenie. Jako mieszkanka wsi rzadko w nim bywała, ale za to urządzała go w domu, ustawiała scenę z rozmaitych sprzętów, a nawet obywała się bez niej: śpiewała, tańczyła, śmiała się, płakała, mdlała, rzucała się na kolana, recytowała wyznania miłosne, bardzo komiczne w jej ustach, w słowach, w jakich to czynili artyści, bo raz je usłyszawszy, już umiała na pamięć. Czyniła to wszystko z takim przejęciem, jakby naprawdę ta półtorałokciowa osóbka była heroiną ponurych dramatów, grywanych wówczas, jak: „Mulat”, „Rita Hiszpanka”, „Pamiętniki szatana”, które nad wszystko lubiła.

Teraz na porządku dziennym była u niej „Wariatka”. Umiała nadawać oczom błędny wyraz, naśladować ruchy wielkiej artystki, znajdowała w swym dziecinnym głosiku intonacje przejmujące dreszczem. Uczyła nawet mnie i Adasia kilku słów, które powinniśmy byli wypowiadać, ażeby uzupełnić akcję. Trzeba było mianowicie w chwili, gdy była odwróconą, zabrać ze sceny poduszkę reprezentującą niemowlę, mówiąc: „Nieszczęśliwa kobieta mogłaby w przystępie obłąkania co złego uczynić dziecięciu”. Słowa te były konieczne, bo objaśniały tajemnicze znaczenie poduszki, a potem następowała nowa scena obłąkania na temat jej utraty.

Rolę tę naprzód Józia powierzyła Adasiowi, ale po pierwszej próbie bez ceremonii dała mu dymisję, nie tłumacząc się wcale; ja miałem go zastąpić. Szepnęła mi tylko do ucha:

– On nigdy aktorem nie będzie.

Powiedziała to z miną wytrawnego reżysera, ba, co najmniej teatralnego bywalca, jako pewnik nieulegający wątpliwości. Ja uwierzyłem jej bez wahania.

Kiedy jednak przyszła na mnie kolej wypowiedzenia tych kilka słów, pokazało się, iż rzecz wcale łatwą nie była. Józia starała się nauczyć mnie właściwego akcentu, przedrzeźniała, gniewała się tupała nóżkami; ja chciałem ją zadowolić więcej niż wszystkich razem profesorów. Daremnie!

Tak się zajęliśmy tym teatrem, iż nie wiem kiedy, zbiegło poobiedzie i zabrano nam do herbaty krzesełka stanowiące scenę.

– A widzisz! – rzekła wówczas Józia – bawiliśmy się doskonale.

Od tej chwili Fryda przestała dla mnie istnieć, tym bardziej, że ją rodzice oddali do brata pana Müllera mieszkającego w Kaliszu, który miał dwie córki w tym samym wieku co Fryda i trzymał do nich guwernantkę; a nawet, znalazłszy kiedyś w kieszeni cztery trojaki, starannie zbierane na suknię dla Zosi, kupiłem babek śmietankowych i podzieliłem się z Józią, bo przyznała mi się, że przepadała za babkami.

Myślałem już tylko o Józi; matka jej mieszkała teraz w Warszawie i co niedziela albo myśmy szli do niej, albo ona do nas przychodziła. W powszedni dzień nie miałem czasu na zabawę: trzeba się było uczyć.

Nasze gimnazjum było bardzo blisko, chodziłem doń dwa razy dziennie, bo wówczas lekcje były podzielone na przed i poobiednie. Gimnazjum mieściło się w obszernym budynku przy ogromnym dziedzińcu, na który wybiegaliśmy hurmem w czasie pauzy. Tu przychodziły zwykle przekupki z jabłkami, piernikami, figami, nawlekanymi na sznurek, z chlebem świętojańskim, a w karnawał przynosiły gorące pączki pod pierzyną, ogromne pączki, po trzy grosze sztuka.

Gdzie dziś szukać budynków i dziedzińca? Wszystko to znikło, wszystko ustąpiło nowym gmachom. Dziś na tym miejscu stoi kościół kalwiński. Boże! Cośmy się na tym dziedzińcu wydokazywali, namocowali, nabili pomiędzy sobą!

Ja za nauką nie przepadałem. Nie miałem pretensji do nagród, pochwał itp., nie odznaczałem się wybitną zdolnością ani wyjątkową pracą; ale promocję dostawałem zawsze. Nie było to zresztą rzeczą tak trudną, jak dzisiaj; uczyliśmy się mniej nierówno, przy tym pomagał mi Franciszek. Miał on snadź we krwi Niemieckie przymioty i był pierwszym uczniem w klasie.

Z kolegami byłem w dobrych stosunkach. Podpowiadałem im, jak każe obowiązek, gdy miałem ku temu sposobność, biłem się, gdy tak wypadło; przecież nie zajmowałem się nimi osobliwie. Jakoś zawsze miałem co innego w głowie.

Czas jakiś myślałem tylko o Józi, o teatrach, które urządzała, czekałem niedzieli lub święta jak zbawienia duszy. W czasie lekcji snuły mi się po głowie rozmaite zdania, frazesy, wykrzykniki z melodramatów, z takim przejęciem przez nią recytowane: a kiedy profesor zawołał: „Burnicki”, budziłem się jakby ze snu i dzięki tylko umiejętnej pomocy kolegów udawało mi się wybrnąć z niebezpieczeństwa.

Bo też ta Józia była nieoszacowana. Bóg nie wie, co przychodziło jej do głowy. Jeśli zaś, broń Boże, wpadła w zły humor i usiadła w kącie zadąsana, to zaraz zdawało mi się, że słońce zaszło za chmurę, a najpiękniejszy dzień majowy był dla mnie czarnym jak noc. I nie mnie jednemu tak się zdawało, bo i Adaś, i Henio, rozpieszczony jedynak, syn serdecznej przyjaciółki cioci Leosi, tak samo rozweselali się pod jej spojrzeniem, a gdy ona się nadąsała, chodzili osowiali.

O ten Henio! Nie cierpiałem go z całego serca. Był to wprawdzie mazgaj, no, ale mazgajów znałem dość; pysznił się swoimi zabawkami, sukienkami, zegarkiem, bo matka jego była bogata i niczego mu nie żałowała, a ile razy my nawzajem pokazywaliśmy mu jaki drobiazg, on pogardliwie wydymał wargę i mówił: „Ja sobie kupię”. To jego „ja sobie kupię” przyprowadzało mnie do rozpaczy. Wobec niego czułem się nie tylko ubogim, ale upokorzonym moim ubóstwem. Nie dla jego bogactwa przecież nie cierpiałem Henia; podobno winna temu była Józia, bo gdy on tylko przyszedł, ja i Adaś szliśmy w kąt od razu – nie raczyła na nas nawet zwrócić uwagi: z Heniem goniła się, śmiała, grała teatr, a nas – jakby wcale nie było. Miała nawet sposób patrzenia, przymrużając oczy, który mówił tak wyraźnie jak słowa, ba nawet stokroć wyraźniej: „Nie istniejecie dla mnie”, że brały mnie wszystkie złości i Adasia także.

Przychodziła mi wówczas ochota rzucić się na Henia – podrzeć mu te aksamitne sukienki i koronkowe krezy, a na Józię więcej nie spojrzeć. Ale ona nie zauważyła nigdy moich wściekłych spojrzeń. Żebym się nie wiem jak nasrożył, nie spytała nigdy, co mi jest. I miała słuszność, bo dość jej było zawołać swoim pieszczonym głosikiem:

– Stasiu!

Zaraz zapominałem o wszystkim i nawet dziwiłem się sam sobie, jak mogłem nienawidzić Henia. Cóż mnie tam Henio! Adaś był zawziętszym ode mnie; ale jakaż zawziętość ostać się mogła przed wolą Józi? Jak zaczęła uśmiechać się, przymilać, trzeba było jej przebaczyć koniecznie.

Właściwie nawet nie było czego przebaczać i nigdy do przebaczenia nie przyszło. Józia mogła przecież bawić się, z kim chciała, a Henio był jej gościem. Rozumiała ona jednak doskonale, o co nam chodziło, bo gdy, pomimo jej zaczepek, Adaś, raz pozostał chmurny po odejściu Henia, zaczynała nieobecnego przedrzeźniać, chodziła jak on, krzywiła usta, mówiła nawet: „ja sobie kupię”. Już temu to żaden z nas oprzeć się nie mógł; zawieraliśmy przymierze bez słów i wszyscy razem śmialiśmy się do rozpuku. Nie przeszkadzało to Józi na drugi lub trzeci dzień, skoro bladawa twarz Henia ukazała się we drzwiach, biec ku niemu z radością i zapomnieć o nas.

Usłyszałem raz, przypadkiem, jak matka mówiła cioci, że Józia jest straszną kokietką. Nie rozumiałem znaczenia wyrazu, domyśliłem się przecież, że to coś złego, a kiedy Józia we framudze okna, z wielkim zapałem uczyła Henia jakiejś roli, podszedłem do niej i szepnąłem sam do siebie, tak głośno jednak, że oboje usłyszeć mnie musieli:

– Kokietka!

Rumieniec gniewu mignął na twarzy Józi, źrenice zamiast iskier rzuciły błyskawice, Henio zaś otworzył szeroko apatyczne, bez wyrazu oczy.

– Kokietka! – powtórzyłem potem, gdy Henio odszedł, a rodzice kazali nam się także zabierać.

Myślałem, że teraz przynajmniej Józia tłumaczyć się będzie, dowodzić, że ją niesłusznie obwiniam. Gdzie tam! Parsknęła mi śmiechem w oczy, jak gdybym powiedział największe głupstwo, a potem minęła mnie jak obrażona królowa i poszła się położyć, nie pożegnawszy się wcale. To mnie strasznie skonfundowało. Całą drogę do domu, a droga była długą, bo ciocia mieszkała na Freta ulicy, rozmyślałem nad tym, co ja zrobiłem. Czy to nie było przypadkiem wielkim głupstwem? Gdym się położył, wszystkie figurki z całego parawanu pod wodzą żółtej pani, śmiały się ze mnie tak samo, jak Józia.

Nazajutrz, wracając ze szkoły, spotkałem Frydę; ze stryjem, który miał jakiś interes w Warszawie, na parę dni przyjechała do rodziców. O tym przyjeździe mogłem wiedzieć od Franciszka, ale Franciszek nigdy słowa nie powiedział bez koniecznej potrzeby.

Fryda nie odmieniła się wcale, choć nie widzieliśmy się blisko pół roku. Ujrzawszy mnie, przybiegła uradowana, zarumieniona.

– Wiesz? – było pierwsze jej słowo. – Ty pewno starasz się jeszcze o sukienkę dla Zosi...

Paradna ta Fryda! Właśnie też miałbym o czym myśleć!

– Zosia teraz bardzo szczęśliwa – mówiła dalej.

– Co tam Zosia! Lalka i kwita.

Spojrzała na mnie z wymówką, ale niezrażona zaczęła mi opowiadać, że stryj, u którego mieszkała w Kaliszu, miał sklep bławatny; z tego powodu mogła Zosię ubierać, jak chciała. Miała i drugą lalkę, ale tej drugiej nie kochała tak, jak Zosię, chociaż ta druga była dużo ładniejszą.

– Dwóch jednako nie można kochać – dodała z wielką powagą.

W Kaliszu było jej bardzo dobrze, tylko nudziła ją nauka i myślała ciągle o Warszawie, o rodzicach, o Franciszku.

– I o tobie, Stasiu – dodała, patrząc na mnie z nieograniczoną miłością.

Powinno mnie to było wzruszyć. Gdzie tam! Myślałem tylko o Józi, a Fryda wydawała mi się śmieszną ze swymi lalkami. Byłaby mówiła jeszcze długo, ale ja, prawdę mówiąc, słuchałem jednym uchem i udałem, że nie mam czasu.

Fryda uwierzyła temu święcie, żałowała mnie, żem taki zajęty, i zaprosiła mnie nazajutrz na kawę, bo to było uroczyste święto, a niedługo miała znów wyjechać. Ani na chwilę nie wątpiła, że przyjdę, przekonana, że jestem równie jak ona uszczęśliwiony z tego spotkania. Na pożegnanie jeszcze zawołała:

– A pamiętaj, przyjdź wcześnie, nagadamy się. Kawa będzie doskonała; sama jej przypilnuję.

– Przyjdę, przyjdę – mruknąłem, chcąc się jej pozbyć.

W uszach dźwięczał mi śmiech Józi.

Jednak może by to i dobrze było nie pokazać się w to święto u cioci. Czułem instynktownie, iż dla kuzynki byłaby to najlepsza kara. Chciałem nawet namówić Adasia, żeby tak samo zrobił i cały dzień układałem to w głowie.

– Wiesz – rzekłem, skoro tylko powróciłem ze szkoły – chodź jutro ze mną na kawę do Frydy.

Adaś zdziwił się. Dlaczego on miał iść do Frydy?

– Widzisz – tłumaczyłem – ukarzemy Józię.

Adaś dbał o to daleko mniej. Na wspomnienie Józi machnął ręką z obojętnością tym wspanialszą, że nie było w niej żadnego udania.

– Ii! Co mi tam Józia! – mruknął – u cioci jest Czarnuch.

Czarnuch był to pudel, z którym, prawdę powiedziawszy, Adaś bawił się tyle przynajmniej, co z Józia.

– Prawda! Jest Czarnuch – powtórzyłem.

Zaledwie powziąłem myśl ukarania Józi, zrobiło mi się ckliwie na sercu. Nie byłem bardzo pewny, czy Józia odczułaby karę, ale dla mnie byłaby ona bardzo bolesną. Cały dzień byłem jak w gorączce. Zaledwie decydowałem się iść do cioci, znajdowałem tysiące przyczyn, ażeby się tam nie pokazywać, a skoro postanowiłem nie pójść, widziałem w wyobraźni Józię śmiejącą się z Heniem. O Frydzie, co prawda, myślałem najmniej, a jej serdeczna ufność wcale nie zaważyła na szali moich postanowień.

Tego dnia byłem w klasie bardzo roztargniony, a na geografii zasypałem się okropnie. Profesor pytał: jakie kraje rozgranicza łańcuch Pirenejów. Poczciwy Franciszek, który przy mnie siedział, widząc, że nie pojmuję nawet, o co idzie, zaczął pisać na pulpicie wielkie F potem r.

– Freta! – zawołałem, nie czekając dalej, bo właśnie w tej chwili decydowałem się iść do Józi.

– Cooo? – spytał przeciągle profesor. Cała klasa wybuchnęła śmiechem.

Profesor zdjął okulary, przetarł je, jakby miał przypatrywać się jakiemu dziwowisku.

– Burnicki! Chodź no tu bliżej – zagrzmiał głos jego.

Szedłem jak na ścięcie, bo teraz dopiero zrozumiałem, jakiego palnąłem bąka.

Na moje szczęście profesor znany był z poczciwości. Obejrzał mnie na wszystkie strony.

– No, no – powtarzał, kiwając głową – no no! Proszę!

I na tym się skończyło. Ale miałem ja potem co słuchać od kolegów! Ilu szturchańcami opłaciłem tę ulicę Freta, ile bójek było pod jej wezwaniem, ile razy siedziałem w kozie z tego powodu! Aż mi ona obrzydła. Co najgorsze, że Józia dowiedziała się o całej sprawie.

Jakim sposobem? – Tego pojąć nie mogłem. Podobno któryś z kolegów, niepomny przysłowia: „Choćby cię pieczono i smażono w smole”, wygadał się w domu i, z ust do ust, doszło aż do niej. Ale tego nigdy nie dowiedziałem się na pewno.

Łatwo przewidzieć, żem nie był na kawie u Frydy. Ona tymczasem oczekiwała mnie przy oknie, a gdyśmy szli do cioci, wybiegła zaniepokojona.

– Stasiu! – zawołała ze łzami w głosie. – Kawa gotowa; gdzież ty idziesz?

Zmieszałem się, żal mi jej było.

– Widzisz – rzekłem pośpiesznie – nie mam czasu, muszę iść z rodzicami.

Przyjęła tę wymówkę za dobrą monetę, nie nalegała, była zawsze bardzo nieśmiała, ale łzy drżały jej na rzęsach.

– Jaka szkoda! – wyrzekła tylko.

I patrzyła smutno za nami, gdyśmy odchodzili.

Ja jednak nie pożałowałem wyboru. Dnia tego nie było Henia. Józia nie pamiętała naszych swarów i bawiliśmy się wybornie. Nie wiedziała jeszcze nic o tych nieszczęsnych Pirenejach i Freta ulicy, choć, Bogiem a prawdą, ona najmniej śmiać się z tego była powinna.

Bomba pękła dopiero w następną niedzielę. Już zaraz, gdy przestąpiła próg i zaczęła się rozbierać, kiedy wytrząsała włosy z kapotki, widziałem, że miała buzię pełną śmiechu, a w oczach złośliwe iskierki; ale nie mówiła nic do mnie, tylko wzięła Adasia na stronę, szeptała coś z nim długo, a od czasu do czasu oboje parskali tłumionym śmiechem. Czułem dobrze, iż chodziło tu o mnie. Gdyby dnia tego Fryda była w domu, pobiegłbym do niej zaraz, ale Fryda już odjechała, a Franciszek! No, ten nie był do towarzystwa.

Jeśli kiedy do niego zaszedłem, czułem, że mu zawadzam. Najlepiej lubił siedzieć i czytać. Od dzieciństwa odzywał się w tym chłopcu filozof i entuzjasta. Przekonałem się o tym nieraz, gdym mu opowiadał o moich projektach na przyszłość. Nie zachwycały go one wcale. Projekty to były bardzo zwyczajne. Starczyło mi zupełnie to, co z łatwością posiąść mogłem.

Ja chciałem sobie być urzędnikiem jak mój ojciec, ożenić się – naturalnie, z Józią – i prowadzić takie miłe, spokojne życie, jakie było jego udziałem. Wówczas biuro nie było wcale rzeczą uciążliwą. Urzędnik miał połowę dnia wolną, a tyle tylko pracy, by mu czas wolny przyjemniejszym się zdawał.

Kiedy zwierzałem się Franciszkowi, słuchał mnie z uśmiechem dziwnym.

Gdyśmy raz wracali ze szkoły po lekcji, w której o Hannibalu usłyszał, był jak nieprzytomny. Szedł obok mnie w milczeniu przez czas jakiś. Gdyśmy już dochodzili do domu, zatrzymał się nagle.

– Wiesz! – zawołał. – On miał wówczas tylko lat dziewięć.

– Kto? – zapytałem.

Zapomniałem już na śmierć o lekcji, o Hannibalu i jego przysiędze. Było to przed samymi wakacjami; na straganie widziałem rozłożone wiązki wiśni, a taką miałem naturę, iż one w tej chwili zajmowały mnie więcej niż Rzym, Kartagina i wszyscy bohaterowie świata.