Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 302 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Historia wewnętrzna - Giulia Enders

Przeczytaj tę książkę, a twoje postrzeganie własnego ciała zmieni się o 180 stopni…

Skąd bierzemy energię do życia?

Z czego wynika nasza odporność?

Dlaczego zmagamy się z nad- lub niedowagą?

Gdzie mają swój początek alergie?

Co może powodować depresję?

To niesamowite, jak wiele zależy od… naszych jelit. Tak dotąd niedoceniane, pełnią kluczową rolę w  naszych organizmach. Dzięki nim żyje nam się zdrowo, miło i przyjemnie albo… nie. Zadbaj więc o nie, a one z pewnością ci się odwdzięczą!

Najpierw jednak poznaj ich piękną, zaskakującą historię wewnętrzną. Bo elita kocha swoje jelita!

„Odgłos beknięcia czy puszczonego bąka brzmi wprawdzie krępująco, ale wewnętrzne ruchy, jakie im towarzyszą, są tak pełne gracji i subtelne, jak popis baletnicy.”

Opinie o ebooku Historia wewnętrzna - Giulia Enders

Fragment ebooka Historia wewnętrzna - Giulia Enders

Przedmowa

Moja mama urodziła mnie przez cesarskie cięcie i nie mogła karmić piersią. W efekcie zostałam modelowym dzieckiem XXI wieku z problemami jelitowymi. Gdybym wówczas wiedziała na ten temat więcej, mogłabym obstawiać zakłady odnośnie do tego, jakie choroby dopadną mnie z czasem. Pierwsza pojawiła się nietolerancja laktozy. Nigdy się nie zastanawiałam, dlaczego od ukończenia piątego roku życia nie mogłam pić mleka i dlaczego w pewnym momencie utyłam, a potem znowu schudłam. Później przez długi czas wszystko było w porządku, aż powstała „rana”.

Gdy miałam siedemnaście lat, na mojej prawej nodze ni z tego, ni z owego pojawiła się nagle nieduża ranka. Nie chciała się zagoić, dlatego po miesiącu poszłam do lekarza. Pani doktor, nie mając pojęcia, co mi dolega, przepisała jakąś maść. Trzy tygodnie później w ranach miałam już całą nogę. Wkrótce były nimi zajęte obie nogi, ramiona i plecy, a przez jakiś czas także twarz. Na szczęście wszystko działo się zimą, dlatego ludzie myśleli, że po prostu wyskoczyło mi „zimno” na wargach, a na czole zrobiło się niewielkie otarcie.

Żaden lekarz nie wiedział, jak mi pomóc – obstawiano, że cierpię na coś w rodzaju atopowego zapalenia skóry. Pytano mnie, czy nie jestem zestresowana i czy nie mam zaburzeń psychicznych. Przepisany kortyzon trochę mi pomógł, ale gdy tylko go odstawiłam, wszystko zaczęło się od nowa. Przez cały rok latem i zimą nosiłam rajstopy, żeby rany nie sączyły się przez spodnie. W końcu wzięłam się w garść i postanowiłam sama poszukać informacji. Przypadkiem natknęłam się na opis choroby skóry mającej bardzo podobny przebieg do tego, czego ja doświadczałam. Pewien mężczyzna zaczął na nią cierpieć wkrótce po zakończeniu kuracji antybiotykowej. A przecież i ja brałam antybiotyki niedługo przedtem, zanim pojawiła się pierwsza rana.

Od tego momentu przestałam postrzegać swoje dolegliwości jako chorobę skórną. Zrozumiałam, że problem tkwi w jelitach. Zrezygnowałam z nabiału, mocno ograniczyłam spożycie glutenu, brałam rozmaite preparaty zawierające dobre bakterie i ogólnie zaczęłam zdrowiej się odżywiać. To prawda, w tamtym czasie przeprowadzałam na sobie rozmaite dziwaczne eksperymenty… Gdybym już wówczas studiowała medycynę, nie zdecydowałabym się na połowę z nich. Kiedyś, na przykład, przez wiele tygodni przedawkowywałam cynk, wskutek czego jeszcze kilka miesięcy później miałam wyjątkowo wyostrzony węch.

Ostatecznie za pomocą kilku sprytnych sztuczek udało mi się uporać z problemami, co napawało mnie wielką dumą. Wtedy też na własnej skórze doświadczyłam, że wiedza to potęga. W rezultacie podjęłam studia medyczne.

Tuż po ich rozpoczęciu na jakiejś imprezie usiadłam obok chłopaka o najbardziej nieprzyjemnym zapachu z ust, z jakim kiedykolwiek się spotkałam. Do tego był to zapach całkiem nietypowy – nie taki drapiący smrodek jak u zestresowanych starszych panów ani słodkawo-zgniły jak u rozmaitych cioć przesadzających ze słodyczami. Po chwili przesiadłam się w inne miejsce. Następnego dnia chłopak już nie żył. Popełnił samobójstwo. Myśl o tym nie dawała mi spokoju. Czy to możliwe, że brzydki zapach był wynikiem ciężkiej choroby jelit i czy takie schorzenie mogło też wpływać na nastrój?

Minął tydzień, a ja zdecydowałam się porozmawiać o swoich przypuszczeniach z przyjaciółką. Kilka miesięcy później koleżanka zachorowała na bardzo ciężką „grypę jelitową”. Gdy zobaczyłyśmy się znowu, stwierdziła, że w tym, co mówiłam, jest być może głęboki sens, bo sama dawno już nie czuła się tak źle, również pod względem psychicznym. Postanowiłam więc wnikliwiej zająć się tym tematem. Odkryłam, że istnieje oddzielna gałąź medycyny poświęcona związkom pomiędzy jelitami a mózgiem, która rozwija się w błyskawicznym tempie. Jeszcze dziesięć lat temu było bardzo niewiele publikacji na ten temat, obecnie są to już setki artykułów naukowych. Kwestia wpływu pracy jelit na nasze zdrowie i dobre samopoczucie to jeden z najważniejszych przedmiotów badań naszych czasów. Znany amerykański biochemik Rob Knight powiedział w wywiadzie dla „Nature”, że ten nurt badań jest co najmniej równie obiecujący, jak badania komórek macierzystych. I tak trafiłam na temat, który z dnia na dzień wydaje mi się coraz bardziej fascynujący.

Podczas studiów spostrzegłam, że w medycynie wciąż traktuje się to zagadnienie po macoszemu. A przecież jelita to narząd naprawdę wyjątkowy. To on odpowiada za dwie trzecie naszej odporności. On właśnie, pobrawszy energię z bułeczki albo z kotleta sojowego, wytwarza ponad 20 własnych hormonów. Tymczasem studenci medycyny nie dowiadują się zbyt wiele na ten temat. Na odbywającym się w Lizbonie kongresie pod tytułem Microbiome and Health (Bakterie jelitowe a zdrowie), w którym brałam udział w maju 2013 roku, pojawili się pojedynczy zainteresowani. Mniej więcej połowę uczestników stanowili przedstawiciele instytucji, które mogły sobie pozwolić, by być na „pierwszej linii frontu”, takich jak Harvard, Yale, Oksford czy EMBL Heidelberg.

Czasem przerażeniem napawa mnie myśl, że naukowcy za zamkniętymi drzwiami dyskutują o ważnych odkryciach, a zwykli zjadacze chleba tkwią w całkowitej niewiedzy. Na pewno w wielu wypadkach typowa dla nauki ostrożność jest lepsza niż pochopne wygłaszanie autorytatywnych sądów, ale stały lęk przed dzieleniem się informacjami może też pogrzebać szanse na zdrowe życie wielu ludzi. W świecie nauki uznaje się już obecnie za pewnik, że w jelitach osób z określonymi kłopotami trawiennymi występują zaburzenia neurologiczne. Jelita tych chorych za pomocą wysyłanych przez siebie sygnałów pobudzają rejony mózgu odpowiedzialne za powstawanie poczucia winy. W efekcie chorzy mają wyrzuty sumienia, choć przecież nie zrobili zupełnie nic złego. Pacjenci czują się fatalnie i nie wiedzą, czemu tak się dzieje. Jeśli za radą lekarza trafią na leczenie psychiatryczne, przyniesie to więcej szkody niż pożytku! To tylko jeden z dowodów na to, że informacje o niektórych ustaleniach naukowych powinny szybciej znajdować się w powszechnym obiegu!

I taki właśnie cel przyświecał mi podczas pisania niniejszej książki: chciałam przystępnie przedstawić wiedzę na konkretny temat i upowszechnić to, o czym naukowcy piszą w specjalistycznych artykułach i o czym rozprawiają na kongresach, podczas gdy całe rzesze ludzi bezskutecznie poszukują odpowiedzi na swe pytania. Rozumiem rozczarowanie medycyną i lekarzami, jakie odczuwa wielu pacjentów cierpiących na przykre choroby. Nie proponuję tu żadnego panaceum. Nie twierdzę, że zdrowe jelita uchronią nas przed każdą chorobą świata. Mogę jednak wyjaśnić, co się dzieje w naszych jelitach, co nowego ma na ten temat do powiedzenia nauka i jak możemy wykorzystać tę wiedzę, by na co dzień żyło nam się lepiej.

Studia medyczne i moje powinności doktorantki pracującej w zakładzie mikrobiologii lekarskiej pomogły mi ocenić i uporządkować wiedzę na ten temat. Osobiste doświadczenia ułatwiają mi przybliżanie jej innym. I wreszcie dzięki pomocy mojej siostry nie gubię się w dygresjach: jeśli podczas odczytywania na głos gotowego fragmentu zbaczam z tematu, Jill patrzy na mnie wymownie i mówi: „Wiesz co, może spróbuj jeszcze raz”.

1 Jelito w roli głównej

1

Jelito w roli głównej

Świat przedstawia się o wiele zabawniej, gdy zauważamy nie tylko to, co widać na pierwszy rzut oka – ale i całą resztę. Dopiero wtedy drzewo nie wydaje nam się łyżką. W zasadzie właśnie taki kształt postrzegamy, patrząc na prosty pień i owalną koronę drzewa. Oko, widząc taki kontur, podpowiada nam: „łyżka”. Pod ziemią znajduje się jednak co najmniej tyle samo korzeni, co gałęzi w górze. Bardziej zasadne byłoby w tej sytuacji porównanie do hantli, ale ono prawie nigdy się nie pojawia. Większość danych mózg otrzymuje od oczu. Nawet w książkach wyjątkowo rzadko można zobaczyć ilustracje przedstawiające drzewo w całości. Nic więc dziwnego, że podczas przejażdżki przez las mózg postrzega kolejno „łyżkę, łyżkę, łyżkę i łyżkę”.

Jeśli idziemy przez życie, kierując się zasadą „łyżkowatości”, nie zauważamy mnóstwa fantastycznych rzeczy. Pod naszą skórą nieustannie coś się dzieje: coś płynie, tłoczy, zasysa, miażdży, pęka, naprawia się i tworzy na nowo. Cały zespół wysoko wyspecjalizowanych narządów pracuje tak wydajnie, że przeciętny dorosły człowiek zużywa przez godzinę tyle energii, co stuwatowa żarówka. W każdej sekundzie nasze nerki z niezwykłą precyzją filtrują krew – znacznie dokładniej, niż dzieje się to na przykład w filtrze do kawy. Co ważne, w większości przypadków robią to sprawnie przez całe życie. Nasze płuca są skonstruowane tak sprytnie, że energię zużywamy właściwie tylko podczas wdechu – wydychanie powietrza następuje samoistnie. Gdybyśmy byli przezroczyści, zobaczylibyśmy, jakie są piękne: jak duży nakręcany samochodzik, tyle że miękki i gąbczasty. Kiedy pogrążamy się w smętnych rozmyślaniach pod hasłem „Nikt mnie nie lubi”, nasze serce, które po raz siedemnastotysięczny podejmuje swą dwudziestoczterogodzinną zmianę, ma pełne prawo czuć się takim podejściem dotknięte.

Gdybyśmy mieli wgląd w coś więcej niż tylko w to, co widoczne gołym okiem, zobaczylibyśmy, jak zlepki komórek w brzuchu przekształcają się w człowieka. Od razu zrozumielibyśmy, że – mówiąc w uproszczeniu – rozwijamy się z trzech „rurek”.

Pierwsza rurka przebiega przez całe ciało, tworząc w środku węzełek. To nasz układ naczyń krwionośnych, z którego wykształca się serce jako węzeł centralny. Druga rurka rozwija się niemal równolegle na naszych plecach i wytwarza pęcherzyk, który wędruje na samą górę ciała i tam już zostaje. To układ nerwowy w rdzeniu kręgowym, z którego rozwija się mózg i wyrastają nerwy sięgające do wszystkich zakątków ciała. Trzecia rurka biegnie sobie z góry na dół. To przyszły układ pokarmowy.

Ta trzecia rurka zajmuje się „meblowaniem” naszego wnętrza. Pączkuje, coraz bardziej rozpychając się w lewo i w prawo. Pączki z czasem rozwiną się w płuca. Trochę niżej rurka wysklepia się ku górze, tworząc wątrobę. To z niej powstanie też pęcherzyk żółciowy i trzustka. Stopniowo rurka staje się coraz bardziej skomplikowaną konstrukcją. Uczestniczy w złożonych „pracach budowlanych” jamy ustnej, tworzy przełyk, zdolny do prawdziwie akrobatycznych ewolucji, i wykształca niewielki woreczek żołądkowy, służący do magazynowania przez kilka godzin pożywienia. I wreszcie, na zakończenie, z rurki powstaje prawdziwy majstersztyk, a mianowicie jelita.

Oba „majstersztyki” wieńczące pracę pozostałych rurek – serce i mózg – cieszą się wielkim szacunkiem. Serce jest oczywiście niezbędne do życia, bo pompuje krew, mózg podziwia się za to, że w każdej sekundzie wytwarza zdumiewające myśli i obrazy. Tymczasem jelito, zdaniem większości z nas, przydaje się najwyżej podczas posiadówek na sedesie. Przez resztę czasu zapewne po prostu wisi sobie swobodnie w brzuchu, z rzadka wydając jeszcze jakieś odgłosy. Poza tym nie wyróżnia się niczym szczególnym. Powiedzieć, że nie doceniamy naszych jelit, to za mało – prawdę mówiąc, często się ich wręcz wstydzimy. Wszystko, co się z nimi wiąże, jest dla nas krępujące, bo przecież członek elit nie ma jelit!

I właśnie takie podejście ma zmienić niniejsza książka. Spróbujemy wraz z Jill dokonać tego, co dzięki książkom jest możliwe, i zrobić poważną konkurencję dla tego, co widać gołym okiem. Bo drzewa to wcale nie łyżki! A jelita to elita!

Jak się robi kupę – …i czemu warto o to pytać?

Pewnego dnia mój współlokator, wszedłszy do kuchni, powiedział: „Giulia, ty przecież studiujesz medycynę – jak to właściwie jest z tym robieniem kupy?”. Zapewne nie byłoby to najlepsze zdanie rozpoczynające moją ewentualną autobiografię, ale to pytanie naprawdę sporo zmieniło w moim życiu. Poszłam do swojego pokoju, zasiadłam na podłodze i przekopałam się przez trzy różne książki. Gdy wreszcie znalazłam odpowiedź, czułam się zszokowana. Nigdy bym nie pomyślała, że ta zwyczajna czynność jest tak inteligentnie pomyślana.

W ludzkim organizmie wydalanie jest prawdziwie mistrzowskim osiągnięciem: dwa układy nerwowe współpracują sumiennie ze sobą, byśmy mogli dyskretnie i higienicznie pozbywać się naszych śmieci. Chyba żadne inne zwierzę nie załatwia się tak czysto i porządnie jak my. Nasz organizm wykształcił w tym celu mnóstwo pomysłowych urządzeń i opracował sporo sztuczek. Zacznijmy może od tego, jak przemyślnymi mechanizmami zamykania dysponujemy. Zdecydowana większość z nas wie wyłącznie o istnieniu zewnętrznego zwieracza, dającego się świadomie zaciskać i rozluźniać. Jest też jednak i drugi, bardzo podobny mięsień, zlokalizowany kilka centymetrów głębiej, którym nie jesteśmy w stanie nijak sterować.

Każdy z tych mięśni reprezentuje interesy innego układu nerwowego. Zwieracz zewnętrzny to lojalny współpracownik naszej świadomości. Gdy mózg dochodzi do wniosku, że nie pora na korzystanie z toalety, zwieracz zewnętrzny dostosowuje się posłusznie i zaciska tak mocno, jak tylko może. Zwieracz wewnętrzny zaś uczestniczy w procesach zachodzących w organizmie bez udziału świadomości. Nie bierze pod uwagę tego, że ciocia Bożenka uznaje puszczanie bąków za niestosowne. Interesuje go wyłącznie to, by w naszych wnętrznościach wszystko przebiegało jak należy. Mamy ochotę puścić bąka? Zwieracz wewnętrzny pragnie, by żyło nam się jak najlżej. Gdyby to od niego zależało, również ciocia Bożenka częściej mogłaby sobie pofolgować. Najważniejsze, żeby w środku działo się dobrze i by nic nam nie dokuczało.

Obydwa zwieracze odbytu muszą ze sobą ściśle współpracować. Gdy niestrawione resztki jedzenia docierają do poziomu zwieracza wewnętrznego, ten automatycznie się otwiera. Nie przepuszcza jednak po prostu wszystkiego od razu do swojego zewnętrznego kolegi, tylko na początek wypuszcza swoisty „balon próbny”. W przestrzeni pomiędzy zwieraczami znajduje się mnóstwo komórek receptorowych. Badają one dostarczony produkt, określając, czy ma postać stałą czy gazową, a rezultat swojej analizy wysyłają do centrali, czyli mózgu. W tym momencie mózg podejmuje decyzję, na przykład: „Trzeba zaraz iść do łazienki!”… A może wystarczy tylko puścić bąka? Robi wówczas to, co w swojej „świadomej świadomości” tak dobrze potrafi – dostosowuje nasze działanie do wymogów świata zewnętrznego. W tym celu zbiera informacje od oczu i uszu i włącza funkcję „Porównaj z dotychczasowymi doświadczeniami”. W ten sposób mózg błyskawicznie formułuje pierwszą ocenę, którą odsyła z powrotem do zwieracza zewnętrznego: „Hej, rozejrzałem się, siedzimy właśnie u cioci Bożenki w salonie – bąk od biedy ujdzie, jeśli dasz radę puścić go cicho i dyskretnie. Dalsze kroki raczej niewskazane”.

Zewnętrzny zwieracz wykazuje zrozumienie dla trudnej sytuacji i w swojej lojalności zaciska się jeszcze mocniej niż wcześniej. Wówczas sygnał odbiera także zwieracz wewnętrzny, który do decyzji podjętej przez kolegę podchodzi z respektem. Oba mięśnie sprzymierzają się i niestrawione resztki pokarmu ustawiają w kolejce. Wiadomo, resztki kiedyś będą musiały się wydostać na zewnątrz, ale niekoniecznie tu i teraz. Za jakiś czas zwieracz wewnętrzny pośle po prostu kolejny „balon próbny”. Jeśli zdążyliśmy już wrócić do domu – hulaj dusza!

Nasz wewnętrzny zwieracz to solidny gość i poważnie traktuje swoją pracę. Hołduje zasadzie: niech wychodzi, co ma wyjść. I tyle, nie należy się nad tym dłużej zastanawiać. Zwieracz zewnętrzny zaś wciąż musi mierzyć się ze skomplikowanym światem: teoretycznie można by przecież skorzystać z cudzej ubikacji, ale może lepiej nie? Przecież chyba znamy się już na tyle dobrze, że bąk nie będzie jakąś straszną gafą – ale czy koniecznie właśnie ja muszę przełamywać takie tabu? Jeśli teraz nie pójdę do toalety, kolejna okazja nadarzy się dopiero wieczorem, a to może oznaczać nieprzyjemności w ciągu dnia!

Powyższe „dywagacje zwieraczy” na pierwszy rzut oka nie zasługują na Nobla, ale w gruncie rzeczy to podstawowe kwestie, które definiują nasze człowieczeństwo: na ile ważny jest dla nas nasz wewnętrzny świat fizjologiczny, a z drugiej strony – na jakie kompromisy jesteśmy gotowi pójść, by dobrze wypaść w oczach innych. Jeden będzie dokładał wszelkich starań, by powstrzymać paskudnie dręczące wiatry, a potem w domowym zaciszu męczył się z bólem brzucha. Drugi przy rodzinnym obiedzie poprosi babcię, by lekko pociągnęła go za paluszek, i na ten „sygnał” rozpocznie donośną kanonadę gwoli rozbawienia krewnych. Wydaje się, że na dłuższą metę najlepiej byłoby zająć kompromisowe stanowisko.

Jeśli przez dłuższy czas wielokrotnie odmawiamy sobie prawa do skorzystania z toalety, choć bardzo tego potrzebujemy, nasz zwieracz wewnętrzny zostaje sterroryzowany, poddany reżimowi surowej „reedukacji”. Otaczająca go muskulatura i on sam są tak często upominane i karcone przez zwieracz zewnętrzny, że całkiem tracą ducha. A gdy komunikacja pomiędzy obydwoma zwieraczami zamiera, nierzadko pojawiają się zaparcia.

Podobna sytuacja może wystąpić u kobiet po urodzeniu dziecka, nawet jeśli świadomie nie powstrzymywały się od korzystania z toalety. A wszystko dlatego, że podczas porodu zniszczone zostają niekiedy delikatne włókna nerwowe odpowiedzialne za komunikację pomiędzy obydwoma zwieraczami. Dobra wiadomość jest taka, że również nerwy mogą się z czasem zrosnąć.

Bez względu na to, czy uszkodzenia powstały w wyniku porodu czy w inny sposób, pomocna może okazać się terapia typu biologicznego sprzężenia zwrotnego (biofeedback). Pozwala ona pozostającym w separacji zwieraczom ponownie nawiązać przyjazne stosunki. Terapię taką prowadzi się w wybranych klinikach gastroenterologicznych. Przy użyciu specjalistycznego sprzętu dokonuje się pomiarów efektywności współpracy jednego zwieracza z drugim. Kiedy komunikacja przebiega bez zakłóceń, pacjent otrzymuje nagrodę w postaci sygnału dźwiękowego lub włączenia się zielonej lampki. Całość przypomina trochę telewizyjny quiz: kiedy udzielasz dobrej odpowiedzi, zapalają się światełka i rozlega miły dla ucha dźwięk. Tyle że zabawa odbywa się w gabinecie lekarskim, z elektrodą w pupie. Gra jest warta świeczki, bo gdy pomiędzy zwieraczami znów zapanuje zgoda, od razu znacznie zmniejszy się stres związany z wizytami w ubikacji.

Dwa zwieracze odbytu, komórki receptorowe, ingerencja mózgu i quiz z wykorzystaniem elektrod – mój współlokator z całą pewnością nie oczekiwał takich rewelacji w odpowiedzi na swoje pytanie. Grupka dobrze wychowanych studentek zarządzania, która w tym czasie zjawiła się w naszej kuchni, także nie. Mimo to wieczór był bardzo wesoły, a ja zrozumiałam, że sprawy „jelit” i układu pokarmowego w gruncie rzeczy interesują mnóstwo ludzi. Przy okazji padło kilka nowych, ciekawych pytań. Czy to prawda, że wszyscy nieprawidłowo siedzimy na sedesie? Jak sprawić, by łatwiej nam się odbijało? Jakim cudem jesteśmy w stanie wytwarzać energię zarówno z befsztyków, jak i ze smażonych ziemniaków czy z jabłek, skoro samochód może jeździć tylko na jednym rodzaju paliwa? Po co nam ślepa kiszka i dlaczego kał ma zawsze taki sam kolor?

Od tego dnia współlokatorzy umieli już rozpoznawać po mojej minie, że wbiegłam do kuchni właśnie po to, żeby opowiedzieć im najświeższą jelitową anegdotkę – jak choćby o maleńkich toaletach kucanych albo o świecących odchodach.

Czy dobrze siedzę na sedesie?

Od czasu do czasu warto zastanowić się nad własnymi przyzwyczajeniami. Czy rzeczywiście chodzę na przystanek najkrótszą i najładniejszą drogą? Czy pracowite zaczesywanie „pożyczki” na łysinkę pośrodku jest na pewno modne i potrzebne? Albo właśnie: czy prawidłowo siedzę na sedesie?

Na takie pytania nie ma jednej dobrej odpowiedzi – ale już samo ich zadawanie może przynieść ciekawe rezultaty. Do takiego samego wniosku musiał też dojść Dov Sikirov. Ten izraelski lekarz poprosił swego czasu 28 ochotników, by spróbowali oddawać stolec w trzech różnych pozycjach: siedząc na zwykłym sedesie jak na tronie, mozolnie zawisając nad wyjątkowo małą muszlą klozetową albo po prostu kucając, tak jak robimy to w plenerze. Mierzył przy tym czas, a na koniec rozdał uczestnikom kwestionariusze do wypełnienia. Rezultat był absolutnie jednoznaczny: wypróżnianie w pozycji kucznej trwało przeciętnie zaledwie około 50 sekund i było odczuwane przez badanych jako całkowite. Ta sama akcja przeprowadzana w pozycji siedzącej zajmowała średnio 130 sekund i nie dawała poczucia pełnego sukcesu. (Na marginesie: maleńkie toalety są po prostu przeurocze – nieważne, co się tam robi).

Czemu tak się dzieje? Ponieważ mechanizm odpowiedzialny za zamykanie jelit jest tak zaprojektowany, że nie otwiera się całkowicie w pozycji siedzącej. Wokół jelita, niczym pętla lassa, jest owinięty mięsień, który, gdy siedzimy lub stoimy, podciąga je, tak że powstaje załomek, taki jak tworzy się czasem na ogrodowym wężu do podlewania. Można wtedy zapytać siostrę, czemu wąż nie działa, a gdy ta zagląda do wylotu rury, szybko puścić wąż, by po kilkunastu minutach dostać od mamy szlaban…

Ale wracajmy do jelit: oto kupa trafia najpierw na zakręt. I tak jak podczas jazdy na autostradzie – musi zwolnić. Dzięki temu, gdy siedzimy lub stoimy, zwieracze nie muszą się tak natężać, by utrzymać wszystko w środku. Kiedy mięsień się rozluźni, zakrzywienie znika. Trasa znów jest prosta jak strzelił i można spokojnie dodać gazu.

Wypróżnianie się w kucki jest dla nas naturalne od czasów prehistorycznych – nowoczesne sedesy pojawiły się dopiero pod koniec osiemnastego wieku wraz z wprowadzeniem ubikacji w budynkach. Argumenty w rodzaju: „Już człowiek jaskiniowy robił to w ten sposób”, nie cieszą się zwykle wśród lekarzy najlepszą opinią. No bo kto powiedział, że w pozycji kucznej mięsień rozluźnia się znacznie lepiej, a droga, którą podążają odchody, rzeczywiście się prostuje? Aby to sprawdzić, japońscy naukowcy prześwietlali ochotników promieniami rentgenowskimi podczas załatwiania grubszej potrzeby, podawszy im wcześniej doustnie świecący środek cieniujący (kontrast). W rezultacie dowiedzieliśmy się dwóch rzeczy: po pierwsze, rzeczywiście, gdy kucamy, przewód pokarmowy pięknie się prostuje i wszystko idzie jak po sznurku. Po drugie: są na świecie ludzie, którzy dla dobra nauki dadzą się nafaszerować świecącymi substancjami i prześwietlać rentgenem, gdy robią kupę. Muszę przyznać, że jedno i drugie daje do myślenia.

Hemoroidy, choroby takie jak uchyłkowate zapalenie jelita grubego lub nawet zwykłe zaparcia występują niemal wyłącznie w krajach, w których podczas wypróżnienia zasiada się na – nomen omen – stolcu. Powodem tych dolegliwości, zwłaszcza gdy pojawiają się u młodych osób, nie jest bynajmniej zwiotczenie tkanek czy coś w tym rodzaju, tylko zbyt duży ucisk na jelita. Niektórzy ludzie całymi dniami napinają też mięśnie brzucha ze zdenerwowania, często w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy. To ścisk panujący w naszych wnętrznościach sprawia, że hemoroidy wypadają i luźno zwisają na zewnątrz. On też jest powodem tworzenia się uchyłków – występujących w obrębie jamy brzusznej wypukłości tkanki tworzącej ściany jelita. Te maleńkie wybrzuszenia kształtem przypominają żarówki.

Oczywiście, nasz sposób korzystania z toalety nie jest jedyną przyczyną powstawania hemoroidów i uchyłków. Trzeba też jednak zaznaczyć, że wśród olbrzymiej rzeszy ludzi, którzy wypróżniają się w kucki (a jest ich na całym świecie ponad 1,2 miliarda), uchyłkowatość jelit nie występuje prawie wcale, a i hemoroidy są znacznie rzadsze. My zaś mozolnie wyciskamy tkankę przez pośladki i w rezultacie lądujemy u lekarza – a wszystko dlatego, że dumne zasiadanie na sedesie jest bardziej eleganckie niż jakieś przedpotopowe kucanie… Lekarze podejrzewają też, że częste napinanie się na sedesie wydatnie zwiększa ryzyko żylaków, wylewów, a także omdleń podczas defekacji.

Pewien znajomy przysłał mi z wakacji we Francji takiego oto esemesa: „Francuzi to dranie – ktoś ukradł muszle klozetowe z trzech kolejnych stacji benzynowych!”. Wybuchnęłam śmiechem: po pierwsze dlatego, że jak podejrzewałam, napisał to całkiem serio, a po drugie, przypomniałam sobie, jak sama pierwszy raz stanęłam w progu francuskiej ubikacji. Jak to, mam się męczyć w kucki, bo wy nie możecie postawić zwyczajnej muszli? – pomyślałam rozżalona i w osłupieniu wpatrywałam się w ziejącą przede mną wielką dziurę. W wielu krajach Azji, Afryki i na południu Europy ludzie błyskawicznie załatwiają grubszą potrzebę w pozycji „zapaśnika” lub „narciarza”. My tymczasem spędzamy mnóstwo czasu na porcelanowym tronie, czytając gazetę, mnąc w dłoniach papier toaletowy, wypatrując niedoczyszczonych kafelków albo po prostu cierpliwie gapiąc się na ścianę przed sobą.

Gdy odczytywałam powyższy tekst mojej rodzinie zebranej w salonie, zauważyłam na wielu twarzach grymas irytacji. Czyż mamy teraz wszyscy wdrapywać się na nasz porcelanowy tron i nieprzyzwyczajeni do kucania kiwać się nad dziurą, gdy chcemy po prostu zrobić kupę? Odpowiedź brzmi: nie i pal sześć hemoroidy! Chociaż na pewno byłoby zabawnie tak ustawić się w kucki na sedesie… Ale nie jest to bynajmniej konieczne: można bowiem również kucać, siedząc. Warto tego spróbować zwłaszcza wtedy, gdy nie udaje nam się załatwić wszystkiego za jednym posiedzeniem: tułów pochylamy lekko do przodu, a stopy opieramy na niskim stołeczku – i już! Wszystko jest pod właściwym kątem, można spokojnie czytać, miąć papier albo gapić się przed siebie, i to bez żadnych wyrzutów sumienia.

W przedsionku układu trawiennego

Można by sądzić, że zakończenie przewodu pokarmowego jest tak intrygujące z tego względu, że rzadko mamy okazję stanąć dokładnie naprzeciw niego. Ale moim zdaniem nie tylko o to chodzi. Swoje tajemnice mają dla nas również pewne miejsca na samym początku tej drogi – choć przecież codziennie lustrujemy ten obszar przy okazji mycia zębów.

Sekretne miejsce numer jeden mieści się w okolicy języka. Są to cztery małe punkciki. Pierwsze dwa znajdziemy na wewnętrznej stronie policzków, mniej więcej pośrodku, naprzeciwko górnego rzędu zębów. Po lewej i prawej stronie można tam wyczuć niewielkie wzniesienia. Wiele osób myśli, że powstały one w wyniku przypadkowego przygryzienia policzka, ale to nieprawda – u każdego człowieka wzgórki te znajdują się w tym samym miejscu. Pozostałe dwa znajdują się pod językiem, po prawej i lewej stronie wędzidełka. Z tych czterech miejsc wydobywa się ślina.

Z gruczołów na policzkach ślina wypływa, gdy jest po temu odpowiedni powód – na przykład podczas jedzenia – a z otworków pod językiem wydostaje się przez cały czas. Gdybyśmy mogli zanurkować w głąb tych otworów i popłynąć pod prąd, dotarlibyśmy do dużych gruczołów ślinowych. To tam wytwarzana jest większość śliny – od 0,7 do 1 litra dziennie. Przesuwając palcem od gardła w kierunku szczęki, można wyczuć dwa miękkie okrągłe wzniesienia. Pozwolą Państwo, że dokonam prezentacji – to właśnie główne ślinianki (tzw. ślinianki podżuchwowe).

Ponieważ odpowiedzialne za „ciągłe nawilżanie” punkty na języku znajdują się dokładnie na tyłach naszych dolnych siekaczy, nic dziwnego, że właśnie tam szczególnie szybko osadza się kamień nazębny. Ślina zawiera bowiem związki wapnia, których właściwym przeznaczeniem jest utwardzanie szkliwa. Jeśli jednak zęby poddawane są ich działaniu przez cały czas, zaczyna się dla nich „klęska urodzaju”. Pojedyncze cząsteczki, które niewinnie przepływają w pobliżu, zostają schwytane i zamienione w kamień. Problemem zresztą nie jest kamień sam w sobie, tylko jego szorstka powierzchnia. Bakterie odpowiedzialne za paradontozę czy próchnicę znacznie łatwiej przylegają do szorstkiego kamienia niż do zupełnie gładkiego szkliwa pokrywającego zęby.

W jaki sposób związki wapnia trafiają do śliny? Otóż ślina to przefiltrowana krew. Proces odsączania odbywa się w śliniankach. Czerwone krwinki są podczas niego zatrzymywane, bo potrzebujemy ich w krwiobiegu, a nie w ustach. Z krwi do śliny przechodzą za to wapń, różne hormony i substancje wytwarzane przez układ odpornościowy. Dlatego też skład śliny odrobinę różni się u poszczególnych osób. Wykorzystując próbkę śliny, można nawet zbadać poziom określonych hormonów lub wykryć choroby układu odpornościowego. Gruczoły ślinowe wydzielają nie tylko wspomniane substancje – takie jak choćby związki wapnia, odpowiedzialne za powstawanie kamienia – ale i na przykład środki przeciwbólowe.

Tak, to nie pomyłka – w naszej ślinie znajduje się środek przeciwbólowy o działaniu wielokrotnie silniejszym niż morfina. Odkryto go dopiero w roku 2006 i nazwano opiorfiną. Oczywiście, wytwarzamy go tylko w niewielkich ilościach, ostatecznie nie chodzi przecież o to, by nasza własna ślina otumaniła nas ze szczętem. Ale nawet w tak maleńkiej dawce środek ten jest bardzo potrzebny, bo nasza buzia to prawdziwy wrażliwiec! W żadnym innym rejonie ciała nie ma chyba tak wielu zakończeń nerwowych, jak tutaj – to dlatego wyczuwamy każde ziarenko piasku w sałacie, a najmniejsza pesteczka truskawki, która utkwi nie tam gdzie trzeba, działa nam na nerwy. Mała ranka, której pewnie w ogóle byśmy nie zauważyli, gdyby zrobiła się na łokciu, w ustach potwornie boli i wydaje się olbrzymia.

A byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie zawarte w ślinie substancje przeciwbólowe! Ponieważ podczas przeżuwania wydzielamy je w zwiększonych ilościach, po jedzeniu zmniejsza się ból gardła, mniej bolą też drobne ranki w jamie ustnej. W tym celu niekoniecznie trzeba zresztą jeść – ten sam proces zachodzi bowiem już podczas żucia gumy. Opublikowane w ostatnim czasie wyniki kilku badań dowodzą, że opiorfina ma też właściwości antydepresyjne. Może więc znana metoda „zajadania frustracji” naprawdę jest w pewnym stopniu skuteczna i to właśnie za sprawą śliny? Miejmy nadzieję, że dalsze badania nad bólem i depresją w najbliższych latach przyniosą na to pytanie odpowiedź.

Ślina chroni wrażliwą jamę ustną nie tylko przed bólem, ale także przed nadmiarem złych bakterii. Do tego służą na przykład mucyny. To substancje śluzowe. Właśnie im zawdzięczamy możliwość puszczania ustami baniek przypominających te z mydła, co dostarczało nam w dzieciństwie fantastycznych wrażeń. Mucyny otaczają zęby i dziąsła ochronną „siatką”. Substancje te wystrzeliwane są z małych gruczołów ślinowych mniej więcej w taki sam sposób, jak pajęcze sieci z nadgarstka Spidermana. Gotowe do ataku bakterie utykają w sieci, a wtedy rozprawiają się z nimi inne znajdujące się w ślinie substancje o działaniu przeciwbakteryjnym.

Podobnie jak w przypadku zawartych w ślinie środków przeciwbólowych, również stężenie substancji antybakteryjnych nie jest przesadnie wysokie. W końcu zadaniem śliny nie jest laboratoryjna dezynfekcja organizmu. Mało tego, zgrana drużyna dobrych bakterii jest nam bardzo potrzebna. Niegroźne bakterie bytujące w jamie ustnej nie są więc całkowicie niszczone przez ślinę. Ich dobroczynna rola polega bowiem na zasiedlaniu obszarów, które w przeciwnym wypadku mogłyby zostać zajęte przez chorobotwórcze zarazki.

Podczas snu wytwarzanie śliny niemal ustaje. To świetna wiadomość dla wszystkich namiętnych obśliniaczy poduszek – gdybyśmy również nocą produkowali tyle śliny, co w dzień, czyli 1–1,5 litra, nie byłoby miło wstawać. Jednak właśnie z powodu ograniczonego wytwarzania śliny nocą rano często odczuwamy ból gardła lub mamy nieświeży oddech. Osiem godzin skąpej produkcji śliny to dla bakterii w jamie ustnej najlepszy czas do ataku. Te bezczelne stworzenia mają wówczas znacznie większą swobodę. Wyłączenie „zraszaczy” utrudnia bowiem naszym błonom śluzowym w jamie ustnej i gardle skuteczną obronę.

Dlatego tak ważne jest mycie zębów przed snem i po wstaniu. Wieczorem zmniejszamy w ten sposób populację bakterii w ustach i dzięki temu zaczynamy noc z mniejszą liczbą niechcianych biesiadników. Rano zaś usuwamy pozostałości po nocnej uczcie. Na szczęście gruczoły ślinowe budzą się razem z nami i natychmiast biorą się do roboty! Najpóźniej przy śniadaniu lub szczotkowaniu zębów wydzielanie śliny rusza już pełną parą, dzięki czemu bakterie są unieszkodliwiane na miejscu lub spływają dalej, do żołądka, gdzie rozprawiają się z nimi kwasy żołądkowe.

Jeśli jednak nieświeży zapach z ust utrzymuje się również w ciągu dnia, może to oznaczać, że nie udało się skutecznie usunąć cuchnących przybyszów. Te cwane bestie chętnie kryją się pod nowo utworzoną mucynową siatką, dokąd znacznie trudniej dotrzeć zawartym w ślinie substancjom przeciwbakteryjnym. W rozwiązaniu takiej sytuacji może pomóc dokładne czyszczenie języka, ale też wytrwałe żucie gumy – w ten sposób pobudzamy wytwarzanie śliny, która przepłukuje nawet niedostępne zakątki mucynowych sieci. Jeśli wszystkie te zabiegi okazują się nieskuteczne, przyczyn brzydkiego zapachu trzeba szukać jeszcze gdzie indziej. Zaraz do tego przejdziemy, najpierw jednak przedstawię sekretne miejsce numer dwa.

Czeka nas tu spore zaskoczenie – jak wtedy, gdy sądząc, że dobrze kogoś znamy, nieoczekiwanie odkrywamy drugą, szaloną stronę jego osobowości. Szykowną urzędniczkę z banku odnajdujemy w internecie jako posiadaczkę wielkiej hodowli fretek. Heavymetalowego gitarzystę spotykamy, gdy kupuje włóczkę: bardzo lubi robić na drutach (dzierganie go odpręża), a jednocześnie uważa, że to świetny trening dla palców. I tak dalej. Największe zaskoczenia to efekt konfrontacji z pierwszym wrażeniem – podobnie jest w przypadku języka. Jeśli staniemy przed lustrem i wyciągniemy go na całą długość, też nie od razu dowiemy się o nim wszystkiego. Można zadać sobie pytanie: no dobrze, ale co właściwie jest dalej? Przecież to wcale nie wygląda na koniec. W ten sposób dochodzimy do drugiej strony języka, czyli do jego nasady.

Krajobraz jest tu zupełnie inny, usiany różowymi pagórkami. O ile nie mamy silnie wykształconego odruchu wymiotnego, możemy spróbować delikatnie obmacać język palcem, powoli przesuwając się ku tyłowi. Gdy tylko dojdziemy do nasady, zauważymy, że od dołu język ni z tego, ni z owego staje się pofałdowany w drugą stronę. Zadaniem znajdujących się tam wzgórków jest dokładne analizowanie wszystkiego, co przełykamy. Wzgórki zajmują się wychwytywaniem cząsteczek z jedzenia, picia i wdychanego powietrza. Wszystkie te cząsteczki zostają wciągnięte do wnętrza wzgórków, gdzie czeka już cała armia komórek odpornościowych, które trzeba wyćwiczyć w kontaktach ze światem zewnętrznym. Kawałki jabłka można zostawić w spokoju, w wypadku zarazków wywołujących zapalenie gardła konieczna jest natychmiastowa interwencja. Podczas macania języka palcem trudno więc właściwie stwierdzić, kto kogo bada, mamy tu bowiem do czynienia z jedną z najbardziej wścibskich części naszego ciała, a mianowicie z tkanką chłonną.

W tkance tej wyróżniamy kilka „punktów obserwacyjnych”. Mówiąc ściślej, całe gardło otoczone jest pierścieniem tkanki chłonnej. Obszar ten nosi także nazwę pierścienia gardłowego Waldeyera: u dołu wzgórki na języku, po lewej i prawej stronie migdałki podniebienne, a na górze jeszcze twory umiejscowione na sklepieniu gardła, w pobliżu nosa i uszu (takie przerośnięte twory, zauważane najczęściej u dzieci, nazywamy polipami). Jeśli ktoś z czytelników myśli teraz, że nie ma już migdałków, bo mu je wycięto, to jest w błędzie. Funkcję obserwacyjną migdałków spełniają bowiem wszystkie partie pierścienia Waldeyera. Wzgórki na języku, na sklepieniu gardła i wreszcie dobrze nam znane migdałki podniebienne – wszystkie robią dokładnie to samo: z wielką ciekawością analizują każdą docierającą do nich substancję i szkolą komórki odpornościowe w zakresie skutecznej samoobrony.

Niestety, migdałki podniebienne (które dawniej usuwano znacznie częściej niż teraz) wykonują swoją pracę nie tak inteligentnie, jak ich „koledzy po fachu”. Nie mają bowiem wzgórków, tylko głębokie bruzdy – wszystko w celu zwiększenia powierzchni. W bruzdach tych osadza się niekiedy zbyt wiele obcych substancji, które wcale niełatwo stamtąd usunąć, dlatego ten fragment tkanki chłonnej jest wyjątkowo narażony na stany zapalne. Można powiedzieć, że to uboczny efekt wścibstwa migdałków. Dlatego przy problemach z nieświeżym oddechem, o ile przyczyną nie są kłopoty z językiem bądź zębami, warto sprawdzić właśnie migdałki – jeśli, rzecz jasna, jeszcze je mamy.

Niekiedy właśnie tu kryją się małe białe kamyczki o okropnym zapachu! Mnóstwo osób nie ma o tym pojęcia i całymi tygodniami prowadzi bezskuteczną walkę z nieświeżym oddechem lub nieprzyjemnym posmakiem w ustach. Ale w takim wypadku ani najdokładniejsze mycie zębów, ani szorowanie języka czy płukanie gardła nie daje właściwie żadnych rezultatów. Pewnego pięknego dnia kamyczki same znikną i wszystko znów będzie w porządku – wcale jednak nie trzeba bezsilnie tego dnia wypatrywać. Wystarczy trochę wprawy i wydłubie się je samodzielnie, a wtedy brzydki zapach z ust natychmiast się ulotni.

Żeby przekonać się, czy to rzeczywiście migdałki są źródłem brzydkiego zapachu, wystarczy przejechać po nich palcem lub patyczkiem higienicznym. Jeśli po takim zabiegu pojawia się nieprzyjemny zapach, można zacząć szukać kamyczków. Najlepiej je usunąć podczas wizyty u laryngologa – tak będzie bezpieczniej i wygodniej. Jeśli nie mamy oporów przed oglądaniem obrzydliwych filmików, zajrzyjmy na YouTube. Znajdziemy tam rozmaite techniki samodzielnego wyciskania takich kamieni, a przy okazji zobaczymy ich rekordowe egzemplarze. Uwaga: nie są to filmy dla ludzi o słabych nerwach!

Istnieją zresztą rozmaite domowe sposoby na kamienie migdałkowe. Niektórzy wielokrotnie w ciągu dnia płuczą usta słoną wodą, inni święcie wierzą w działanie kiszonej kapusty, jeszcze inni utrzymują, że w pozbyciu się kamieni pomaga rezygnacja z nabiału. Naukowcy nie potwierdzili jednak skuteczności żadnej z tych metod. Po gruntownych analizach wydali za to oświadczenie w innej sprawie – od kiedy mianowicie można poddać się operacji usunięcia migdałków. Odpowiedź brzmi: najlepiej przeprowadzać ją dopiero po ukończeniu siódmego roku życia.

Owe siedem lat wystarczają, by zobaczyć niemal wszystko, co istotne. W każdym razie tak uważają nasze komórki odpornościowe: przyszliśmy na całkowicie obcy świat, mama nieraz nas wycałowała, byliśmy w ogrodzie i w lesie, głaskaliśmy zwierzaki, wiele razy bywaliśmy przeziębieni, w szkole poznaliśmy mnóstwo obcych ludzi. To właściwie wystarczy. Można powiedzieć, że w tym momencie nasz układ odpornościowy kończy studia i może iść do normalnej pracy, którą będzie wykonywał do końca naszego życia.

Przed siódmym rokiem życia migdałki odgrywają ważną rolę „placówek edukacyjnych”. Odpowiednio wykształcony układ odpornościowy przydaje się nie tylko do zwalczania przeziębień. Istnieją też ścisłe zależności między stopniem jego rozwoju a chorobami serca albo naszą wagą. Dzieci, którym usunięto migdałki przed ukończeniem siódmego roku życia, są bardziej narażone na otyłość. Na razie lekarze nie wiedzą jeszcze, czemu tak się dzieje, jednak związki pomiędzy wagą a układem odpornościowym stają się coraz częstszym przedmiotem badań. Dla dzieci zbyt szczupłych usunięcie migdałków może okazać się więc bardzo skuteczną terapią, która pozwoli im trochę przytyć. W pozostałych przypadkach rodzicom zaleca się, by po operacji migdałków u dziecka zwracali szczególną uwagę na zrównoważoną dietę.

Jeśli więc decydujemy się na usunięcie migdałków u dzieci przed siódmym rokiem życia, lepiej żebyśmy mieli ważne powody. Oczywiście, jeśli na przykład migdałki są na tyle duże, że utrudniają spanie i oddychanie, nie będziemy się przejmować takimi efektami ubocznymi, jak kilka kilogramów więcej. W sumie to wzruszające, że nasza własna tkanka chłonna z takim poświęceniem pragnie nas chronić. Ale niestety, ta nadgorliwość bardziej nam szkodzi, niż pomaga. W wielu przypadkach lekarze usuwają laserem tylko chory fragment migdałków bez wycinania ich w całości. Inaczej jest, gdy stany zapalne występują chronicznie. W takiej sytuacji nasze komórki odpornościowe nie mają ani chwili spokoju, co na dłuższą metę wcale im nie służy. Dlatego, niezależnie od tego, czy pacjent ma cztery, siedem czy pięćdziesiąt lat, w przypadku nadwrażliwości układu odpornościowego usunięcie migdałków może być bardzo korzystne.

Na taki krok decydują się często ludzie cierpiący na przykład na łuszczycę. Ich nazbyt czuły układ odpornościowy wszczyna alarm przy najdrobniejszej okazji, co skutkuje swędzącymi zapaleniami skóry (często zaczynającymi się od głowy) i bólami stawów. Do tego chorzy na łuszczycę znacznie częściej niż inni mają problemy z gardłem. Możliwą przyczyną choroby są schowane w migdałkach bakterie. Potrafią one długo ukrywać się w migdałkowych bruzdach, nieustannie drażniąc stamtąd układ odpornościowy. Od ponad trzydziestu lat opisywane są przypadki częściowego lub nawet całkowitego ustąpienia łuszczycy po usunięciu migdałków. W roku 2012 badacze z Islandii i Stanów Zjednoczonych postanowili dokładniej przebadać tę zależność. 29 chorych na łuszczycę i cierpiących na częste bóle gardła podzielili na dwie grupy. Połowie pacjentów usunięto migdałki, a pozostałym nie. Stan zdrowia 13 spośród 15 „odmigdałkowanych” osób wyraźnie i trwale się poprawił. U tych, którym migdałki pozostawiono, właściwie nic się nie zmieniło. Obecnie usuwa się też niekiedy migdałki u chorych na reumatyzm ze względu na rosnące przekonanie lekarzy, że to one właśnie odpowiadają za wystąpienie objawów.

Zostawiać migdałki czy wycinać – za każdym z tych rozwiązań przemawiają, jak widać, mocne argumenty. Jeśli jednak ktoś z czytelników został pozbawiony migdałków już we wczesnym dzieciństwie, nie musi się martwić, że jego układ odpornościowy przegapił wszystkie ważne lekcje w jamie ustnej! Na szczęście mamy bowiem jeszcze wzgórki na języku i sklepieniu gardła. Z kolei ci, którzy zachowali migdałki, nie mają powodu wpadać w obsesję na punkcie czających się tam bakterii: u wielu osób krypty migdałków są po prostu dosyć płytkie i dlatego nie sprawiają żadnych problemów. Natomiast wzgórki na języku i spółka właściwie nigdy nie pełnią roli kryjówki dla bakterii. Są inaczej zbudowane, a do tego mają gruczoły, za pomocą których same się regularnie czyszczą.

W naszych ustach cały czas coś się dzieje: małe gruczoły ślinowe strzelają mucynowymi sieciami, dbają o nasze zęby i chronią nas przed zbędnym bólem. Pierścień gardłowy kontroluje trafiające do nas z zewnątrz obce cząsteczki i w ten sposób trenuje odpornościową armię. Nie potrzebowalibyśmy tego wszystkiego, gdyby za jamą ustną nie było czegoś jeszcze. Ale przecież usta to zaledwie brama do świata, w którym to, co obce, zmienia się w to, co nasze.

Budowa przewodu pokarmowego

Niektóre rzeczy tracą przy bliższym poznaniu. Czekoladowe wafelki z reklamy wcale nie są dziełem uśmiechniętych gospodyń w strojach ludowych, tylko pochodzą z ponurej fabryki, gdzie kolejno zjeżdżają z taśmy w upiornym świetle jarzeniówek. Szkoła wcale nie jest taka fajna, jak nam się jeszcze pierwszego dnia wydawało. Za kulisami wszyscy pokazujemy się bez charakteryzacji. Niejedno z daleka prezentuje się znacznie lepiej niż z bliska.

Ale z przewodem pokarmowym sprawy mają się inaczej. Z daleka wygląda dosyć karykaturalnie. Gruba na dwa centymetry rurka przełyku prowadzi z ust w dół szyi, zmierzając w kierunku żołądka. Nie trafia jednak do niego od góry, tylko dziwacznie łączy się z nim gdzieś z boku. Żołądek ma prawą ściankę znacznie krótszą od lewej – dlatego jest przekrzywiony niczym woreczek przypominający kształtem półksiężyc. Jelito cienkie, długie na siedem metrów, wije się w jakichś bezsensownych pętlach to tam, to siam, aż ostatecznie przechodzi w jelito grube. W tym miejscu ich łączenia zwisa zupełnie niepotrzebna, jak się wydaje, ślepa kiszka, która potrafi chyba tylko dostawać zapalenia. A samo jelito grube składa się z szeregu wypukłości – jakby bez większego powodzenia usiłowało upodobnić się do sznura pereł. Krótko mówiąc, z daleka nasz przewód pokarmowy wygląda jak tandetny gumowy wąż – powykrzywiany i niesymetryczny.

Dlatego też w tym wypadku darujemy sobie obserwacje z dystansu. W całym naszym ciele nie ma chyba drugiego układu, który tak bardzo zyskiwałby, oglądany w powiększeniu. Im więcej wiemy o przewodzie pokarmowym, tym piękniejszy nam się wydaje. Na początek przyjrzyjmy się więc dokładniej wszystkim pozornym „niedoróbkom”.

Niewydarzony przełyk

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przełyk nie ma zielonego pojęcia o celowaniu. Zamiast wybrać najkrótszą drogę i skierować się bezpośrednio do żołądka od góry, dociera do niego z prawej strony. Tymczasem jest to posunięcie genialnego szachisty. Chirurdzy nazwaliby to „zespoleniem koniec do boku”. Takie rozwiązanie wymaga wprawdzie niewielkiego nadłożenia drogi, ale jego wybór naprawdę się opłaca. Przy każdym kroku, który stawiamy, ciśnienie w brzuchu zwiększa się dwukrotnie, bo napinamy mięśnie brzucha. Rośnie ono dodatkowo podczas ataków śmiechu i kaszlu. Skoro więc brzuch napiera od dołu na żołądek, byłoby bardzo niewskazane, żeby przełyk wpadał do niego od góry. Zwłaszcza że wystarczy tylko troszkę przesunąć go w prawo, by znacząco zredukować nacisk. Dzięki temu, kiedy wychodzimy na spacer po jedzeniu, nie odbija nam się przy każdym kroku. I nawet gdy zwijamy się ze śmiechu, sprytne wygięcie przełyku i jego mechanizmy zamykające gwarantują, że najgorsze, co nam się przydarzy, to puszczenie bąka z radości. Nikt chyba jednak nie słyszał o tym, żeby „porzygać się ze śmiechu”.

Ubocznym efektem tego rozwiązania jest obecność bańki powietrza w żołądku. Zobaczymy ją na każdym zdjęciu rentgenowskim: mały pęcherzyk powietrza w górnej partii żołądka. Powietrze unosi się i z początku wcale nie szuka ujścia. Dlatego wiele osób, gdy chce beknąć, musi najpierw zaczerpnąć trochę powietrza. W ten sposób ujście przełyku przesuwa się odrobinę w stronę pęcherzyka powietrza – i wtedy nadmiar powietrza może się uwolnić. Jeśli chcemy, by odbiło nam się w pozycji leżącej, powinniśmy po prostu położyć się na lewym boku. Jeśli zatem mamy wzdęty brzuch, a cały czas leżymy na prawym boku, wystarczy się po prostu obrócić.

„Niewydarzony” przełyk również zyskuje przy bliższym poznaniu. Gdy przyjrzymy mu się dokładniej, dostrzeżemy włókienka mięśniowe, które go spiralnie oplatają. To one umożliwiają przełykowi wykonywanie „spazmatycznych” ruchów. Ponieważ są skręcone spiralnie niczym kabel słuchawki telefonicznej, nie rwą się podczas rozciągania. Za ich pośrednictwem przełyk łączy się z kręgosłupem. Gdy siedzimy prościutko jak świeca i zadzieramy głowę, rozciągamy przełyk na długość. W tej pozycji światło przełyku się zwęża, a on sam szczelniej zamyka się od góry i od dołu. Dlatego jeśli chcemy uniknąć zgagi po obfitym posiłku, lepiej się wyprostować, niż zgiąć plecy w kabłąk.

Krzywy żołądek

Żołądek jest umiejscowiony znacznie wyżej, niż sądzi większość z nas. Zaczyna się tuż pod lewym sutkiem, a kończy pod prawym łukiem żebrowym. Wszystko, co boli nas poniżej, to nie żołądek. Ludzie często mówią, że coś im „usiadło na żołądku”, ale tak naprawdę mają na myśli jelita. Bezpośrednio nad żołądkiem, a właściwie na nim, znajdują się serce i płuca. Dlatego gdy solidnie się najemy, znacznie trudniej jest wziąć głęboki wdech.

Zespołem marginalizowanym przez internistów jest tzw. objaw Roemhelda. W żołądku gromadzi się tak dużo powietrza, że uciska ono od dołu serce i nerwy trzewne. Organizm osób dotkniętych tym schorzeniem reaguje na różne sposoby. Niektórym chorym kręci się w głowie lub robi niedobrze. U części ludzi pojawia się lęk przed bezdechem, jeszcze inni odczuwają silne bóle w klatce piersiowej, podobne do tych przy zawale serca. Lekarze często traktują takich pacjentów jak przewrażliwionych hipochondryków, którzy wmawiają sobie te wszystkie objawy. Tymczasem więcej pożytku mogłoby przynieść proste pytanie: „Czy próbował pan beknąć albo puścić bąka?”. Na dłuższą metę zalecana jest rezygnacja z wzdymających potraw i nadmiernych ilości alkoholu, a także uregulowanie flory żołądkowej i jelitowej. Spożywanie alkoholu może nawet tysiąckrotnie zwiększyć populację bakterii wytwarzających gazy; część z nich wykorzystuje go przecież jako pożywienie (co łatwo poczuć, próbując sfermentowanych owoców). Jeśli przewód pokarmowy zapełnimy pracowitymi producentami gazu, nic dziwnego, że nocna dyskoteka w jelitach gładko przejdzie w poranne występy orkiestry dętej. A mówią, że alkohol dezynfekuje!

Wróćmy jeszcze do dziwacznego kształtu żołądka. Jedna jego strona jest znacznie dłuższa od drugiej, co sprawia, że narząd jest wykrzywiony, a w jego wnętrzu tworzą się głębokie fałdy. Można by powiedzieć, że żołądek to prawdziwy Quasimodo wśród naszych narządów. Ale jego nieforemność ma głębszy sens. Gdy wypijamy łyk wody, płyn spływa z przełyku bezpośrednio na prawą, krótszą stronę żołądka, lądując przy wlocie do jelita cienkiego. Pokarm stały natomiast spada na dłuższą stronę. W ten nadzwyczaj przemyślny sposób nasz „trawienny woreczek” oddziela to, co wymaga dalszego rozdrobnienia, od tego, co można od razu puścić dalej. Bo żołądek wcale nie jest „przekrzywiony” bez powodu – jego strony są po prostu wyspecjalizowane do pełnienia odmiennych funkcji. Jedna lepiej radzi sobie z płynami, druga z pokarmami stałymi. Można powiedzieć: dwa w jednym.

Pokręcone jelito cienkie

W naszym brzuchu swobodnie mieści się trzy–sześć metrów jelita cienkiego, zwiniętego w luźne pętle. Gdy wykonujemy skok z trampoliny, podskakuje ono razem z nami. Kiedy siedzimy w startującym samolocie, razem z nami wciska się w oparcie fotela. Gdy tańczymy, również jelito żwawo podryguje, a kiedy z powodu bólu brzucha wykrzywiamy usta w podkówkę, także ono napina mięśnie, wyginając je w podobny kształt.

Tylko nieliczni spośród nas kiedykolwiek widzieli własne jelito cienkie. Nawet lekarz, podczas wziernikowania jelit, zwykle ogląda tylko jelito grube. Jednak niemal każdy, kto za pomocą maleńkiej kamery przeznaczonej do połknięcia miał okazję odbyć podróż przez jelita, przeżył spore zaskoczenie. Nie jest to bowiem, jak można by się spodziewać, mroczna rura, lecz lśniący jak aksamit, wilgotny, różowy i delikatny twór. Mało kto wie, że z odchodami styka się wyłącznie ostatni metr jelita grubego: to, co znajduje się przed nim, jest zdumiewająco czyste (a na dodatek w dużym stopniu bezwonne). Jelito sumiennie wywiązuje się ze swojego zadania – zajmuje się wszystkim, co mu dostarczamy, rygorystycznie przestrzegając przy tym zasad bezpieczeństwa i higieny pracy.

Na pierwszy rzut oka jelito cienkie wydaje się w swojej budowie nieco bardziej chaotyczne niż inne narządy. Serce dzieli się na cztery komory, wątroba ma swoje zraziki, żyły mają zastawki, a mózg ma płaty – tymczasem jelito cienkie wrzucono po prostu do brzucha całe pokręcone. Jego prawdziwy charakter uwidocznia się dopiero pod mikroskopem. Dostrzegamy wówczas twór, o którym z pełnym przekonaniem można powiedzieć, że został skonstruowany z zegarmistrzowskim zamiłowaniem do detali.

Nasze jelito, chcąc nam zaoferować jak największą możliwą powierzchnię, usłużnie tworzy fałdy. Na początek przyjrzyjmy się fałdom widocznym gołym okiem – gdyby nie one, potrzebowalibyśmy jelita cienkiego o długości 18 metrów, by mieć dość miejsca do trawienia. Niech żyją fałdy! Ale perfekcjonista tej klasy co jelito cienkie bynajmniej na tym nie poprzestaje. Na jednym tylko milimetrze kwadratowym nabłonka jelita w masę pokarmową wnika aż trzydzieści sterczących kosmków. Są one tak maleńkie, że prawie nie da się ich dostrzec – ale właśnie tylko prawie. Nasze oczy rejestrują obszar graniczny pomiędzy widzialnym a niewidzialnym z tak wysoką rozdzielczością, że mimo wszystko rozpoznajemy ich przypominającą aksamit strukturę. Pod mikroskopem maleńkie kosmki wyglądają jak wielkie fale zbudowane z pojedynczych komórek (na marginesie: aksamit prezentuje się bardzo podobnie). Za pomocą bardziej precyzyjnego mikroskopu zobaczymy, że każda z tych komórek zaopatrzona jest w kolejne kosmkowate wyrostki. Można powiedzieć, kosmki na kosmkach. Ale to jeszcze nie koniec: owe mikrokosmki posiadają aksamitną „lamówkę”, zbudowaną z niezliczonych struktur cukrowych, przypominających w kształcie poroże jelenia. To tzw. glikokaliks. Gdybyśmy chcieli to wszystko wygładzić – fałdy, kosmki i kosmki na kosmkach – jelito miałoby około siedmiu kilometrów długości.

A czemu w ogóle musi być takie wielkie? Dlaczego właściwie powierzchnia trawienna jest sto razy większa niż powierzchnia skóry? To chyba trochę za dużo jak na porcję frytek czy jedno jabłko… Taka budowa ma jednak głęboki sens: żeby samemu rosnąć, musimy rozdrobnić wszystko, co przyjmujemy z zewnątrz, na tak maleńkie cząstki, byśmy mogli je wchłonąć i uczynić częścią nas samych.

Proces ten zaczyna się już w ustach. Gdy wgryzamy się w soczyste jabłko, słyszymy wyraźne chrupnięcie. Dzieje się tak dlatego, że zębami miażdżymy miliony komórek owocu, które pękają jak baloniki powietrza. Im świeższe jest jabłko, tym więcej komórek pozostaje wciąż nienaruszonych – dlatego dokonując oceny świeżości, instynktownie zdajemy się na świadectwo uszu: im głośniejsze chrupnięcie, tym lepiej.

Ten sam instynkt, który sprawia, że lubimy chrupiącą świeżość, popycha nas do poddawania produktów białkowych obróbce termicznej. Stek, jajecznica czy pieczone tofu smakują nam bardziej niż surowe mięso, jajka czy zimne tofu. To nie może być przypadek. Intuicyjnie rozpoznajemy w tym pewien złożony proces. I rzeczywiście. Otóż z surowym jajkiem dzieje się w żołądku dokładnie to samo co na patelni: białko robi się białe, żółtko kremowe, a przy tym jedno i drugie ścina się do postaci stałej. Gdybyśmy zwymiotowali surowe jajko po odpowiednio długim czasie, wyglądałoby zupełnie jak jajecznica, choć wcale nie poddawaliśmy go działaniu ciepła. Wszystko dlatego, że proteiny reagują na kwasy żołądkowe tak samo jak na obróbkę termiczną – rozkładają się. Nie są już wówczas tak sprytnie ustrukturyzowane jak wcześniej, kiedy przybierały postać przezroczystego, płynnego białka jajka, tylko zamieniają się w białe farfocle. Dzięki temu żołądek i jelito cienkie mogą je znacznie łatwiej rozłożyć. A zatem gotowanie oszczędza nam wydatkowania energii na całą tę wstępną fazę przygotowań, która inaczej musiałaby nastąpić w żołądku. Z punktu widzenia naszych narządów trawiennych jest to więc swoisty outsourcing.

Do ostatecznego rozdrobnienia spożywanych pokarmów dochodzi w jelicie cienkim. W ściance jelita, tuż za wlotem, znajduje się niewielki otwór, tzw. brodawka. Z wyglądu przypomina ona nieco małe gruczoły ślinowe w ustach, ale jest od nich większa. Właśnie przez ten malutki otworek soki trawienne spryskują masę pokarmową. Gdy tylko coś zjadamy, wątroba i trzustka przystępują do wytwarzania owych soków i dostarczają je do brodawki. W sokach zawarte są te same substancje czynne co w proszkach do prania czy płynach do naczyń: enzymy trawienne i związki rozpuszczające tłuszcz. Proszki do prania działają na plamy w ten sposób, że „wytrawiają” z ubrań wszystko, co zawiera tłuszcze, białka czy cukry. Owe oddzielone substancje wraz z brudną wodą spływają następnie do kanalizacji. Mniej więcej to samo dzieje się w jelicie cienkim. Tyle że tu olbrzymie niekiedy „okazy” białek, tłuszczów czy węglowodanów są rozpuszczane, by następnie przez ścianki jelita mogły trafić do krwi. Kęs jabłka przestaje być zwykłym kawałkiem owocu – zmienia się w odżywczy roztwór, zawierający niezliczone miliardy obfitujących w energię cząsteczek. By zająć się każdą z nich z osobna, potrzebna jest naprawdę wielka powierzchnia – dlatego siedem kilometrów długości jelit to wcale nie przesada. Dzięki takim rozmiarom możliwe jest też zachowanie „stref bezpieczeństwa”, które okazują się bardzo przydatne, gdy w jelicie dochodzi do stanów zapalnych lub gdy nabawimy się infekcji wirusowej.

W każdym kosmku jelitowym znajduje się maleńkie naczynko krwionośne, zasilane cząsteczkami pobranymi z pożywienia. Wszystkie naczynia krwionośne jelita cienkiego zbiegają się razem i następnie przechodzą przez wątrobę, która bada to, cośmy zjedli, pod kątem obecności szkodliwych substancji i toksyn. Na tym etapie jeszcze można zniszczyć rozmaite trucizny, zanim trafią do dużego krwiobiegu. Jeśli zjemy za dużo, tutaj tworzą się pierwsze zapasy energii. Z wątroby zasobna w substancje odżywcze krew płynie prosto do serca. Stąd energicznym skurczem pompowana jest do miliardów komórek naszego ciała. W ten sposób na przykład cząsteczka cukru trafia do komórki skóry na prawym sutku. Tu zostaje wchłonięta i spalona z użyciem tlenu. W ten sposób powstaje energia, utrzymująca komórki przy życiu, a jako produkty uboczne wytwarzane są ciepło i pewna minimalna ilość wody. Dzięki temu że proces ten zachodzi jednocześnie w niezliczonej liczbie komórek, możliwe jest utrzymywanie stałej temperatury ciała na poziomie 36–37°C.

U podstaw przemiany materii tkwi prosta zasada. Aby jabłko dojrzało, natura potrzebuje energii. My, ludzie, rozdrabniamy jabłko na cząsteczki i na koniec je spalamy. W ten sposób ponownie uwalniamy energię, służącą nam do życia. Wszystkie narządy, które rozwijają się z „rurki” pokarmowej u płodu, mogą dostarczać paliwa dla naszych komórek. Nic innego nie robią też przecież płuca, które przy każdym wdechu pobierają cząsteczki. Zwrot „zaczerpnąć tchu” można by więc zamienić na: „przyjmować pokarm w postaci gazowej”. Spora część masy naszego ciała pochodzi właśnie z wdychanych atomów, a nie z cheeseburgerów. W przypadku roślin większość masy czerpana jest z powietrza, nie zaś z ziemi. Mam tylko nadzieję, że nie podsunęłam właśnie kolejnego pomysłu na dietę redaktorom kobiecych czasopism…

Zatem energia napędzająca narządy naszego ciała jest pozyskiwana w całości w jelicie cienkim. Właśnie ze względu na zawarty w pożywieniu ładunek energetyczny jedzenie tak się nam podoba. Jednak przypływu energii nie należy oczekiwać bezpośrednio po zakończeniu posiłku. W tym momencie wiele osób odczuwa raczej zmęczenie. Bo przecież pożywienie wcale nie dotarło jeszcze do jelita cienkiego, tylko cały czas jest przygotowywane do dalszej obróbki. Nie czujemy już wprawdzie głodu, ponieważ mamy rozciągnięty pod wpływem pokarmu żołądek, ale jesteśmy tak samo ospali i niemrawi jak przed posiłkiem, a tymczasem musimy jeszcze zebrać siły na żmudne mieszanie i rozdrabnianie. W tym celu większa ilość krwi kierowana jest do narządów trawiennych. Mózg, jak wskazują naukowcy, jest wówczas ukrwiony słabiej i dlatego odczuwamy zmęczenie. Jeden z moich profesorów mawia: „Gdyby cała krew z głowy znalazła się w brzuchu, bylibyśmy martwi albo przynajmniej stracilibyśmy przytomność”.

Ale opadanie z sił po jedzeniu ma również inne przyczyny. Określone substancje przekaźnikowe, które są wydzielane, gdy odczuwamy sytość, mogą stymulować też obszary w mózgu odpowiadające za poczucie zmęczenia. Zmęczenie, przeszkadzające w pracy mózgowi, dla jelita cienkiego jest stanem idealnym. Jemu zdecydowanie najlepiej pracuje się wtedy, gdy jesteśmy rozleniwieni i odprężeni, a w naszej krwi nie buzują hormony stresu. Wówczas bowiem ma do dyspozycji maksimum energii. Dlatego flegmatyczny miłośnik książek będzie trawił obiad znacznie efektywniej niż nieustannie spięty menedżer wysokiego szczebla.

Niepotrzebna ślepa kiszka i pucołowate jelito grube

Leżanka w przychodni, a na niej my, z jednym termometrem w ustach, a drugim w pupie. Cóż, można sobie wyobrazić lepsze sposoby spędzania wolnego czasu. Dawniej tak właśnie wyglądało jedno z badań przeprowadzanych w sytuacji, gdy podejrzewano zapalenie wyrostka robaczkowego w tzw. ślepej kiszce. Znacznie wyższą temperaturę w odbycie niż w jamie ustnej zaliczano do głównych objawów. Dziś na szczęście lekarze, stawiając diagnozę, nie zdają się już na różnicę temperatur. Objawami zapalenia wyrostka są, oprócz gorączki, charakterystyczne bóle po prawej stronie brzucha poniżej pępka (tu właśnie u większości ludzi znajduje się jelito ślepe).

Jeśli uciśniemy brzuch w tym miejscu, poczujemy ból, podczas gdy nacisk na lewo od pępka, co ciekawe, przyniesie ulgę. Gdy tylko zabierzemy palce z lewej strony brzucha – auuuć! Ból powróci. Dlaczego się tak dzieje? Otóż narządy wewnętrzne zanurzone są w ochronnym płynie. Gdy uciskamy brzuch z lewej strony, chore jelito otacza większa ilość płynu, co bardzo mu odpowiada. Inne objawy stanu zapalnego to bóle podczas unoszenia prawej nogi połączonego z pokonywaniem oporu (ktoś musi jednocześnie naciskać nogę w dół), a także utrata apetytu, nudności i wymioty.

Jelito ślepe w powszechnej opinii jest uważane za narząd całkowicie zbędny. A jednak żaden lekarz na świecie nie zdecydowałby się wyciąć go pacjentowi, choćby z najsilniejszymi bólami brzucha. W rzeczywistości bowiem jelito ślepe jest ważnym fragmentem jelita grubego. Podczas operacji usuwa się tylko wyrostek robaczkowy, odchodzący od jelita ślepego. Nie jest on podobny do pozostałej części jelita, przypomina raczej nienadmuchany długi balonik, z którego klauni robią zwierzątka na przyjęciach dla dzieci.

Wyrostek robaczkowy jest nie tylko za mały, by zajmować się obróbką masy pokarmowej, ale też znajduje się w takim miejscu, do którego pokarm właściwie nie trafia. Z boku, nieco nad wyrostkiem, jelito cienkie uchodzi do jelita grubego. Mamy tu więc do czynienia ze „stworzeniem”, które może się tylko przyglądać, jak świat przesuwa się ponad nim. Ci z czytelników, którzy przypominają sobie opowieść o pagórkowatym krajobrazie w jamie ustnej, domyślają się już pewnie, czym naprawdę zajmuje się ten dziwaczny obserwator. Choć tak oddalony od swych kolegów w gardle, wyrostek robaczkowy też należy do tkanki chłonnej, tak jak migdałki.

Jelito grube pracuje na swój sposób nad tym, czego nie zdołało wchłonąć jelito cienkie. Ono już wcale nie przypomina strukturą aksamitu. Szkoda byłoby zachodu, by na kolejnym odcinku umieszczać gotowe do wchłaniania kosmki. Jelito grube jest ojczyzną bakterii jelitowych, które rozkładają dla nas ostatnie resztki pokarmowe. I właśnie tymi bakteriami bardzo interesuje się nasz układ odpornościowy.

Wyrostek robaczkowy znajduje się więc w najlepszym miejscu z możliwych! Dostatecznie daleko, by nie zajmować się składnikami pożywienia, ale jednocześnie na tyle blisko, by dokładnie przyglądać się obcym bakteriom. Na ściankach jelita grubego też występują duże skupiska komórek odpornościowych, ale wyrostek robaczkowy składa się niemal wyłącznie z odpornościowej tkanki chłonnej. Chorobotwórczy zarazek, który trafi tu na swoje nieszczęście, zostanie otoczony ze wszystkich stron. Niestety, oznacza to także, że stan zapalny może objąć wszystko dookoła – pole ostrzału wynosi 360°. A gdy mały wyrostek robaczkowy do tego silnie spuchnie, przepędzenie zarazków stanie się jeszcze trudniejsze. Dlatego właśnie w samych tylko Niemczech przeprowadza się co roku ponad sto tysięcy operacji usunięcia wyrostka.

Jednak ewentualne zapalenie to nie jedyny efekt pracy wyrostka. Skoro przeżywają w nim tylko dobre bakterie, a wszystkie niebezpieczne są bezwzględnie atakowane, to można podejrzewać, że w zdrowym wyrostku znajduje się starannie wyselekcjonowana kolekcja najbardziej dla nas korzystnych bakterii. Taką tezę postawili w roku 2007 amerykańscy naukowcy Randy Bollinger i William Parker, a wyniki ich badań z czasem ją potwierdziły. Rezerwuar korzystnych bakterii przydaje się bardzo na przykład po ostrej biegunce. Wymiata ona bowiem z jelit wiele pożytecznych dla zdrowia mikrobów, otwierając innym bakteriom drogę do zasiedlania „bezludnych” przestrzeni. A w tej kwestii lepiej nie zdawać się na przypadek. Według Bollingera i Parkera na to tylko czeka drużyna z wyrostka robaczkowego, która natychmiast wskakuje na wolne miejsce i rozprzestrzenia się w całym jelicie grubym, żeby nas chronić przed intruzami.

W Europie Środkowej nie ma zbyt wielu zarazków powodujących biegunkę. Choć czasem i nam zdarzy się złapać tzw. grypę jelitową, to jednak w porównaniu z takimi na przykład Indiami czy Hiszpanią nasze otoczenie zasiedlają stosunkowo niegroźne mikroby. Można więc powiedzieć, że potrzebujemy wyrostka robaczkowego w znacznie mniejszym stopniu niż mieszkańcy innych regionów. Dlatego też nie zamartwiajmy się, jeśli usunięto nam wyrostek robaczkowy czy czeka nas taka operacja. W pozostałej części jelita grubego jest dość komórek odpornościowych, by przejąć zadania wyrostka. Jeśli zaś dopadnie nas biegunka, a chcemy mieć pewność, że kiedy dolegliwości miną, wszystko wróci do normy, zawsze możemy zaopatrzyć się w preparat zawierający dobre bakterie, które ponownie zasiedlą nasze jelita.

Nikt już chyba nie ma wątpliwości, do czego służy wyrostek robaczkowy. Dalej nie wiadomo jednak, po co nam jelito grube. Składniki odżywcze z jedzenia zostały już przecież wchłonięte, żadnych kosmków tu nie ma. Co właściwie flora jelitowa ma począć z niestrawnymi resztkami? Na dodatek jelito grube nie jest zwinięte w pętle tak jak jego poprzednik, tylko układa się wokół jelita cienkiego niczym gruba rama obrazu. Nie obraziłoby się zresztą wcale za określenie „grube” – po prostu do wypełniania swoich zadań potrzebuje więcej miejsca.

Rozsądne gospodarowanie zasobami pozwala przetrwać ciężkie czasy. To podstawowa zasada, którą kieruje się jelito grube. Dlatego pieczołowicie zajmuje się wszystkimi „resztkami” i trawi je do końca. W jelicie cienkim wchłaniany jest już może drugi lub nawet trzeci posiłek – ale jelito grube wcale się tym nie przejmuje. Przez jakieś szesnaście godzin sumiennie przetwarza wszystkie pozostałości pierwszego posiłku. Przy tej okazji wchłaniane są substancje, które w innym przypadku moglibyśmy w pośpiechu pominąć. Dopiero na tym etapie są przyswajane przez organizm na przykład ważne minerały, takie jak wapń. Dzięki ścisłej współpracy jelita grubego z florą bakteryjną otrzymujemy ponadto dodatkową dawkę zasobnych w energię kwasów tłuszczowych, witaminę K, witaminę B12, tiaminę (witaminę B1) i ryboflawinę (witaminę B2). Substancje te są niezbędne choćby dla prawidłowego krzepnięcia krwi, mocnych nerwów czy ochrony przed migreną. Na ostatnim metrze przewodu pokarmowego następuje też precyzyjne odmierzanie ilości wody i soli. Nie zachęcamy nikogo do przeprowadzania samodzielnych testów, ale nasze odchody są zawsze w takim samym stopniu słone. Ta aptekarska dokładność pozwala organizmowi zaoszczędzić cały litr płynów. Gdyby nie jelito grube, musielibyśmy każdego dnia pić aż litr napojów więcej.

Wszystkie substancje wchłaniane w jelicie grubym, podobnie jak te z jelita cienkiego, trafiają wraz z krwią do wątroby, tam zaś są starannie badane i przesyłane do dużego krwiobiegu. Tylko krew z naczyń znajdujących się na ostatnich centymetrach przewodu pokarmowego nie przepływa przez „wielką oczyszczalnię” wątroby i jest kierowana bezpośrednio do krwiobiegu. Z reguły na tym etapie nic się już nie wchłania z tej prostej przyczyny, że wszystko zostało pobrane wcześniej. Jest jednak pewien wyjątek: czopki. Leki podawane w tej formie mogą zawierać znacznie mniej substancji czynnej niż tabletki przeznaczone do łykania, a na dodatek działają szybciej. Tabletki lub syropy tylko dlatego zawierają często bardzo wysoką dawkę substancji czynnej, że znaczna jej część i tak zostaje unieszkodliwiona w wątrobie, zanim dotrze do miejsca przeznaczenia. Skoro świadomie przyjmujemy te „trucizny”, licząc, że zadziałają w określony sposób, stosowanie ich doustnie wydaje się pozbawione głębszego sensu. Jeśli nie chcemy obciążać wątroby środkami na zbicie gorączki i innymi lekami, warto wykorzystać „drogę na skróty” przez jelito grube i użyć czopka. To doskonałe rozwiązanie szczególnie u dzieci i osób starszych.

Co tak naprawdę jemy?

Najważniejsza faza trawienia następuje w jelicie cienkim, gdzie na największej możliwej powierzchni dochodzi do maksymalnego rozdrobnienia pokarmów. Dopiero tu okazuje się, czy tolerujemy laktozę i jakie jedzenie nam służy, a jakie wywołuje alergie. Na tym ostatnim etapie nasze enzymy trawienne działają jak maleńkie nożyczki: rozcinają treść pokarmową tak długo, aż potną ją na najmniejsze możliwe cząsteczki identyczne z tymi, z których zbudowane są komórki naszego ciała. Wszystkie żywe istoty składają się z tych samych podstawowych materiałów: cząsteczek cukru, aminokwasów i tłuszczów. A wszystko, co spożywamy, pochodzi od istot żywych (w biologicznym sensie terminem tym określa się zarówno jabłoń, jak i krowę).

Cząsteczki cukrów mogą łączyć się w bardzo skomplikowane łańcuchy. Tworzą wówczas tak zwane węglowodany, zawarte w takich produktach spożywczych, jak chleb, makaron czy ryż, i jako takie nie są już wcale słodkie. Gdy zjadamy i trawimy kromkę pieczywa tostowego, po całej pracy enzymów otrzymujemy tę samą liczbę cząsteczek cukru, co gdybyśmy zjedli kilka łyżeczek zwykłego białego cukru. Jedyna różnica polega na tym, że biały cukier nie wymaga całej tej żmudnej obróbki, tylko trafiwszy do jelita cienkiego, niemal od razu przedostaje się do krwi. W efekcie pojawienia się zbyt dużej porcji czystego cukru następuje zatem „osłodzenie” krwi, utrzymujące się przez krótki czas.

Ale również cukier zawarty w bielutkim pieczywie tostowym podlega stosukowo szybkiemu rozkładowi przez enzymy. Z ciemnym pieczywem pełnoziarnistym enzymom nie idzie tak łatwo! Składa się ono bowiem z wyjątkowo złożonych łańcuchów cukrowych, które trzeba mozolnie rozcinać kawałek po kawałku. Dlatego pełnoziarnisty chleb nie jest bombą węglowodanową, tylko korzystnym dla zdrowia zapasem cukrów. I jeszcze jedno: w sytuacji gwałtownego zasłodzenia organizm musi reagować znacznie energiczniej, by przywrócić stan zdrowej równowagi. Wydziela wówczas duże ilości hormonów, przede wszystkim insuliny, a gdy ten „stan alarmowy” mija, niemal natychmiast pojawia się zmęczenie. Natomiast cukier, który nie jest wchłaniany zbyt szybko, stanowi dla nas bardzo cenny surowiec. Służy jako doskonałe paliwo dla naszych komórek, a także przydaje się do tworzenia własnych struktur węglowodanowych, takich jak wspominany już, podobny do poroża, glikokaliks na komórkach jelitowych.

A jednak nasz organizm lubi cukier i słodycze, bo oszczędzają mu pracy – są po prostu łatwiej przyswajalne, tak samo jak proteiny poddane obróbce termicznej. Poza tym to właśnie cukier można błyskawicznie przekształcić w energię. A takie skuteczne dostarczanie energii do organizmu nasz mózg nagradza poczuciem przyjemności i zadowolenia. Wpadamy tu jednak we własne sidła: jeszcze nigdy w historii ludzkości nie mieliśmy na co dzień do czynienia z tak nieprawdopodobną ilością cukru, co współcześnie. Ponad 80% przetworzonych produktów spożywczych dostępnych w amerykańskich supermarketach zawiera cukier. Dzięki postępowi techniki nasz organizm dorwał się więc wreszcie do kredensu z łakociami i obżera się nimi bez opamiętania, aż z bolącym brzuchem i skokiem insulinowym ląduje na kanapie.

Jednak choć zdajemy sobie sprawę, że nadmiar słodyczy szkodzi zdrowiu, nie możemy mieć sobie za złe, że instynktownie patrzymy na nie przychylnym okiem. Jedząc duże ilości cukru, gromadzimy po prostu zapasy na czarną godzinę. Właściwie to bardzo praktyczne rozwiązanie. Dzieje się to na dwa sposoby. Po pierwsze, z cukrów prostych budowane są ponownie długie łańcuchy w postaci tzw. glikogenu, który magazynujemy w wątrobie. Po drugie, zamieniamy cukier w tłuszcz i przechowujemy go w tkance tłuszczowej. Cukier jest jedyną substancją, którą bez wielkiego wysiłku organizm może wykorzystać do wytwarzania tłuszczu.

Z zapasów glikogenu zaczynamy czerpać już po chwili biegania – dokładnie wtedy, gdy pojawia się myśl, że to chyba jednak dosyć męczące. Jeśli zamierzamy spalać tłuszcz, powinniśmy zapewnić sobie ruch przynajmniej przez godzinę – tak radzą fizjologowie żywienia. Dopiero bowiem po odczuciu pierwszego niewielkiego spadku wydolności organizm zaczyna korzystać z zapasów na ciężkie czasy. Możemy się złościć, że na pierwszy ogień nie idą fałdki tłuszczu na brzuchu, ale nasze ciało patrzy na to zupełnie inaczej. Komórki po prostu uwielbiają tłuszcz.

Ze wszystkich składników pożywienia tłuszcz jest najbardziej wartościową i najwydajniejszą energetycznie substancją. Dzięki sprytnemu ustawieniu atomów w swoich cząsteczkach może on związać dwa razy więcej energii w jednym gramie niż węglowodany czy białka. Ponadto organizm wykorzystuje tłuszcz do „opatulania” nerwów warstwą podobną trochę do plastikowych osłonek w kablach elektrycznych. To właśnie dzięki tłuszczowym osłonkom możemy tak szybko myśleć. Z tłuszczu składa się też część potrzebnych nam hormonów, wreszcie każda komórka ciała otoczona jest tłuszczową błoną. Tak ważną substancję jak tłuszcz trzeba więc chronić, a nie trwonić przy okazji byle przebieżki. Gdy kolejny raz zagrozi nam klęska głodu (a pamiętajmy, że w ciągu milionów lat historii ludzkości takich klęsk było bardzo wiele), każda fałdka na brzuchu będzie naszą polisą na życie.

Również dla jelita cienkiego tłuszcz jest składnikiem wyjątkowym. W odróżnieniu od innych substancji nie trafia on do krwi bezpośrednio z jelita. Tłuszcz nie rozpuszcza się przecież w wodzie, a zatem natychmiast zatkałby maleńkie naczynka krwionośne w kosmkach jelitowych, a w większych żyłach pływałby po powierzchni jak olej po wodzie, w której gotujemy spaghetti. Dlatego też wchłanianie tłuszczu odbywa się w inny sposób, a mianowicie za pośrednictwem układu limfatycznego. Naczynia limfatyczne są dla krwionośnych tym, czym Robin dla Batmana. Każdemu naczyniu krwionośnemu w naszym ciele, nawet najdrobniejszej żyłce w jelicie cienkim, towarzyszy naczynie limfatyczne. O ile jednak te pierwsze są grube, czerwone i dziarsko przewodzą substancje odżywcze do naszych tkanek, naczynia limfatyczne są cieniutkie, blade i prześwitujące. Odbierają one płyn z tkanek oraz transportują komórki odpornościowe sprawujące rolę służb porządkowych w naszym organizmie.

Naczynia limfatyczne są wątłe, ponieważ w odróżnieniu od tętnic nie mają umięśnionych ścianek. Często działają, wykorzystując po prostu siłę ciążenia. To dlatego rano, gdy się budzimy, mamy nieraz podpuchnięte oczy. Grawitacja przestaje być naszym sprzymierzeńcem, gdy my sami znajdujemy się w pozycji leżącej, więc choć niewielkie naczynka limfatyczne na twarzy są cały czas chętne do pracy, płyn, który wraz z krwią został tu dostarczony w ciągu nocy, może swobodnie spłynąć dopiero, gdy przybierzemy pozycję pionową. (Gdy długo chodzimy, nasze łydki tylko dlatego nie nabierają płynu, że przy każdym kroku mięśnie nóg naciskają na naczynia limfatyczne i w ten sposób wypychają płyn tkankowy ku górze). W całym ciele naczynia limfatyczne należą do niedocenianych mięczaków i słabeuszy – z wyjątkiem jelita cienkiego. Tam wreszcie pokazują, co potrafią! W jelicie cienkim wszystkie naczynia łączą się w jeden, bardzo szeroki przewód, w którym może zbierać się cały strawiony tłuszcz, bez ryzyka, że przewód się zatka.

Łacińska nazwa tego naczynia brzmi niemal jak magiczne zaklęcie: ductus thoracicus (przewód piersiowy). Na jego powitanie można by wznieść następujący okrzyk: „Na cześć przewodu piersiowego – hip, hip, hurra! Niech nas oświeci, czemu dobry tłuszcz jest taki ważny, a zły – tak szkodliwy!”. Wkrótce po tłustym posiłku w przewodzie piersiowym pojawia się tak wiele maleńkich kropelek tłuszczu, że płyn tkankowy z przezroczystego robi się biały jak mleko (dlatego w niemieckiej nomenklaturze przewód piersiowy określa się niekiedy mianem „przewodu mlecznego”; warto pamiętać, że taki przewód mają zarówno mężczyźni, jak i kobiety). Gdy tłuszcz zbierze się już w przewodzie piersiowym, zatacza łuk z brzucha przez przeponę i kieruje się bezpośrednio do serca. (To tam trafia cały płyn tkankowy z nóg, powiek, a także z jelita cienkiego). A zatem zarówno najlepsza oliwa, jak i tani tłuszcz użyty do głębokiego smażenia wlewane są bezpośrednio do serca. W odróżnieniu od wszystkich innych substancji, które trawimy, tłuszcz nie wykonuje „rundki” przez wątrobę.

Do detoksykacji niebezpiecznego, złego tłuszczu dochodzi więc ewentualnie dopiero po tym, gdy serce energicznie wszystko to przepompuje dalej. Wówczas niektóre kropelki tłuszczu trafiają do naczyń krwionośnych wątroby. Co prawda, do wątroby dociera stosunkowo dużo krwi, toteż prawdopodobieństwo znalezienia się tam tłuszczu jest spore, wcześniej jednak nasze serce i naczynia krwionośne są całkowicie bezbronne w zetknięciu z tym, co w cenie dnia oferuje nam McDonald’s i inne fast foody.

W ten sposób zły tłuszcz może nam bardzo zaszkodzić, za to dobry potrafi zdziałać cuda. Wydając kilkanaście złotych więcej na dobrą oliwę tłoczoną na zimno (extra vergine), mamy szansę maczać bagietkę w prawdziwie dobroczynnym balsamie dla serca i naczyń krwionośnych. Oliwę poddano gruntownym badaniom. Ich wyniki dowodzą, że chroni nas ona przed miażdżycą, stresem komórkowym, chorobą Alzheimera i niektórymi schorzeniami oczu (jak np. zwyrodnienie plamki żółtej). Zaobserwowano też jej korzystny wpływ w chorobach zapalnych, takich jak reumatoidalne zapalenie stawów, a nawet skuteczne działanie profilaktyczne w stosunku do niektórych typów nowotworów. Tu ciekawostka dla tych, którzy panicznie bojąc się utyć, za wszelką cenę unikają tłuszczu: oliwa wręcz walczy z niepożądanymi fałdkami. Blokuje bowiem enzym w tkance tłuszczowej zwany syntazą kwasów tłuszczowych (FAS), który ochoczo syntetyzuje tłuszcz ze zbędnych węglowodanów. Nie tylko zresztą my odnosimy korzyści ze spożywania oliwy – bardzo lubią ją również dobre bakterie bytujące w naszych jelitach.

Dobra oliwa kosztuje trochę więcej, ale za to nie ma tłustego czy zjełczałego posmaku, tylko świeży i owocowy. Niekiedy może też powodować uczucie lekkiego drapania w gardle ze względu na zawarte w niej taniny. Oczywiście, trudno kierować się takimi kryteriami podczas zakupów, wówczas można po prostu zdać się na rozmaite certyfikaty jakości.

Trzeba jednocześnie pamiętać, że radosne przyrządzanie wszystkiego na oliwie wcale nie jest najlepszym pomysłem – jej cenne składniki niszczy na przykład podgrzewanie. Gorąca patelnia jest świetna do wstępnej obróbki steku czy jajka, gorzej wpływa jednak na zawarte w oliwie kwasy tłuszczowe, zmieniając ich postać chemiczną. Najlepiej więc smażyć na specjalnym oleju przeznaczonym do tego celu lub wykorzystując tłuszcze stałe, takie jak masło czy tłuszcz kokosowy. Co prawda, pełno w nich odsądzanych od czci i wiary nasyconych kwasów tłuszczowych, ale te właśnie tłuszcze zachowują większą stabilność podczas obróbki termicznej.

Oleje dobrej jakości są nie tylko wrażliwe na temperaturę, ale też chętnie wychwytują z powietrza wolne rodniki. Te zaś właśnie dlatego czynią w naszym organizmie tyle szkód, że wcale nie pragną być wolne, lecz marzą o trwałym związku. Przyczepiają się więc do wszystkiego, co się da: do naczyń krwionośnych, skóry twarzy czy komórek nerwowych, i w ten sposób fundują nam stany zapalne naczyń krwionośnych, starzenie się skóry i schorzenia neurologiczne. Jeśli więc pragną się połączyć z naszym olejem – proszę bardzo, ale z łaski swojej dopiero wtedy, gdy znajdzie się w naszym przewodzie pokarmowym, a nie jeszcze w kuchni. Dlatego otwartą oliwę należy przechowywać w lodówce, a po każdym użyciu dokładnie zakręcać butelkę.

Tłuszcz zwierzęcy obecny w mięsie, mleku czy jajkach zawiera znacznie więcej kwasu arachidonowego niż tłuszcze roślinne. Z kwasu tego nasz organizm produkuje substancje przekaźnikowe, które m.in. nasilają ból. W olejach roślinnych, na przykład w rzepakowym, lnianym czy konopnym, więcej jest kwasu α-linolenowego, działającego przeciwzapalnie, a w oliwie – podobnie wpływającej na nas substancji zwanej oleokantalem. Tłuszcze roślinne działają zatem mniej więcej jak ibuprofen czy aspiryna, tyle że zawierają znacznie mniejszą dawkę substancji czynnej. Nie przyniosą ulgi doraźnie podczas ostrego bólu głowy, jednak regularnie stosowane mogą okazać się pomocne w zwalczaniu stanów zapalnych, częstych migren czy dolegliwości miesiączkowych. Niekiedy bóle słabną tylko dzięki temu, że w naszej diecie tłuszcze roślinne zyskują przewagę nad zwierzęcymi.

Oliwa nie jest jednak uniwersalnym środkiem kosmetycznym i leczniczym dla skóry i włosów. Badania dermatologiczne wykazały wręcz, że czysta oliwa lekko podrażnia skórę, a potraktowane oliwą włosy są z reguły tak tłuste, że wymagają porządnego mycia, które z kolei niweczy cały efekt pielęgnacyjny.

Zresztą w ogóle z tłuszczami nie należy przesadzać. Nadmiar tłuszczu (obojętne, złego czy dobrego) po prostu przekracza nasze możliwości przyswajania – to jak zbyt gruba warstwa kremu na twarzy. Fizjologowie żywienia zalecają, by za pomocą tłuszczów pokrywać od 25 do maksymalnie 30% dziennego zapotrzebowania kalorycznego. Odpowiada to przeciętnie 55–66 gramom tłuszczu dziennie. Osoby słusznej postury, aktywnie uprawiające sport mogą sobie pozwolić na trochę więcej, lecz te niewysokie, prowadzące raczej siedzący tryb życia lepiej niech jedzą go nieco mniej. Jeden Big Mac pokrywa praktycznie połowę dziennego zapotrzebowania na tłuszcze – pytanie tylko, co to za tłuszcz. Z kolei kanapka z kurczakiem teriyaki z sieci Subway zawiera zaledwie dwa gramy tłuszczu. Zaspokajając nią głód, możemy sami zdecydować, w jaki sposób dostarczymy organizmowi brakujące 53 gramy.

Węglowodany i tłuszcze już omówiliśmy. Pozostał nam jeszcze trzeci i bodaj najsłabiej poznany z głównych składników naszego pożywienia, a mianowicie aminokwasy. Dziwnie to brzmi, ale zarówno delikatne tofu o neutralnym lub lekko orzechowym smaku, jak i pikantna wędlina składają się z tych samych cegiełek – kwasów. Podobnie jak w przypadku węglowodanów, pojedyncze elementy tych kwasów ułożone są w długie, rozmaicie zbudowane łańcuchy. Takie kombinacje aminokwasów noszą nazwę białek, a ich wewnętrzne zróżnicowanie decyduje o odmiennościach pod względem smaku. W jelicie cienkim te złożone struktury zostają rozbite przez enzymy trawienne. Wszystko po to, aby cenne elementy składowe owych struktur trafiły do ścianek jelita. Istnieje dwadzieścia podstawowych aminokwasów, które można w nieskończoność zestawiać ze sobą, tworząc najrozmaitsze białka. My, ludzie, budujemy z nich między innymi DNA – nasz kod genetyczny, zawarty we wszystkich nowych komórkach, jakie wytwarzamy każdego dnia. Czynią to zresztą wszystkie istoty żywe, zarówno rośliny, jak i zwierzęta. Dlatego też białka zawiera każda jadalna substancja, jaką można znaleźć w naturze.