Historia prywatna - Tomasz Lis - ebook + audiobook
Opis

Autobiografia jednego z najgłośniejszych, najpopularniejszych, najbardziej kontrowersyjnych polskich dziennikarzy.

Wspomnienia odmalowane są na plastycznym tle najnowszej historii Polski po 1989 roku. Śledzimy zadziwiające niekiedy ścieżki kariery Lisa i wchodzimy do zamkniętych gabinetów redaktorów i polityków z pierwszych stron gazet. Pobudzająca refleksja nad wzlotami i upadkami III RP miesza się z frapującymi, a czasami komicznymi anegdotami z udziałem bohaterów masowej wyobraźni. To książka, w której zaglądamy od kuchni do mediów i polityki, czyli tam, gdzie teoretycznie nie powinniśmy zaglądać. To autoportret człowieka, który sam zmieniał media w Polsce i wpływał na kształt krajowej polityki. Tomasz Lis cały czas jest w biegu, dosłownie (maratony!) i w przenośni.

Jak jasno wynika z treści książki, to jeszcze nie koniec.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 499

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 32 min

Lektor: Tomasz Lis

Popularność


Tomasz Lis

Historia prywatna

Copyright © by Tomasz Lis, 2018.

Wydanie I 

Warszawa MMXVIII

Cichy cud

Było w tym dniu na pewno coś świątecznego. Pamiętam, że założyłem spodnie w kant, raczej zimową niż letnią marynarkę, miałem zresztą tylko jedną, koszulę i krawat, a w klapę marynarki wpiąłem znaczek „Solidarność – tak”. Ale nie czuło się, że za progiem jest jakaś nowa Polska. Nie pachniało wcale jutrzenką swobody. Pogoda w Zielonej Górze, gdzie wciąż byłem zameldowany, była marna – wiatr, krople deszczu. Zemsta za 45 lat PRL nie miała w sobie nic monumentalnego. W lokalu wyborczym wszedłem za kotarę i mocno przyciskając do kartki długopis, wykreślałem metodycznie, jedno po drugim, nazwiska wszystkich przedstawicieli władzy, którzy znaleźli się na tak zwanej liście krajowej. Ile czasu mogło mi to zająć? Minutę? Na pewno niewiele więcej.

Dziś często słychać, że 4 czerwca 1989 roku nastąpił historyczny przełom, ale wtedy takiego przekonania wcale nie było. Nie tylko w tamtą niedzielę, ale także następnego dnia. Stałem w gęstniejącym tłumie przed kawiarnią Niespodzianka na placu Konstytucji w Warszawie. Przed nią stała wielka tablica, na której zawieszano podłużne karteczki z nazwiskami kandydatów Solidarności, o których wiadomo już było, że zdobyli mandaty posłów i senatorów. Karteczek było coraz więcej, radość była coraz większa, a ja co kilkanaście minut biegałem na szóste piętro w budynku tuż obok, by przekazać dobre wieści mieszkającej tam mojej dziewczynie. Ale na ulicy nie było szalonego entuzjazmu. Raczej ulga, że komuniści nie będą mogli szydzić z Solidarności, tak jak robili to niemal przez całą minioną dekadę. Jeśli przełomy historyczne potrzebują jakiejś imponującej, pełnej rozmachu scenografii, to tu niczego takiego nie było. Wręcz przeciwnie. Trudno się dziwić, że niedługo potem świat uznał, że tak naprawdę komunizm padł nie w Warszawie, ale w Berlinie.

Zwycięstwo Solidarności czy – jak mówiliśmy wtedy: drużyny Lecha – było imponujące. Wzięła niemal wszystko, co było do wzięcia, i w następnych tygodniach, miesiącach i latach udało się w sumie stworzyć mit o narodzie, który przy pierwszej nadarzającej się okazji dał komunistom „czerwoną kartkę” i obalił PRL. Ale to był mit. Prawda była taka, że po 40 latach PRL prawie 40 proc. Polaków nawet nie pofatygowało się do lokali wyborczych, uznając najwyraźniej, że sprawa ich nie dotyczy. Zrobili tak, choć zemsta była bezkrwawa, a wykonanie kilkudziesięciu ruchów długopisem nie łączyło się ani z wysiłkiem, ani z ryzykiem. A spośród tych, którzy głosowali, niewiele mniej niż połowa głosowała na kandydatów władzy.

Wszyscy patrzyli wtedy na karteczki z nazwiskami zwycięzców z Solidarności. Na frekwencję i w sumie naprawdę duże poparcie dla przedstawicieli podobno powszechnie znienawidzonej władzy nie patrzył niemal nikt. Choć właśnie w tym tkwiła zapowiedź przyszłych zdarzeń. Tego, jak pierwszy od pół wieku niekomunistyczny premier poniósł w wyborach prezydenckich upokarzającą porażkę z kosmitą z Peru. A potem obóz Solidarności, zdobywszy władzę, już po czterech latach musiał ją oddać. I wydarzeń znacznie późniejszych, gdy w polskiej polityce pojawił się raczkujący wtedy populizm symbolizowany przez Samoobronę Leppera, i jeszcze później, gdy radykalizm, populizm, demagogia i kłamstwo wzięły władzę i zapanowały nad Polską.

Ale to było później, znacznie później. Teraz było co innego. Z ciężkim jak diabli plecakiem, wypełnionym puszkami z paprykarzem szczecińskim i kilogramami suchej kiełbasy, którą nie wiem gdzie i jak zdobyli rodzice mimo kartek, próbowałem na stacji kolejowej w Zielonej Górze wgramolić się do pociągu jadącego do Świnoujścia. Tam zamierzałem wsiąść na prom do Ystad w Szwecji, a stamtąd autostopem jechać 700 kilometrów na północ. Cel był taki jak rok wcześniej – torfowiska niedaleko miasteczka Lillestrøm, jakieś 20 kilometrów od Oslo, na których miałem pracować jak poprzedniego lata. Tym razem – inaczej niż wtedy i dwa lata wcześniej w Londynie – legalnie.

W Polsce mogła wybuchać wolność, mogły następować niespodziewane zmiany, ale szczerze przyznaję, że równie intensywne jak marzenia o wolnym kraju, były moje marzenia o kawałku własnej podłogi, o kawalerce, gdzie po latach spędzonych w małych pokoikach mógłbym się poczuć wreszcie u siebie. Nie, przez te wszystkie lata nie cierpiałem, ani mieszkając w samym centrum Warszawy, na Żurawiej, tuż przy placu Trzech Krzyży, we wnęce niewielkiego mieszkania starszego pana, ani w pokoiku w mieszkaniu starszej pani na odległej od centrum Chomiczówce. Ta Chomiczówka była na końcu świata, hen hen, za cmentarzem na Powązkach, ale miała jeden plus. Mieszkałem tuż przy pętli autobusów nr 116 jeżdżących z Żoliborza pod uniwersytet i bladym świtem mogłem zająć miejsce siedzące, by wygodnie czytać „Przegląd Sportowy”, wkuwać jakiś kolejny kodeks albo – najlepiej – spać. To wszystko w najmniejszym stopniu nie gasiło mojego marzenia o kawalerce, do której mógłbym wrócić nawet po godzinie 22.00 i bezczelnie nalać o tej porze wodę do wanny, czyli zrobić coś, do czego przez poprzednich pięć lat nie miałem prawa.

Mało kto wie, co się robi na torfowisku. Najpierw koparka wydobywa z długiego czasem na kilometr, głębokiego rowu wielkie wilgotne kloce torfu, potem trzeba je podzielić na mniejsze, po kilku dniach odwrócić, wreszcie poukładać tak jak cegły, tylko z jak największymi prześwitami między poszczególnymi kawałkami, by torf jak najszybciej wysechł. Najtrudniejsza jest faza trzecia. Ważący 30–40 kilogramów kloc trzeba podnieść i odwrócić. I tak jeden po drugim, setki, może tysiące. Rok wcześniej po dwóch dniach takich podrzutów na wiele godzin straciłem słuch. Praca jest więc diabelnie ciężka, ale znowu nie cięższa niż robota na zmywaku, rozwalanie młotem pneumatycznym rur kanalizacyjnych w remontowanym domu, robota w wytwórni naszyjników czy praca w ogrodzie, czym wcześniej zajmowałem się w Londynie. Na torfowisku jest czyste powietrze, obok są lasy, w których rośnie masa jagód, więc można też zjeść, nie wydając ani korony – bezcenne, gdy głupi bochenek chleba kosztuje siedem koron, więcej niż dolara, a człowiek liczy każdy grosz.

Mieszkaliśmy wtedy, chyba z dziesięciu chłopa, w drewnianej chatce obok torfowiska. Podłoga, na niej materac, jakiś kocyk, tyle. Bez ciepłej wody, żaden wielki problem, choć prawie trzy miesiące później było już widać, że człowiek nie umyje się w zimnej wodzie tak, jak w ciepłej. Doszorowywać się trzeba kilka dni.

Mieliśmy w domu radyjko, na którym czasem można było złapać Wolną Europę, więc wiedzieliśmy mniej więcej, co się dzieje w kraju. Usłyszeliśmy na przykład o dziwnej i niemądrej, jak sądziłem, decyzji Solidarności, by pozwolić władzy uzupełnić miejsca poselskie nieobsadzone przez wykreślanych masowo ludzi z listy krajowej. To po to ich skreślałem, żeby na ich miejsce weszli jacyś inni delegowani przez PZPR? Pewnie Solidarność miała jakieś powody, by się na to zgodzić, ale nawet jeśli je rozumiałem, to tego nie popierałem. Za lata komuny należała się jakaś satysfakcja moralna, a ludzi właśnie jej pozbawiono. Potem była nieudana próba stworzenia rządu przez generała Kiszczaka. Po drodze upokarzający wybór na prezydenta generała Jaruzelskiego, którego kandydatura przeszła większością jednego głosu, niepowodzenie misji Kiszczaka, pomysł Adama Michnika „Wasz prezydent, nasz premier”, wreszcie manewry Lecha Wałęsy, któremu pomagali w tym bracia Kaczyńscy, by wykolegować PZPR i stworzyć koalicję z ZSL i SD. Wiele się działo, ale z daleka wciąż nie wyglądało to na przełom. Kandydat na premiera Kiszczak, prezydent Jaruzelski – bardziej niż historyczną zmianę przypominało to kontrolowane doświadczenie w laboratorium chemicznym. Do głowy by mi nie przyszło, że za chwilę historia nabierze tempa i Solidarność naprawdę przejmie władzę. A gdyby mi ktoś powiedział, że za 10 miesięcy będę pracował w TVP, a za rok będę robił w Belwederze wywiad z prezydentem Jaruzelskim w rocznicę jego wyboru, uznałbym go za człowieka niespełna rozumu.

Ale to miało dopiero nadejść. Na razie wypłaciłem z banku 5700 dolarów, które zarobiłem, pracując od świtu do nocy przez 80 dni. Od tego zapłaciłem prawie 2000 dolarów podatku. Zostało mi dokładnie 3750 dolarów, wtedy majątek. Zwitek z pieniędzmi wsadziłem do kieszeni flanelowej koszuli. Kieszeń zabezpieczyłem agrafkami, a potem kilkakrotnie obszyłem. To był mój skarb, większa część mojego pierwszego własnego mieszkania. Trzeba było to zabezpieczyć przed powrotem do domu – autostop, prom, nocny pociąg.

W Zielonej Górze wylądowałem 2 września. W mieszkaniu rodziców nikogo nie było. Byłem skonany. Położyłem plecak pod drzwiami, zrobiłem sobie z niego poduszkę i zasnąłem. Znaleźli mnie kilka godzin później. W dobrym momencie. Gdy włączyliśmy telewizor, na trybunę wchodził Tadeusz Mazowiecki, by wygłosić exposé.

Grzebię teraz w pamięci i zastanawiam się, czy mieliśmy w tamtych dniach poczucie historycznej wagi wydarzeń. Tak, działo się coś niezwykłego, rok wcześniej zupełnie nieprzewidywalnego. Tak, komuniści byli w odwrocie, ich armia pokonana i zdemoralizowana. To było oczywiste, ale wciąż trudno było sobie wyobrazić, jak to wszystko wpłynie na życie zwykłego człowieka. „Dziennik Telewizyjny” nie kłamał już tak jak zawsze (do wzorca patologicznych kłamstw miał wrócić 27 lat później), po niedługim czasie opozycja już rządziła, nie trzeba było się martwić, czy będzie można znowu dostać paszport. To nie były drobiazgi. Przeciwnie. Ale jaki był związek tego wszystkiego z moim życiem?

Trzeba było na dziennikarstwie napisać pracę magisterską, kończyć prawo, pomyśleć co z wojskiem, które wisiałoby nade mną, gdybym studia skończył. I najważniejsze – co z moją kawalerką. Zdawało mi się, że wciąż brakuje mi sporo pieniędzy. Pojechaliśmy wtedy z dziewczyną do Zakopanego, a mnie prześladowała myśl o zupełnie innej randce. Tuż po powrocie miałem się zgłosić do konsulatu brytyjskiego, żeby się dowiedzieć, czy dostanę wizę. Zgoda oznaczała, że znowu spakuję plecak i pojadę na rok pracować do Londynu na jakimś zmywaku albo cholera wie gdzie. Nienawidziłem tej myśli, ale przecież na te 20 metrów kwadratowych w Polsce nie zarobię nigdy, prawda? Więc nie było wyjścia.

Nie zawsze w momencie porażki, a tym bardziej klęski, pojawia się w głowie myśl, że to zbawienie. Raczej jest żal, złość, upokorzenie. Tak było 13 lipca 1984 roku, gdy oblałem we Wrocławiu egzamin na medycynę. Patrzyłem na listę kandydatów, zabrakło mi kilku punktów. Wiele lat później przyszło mi do głowy, jak wielkie miałem tego dnia szczęście, jak zupełnie inaczej potoczyłoby się życie, gdybym na kilka pytań z fizyki czy z chemii odpowiedział lepiej. Ale wtedy zawalił mi się świat i ani papierosy extra mocne, ani kolejne kieliszki wódki w jakimś barze w centrum Wrocławia nie były skutecznymi lekami znieczulającymi. To była trauma, jakiś wstyd, bo chyba nigdy wcześniej ani potem nie pracowałem tak ciężko jak przez te cztery lata w liceum.

Teraz rozmowa z jakimś dżentelmenem w brytyjskim konsulacie miała być odpowiednikiem tamtej chwili w Akademii Medycznej we Wrocławiu. Krótka piłka. Odmowa. Thank you, bye, bye. Pożegnałem się i wyszedłem. Co za ulga. Serio. Jak ja strasznie nie chciałem tam jechać. Rok poza krajem, znowu na zmywaku albo na budowie zamiast na uniwersytecie. Gdybym dostał wizę, pojechałbym. Dzięki Bogu, nie dostałem. Oczywiście nie mogłem wtedy wiedzieć, że to było coś więcej niż zwykła odmowa wizy. Że to oznacza, iż będę mógł skorzystać z wielkiej szansy, która niebawem pojawi się niespodziewanie.

Nadeszła jesień. Tradycyjnie krążyłem między uniwersytetem a Chomiczówką. Kończyłem pracę magisterską na dziennikarstwie, zdawałem ostatnie egzaminy na prawie. Do finału zostały mi trzy, więc szykowało się pisanie kolejnej pracy magisterskiej. Tylko czy ja mam jeszcze głowę do prawa, zastanawiałem się. Większość moich koleżanek i kolegów z zapałem uczyła się prawa obrotu gospodarczego, wkuwała jakieś kodeksy handlowe, a ja miałem to wszystko centralnie gdzieś. Najbardziej interesowało mnie prawo międzynarodowe publiczne, a szczególnie karne. Ćwiczenia z karnego prowadził późniejszy rzecznik praw obywatelskich, Janusz Kochanowski, który zginął w Smoleńsku. Gdy któregoś dnia doktor Kochanowski zaprosił legendarnego mecenasa Krzysztofa Piesiewicza, który opowiadał między innymi o procesie zabójców księdza Popiełuszki (był pełnomocnikiem rodziców księdza), utwierdziłem się w przekonaniu, że chcę być adwokatem, obrońcą więźniów politycznych. Bo niby gdzie miałbym być dziennikarzem? W grę wchodziła tylko jakaś redakcja sportowa, ale dziennikarstwo sportowe wykluczałem. Za bardzo kochałem sport. W 1987 roku Legia Warszawa grała w europejskich pucharach z Interem Mediolan. Poszedłem na trening piłkarzy Interu dzięki akredytacji ze „Sztandaru Młodych”, gdzie pisałem o barach mlecznych, nieświecących się ulicznych neonach i ciągnącym się w nieskończoność remoncie hotelu Bristol. Stanąłem koło boiska, na którym biegali słynni Karl Heinz Rummenigge i Daniel Passarella. I dokładnie wtedy zdecydowałem, że dziennikarzem sportowym nie będę nigdy. Gdy oglądałem tych piłkarzy w telewizji albo z trybun, byli bogami. Gdy stałem tuż obok, widziałem zwykłych ludzi. Magia znikała. Zdecydowanie wolałem ocalić magię, niż zdobyć etat w jakiejś sportowej redakcji.

A więc adwokatura. Długo myślałem o aplikacji, ale tu z kolei nie pomogła mi historia. PRL nagle padł, więźniów politycznych nie było, nie było kogo bronić. Już wiedziałem, że togi nigdy nie włożę. Co będę robił, tego jeszcze nie wiedziałem.

Solidarnościowej rewolucji przyglądałem się jednocześnie z entuzjazmem, bo trwała, i ze sceptycyzmem, bo była taka ślamazarna. Przyznaję, że denerwowała mnie „Gazeta Wyborcza”, która tę powolność wspierała. Wolałem „Tygodnik Solidarność”, kierowany przez Jarosława Kaczyńskiego, który wzywał do przyspieszenia. Najbardziej lubiłem teksty Piotra Wierzbickiego, Krzysztofa Czabańskiego i Andrzeja Urbańskiego, którzy dość bezpardonowo atakowali środowisko profesora Bronisława Geremka i Adama Michnika. Mnie się też ta kontrolowana zmiana nie podobała. Nie, nie chciałem żadnej rewolucji, palenia budynków, żadnych szafotów, szubienic, pokazowych procesów. Żadnej zemsty. Wobec winnych stanowcze rozliczenie, ale bez krwawej łaźni, jaka zdarzyła się kilka miesięcy później w Rumunii. W tamtym czasie najbardziej nie podobało mi się traktowanie jak Pisma Świętego porozumienia z postkomunistami, zawartego przez nich w momencie, w którym totalnie dominowali, w sytuacji, gdy Polska otoczona była przez „morze czerwone”. Ale po kilku miesiącach sytuacja była przecież zupełnie inna.

Jesienią 1989 roku komunizm padał wszędzie dookoła i nagle można było odnieść wrażenie, że Polacy, którzy przed chwilą byli w awangardzie zmian, lądują w ogonie. Historia wysyłała byłych komunistów w kosmos, a nowa władza w Polsce zachowywała się tak, jakby byli oni nietykalni. To, co działo się wcześniej, gdy dało się to jeszcze wytłumaczyć, było, według mnie, kontynuowane zupełnie niepotrzebnie. 33 nieobsadzone miejsca na liście krajowej – Solidarność pomaga władzy je obsadzić. Kandydatura Jaruzelskiego na prezydenta – Solidarność pomaga go wybrać. Wycofanie wojsk sowieckich z Polski – nie ma tematu. Nowe, naprawdę wolne wybory – bez pośpiechu. Dziś lepiej rozumiem motywy Mazowieckiego i jego otoczenia. Trzeba było błyskawicznie ratować gospodarkę i w biegu przeprowadzać eksperyment, jakiego w historii świata nie było – przejście od komunizmu do gospodarki rynkowej. Sytuacja wokół Polski była niestabilna. Postkomuniści wciąż mieli ogromne wpływy w polskim wojsku i milicji. Nowa władza nie chciała antagonizować milionów byłych członków PZPR i ich rodzin. Miała zresztą rację, bo wielka przemiana potrzebowała ich wsparcia, a nie wrogości. Wszystko to prawda, a jednak uważałem, że należało szybciej, mocniej i ostrzej. Wiał wiatr historii. Trzeba było chwytać go w żagle, a nie dzielić włos na czworo.

Skala historycznych przemian wokół Polski zapierała dech w piersiach. Mur berliński się walił. Dyktator Ceauşescu został rozstrzelany. Dyktator NRD Honecker uciekał do Ameryki Południowej. Inni przywódcy demoludów znikali w niesławie. Prześladowany chwilę wcześniej Václav Havel zostawał prezydentem Czechosłowacji, a u nas prezydentem był Jaruzelski. To prawda, w niczym nie przeszkadzał, co trzeba, podpisywał, ale z punktu widzenia choreografii i scenografii historii był to jakiś groteskowy żart. Broń Boże, nie chciałem, by go potraktowano jak dyktatora Rumunii. Pragnąłem po prostu, by odszedł, bo jego obecność w Belwederze i posługiwanie się tytułem prezydenta były jakimś dziwactwem. Szczególnie że w tym samym czasie Mazowiecki, Geremek czy Michnik traktowali Wałęsę jak uzurpatora i sprawiali wrażenie, że, owszem, chcą zniknięcia, ale właśnie Wałęsy, a nie Jaruzelskiego.

Lecha Wałęsę, przyznaję, kochałem. Tak, czasem zachowywał się strasznie, impertynencko i arogancko, jak w czerwcu 1990 roku, gdy na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego w Auditorium Maximum UW wzywał do tablicy jak szczeniaka redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” Jerzego Turowicza. Był, prawda, nieokiełznany. Rzeczywiście, czasem trudno było go sobie wyobrazić nie w roli trybuna ludowego, ale w ramach opisanego przez prawo porządku sprawowania władzy. To jednak był Wałęsa, najlepszy znak rozpoznawczy Polski, idol tłumów, symbol solidarnościowej rewolucji. Myśl, że można było uznać jego rolę za skończoną i trzymać na swoistym wygnaniu w Gdańsku, wydawała mi się po prostu idiotyczna. A dokładnie taki był cel ludzi, którzy rządzili wtedy w Warszawie. To się nie mogło udać i za diabła do dziś nie jestem w stanie pojąć, jak mogło im się wtedy wydawać, że jest to możliwe.

31 sierpnia 1980 roku widok Wałęsy w telewizji z tym koszmarnym gigantycznym długopisem i z wielkim różańcem na szyi raczej mnie zadziwił. Na mój gust trochę to było za bardzo odpustowe, ale to były drobiazgi. To był ten człowiek, o którym kilka dni wcześniej słyszałem w Wolnej Europie, że mądrze kieruje strajkiem w Stoczni Gdańskiej i jest na okładce tygodnika „Time”. To był ludowy przywódca, nasz przywódca.

Pamiętałem listopad 1981 roku. Wałęsa gasił wtedy jakiś strajkowy pożar niedaleko Zielonej Góry i w środku dnia gruchnęła wiadomość, że spotka się z ludźmi w miejscowym amfiteatrze. Tym samym, w którym odbywał się co roku festiwal piosenki radzieckiej. Mieliśmy do niego z ogólniaka jakieś 800 metrów. Oczywiście urwaliśmy się z lekcji i pobiegliśmy na to spotkanie. Gdy się zaczynało, jakiś pan zapowiedział, że można na kartce napisać pytania do przewodniczącego Wałęsy. Wyjąłem z plecaka jakiś kawałek papieru, szybko napisałem cztery pytania i wrzuciłem kartkę do czapki, z którą chodził prowadzący spotkanie. Kilka minut później Wałęsa szczęśliwym trafem wyjął właśnie tę kartkę i odpowiedział na wszystkie pytania. Miałem 15 lat. Uznałem, że to mój pierwszy w życiu prawdziwy wywiad. Nawiasem mówiąc, zadałem w nim więcej pytań niż w prawdziwym wywiadzie z prezydentem Jaruzelskim dziewięć lat później.

Potem był Wałęsa internowany, Wałęsa noblista, Wałęsa w transmitowanej w TVP debacie z przewodniczącym OPZZ Alfredem Miodowiczem, gdy niewidziany od tylu lat powiedział: „Dobry wieczór państwu”, i praktycznie załatwił sprawę oraz Miodowicza. Później sukces drużyny Wałęsy i jego wystąpienie w amerykańskim Kongresie. We, the people, „My, naród”, tłumaczone przez mojego późniejszego kolegę, Jacka Kalabińskiego. I członkowie połączonych izb Kongresu klaszczący mu na stojąco 22 razy w trakcie przemowy. Wałęsa był liderem wielkiej zmiany. Nikt inny nie mógł być – według mnie – prezydentem wolnej już Polski. Tak sobie myślałem wtedy, wkuwając do kolejnych egzaminów w małym pokoiku na Chomiczówce. Tak mówiłem koleżankom i kolegom z uniwersytetu, gdy gadaliśmy o polityce. Choć te rozmowy i ten etap – studia i beztroskie uniwersyteckie życie – właśnie definitywnie się kończyły.

Cronkite’em pan nie zostaniesz

– Zapraszamy kandydatów, którzy chcieliby wziąć udział w konkursie na prezenterów „Wiadomości” – ogłosił na zakończenie programu gdzieś w drugiej połowie stycznia 1990 roku prowadzący Wojciech Reszczyński. Nie chciałem być żadnym prezenterem. Chciałem być dziennikarzem. Ale to wtedy nie miało znaczenia. Jakoś trzeba było do tych „Wiadomości” wejść. Konkurs był w lutym. Udało się, co uważam za wielki sukces, biorąc pod uwagę mój chroniczny szczękościsk, z którym nie byłem sobie w stanie poradzić. To z tamtego konkursu są Jarek Gugała i Jola Pieńkowska. Jola była stewardesą, potem pracowała w ambasadzie USA, Jarek przymierzał się do MSZ, ale wybrał telewizję. Potem wielotygodniowy kurs i szkolenia na Woronicza. Wreszcie zapowiedź naszego debiutu. Mój miał wypaść 3 maja 1990 roku. Data łatwa do zapamiętania. Miałem prowadzić świąteczne późnowieczorne wydanie „Wiadomości”, pewnie o 23.30.

Jak ja się denerwowałem. Przed występem kilka godzin „rozgrzewałem szczękę” i wykonywałem serię rozluźniających ćwiczeń z dykcji: a-o-u-e-i-o. Wadę wymowy trzeba było ukryć. Co kilka minut brałem małe łyki jakiegoś nerwosolu. Nie wiem, czy pomagało, bo wciąż byłem przerażony. Na szczęście rozmowę z Danielem Olbrychskim, której bałem się najbardziej, nagrywaliśmy wcześniej.

Pana Daniela zobaczyłem na trzecim piętrze budynku na placu Powstańców. – To dzisiaj pan debiutuje? – Tak, odpowiedziałem. – Wie pan co, tak się rozglądam – powiedział – bo właśnie mi się przypomniało, że debiutowałem dokładnie w tym budynku, na tym piętrze, ze 35 lat temu w teatrze radiowym dla dzieci. I widzi pan, jakoś mi w życiu poszło. Więc niech pan będzie spokojny, panu też pójdzie.

Poczułem ulgę, Olbrychski był życzliwy i nic nie wskazywało na to, że chce mnie zjeść. Ale chyba nie bardzo wierzyłem w skuteczność tych życzeń, tym bardziej że otoczenie, delikatnie mówiąc, nadmiernie życzliwe nie było.

Wokół pełno było starych wiarusów „Dziennika Telewizyjnego”. Czuli, że ich czas dobiega końca. Za długo służyli złemu panu. Byłem dla nich zwykłym smarkaczem i żółtodziobem. Ale pojawienie się na placu Powstańców takich jak ja było znakiem, że nadchodzi nowe, a stare musi odejść. Stare było cyniczno-sardoniczne. – Co, dzisiaj debiut? – szydził w dniu mojego pierwszego występu sekretarz redakcji „Dziennika Telewizyjnego”. – Relaks, pan się nie denerwuje. Cronkite’em pan i tak nie zostaniesz.

W żaden sposób na to nie zareagowałem, nie miałem pojęcia, kim jest ten cały Cronkite. Czułem tylko, że na uszach stanę, żeby tym Cronkite’em zostać. Dopiero potem przeczytałem – Walter Cronkite, legendarny prowadzący, anchor, jak mawiają Amerykanie, czyli kotwica, programu informacyjnego CBS News, takich amerykańskich „Wiadomości”. Prowadzący, gospodarz, wydawca, maestro.

Tak, zostać w przyszłości Cronkite’em to by było coś. Na razie trzeba było jednak przebrnąć przez te wieczorne „Wiadomości”. Nawet nie błysnąć talentem. Tak daleko moja ambicja nie sięgała. Chciałem po prostu przeżyć, nie umrzeć ze zdenerwowania, nie uciec ze studia. I udało się. Gdy około północy wyszedłem na ulicę Jasną, obok siedziby „Wiadomości”, wydarłem się z radości. Guzik mnie obchodziło, ile razy w ciągu kwadransa się potknąłem, ile słów przeczytałem średnio wyraźnie albo niewyraźnie. Przeżyłem!

W lipcu 1990 roku moje życie zmieniło się diametralnie. To nie był żaden krok dla ludzkości, ale dla mnie krok wielki, a może nawet trzy, od ściany do ściany mojej kawalerki na ulicy Nowolipki. Od ściany do ściany było naprawdę niedaleko. Pokoik, wnęka kuchenna, maleńka łazienka. Razem 19,8 metrów kwadratowych. Maleństwo, które przyniosło mi wielką zmianę. Pierwszy raz w życiu byłem całkowicie u siebie. Żaden samochód, żadne mieszkanie, żaden dom, nic, co miałem później, nie zmieniło mojego życia tak, jak ta kawalerka. Na plac Powstańców szedłem z Nowolipek 25 minut. Jeśli wsiadałem w tramwaj albo autobus, byłem na miejscu w 15–20 minut. Wielka zmiana od czasów, gdy po wieczornych „Wiadomościach” kierowca rozwoził samochodem do domów kierowników produkcji, panie maszynistki i mnie, a ja, jako mieszkający najdalej, lądowałem na Chomiczówce często po pierwszej w nocy.

W połowie lipca, gdzieś w okolicach rocznicy bitwy pod Grunwaldem, niespodziewanie wezwał mnie do siebie szef „Wiadomości” Jacek Snopkiewicz. Nie bardzo wiedziałem w jakiej sprawie, czułem się więc jak w czasach szkolnych, gdy ojciec szedł na wywiadówkę, a ja wiedziałem, że dostanę jakiś OPR, ale nie wiedziałem, z którego paragrafu. Byłem więc totalnie zaskoczony, gdy usłyszałem, że 19 lipca mam zrobić wywiad z prezydentem Jaruzelskim, który będzie nadany po „Wiadomościach”. Pracowałem w TVP dwa miesiące z maleńkim okładem i mam rozmawiać z prezydentem? Do tego z Jaruzelskim? Następne dni spędziłem, układając sobie kilka pytań, i nagle wydało mi się to dużo bardziej skomplikowane niż ułożenie pytań do Lecha Wałęsy dziewięć lat wcześniej, co wtedy zajęło mi dwie minuty. Z nieznanych powodów uznałem, że teraz nadeszła dla mnie chwila wiekopomna, która zdecyduje o całej mojej przyszłości. Pierwsze pytania były natury ogólnej, w gruncie rzeczy istotne było wyłącznie to, które chciałem zadać jako ostatnie.

Popołudnie w Belwederze. W salonie na piętrze spotkanie z generałem prezydentem. Wszyscy na baczność. Wszyscy, bo na miejscu byli też szef TVP Andrzej Drawicz, szef „Wiadomości” oraz jego zastępcy. Zebrałem wszystkie siły witalne, by zadać to ostatnie pytanie bez pewności, czy generał nie wyciągnie pistoletu i mnie nie zastrzeli. Choć szczerze mówiąc, raczej się na to nie zanosiło. Jaruzelski zupełnie nie przypominał groźnego dyktatora, którego pamiętałem, gdy występował w telewizji i ogłaszał stan wojenny. Wtedy, mając 15 lat, płakałem ze złości, że Solidarność właśnie jest mordowana i nastał czas mroku. Teraz miałem przed sobą kulturalnego starszego człowieka, który wyglądał na równie spiętego.

– Panie prezydencie, czy nie uważa pan, że biorąc pod uwagę szybko zmieniającą się sytuację w kraju, już wkrótce będzie pan musiał podjąć decyzję o rezygnacji z urzędu? – wydusiłem z siebie pytanie i zamarłem. Ku mojemu zdziwieniu generał nie tylko mnie nie zastrzelił, ale spokojnie odpowiedział, że wydaje mu się to coraz bardziej prawdopodobne, zależy mu jedynie na tym, by przekazanie władzy następcy odbyło się bez zbędnych perturbacji. Spokojnie, z klasą. Następnego dnia ten cytat z Jaruzelskiego trafił do „New York Timesa”. Z przykrością przyznaję, że już nigdy potem żaden fragment robionego przeze mnie wywiadu do „New York Timesa” nie trafił.

Los Jaruzelskiego był przesądzony. Pytanie brzmiało, kto go zastąpi. Dla otoczenia Tadeusza Mazowieckiego było jasne, że powinien go zastąpić właśnie premier. Nie było tylko pewności, czy w ogóle zechce startować. Dla Wałęsy i jego ludzi pewne było co innego. Prezydentem Polski może być tylko Lech Wałęsa i nim będzie, a kto sądzi inaczej, popełnia wielki błąd.

Już na początku kwietnia na spotkaniu u arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego w Gdańsku, w obecności między innymi Geremka, Mazowieckiego, Michnika i Jana Olszewskiego, Wałęsa z właściwą sobie bezceremonialnością powiedział krótko: „Panowie, ja i tak będę tym prezydentem, bez względu na to, czy tego będziecie chcieli, czy nie”, o czym w swojej Najnowszej historii Polski pisze profesor Antoni Dudek. Przewodniczący Solidarności o swoim starcie w wyborach mówił wtedy: „Nie chcę, ale muszę”. Oczywiście musiał wyłącznie w tym sensie, że strasznie chciał.

Na potrzeby publiki w tamtym czasie utrzymywano jeszcze mit o obozie Solidarności i jego jedności, ale mit pękał, a i chęci do jego podtrzymywania było coraz mniej. Nie było już jednego obozu. Był obóz Mazowieckiego – Geremka – Michnika i obóz Wałęsy. Wałęsa świadomie postanowił spalić wszystkie mosty, ogłaszając „wojnę na górze”. Przekonywał, że podział całego ruchu na normalne partie polityczne będzie naturalny i pozwoli uniknąć społecznych niepokojów. „Wojna na górze to pokój na dole”, mawiał. I pewnie rzeczywiście chciał tego pluralizmu. Choć w pierwszej kolejności chciał prezydentury. I miał do tego pełne prawo. Uważałem, że Bronisław Geremek czy Tadeusz Mazowiecki nie tylko nie powinni torpedować prezydenckich planów Wałęsy, ale powinni je poprzeć. Utrzymanie tandemu prezydent Wałęsa–premier Mazowiecki byłoby szalenie trudne, ale antagonizm i wojna mogły być śmiertelnym ciosem dla całego obozu. Wałęsy i tak nie dałoby się powstrzymać. Trzeba więc go było pobłogosławić. Było to jednak najwyraźniej zbyt logiczne, by mogło nastąpić.

Z jednej strony Wałęsa nakręcany przez braci Kaczyńskich, z drugiej premier Mazowiecki przekonywany przez swych zwolenników, że Wałęsa to groźny populista, radykał i demagog, który może zniszczyć dzieło reform, a więc trzeba mu się przeciwstawić. Emocji było zbyt wiele. Ambicji jeszcze więcej. Tu nie było miejsca na kompromis. Musiało się skończyć pojedynkiem w słońcu.

Tak, kibicowałem Wałęsie. Tak, przewodniczący Solidarności rzeczywiście grał ostro, a czasem brutalnie i nie tylko jechał po bandzie, ale często przez nią przelatywał (aluzyjne „jestem stuprocentowym Polakiem”, które miało uderzać w premiera, a jednocześnie tworzyć paskudną sugestię, że prezydentem być nie może). Ale obóz Mazowieckiego grał równie brutalnie. Z człowieka, który przeniósł Solidarność w lepsze czasy i poprowadził Polaków do wolności, z kogoś, kto gadał często bez ogródek, ale wiele razy dawał dowody umiaru i powściągliwości, robili kandydata na dyktatora, który przy pierwszej okazji wsadzi swych oponentów do paki. „Wałęsa jest nieprzewidywalny, nieodpowiedzialny, niereformowalny i niekompetentny”, pisał Adam Michnik miesiąc przed wyborami w tekście zatytułowanym „Dlaczego nie oddam głosu na Lecha Wałęsę”. Fakt, Wałęsa bywał nieprzewidywalny. Ale jednak groteskowo i histerycznie brzmiał Michnik, gdy mówił: „Chcę mieć pewność, że jeśli ktoś zadzwoni do moich drzwi o 5 rano, będzie to mleczarz”. To był zwykły faul.

Obie strony nie szczędziły sobie razów. Ale nie miałem wątpliwości, że historyczną rację w tym momencie ma Wałęsa. Że – co najważniejsze – dla Polski będzie lepiej, gdy prezydentem będzie właśnie on. W warszawsko-krakowskim obozie Mazowieckiego i Geremka, w okolicach „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”, było wielu ludzi wybitnych, zasłużonych, uczciwych i oddanych Polsce. Trudno sobie było wyobrazić budowę tej nowej Polski bez nich, bo byli to rzeczywiście najlepsi z najlepszych. Ale chyba nawet nie widzieli, że tę swoją „najlepszość” manifestują często w sposób irytujący. A ludzie to widzieli, czuli i coraz bardziej im się to nie podobało.

Od prawie 10 miesięcy wprowadzano w życie plan Balcerowicza. Dla milionów Polaków było to wielkie wyzwanie nie tylko ekonomiczne. Nastał czas niepewności. Co przyniesie jutro, czy mój zakład przetrwa? Poparcie dla przemian było wciąż wielkie, ale obawy, a często strach, były powszechne. W tym momencie na prezydenta, akuszera zmian, bezpiecznik, odgromnik, a czasem amortyzator najlepiej nadawał się Wałęsa. Mazowiecki, Geremek czy Michnik powinni byli wiedzieć, że Wałęsa niczego nie chciał rozwalać. Chciał po prostu, by nowa, demokratyczna Polska usankcjonowała stanowiskiem jego wielką rolę w demokratycznych przemianach. Miał do tego prawo.

Czy wierzyłem wtedy w głoszone przez Wałęsę hasło przyspieszenia? Tak. To był czas, gdy można już było, choćby ostrożnie, zarysować perspektywę naszego wyjścia z Układu Warszawskiego i z RWPG, zacząć głośno mówić o wyprowadzeniu z kraju sowieckich wojsk. I choćby w „Wiadomościach” pokazać wszystkim, że to nie kosmetyka, ale nowa Polska. Tymczasem na ekranie pojawiało się wielu z tych, którzy przez lata robili klakę Jaruzelskiemu, Rakowskiemu czy Messnerowi, służyli w „Dzienniku Telewizyjnym” w czasach, gdy to, co w nim najważniejsze, redagowano i ustawiano w KC PZPR i w MSW. A na kolegiach i na korytarzach ciągle spotykałem ludzi, którzy byli gwiazdami komunistycznej propagandy, sprawozdawcami z procesu księdza Popiełuszki, wykonawcami partyjnych poleceń, lektorami w najbardziej paskudnych antysolidarnościowych materiałach. Nigdy nie byłem zwolennikiem jakiejś totalnej czystki, wywalania hurtem, ale III RP wydawała mi się jednak zdecydowanie zbyt pobłażliwa. I nie mogli tego nie wiedzieć zwykli ludzie, którzy kiedyś byli w Solidarności – teraz wielu traciło pracę, a oglądając telewizję, mogli mieć wrażenie, że nie tak wiele się zmieniło, a ci, którzy przez lata pluli im w twarz, wciąż mają się doskonale. Nie szło o zemstę. Raczej o akt elementarnej sprawiedliwości. O przyzwoitość.

W „Wiadomościach” poza Wojciechem Reszczyńskim, mną i chyba Jarkiem Gugałą absolutnie wszyscy kibicowali Mazowieckiemu. Gdy w newsroomie wyświetlano na zawieszonych pod sufitem monitorach materiały z jego wieców, zbiegali się wszyscy. Gdy na ekranie pojawiał się Wałęsa, rzucali pod nosem pogardliwe uwagi. Szybko nabrałem pewności, że wynik wyborów będzie dla nich ciosem.

Nie trzeba było czytać wyników sondaży. Wystarczyło pojechać w Polskę. Na wiecu Tadeusza Mazowieckiego w jego rodzinnym Płocku pełne kino. Spokojne wystąpienie premiera. Uprzejme brawa. Poważne pytania. Atmosfera jak na wykładzie w uniwersyteckiej auli. Kilka dni później wiec Lecha Wałęsy w Radomiu. Gdy w sali klubu Broń otworzyły się bramy, dosłownie wbiegły do niej tysiące ludzi. Gdyby rzucić zapałkę, wybuchłby pożar. Pojawienie się Wałęsy wywołało euforię. Przewodniczący całkowicie panował nad tłumem. On to czuł, oni to czuli. To nie był zwykły kandydat. To był walec. Zestawienie tych dwóch obrazów z dwóch wieców robiło piorunujące wrażenie. Mazowiecki nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. Tajemnicą było tylko to, dlaczego on i jego ludzie sądzili, że może być inaczej.

Sondaże zresztą też nie kłamały. W połowie października na Mazowieckiego chciało głosować 45 proc. Polaków. Na początku listopada – 30–35 proc., tuż przed wyborami – 25 proc. Wałęsa szedł jak taran, Tymiński jakimś znanym sobie sposobem przemawiał do coraz większej rzeszy wyborców, a Mazowiecki kampanię prowadził niechętnie, jakby był nią zażenowany. Nawet jego ludzie nazywali batalię między Wałęsą a nim starciem między chamem a Hamletem.

W dniu wyborów z poparcia dla Mazowieckiego zostało 18 proc. Pierwszy niekomunistyczny premier RP, postać wyjątkowa, człowiek wybitny, uczciwy i dobry, poniósł straszliwą klęskę, chyba największą polityczną klęskę w całej III RP. Przegrać z Wałęsą – to można było zrozumieć. Ale z Tymińskim? I to wyraźnie, o 800 tysięcy głosów? To się nie mieściło w głowie. „W dniu wyborów ujawnił swoją obecność między nami homo sovieticus”, powiedział wtedy ksiądz Józef Tischner. Dosadnie. Protekcjonalnie. Może pogardliwie. Tak czy owak, wynik Tymińskiego wskazywał na charakterystykę części elektoratu, jego podatność na najbardziej absurdalne hasła i obietnice. Pokazywał, że istnieje rezerwuar złości, frustracji, żalu, który – jeśli nie zostanie zneutralizowany – będzie można wykorzystać. Nie było tylko wiadomo, kto, kiedy i jak to zrobi. Ale że chętni się znajdą i że prędzej czy później im się uda – tego można było być pewnym.

Po pierwszej turze w „Wiadomościach” nastąpiło przegrupowanie sił, co przyszło dość łatwo ludziom, którzy nauczyli się dostosowywać poglądy i sympatie do zmian na szczytach władzy i kolejnych zakrętów historii. Teraz już nie było wyjścia – za Wałęsą byli wszyscy, a w swym nagłym entuzjazmie szybko mnie prześcignęli.

2 grudnia, tydzień po pierwszej turze wyborów i tydzień przed drugą, w Audytorium Maximum UW odbył się wiec zwolenników Tadeusza Mazowieckiego. Premier poddał Wałęsę druzgocącej krytyce, ale wezwał, by dla dobra Polski głosować na lidera Solidarności. Po powrocie do redakcji szybko napisałem tekst, do którego miałem zmontować materiał. Zgodnie z procedurami tekst dałem do zatwierdzenia wydawcy. Był nim Jerzy Boćkowski, weteran „Dziennika Telewizyjnego”, były korespondent w Moskwie. Boćkowski wydawcą był bardzo sprawnym i przyznaję, że pracowało mi się z nim doskonale. Zwykle miał dyżury niedzielne, gdy w polityce działo się sporo, wszelkie zjazdy, kongresy partyjne, więc jeszcze w piątki pytałem go, czy też mogę pracować. Boćkowski chętnie się zgadzał, trudno było przecież znaleźć frajera, który z własnej woli w każdą niedzielę będzie od świtu do nocy biegał z kamerą.

2 grudnia było więc tak jak zwykle. Program wydawał Boćkowski, ja robiłem najważniejszy temat polityczny. Gdy przeczytał mój tekst, spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. – Redaktorze, widzę, że premier Mazowiecki potraktował przewodniczącego Wałęsę bardzo brutalnie. Sądzi pan, że te słowa muszą w „Wiadomościach” paść? – zapytał. – Oczywiście – odpowiedziałem. – Właśnie to jest istotą tego zdarzenia: Mazowiecki wezwał ludzi do głosowania na Wałęsę, ale skrytykował go strasznie za populistyczną kampanię i demagogiczne hasła. – Bo wie pan – ciągnął niezrażony pan Jerzy – ja sobie myślę, że gdybyśmy tych ostrych słów nie dali, toby nas nie pochwalili, ale i nie skarcili.

Nie mogłem ustąpić, Boćkowski zresztą specjalnie nie oponował. Był zbyt inteligentny, by nie wyczuwać siły wiatru historii. Zanim wyszedłem z redakcji, dostałem polecenie, aby przebierać się w garnitur i jechać na Woronicza, żeby nadać relację na żywo przed zapowiedzianą na godzinę 20.00 debatą Wałęsa–Tymiński. Obróciłem szybko z placu Powstańców na Nowolipki i na Woronicza, gdzie od razu powiedziano mi, że debaty raczej nie będzie, bo Tymiński dał sygnał, że nie chce w niej wziąć udziału. I mniej więcej tyle zameldowałem – jak mówił Boćkowski – społeczeństwu w swoim wejściu w „Wiadomościach”.

Debaty nie było, a tydzień później nie było sensacji. W dogrywce Wałęsa zmiażdżył Tymińskiego, zdobywając 75 proc. głosów. Człowiek, którego dziesięć lat i pięć miesięcy wcześniej nikt nie znał, który chwilę później stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci na świecie, potem był internowany, a przez komunistyczną propagandę nazywany był osobą prywatną, za chwilę miał zostać prezydentem. Dziesięć lat. Biorąc pod uwagę sytuację na świecie dekadę wcześniej, w sumie szybko poszło.

Po gorączce kampanii w „Wiadomościach” zapanował spokój. Pozostawały transmisje z zapowiedzianych na 22 grudnia uroczystości zaprzysiężenia nowego prezydenta, ale od tego, jak sądziłem, byli inni, starsi i doświadczeni. Tak w każdym razie myślałem do połowy grudnia, gdy na trzecim piętrze, w siedzibie dyrektora „Wiadomości” pojawili się ludzie Lecha Wałęsy z jego rzecznikiem Andrzejem Drzycimskim. W którymś momencie niespodziewanie doproszono mnie na to spotkanie. Usiadłem gdzieś w kącie. – Nasza koncepcja jest taka – powiedział ktoś od Wałęsy. – Transmisję z uroczystości zaprzysiężenia w Sejmie poprowadzą redaktorzy Bohdan Tomaszewski i Tomasz Lis. Transmisję z przejęcia zwierzchnictwa nad wojskiem na dziedzińcu Zamku Królewskiego – redaktorzy Wojciech Reszczyński i Tomasz Lis. Transmisję z przejęcia insygniów prezydenckich od prezydenta RP na wychodźstwie, Ryszarda Kaczorowskiego, również redaktorzy Reszczyński i Lis. Nie życzymy sobie, by jakikolwiek udział w relacjach z zaprzysiężenia miała redaktor Jakubowska, która była twarzą propagandy w poprzednim ustroju.

Z przerażenia miałem ochotę wejść pod krzesło, na którym siedziałem. Gra była ostra. Ludzie prezydenta elekta impertynencko próbowali narzucić swoją wolę moim szefom. Ja, o czym nie miałem zielonego pojęcia, byłem częścią tego planu. Znalazłem się w idiotycznej sytuacji. Aleksandra Jakubowska, o czym wszyscy wiedzieli, była faworytką szefa „Wiadomości”, ale nawet gdyby nie była, na takie dictum musiał odpowiedzieć tak, jak odpowiedział. – Nie ma naszej zgody. Transmisja z Sejmu – redaktorzy Jakubowska i Dziemidowicz, z Zamku – redaktorzy Reszczyński i Lis. Szef „Wiadomości” postawił na swoim, burza minęła, przynajmniej na chwilę. Choć wiadomo było, że już po zaprzysiężeniu na plac Powstańców zawita radykalna zmiana.

Siedem miesięcy po rozpoczęciu pracy w TVP, razem z człowiekiem, który był wielką gwiazdą „Teleexpressu” i „Wiadomości”, prowadziłem transmisję z Zamku Królewskiego, gdzie nowy prezydent przejmował zwierzchnictwo nad wojskiem i w czasie uroczystości deklarował przywrócenie ciągłości niepodległego państwa polskiego. To był finał pierwszych od grubo ponad pół wieku wolnych wyborów w Polsce. Półtora roku wcześniej suszyłem w Norwegii torf, rok wcześniej nie myślałem nawet o pracy w telewizji. Cztery miesiące wcześniej prowadziłem swoją pierwszą transmisję – z obrad Senatu. Teraz byłem w miejscu, na które patrzyła cała Polska. Umówmy się, nie zawdzięczałem tego ani szczególnemu talentowi, ani wytrwałej pracy. Wicher historii zmieniał Europę i Polskę, a jego podmuch wyrzucił mnie na orbitę, na której według wszelkich reguł prawdopodobieństwa nie mogłem się znaleźć.

Następnego dnia wsiadłem do pociągu i pojechałem na święta do rodziców. Po drodze przypomniałem sobie rozmowę z redaktorem Witoldem Stefanowiczem, też gwiazdą „Dziennika Telewizyjnego”. Zagadnął mnie tuż po pierwszym kolegium w „Wiadomościach”, na którym byłem, jeszcze przed moim debiutem. – A pan z Warszawy? – zapytał. – Nie, z Zielonej Góry – odpowiedziałem. – A ma pan mieszkanie w Warszawie? – Nie mam. – A gdzie pan ma? – Nigdzie, rodzice mają w Zielonej Górze. – To bardzo dobrze. – Dlaczego dobrze? – Bo tu różnie bywa, a dobrze jest mieć dokąd wracać – zakończył kąśliwie. W sumie miał rację. Teraz już miałem swój kąt w Warszawie, ale co będzie dalej?

Wicher historii wciąż wieje. Jeden podmuch wyrzucił mnie na daleką orbitę. Inny może mnie zdmuchnąć w nicość. Metafora wydawała się zresztą na miejscu. Lech Wałęsa zapowiadał w kampanii „wietrzenie Warszawy”. Widok jego ludzi na spotkaniu na placu Powstańców nie pozostawiał wątpliwości. Będą pilnować, żeby w tej jednej sprawie dotrzymał słowa. W każdym razie w „Wiadomościach” i okolicach.

Sylwestra 1991 roku spędziłem u Jarosława Kaczyńskiego. Stop. Żeby nie było zbyt krotochwilnie, precyzuję – w sylwestra razem z Moniką Olejnik robiłem wywiad z Jarosławem Kaczyńskim w siedzibie jego partii, Porozumienia Centrum. Późne popołudnie 31 grudnia – pora na wywiad dość niezwykła, ale dlaczego nie. Moja dziewczyna była w Paryżu, żadnych zobowiązań towarzyskich nie miałem. Monika i prezes Kaczyński najwyraźniej też nie.

Przeczytałem sobie teraz ten wywiad. Mam wrażenie, że to rozmowa z zupełnie innym Kaczyńskim niż ten, którego ogromna większość Polaków zna od wielu lat. Pełen kurtuazji nawet wobec politycznych rywali. Powściągliwy nawet w ocenie wrogów. Zabawny, autoironiczny. – Nie marzy pan o tym, by zostać premierem? – zapytaliśmy. Kaczyński odpowiedział, że przeciwstawił się – jak żartował – PPS, Polskiej Partii Solidarności, czyli grupie Geremka, Mazowieckiego i Michnika, w efekcie czego był ostro zwalczany, co popsuło mu wizerunek. – Poza tym są obiektywne warunki – dodał. – To znaczy? – Niektórzy twierdzą, że jestem gruby i arogancki. – Nie zgadza się pan z tym? – Z drugim przymiotnikiem nie, ale co z tego. Taki wizerunek zmniejsza moje polityczne możliwości. Podobnie jest z Geremkiem, który przez wyniosłość traci dużo w oczach zwykłych ludzi.

Zapytaliśmy Kaczyńskiego, czy prawdą jest, że w czasie rozmów koalicyjnych nad stworzeniem rządu Olszewskiego, który powstał kilka dni wcześniej, wyciągnął pistolet. – To ten pistolet – pokazał go. – Naładowany? – Tak. – Dlaczego pan go wyjął? – Jeden z liberałów mówił o encyklikach papieskich, w których krytykowano liberalizm w gospodarce. Ponieważ jestem chadekiem, zażartowałem za pomocą pistoletu.

Nie, jeśli ktoś uznaje ten fragment za ilustrację „gangsterskiej” polityki przełomu lat 80. i 90., to grubo się myli. Tu raczej mieliśmy ilustrację pewnej dezynwoltury samego Kaczyńskiego. Do dziś zresztą wątpię, czy pistolet, który nam pokazywał, był naprawdę nabity.

Wracając do samego Kaczyńskiego, więcej niż ten pistolet mówiło o nim to, jak potrafił kpić sam z siebie. – Ma pan czas na kobiety? – Nie mam, ale poza tym – niech mi się pani przyjrzy – naprawdę nie zmuszam do kurtuazji. Już jako dziecko postanowiłem, że będę starym kawalerem. To akurat mi się udało.

Nabity albo nie nabity pistolet w czasie negocjacji z liberałami Donalda Tuska wydaje się niezłą zapowiedzią tego, co działo się dwie dekady później (jak wiadomo, pistolet, który widzimy na początku przedstawienia, musi w końcu wystrzelić). Polityka tamtej epoki, co pokazała już kampania prezydencka, a potem wojna Wałęsy z Kaczyńskimi, gdy byli ministrami w jego kancelarii, bywała wybitnie brutalna. A jednak wciąż całkiem silne było poczucie jakiejś solidarnościowej wspólnoty. Ludzie z Unii Demokratycznej, Porozumienia Centrum czy Kongresu Liberalno-Demokratycznego Donalda Tuska i Jana Krzysztofa Bieleckiego byli, jak się wtedy mówiło, z jednego solidarnościowego pnia.

Wśród dziennikarzy też nie było więc silnych podziałów, odpowiadających liniom dzielącym partie i polityków. Można było doceniać polityczną sprawność Kaczyńskiego, szanować Geremka i Mazowieckiego i lubić liberałów. Po latach nie jestem w stanie w żaden sposób określić sympatii politycznych w grupie dziennikarzy, którzy byli wtedy sprawozdawcami parlamentarnymi: Moniki Olejnik (wtedy z radiowej Trójki), Andrzeja Morozowskiego (wtedy z Radia Zet), Dominiki Wielowieyskiej („Wyborcza”), Marii Bnińskiej (Głos Ameryki), Barbary Górskiej (Zetka) czy Barbary Hrybacz (Wolna Europa). Może ze względu na fakt, że nie mieliśmy określonych poglądów politycznych, łatwiej było pielęgnować towarzyskie związki. A my po prostu się lubiliśmy. Spędzaliśmy ze sobą na sejmowych korytarzach masę czasu. Razem pracowaliśmy, razem się bawiliśmy.

Nie ma co idealizować przeszłości, żeby nie gadać jak stary dziad powtarzający ciągle „za moich czasów…”, ale jednak za naszych czasów było ciekawie i – jakkolwiek zabrzmi to może śmiesznie – wzniośle. Polska demokracja raczkowała. My w większości raczkowaliśmy w zawodzie. Obok nas działa się wielka historia. Mieliśmy poczucie, że uczestniczymy w czymś nadzwyczajnym. Mieliśmy poczucie – przepraszam za patos – jakiejś misji, obowiązku wobec widzów, słuchaczy czy czytelników.

Mediów było wtedy w sumie niewiele. Wiadomości oglądało często pod 10 milionów ludzi. Naprawdę liczyło się każde słowo, a robota była jednak cięższa niż dziś. Nikomu z nas nie mieściło się w głowie, że mógłby do Sejmu wysłać asystenta i ograniczyć się do zmontowania wszystkiego w redakcji. Trzeba było być na miejscu. Zresztą na miejscu było fantastycznie. Fascynująco. W pierwszym Senacie Stanisław Stomma i Gustaw Holoubek, Andrzej Szczypiorski i Andrzej Wajda, bracia Kaczyńscy i Andrzej Celiński. W Sejmie po 1991 roku Tadeusz Mazowiecki i Wiesław Chrzanowski, Bronisław Geremek i Stefan Niesiołowski, Adam Michnik i Jacek Kuroń, Aleksander Kwaśniewski i Włodzimierz Cimoszewicz, Marek Jurek i Józef Oleksy. Gdy któryś z nich zabierał głos, lecieliśmy z kuluarów na miejsca dla sprawozdawców, bo tego po prostu trzeba było słuchać. Po dekadach partyjnej nowomowy prawdziwa polityka i prawdziwe debaty. A wśród mówców ekstraliga. Naprawdę smutno jest patrzeć na dzisiejsze obrady Sejmu. Kontrast jest wybitnie dołujący. Minęło prawie 30 lat, a tu im dalej, tym gorzej. Jasne, w tamtych sejmach też byli trzecioligowcy, postaci egzotyczne. Ale to nie one nadawały ton. Siedziały jak mysz pod miotłą i na wszelkie wypadek w ogóle się nie odzywały. Dziś często ton próbują nadawać absolutni troglodyci, na przykład..., zresztą szkoda gadać.

Na placu Powstańców, zgodnie z przewidywaniami, doszło do wietrzenia. Stanowisko stracił Jacek Snopkiewicz, razem z nim odeszła Aleksandra Jakubowska. Dla mnie to był stres, dostałem polecenie, że mam ją zastąpić. Rola sejmowego sprawozdawcy TVP była wtedy czymś naprawdę znaczącym. Całodzienne transmisje nadawane w Dwójce, materiały w „Wiadomościach”. Było się w okolicach reporterskiego szczytu, znowu znalazłem się na nim siłą zdarzeń, a nie dzięki umiejętnościom czy doświadczeniu. W styczniu zostałem sprawozdawcą w Sejmie, a już w marcu nowy szef „Wiadomości”, Lech Dymarski, poeta z Poznania, poinformował mnie, że tuż po Wielkanocy mam prowadzić główne wydanie „Wiadomości”. Jak ja tego nie chciałem! Poprosiłem dyrektora, by mnie z tego obowiązku zwolnił. Nic z tego. Poprosiłem Wojciecha Reszczyńskiego, by przekonał dyrektora w moim imieniu. Bez skutku.

Byłem zdesperowany. Kompletnie się do tego nie nadawałem. Fakt, chciałem już być „tym Cronkite’em”, ale na swoich warunkach, w odpowiednim momencie, kiedyś. Miałem świadomość, że potrzebuję jeszcze wielu lat pracy. Nowy szef chciał mojej twarzy nieskażonej współpracą ze „starym”. A ja wiedziałem, że twarz szybko się zużyje. Rękami i nogami broniłem się więc przed prowadzeniem głównego wydania. Broniłem się jednak na razie bezskutecznie i gdy jechałem do rodziców na Wielkanoc, czułem, że jestem pod ścianą. Aż do wielkanocnego poniedziałku, gdy usłyszałem w „Wiadomościach”, że Lech Dymarski właśnie przestał być ich szefem. Ufff. Wielka ulga. Nowym dyrektorem został Sławomir Zieliński z radiowej Trójki. Dwa lata później jeszcze raz naciskano, bym prowadził główne wydanie. Bez skutku. Nie poprowadziłem go szczęśliwie nigdy. W każdym razie nie „Wiadomości”.

W drugiej połowie 1991 roku historia znowu przyspieszyła. Na przełomie lipca i sierpnia zaczęła się wojna w Jugosławii. A w zasadzie w byłej Jugosławii. Słoweńcy wyszli z niej pierwsi. Zaraz potem zrobili to Chorwaci. Prezydent Jugosławii, Slobodan Milošević, ruszył na wojnę z Chorwatami.

W połowie sierpnia, na własną prośbę, na wojnę do Chorwacji ruszyłem ja. Pojechaliśmy na nią razem z operatorem Markiem Kupsiem i kolegą z redakcji wojskowej Edmundem Malinowskim.

Bardzo chciałem zobaczyć wojnę. Jakieś działania wojenne toczyły się już 50 kilometrów od Zagrzebia, w którym zamieszkaliśmy, ale prawdziwa wojna była dalej. Jeszcze przed wyjazdem przeczytałem, że najbardziej zażarte walki trwają w „trójkącie śmierci” między miejscowościami Osijek, Vukovar i Vinkovci, blisko granicy między Chorwacją a Serbią. Dostaliśmy się tam bez kłopotu. Na autostradzie z Zagrzebia do Belgradu nie było ani jednego samochodu. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Tam, w całkowicie zniszczonym Vukovarze, szybko znaleźliśmy jakiś chorwacki oddział.

Dziesięciu żołnierzy relaksowało się w okopie otoczonym workami z piaskiem. Niedaleko było słychać strzały. Tuż obok okopu był zrujnowany spożywczak, w którym jednak wciąż stała cała masa butelek z alkoholem. Strach dość szybko ustąpił. Ale nie aż tak, byśmy nie przestraszyli się, gdy nagle nad naszymi głowami zaczęły latać serbskie kule. Kule to zresztą pół biedy. W Chorwacji głośno mówiło się wtedy, że Serbowie, gdy już złapią wroga albo kogoś, kogo nie lubią, dokonują często kastracji. Może to były tylko legendy, ale jakoś nie miałem ochoty tego weryfikować.

Chorwaci ruszyli w stronę Serbów, większość z nich zniknęła, a kul nad naszymi głowami latało coraz więcej. Zaczynało to być naprawdę niepokojące. Chcieliśmy się ewakuować. Powiedziałem tylko Markowi Kupsiowi, żeby filmował mnie biegnącego w momencie, gdy wciąż strzelają. Jak zabiją, będzie pamiątka, jak zranią albo nie – będą dobre zdjęcia. Wiem, wiem, strasznie to brzmi szczeniacko, ale tak wtedy myślałem i po prostu opowiadam, jak było. Dostałem potem od prezesa TVP pochwałę i naganę na piśmie. Pochwałę za odważną pracę reporterską i naganę za przebywanie na linii frontu, do tego na linii ostrzału.

W Chorwacji zrobiłem kilka materiałów, ale ostatniego już nie wyemitowano. Gdy przyszliśmy na montaż, ktoś włączył telewizję CNN. Na ekranie były czołgi w centrum Moskwy. Na jednym z nich Borys Jelcyn. Szybko nam wyjaśnili, co się dzieje. Prezydenta Gorbaczowa aresztowali na Krymie, władzę przejęła junta z wiceprezydentem Janajewem na czele, Jelcyn został przywódcą ruchu sprzeciwu wobec puczystów.

Z obowiązku dokończyłem montaż materiału, ale wiedziałem, że nikt go nie puści na antenie. Wczoraj story była wojna w Jugosławii, dziś nikt się nią nie interesował. Świat mówił wyłącznie o Moskwie. Nie było najmniejszego sensu siedzieć w Zagrzebiu. Wsiedliśmy więc w poloneza i pojechaliśmy do Warszawy, w której byliśmy po 24 godzinach. Na placu Powstańców niespodzianka. Nowy szef, Ryszard Grabowski z solidarnościowego Studio Video Gdańsk, i jego zastępca, Andrzej Turski. Przyszedłem zameldować swój powrót, a tu od razu dostałem nowe zadanie. – Pójdziesz do Belwederu, za godzinę Wałęsa ma konferencje prasową – powiedział Andrzej Turski. – Ale ja nie mam pojęcia, co się dzieje – broniłem się. – Nic się nie dzieje – mówił spokojnie Turski – w tym rzecz. Pani Thatcher, Havel i inni już kilka dni temu potępili puczystów, a Wałęsa nie powiedział jeszcze ani słowa.

Pojechałem do Belwederu. Lech Wałęsa potępił pucz Janajewa, co było o tyle proste, że pucz już upadł. Szybko skleciłem jakiś materiał, który skończyłem stand-upem, czyli komentarzem na stojąco: „Podczas gdy premier Wielkiej Brytanii, prezydent Czech oraz inni przywódcy europejscy i światowi natychmiast po rozpoczęciu puczu potępili puczystów, prezydent Lech Wałęsa potrzebował sześciu dni, by to uczynić”. W Belwederze to się nie spodobało. W następnych miesiącach Ryszard Grabowski i Andrzej Turski kilka razy mówili mi, że Mieczysław Wachowski, de facto prawa ręka Wałęsy, nalega, by mnie z „Wiadomości” wykurzyć. – Ale spokojnie, Rysiek nie da cię tknąć – uspokajał Andrzej. I rzeczywiście, nie dał. 20 lat później, co brzmi całkiem rozkosznie, niejaki Piotr Semka twierdził, że karierę w telewizji robiłem dzięki Wachowskiemu.

Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, co działo się w Warszawie w czasie puczu. Lech Wałęsa wpadł na pomysł, że skontaktuje się z Janajewem. Na szczęście powstrzymał go premier Bielecki. Na żadne potępienie puczu wtedy, w pierwszych godzinach i dniach, Wałęsa się nie zdobył. Prawda, sprawy w Moskwie mogły się potoczyć różnie, ale stanowisko polskiego prezydenta powinno być jasne. Nie było. W ogóle nie było żadnego stanowiska.

O puczu, Janajewie i całym zamieszaniu szybko wszyscy zapomnieli, bo Polska właśnie wchodziła w kampanię wyborczą przed październikowymi pierwszymi wolnymi wyborami parlamentarnymi. Nie było w nich żadnego faworyta, a czysto proporcjonalna ordynacja gwarantowała rozproszkowany parlament, wielkie trudności ze zbudowaniem większościowej koalicji, prawdopodobny słaby rząd i ogólny chaos. Tak też się stało. Do parlamentu weszło 25 (!) ugrupowań. Zwyciężyła Unia Demokratyczna (13,5 proc.), przed SLD (13 proc.), ale żadna z tych dwóch partii nie weszła do rządu. W roli politycznego machera znowu wystąpił Jarosław Kaczyński. Zadanie miał wybitnie trudne, ale dopiął swego. Po ponad dwóch miesiącach trwających od rana do nocy przepychanek, podchodów, negocjacji i intryg, dzień przed Wigilią powołano rząd. Na jego czele stanął Jan Olszewski. Wśród ministrów byli Antoni Macierewicz (MSW) i Jan Parys (MON). Rząd był mniejszościowy, miał poparcie mniej więcej 150 posłów. Wiadomo było, że za kilka miesięcy albo koalicja się poszerzy, albo rząd padnie. Choć nikt nie przewidywał, jakie turbulencje nastąpią już za chwilę i w jak dramatycznych okolicznościach ten upadek nastąpi.

W dniu wyborów wszyscy ekscytowali się oczywiście ich wynikami. Z perspektywy czasu zdecydowanie istotniejsza wydaje się ówczesna frekwencja. Była dramatycznie niska – 43 proc. Katastrofa. Po 60 latach przerwy Polska miała znowu wolne wybory, a zdecydowana większość Polaków je zignorowała. W 1922 roku, gdy poziom wykształcenia Polaków był nieporównanie niższy, a media były nieporównanie słabsze, frekwencja w wyborach parlamentarnych wyniosła 67,7 proc., a w 1928 roku aż 78,3 proc. Z jakichś względów Polacy nie mieli teraz apetytu na demokrację. Można było to oczywiście tłumaczyć sejmowymi swarami, nużącymi konfliktami, ale kiepskie to tłumaczenia. Ta polityka była bardzo poważna, poważni byli najważniejsi politycy, stawka była ogromna, przemiany – rewolucyjne. Nie ma więc sensownego wytłumaczenia poziomu absencji. Może poza jednym. Komunizm oduczył Polaków udziału w procesie demokratycznym skuteczniej niż zabory. Wystarczy przypomnieć, że 4 czerwca 1989 roku frekwencja wyborcza wyniosła 62 proc., niecałe dwie trzecie uprawnionych.
Później zbudowano w Polsce różne mity. W tym mit narodu, który gremialnie sprzeciwiał się znienawidzonemu komunizmowi i skorzystał z pierwszej okazji, by zrzucić kajdany. Nic podobnego. Po rozbiciu Solidarności reżimowi Jaruzelskiego sprzeciwiła się garstka ludzi, a gdy naród dostał okazję obalenia reżimu, prawie 40 proc. ludzi nie skorzystało z szansy. Dwa lata później wyborcza frekwencja jeszcze bardziej spadła.

Wyborcza absencja pokazała, że zdecydowanie najsilniejszą partią w Polsce była partia stojących z boku. Uważali oni najwyraźniej, że nie reprezentuje ich żadna z tak wielu partii. Większość Polaków, zamiast uczestniczyć w procesie demokratycznym, wybrała rolę obojętnych albo wrogo nastawionych obserwatorów. W kolejnych wyborach odsetek głosujących był raz niższy, raz wyższy, ale nigdy nie był on naprawdę wysoki. Polacy mieli problem z polską polityką albo ich ona nie obchodziła. A to już był potencjalnie wielki problem Polski. W sumie, biorąc pod uwagę fakt, że tak dużo osób miało tak duży dystans do tego, co się działo w kraju, trzeba uznać, że w następnych latach radykalne, a dla wielu bardzo bolesne, przemiany odbyły się niemal bezszelestnie.

Spokój na górze długo był jednak okupiony ogromnym niepokojem na dole. Rewolucja Balcerowicza, która potem przez ponad dwie dekady, aż do dziś, była często brutalnie krytykowana, miała głęboki sens i przyniosła wielki sukces. Wielu z tych, którzy patrzyli na nią z boku, do dziś mówi, że można było lepiej i mądrzej, ale to czyste teoretyzowanie. Kto pamięta puste półki i galopującą inflację, kto pamięta tamten czas końca 1989 i początku 1990 roku, ten wie, że to, co dziś uznaje się za udaną reformę Balcerowicza, którą można było podobno zrobić dużo lepiej, było w swej istocie cudem.

Rodził się nowy świat, bez może nieefektownych, ale jednak realnych zabezpieczeń, które dawał ludziom PRL. Wielkie zakłady pracy, dokładnie te, które były bastionami Solidarności, często padały, masa rolników wpadła w pułapkę zadłużenia. Niezwykły, pierwszy w historii eksperyment w postaci przejścia od komunizmu z powrotem do gospodarki rynkowej skończył się dla kraju ogromnym sukcesem, ale dla bardzo wielu obywateli oznaczał klęskę. Cena sukcesu dla bardzo wielu Polaków była niezwykle wysoka. Czy do uniknięcia? Może nie, ale stanowiła ważny fakt społeczny. Stanowi go zresztą do dziś.

Końcówka kampanii wyborczej i negocjacje w sprawie powołania nowego rządu były dla mnie najbardziej intensywnym okresem pracy od momentu, gdy zostałem dziennikarzem, aż do dziś. 70 kolejnych dni, od rana do nocy, bez przerwy. I wiadomo było, że jeśli po burzy nastanie spokój, to tylko na chwilę. Już następne miesiące miały być bardzo burzliwe. I w Polsce, i na placu Powstańców.

Początek 1992 roku był jak miniaturowa zapowiedź tego, co działo się po roku 2015. Polska miała prawicowy rząd, bardzo silnie zideologizowany, gotowy walczyć z zagrożeniem czerwonym, a jeszcze bardziej liberalnym. Był patriotyczny w formie i dość nieudolny w treści. I naprawdę nie byłem tym w najmniejszym stopniu zaskoczony. W owe niedziele, gdy prosiłem redaktora Boćkowskiego o zgodę na robienie materiałów, bardzo często lądowałem na posiedzeniach Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, już wyrwanego z rąk Bronisława Geremka, Henryka Wujca czy Władysława Frasyniuka, ludzi związanych potem z Unią Demokratyczną i Unią Wolności. W nowym składzie było, to prawda, wiele postaci znamienitych, a w czasach opozycji nawet legendarnych – Jan Olszewski, Antoni Macierewicz czy Władysław Siła-Nowicki. Ale jednocześnie nad ich obradami zawsze unosiła się w powietrzu jakaś zła energia, jakiś zaduch, paskudna atmosfera frustracji, zawodu pomieszanego z żądzą rewanżu. Był to swoisty salon odrzuconych – ludzie, którzy nie załapali się na zmianę z 1989 roku albo nie chcieli się na nią załapać, bo uważali, że Okrągły Stół, podobnie jak wybory kontraktowe, był błędem. Sądzili, że generalnie z komunistami żadnych kontraktów zawierać się nie powinno, a zamiast tego trzeba było po prostu poczekać, aż komunizm zdechnie, po czym komuchów się dobije. Nie była to koncepcja całkowicie irracjonalna. Ale mniejsza z tym, nie to było z mojego punktu widzenia głównym problemem tej grupy. Była nią kwestia smaku. Ci ludzie wyglądali jak wyjęci z formaliny i zanurzeni w kompleksach. Jarosław Kaczyński trochę ich kokietował, ale widać było, że to też nie jego bajka. Zresztą szybko można było zauważyć, że między nim a Janem Olszewskim toczyła się rywalizacja, a ich relacje pełne były nieufności i podejrzeń. Kaczyński podejrzewał, i słusznie, że Olszewski chce mu ukraść Porozumienie Centrum. Olszewski podejrzewał, i słusznie, że Kaczyński chce mieć nieformalny, a gigantyczny wpływ na jego rząd. Tuż przed jego powołaniem wykiwał więc Jarosława Kaczyńskiego i zamiast, jak chciał lider PC, powołać na szefa Urzędu Rady Ministrów Lecha Kaczyńskiego, powołał na to stanowisko swego przyjaciela Wojciecha Włodarczyka, historyka sztuki, jak kąśliwie mówił Kaczyński.

Partyzancka polityka Jarosława Kaczyńskiego napotkała na dwie przeszkody. Wałęsa i Olszewski szczerze się nie znosili, ale akurat w sprawie ambicji braci Kaczyńskich zdanie mieli podobne. Wałęsa nie chciał, by Kancelaria Prezydenta zamieniła się w bazę wypadową i bastion wpływów Porozumienia Centrum. Olszewski nie chciał, żeby Kaczyński ukradł mu rząd. Do konfrontacji Wałęsy z Kaczyńskim i awantury, w której obaj grozili sobie prokuratorem, doszło w listopadzie 1991 roku. Wyrzucony przez Wałęsę Jarosław przestał być szefem Kancelarii Prezydenta, a Lech – szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. W relacji Kaczyński – Olszewski na razie panowała swego rodzaju dynamiczna równowaga, obaj mieli w końcu tego samego wroga i obaj nie cierpieli nieformalnego wiceprezydenta, Mieczysława Wachowskiego, ale równowaga była krucha. Wspólny wróg mógł łączyć, ale tylko do czasu.

Między Wałęsą a Olszewskim musiało dojść do zwarcia, potem do otwartego konfliktu, a na końcu do wojny, z której tylko jedna strona mogła wyjść zwycięsko. Szef MSW Antoni Macierewicz i minister obrony Jan Parys nie ukrywali niechęci do Belwederu i prezydenta. Wałęsa reagował na to wybitnie alergicznie. W czasach poprzedniego rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego prezydent miał ogromny wpływ na te dwa resorty. Teraz został go praktycznie pozbawiony. Więcej – ze strony obu ministrów w kierunku Belwederu leciały pociski. Zresztą pałac prezydencki też korzystał z okazji, by strzelać do wroga.

Rząd i Belweder walczyli także o telewizję. Wałęsa miał swojego prezesa – Janusza Zaorskiego. Olszewski miał swojego szefa programów informacyjnych – Roberta Terentiewa. W jego otoczeniu po kilku tygodniach pojawił się Jacek Kurski.

Znałem Kurskiego. Dziś może się to wydawać solidnie egzotyczne, ale nasze spotkania na korytarzach sejmowych były sympatyczne. W 1990 i 1991 roku Kurski i Piotr Semka, młodzi dziennikarze „Tygodnika Gdańskiego”, w Sejmie byli często. Razem z Kurskim kibicowaliśmy wcześniej Wałęsie, ale gdy drogi Wałęsy i Kaczyńskiego się rozeszły, rozeszły się i nasze. A definitywnie rozeszły się na początku 1992 roku, gdy Kurski pojawił się w „Wiadomościach”.

Przez poprzednie dwa lata różnie w nich bywało. Pamiętam, jak w pierwszych dniach mojej pracy w TVP, w maju 1990 roku, rozpoczął się strajk na kolei. Redagowaliśmy wtedy, umówmy się, średnio znaczący dziennik nadawany przed północą, gdy powiedziano nam, że jakaś informacja nie może iść, bo „dzwonił Kuroń i powiedział, że zawiesza obiektywizm”. Gdy robiłem rozszerzone relacje z konferencji prasowych rzecznika rządu Małgorzaty Niezabitowskiej, na plac Powstańców w każdy piątek przyjeżdżał niejaki Tomasz Drzewosowski z biura pani rzecznik z listą, które pytania mają iść, a które nie. Szybko doszło do spięć i po kilku tygodniach odsunięto mnie od tych relacji.

Na tym tle w następnym roku, w czasie rządów premiera Bieleckiego, w „Wiadomościach” było idealnie. Zero jakichkolwiek ingerencji. Zero. Gdy kiedyś przyparłem Bieleckiego serią pytań, po kilkunastu dniach na korytarzu sejmowym powiedział mi, że rozmawiał z amerykańskimi dziennikarzami i zapytał ich, czy ta seria pytań była fair, a oni podobno powiedzieli mu, że nie do końca. Ale tyle. Samo w sobie to było szokujące. Szef rządu nie dzwonił do szefa reportera, żeby reporterowi ściąć głowę, ale osobiście zgłaszał zwykłemu sejmowemu dziennikarzowi swoje zastrzeżenia. Na tym tle pojawienie się Kurskiego było szokiem.

Jacek nigdy nie ukrywał, że całe to dziennikarstwo to dla niego tylko metoda walki politycznej, że „Wiadomości” nie są żadnym programem informacyjnym, ale są – a w każdym razie powinny, według niego, być – instrumentem w rękach władzy, rządu. Kurski był bardzo inteligentny i dowcipny, w sumie wciąż go lubiłem, ale różnica filozofii była między nami ogromna. Uważałem, że to, co on proponuje i chce realizować, musi oznaczać praktyczną śmierć dziennikarstwa i niezależności, co dla mnie było święte. Mogłem popierać Wałęsę, ale przez sekundę bym się nie wahał go skrytykować, gdyby na to zasługiwał. Kurski popierał rząd Olszewskiego, a Wałęsę zwalczał, Olszewskiemu więc jak mógł pomagał, a Wałęsę jak tylko mógł szturchał.

Dwadzieścia kilka lat później Kurski by się ze mną nie patyczkował i wyleciałbym z pracy momentalnie, ale wtedy w TVP panowała pewna równowaga sił i jakiś klincz, mniej więcej taki sam, jak między Wałęsą i rządem. Oczywiście napięcie rosło z tygodnia na tydzień i nikt nie miał wątpliwości, że nadchodzi kulminacja. Choć nikt nie spodziewał się, że jej ostateczny akt zaczął się w majowy, piątkowy wieczór, gdy na sejmową trybunę wszedł poseł Janusz Korwin-Mikke. Niespodziewanie zgłosił projekt uchwały lustracyjnej, w której Sejm wzywał ministra spraw wewnętrznych „do przedstawienia zasobów archiwalnych MSW, dotyczących tajnych agentów z czasów PRL”. Moment zgłoszenia i przyjęcia uchwały nie był przypadkowy. Dwa dni wcześniej Wałęsa ogłosił, że stracił zaufanie do rządu. Nadchodziło ostateczne starcie.

Zapach prochu było czuć także na placu Powstańców. Już dzień po przyjęciu uchwały lustracyjnej w „Wiadomościach” pojawił się rzecznik Macierewicza, Tomasz Tywonek. W gabinecie szefa codziennie odbywały się operatywki z udziałem Kurskiego i zaufanych dziennikarzy. Tacy jak ja oczywiście do tego kręgu nie mieli wstępu. I nie mieli też prawa robić materiałów o lustracji, poza relacjami z Sejmu, od których jeszcze mnie nie odsunięto, ale wyraźnie mi sugerowano, że ten moment zbliża się nieuchronnie.

Któregoś dnia zadzwonił do mnie wicemarszałek Sejmu, Józef Zych. – Przyjeżdżaj natychmiast do Sejmu – usłyszałem. Marszałek Zych z PSL był moim krajanem. Dla niego byłem chłopakiem z Zielonej Góry, a więc zasługiwałem na zaufanie. – Słuchaj, masz tu ekspertyzę sejmowego biura prawnego. Wynika z niej, że uchwała lustracyjna jest nielegalna – powiedział. Spojrzałem na zegarek. – To ciekawe, ale jeśli ma to dziś pójść w „Wiadomościach”, to w tej sekundzie muszę lecieć na plac. – Leć.

W tamtych czasach nie pisaliśmy na komputerach. Depesze pisano w tak zwanej maszynowni. To taki pokój, w którym teksty dyktowało się paniom maszynistkom. Pisały w pięciu egzemplarzach, między kartkami były kalki (czy dzisiejsza młodzież wie, co to kalki?), więc po wizytach w maszynowni zawsze mieliśmy ręce upaprane na czarno.

Dyktowałem pani maszynistce depeszę o ekspertyzie, ale jak zawsze świadków było tu wielu. Zbyt wielu. Gdy ruszyłem trzy piętra niżej, by kartkę z informacją zanieść prowadzącemu „Wiadomości” Tadeuszowi Zwiefce, dziś eurodeputowanemu PO, po schodach biegł już za mną Kurski. – Stój, wiem, kto ci to dał, to Rokita! – wrzeszczał. Biegłem dalej, a Kurski za mną, drąc się w niebogłosy. – Stój, ty psie udecki! (Od Unii Demokratycznej) – krzyczał. Nie miałem czasu wyjaśniać Kurskiemu, że żaden Rokita, ale Zych. Dobiegłem do studia, dałem kartkę Zwiefce i zamknąłem drzwi, by Kurski nie mógł mu jej zabrać. Czasem walka o informację miała wymiar bardzo dosłowny.

W drugiej połowie maja premier Olszewski odwołał z funkcji szefa TVP Zaorskiego i powołał Zbigniewa Romaszewskiego, swego starego przyjaciela. Nowemu prezesowi zapewne nie spodobała się moja relacja z obrad Sejmu 3 czerwca, bo zaraz po „Wiadomościach” zadzwoniła do redakcji sekretarka prezesa. Miałem się zgłosić do niego na dywanik następnego dnia, 4 czerwca.

Postanowiłem udawać, że zaproszenie do mnie nie dotarło. Wiadomo było, że kolejnego dnia w Sejmie wszystko się rozstrzygnie, bo do marszałka Sejmu trafił już wniosek o odwołanie rządu, a z Belwederu było słychać ładowanie strzelby. Gdyby Romaszewski mnie wyrzucił, a potem nastąpiłaby zmiana, pojawiłyby się być może kłopoty formalne z przywróceniem mnie do pracy. Gdyby Wałęsie i sejmowej większości udało się odwołać Olszewskiego i jego rząd, razem z nimi natychmiast poleciałby Romaszewski. Gdyby w tej rozgrywce wygrał Olszewski, prawdopodobnie poleciałbym ja. W każdym razie wizyta na Woronicza nie miała sensu.

W Sejmie jeszcze przed godziną 9.00 podbiegł do mnie jeden z asystentów Bronisława Geremka, Jakub Borawski, potem szef Sejmowego Biura Prawnego, usunięty przez „dobrą zmianę”. – Macierewicz dostarczył do klubów parlamentarnych informacje o zasobach archiwalnych MSW. – Czyli listę agentów? – zapytałem. – Czyli listę ludzi, którzy, według niego, powinni być uznani za agentów. – Kto tam jest? – Wałęsa i Chrzanowski plus cała reszta.

To była prawdziwa bomba. Macierewicz chciał wysadzić w powietrze prezydenta i marszałka Sejmu, pierwszą i drugą osobę w państwie. Pachniało to parlamentarnym zamachem stanu. To, że na liście znalazł się Wałęsa, nawet niespecjalnie szokowało. W kuluarach od dawna plotkowano, że to on będzie głównym celem ataku. Ale Chrzanowski? Bohater Powstania Warszawskiego, więzień w czasach stalinizmu, człowiek krystalicznie czysty? Cóż, Chrzanowski był szefem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, partii, której członkiem był Macierewicz. Ten najwyraźniej chciał ustrzelić głowę państwa, ale jednocześnie szefa swej partii, by tę partię przejąć. Lista domniemanych agentów była dość długa. Można było o niej powiedzieć wiele, ale nie to, że była tajna, choć tajna teoretycznie miała być. Kto na niej był? Tu nawet nie były potrzebne przecieki. Wystarczyło spojrzeć na ludzi chodzących po sejmowych korytarzach. Trafieni byli ewidentnie zmasakrowani, złamani, snuli się po korytarzach resztką sił. Oni doskonale wiedzieli, że być może już za chwilę Olszewski nie będzie premierem, a Macierewicz – ministrem, ale smród po tej operacji zostanie z tymi, którzy są na liście, na długie lata. Może na zawsze.

Późnym popołudniem do Sejmu przyjechał Wałęsa. Rozpoczynała się egzekucja. Potem do upadku rządu Olszewskiego z wielkim uporem dorabiano legendę o spisku agentów, postkomunistów, liberałów dla obalenia pierwszego prawdziwie niekomunistycznego i patriotycznego rządu. Ale prawda była prosta i banalna. To był mniejszościowy rząd, słaby poparciem w parlamencie, słaby pozycją premiera, słaby merytorycznie, pełen postaci nieudolnych. Jarosław Kaczyński dobrze wiedział, że taki rząd musi w końcu upaść, i stawał na głowie, by rozszerzyć rządową koalicję o Unię Demokratyczną Mazowieckiego i KLD Tuska. Olszewski markował negocjacje, które toczyły się ślamazarnie i do niczego nie mogły doprowadzić. Premier nie chciał poszerzenia koalicji, bojąc się zmniejszenia swych wpływów. Grał więc na czas. W pewnym momencie musiał zdawać sobie sprawę, że rząd padnie, i zabiegał już wyłącznie o to, by padł z fasonem i pozostawił po sobie legendę.

Wieczorem 4 czerwca po godzinie 21.00 pojechałem na plac Powstańców, żeby poprowadzić „Wiadomości”. Ale po 23.00, tuż przed wydaniem, okazało się, że BOR-owcy, którzy nagle się tam pojawili, nie chcą mnie wpuścić do studia, w którym był już Olszewski. Premier miał wygłosić orędzie do narodu, ale ja do tego studia musiałem wejść, bo tuż po zakończeniu orędzia zaczynały się „Wiadomości” i musiałem być na stanowisku. BOR-owcy ustąpili. Gdy premier wygłaszał swoje wystąpienie, siedziałem kilka metrów od niego. „Uważam – mówił Olszewski – że naród polski powinien mieć poczucie, że wśród tych, którzy nim rządzą, nie ma ludzi, którzy pomagali UB i SB utrzymywać Polaków w zniewoleniu”. W sumie się z nim zgadzałem. Problem polegał na tym, że operacja lustracyjna była jedynie parawanem dla nieudolnego i słabego rządu. A sama lustracja nie była zaplanowana jako akt oczyszczenia polskiego życia publicznego, ale jako desperacka próba ocalenia rządu, którego ocalić się nie dało.

Rząd Olszewskiego bardzo przypominał rząd Kaczyńskiego z lat 2006–2007 i rządy PiS po 2015 roku. Patriotyczno-niepodległościowa frazeologia skrywała brak kompetencji. Władza była mocna w generowaniu konfliktów i całkowicie niezdolna do ich rozwiązywania. Tworzenie permanentnej atmosfery kryzysu, jakiś psychopatyczno-paranoiczny spektakl, w którym urazy i kompleksy były ważniejsze od realnej polityki i bardzo często stawały się jej sensem. Różnica była tylko jedna. Po nieszczęsnych rządach ekipy Olszewskiego i Kaczyńskiego z czasów pierwszego PiS Polska otrząsnęła się stosunkowo szybko.

Po „Wiadomościach” szybko pojechałem do Sejmu, gdzie trwał „nocy czerwcowej”, jak o niej potem mówiono, akt ostatni. Około 1.00 w nocy, 5 czerwca, było już po wszystkim. Choć do końca tej nocy było bardzo daleko. Razem z grupą dziennikarzy pojechałem na plac Bankowy do modnego wtedy pubu Elephant. Przygnębionych nie zauważyłem.

Następnego ranka na sejmowym korytarzu spotkałem ministra Wachowskiego. Był najwyraźniej w dobrym humorze. – A jak wy tam oceniacie Janusza Zorskiego? – zapytał. – Był w trudnej sytuacji, między młotem a kowadłem – starałem się być dyplomatyczny. – No to zdejmujemy młot – odpowiedział wyraźnie ubawiony Wachowski.

Kilka