Historia porządnej rodziny - Rosa Ventrella - ebook

17 osób właśnie czyta

Opis

Pozycja obowiązkowa dla czytelników, którzy pokochali Genialną przyjaciółkę Eleny Ferrante. Włochy, lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Życie w najstarszej dzielnicy Bari toczy się między białymi domami, w labiryncie ulic, pośród radosnych krzyków dzieci, zapachu suszącej się pościeli i aromatycznej woni sosu pomidorowego. Maria wychowuje się wraz dwójką starszych braci, Giuseppem i Vincenzem. Jest dziewczynką o drobnej budowie ciała i ciemnej karnacji, a cechą szczególną są nietypowe rysy, które sprawiają, że wyróżnia się spośród rówieśniczek. Ze względu na niepokorny i buntowniczy charakter otrzymała przydomek Malacarne, ladaco. Żyje w miejscu, gdzie czas się zatrzymał, w dzielnicy, w której króluje wszechobecna przemoc. Jedynym stałym punktem jest Michele, pochodzący z ubogiej i cieszącej się w starym Bari złą sławą rodziny. Przyjaźń między tą dwójką, pomimo wrogości dzielącej obie rodziny i kłód rzucanych pod nogi przez życie, umacnia się z biegiem lat. Aż w końcu silne i zarazem niemalże braterskie uczucie przeradza się z miłość. W miłość niemożliwą, która ochroni przed żalem wobec reszty świata i przed otaczającym rozpadem. W najstarszej i najbiedniejszej dzielnicy Bari rodzi się nieoczekiwana przyjaźń, jak kwiat na spalonej słońcem ziemi. Miłość, która budzi sprzeciw, ale która potrafi się mu oprzeć. „Realia poza czasem. Surowy, sugestywny i czarujący styl. Dramatyczny opis gorzkiej rzeczywistości włoskiego Południa, rodem z neorealistycznych obrazów filmowych”. Corriere della Sera „Rosa Ventrella to Ferrante z Bari”. La Gazzetta del Mezzogiorno

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Storia di una famiglia perbene, Rosa Ventrella – © 2018 Newton Compton Editori s.r.l. This edition published in agreement with the Proprietor through MalaTesta Literary Agency, Milan.
Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2019 for the Polish translation by Lucyna Rodziewicz-Doktór (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Magdalena Granosik
Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Magdalena Bargłowska, Aleksandra Pietrzyńska
ISBN: 978-83-8110-967-3
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail:[email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.

Córce i matce –najważniejszym kobietom w moim życiu

.

Kiedy znienacka dopada mnie nostalgia, wtedy przypominam sobie ojca w tamten majowy wieczór kilka lat temu. Jego owalną, nalaną, spaloną słońcem twarz, rzadkie wąsy o barwie przeżutego tytoniu, jego usta, które z biegiem czasu stały się cienkie jak ostrze noża, i marynarską czapkę na głowie. Oczami wyobraźni widzę, jak pochyla się nad sieciami zwiniętymi na dziobie i przygotowuje się do wypłynięcia w morze. Milczy. Parę razy odwraca się i spogląda na mnie. Jego wargi wykrzywia grymas zniechęcenia i rezygnacji – typowy dla ludzi w pewnym wieku. Nigdy nie był rozmowny, a gdy już wypluwał zatrute jadem słowa, za chwilę na powrót je połykał. Łódź pachnie świeżą farbą, z daleka widać błyszczące na niebiesko Ciao, Charlie, jak tytuł filmu z Tonym Curtisem, bo wszyscy mówią, że mój ojciec jest bardzo do niego podobny. Od Świętego Mikołaja minęło zaledwie kilka dni i zacumowane w porcie kutry są wciąż przystrojone kokardami, niebiesko-czerwonymi serpentynami i papierowymi balonami, podobnie jak umieszczone na nich posągi świętego. Patrzę na tatę w milczeniu rozczarowanym wzrokiem. Jedną ręką precyzyjnie chwyta i rozplątuje sieci, w drugiej trzyma papierosa. Spada z niego popiół: zanim skończy pod jego stopami, wiruje najpierw w powietrzu, unoszony przez wiejący od morza wiatr. Nie dociera do mnie ani jazgotanie kobiet, które siedzą w rzędzie na molo i jedzą łubin, ani głośne pokrzykiwania sprzedawcy ośmiornic i piwa, który właśnie przejeżdża na swoim trójkołowcu. Widzę tylko pomarszczone dłonie i lodowate spojrzenie jasnych oczu. I uginam się pod ciężarem tego, co do niego czuję. Bo kogoś takiego jak Antonio De Santis można nienawidzić, można tysiąc razy o nim zapomnieć, ale nie da się go wyrzucić z serca.

Zamiast wstępu

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym babcia Antonietta nadała mi przydomek Malacarne. Padało jak rzadko kiedy, istny dopust boży. Nieczęsto zdarza się takie oberwanie chmury, a gdy już nadciągnie, wiatr od morza wstrząsa fundamentami domów i wyje tak, że krew w żyłach się ścina. Ulica nadbrzeżna zamieniła się w rzekę. Porzucone pola w pobliżu Torre Quetta, porośnięte rzadką roślinnością, były nieustannie dewastowane przez napierające wody. Nastał kwiecień. To była jedna z najbardziej deszczowych wiosen w ciągu ostatnich trzydziestu lat – jak kilka dni po sztormie mówili starzy mieszkańcy mojej dzielnicy.

Ignorując przestrogi matki i babki, choć potrafiły właściwie interpretować odgłosy wiatru, postawiłam na swoim i wyszłam z domu.

– Gdy wiatr wyje jak zły duch, trzewia ziemi się wywracają – powiedziała babcia Antonietta, kiedy z hardą miną przekraczałam próg. Spojrzałam na obie, na matkę i jej córkę. Jedna tarła owczy ser, jak co dzień przed obiadem, druga kroiła grube pajdy chleba. Wzruszyłam tylko ramionami. Chciałam z bliska zobaczyć sztorm, a przede wszystkim sprawdzić, czy budzi we mnie strach.

Biegłam wzdłuż miejskich murów z białego kamienia, pozdrawiając ręką stojące w drzwiach sąsiadki, które jak dawne wieszczki wpatrywały się w niebo. Na twarzy i we włosach czułam wiatr, chłostał moją skórę, ale nie zamierzałam wrócić. W dwóch susach pokonałam kamienne schody prowadzące na bulwary. W pośpiechu minęłam Teatr Margherita, molo i falochrony. Chciałam zobaczyć morze w całej jego okazałości.

Gdy dotarłam nad brzeg w okolicach Torre Quetta, przez krótką chwilę słyszałam w głowie cichy głos: radził, bym wracała już do domu. Przed oczami miałam matkę, jak prosi, bym nie wychodziła. Patrzy na mnie z troską, choć łagodnie, kręci głową to w lewo, to w prawo, a potem mówi dobrze znane mi słowa: „Bardziej uparta niż ojciec”. I babcię, łagodną z natury jak moja mama, choć nie szczędziła mi surowych upomnień, w nadziei, że zdoła mnie poskromić. Miękką nawet w wyglądzie. Niską kobiecinę z wielkim galaretowatym biustem opadającym na brzuch.

Potrząsnęłam głową, bo nie chciałam, żeby ich twarze odwiodły mnie od mojego zamiaru. Mocno zacisnęłam dłonie na sukience, która sięgała mi do łydek, jakby to była lina ratunkowa, i podeszłam do skał. Ogromne fale pieniły się i rzucały na ostre kamienie, które rozdzierały je na wodniste strzępy. Rozmyty horyzont zlewał się z morzem, przypominającym teraz wielką plamę atramentu. Ten majestatyczny widok tak mnie zachwycił, że nie zorientowałam się na czas, że niebo, pomimo południowej pory, pociemniało jak w nocy i zrobiło się naprawdę groźnie. Lunął deszcz i było już za późno na powrót do domu. W kilka sekund kontury zabudowań starego Bari pochłonął mrok. Wiatr smagał taflę morza i tworzył coś na podobieństwo mgły, która rozpadała się na tysiące białych kropelek. „Co ja teraz zrobię?”, pytałam sama siebie na głos i rozglądałam się wokół.

Za moimi plecami wznosiły się ruiny starej wieży: Torre Quetta. Podczas wojny żołnierze wypatrywali z niej wroga zbliżającego się od strony morza. Mury były poszarzałe, a wokół rosły rzadkie kępki traw. Podeszłam do drzwi, zamkniętych za pomocą kawałka zardzewiałego drutu. Strugi deszczu bombardowały moją twarz jak ołowiane kulki. Nie miałam wyboru: w środku przynajmniej będę bezpieczna.

Pchnęłam drzwi, zaskrzypiały w złowrogim proteście, i zrobiłam krok naprzód. Znalazłam się w pomieszczeniu o owalnym kształcie, z dwoma otwartymi wnękami okiennymi, przez które widać było wybrzeże. Na ziemi leżał stary materac, a nieco dalej emaliowana niebieska miska z wyszczerbionym obrzeżem. Miałam dopiero dziewięć lat i nie wiedziałam, że w Torre Quetta prostytutki przyjmowały swoich klientów.

Usiadłam, w nadziei że właściciel materaca nie wróci zbyt prędko. Objęłam się ramionami, bo przemokłam do suchej nitki i cała trzęsłam się z zimna. Patrzyłam na swoje stopy w drewnianych chodakach. Czarne od błota i mokre od deszczu, a przez to jeszcze bardziej oliwkowe. Serce biło mi mocno i obleciał mnie strach, do którego jednak nikomu nie zamierzałam się przyznać.

Nie wiem, o której godzinie wróciłam do domu. Niebo się rozpogodziło, a wiatr zelżał. Od morza bił intensywny fetor gnijących alg, ale gdy zbliżyłam się do murów, smród wyparł smakowity zapach sosu pomidorowego z bazylią i smażonego mięsa. W oddali na horyzoncie unosiło się jeszcze kilka strzępów chmur jak zawieszony w powietrzu puch. Przepełniająca mnie duma, że z odwagą stawiłam czoło nawałnicy i przetrwałam w Torre Quetta, szybko ustąpiła miejsca obawom. Jak zareaguje ojciec? Co powie na mój nierozważny wyczyn? Jak bardzo tym razem będzie krzyczał? Obraz jego jasnych, rozpalonych gniewem oczu i zaciśniętych szczęk, szpecących jego piękną twarz, przerażał mnie bardziej niż miniona burza.

Nagle moje nogi stały się ciężkie, a stopy z trudem stawiały kroki. Moje wątłe dziecięce ciało ledwo dźwigało głowę, która zamieniła się w ogromne jajo nabite na cienką gałązkę.

Sąsiadka, comare Angelina, właśnie trzepała w oknie obrus.

– Gdzieś ty się podziewała, Marì? Wpadłaś do morza? – zawołała z troską. Nie miałam ochoty odpowiadać, pokręciłam więc tylko głową. W drzwiach czekały już na mnie mama i babcia. Jedna blada i wymięta jak szmatka w praniu. Druga, mała i krępa, zgięta wpół z powodu ostrza, które wbiłam jej w serce, jeszcze gdy byłam niemowlęciem. I milcząca, bo nigdy by się nie spodziewała, że trafi jej się taka krnąbrna i nieobliczalna wnuczka.

Babcia miała gadane i potrafiła bez ustanku opowiadać o tym, co robiła dzisiaj w ciągu dnia i co zamierza zrobić jutro. I o dziadku, pokój jego duszy, który ją poślubił dziewicą bez żadnego doświadczenia, a potem patrzył, jak wyrasta na zaradną panią domu.

Teraz, w drzwiach, wyglądała jak Madonna Boleściwa i tylko czekała na znak od córki, by nareszcie mogła zacząć mówić. Ale znak nie nadszedł, bo mama wiedziała, że każde słowo będzie jak ogień na suche drewno: rozpali wściekłość mojego ojca.

Serce waliło mi jak dzwon, że nawet one mogły je usłyszeć. Dlatego zbliżałam się z udawaną obojętnością. Wstydziłam się za swój wygląd: przylepiona do ciała sukienka (za duża o co najmniej dwa rozmiary, bo takie szyła mi mama, żeby wystarczyły na dłużej), stopy człapiące w mokrych chodakach. Bolał mnie brzuch, a nudności i zawroty głowy spowalniały mój krok i rozmazywały obraz. W głowie tak mi dudniło, jakbym miała w niej tysiąc pszczół.

Moja matka nic nie powiedziała: ciężko jej było na sercu i gorzko na języku, ale się nie odezwała.

Za to babcia Antonietta pochyliła się, jakby chciała mnie uderzyć w twarz, ale jej twarda ręka zawisła w powietrzu.

W tej właśnie chwili – co wyznała mi jakiś czas później – dostrzegła dziwne światło w moich czarnych jak smoła oczach.

– Twoja krew jest zimna jak u jaszczurki – zaczęła. Mówiła cicho, skrzekliwym głosem: – A właściwie ty nie masz krwi, jak ośmiornica. Ladaco z ciebie, o tak. Malacarne. – To ostatnie powtórzyła dwukrotnie, za drugim razem bardziej do siebie niż do mnie.

Moja mama tylko przytakiwała, jakby myślała to samo, ale brakowało jej odwagi, by powiedzieć to na głos.

– Malacarne – wysyczała tylko, gdy przecisnęłam się przez szparę między ich ramionami.

Bałam się, że serce mi zaraz eksploduje. Czułam, jakby biło w wielu miejscach naraz. Wydawało mi się, że kuchnia wygląda jakoś inaczej, kurczy się w oczach i całkiem mnie zmiażdży. Ojciec i dwóch moich braci, Giuseppe i Vincenzo, jedli zapiekankę z makaronu i fasolki, obficie posypaną owczym serem. Tylko Giuseppe spojrzał w moją stronę.

– Hej – powiedział – wróciłaś.

Zawsze uważałam, że Giuseppe jest najlepszy z nas wszystkich. W tamtym czasie miał szesnaście lat i z dnia na dzień wydoroślał, jak dzieci w bajkach, które rosną w ciągu jednej nocy.

W tej właśnie chwili tato odwrócił się do mnie. Jego źrenice były małe jak główka od szpilki, a usta zaciśnięte. Znieruchomiałam pośrodku kuchni. Vincenzo też zastygł, przestał nawet przeżuwać, tak samo Giuseppe. Nawet czas stanął w miejscu. Sos comare Angeliny przestał bulgotać w garnku, ptaki ucichły. Cały świat zamarł w oczekiwaniu.

„Zaraz wybuchnie, zaraz wybuchnie”, powtarzałam sobie w duchu.

Nie wstał, odsunął się tylko na krześle od stołu. Jedną rękę położył na nodze, w drugą wziął szklankę z gęstym winem, które lepiło się do matowego szkła. Podniósł do góry, jakby zamierzał wznieść toast. Zamknęłam oczy i głośno oddychałam.

„Jeszcze chwila i będzie po wszystkim”, dodawałam sobie odwagi.

– Za Malacarne! – zakrzyknął ojciec, potem spojrzał na synów i poczekał, aż zrobią to samo.

Gdy otworzyłam oczy, cała trójka wpatrywała się we mnie, Vincenzo z szyderczym grymasem złego człowieka, a Giuseppe ze szczerym uśmiechem, w którym kochały się wszystkie dziewczęta z dzielnicy.

Ojciec też patrzył. I śmiał się, a to w tamtej chwili miało dla mnie niewinny posmak cudu.

Mały świat

1

Mam na imię Maria. Maria De Santis. Urodziłam się mała i ciemna jak dojrzała śliwka. Wraz z upływem lat mój wygląd stawał się jeszcze bardziej egzotyczny, przez co wyróżniałam się wśród dziewczynek z dzielnicy, co miało swoje dobre i złe strony. Duże usta i orientalne oczy, które błyszczały jak diamenty, długie niezgrabne ręce odziedziczone po dziadku ze strony ojca oraz opryskliwy, butny charakter po tacie. Mój ojciec, Antonio, był człowiekiem zimnym i grubiańskim; albo błądził myślami gdzieś daleko, wpatrując się w talerz lub w ścianę, albo agresją wyrażał swoje niezadowolenie z życia. Jego brutalność wylewała się na nas z taką samą mocą, z jaką latem cisza panująca w dzielnicy w porze największej spiekoty wyolbrzymiała granie cykad. Wakacje w starym Bari spędzaliśmy między murami z białych kamieni, goniąc po labiryncie uliczek i zaułków, pośród zapachu pościeli suszącej się na sznurach i woni smakowitych sosów, w których całymi godzinami dusiło się mięso kastrowanego cielaka. To tutaj spędziłam lata dzieciństwa i pierwszej młodości. I nigdy nie myślałam o nich jako o czasie ponurym czy nieszczęśliwym, chociaż zewsząd otaczały mnie brzydota i cierpienie. Napotykałam je w przestrogach zarówno sąsiadek: „Nie zbliżaj się do morza, gdy jest wzburzone, bo cię pochłonie”, „Jedz warzywa, bo dostaniesz szkorbutu i umrzesz”, jak i babci Antonietty: „Módl się wieczorem albo pójdziesz do piekła”, „Jeśli będziesz kłamać, zostaniesz karlicą”, i mojej matki: „Jezus zna twoje złe myśli i utnie ci język, zanim go użyjesz, by bluzgać”.

Ale brzydota kryła się także w obliczach niektórych kobiet z dzielnicy, jak comare Nannina, którą wszyscy zwali „klaczą” ze względu na podłużną twarz, duże usta i coś końskiego w jej sylwetce, co sprawiało, że poruszała się jak kaleka. Jej pozbawione wyrazu oczy nie odbijały światła, były chłodne i matowe jak zakurzone bile. Mieszkała w sąsiedztwie i od rana do wieczora przesiadywała na krześle w drzwiach, czy to upał, czy chłód, dlatego na jej odpychającą końską twarz natykałam się codziennie po wyjściu z domu. Brzydota kryła się też w karaluchach, które łaziły w swoich błyszczących liberiach po piwnicy, a czasami nawet po kuchni, oraz w popiskiwaniu szczurów, radośnie biegających po zaniedbanych tarasach. Ale co gorsza, szpetota czaiła się również we mnie: czułam ją na sobie, jakby tworzyła na mojej skórze dodatkową powłokę. Kryła się w zimnych oczach mojego ojca, gdy ogarniała go wściekłość i wykrzywiała się jego piękna twarz. W wieczornych awanturach nad ciepłą zupą, w nerwowym zgarnianiu okruchów ze stołu i lepieniu z nich kulek, gdy coś mu się nie podobało – preludium wybuchu, który na ślepo uderzał w tego, kto akurat stał najbliżej. Piękny Tony Curtis przemieniał się wtedy w demona i brakowało tylko, żeby pluł ogniem.

Ale swoją złość rzadko wyładowywał na mnie. Przede mną demon ukryty pod maską kinowego bożyszcza zdzierał z siebie szpetne przebranie. Wieczorem, po kolacji, siedząc u szczytu stołu, brał moją rękę w swoją i ściskał ją przez kilka minut. Bez słowa, nie patrząc mi w twarz, z niemą łagodnością, której ulegałam niechętnie i z bojaźnią. Może nawet go kochałam w tych chwilach. A może jeszcze bardziej nie cierpiałam, bo stawał między mną a nienawiścią, mieszał się z moją krnąbrną naturą jak osad ze świeżo wyciśniętą oliwą. Babcia to dawno pojęła. Byłam ladaco, Malacarne. I wcale mnie to nie martwiło, bo wszyscy w mojej dzielnicy mieli jakiś przydomek, który przechodził z ojca na syna. A kto żadnego nie posiadał, wcale nie miał powodu do chwały, ponieważ brak przydomku odbierany był jako dowód, że nikt z rodziny niczym się nie wyróżnia, ani dobrym, ani złym. A jak mawiał mój ojciec: lepiej, by cię wytykano, niż w ogóle nie znano.

Bez jaj, mięczak, matoł, złamas, baba. Takimi, a nawet gorszymi wyzwiskami obrzucano tych, którzy nie pozostawili po sobie wyrazistego śladu. W mojej rodzinie ojciec zwany był Tony Curtis i tym mianem się chlubił. Rodzina matki z kolei wszystkim znana była jako Popizz’, gdyż moja prababcia, wzorowa gospodyni i doskonała kucharka, dorabiała do pensji męża, smażąc popizze, słone racuchy, które sprzedawała z kuchennego okna. Przydomek ten nosiła babcia Antonietta, moja matka, a nawet jej bracia, którzy wyemigrowali do Wenezueli.

Oprócz nas i comare Nanniny na naszej ulicy mieszkali: Minuicchie, Cagachiesa i Mangiavlen. Minuicchie był małym i cichym człowieczkiem, o rzadkich, wiecznie przetłuszczonych włosach, które biedaczyna nosił z długim przedziałkiem pośrodku. W jego rodzinie wszyscy byli malutcy: ojciec, dziadek i bracia. Za wyjątkiem żony, niejakiej Cesiry, grubej matrony rodem z Rzymu, która od rana do wieczora pomstowała na męża. Minuicchie budził współczucie u innych mężczyzn z dzielnicy. Tato zawsze powtarzał, że na jego miejscu poderżnąłby gardło tej heterze, bo i tak wszyscy przyznaliby mu rację. Natomiast ten wątły człeczyna w milczeniu inkasował obelgi. Często widywano go w oknie, jak wyblakłymi oczami wpatrywał się w ulicę. Miał tak pomarszczoną twarz, że wyglądał zupełnie jak starzec.

Byli też mąż, żona, trzech synów i trzy córki Cagachiesa. Ich dom mieścił się tuż obok kościoła Matki Bożej Dobrej Rady, w sąsiedztwie starożytnych kolumn, które dzieci bezczelnie obsikiwały i opluwały – stąd też ich przydomek. Cagachiesa nie ustawali w pracach nad mnożeniem i tak licznego już potomstwa. Ich dzieci wyglądały jak kopie – miały czarne zmierzwione włosy i błękitne oczy ojca – również rybaka, jak mój tato. Wszyscy mężczyźni w tej rodzinie byli rybakami, dlatego Pinuccio Cagachiesa z dumą zachował starą czerwono-niebieską łódź jednego z dziadków, którą wyciągnął na brzeg i trzymał w pobliżu umywalni. Jego dzieci przez cały dzień skakały po łodzi, ale gdy czuły potrzebę i musiały się wypróżnić, robiły to pod kościołem.

Natomiast rodzinę Maddaleny zwano Mangiavlen. Przydomek ten nadano jej babce ze strony ojca, która mieszkała w rozpadającej się, poczerniałej chacie przy via Vallisa i parała się magią. Gdy byłam mała i bolał mnie brzuch, matka prowadziła mnie do niej, bo jak mawiano, ta kobieta umiała „ciąć robaki”. Opuszkami palców znaczyła małe krzyżyki na moim ciele i jednocześnie mruczała coś, co nie było ani w dialekcie, ani po włosku. Nie wiem, czy naprawdę była czarownicą albo wiedźmą, ale ból przechodził jak ręką odjął. Wszyscy w dzielnicy podziwiali ją, ale też się jej bali. Kto miał okazję oglądać ją w domowym zaciszu, rozpowiadał potem o jej srebrzystych włosach długich do kostek, które co wieczór starannie rozczesywała. Upinała je w ciasny kok za pomocą szerokich spinek. Ludzie mówili, że potrafi rzucać potworne klątwy i ma język pełen jadu, dlatego lepiej jej nie denerwować. Stąd nazywano ją Mangiavlen. Jej wnuczka Maddalena była najpiękniejszą dziewczynką w mojej klasie. To imię idealnie pasowało do Madonny o kruczoczarnych włosach, które w miękkich falach opadały aż na pośladki. Na jej widok głupieli wszyscy chłopcy ze szkoły. Zaczynali się jąkać i bezwiednie wykręcali palce. To w tamtym czasie zrozumiałam, jak wielki wpływ na ludzi ma uroda.

Często się widywałyśmy z Maddaleną. Mieszkałyśmy na jednej ulicy, więc każdego ranka razem szłyśmy do szkoły. Wiedziałam, że podkochuje się w moim bracie, Giuseppem, on jednak nie raczył nawet na nią spojrzeć: był od nas starszy o siedem lat i oglądał się już za dojrzałymi dziewczętami. My zamiast piersi miałyśmy tylko dwa różowe guziczki, które buńczucznie napierały na koszulkę, i długie chude nogi jak u gazeli. Prawdę mówiąc, moje nawet nie były długie, bo dość późno zaczęłam rosnąć. Przez wiele lat byłam mała i miałam bardzo ciemną skórę. W dzieciństwie czułam się brzydka, zwłaszcza w towarzystwie Maddaleny. Dlatego jej nienawidziłam. Ta nienawiść brała się ze zwykłej zazdrości, ponieważ w szkole wszyscy zwracali uwagę tylko na nią, a mnie nikt nie zauważał. Starałam się to ignorować. Nie potrzebowałam adoratorów, którzy kręciliby się codziennie pod moimi oknami, albo głupich chłopaków, którzy usiłowaliby zrobić na mnie wrażenie takim czy innym romantycznym zdaniem, zupełnie przy tym wypaczając język włoski. A mimo to byłam rozgoryczona. Maddalena już w tak młodym wieku była jednocześnie nieprzystępna i kokieteryjna, co jest typowe dla kobiet zdolnych łamać męskie serca. W jednej chwili sprawiała wrażenie, jakby brązowe oczy Rocca Cagachiesy były całym jej światem, a zaraz potem jego widok budził w niej tylko rozdrażnienie. Jednego dnia wyglądała, jakby pałała uczuciem do nauczyciela, pana Caggiana, którego wszyscy w szkole – zarówno uczniowie, jak i inni nauczyciele, a nawet dyrektorka – darzyli wielkim szacunkiem, a już następnego obmawiała go za plecami językiem równie jadowitym co ten, który z jej babki uczynił wiedźmę. Dla nikogo nie było tajemnicą, że pan Caggiano darzy ją szczególnymi względami. Uroda Maddaleny zaskarbiła jej przychylność nawet tak surowego i chłodnego człowieka. A może to strach przed przykrością, którą mógłby sprawić babce-czarownicy, skłaniał go do pobłażliwości wobec wnuczki? Maddalena wykorzystywała tę sytuację: odrabiała zadania tylko wtedy, gdy miała ochotę, a kiedy nie była przygotowana do lekcji, potrafiła wycisnąć z oczu łzy, które zmiękczały serce srogiego nauczyciela. To, co jednego dnia przyprawiało ją o drżenie serca, następnego wzbudzało śmiech. Maddalena rozwinęła w sobie obojętność, dystans i kąśliwość, które budziły miłosne westchnienia i odbierały jej adoratorom rozum. Tylko na widok Giuseppego zawsze płonęła, być może dlatego, że mój brat jako jedyny nie raczył obdarzyć jej ani jednym spojrzeniem.

Pamiętam, że pierwszego dnia szkoły pan Caggiano każde z nas mierzył przenikliwym wzrokiem. Wyglądał, jakby poznał wszystkie nasze tajemnice – nie tylko te, które wtedy skrywaliśmy w sercu, ale również te przyszłe. Był wysoki i chudy, miał wystające knykcie i długie palce jak u pianisty. Wszystkie linie jego ciała biegły pionowo, od stóp po surową i kościstą twarz: spiczasty nos, brwi wygięte w ostry łuk – zawsze do góry, nigdy w dół, a na końcu wysokie gładkie czoło. Cała ta wertykalność współgrała w jego ciele w absolutnej harmonii, za wyjątkiem niewielkiego garbka na karku, będącego prawdopodobnie skutkiem godzin spędzanych na lekturze. Był wielkim miłośnikiem literatury klasycznej, co podkreślał przy każdej nadarzającej się okazji, i z pamięci recytował wiersze Katullusa i Horacego. W dzielnicy pan Caggiano cieszył się wielkim szacunkiem.

Gdy małe ciemne oczka nauczyciela dotarły do mnie, obleciał mnie strach. Do tej pory jedynie spojrzenie ojca budziło we mnie taką grozę.

– Ktoś ty, malutka? – zapytał, wąchając powietrze nad moimi włosami. Potem wzniósł oczy do nieba i rzucił jedną ze swoich łacińskich mądrości. Na koniec skwitował mnie krótko, tak żeby wszyscy zrozumieli: – Mnie nie nabierzesz, mała bestyjko.

Przebiegłe i ostre słowa, które na zawsze wyryły mi się w pamięci. Po nich odwrócił się do największego i najgrubszego chłopca z klasy, Michelego Strazioty.

– Ty – wymierzył w niego kościsty palec – chodźże no. – Pan Caggiano wiedział, jak dobierać słowa, jak swobodnie łączyć łacinę z dialektem, tak że nawet przekleństwa w jego elokwentnych ustach brzmiały jak prawdziwe literackie cudeńka.

Michele Straziota kilkakrotnie kiwnął głową i ze spuszczonym wzrokiem usiadł obok mnie w ławce w pierwszym rzędzie. Spojrzał i przedstawił się z uśmiechem:

– Cześć, w domu wołają na mnie Lino, Linuccio albo Chelino, ale jeśli wolisz, możesz nazywać mnie Michele.

Przytaknęłam, ponieważ jego korpulentna sylwetka budziła we mnie lęk, chociaż Michele na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie nieśmiałego i miłego chłopca. Ale ja wiedziałam swoje. W tamtym czasie żywiłam głęboką niechęć do osób otyłych, dlatego postanowiłam, że muszę unikać mojego sąsiada, tak jak unika się natrętnych owadów.

Pewnego ranka, kilka tygodni później, grubiutki chłopiec, którego wszyscy w klasie wzięli na cel i obrzucali złośliwymi epitetami, objawił to, kim jest naprawdę. I chociaż nie znałam go jeszcze dobrze, podświadomie czułam, że w taki czy inny sposób nasze losy kiedyś się skrzyżują.

Nauczyciel pytał nas wszystkich o zawód, jaki wykonują nasi ojcowie. Gdy przyszła moja kolej, odpowiedziałam bez wielkiego entuzjazmu: rybak, podobnie jak odpowiedział czwarty syn Pinuccia Cagachiesy i jeszcze dwoje innych dzieci, których nie znałam.

Kiedy nauczyciel wskazał na Maddalenę, ta wyrecytowała z emfazą:

– Pracuje w Rurociągach Południa.

Najwyraźniej w domu rodzice dwoili się i troili, żeby nauczyła się tej nazwy bezbłędnie. Na końcu pan Caggiano zwrócił się do mojego sąsiada. Diabelskie oczy nauczyciela patrzyły z kpiną. Wyglądał jak kot, który oblizuje wąsy nad soczystą rybką.

Michele siedział ze spuszczonym wzrokiem. Kilkakrotnie próbował coś z siebie wydusić, na darmo. Słowa grzęzły mu w gardle, a głos cofał się do tego miejsca w brzuchu, w którym rodzą się emocje. Z drugiego rzędu Mimmiù i Pasquale, chłopcy o ciemnych twarzach i przebiegłych oczkach, zaczęli cicho go ponaglać:

– Mów, tłuściochu. Co, język ci zdrętwiał? A może i jego zjadłeś?

Nauczyciel słyszał to, ale udawał głuchego. Podobał mu się ten okrutny teatrzyk, który sam zainscenizował. Miał w zanadrzu ściśle określony plan, a my dokładnie odgrywaliśmy role, które on nam przydzielił.

2

– Mama zajmuje się domem – wydusił w końcu z siebie – a tato nie pracuje.

Informacja ta nikogo nie dziwiła, bo wielu ojców było bezrobotnych, chociaż za tym słowem kryć się mogła najprzeróżniejsza działalność.

– A czy wiecie, jaki przydomek nosi rodzina Straziota? – dociekał nauczyciel, kręcąc palcem w powietrzu.

Popatrzyłam na Michelego: nieudolnie próbował schować głowę w potężnych ramionach, zniknąć za ławką, która nie była w stanie pomieścić jego gabarytów, zdematerializować się na naszych oczach. Zaprzeczyliśmy głośnym cmoknięciem języka o podniebienie i tym razem pan Caggiano nie skrytykował takiej formy odpowiedzi, pomimo że zazwyczaj uznawał ją za wulgarną i niestosowną.

– Może ty nam powiesz, Michele? – Nauczyciel podszedł do ławki w pierwszym rzędzie, a jego oczy w tamtej chwili tak bardzo błyszczały, że po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że są jasne jak morska woda.

„Ma oczy jak mój tato”, pomyślałam. „To niedobrze”.

– W takim razie ja to zdradzę twoim koleżankom i kolegom – zakończył z zadowoleniem.

Zaczął krążyć między ławkami, żeby nadać sytuacji większy patos. Wszyscy czekaliśmy w milczeniu, nawet Mimmiù i Pasquale, którzy zazwyczaj nie potrafili siedzieć cicho.

– Słyszeliście o Senzasagnem? – zapytał znienacka pan Caggiano. Po sali rozeszło się skonsternowane „och” i wszyscy mimowolnie zaczęliśmy na siebie spoglądać, od pierwszej do ostatniej ławki. Potem przenieśliśmy wzrok na nauczyciela, który opierając się o biurko, z założonymi rękami, patrzył na Michelego i czekał na jego reakcję, na okna, a nawet na ściany, jakby dźwięk tego słowa mógł je wyrwać z otępienia i obudzić do życia. W głowie robiłam szybki przegląd wszystkiego, co wiedziałam o Senzasagnem. Nikt nie podejrzewał, że Michele należy do tej rodziny. Jakiś czas później odkryłam, że wstydził się swoich korzeni. Opowieść o prababce Michelego usłyszałam od ojca, chociaż w dzielnicy przekazywano ją sobie z ust do ust. Podczas wojny straciła męża. Osamotniona, bez grosza przy duszy, mieszkała w zrujnowanym domu, w osmolonych i śmierdzących pokojach z tynkiem kruszącym się ze ścian, z pajęczynami w każdym kącie, pośród lepkich od brudu i kawy mebli. Robiła wszystko, by móc służyć w bogatych domach, myć podłogi, zdrapywać paznokciem kurze odchody, aż w końcu zmęczona, nie zdradzając żadnych objawów szaleństwa, chwyciła za szyję gospodarza, u którego właśnie pracowała – był to mężczyzna pięćdziesięcioletni, masarz z zawodu, również owdowiały w młodości – i rozpruła go nożem do krojenia szynki. Czyste cięcie, od mostka aż po pępek. Wzięła pieniądze, które chował w puszkach po ciasteczkach, i kupiła dzieciom najlepszy, najbardziej miękki i soczysty kawałek mięsa na gulasz. Ludzie mówili, że była niezwykłej urody: miała czarne zalotne oczy o kształcie migdałów, jedwabiście miękkie spojrzenie, wyraźnie zarysowane usta i, co było rzadkie w tamtych czasach, śnieżnobiałe, równe i zdrowe zęby. Nigdy nie udowodniono jej winy, mimo to dla wszystkich Marisa stała się Senzasagne: bezkrwista jak ośmiornica, niezdolna do ludzkich uczuć. I choć była piękną wdową, żaden z lokalnych mężczyzn nie odważył się zaoferować jej swojego towarzystwa i wypełnić pustki w jej życiu. A gdy ktoś obcy do niej się zbliżał, obsypywał komplementami i okazywał zainteresowanie, lgnąc wzrokiem do jej kształtów jak muchy do wołu, ona traktowała go tak, jak traktuje się natrętne owady. Przeganiała niecierpliwym ruchem ręki, ze spojrzeniem tak lodowatym i wrogim, że od razu gasiło wszelkie zapędy. Przydomek Senzasagne na dobre przyległ do całego rodu, trzech synów i jednej córki – równie pięknej co matka: to ona wydała na świat Nicolę Senzasagnego, grubego i pokracznego, z kwadratową głową porośniętą rudą szczeciną. Ojca Michelego.

W moim domu panował absolutny zakaz zbliżania się do Nicoli Senzasagnego, odzywania się, a nawet patrzenia na niego: zakaz dotyczył tylko mnie, dziewczyny. Pamiętam, że tato zwykle kupował od niego papierosy z kontrabandy, którymi Senzasagne handlował między piazza del Ferrarese a corso Vittorio Emanuele.

– Witam, don Nicola. – Mój ojciec odzywał się pierwszy. Tamten witał się tylko lekkim skinieniem i odpowiadał monosylabami, nie siląc się nawet, by jego chrapliwy głos wydostał się poza cienkie wargi, w których cały czas ściskał papierosa. Czasami czułam jego oczy na sobie, wtedy odwracałam głowę albo wbijałam wzrok w ziemię, bo ten rudy mężczyzna napawał mnie grozą.

Tato chwytał papierosy, płacił ile należało i żegnał się uniżenie: „Do widzenia panu”. Czułam wstręt, gdy do człowieka, którego imienia nie wolno nam było nawet wymawiać, zwracał się z taką rewerencją. Don, pan... W mojej rodzinie tych słów używano tylko w odniesieniu do księdza albo lekarza. Szłam za tatą, nie oglądając się za siebie, ale jak tylko wkraczaliśmy na bulwary, widziałam, że ojciec spluwa. Dwa albo trzy razy, machając przy tym ręką, jakby przeganiał ciężkie powietrze sprzed nosa. Robił to za każdym razem, zanim sięgnął po papierosa, by zapalić ze spokojem.

– Pamiętaj, Marì, nie wolno ci nigdy z tym gościem rozmawiać. Nigdy, rozumiesz? Ani tobie, ani twoim braciom.

Kiedyś jednak Senzasagne sam do mnie zagadał.

– Hej, panienko – dobierał słowa starannie – jesteś wypisz wymaluj jak twoja babcia.

Wpatrywał się we mnie zmrużonymi oczami, tak że trudno było odgadnąć, jakiego są koloru. Sparaliżował mnie strach. Co robić? Odpowiedzieć? Przytaknąć głową? Spojrzałam na tatę, ale on tylko się uśmiechał z fałszywą serdecznością. Doszłam do wniosku, że jeśli odpowiem, rozpadnę się, zamienię się w powietrze, wyparuję na oczach ojca. A jeśli będę milczeć, don Nicola pomyśli, że traktuję go z lekceważeniem i że jestem źle wychowana.

– Babcia Antonietta czy babcia Assunta? – zapytałam i zaraz zamknęłam oczy, spodziewając się najgorszego.

– No jakże, Antonietta! Z drugiej nie ma w tobie ani krztyny.

Przerażona otworzyłam oczy, ale ku mojemu zaskoczeniu nie wydarzyło się nic z tego, co sobie wyobrażałam. Mimo to odeszłam niezadowolona i zmartwiona, ponieważ nie zamierzałam odzywać się do tego człowieka. Dlatego po drodze wybuchłam.

– Po co zabierasz mnie ze sobą, gdy idziesz po papierosy? – zapytałam ojca drżącym głosem, bo najchętniej bym się rozpłakała.

Stanął. Pochylił się nade mną, zmierzwił mi włosy i odparł:

– Marì, najpierw trzeba poznać zło, żeby potem móc go unikać.

A teraz potomek tego zła, zrodzony z jego przeklętego i skażonego nasienia, został moim sąsiadem w ławce.

Po tym jak pan Caggiano wyjawił nam tożsamość Michelego, zaszły dwie zmiany. Po pierwsze, nikt z klasy, nawet Mimmiù i Pasquale, nie ośmielił się więcej z niego szydzić. W niepisanej hierarchii przydomków Senzasagne bił pozostałe na głowę w niegodziwości i złej sławie. Od tej pory wszyscy zwracali się do Michelego po imieniu albo co najwyżej po nazwisku, a nie „tłuściochu” czy „grubasie”. Po drugie, zaczęłam miewać potworne koszmary, w których ciało Michelego przechodziło makabryczną metamorfozę: traciło swój normalny kształt i przemieniało się w lepką, smolisto-krwistą ciecz, by na koniec złożyć się kawałek po kawałku, żyła po żyle, w okropną postać jego ojca. Budziłam się z przerażeniem, cała spocona, i powtarzałam sobie w kółko, że muszę jak najszybciej poprosić nauczyciela, żeby przesadził mojego sąsiada. Rozglądałam się na wszystkie strony, żeby się upewnić, że jestem w domu, w pokoju, który najpierw należał do Giuseppego, a teraz także do mnie i Vincenza.

Ja spałam sama, a moi bracia razem w jednym łóżku, tak że głowa jednego znajdowała się przy nogach drugiego. Giuseppe był potężnie zbudowany, wyglądał jak posąg wyrzeźbiony w drewnie. Z urody przypominał ojca: miał piękną, prawie dziewczęcą, gładką twarz i jasne oczy. Vincenzo natomiast zawsze był chudy jak szczapa, długi i kanciasty, z szeroką klatką piersiową. Pamiętam, że w dzieciństwie nie mogłam patrzeć na kościsty kręgosłup, który przebijał przez mokrą od potu koszulkę. Drażniły mnie też jego suche, wąskie i ciemne stopy – bo Vincenzo miał oliwkową karnację, jak ja – oraz równej długości palce: drugi i trzeci. Z czasem odkryłam, że denerwował mnie nie tyle jego wygląd, co on sam jako człowiek, brat, chłopiec, a potem młodzieniec, który uważał się za bardziej cwanego od innych. Cwańszego ode mnie, od Giuseppego – choć ten był od niego starszy o dwa lata – a czasami nawet od taty.

Krępowało mnie, gdy rano, po przebudzeniu, siadał na łóżku z rozłożonymi nogami i grzebał w nabrzmiałych slipach. Udawałam wtedy, że wciąż śpię, ale nieraz przyszło mi do głowy, że on dawno mnie rozgryzł i dotyka się specjalnie, żeby pokazać mnie i całemu kobiecemu światu: ja jestem Vincenzo De Santis, syn Antonia De Santis, i chociaż czasami marzy mi się, by dać mu w twarz, jestem takim samym facetem jak on. Pamiętajcie, lepszym niż cała reszta.

Tylko w nocy cieszyłam się, że mam obok siebie braci, gdy budziłam się z koszmarów o Michelem Straziocie. Ich wyrównane oddechy działały na mnie kojąco. Siadałam wtedy w łóżku i obejmowałam poduszkę. Zerkałam na ich uśpione twarze, na to, w jak różny sposób są pogrążeni we śnie: Giuseppe zawsze skulony, na boku, z głową nierzadko opartą o stopy brata, a długi i chudy Vincenzo na wznak, z rękami skrzyżowanymi na brzuchu, jakby już leżał w trumnie, tak że strach było na niego patrzeć. „No proszę”, myślałam sobie, „Vincenzo nawet śmierci się nie boi, leży, jakby na nią czekał. A gdy przyjdzie kostucha, splunie jej w twarz i powie, żeby zrobiła jeszcze jedną rundkę, bo on ma inne plany”.

Potem kładłam się twarzą do obdartej z tynku ściany i znowu zapadałam w sen.

3

Pewnego ranka zebrałam się na odwagę i poszłam na wagary. Postanowiłam iść do domu Senzasagnego, żeby na własne oczy sprawdzić, jak wygląda w swoich czterech ścianach. Czy przyjmuje diabelską postać, gdy inni go nie widzą? Czy potrafi ziać ogniem albo robić inne potworności? Koszmary dopadały mnie coraz częściej. Nie mogłam spać, a gdy udało mi się zasnąć, budziłam się cała spocona i roztrzęsiona i nawet widok braci już mnie nie uspokajał. Wstawałam i chodziłam po domu, trzymając się ścian i uważając, żeby nie wpaść na meble czy drzwi. W krótkim czasie zrobiły mi się pod oczami sińce, które tym bardziej podkreślały pociągłą twarz i uwidaczniały duże odstające uszy. Mama i babcia bardzo się o mnie martwiły.

– Może zaraziła się jakąś chorobą? – szeptała babcia.

– Ale przecież je, ma apetyt. Tyle że wygląda jak porcelanowa lalka. Jest blada.

Dlatego, nie pytając ojca o zgodę, postanowiły zwrócić się do doświadczonego doktora: nie lekarza rodzinnego z przychodni, bo ten, zdaniem mojej matki, nie potrafił odróżnić przeziębienia od gruźlicy. Zaprowadziły mnie do doktora Colombo, znanego w dzielnicy pediatry, który kazał sobie słono płacić. Za wizytę zapłaciła babcia, inaczej tato całkiem by się wściekł.

Lekarz zbadał mnie uważnie i stwierdził, że wszystko jest ze mną w porządku. Obmacał mi brzuch i klatkę piersiową, osłuchał, obejrzał język i oczy. Dużo mówił, bez zająknięcia, nie plując, jak niektórzy starcy z dzielnicy, i nie drapiąc się po głowie. Za całe trzydzieści tysięcy lirów honorarium. Mamie, a przede wszystkim babci, aż ślinka ciekła, żeby coś wtrącić, przedstawić własną wersję wydarzeń, którą omawiały przez kilka ostatnich dni, by móc po swojemu wyjaśnić mój stan. Lekarz jednak nie dopuścił ich do głosu, zalał je rzeką niezrozumiałych w większości słów, a na koniec stwierdził, że zbyt szybko się rozwijam jak na swoje siedem lat, rosną mi kości i cały ten wydatek energetyczny mnie wykańcza. Zalecił spożywanie koniny oraz wątróbki na wzmocnienie.

Pożegnał nas zadowolony, za to mama i babcia wyglądały na ogłuszone, być może przygniecione ogromem naukowych terminów. Przez całą drogę rozmyślały nad paplaniną lekarza. Powoli szłyśmy wzdłuż via Sparano w zamożnej części Bari, ulicą, która miała nas doprowadzić do naszego domu.

Komuś, kto po raz pierwszy pokonywał tę odległość, pięćdziesiąt kroków mogło się wydawać niewielką odległością, w rzeczywistości była to przepaść. Oddzielała białe od czarnego, dobre od złego, i to tak wyraźnie – na co zwrócił mi uwagę tato, gdy byłam jeszcze bardzo mała – że podczas drugiej wojny światowej amerykańscy żołnierze na wszelki wypadek napisali na murze przy piazza Federico di Svevia: Out of bounds – Off limits – From 18.00 hrs to 6.00 hrs, bo wygłodniali mieszkańcy starej dzielnicy pod osłoną nocy bez skrupułów okradali nawet wojsko.

– Nie zapominaj, Marì – powiedział mi wtedy tato, wodząc palcem po napisie – tutaj wieczorem jest zamknięte dla wszystkich, zarówno dla małych, jak i dużych.

– Tato – sprzeciwiłam się – ale wojna już się skończyła.

– Tak, skończyła... Biada