Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 193 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Historia pewnego małżeństwa - Geir Gulliksen

Opowieść o nowoczesnym małżeństwie, w którym wszystko świetnie się układa, aż do chwili, gdy przestaje się układać. Co było przyczyną rozpadu? Powieść jest próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie, czy można zrozumieć, co się dzieje, kiedy dwoje ludzi przestaje się kochać. Czy można pojąć istotę miłości i to, co uczucie z nami robi?

Mężczyzna usiłuje zrozumieć, jak mogło dojść do rozstania, skoro on i jego żona tak bardzo się kochali i chcieli dla siebie tak dobrze. Próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, co poszło nie tak, Bada wszystkie wspólnie przeżyte lata z punktu widzenia żony. Usiłuje zobaczyć samego siebie i ich związek jej oczami, wyobraża sobie, co mogła przeżywać.

To opowieść o miłości, o tym, czym miłość jest i czym może być, o największych oczekiwaniach, jakie mamy wobec siebie i wobec tej drugiej osoby.

Opinie o ebooku Historia pewnego małżeństwa - Geir Gulliksen

Fragment ebooka Historia pewnego małżeństwa - Geir Gulliksen

1

– Możesz opowiedzieć o nas?

– O nas?

– Opowiedz mi, jakbym nic nie wiedział.

– Byliśmy parą.

– Tak. Coś więcej?

– Byliśmy mężem i żoną. Pobraliśmy się.

– I jeszcze?

– Byliśmy rodzicami. Mieliśmy razem dzieci.

– Nie o to mi chodzi. Opowiedz o nas dwojgu. Co się z nami stało?

– Żyliśmy razem.

– Dbaliśmy o siebie nawzajem?

– O co ci chodzi? Owszem, dbaliśmy.

– No a potem, pewnego dnia?

– Potem, pewnego dnia? Chcesz, żebym o tym opowiedziała?

– Muszę usłyszeć, co się z nami stało. Nie rozumiem tego.

– Dla mnie to też nie jest całkiem jasne.

– A nie mogłabyś mimo wszystko opowiedzieć?

– Chyba nie potrafię. Nie, nie chcę, nie mogę.

– Chcesz, żebym ja opowiedział? No dobrze.

2

Muszę sobie wyobrazić, jak się czuła tamtej wiosny, któregoś z tych dni, zanim to wszystko się wydarzyło. Była w połowie życia, wchodziła przez otwarte drzwi do wszystkich pokojów i we wszystkie sytuacje. Otaczające ją ciała przypominały życzliwy las, lekko poruszała się między nimi, potrafiła rozmawiać z każdym. Dawniej zawsze nosiła długie włosy, ale odkąd związała się ze mną, strzygła je na krótko i farbowała na ciemniejszy kolor. Każdej nocy spała na boku, z dłonią pod własnym policzkiem. Leżałem za nią, sypialiśmy nago, obejmowałem ją, a ona czuła na plecach ciepły przód mojego ciała. Nocą byliśmy tylko we dwoje, rano budziliśmy się po różnych stronach łóżka. Budziłem ją ja albo dzieci. Pokoje były jasne, głosy łagodne. Długo nie da się tego pamiętać inaczej niż jako nieoczekiwane i niezasłużone szczęście. Siadywaliśmy razem przy owalnym stole, duński design ze stali i białego tworzywa. W tamtą sobotę, kiedy go kupowaliśmy, był dla nas zdecydowanie za drogi, ale przywykliśmy już do takiej sytuacji, dług rósł, a my o nim nie myśleliśmy. Siadywaliśmy przy tym stole rano i wieczorem, dzieci odrabiały przy nim lekcje. Później zrobił się za duży, to ona go dostała, a nowa kuchnia, w której go ustawiła, była mniejsza. W końcu go sprzedała, teraz stoi u innych ludzi: stół dostał nowe życie, jak wszystko, co należało do nas obojga.

Jeździła na rowerze pod jasnymi koronami drzew. Oddychała przez otwarte usta. Wbiegała po schodach za każdym razem, kiedy musiała się dostać na wyższe piętro, czyli często. Nigdy nie jeździła windą, nie lubiła stać w miejscu. Tego dnia rano miała wykład dla pracowników któregoś z ministerstw. Poszło jej dobrze, czuła, że jej słuchają (ich twarze obracały się ku niej jak rośliny, które się budzą i wyciągają do światła). Później dyrektor do spraw komunikacji chciał zawrzeć z nią nową umowę, ustalili, że porozumieją się mailowo; podchodziły kolejne osoby, żeby podziękować za wykład. I nagle, już przy wyjściu, zatrzymał ją jakiś mężczyzna, nie mogła zrozumieć, w jaki sposób to zrobił. Stanęła, czekając na niego, a on przedzierał się przez tłum; patrząc na nią, przytrzymywał ją wzrokiem. Coś było w jego oczach, coś łagodnego i natarczywego, pewnego siebie i poszukującego, nie potrafiła tego określić. Nawet już po wszystkim nie wiedziała, co to mogło być, nie umiała tego wytłumaczyć sobie, a z całą pewnością mnie.

Był wysoki i rzucał się w oczy, ale nie tylko z powodu wzrostu. Miał pociągłą twarz, oczy odrobinę skośne, a na skórze drobne blizny, może jako nastolatek zmagał się z pryszczami. Nie był zbyt przystojny, nawet ja, niebędący zbyt obiektywnym obserwatorem, powinienem mieć prawo tak powiedzieć. Ale miał coś kuszącego i niewyjaśnionego w oczach, a może w uśmiechu lub w sposobie, w jaki przechylał głowę na bok. Czekała, aż do niej podejdzie, a on zbliżał się uśmiechnięty, z determinacją przepychał się między ludźmi wychodzącymi z sali. Poczuła uderzenie gorąca, nie wiedziała dlaczego. Chwilę później już stali i patrzyli na siebie, ona z nadzieją, że jej twarz wyraża coś w rodzaju rozbawionego wyczekiwania: co on tak bardzo chce jej powiedzieć? Jej twarz miała mu przekazać, że on ją zatrzymuje i chociaż nie jest pewna, czego od niej chce, to jest skłonna z umiarkowaną życzliwością przyjąć wszystko. Zaczął mówić. Coś o perspektywie zdrowia publicznego, czyli właśnie o tym, co interesowało ją najbardziej. Powiedział coś, co mogłoby paść z jej ust, ale uważała, że sformułował to lepiej. A może było inaczej? Może to, co mówił, wydawało się lekko zniekształcone, jakby się wysilał, żeby dostosować się do jej perspektywy, ale nie bardzo to potrafił, ponieważ nie był w stanie zrezygnować z własnej. To ostatnie jest raczej nadinterpretacją z mojej strony, nikt nie musi mi tego tłumaczyć, sam dobrze wiem. Albo było przeciwnie: uznała, że jego opinie wnoszą coś nowego, pokazują pewną swobodę. Wyszedł razem z nią z sali, towarzyszył jej w drodze na dół po wszystkich schodach. Doszli do jej roweru i dalej rozmawiali, gdy go odpinała i szykowała się do jazdy.

Później jechała wolno ulicami, zmierzała do biura, ale się nie spieszyła. W to przedpołudnie wszystko chciało się jej pokazać: drzewa, lipy czy klony, nie interesował jej ich gatunek, lśniąca sroka ładnie kręcąca ogonem, młode listki, które ledwie się poruszały na niedostrzegalnym wietrze. Dobrze się czuła. Czuła, że lubi siebie i swoje życie. Wszystko, co żyło, otwierało się przed nią, wszędzie, gdzie tylko się znalazła.

Niczego się nie bała.

Kiedyś była młodą dziewczyną, teraz stała się dorosłą kobietą. Miała dwadzieścia pięć lat, kiedy ją poznałem, to już dawno temu, a ja byłem od niej o kilka lat starszy.

Nazywałem ją Timmy. Nosiła zupełnie inne imię, zwykłe dziewczęce imię, ale sama nie za bardzo je lubiła. Pewnego wieczoru, kilka tygodni po tym, jak zostaliśmy parą, leżeliśmy w łóżku w jej starym mieszkaniu i oglądaliśmy w telewizji Timmy’ego Świerszcza2. Właściwie niczego nie oglądaliśmy, spędziliśmy w łóżku kilka godzin, wstaliśmy coś zjeść, znów się położyliśmy i tak długo byliśmy zajęci sobą, tym, co nasze ciała mogą razem osiągnąć, że w końcu potrzebowaliśmy przerwy. Popijaliśmy wodę, przerzucałem kanały telewizyjne, przeskoczyłem jakiś stary film Disneya, a ona poprosiła, żebym do niego wrócił. Pooglądaliśmy go i oboje się wzruszyliśmy, ale tylko ja płakałem. Miałem wtedy małe dziecko, z którym nie spędziłem tego dnia, podobnie jak całego tygodnia, bo wolałem być tutaj, w łóżku z nią. Zrozumiała, że to jest powodem moich łez. Udawała jednak, że sądzi, iż wzruszył mnie film, a później powiedziała, że zawsze wolała Timmy’ego od Pinokia, od Chipa i Dale’a, a nawet od Dumbo. Identyfikowała się z Timmym Świerszczem, ponieważ on zawsze starał się obrócić każdą sytuację na dobre, brał parasol i wychodził, śpiewał szczerze, z nadzieją, nawet kiedy wokół niego się ściemniało i nie miał pojęcia, gdzie jest.

– To przecież ty – powiedziałem. – To ty jesteś Timmy. Przecież zawsze chcesz wszystko naprawiać i nigdy się nie poddajesz, dopóki nie osiągniesz tego, czego pragniesz.

Podziwiałem ją już wtedy, taki był mój sposób na kochanie jej. Zrozumiała to dopiero później i długo przytłaczała ją myśl, że w moich oczach wydaje się taka fantastyczna. Odpowiedziała, że nigdy nie myślała o sobie jako o świerszczu, a ja – w ramach flirtu – zażartowałem, że podoba mi się sposób, w jaki ociera swoje tylne nogi o moje. Samo w sobie nic to nie znaczyło, nie było nawet zbyt zabawne, zorientowała się, że żałuję tych słów, że się zawstydziłem, że nie przywykłem do mówienia takich rzeczy. Zrozumiała, że przy niej staję się swobodniejszy, i to ją wzruszyło, albo się zakochała, jeśli w ogóle jest jakaś różnica między jednym a drugim. Od tego wieczoru zacząłem nazywać ją Timmy. Przezwisko przylgnęło, stało się raczej spieszczeniem, stało się jej imieniem, sama tak o sobie mówiła. Wielu naszych przyjaciół też zaczęło się tak do niej zwracać, koledzy z pracy również, kiedy zaczęła pracować.

Siedziała w swoim pokoju w biurze w świetle monitora. Przeglądała raport. Zajmowała się nim już długo, a dzisiaj szło jej lepiej. Pracowała skupiona, niczym się nie rozpraszała, nie otwierała maili ani nie sprawdzała wiadomości w internecie. Z okna miała widok na przedszkolny plac zabaw. Patrzyła na dzieci bawiące się w piaskownicy, ale ciągle myślała o raporcie. Miała wątpliwości co do niektórych tabel, liczby jej się nie zgadzały. Zrzuciła buty pod biurkiem, potarła o siebie bose stopy. Dłonią pogładziła kark, przypominało to pieszczotę. Drugą dłoń wsunęła pod bluzkę i dotknęła brzucha, przeniosła ją na biustonosz, przez chwilę bawiła się ramiączkiem.

Zadzwonił telefon, musiała uwolnić dłoń, żeby go odebrać. Dzwonił kolega z pracy, który musiał zostać w domu z chorym dzieckiem, prosił, żeby przesłała mu jakiś dokument. Odszukała dokument wśród tych dostępnych dla wszystkich pracowników i wysłała. Wróciła do punktu, w którym jej przerwano. Pomyślała o obiedzie, o mnie. Pomyślała o perspektywie zdrowia publicznego i o rowerze, o tym, czy w lesie będzie dostatecznie sucho, żeby pojeździć w weekend. Chciała wybrać się na rower sama albo z dziećmi. Najchętniej sama, bo miała ochotę na szybką jazdę, na wyciśnięcie z siebie wszystkiego. Pomyślała, że jest dopiero wtorek.

Spojrzała na zegarek. Pracowała skoncentrowana przez godzinę. Pomyślała, że może pójdzie siku, ale zdecydowała, że popracuje bez przerwy aż do lunchu. Chciała poprosić Kjersti o sprawdzenie części raportu. Zmieniła jednak zdanie, postanowiła, że poradzi z nim sobie sama. Była ambitna i obawiała się, że ktoś może uznać ją za słabą i niekompetentną. Na ekranie zobaczyła poruszający się cień. Za oknem przeleciała duża wrona, ciężko bijąc skrzydłami, kierowała się ku drzewu rosnącemu koło przedszkola. Przysiadła na cienkiej gałązce i na niej się huśtała. Timmy postanowiła wstrzymać się z rozmową z Kjersti. Zdecydowała, że jeszcze trochę popróbuje sama. Wrona przeniosła się na grubszą gałąź, nastroszyła pióra i przekrzywiła łepek, obserwując dwójkę dzieci, maluchy, ledwie dwuletnie, które siedziały nieruchomo w piasku z łopatkami w rękach. Przyłożyły łopatki do piasku, ale nie kopały w nim, tego się jeszcze nie nauczyły.

Przeciągnęła się powoli, z rękami wysoko w górze. Bluzka jej się podwinęła, odsłaniając goły brzuch. Pomyślała o mężczyźnie, z którym rozmawiała wcześniej tego dnia. Była pewna, że usiłował z nią flirtować. Nie podjęła flirtu, ale potraktowała go miło, z otwartością, musiał to zauważyć. Spodobała jej się rozmowa z nim. Spodobały jej się jego dłonie. Wyobraziła je sobie na własnych udach. Dość duże męskie dłonie na jasnej gładkiej skórze. Lubiła swoje uda, teraz już je lubiła, wcześniej nie, ani trochę, były takie delikatne, ale odkąd zaczęła biegać, stały się mocniejsze, bardziej umięśnione. Wyczuwała mięśnie po ich wewnętrznej stronie, chociaż siedziała nieruchomo. Pomyślała, że wieczorem opowie mi o tym mężczyźnie, z którym zaczęła rozmawiać po wykładzie. Na pewno mi się to spodoba. Lubiła to, co się działo między nami, kiedy opowiadała mi o innych mężczyznach, którym się przyglądała lub którzy przyglądali się jej. Wiedziała, że lubię o tym słuchać. Nie rozumiała dlaczego, ale to nie było takie ważne, nie musiała wszystkiego traktować jako problemu do rozwiązania.

Wstała i wyszła na korytarz. Zapomniała, że jest boso, więc wróciła i włożyła buty. Skierowała się do pokoju Kjersti, która pomagała jej już wcześniej. Drzwi do koleżanki były otwarte, a pokój pusty, ale monitor ciągle się świecił. Mogła więc iść do toalety, Kjersti pewnie w tym czasie wróci. Na korytarzu panowała cisza, wiele osób zapewne miało spotkania gdzieś na mieście. Przeszła obok recepcji, pozdrowiła siedzącą tam dziewczynę, która pracowała na zastępstwo. Rozważała, czy się nie zatrzymać i do niej nie zagadnąć, ale nie chciała się dekoncentrować. Weszła do toalety i zamknęła drzwi na klucz, stanęła przy lustrze. Była z siebie zadowolona, chociaż włosy miała trochę za długie. Postanowiła coś z nimi zrobić. Obciąć na krótko i ufarbować. Zadała sobie pytanie, czy nie powinna zacząć się malować. Odrobina kredki do oczu nie zaszkodziłaby, mnie by się to nie spodobało, ale z czasem bym się przyzwyczaił. Usiadła na sedesie, usłyszała odgłos strumienia moczu, mocno uderzającego w wodę. Poczuła płynącą z tego radość. Radość z takiego mocnego sikania, radość ze starannego, powolnego podcierania się, radość z ponownego ubierania się, z opakowywania się w ubranie jak dziecko rano, a potem z mycia rąk. Z mycia rąk i z wąchania ich, z zapachu lekko perfumowanego mydła i wilgotnej skóry.

Już wychodziła, ale zmieniła zamiar i zawróciła do lustra. Zaczęła studiować własną twarz, a jednocześnie wsunęła rękę w spodnie. Było za ciasno, więc je rozpięła i opuściła. Dotknęła się, dwoma palcami sięgnęła do gładkości należącej już do wnętrza ciała. Trudno było tam dotrzeć ze spodniami opuszczonymi na wysokość kolan, ale to, że jest ciasno i niewygodnie, też jej się podobało. Poruszyła końcami palców, przeglądając się w lustrze. Lekki rumieniec w górnej części policzków. Pomyślała o raporcie. Pomyślała też o tym, czy zdoła dojść tutaj, stojąc przed lustrem w pracy i dotykając się sama. Przypuszczalnie nie. Potrzebne byłoby do tego coś specjalnego. Pojawiły się pojedyncze niewyraźne obrazy i zaraz zblakły, nagie ciała.

Czy mogło tak być? Nie, posuwam się za daleko, wszystko znów wskazuje na mnie, na mój repertuar, mój uporczywy rejestr, a nie na nią. A więc było raczej tak: poszła do toalety, myślała wyłącznie o raporcie, a myjąc ręce, zerknęła w lustro na swoją twarz. Sądziła, że coś na niej będzie wyglądało inaczej, ale nie wiedziała dlaczego. Ktoś przechodził korytarzem, zaczekała, aż kroki się oddalą. Zapadła cisza.

Nagle wiedziała już, co trzeba skorygować, wyraźnie miała to w głowie, więc otworzyła drzwi łazienki i szybko ruszyła korytarzem. Pokój Kjersti ciągle był pusty, wszystko jedno, i tak poszła prosto do siebie i zaczęła pracować, jeszcze zanim usiadła. Postanowiła wydrukować cały raport i sprawdzić go od samego początku. Założenia zostały sformułowane niejasno już na wstępie. Skierowała się do drukarki z nadzieją, że po drodze nikogo nie spotka. Korytarz był pusty, drukarka szumiała, nagrzane kartki życzliwie wpadały jej prosto do ręki. Miała ochotę śpiewać. Ale odkąd dzieci podrosły, prawie nigdy nie śpiewała. Miała ochotę prędko pobiec, wyobraziła sobie sprint po długich, szerokich schodach, na których szczycie nie ma nic. Wbiegła na samą górę, ale nie chciała zawracać, przypominało to obraz z filmu, ze snu, z filmu naśladującego sen. Korytarz był długi i pusty, towarzyszył jej odgłos kroków, odwróciła się, żeby sprawdzić, czy jest sama. Po powrocie do swojego pokoju usiadła z kartkami na kolanach. Zrzuciła buty, odsunęła krzesło do tyłu i położyła nogi na biurku. Miała duże stopy, lubiła je, lubiła chodzić boso, lubiła siedzieć i poruszać palcami u stóp.

* * *

Była głodna, a do lunchu została jeszcze godzina, zjadła więc jabłko. Ogryzła je aż do małego ogryzka, który odłożyła na parapet. Leżały tam już dwa inne, pomarszczone. W domu nie mogłaby go zostawić, ale tutaj lubiła tak robić. Pozwalała sobie na bałagan, na uwolnienie się od moich wymagań co do porządku na blatach i stołach. Usłyszała głosy na korytarzu, to koledzy wracali ze spotkań poza biurem. Słuchała ich kroków, pospiesznego szelestu teczek ocierających się o marynarki, szczątków rozmów płynących korytarzem, rozpoznawała każdą z tych osób.

Opuściła stopy na podłogę i przysunęła krzesło bliżej monitora. Znów otworzyła dokument i zaczęła nanosić poprawki, które zrobiła ręcznie. Oparła się chęci pozdrowienia przechodzących korytarzem, nie chciała teraz z nimi rozmawiać. Usiadła tak, aby widzieli, że pracuje. Skoncentrowała się na wyglądaniu na skoncentrowaną, a tym samym straciła koncentrację. Miała ochotę się poddać. Miała ochotę wyjść się przewietrzyć. Miała ochotę wrzucić w Google nazwisko mężczyzny, z którym rozmawiała wcześniej tego dnia. Wstała i wyszła do pokoju Kjersti. Koleżanki ciągle nie było. Przypomniała sobie, że Kjersti mówiła, że wybiera się do lekarza. Znów więc wróciła do siebie z postanowieniem, że zrobi sobie przerwę, i od razu sprawdziła pocztę elektroniczną. Nie mówiła „poczta elektroniczna”, tylko „maile” jak wszyscy inni, to ja zawsze mówiłem o poczcie, to ja chciałem, żeby używała określenia „poczta elektroniczna” zamiast „maile”, ale nie mogła się do tego przemóc. Wszyscy mówili „maile”, więc dlaczego miałaby mówić inaczej? Wierzyła w rozwiązania pragmatyczne, kiedy ja wybierałem najtrudniejsze. A więc sprawdziła maile, niewiele w nich było, tylko jedna wiadomość elektroniczna ode mnie.

Napisałem, że myślę o niej, a przede wszystkim o tym, co robiliśmy kilka godzin temu. Ona już o tym zapomniała, ale teraz znów miała to przed oczami. Klęczała na czworakach, oparta na kolanach i łokciach, a ja mocno brałem ją od tyłu, tak jak lubiła. Trzymałem ją za biodra, chwilę później poczuła moją dłoń na karku, pchnąłem jej twarz w materac. Przypomniała sobie własny głos, swój krzyk w poduszkę. Lubiła słyszeć własny krzyk. Brałem ją, ona pozwalała się brać, krzyczała. Lubiła tak o tym myśleć, że jest brana. Moment wcześniej patrzyliśmy na siebie w lustrze, na dwa ciała, jedno na drugim, jedno robiło coś z drugim, drugie na to pozwalało. Gdy teraz o tym pomyślała, poczuła w podbrzuszu tępe pulsowanie.

Odpowiedziała mi krótko i z czułością, mniej więcej w tym samym duchu, w jakim do niej napisałem. Zwykle tak do siebie pisaliśmy. Wyjrzała na plac zabaw, jedna z małych postaci odwróciła się w jej stronę, pewnie spojrzała w niebo, ale ona miała takie wrażenie, jakby dziecko wzrokiem szukało jej okna. Powiedziałem kiedyś, że mógłbym mieć więcej dzieci. Ona nie chciała, absolutnie, ta faza już dawno była za nią. Mieliśmy dwoje dzieci razem, a poza tym moją córkę z pierwszego małżeństwa, to wystarczy. Chciała więcej pracować. Chciała więcej trenować, chciała biegać, jeździć na rowerze, nauczyć się wspinać. Chciała brać wszystko, co istnieje dla kogoś, kto jest dorosły i już nie musi zajmować się maleńkimi dziećmi.

Wśród pozostałych maili było zawiadomienie o zebraniu w biurze, a także kilka głosów w dyskusji na temat strony internetowej Głównego Urzędu do spraw Zdrowia. Zastanawiała się, czy nie odpowiedzieć na ostatni mail, ale w końcu go skasowała. Radość z pozbywania się małych problemów. Wysłała do Kjersti maila w żartobliwym i lekkim tonie, niezobowiązującym, w którym się do siebie odnosiły, z pytaniem, czy byłaby tak miła i pomogła jej przejrzeć tabele w tym kłopotliwym raporcie. Pracowała już nad nim tak długo, że zyskał osobowość. Trudny typ, rozwijał się nie tak, jak sobie tego życzyła, stale coś się w nim nie zgadzało. Mówiła o nim tyle, że nierzadko pytałem, jak on się czuje: Czy raportowi nic nie dolega?

Często rozmawialiśmy o pracy, zwłaszcza o jej pracy. Przywykła do dzielenia się ze mną wszystkim. Albo prawie wszystkim: konfliktami, negocjacjami, lekkim poirytowaniem, ale również tym, co uważała za interesujące, zabawne lub podnoszące na duchu. Była z tej pracy zadowolona, chciała być osobą zadowoloną, przychodziło jej to bez trudu.

Sprawdziła wiadomości w internetowych wydaniach gazet, lekko i niezobowiązująco zagłębiała się we wszystko, co się pojawiło. Przyszedł nowy mail, otworzyła go, nazwisko rozpoznała nie od razu, dopiero kiedy zaczęła czytać. Dziękował w nim za niedawną rozmowę, ładnie i ciepło wyrażał się o jej wykładzie, skojarzyła jego głos, życzliwość, zainteresowanie, urok czy co to było. Chyba coś w rodzaju umiarkowanego uroku, bo w tym wszystkim, co pisał, w tych pochwałach i superlatywach, wychwyciła coś innego: on się jej nie oddawał. Wyczuwała lekki opór, pewne napięcie towarzyszące tej ofensywie. To ją poruszyło. A może był po prostu zarozumiały, bo pisał głównie o własnych przemyśleniach i najwyraźniej nie martwił się, czy ją to zainteresuje. Napisał też, że może będą mogli współpracować, ponieważ w ministerstwie szykuje się pewien projekt, w którym chętnie by ją widział. Z pewnym oporem również temu pozwoliła się oczarować, chociaż na udział w kolejnych projektach nie miała ani czasu, ani ochoty. Na koniec, by the way, napisał, że mieszkają niedaleko od siebie. Rozpoznał ją, kiedy weszła na mównicę, ale nie wiedział, skąd ją zna. A to właśnie dlatego. Są niemalże sąsiadami. Może ona też uprawia jogging? Napisał, że jest tego prawie pewien. Był prawie pewien, że widział, jak uprawia jogging.

A więc wyszukał ją po nazwisku, żeby się dowiedzieć, gdzie mieszka, i może zrobił to dokładnie w tym samym czasie, kiedy się zastanawiała, czy nie wyszukać jego. Znalazł adres, ale na tym nie poprzestał. Stwierdził, że musiał ją gdzieś już wcześniej widzieć, że widział, jak biega. Czy po jej sylwetce rozpoznał, że musi biegać?

Pisał o „joggingu”. Kto jeszcze używa tego słowa? To było określenie z lat dziewięćdziesiątych, osiemdziesiątych, teraz brzmiało trochę dziwacznie. Kojarzyło się z jego okularami, z ich brązowymi szkłami. Wstukała jego nazwisko w wyszukiwarkę i zdumiała się, że jest od niej starszy. Rzeczywiście mieszkał niedaleko, wiedziała dokładnie, który to dom, wielokrotnie koło niego przebiegała. Zaczęła się zastanawiać, czy ona też go wcześniej nie widziała. Oglądała jego zdjęcia i rozpoznała na nich coś, co zrobiło na niej wrażenie. Coś, co ją poruszyło. Pewność siebie, ale ze swego rodzaju wycofaniem. Wyszukała więcej zdjęć, jedno pochodziło ze strony internetowej ministerstwa, inne z wywiadu w czasopiśmie fachowym. No i znalazła też fotografie ze strony klubu sportowego.

Był trenerem narciarstwa.

Siedziała wpatrzona przed siebie, myśląc, że ona też chciałaby być trenerką.

Wystraszyła się, gdy nagle stanęła za nią Kjersti, nie usłyszała, jak wchodzi.

– Co za twarz.

Chciała zamknąć stronę, ale nie mogła tego zrobić, za bardzo rzuciłoby się to w oczy, jakby miała jakieś tajemnice. Zamiast tego obróciła się razem z krzesłem i popatrzyła na Kjersti, przyciągnęła do siebie jej spojrzenie, żeby koleżanka oderwała je od monitora.

– Straszysz mnie, kiedy wchodzisz tak cicho.

– Martin mówi, że tupię jak koń.

– On cię przecież zna.

– Nie wiem. Mamy w domu tyle schodów, to dlatego. Twierdzi też, że sapię jak wieloryb.

– Na pewno i tak cię kocha.

– W to raczej wątpię. Wytrzymuje i czeka, aż coś się wydarzy. Za każdym razem, kiedy idę do lekarza, ma nadzieję, że to będzie coś poważnego. Woli zostać wdowcem, niż się rozwieść, taki jest próżny. Za to ty masz męża, który cię kocha, to od razu widać. A mimo to przyglądasz się temu typowi?

– Chce, żebym dołączyła do projektu organizowanego przez Ministerstwo Zdrowia.

– Do p r o j e k t u. Tak to się teraz nazywa?

– To zupełnie niewinna historia, Kjersti. Zainteresowania zawodowe.

– I ty w to wierzysz?

– Kjersti, potrzebuję pomocy.

– Ten twój raport tak cię dręczy?

– Wydaje mi się, że jest jakiś błąd w tabelach.

– A nie możesz tych tabel po prostu odesłać do tego, kto je przygotował?

– Jestem odpowiedzialna za ten raport. Zastanawiam się, czy założenia są dobre.

– Pokaż mi te błędy.

Kjersti przysunęła sobie gościnne krzesło do monitora i usiadły razem. Często pracowały, siedząc obok siebie. W domu opowiadała mi o Kjersti, o jej żaglówce, o małżeństwie, o kiepskich żartach, o jej drobiazgowości i czepianiu się szczegółów. A Kjersti opowiadała o mnie. Musiała jej opowiadać, nie wiem co, ale przypuszczałem, że o swoim szczęśliwym małżeństwie. Z pewnością o tym też mówiła. Byliśmy dumni z naszego małżeństwa, i ona, i ja, tak jak wtedy, gdy człowiekowi rodzi się dziecko i wychodzi z nim na spacer, pokazuje je całemu światu, jakby nikomu innemu nie dane było przeżyć takiego szczęścia.

Pozamykała strony internetowe, na które wchodziła, zamknęła też program pocztowy i znów otworzyła raport. Do końca dnia pracowała razem z Kjersti. Z biura wyszła nieco później, niż zamierzała, ale wiedziała, że jestem w domu. Mimo to wysłała mi SMS-a z informacją, że już jedzie.

I że mnie kocha. Musiała tak napisać, przecież mieliśmy taki zwyczaj, prawda? Nie pamięta tego wyraźnie. Ta, którą była, będąc ze mną, i tak już nie istnieje. Ten, którym byłem z nią, też już nie istnieje. Kiedyś istnieliśmy, żyliśmy razem, lecz to życie już się skończyło, a ona zdążyła zapomnieć, kim byliśmy. Znalazła się poza zasięgiem tamtych wydarzeń, ja także. Nikt już nie wie, jak się do siebie zwracaliśmy. Kim była ze mną? Pamięta moje spojrzenie na sobie. Za każdym razem, kiedy przechodziła przez pokój, patrzyłem na nią. Zdarzało się, że ona również na mnie patrzyła, nie za długo i nie za często. Pamięta jednak, że nasze spojrzenia się spotykały, chociaż nic nie miało się zdarzyć, nie miało paść żadne słowo. Co mówiły wtedy nasze spojrzenia? Że jesteśmy zadowoleni z siebie, z naszego życia, że dobrze nam się układa? Znaleźliśmy siebie, zbudowaliśmy wspólne życie, lubiła tę, którą była, będąc ze mną.

Patrzyła na mnie z dobrze znaną i straszną czułością. Ta czułość nie była taka straszna dla mnie, dla niej również, przynajmniej wtedy. Dopiero później zaczęła postrzegać naszą wymianę czułości jako właśnie coś takiego: coś, czym się wymieniamy, co dajemy sobie w ramach wzajemności, coś, czym płacimy za obecność tej drugiej osoby.

W tych pokojach to był on, ten, który był jej mężem, ten, który zwykle śledził ją wzrokiem, kiedy przechodziła przez pokój. Teraz nie pamięta już mojej twarzy, nie potrafi jej przywołać, z wyjątkiem naszych przypadkowych spotkań. Nie pamięta, jak moja twarz ją obserwowała, jak zawsze byłem na nią otwarty. Wie, że tak musiało być, że towarzyszyło jej moje spojrzenie, życzliwe, otwarte, pełne podziwu, zakochane. Ale nie pamięta już, jak wyglądało życie obserwowane przez to spojrzenie, przez tę twarz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Bob Dylan, George Jackson.[wróć]

W wersji polskiej Hipolit Świerszcz (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]