Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 205 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Historia O - Pauline Réage

Historia Ojest od 60 lat nieustannie wznawiana, wydana w milionach egzemplarzy,

tłumaczona na kilkadziesiąt języków. Doczekała się kilkuset opracowań literackich,  ekranizacji, a nawet komiksu. Nadal ma potężną siłę oddziaływania: odczytywana jako powieść erotyczna, ale także jako

krzyk kobiety, która chce do kogoś należeć!

 

Historia O ukazała prawie równocześnie z Witaj smutku Françoise Sagan. Ale to Historia O zdobyła prestiżową Prix des Deux Magots, co otworzyło jej drogę do sukcesu i jeszcze podsyciło atmosferę skandalu. Posypały się zakazy: sprzedaży nieletnim, reklamy, plakatów oraz pozwy o obrazę moralności. W rezultacie jednak żaden proces się nie odbył.

Rozgłos wokół Historii O potęgowała również zagadka prawdziwej tożsamości autora. Powieść przypisywano największym pisarzom epoki, nawet André Malraux.

Aż wreszcie w 1994 roku osiemdziesięciosześcioletnia autorka ujawniła się w wywiadzie dla „New Yorkera”.

Okazała się nią Dominique Aury, intelektualistka najwyższych lotów, ówczesna sekretarz redakcji „Nouvelle Revue Française” (najważniejszego, założonego przez André Gide'a miesięcznika krytyki literackiej), która tłumaczyła Borgesa

i była z nim po imieniu, która odkryła dla Francji Francisa Scotta Fitzgeralda.

 

Dominique Aury wyjawiła również genezę swojego dzieła. Zakochana w Jeanie Paulhan, pisarzu, krytyku, dyrektorze „Nouvelle Revue Française” i członku Akademii Francuskiej, chciała napisać do niego list miłosny, Nadała mu formę powieści:

Nie byłam młoda, nie byłam ładna. Musiałam znaleźć inną broń. Piękno ciała to nie wszystko. Bronią jest również piękno umysłu.

– Jestem pewien, że nie umiałabyś napisać takiej książki – odparł Paulhan.

– No cóż spróbuję – odpowiedziałam.

 

 

Nareszcie kobieta, która się przyznaje! A do czego się przyznaje? Do tego, przed czym kobiety zawsze się broniły, a nigdy bardziej niż dzisiaj! Do tego, co mężczyźni cały czas im zarzucali: że wszystko w nich jest seksem, aż po umysł. Że trzeba bez przerwy je karmić, pielęgnować, malować, dbać o nie i bez przerwy je bić. Że one po prostu potrzebują dobrego Pana…

Opinie o ebooku Historia O - Pauline Réage

Fragment ebooka Historia O - Pauline Réage

Korekta

Hanna Lachowska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© conrado/Shutterstock

Tytuł oryginału

Histoire d’O

Copyright © Société Nouvelle des éditions Jean-Jacques Pauvert,

1954–1972

Copyright © Pauvert, département des éditions Arthème Fayard 2002

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4924-7

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

1Kochankowie z Roissy

KTÓREGOŚ DNIA KOCHANEK BIERZE  O na przechadzkę do parku Montsouris w dzielnicy Parc Monceau. Nigdy wcześniej tam nie chodzili. Gdy po spacerze przysiadają na ławce, na skraju parku, w samym rogu alejki, tam, gdzie nigdy nie było postoju taksówek, widzą samochód z licznikiem, wyglądający na taksówkę.

– Wsiadaj – mówi kochanek.

O wsiada. Wkrótce zacznie zmierzchać, jest jesień. O ubrana jest w swój codzienny strój: buty na wysokich obcasach, kostium z plisowaną spódnicą, jedwabna bluzka; nie nosi kapelusza. Ma jeszcze długie, zachodzące na rękawy kostiumu rękawiczki i skórzaną torebkę, a w niej dokumenty, puderniczkę i róż. Taksówka rusza wolno, choć towarzysz O nie mówi ani słowa do kierowcy. Opuszcza za to rolety po obu stronach i na tylnej szybie, ona zaś zdejmuje rękawiczki, przekonana, że mężczyzna chce ją objąć i pocałować lub może oczekuje tego od niej. Słyszy jednak jego słowa:

– Daj mi torebkę, przeszkadza ci.

Oddaje, on zaś odstawia ją poza zasięg jej rąk i mówi:

– Masz na sobie zbyt wiele rzeczy. Odepnij pończochy i opuść je do samych kolan; tu masz podwiązki.

Nie jest to łatwe, bo taksówka jedzie szybko, a poza tym O obawia się, że kierowca może się odwrócić. W końcu udaje jej się opuścić pończochy, czuje się trochę dziwnie, dotykając nagimi udami jedwabnej kombinacji. Luźne zapinki ślizgają się na skórze.

– Odepnij pas i zdejmij majtki.

Z tym, na szczęście, nie ma problemów, wystarczy tylko nieco się pochylić i zrobić niewielki ruch rękoma poniżej pleców. On odbiera od niej pas i majtki, chowa je do torebki, a potem mówi:

– Nie powinnaś siedzieć na halce i na spódnicy, unieś je i usiądź wprost na siedzeniu.

Siedzenia auta obite są moleskinem, który jest gładki i zimny, a przy tym klei się do pośladków.

– A teraz włóż z powrotem rękawiczki – słyszy.

Taksówka mknie, ona zaś nie ma śmiałości zapytać, dlaczego René jest taki obcy i zdawkowy ani jakie ma to dla niej znaczenie, że tak siedzi bez ruchu i milczy – półobnażona i gotowa, w starannie wciągniętych rękawiczkach – w tym ciemnym samochodzie, mknącym nie wiadomo dokąd. René ani tego nie żąda, ani nie zakazuje, ale O nie śmie skrzyżować nóg ani nawet złączyć kolan. Siedzi nieruchomo, opierając się z obu stron rękoma o siedzenie auta.

– Jesteśmy na miejscu – mówi naraz René.

Taksówka zatrzymuje się w pięknej alei, pod okazałym drzewem – rosną tam platany – przed wejściem do niewielkiego pałacyku, z dziedzińcem od frontu i z ogrodem w głębi. Takie rezydencje spotyka się na przedmieściu Saint-Germain. Latarnie są daleko, w samochodzie panuje ciemność, a na zewnątrz pada.

– Nie ruszaj się – mówi René. – Ani drgnij.

Wyciąga rękę w stronę kołnierzyka jej bluzki, rozwiązuje kokardę u szyi, a potem rozpina guzik po guziku. O pochyla się odrobinę, sądząc, że René chce pieścić jej piersi. Bynajmniej. René wsuwa rękę pod bluzkę tylko po to, by odszukać ramiączka biustonosza, które przecina scyzorykiem, potem zaś zdejmuje biustonosz i chowa go. Teraz piersi pod bluzką, którą na powrót zapiął, są swobodne i obnażone, tak samo jak pośladki i brzuch – jest naga od pasa do kolan.

– Posłuchaj – mówi. – Jesteś teraz gotowa. Resztę zrobisz sama. Wejdziesz po schodkach i zadzwonisz do drzwi. Pójdziesz za osobą, która ci je otworzy, i zrobisz to, co ci każe. Gdybyś nie chciała wejść sama, wprowadzą cię siłą, jeśli nie będziesz posłuszna, zmuszą cię do posłuchu. Twoja torebka? Nie będzie ci już potrzebna. Miałem jedynie odstawić dziewczynę. Tak, tak, ja też tam będę. Idź już.

WEDŁUG INNEJ WERSJI początek tej historii miał znacznie brutalniejszy i prostszy przebieg: młoda kobieta w podobnym do opisanego stroju została uprowadzona samochodem przez swego kochanka i jego przyjaciela, którego nie znała. Nieznajomy prowadził, a kochanek usiadł obok niej. To właśnie ów nieznajomy przyjaciel wyjaśnił kobiecie, że jej kochanek ma za zadanie odpowiednio ją przygotować i że zaraz zwiąże jej ręce na plecach, na wysokości łokci, zwinie pończochy do kolan, zabierze pas od pończoch, majtki i biustonosz i zawiąże oczy. Następnie zostanie odstawiona do pewnej rezydencji, gdzie dowie się, co ma robić.

PO PRAWIE PÓŁGODZINNEJ JEŹDZIE, związaną i rozebraną, wyprowadzono z samochodu, kazano wejść po schodkach, następnie przejść przez jedne i drugie drzwi – cały czas w przepasce na oczach – aż wreszcie zostawiono samą, już bez przepaski, w jakimś ciemnym pokoju, gdzie musiała czekać pół godziny, a może nawet godzinę lub dwie, tak czy tak – trwało to wieki. Później, gdy otworzyły się drzwi, okazało się, że był to zwyczajny, choć komfortowy pokój, którego jedyną osobliwością był brak jakichkolwiek mebli, jeśli nie liczyć szaf ściennych dookoła. Podłogę wyścielał gruby, miękki dywan. Drzwi otworzyły się i weszły dwie młode, piękne dziewczyny, przypominające wyglądem i strojem urocze pokojówki z osiemnastego stulecia: w długich do kostek lekkich i marszczonych spódnicach, obcisłych gorsetach uwydatniających piersi, zapinanych z tyłu na haftki, z przodu zaś sznurowanych, ozdobionych przy szyi koronką, z rękawami do łokcia. Oczy i usta miały mocno umalowane. Szyje opinały im ciasne obroże, na nadgarstkach nosiły coś, co przypominało bransolety.

Wiem jeszcze, że oswobodziły jej ręce, które O miała do tej pory cały czas związane na plecach, i kazały się jej rozebrać, aby można ją było wykąpać i poddać upiększającym zabiegom. Kiedy już była naga, schowały jej ubranie do jednej ze ściennych szaf. Nie pozwoliły, aby kąpała się sama, a potem zajęły się jej włosami, nakazawszy jej usiąść w wielkim odchylanym fotelu, jakie spotyka się w prawdziwych salonach fryzjerskich, które opuszcza się w tył do umycia włosów, a następnie podnosi do ich układania i suszenia. Trwało to co najmniej godzinę. A właściwie jeszcze dłużej. O siedziała na fotelu zupełnie naga i nie wolno jej było skrzyżować ani nawet złączyć nóg. Ponieważ naprzeciw niej znajdowało się wielkie na całą ścianę lustro, którego nie przesłaniał żaden stolik, O widziała swoje rozwarte uda, ilekroć jej wzrok natrafiał na lustro. Kiedy została już odpowiednio przygotowana i umalowana – oczy lekko podkreślone cieniem, usta jaskrawoczerwone, koniuszki i otoczki piersi różowe, wargi łonowe pociągnięte czerwoną szminką, obficie wyperfumowane futerko pod pachami i na podbrzuszu, tak samo jak wewnętrzna strona ud, dołek pomiędzy piersiami i wnętrze obu dłoni – kazano jej przejść do innego pomieszczenia, gdzie toaletowe tremo i czwarte lustro, przymocowane do ściany, pozwalały dokładnie się widzieć. Usadzono ją na taborecie pomiędzy lustrami i kazano czekać. Taboret był pokryty czarnym futrem, które trochę kłuło, czarny był też dywan, a ściany czerwone. Na nogach miała czerwone pantofle. Na jednej ze ścian niewielkiego buduaru było wielkie okno wychodzące na wspaniały, cienisty park. Przestało już padać, drzewa poruszały się na wietrze, w górze pomiędzy chmurami mknął księżyc.

Nie wiem, jak długo siedziała sama w tym czerwonym buduarze ani czy była naprawdę sama, jak sądziła, czy też może ktoś obserwował ją przez otwór ukryty w ścianie. Wiem natomiast, że kiedy powróciły dwie kobiety, jedna z nich miała w ręku centymetr krawiecki, a druga koszyk. Towarzyszył im mężczyzna ubrany w długą, fioletową szatę z szerokimi rękawami, ściągniętymi przy nadgarstku, która poniżej pasa rozchylała się przy każdym kroku. Widać było, że pod spodem nosi on coś w rodzaju obcisłych rajtuzów, zakrywających wprawdzie nogi i uda, ale odsłaniających męskość. Ta męskość była pierwszą rzeczą, którą spostrzegła O, drugą był rzemienny bicz, który miał zatknięty za pasem, następną twarz mężczyzny ukryta pod czarnym kapturem, z otworem na oczy przesłoniętym czarnym tiulem, ostatnią wreszcie również czarne rękawiczki z koźlęcej skóry na jego rękach. Zwracając się do niej przez „ty”, zakazał się jej ruszać, kobietom zaś nakazał się pośpieszyć. Ta, która miała ze sobą centymetr, zmierzyła najpierw szyję, a potem nadgarstki O. Wymiary okazały się całkiem zwyczajne, choć raczej niewielkie. Nietrudno było jednak odszukać w koszyku przyniesionym przez drugą z kobiet odpowiednią obrożę i bransolety. Wykonane one były z licznych warstw skóry (każda warstwa dość cienka, lecz razem osiągały grubość palca), zamykały się na zamki zatrzaskowe, i tak jak niektóre kłódki, dawały się otworzyć jedynie za pomocą kluczyka. Po przeciwnej niż zamek stronie, pomiędzy warstwami skóry przechodziło metalowe kółko, za pomocą którego bransolety można było ze sobą spinać, przy czym zarówno obroża, jak bransolety przylegały bardzo ściśle, na tyle, że wprawdzie nie raniły skóry, ale nie dałoby się przeciągnąć pod nimi choćby cienkiego sznurka. Kiedy założono jej już obrożę i bransolety, mężczyzna kazał jej wstać. Sam zajął miejsce na futrzanym taborecie, gdzie siedziała wcześniej, kazał jej przybliżyć się do swych kolan, dłonią ubraną w rękawiczkę prześlizgnął się pomiędzy jej udami, dotknął piersi, a następnie powiedział, że jeszcze tego wieczoru zostanie przedstawiona, lecz stanie się to dopiero po obiedzie, który zje w samotności.

I rzeczywiście jadła go samotnie, wciąż naga, w maleńkiej celce, gdzie czyjaś niewidoczna ręka podawała jej talerze przez otwór w ścianie. Kiedy skończyła, ponownie zjawiły się po nią dwie kobiety. W buduarze, dokąd wróciły, spięły kółka bransolet wysoko na plecach, krępując całkowicie ręce O. Do obroży przypięły czerwony płaszcz, który otulał ją wprawdzie całkowicie, lecz jednocześnie rozchylał się dołem, kiedy szła, na co nic nie mogła poradzić, mając unieruchomione z tyłu ręce. Jedna z kobiet szła przodem, otwierając przed nią drzwi, druga z tyłu zamykała je za nimi.

Minęły westybul i dwa kolejne salony i weszły do biblioteki, gdzie czterech mężczyzn piło kawę. Wszyscy byli ubrani w takie same szaty jak ów pierwszy, ale ich twarze nie były zamaskowane. O nie zdołała jednak ich rozpoznać, nie zdołała też stwierdzić, czy znajduje się pośród nich jej kochanek (był tam), gdyż jeden z czwórki skierował w jej stronę silną lampę, która ją zupełnie oślepiła. Jakiś czas wszyscy stali nieruchomo: kobiety po obu jej bokach i mężczyźni naprzeciw niej. Potem światło zgasło, kobiety się oddaliły. Na oczach zawiązano jej przepaskę. Podprowadzono ją, potykającą się, w przód, poczuła, że stoi przed płonącym kominkiem, gdzie siedziało czterech mężczyzn: czuła ciepło i słyszała w ciszy trzaskanie polan. Stała przodem do ognia. Czyjeś ręce uniosły jej płaszcz, dwie inne przesunęły się w dół, wzdłuż jej lędźwi, sprawdziwszy uprzednio, czy bransolety trzymają się mocno: te dłonie nie były odziane w rękawiczki, a jedna z nich zagłębiła się naraz w obydwa jej otwory tak gwałtownie, że krzyknęła. Ktoś się zaśmiał. Ktoś inny powiedział:

– Odwróćcie ją, żeby można było zobaczyć piersi i brzuch.

Odwrócono ją i teraz żar kominka ogrzewał jej plecy. Jakaś dłoń ujęła jedną jej pierś, czyjeś usta chwyciły koniuszek drugiej. I wtedy nagle straciła równowagę, przechyliła się niebezpiecznie do tyłu… prosto w czyjeś ramiona, podczas gdy ktoś inny rozwarł jej nogi i rozchylił delikatne wargi, poczuła czyjeś włosy we wnętrzu swoich ud. Usłyszała, że ma uklęknąć. Zaraz też sprowadzono ją na klęczki siłą. Na kolanach było jej bardzo niewygodnie, tym bardziej że zabroniono jej złączyć nogi, a z powodu skrępowanych na plecach rąk groziło to upadkiem w przód. Pozwolono jej odchylić się nieco do tyłu, tak że znalazła się w półprzysiadzie, opierając się na własnych piętach, jak to robią niektórzy modlący się.

– Nigdy jej pan nie wiązał?

– Nie, jeszcze nigdy.

– Ani nie chłostał?

– Nie, również nie, ale właśnie…

Tym, który odpowiadał, był jej kochanek.

– Właśnie – odezwał się kolejny głos. – Chciałby pan pewnie, żeby ją parę razy związać, trochę wychłostać, a ona niech czerpie z tego przyjemność? Nie, nie. Chodzi o to, aby przekroczyć ten próg, kiedy odczuwa się przyjemność, i wycisnąć z niej łzy.

Wówczas podniesiono O z klęczek, zapewne po to, aby przywiązać ją do jakiegoś słupa czy też ściany, ale jeden z mężczyzn sprzeciwił się, mówiąc, że najpierw chciałby ją wziąć i zaraz też sprowadzono ją znowu na kolana, lecz tym razem piersiami opierała się o taboret, ręce miała w dalszym ciągu związane, jej pośladki znajdowały się teraz wyżej niż reszta ciała, a jeden z mężczyzn przytrzymał ją oburącz za biodra i wszedł w nią. Za chwilę ustąpił miejsca innemu. Trzeci postanowił skorzystać z innej, ciaśniejszej drogi, a wdarłszy się tam gwałtownie, sprawił, że O krzyknęła. Kiedy ją wreszcie zostawił, jęczącą i mokrą od łez pod przepaską na oczach, osunęła się na ziemię, by zaraz poczuć przy swojej twarzy czyjeś kolana i żeby również jej usta nie zostały oszczędzone. Wreszcie pozostawiono ją związaną, leżącą na wznak na czerwonych łachmanach, niedaleko kominka. Słyszała, jak mężczyźni napełniają kieliszki, piją, przesuwają jakieś siedzenia. Ktoś dorzucił drew do ognia. Naraz zdjęto jej przepaskę. Duży pokój ze ścianami pełnymi książek oświetlony był słabym światłem lampy stojącej na konsoli i blaskiem kominka, który teraz ożywił się trochę. Dwóch mężczyzn stało i paliło papierosy. Inny siedział, trzymając szpicrutę na kolanach, tym zaś, który pochylał się właśnie nad nią i pieścił jej pierś, był jej kochanek. Mieli ją jednak wszyscy czterej, a ona nie zdołała go odróżnić od pozostałych.

Wyjaśnili jej, że odtąd, tak długo jak będzie pozostawać w rezydencji, będzie mogła zobaczyć twarze tych, którzy będą ją gwałcić i dręczyć, ale nie nocą, i że nie zdoła rozpoznać, kto jest odpowiedzialny za najgorsze. Nie będzie tego wiedzieć także wtedy, gdy będą ją chłostać, nawet gdy zechcą, aby sama na to patrzyła, i że za pierwszym razem nie będzie miała przepaski na oczach, lecz oni założą maski, tak więc nie zdoła ich odróżnić. Kochanek uniósł ją i posadził, ubraną w czerwony płaszcz, na poręczy fotela blisko kominka, żeby wysłuchała tego, co mają jej do powiedzenia, i obejrzała to, co mają jej do pokazania. Ręce miała cały czas skrępowane na plecach. Najpierw pokazano jej szpicrutę, czarną, długą i cienką, z bambusa obciągniętego skórą; można takie zobaczyć na wystawach eleganckich sklepów z akcesoriami jeździeckimi. Potem skórzany bicz, taki sam, jaki widziała za pasem u pierwszego z mężczyzn, również długi, złożony z sześciu rzemieni zakończonych supłem. Był jeszcze trzeci przyrząd, z cienkich sznurków z licznymi supełkami, które okazały się twarde jak kamień, specjalnie bowiem moczono je w wodzie. Mogła się o tym przekonać, gdy pocierali nimi jej brzuch, a następnie rozwarli jej uda, żeby na wrażliwej skórze ich wnętrza mogła lepiej poczuć, jak są mokre i zimne. Pozostały jeszcze klucze i łańcuchy leżące na konsoli.

Wzdłuż jednej ze ścian biblioteki, mniej więcej w połowie wysokości, biegła galeryjka wsparta na dwóch słupach. W jednym z nich tkwił hak, tak wysoko, że aby go dosięgnąć, jeden z mężczyzn musiał wspiąć się na palce i wyciągnąć ramiona. Powiedziano jej, podczas gdy kochanek O uniósł ją w górę, jedną ręką chwyciwszy ją poniżej ramion, drugą zaś wsunąwszy pomiędzy jej uda, tak że omal nie zemdlała z bólu, powiedziano jej zatem, że na chwilę rozwiążą jej ręce, lecz tylko po to, żeby móc przypiąć ją – za pomocą tych samych bransolet i stalowego łańcucha – do wspomnianego słupa. Że z wyjątkiem rąk, które zostaną unieruchomione ponad głową, będzie mogła się poruszać i patrzeć, jak ją biczują. Że chłostać będą tylko pośladki i uda, krótko mówiąc, od pasa do kolan, do czego przygotowano ją już w samochodzie, którym tu przyjechała, kiedy to kazano jej zasiąść obnażonej na siedzeniu. I że jeden z mężczyzn zechce zapewne naznaczyć jej uda za pomocą szpicruty, pozostawiając piękne, podłużne i głębokie pręgi, które długo nie znikają. Że wszystko to odbędzie się stopniowo, będzie miała czas, by krzyczeć, szamotać się i płakać. Pozwolą jej trochę odetchnąć, lecz kiedy tylko odsapnie, zaczną na nowo, i że nie będą wrażliwi na jej krzyki, to zaś kiedy zaprzestaną, oceniać będą na podstawie śladów bicza na jej skórze, odpowiednio wyrazistych i trwałych.

Warto zauważyć, że taka ocena skuteczności chłosty jest jak najbardziej słuszna, udaremnia wszelkie usiłowania ofiary, która przesadnym krzykiem pragnie wzbudzić litość.Ponadto pozwala stosować tę chłostę poza murami pałacu, choćby w parku, gdzie często się to robi, albo w zwykłym mieszkaniu czy nawet w pokoju hotelowym, pod warunkiem że użyje się solidnego knebla (zaraz też jej go pokazali), który nie przepuszcza niczego oprócz łez, tłumi wszelki krzyk i spod którego wydobyć się może co najwyżej cichy jęk. Dzisiejszego wieczoru nie ma potrzeby go użyć, wręcz przeciwnie. Dziś wszyscy pragnęliby usłyszeć jej krzyk, i to jak najszybciej.

2Sir Stephen

O MIESZKAŁA NA WYSPIE ŚWIĘTEGO LUDWIKA, na poddaszu starego domu zwróconego na południe, ku Sekwanie. Mansardowe pokoje były przestronne, choć niskie. Te od frontu, a było ich dwa, miały nawet balkoniki, wygospodarowane w spadzistym dachu. Jeden pokój należał do O, drugi, wokół kominka wypełniony od góry do dołu rzędami książek, pełnił funkcje salonu, biura albo jeszcze czegoś innego. Na wprost dwóch okien stała ogromna kanapa, na ścianie naprzeciwko kominka wisiał stary obraz. Jadało się tu również obiady, kiedy jadalnia od strony podwórka, cała obita ciemnozieloną serżą, okazywała się za mała. Kolejny pokój, również od podwórka, służył za przebieralnię i garderobę Renégo. O dzieliła z nim również łazienkę, utrzymaną w żółtej tonacji, podobnie jak maleńka kuchenka. Codziennie przychodziła posługaczka, zajmująca się sprzątaniem. Pomieszczenia od podwórka miały posadzkę z czerwonych, sześciokątnych płytek, jakie można spotkać na schodach i podestach starych paryskich domów. Kiedy O zobaczyła je po powrocie z Roissy, serce podskoczyło jej gwałtownie: były to te same płytki, co w korytarzu czerwonego skrzydła. Pokoik O był niewielki. Różowo-czarne perkalowe firanki były zasłonięte, za metalowym parawanem przed kominkiem jaśniał ogień, łóżko czekało rozścielone.

– Kupiłem ci bluzkę z nylonu – powiedział René. – Jeszcze takiej nie miałaś.

I właśnie ta nylonowa, biała bluzka, marszczona i obcisła, cieniuteńka jak ubranie na egipskich statuetkach, leżała teraz na łóżku, po tej stronie, gdzie zawsze sypiała O. Przewiązywało się ją w talii elastycznym, stebnowanym paskiem. Nylon był tak cienki, że przebijał spod niego różowy kolor piersi. Z wyjątkiem firanek i panneau nad łóżkiem, z tego samego co zasłony perkalu oraz obitych tym samym materiałem niskich foteli, wszystko tu było białe: ściany, pikowana kapa na łóżku z mahoniowymi kolumienkami i niedźwiedzie skóry na podłodze.

Teraz