Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 255 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Historia miłosna - Janine Boissard

Claudio Romani, światowej sławy tenor, porzucił scenę operową po tragicznym wypadku, który odebrał mu wzrok. Nie stracił jednak zainteresowania kobietami. Dlaczego więc teraz postanawia zatrudnić młodą niepozorną dziewczynę, by jako jego rzecznik prasowy towarzyszyła mu dwadzieścia cztery godziny na dobę?

Laura waha się, czy przyjąć tę posadę. Jest profesjonalistką w branży muzycznej i nie ma ochoty pełnić roli opiekunki mężczyzny o reputacji cynika i uwodziciela.

Gdy jednak po raz pierwszy słyszy podczas koncertu jego głos…

Od tej pory znosi jego arogancję i wybuchy złości, słucha jego erotycznych wynurzeń i odkrywa w nim nie tylko genialnego artystę, lecz wrażliwego, rozpaczliwie samotnego człowieka. Wbrew rozsądkowi zakochuje się w nim miłością, która nie pragnie niczego w zamian.Przysięga sobie, że doprowadzi, by odzyskał nadzieję i marzenia – poświęcając siebie…

Opinie o ebooku Historia miłosna - Janine Boissard

Fragment ebooka Historia miłosna - Janine Boissard

Korekta

Joanna Egert-Romanowska

Magdalena Stachowicz

Projekt graficzny okładki

Les Éditions Retrouvées

Zdjęcie Opery Paryskiej

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Histoire d’amour

Copyright © Éditions Robert Laffont, S.A., Paris, 2011

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5019-9

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

00-060

Część 1

1

Nie pójdziemy do lasu, laury są już ścięte

Pójdzie je pozbierać Piękna…

Piękna to byłam ja.

Miałam osiem lat, długie, kasztanowe włosy, rzęsy jak płatki kwiatu, oczy zielone – właściwie nie, nie zielone, a żółte – tak dogryzała mi Agathe, moja starsza siostra. Zęby nieco wystające, ale to miał wyrównać aparat, i ciemną karnację, którą lubiło słońce. Tak, byłam wykapaną córką ojca, mężczyzny o śródziemnomorskiej urodzie, dalekiego potomka Hiszpanów. Agathe natomiast wrodziła się w mamę, córkę Północy, i tak jak ona była wysoką, szczupłą blondynką o niebieskich oczach. Biały i ciemny chleb, żartowali czule sąsiedzi, gdy widzieli nas razem. Trzeba wspomnieć, że tata był piekarzem.

Mieszkaliśmy między sadami jabłoniowymi a morzem, w Normandii, w miasteczku liczącym siedemset dusz, a w sezonie turystycznym, ze względu na bliskość Deauville, trzy razy więcej. Dzięki burzom, które od czasu do czasu wymuszały na nas przemianę w marynarzy, wyciekowi ropy, osunięciu urwiska, miłostkom listonosza, upodobaniu pani Pointeau do jej licznych psów i kotów, które ją w końcu zjadły, w Villedoye nigdy nie było nudno. Wszyscy się znali, a czyż piekarnia nie jest miejscem, do którego każdy szanujący się chrześcijanin powinien wstąpić przynajmniej raz dziennie? Wychowałam się, ku zazdrości koleżanek, pośród ciepłego zapachu ciasta na chleb, torty i ciastka. Nigdy nie odmawiano mi łakoci, a to z prostego powodu – sama miałam ich już dość.

Każdego ranka samochód odwoził nas, mnie i Agathe, do gimnazjum. Potem miał wozić do liceum, a następnie, gdybyśmy kontynuowały naukę, na uniwersytet w Caen. Mama widziała nas jako nauczycielki; to zawód idealny, kiedy ma się dzieci – daje jednocześnie pewność i, dzięki luźnemu planowi zajęć i wakacjom, pozostawia wystarczająco dużo czasu, by należycie zająć się potomstwem.

Pewnie, w naszych stronach ciągle pada, ale my to lubiliśmy, bo Normandii jest z deszczem do twarzy.

Mam trzynaście lat i jest lato. Agathe pojechała na plażę z przyjaciółmi, ja wolałam zostać w domu i czytać w łóżku. W kuchni mama gawędzi z Jeannette, jedną z moich licznych ciotek. Śmieją się, rozmawiając o mojej siostrze, która musi opędzać się od adoratorów. Starsi chłopcy przyjechali aż trzema samochodami, żeby zabrać ją nad morze do Deauville.

– Widziałaś? Każdy chciał, żeby jechała właśnie z nim. O mało się nie pobili. Jeśli chodzi o Agathe, na pewno nie będziesz miała problemów z wydaniem jej za mąż – zauważa ciotka.

– To nie my będziemy je wydawać, same sobie doskonale poradzą – odpowiada mądrze mama.

Nadstawiam ucha, bo temat jest interesujący.

– Czy to wszystko nie peszy zbytnio małej? – pyta Jeannette, ściszając głos.

Mała to ja. W ten sposób się nas rozróżnia. Co mogłoby peszyć małą?

– Ależ skąd – odpowiada mama. – Uwielbiają się nawzajem. Nie zapominaj, że Laura jest lepsza w szkole.

To prawda. W szkole to ja bryluję, a Agathe staje się mała. Kiedy przynosimy nasze dzienniczki do podpisania – wręcz malutka. Poza tym raz powtarzała klasę. Między nami jest już tylko rok różnicy. Ja: „Uczennica celująca, pilna, zdolna, brawo!”. Ona: „Stać ją na więcej” w każdej rubryce, z wyjątkiem wuefu, bo lubi chodzić w krótkich spodenkach i popisywać się swoim ciałem. Agathe i praca – to nigdy nie szło w parze. Ona woli bujać w obłokach, owijając wokół palców kosmyki swoich długich, jasnych włosów. W dniu podpisywania dzienniczków to ja ją pocieszam.

– Rzeczywiście – zgadza się Jeannette – przynajmniej na tym polu błyszczy. W pewnym sensie to się równoważy. Zresztą, nie mówię, że Laura jest brzydka, nie, jest niczego sobie. Ale kiedy się porówna…

Hałas gwałtownie odsuwanego krzesła zwiastuje nadchodzącą burzę. Mama odpowiada głosem pełnym gniewu:

– Co wy wszyscy macie z tym porównywaniem? Czy porównuje się lilię z dzikim kwiatem? Wyobraź sobie – bardzo się cieszę, że mam dwie tak różne córki.

Porównywanie: do tamtej chwili niewiele o tym myślałam. Kiedy ma się trzynaście lat, każdy wam to powie, jest się w trakcie metamorfozy, młoda kobieta dopiero się wykluwa i nie można jeszcze przesądzać o efekcie końcowym. W tym wieku najważniejsza jest dobra atmosfera w domu, siostra, z którą można spiskować, oraz przyjaciele. Miałam to wszystko, przyjaciół nawet więcej niż Agathe, która lubiła stroić fochy i nie potrafiła dotrzymać tajemnicy.

Kiedy wróciła z plaży i nasypała piasku, gdzie tylko się dało, poszła pod prysznic, zostawiając drzwi otwarte dla ewentualnej widowni. A ja porównałam:

Agathe: metr sześćdziesiąt osiem, szczupła i zarazem krągła tam, gdzie potrzeba. Biała skóra, niebieskie oczy, włosy coraz jaśniejsze dzięki szamponowi rumiankowemu: młode zboże, wiosenna pszenica.

Mała: metr pięćdziesiąt trzy, ale uwaga, jeszcze nic straconego, rośnie się do pierwszej miesiączki, a potem można wyciągnąć jeszcze ze dwa centymetry. Oczy zielone, pomieszane z żółtym, ciemna opalenizna od pierwszych słonecznych dni. „Do schrupania”, kwitował tata, łapiąc mnie za policzki. Dojrzałe żyto, ciemny chleb.

Piękną była Agathe.

Ale czym właściwie było piękno? Skąd brała się różnica? Według członków rodziny miałam przepiękne oczy, prosty nos i, dzięki aparatowi, nienaganne usta. Jeśli chodzi o włosy, były dziesięć razy gęściejsze niż złote nitki Agathe.

– Twoja siostra jest szałowa! – zawołał kiedyś jeden kolega.

No właśnie, ja nie byłam aż tak szałowa. I dlatego w Deauville, kiedy przechadzałyśmy się po deptaku, wszyscy chłopcy odwracali się i pogwizdywali za nią, nawet jeśli to ja byłam bardziej opalona i robiłam co mogłam, żeby zostać zauważona. To ją chcieli zabierać wszędzie, na dyskoteki, do kina, na kręgle, na bal, i pożyczali samochody ojców, żeby szaleć w jej towarzystwie.

Koniec końców, może właśnie dlatego wolałam czytać w łóżku niż przypatrywać się tej karuzeli adoratorów, z których każdy po kolei stawiał jej coś do picia, podczas gdy ja nieodmiennie płaciłam z własnej kieszeni.

Nie ma z czego robić dramatu! Poza tym ciocia Jeannette powiedziała, że jestem niczego sobie. A jest nawet lepiej, kiedy ćwiczę uśmiech przed lustrem i moje „żółte” oczy zaczynają błyszczeć. Zresztą, prawdziwych brzydul w Villedoye nie brakowało: Babeth na szpilkach i z wielkim tyłkiem, biedna Joséphine z zajęczą wargą i Iréne, której żaden lekarz nie zdołał wyprostować zeza.

Hej, zatańczcie wkoło, patrzcie, jak wesoło.

Tańcuj, baw się, ciesz, całuj, kogo chcesz,

Na razie jednak „kogo chcesz” było znacznie łatwiejsze w piosence niż w rzeczywistości.

Bez wątpienia właśnie w dniu lilii i dzikiego kwiatu zdecydowałam, że będę szałowa na własny sposób.

Nie zostałam nauczycielką, zdobyłam dyplom z angielskiego i, ponieważ zawsze wolałam czytać w łóżku niż paradować po plaży, bez trudu uzyskałam drugi, z literatury. Potem spakowałam rzeczy, zostawiłam morze i osiadłam w Paryżu, gdzie pracuję w branży muzycznej i tańczę z najlepszymi.

2

Tego ranka przychodzę do Agencji na kacu. Wczoraj obchodziłam z kilkoma przyjaciółmi moje dwudzieste szóste urodziny. Poszliśmy do klubu. Zabalowaliśmy do trzeciej nad ranem – mało to poważne w środku tygodnia, ale święto jest świętem, a poza tym, odkąd miałam trzynaście lat, urosłam o cztery centymetry… A to można świętować bez końca!

Agencją nazywamy pieszczotliwie nasze dwieście metrów kwadratowych biura, zlokalizowanego nieopodal Pól Elizejskich. Tutaj nasz zespół specjalistów od kontaktów z mediami pilnie pracuje nad promocją piosenkarzy, których, mamy nadzieję, czeka wielka kariera. Zwracają się do nas przeciążone wytwórnie płytowe, a także niezależni muzycy, którzy dochodzą do wniosku, że sława zbyt długo każe na siebie czekać. Aby im pomóc, oblegamy dzienniki, stacje radiowe i telewizyjne. Organizujemy wywiady i konferencje prasowe, opracowujemy trasy, w których czasem im towarzyszymy. Lubię tę pracę, w której nie spogląda się na zegarek i spotyka co dzień z interesującymi ludźmi, nazywającymi samych siebie artystami. Często są niesforni, za to rzadko bywają nieciekawi i wszyscy, bez wyjątku, gotowi są umrzeć, byle tylko zdobyć uznanie.

Poza tym zawsze kochałam muzykę, tę, którą nazywamy „wielką” – od wiolonczeli po akordeon. Ona zamienia troskę w poezję, a czasem nieszczęście w operę. Nie można bez tego żyć. Wyobrażacie sobie świat bez ptaków?

Dzień po urodzinach siedzę więc przy telefonie i, nieco ospała mimo podwójnej kawy, zadręczam jakiegoś dziennikarza, kiedy asystentka szefa puka w okno mojego gabinetu i przywołuje mnie gestem.

Henri Desjoyaux, założyciel Agencji, ma zaledwie trzydzieści pięć lat. Jest ładnym chłopcem o wilczych zębach. Zależy mu, żebyśmy zwracali się do niego po imieniu i pracowali po amerykańsku – zgodnie z zasadą przejrzystości, przy drzwiach otwartych.

Obok niego stoi niski mężczyzna, około pięćdziesiątki, w trzyczęściowym garniturze, o bujnej, szpakowatej czuprynie, i patrzy przeszywającym wzrokiem przez grube szkła okularów.

– Lauro, przedstawiam ci mojego bliskiego przyjaciela: Davida Maya.

Jego krótka, pulchna ręka zgniata moje palce.

– Proszę do mnie mówić po imieniu, w końcu to pani ma nas uratować! – oświadcza mały człowieczek o jakby chropowatym akcencie.

Odwracam się w stronę Henriego, a ten informuje mnie:

– David jest agentem Claudia Romaniego.

Claudio Romani jest tenorem znanym tak we Francji, jak i za granicą. W jego przypadku nie ma najmniejszej potrzeby napraszać się dziennikarzom – i bez tego jest rozchwytywany. Plotki głoszą, że to wielki uwodziciel o wrednym charakterze. Jeśli się nie mylę, ma około czterdziestu lat. Poza tym jest niewidomy.

– Lauro, jesteśmy w tarapatach – wyjaśnia agent. – Claudio przebywa obecnie w Auxerre. Ma zainaugurować festiwal muzyczny koncertem w ratuszu. Jego attaché prasowa i przewodniczka właśnie go opuściła. Pilnie potrzebny jest ktoś, kto mógłby ją zastąpić. Henri pomyślał o pani.

O mnie? Ja i Claudio Romani? Stoję oniemiała. On może mieć kogo chce i kiedy chce. Trzeba stanąć na głowie, żeby dostać szansę pracy dla niego. Dlaczego ja?

– Według Henriego właśnie ty jesteś osobą, jakiej szukamy – kontynuuje David. – Dyskretną, skuteczną i… dyspozycyjną.

Śmieję się.

– Osobę z tymi cechami znajdziecie z łatwością na miejscu. I proszę pamiętać o jednym szczególe – nie znam się za bardzo na muzyce klasycznej.

– Ale przecież docenia ją pani, czy to nie jest najważniejsze? Nie będzie też pani musiała zajmować się prasą, wszystko zostało już załatwione.

Mały człowieczek odetchnął.

– Będę z panią szczery, po odejściu Corinne Massé Claudio postanowił, że będzie sobie radził samodzielnie, co, zważywszy na jego stan, jest raczej ryzykowne. Zgodził się na zastępczynię tylko pod warunkiem, że to ja ją wybiorę.

– Ale ja nigdy nie zajmowałam się niewidomymi!

– On świetnie sobie radzi z drobnymi codziennymi czynnościami. Musiałaby pani czuwać jedynie nad jego grafikiem zajęć, towarzyszyć mu wieczorem na koncercie pieśni Mozarta, asystować przy kolacji na wypadek, gdyby czegoś potrzebował, i towarzyszyć mu w drodze do hotelu po zakończeniu uroczystości.

– I położyć go do łóżka?

Ledwo wypowiedziałam te słowa, już ich żałuję. Bardzo nie na miejscu. Rzecz w tym, że wszystko to wydaje mi się farsą, a jak inaczej bronić się przed farsą, jeśli nie śmiechem?

– Nie trzeba go kłaść do łóżka – odpowiada poważnie agent. – Ale jutro wczesnym popołudniem musiałaby pani wsiąść z nim do pociągu do Paryża. Claudio zażyczył sobie spędzić ranek w Auxerre. Pozostałaby pani do jego dyspozycji.

– I, oczywiście, nie będzie pani musiała wracać do agencji – dodaje Henri. – Zrobi sobie pani długi weekend.

– A co z moją pracą?

– Élodie się tym zajmie.

Wszystkim nam, specjalistkom od kontaktów z mediami (w Agencji pracują same kobiety), pomaga Élodie, młoda, ładna, entuzjastyczna asystentka, mająca nade mną tę przewagę, że zna się na rapie i techno.

– Czy możemy więc na panią liczyć? – pyta David May. Wydaje mi się lekko zaniepokojony.

Wyrażając zgodę, czuję nagły powiew niepokoju, jak gdyby ostrzeżenie z nieba. W Normandii wciąż patrzy się w niebo i zastanawia, czy nadchodzi burza.

Ale David już siada, sporządza listę nazwisk i namiarów, notuje numery swoich dwóch telefonów komórkowych, przygotowuje mój grafik. Pociąg odjeżdża o czwartej z Dworca Lyońskiego. Podróż trwa niecałe dwie godziny. Mam sporo czasu, żeby wrócić do siebie, zjeść obiad i spakować rzeczy. Na dworzec pojadę taksówką. On ureguluje rachunek, podobnie jak wszystkie moje wydatki w Auxerre.

Henri zniknął. Widząc, jak agent wyjmuje z kieszeni mój bilet na pociąg, znów mam ochotę się roześmiać. A gdybym odmówiła? Wtedy pewnie ktoś inny, choćby z Agencji, pospieszyłby z pomocą i zajął się maestro. Ktoś bardziej reprezentacyjny. Właśnie, dlaczego ja?

David May taksuje mnie raz jeszcze swym szarym spojrzeniem: spodnie, sweter, mokasyny. Odkasłuje.

– Lauro, jeśli pani pozwoli… Proszę zabrać jakiś bardziej szykowny strój na dzisiejszy wieczór. Będzie tam cała, jak to się mówi, śmietanka. Aha, proszę wybaczyć pytanie, czy zdarza się pani nosić buty na obcasie?

3

Dworzec w Auxerre był cały oklejony afiszami zapowiadającymi obchody święta muzyki. Przy wyjściu czekała na mnie około trzydziestoletnia kobieta, machając kartką, na której widniały nazwiska: moje i Claudia Romaniego. Podeszłam do niej.

– Nazywam się Laura Vincent.

– Morin, miło mi – przedstawiła się z uśmiechem, w którym wyczułam ulgę. – Witamy w Auxerre.

Pospieszyła, by pomóc mi z torbą podróżną, jak gdyby stanowisko asystentki wielkiego tenora nagle podniosło moją rangę. Przywileje pasażera pierwszej klasy… Powstrzymałam się od śmiechu. Niepokój minął. Nareszcie ta przygoda zaczynała mnie bawić. W końcu, czy to nie ze względu na tego rodzaju niespodzianki wybrałam pracę z mediami, a nie zawód nauczycielki?

Pani Morin otworzyła drzwi samochodu.

– Proszę wybaczyć bałagan. Wożę nim dzieci.

W moim samochodzie jest prawdziwy śmietnik, a wożę nim tylko siebie. Nie zwracam uwagi na szczegóły.

– Hotel jest niedaleko. Zdąży pani trochę odpocząć. Zna pani miasto?

Nie znałam Auxerre, w ogóle słabo znałam swój kraj. Moi rodzice nigdy nie wyjeżdżali z Normandii, a gdy dorosłam, za każdym razem, kiedy miałam trochę oszczędności, wolałam jeździć za granicę.

Katedra, ze skrzydłami rozpiętymi ponad morzem kolorowych dachów, zachwyciła mnie. Tu i tam, wśród rudych plam drzew, wystrzelały w górę inne dzwonnice.

„Widzisz, tak to u nas jest, wszędzie dzwonnice” – mówił mój ojciec z dumą.

„U nas” znaczyło we Francji.

Okna hotelu wychodziły na rzekę Yonne. Oznaczony nie tyle gwiazdkami, co małym gwiazdozbiorem, był z pewnością jednym z bardziej wykwintnych w okolicy. W holu zauważyłam plakaty: jeden widziałam już na dworcu; drugi, w takim samym rozmiarze, zapowiadał recital Claudia Romaniego w ratuszu. Tego wieczoru – w czwartek, szóstego października o dwudziestej trzydzieści. Oto przyczyna mojej obecności w Auxerre. Pani Morin odprowadziła mnie aż do długiej lady, przy której uwijało się kilka osób.

– Oto mademoiselle Vincent, która zastępuje mademoiselle Massé – przedstawiła mnie.

Do przodu wystąpił mężczyzna i odezwał się z entuzjazmem:

– Czekaliśmy na panią. Mam nadzieję, że podróż minęła pani przyjemnie. Pan Romani wrócił niedawno z próby w ratuszu. Poprosił, aby o dziewiętnastej przyniesiono mu lemoniadę z lodem. Jeśli pani sobie życzy, zostanie przyniesiona do pani sypialni, która ma bezpośrednie połączenie z jego pokojem. Pan Romani życzył sobie, aby nie łączono żadnych telefonów. Czy chce pani przekazać mu listę połączeń, czy woli pani zostawić ją tutaj?

– Proszę zostawić tutaj. Później obejrzymy ją wspólnie.

– Do usług.

Mężczyzna również wyraźnie odetchnął z ulgą na mój widok. Czyżby słynny śpiewak był aż tak straszny? Oddał klucz młodemu chłopakowi, który natychmiast zajął się moją torbą. Chyba nigdy nie była ona traktowana z takim szacunkiem. Pani Morin podała mi rękę.

– To nie ja przyjdę po panią – uprzedziła mnie z nutką żalu w głosie. – O dwudziestej w holu będzie na was czekał pan mer z mademoiselle Picot. Ale z pewnością zobaczymy się na kolacji.

W pokoju czekał na mnie ogromny bukiet róż. Był tak wielki, że zająłby trzy biurka wielkości tego, przy którym urzędowałam w Agencji, albo całą moją kawalerkę w Paryżu, blisko Sacré-Coeur. Obicia, obrazy, pozłacane kinkiety, podwójne zasłony, stylowe meble, miękka wykładzina: jedynie telewizor stanowił dysonans w tym imponującym pokoju. Cały ten luksus mnie przytłaczał. Podeszłam do jednego z dwóch wysokich okien, by je otworzyć i powrócić do rzeczywistości. Okna wychodziły na dziedziniec otoczony kamiennym murkiem, po którym pięła się granatowa winorośl. Nadchodził wieczór, pieszczony ciepłym powiewem, który poruszał firankami. Czuło się jesień, moją ulubioną porę roku: czas zaszywania się w domu, wcześnie zamykanych okiennic i lektury przy świetle lampy.

Agathe uwielbiała słońce, jasne światło, defilowanie w negliżu po plaży. Zadzwoniła do mnie dzień wcześniej i złożyła mi życzenia urodzinowe. Ostatecznie, moja starsza siostra też nie została nauczycielką. Wyszła za mąż za adwokata z Deauville i wychowywała dwójkę ich dzieci.

Rodzice również do mnie zadzwonili. „Kiedy do nas przyjedziesz?” – zapytała jak zwykle mama. Zawód, który wybrałam, budził w niej podziw połączony z niepokojem. Czy to aby „dobra” profesja?

Wróciłam do środka i stanęłam przed drzwiami prowadzącymi do pokoju Claudia Romaniego. Nadstawiłam ucha – żadnego dźwięku. Osiemnasta trzydzieści. Co powinnam zrobić? Iść od razu i się przedstawić? „Życzył sobie, aby nie łączono żadnych telefonów”.

Zdecydowałam, że poczekam, aż przyniosą lemoniadę.

Z torby wyjęłam elegancki strój na wieczór i rozłożyłam go na łóżku. Składał się z czarnej spódnicy, gorsetu z białego jedwabiu i bolerka w kolorze królewskiego błękitu. Moje metr pięćdziesiąt osiem nie pozwala na szczególną ekstrawagancję w doborze stroju, trzeba jednak powiedzieć, że z czasem wyszczuplałam. „Jesteś chudziutka jak patyczek!” – narzekał tata, od kiedy nie mógł już szczypać mnie w policzki.

Łazienka, w różowych marmurach i z pozłacanymi kranami, dorównywała wystrojem pokojowi. W małym koszyku obok podwójnej umywalki znajdował się komplet akcesoriów: olejki do kąpieli i do ciała, mydła, szampony, czepek, pilniczki do paznokci. Jeden pilniczek leżał zapomniany za pudełkiem z papierowymi chusteczkami. Czy zostawiła go Corinne Massé? Wczoraj towarzyszyła śpiewakowi podczas jego spotkań z mediami, zajmowała więc pokój i używała łazienki jeszcze dziś rano.

„Właśnie go opuściła” – powiedział David May bez dodatkowych wyjaśnień.

Co takiego musiało się zdarzyć, że zostawiła tenora w dzień koncertu? I dlaczego w hotelowej recepcji wszyscy okazywali ulgę na mój widok?

Wyrzuciłam pilniczek do białego kosza na śmieci, umyłam ręce i przeczesałam włosy. Mam włosy do ramion. „Niczego sobie” dziewczyna z lustra uśmiechnęła się do mnie, a jej twarz się rozpromieniła. No, ciężka noc nie pozostawiła po sobie wielu śladów. A poza tym nie muszę się o to martwić: Claudio Romani nie zobaczy tej twarzy. Pozna jedynie mój głos.

Niestety, niektórzy mówili mi, że jest wiecznie zachrypnięty.

W pokoju rozległ się melodyjny dźwięk dzwonka. U drzwi stał ten sam mężczyzna, który przyniósł moją torbę. Postawił na stole tacę ze szklanką lemoniady i wiaderkiem lodu. Podpisałam pokwitowanie. „Powodzenia”, szepnął, zanim rozpłynął się w powietrzu.

Siódma! Tym razem nie miałam wyboru.

Wzięłam tacę i zapukałam do drzwi sąsiedniego pokoju. Bez skutku. A jeśli śpiewak zasnął? Powinnam wejść i obudzić go, ryzykując reprymendę? „Postanowił nie zatrudniać zastępczyni”, powiedział David. Jedna rzecz była pewna: nie przyjmie mnie z otwartymi ramionami.

Przekręciłam klamkę.

Pokój tonął w półmroku, nie świeciła się ani jedna lampa. Przez szeroko otwarte okna wpadał zapach kamienia i winorośli. Z daleka słychać było głuchy pomruk ulicy. Zrobiłam kilka kroków do przodu.

Claudio Romani leżał na łóżku, zupełnie nieruchomy, niczym nagrobna statua. Widziałam tylko kontury jego ciała, owinięte szerokim aksamitnym szlafrokiem w ciemnym, być może granatowym kolorze. Przedramieniem śpiewak zasłaniał twarz, jak gdyby w odruchu obronnym. Obok łóżka, na wieszaku wisiał garnitur, w którym miał wystąpić tego wieczoru, na krześle zaś leżała złożona biała koszula.

„Dobrze sobie radzi z drobnymi czynnościami codziennymi” – uprzedził mnie David.

Obarczona tacą, zbliżyłam się jeszcze trochę, obawiając się, że go zaskoczę, przestraszę.

– A więc to ty jesteś Laura? – zapytał.

Zamarłam. Wstrzymałam oddech. Ten głos!

– Możesz zapalić światło, jeśli chcesz.

Odwróciłam się, odłożyłam tacę, podeszłam do włącznika znajdującego się przy drzwiach. Kryształowy żyrandol, kinkiety, lampki na stoliku nocnym – wszystko rozbłysło w jednej chwili.

Serce aż podskoczyło mi w piersi.

Claudio Romani odsłonił twarz. Oparłszy się na łokciu, patrzył na mnie. Nie, nie mogłam uwierzyć, że mnie nie widzi!

Był piękny z tymi czarnymi, gęstymi włosami, z cienką wstęgą zarostu wokół szczęki, pełnymi wargami i ciemnymi, wpatrzonymi we mnie oczami. Był piękny i dziki, dziki i zraniony.

– No, na co czekasz? – zapytał z ironią w głosie. – Podejdź tu!

Wyciągnął rękę. Nagle zapragnęłam odwrócić się, ukryć, uciec daleko. Nie powinnam była przyjmować tego zadania – byłam zbyt mała, zbyt krucha, by stanąć na wysokości zadania.

Podeszłam do łóżka.

– Nie masz mi nic do powiedzenia?

– Ależ tak. Jest siódma, przyniosłam panu lemoniadę. Będą na nas czekać w holu o ósmej.

Mój głos był naprawdę fatalny: drżący, zachrypnięty. Claudio Romani uśmiechnął się lekko.

– Dziękuję, że przyjechałaś zaopiekować się biednym ślepcem. Zdaje się, że masz dwadzieścia pięć lat. Mam nadzieję, że nie pokrzyżowałem ci zbytnio planów na wieczór.

– Mój wieczór był wczoraj, obchodziłam dwudzieste szóste urodziny.

Uśmiechnął się ponownie. Klepnął ręką brzeg łóżka, jeszcze większego niż to w moim pokoju.

– Chodź. Usiądź – rozkazał.

Usiadłam na wskazanym miejscu. Patrząc w jego oczy, można było rozpoznać kolor tęczówki. Ledwie ośmieliłam się w nie spojrzeć. Czułam się jak intruz, jak złodziejka. Wyciągnął rękę w kierunku moich włosów; dotykał ich przez chwilę, oceniając długość.

– Jakiego są koloru?

– Jestem szatynką.

– Jasną? Ciemną?

– Średnią.

Jego palce przesunęły się po mojej twarzy i delikatnie zaczęły ją badać. Wstrzymałam oddech. Wydawało mi się, że obejmuje mnie we władanie, że ujarzmia moją wolę. Nie mogłam nic zrobić. Musnął moje usta, nos. Zamknęłam oczy. Jego palce zatrzymały się.

– Oczy?

– Zielone.

Odsunął dłoń. Przechylił się w moją stronę i wciągnął powietrze.

– Nie używasz perfum, Lauro?

– Czasami. Rzadko.

– Twój chłopak tego nie lubi?

Nie odpowiedziałam.

Kiedy się wyprostował, jego szlafrok uchylił się, odsłaniając nagą, lekko owłosioną klatkę piersiową. Poczułam ciepły zapach. Odwróciłam się w drugą stronę.

– Czy wiesz, że jedna z pieśni, którą zaśpiewam dziś wieczorem, nosi tytuł Laura? Pieśń wieczorna Dla Laury. Co o niej sądzisz?

– Nie wiem, co panu odpowiedzieć. Nigdy jej nie słyszałam.

Czy ten niepewny, wręcz płaczliwy głos należał do mnie? Zwykle śmieję się, kiedy ktoś wprawia mnie w zakłopotanie. To nabyty dawno temu odruch obronny. Wydawało mi się, że straciłam władzę nad samą sobą. Wszystko, co przeżyłam do tej pory, osoba, którą nauczyłam się być, którą wydawało mi się, że jestem, wszystko to zostało unicestwione.

Jak się śmiać wobec tej siły i tego piękna, tego bólu, tego gniewu, który w każdej mógł wybuchnąć tuż przy mnie?

Ten uwięziony gigant…

– Czy nie wspominałaś o lemoniadzie? – zapytał ironicznie. – Postaw ją, proszę, na stoliku nocnym. I przyjdź po mnie o ósmej. Będę gotów. Niebezpiecznie jest kazać bestiom czekać.

4

Kilkaset osób kręciło się w głównej sali ratusza: mężczyźni w ciemnych garniturach, kobiety w sukniach lub żakietach. Tu i ówdzie można było zobaczyć futrzane etole. David May trafnie doradził mi strój.

Owszem! Zdarzało mi się nosić buty na obcasach.

Na pozłacanych krzesłach, obitych czerwonym aksamitem, leżały libretta z tłumaczeniem pieśni, które Claudio Romani miał wykonać po niemiecku. Zajęłam miejsce w pierwszym rzędzie, z boku, bardzo blisko sceny.

Prowadzony dyskretnie przez pianistkę, solista pojawił się na scenie. Był ubrany we frak, koszulę i białą muchę. Na jego twarzy malowało się skupienie. Nie miał okularów. Publiczność wstała i powitała go uroczystymi, a zarazem pełnymi entuzjazmu oklaskami. Znów doznałam tego dziwnego uczucia, jak gdyby moje serce się zatrzymało, a ja znalazłam się gdzieś poza sobą. Claire Lelong, piękna, młoda brunetka, zwyczajowo akompaniująca mu na pianinie, miała na sobie długą czarną suknię, rozświetloną jedynie sznurem pereł. Tak jak on, przyjechała dzień wcześniej, by mieć czas na próbę.

Claudio Romani stanął obok połyskującego w światłach instrumentu. Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego, ale on nie mógł ich odwzajemnić.

Uwięziony gigant – pomyślałam już wcześniej.

Był potężny, miał silne ramiona i szeroką pierś – z sylwetki śpiewaka biła moc. Na jego napiętej, zwróconej ku zebranym twarzy można było odczytać wyzwanie. „Nie widzę was, ale wy jeszcze zobaczycie!”

Wyzwanie rzucone bestiom?

Zapadła cisza, recital się rozpoczął.

Nie ośmieliłam się przyznać Davidowi Mayowi, że nigdy nie słyszałam wielkiego tenora. Tego wieczoru, usłyszawszy po raz pierwszy jego głos, ciemny i zarazem pełen barw, niczym światło i cień jednocześnie, powiedziałam sobie, że nie ma doskonalszego i bardziej wzruszającego instrumentu niż dwie struny głosowe, bezpośrednio złączone z duszą.

O samotności, jakże delikatnie

Potrafisz mi odpowiadać.

Śpiewem uśmierzał ból.

Idąc mą drogą, ze łzami w oczach,

Będę patrzył na odległy horyzont.

Śpiewem wyrażał cierpienie.

Zobaczyłam to wyraźnie.

To nagłe wrażenie, że czas stanął w miejscu, to uczucie zagubienia, zawrót głowy… i to, co stało się w jego pokoju, ta słabość, która opanowała mnie, gdy dotykał mojej twarzy, a teraz jego głos, to płomienny i czuły, to znów pełen bólu i buntu – wszystko to pomagało mi zrozumieć.

Pokochałam tego mężczyznę. Pokochałam od pierwszej chwili.

Śmiejcie się.

Miłość kopciuszka do wielkiego artysty. Nieobyta prowincjuszka i spełniony, piękny, bogaty mężczyzna, któremu kobiety kładą się u stóp. Albo może: mężczyzna zraniony? A oto młoda dziewczyna, która odkrywa drogę do jego serca…

Jak z Delly’ego[1]!

Byłam znawczynią twórczości Delly’ego, na półce w jadalni mama trzymała bowiem całą kolekcję jego książek. Pochłonęłam je wszystkie, zanim przeszłam do poważniejszych lektur.

A jednak nie! To nie pasowało do Delly’ego. W tej baśni brakowało głównego elementu: bohaterka nie była piękna, a jedynie „niczego sobie”. A poza tym nie była dziewicą. Nie oddawała się byle komu, zdążyła jednak w swoim życiu poznać kilku mężczyzn. Dostatecznie wielu, by nauczyła się wystrzegać nagłych porywów serca, które kończą się łzami, a nieraz wojną. Dosyć, by zrozumiała, że miłość rzadko idzie w parze ze stałością i by zdecydowała się na życie bez oficjalnego „chłopaka”, wybrawszy cierpką samotność zamiast kolejnego bolesnego rozczarowania.

A jednak!

Gdy patrzyłam na tego mężczyznę, o którym jeszcze wczoraj wiedziałam tylko to, co mówiły plotki, i w obecności którego przed chwilą nie byłam w stanie wydusić z siebie trzech słów, tego sławnego mężczyznę, tego ślepca, poczułam, jak wypełnia mnie pewność.

On był tym jedynym.

To był on i choć wiedziałam, że ja dla niego nigdy nie będę tą jedyną, nie obchodziło mnie to ani trochę.

Kim więc miałby stać się dla mnie? Bóstwem, które mogłam wielbić potajemnie, w ciszy? Wzorem, celem, ideałem? Nieokrzesany, ordynarny kobieciarz – rzeczywiście, piękny mi wzór! Bez wątpienia, zakochałam się w głosie i w osobie, którą zamieszkiwał. W głosie, który jest jak burza i lekki podmuch, jak fale roztrzaskujące się o skały, jak spokojne morze, jak cichnący wiatr, jak rebelia. W męskim głosie, wyrażającym jak żaden inny piękno świata, jego okrucieństwo i naszą samotność.

Śpiewał Laurę.

Z twego spojrzenia słodyczy pełnego

wychyl się do mnie i spojrzyj łagodnie.

Kolacja po zakończonym koncercie odbyła się w tym samym budynku. Claudio zajął honorowe miejsce przy stole, między dwiema pięknymi – jak dojrzałe, złote zboże – kobietami, które bezustannie przymilały się do niego. Jadł powoli, jego ruchy były niepewne. Kiedy go obserwowałam, ściskało mi się serce. Otaczający go oficjele spijali z jego ust każde słowo. On śmiał się głośno i pił dużo.

„Należy nie spuszczać z niego wzroku i jednocześnie zachowywać dyskrecję”, pouczył mnie David May. Stół, przy którym siedziałam, znajdował się blisko stołu śpiewaka, a wzroku nie odrywała od niego właściwie cała sala.

– Często towarzyszy pani mistrzowi w jego podróżach? – zapytała siedząca obok mnie około pięćdziesięcioletnia kobieta, wspaniale ubrana i ufryzowana na tę okazję i, jak się wydawało, znająca na pamięć repertuar tenora.

– To pierwszy raz – odpowiedziałam. – Tak naprawdę zastępuję jego stałą asystentkę.

– Ach tak!

Nie próbowała nawet ukryć rozczarowania – nie byłam blisko „mistrza”, nie mogłam ujawnić żadnych pikantnych rewelacji, które następnego dnia mogłaby z dumą zrelacjonować przyjaciółkom.

Dłonie Claudia dotknęły dziś moich włosów.

„Jakiego są koloru?”

Jego palce musnęły moje usta, nos, oczy.

Było już po pierwszej, kiedy zaprowadziłam go do pokoju. Taca z lemoniadą została sprzątnięta. Na pościelonym łóżku, obok poduszki, leżała złożona piżama. Zasłonięto zasłony.

Odwiesiłam jego płaszcz. Claudio wyglądał na zmęczonego, jakby przygaszonego. W samochodzie, którym nas odwieziono, nie odezwał się ani słowem.