Historia małżeńska - Tomasz Kieres - ebook + audiobook

Historia małżeńska ebook i audiobook

Tomasz Kieres

3,9

Opis

Malwina i Alek poznali się na studiach. To była miłość od pierwszego wejrzenia, która połączyła ich na całe życie. Za kilka miesięcy minie trzydzieści lat, odkąd ich losy na zawsze się ze sobą splotły. Dzisiaj jednak rozpoczyna się kolejny etap w ich wspólnym życiu. Ich jedyna córka wyjeżdża na studia i opuszcza dom. Przez ponad dziewiętnaście lat całe ich życie było podporządkowane wychowaniu córki. Zgubili gdzieś po drodze siebie, poświęcając całą uwagę dziecku. Dwie najbliższe sobie osoby na świecie z każdym dniem stawały się sobie coraz bardziej obce.

Czy uda im się rozpocząć wspólnie nowy etap życia, pozostawiając za sobą sprawy i wydarzenia, które od lat pomijali milczeniem? Przed nimi pierwszy weekend tylko we dwoje. Jeśli go przetrwają, czeka ich nowy, piękny etap. Jeśli…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 37 min

Lektor: Donata Cieślik

Oceny
3,9 (79 ocen)
26
24
21
8
0

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

Powoli wszedł do parku. Chciał iść jak najszybciej, ale kroki stawiał ostrożnie, jakby się obawiał, co zastanie na końcu tej drogi. Czy ona tam będzie?

Dookoła było pusto. Niedawno minęła siódma. Trudno było się kogokolwiek spodziewać w niedzielny sierpniowy poranek.

Nawet nie poczuł, kiedy jego kroki stały się szybsze. Zmierzał do jednego miejsca, do ich miejsca. Mimo że przed tym weekendem nie byli tutaj całe lata, to wciąż było ich miejsce. Ich zakątek.

Z pewnej odległości spostrzegł znajomą sylwetkę. Ulga, jaką poczuł, nie mogła się równać z niczym. Siedziała po swojej stronie. Zupełnie jak ostatnio, zupełnie jak za pierwszym razem.

Zatrzymał się na chwilę, aby zebrać myśli. Stał zasłonięty żywopłotem. Nie mogła go zobaczyć, nie z tej odległości, nie kiedy wschodzące słońce świeciło jej w oczy. Kolejny krok zależał tylko od niego. Ona swój uczyniła. Była tam i czekała. Przynajmniej chciał w to wierzyć. Chciał wierzyć, że czekała na niego, że wszystko mogło być jeszcze dobrze, że mógł być jakiś początek, nowy początek.

Nic z tego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich godzin, nie wskazywało, że może być jeszcze jakiś początek.

Ale była tu, przyszła właśnie w to miejsce.

Popatrzył na kobietę będącą tak blisko, zaledwie kilka kroków od niego. Jak mógł dopuścić, że te kilka metrów wydawało się być teraz kilometrami? Dlaczego nic nie widział? Jak mógł być tak ślepy?

Jak to szło? Zadał sobie w myślach pytanie, na które doskonale znał odpowiedź. „O co tak naprawdę chodzi w tej miłości?”, spytała go totalnie z głupia frant pewnego dnia bardzo dawno temu. Pamiętał doskonale moment zawstydzenia, które ją ogarnęło. Pamiętał również, jak popatrzył na nią, siedzącą obok, i jak zapytał sam siebie w myślach: Jakim cudem cię odnalazłem?

Nagle odpowiedź na jej pytanie stała się oczywista.

„Dwoje ludzi odnajduje się nawzajem”, padły ciche słowa z jego ust.

Czy oni byli tymi ludźmi?

Czy to w ogóle było możliwe?

Dwoje ludzi odnajduje się nawzajem.

A jeśli są już tak zagubieni, że odnalezienie się nie jest możliwe?

Wychylił głowę, aby jeszcze raz na nią spojrzeć.

A jeśli wszystko, co mają, co mogą mieć, to chwile zamknięte w czasie, a między nimi bezkresna samotność?

Dwoje ludzi odnajduje się nawzajem.

Gdyby to było takie proste.

 

 

 

 

 

 

PIĄTEK, GODZINA 9.00, SIERPIEŃ 2019

 

 

 

Alek odebrał sztywny kwit wielkości karty kredytowej z automatu przy parkingu. Przed chwilą uiścił opłatę i na wyjazd miał dziesięć minut. Bez problemu powinni zdążyć, mimo że od wejścia do samochodu był kawałek drogi.

– Już – powiedział.

Jego żona Malwina zareagowała automatycznie i nie czekając na męża, ruszyła w kierunku pojazdu. Alek poszedł powoli za nią.

Nic nie mówiąc, wsiedli do samochodu i wyjechali z parkingu.

Alek zerknął na żonę. Minę miała poważną, a wzrok utkwiony gdzieś przed sobą.

– Mogliśmy jeszcze zostać – powiedział.

– A nie spieszyło ci się przypadkiem? – spytała wyraźnie zaczepnie Malwina.

– Nie, tylko spytałem, czy już jedziemy.

– Ty zawsze tak PYTASZ – wyraźnie zaakcentowała ostatnie słowo.

– Jak? – wymsknęło mu się.

– Takim tonem, pełnym znudzenia i zmęczenia. I wtedy wydaje się człowiekowi, że to jest jakiś nakaz.

– Po prostu spytałem – powiedział cicho.

– Tak bardzo chciałeś się stamtąd wyrwać.

Malwina otarła oko, w którym przed sekundą pojawiła się łza. Przed chwilą część jej samej została oderwana i teraz czuła, jakby gdzieś w głębi miała pustkę. Nie oczekiwała, że Alek to zrozumie. Może była trochę niesprawiedliwa. On po prostu podchodził do pewnych spraw inaczej niż ona.

– Nigdzie nie chciałem się wyrwać – powiedział bardziej do siebie.

Tłumaczenie nie miało sensu, a istniała realna szansa, że ich pierwsze wspólne chwile, po raz pierwszy od dziewiętnastu lat, rozpoczną się kłótnią. Kilku jednodniowych wyjazdów nie liczył, zwłaszcza że odległość od domu była zawsze taka, żeby w razie czego w kilka godzin można było ją pokonać.

Nigdzie się nie wyrywał. Po prostu kręcenie się po lotnisku, kiedy ich córka już przeszła odprawę i czekała na wejście na pokład, nie miało jego zdaniem specjalnie sensu. Oczywiście mogli poczekać na odlot, i był gotowy to zrobić, ale kiedy zadał TO pytanie, Malwina przyznała mu rację, mówiąc: „Jedźmy”.

– Mogę jeszcze zawrócić – powiedział – nie ma problemu.

Malwina prawie niezauważalnie pokręciła głową.

– OK – powiedział, bardziej dla pewności, że rzeczywiście zrozumiał gest żony.

To już nie miało sensu, pomyślała. Pola była już pewnie przy wejściu do samolotu i nie było szansy, żeby się zobaczyły. Mogła co prawda zadzwonić, ale z pewnością by się rozkleiła i jednocześnie zdenerwowała dziecko, które chyba najlepiej z nich wszystkich znosiło ten wyjazd.

Od chwili, kiedy dowiedziała się, że została przyjęta na uniwersytet w Sztokholmie, żyła właściwie tylko tym. Gdyby mogła, to wyjechałaby od razu po ogłoszeniu tej wiadomości albo przynajmniej została tam po ich pierwszej wspólnej wizycie, kiedy załatwiali formalności związane ze studiami i akademikiem.

Na szczęście taka opcja nie wchodziła w grę i Malwina mogła się cieszyć córką jeszcze ponad miesiąc. Właściwie to tylko ponad miesiąc. Trudno opisać, jakim szokiem była dla niej wiadomość, że rok akademicki w Szwecji zaczyna się pod koniec sierpnia, a nie jak w Polsce w październiku.

Oczywiście Pola o tym wiedziała i Alek również, ona jak zwykle dowiadywała się na końcu. Oboje potem tłumaczyli, że wiedzieli, jaka będzie jej reakcja, i stąd zwłoka z poinformowaniem jej. I tak dobrze, że nie dowiedziała się w dniu wylotu. A ponadto jaka znowu reakcja? To było jej dziecko, jej mała córeczka, i nic dziwnego, że nie skakała z radości, że nie będzie jej widzieć kilka miesięcy. Alek twierdził, że będzie okazja polecieć do Sztokholmu na romantyczny weekend i przy okazji spędzić trochę czasu z córką, ale Malwina nie była do końca pewna, jak on chciałby pogodzić jedno z drugim.

– Może powinniśmy byli lecieć razem z nią? – spytała głośno.

– Nie, nie powinniśmy. Jeśli myślisz, że byłoby łatwiej, to sądzę, że raczej by nie było. Tylko przedłużalibyśmy to, co nieuniknione.

– Miałbyś ten swój romantyczny weekend.

Alek skrzywił się, jakby nagle poczuł ból zęba. Raczej nie sądził, aby było coś romantycznego w siedzeniu dziecku na głowie przez cały weekend, a tak na pewno by to wyglądało.

– Bardzo ci dziękuję, że o mnie pomyślałaś, ale Pola nie chciała, abyśmy jechali. Chciała zapoznać się z miejscem, z koleżankami, a my z pewnością byśmy w tym nie pomogli.

– Przecież nie bylibyśmy z nią non stop – stwierdziła Malwina.

Na szczęście w głosie żony nie usłyszał pewności, co pozwoliło myśleć, że jednak jakieś trzeźwe spojrzenie na całą sytuację jeszcze ma, mimo dużej dozy negacji.

– Wiesz dobrze, kochanie – powiedział najdelikatniej, jak umiał – że z pewnością chciałabyś wszystkiego dopilnować i upewnić się, że nasza córka jest zabezpieczona na każdym odcinku. Wtedy musiałabyś być jej uwieszona.

Mogłem ugryźć się w język, pomyślał. Odniósł wrażenie, że z tym „uwieszeniem” lekko przesadził i był niemal na sto procent pewien, że Malwina nie zareaguje najlepiej. O dziwo jednak ona chyba uznała, że ma już dość sporów. Przynajmniej na razie.

– Dlaczego to jest zawsze zarzut? – spytała, a w jej głosie wyraźnie słychać było smutek.

– Co jest zarzutem?

– Że chcę, żeby moje dziecko miało jak najlepiej.

– To nie jest zarzut, kochanie. Po prostu jest najwyższy czas, żeby twoje… nasze dziecko samo zadbało o siebie. Jest już dorosła i co najważniejsze – sama tego chce. Musimy jej na to pozwolić.

– A co innego robimy?! Wolałabym, żeby sama zadbała o siebie bliżej domu, i wcale nie jestem do końca pewna, czy ona jest w stanie to zrobić.

A czyja to wina?, przeleciało przez głowę Alka. Nie odważył się jednak powiedzieć tego na głos. Malwina z pewnością wzięłaby tę uwagę do siebie, a atmosfera i tak była daleka od relaksu. On z kolei musiałby tłumaczyć, że nie to miał na myśli. Taka zresztą była prawda. Jakiekolwiek ich dziecko nie było, był to wynik ich pracy lub zaniechań. Trudno było robić zarzut Malwinie, że była nadopiekuńcza, jeśli on nic z tym nie zrobił. Cokolwiek się działo, odpowiedzialni byli oboje. Razem chuchali i dmuchali, każde inaczej, każde na swój sposób. Robili to, co uważali za słuszne. I tak naprawdę mieli powody do dumy, mieli mądrą, inteligentną i pełną empatii córkę, a że robili trochę za dużo za nią, to już była inna sprawa.

– Nauczy się – powiedział z największym przekonaniem, na jakie było go stać.

– Nauczy. – Malwina tak przekonywająco nie brzmiała.

– Musimy dać jej szansę. My też się nauczyliśmy.

– Tak, nauczyliśmy się.

Ostatnie słowa jego żona z pewnością wypowiedziała do siebie.

Przez dłuższą chwilę jechali w ciszy. Drogi były w miarę puste jak na tę porę. Sierpień… Pewnie połowa Warszawy wciąż na urlopach, dzieci i młodzież wciąż na wakacjach. Dzięki temu dosyć szybko powinni dojechać do domu.

Pierwszy dzień… no właśnie… właściwie czego?, pomyślał. Czasami sobie żartowali, przynajmniej on, jak to będzie wyglądać, kiedy ich córka opuści dom. Niby była dorosła i miała swój własny świat, ale w ich domu wszystko kręciło się wokół niej. Najpierw była ona, a dopiero daleko, daleko oni.

„I co w tym złego?” Już słyszał to pytanie, na dodatek wypowiedziane w zdecydowanie zaczepnym tonie. „To w końcu nasze dziecko”. Nigdy tego nie negował. Co racja, to racja, ale czy na pewno nie było w tym nic złego?

Czasami zastanawiał się, kim byli? Parą, małżeństwem, rodzicami. Wszystkimi naraz czy tylko jednym z nich? Nie myślał nad tym zbyt często, gdyż nigdy nie potrafił dojść do jednoznacznej konkluzji. Za dużo myślisz, upominał się w takich chwilach. Czuł jednak, że coś mu, im, umyka, ale… teraz wszystko się zmieni.

Malwina poczuła, jak samochód gwałtownie skręca.

– Co robisz? – spytała i rozejrzała się dookoła. – To nie jest droga do domu.

– No nie jest. – Uśmiechnął się.

– Gdzie jedziemy?

– Zobaczysz. Niespodzianka.

– Nie wiem, czy mam ochotę na niespodziankę.

Delikatnie ujął dłoń żony.

– Zrób to dla mnie. Zobacz, jak jest ładnie. Czy na pewno chcesz, abyśmy już wracali do domu?

– Może raczej powinniśmy zrobić jakieś zakupy na jutro. Przypominam ci, że mamy gości. Przychodzą Ewa z Filipem, i jesteśmy już umówieni od dawna.

– Pewnie, że pamiętam, ale wino już kupiłem, a do jedzenia możemy zamówić sushi i będzie po sprawie.

Poczuł, jak żona mierzy go wzrokiem. Zawsze ilekroć zapraszali przyjaciół, padała ta kwestia, że najlepiej będzie coś zamówić i po prostu cieszyć się swoim towarzystwem, ale jak przychodziło co do czego, to nawet on nie mógł sam przygotować kolacji. Malwina brała sobie za punkt honoru, że wszystko ma być na tip-top i zawsze coś nowego. Ewa zresztą miała to samo. Całe szczęście, że ze sobą nie rywalizowały, a raczej starały się siebie zaskoczyć.

– Nie patrz tak na mnie – spróbował zażartować. – Należy nam się chwila wytchnienia, a i tak chodzi o spotkanie w gronie przyjaciół, a nie o walkę o wygraną w MasterChefie.

– Może masz rację – odpowiedziała.

Może rzeczywiście należała im się chwila wytchnienia. Mieli w końcu weekend dla siebie, a w tym roku nie byli na urlopie. Matura, wyniki, wizyta w Sztokholmie, wszystko było podporządkowane studiom Poli. Żadnego wyjazdu nie zaplanowali, nie było do tego głowy. Może teraz przyjdzie czas, aby o tym pomyśleć.

– To co? Jedziemy?

– Gdzie?

– Za chwilę będziesz wiedzieć – odpowiedział.

Po niecałych pięciu minutach byli na miejscu.

– Minęło trochę czasu – stwierdziła, patrząc na wejście do budynku.

– To prawda, trochę minęło – potwierdził.

Wysiedli na rozgrzany słońcem chodnik.

 

 

 

 

 

 

MALWINA

 

 

 

Malwina wyjrzała przez balustradę. Stała na najwyższym piętrze w budynku głównym SGPiS, a właściwie należałoby powiedzieć SGH. Raptem kilka miesięcy temu uczelnia wróciła do starej nazwy i większość ludzi cały czas używała poprzedniej.

Poczuła lekki zawrót głowy. Niby duże wysokości jej nie przerażały, ale ilekroć tutaj przychodziła i przechylała się przez barierkę, do jej wnętrza wkradał się niepokój. Jakby ta wielka otchłań zakończona betonową podłogą wołała do niej, jakby wyciągała do niej dłoń i zapraszała do siebie. Jeszcze nie tak dawno pokusa podążenia za tym głosem z pewnością była niemała.

Pokręciła głową i odwróciła się w stronę drzwi do auli. Za chwilę otworzą się i ze środka wyjdzie jej przyjaciółka. To był ostatni w tym dniu wykład Ewy i teraz miały iść pochodzić po mieście, coś zjeść. Nie miały sprecyzowanych planów, nigdy tego nie robiły, wszystko jakoś wychodziło samo.

Obie były do bólu poukładane i jeszcze w liceum, kiedy więź między nimi zaczęła się zacieśniać i okazało się, że obie uwielbiają mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, postanowiły, że wyluzują i w miarę możliwości nie planować czasu, który będą spędzać razem. Rodziło się to w bólach, ale wreszcie się udało. Jako tako. Potrafiły już nawet przez cały weekend improwizować. Oczywiście zaraz po nauce. Aż tak spontaniczne to jednak nie były.

Nauka była najważniejsza. Dla Malwiny na pewno. Nauka równała się praca, równała się ucieczka. Im szybciej, im dalej, tym lepiej.

Ale dzisiaj miały wolne. Dzisiaj był ten jeden dzień, kiedy nie wiedziała, co będzie później, chociaż nauka i tak czekała.

Drzwi gwałtownie się otworzyły i nieliczni studenci, którzy postanowili wziąć udział w wykładzie, zaczęli opuszczać aulę.

– Dziękuję bardzo, to był ten jeden raz i nie mam zamiaru tego doświadczenia powtarzać.

Do jej uszu dobiegł głos chłopaka towarzyszącego Ewie. Jej przyjaciółka roześmiała się. Malwina nie dostrzegła w tym zdaniu nic śmiesznego, ale szybko doszła do wniosku, że jest to część jakiejś dłuższej konwersacji. To pewnie było podsumowanie.

– I bardzo dobrze, bo nic bym nie skorzystała, gdybyś nagle zaczął przychodzić – odpowiedziała Ewa, opanowując śmiech. Jednocześnie pomachała do przyjaciółki.

Malwina podniosła rękę na powitanie.

– Właściwie dlaczego dzisiaj po raz chyba pierwszy postanowiłeś zaszczycić nas swoją obecnością? – spytała Ewa chłopaka.

Rozmawiając, znaleźli się przy Malwinie. Chłopak skinął jej głową, ona odpowiedziała tym samym.

– Za tydzień zerówka. Pomyślałem, że spróbuję ją zdać. Chciałem się pokazać – odpowiedział na zadane pytanie.

– I nie sądzisz, że zapamięta cię jako właśnie tego, co przyszedł tylko raz?

– Jest takie ryzyko, ale widziałaś, co było z Malinowskim?

Na samo wspomnienie sytuacji, jaka miała miejsce na wykładzie, Ewa wybuchła wręcz histerycznym śmiechem.

– Malinowski to taki nasz kolega – zwróciła się do Malwiny – który zawsze na wszystko chodzi i dzisiaj nagle nasz profesor odpalił, że jego to widzi chyba pierwszy raz. Powiedział to do kolesia, który chyba nigdy nie opuścił tego wykładu.

– Nie zdziwiłbym się, gdyby chodził również na zajęcia na innych kierunkach – wtrącił chłopak ze śmiechem.

Ewa mu oczywiście zawtórowała.

– Może po prostu poważnie traktuje swoje studia – wtrąciła Malwina, znacznie poważniej, niż planowała.

Nie chciała wyjść na sztywniaczkę, ale naśmiewanie się z kogoś tylko dlatego, że chce się uczyć, uważała za lekko nie na miejscu. Może jednak była trochę sztywniaczką, a może po prostu odbierała pewne rzeczy zbyt personalnie. A może jedno i drugie.

Nie miała jednak zamiaru za to przepraszać.

– Może.

Chłopak przyjrzał jej się uważnie. Odpowiedziała najbardziej śmiałym spojrzeniem, na jakie było ją stać.

– Może – powtórzył, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. – To pewnie ważne jest. Zresztą, tak między nami, jestem przekonany, że przed Malinowskim jest świetlana przyszłość. I mówię to bez cienia ironii.

Ewa już chciała parsknąć, ale w ostatniej chwili zasłoniła usta.

– Twój ton świadczy o czymś innym – stwierdziła.

– Nie pozwolimy mu nas zmylić. A tak w ogóle Alek jestem. – Wyciągnął dłoń w kierunku Malwiny.

– Malwina – odpowiedziała ta i szybko zlustrowała chłopaka.

Krótko obcięte włosy, dżinsowa kurtka pełna naszywek z zespołami, których nazw nigdy nie słyszała, do tego spodnie w czarno-czerwone pasy i ciężkie glany na nogach. Bardzo ciekawa kombinacja jak na studenta uczelni ekonomicznej. Dosyć kolorowa zresztą, biorąc pod uwagę szarzyznę ustrojowego przełomu.

Nic dziwnego, że był to jego pierwszy wykład. Może myślała stereotypowo, ale w jej poukładanym świecie Alek z pewnością nie wyglądał jak wzór studenta. Z drugiej strony był na tym samym kierunku co Ewa. Do tej pory handel zagraniczny był najbardziej obleganym kierunkiem i żeby się na niego dostać, trzeba było naprawdę dobrze zdać egzaminy.

Przez moment poczuła zawstydzenie. Nie każdy boi się, że żyje, pomyślała.

 

 

 

 

 

 

ALEK

 

 

 

Poczuł, że ich kontakt wzrokowy trwał trochę za długo. Teraz jeszcze brakowało, aby się zaczerwienił. Na szczęście Malwina odwróciła wzrok i spojrzała na Ewę. Wypuścił powietrze, które nie zdając sobie z tego sprawy, wstrzymywał.

Szybko przywołał na swoją twarz uśmiech. Lekarstwo na wszystko, tak przynajmniej wszyscy mu mówili. Było w nim coś zaraźliwego. Jemu samemu było to raczej trudno ocenić. Dopóki działał na otoczenie, trudno było mu się skarżyć.

– To gdzie teraz? – spytał.

Na twarzach dziewczyn pojawiło się zaskoczenie, przemieszane z lekkim niepokojem. Alek odzyskał rezon i ponownie utkwił wzrok w przyjaciółce swojej koleżanki.

– Żartuję – dodał po dłuższej chwili – możecie spokojnie odetchnąć.

– A kto powiedział, że się niepokoiłyśmy? – wtrąciła Ewa.

– No właśnie: kto? – zawtórowała przyjaciółce Malwina. – Ale skoro tak szybko rezygnujesz z naszego towarzystwa, to cóż, trudno, będziemy musiały dać sobie radę same.

Alek musiał przyznać, że dostał w „miętkie”. Taki był hop do przodu, a tu, proszę, riposta przyszła, zanim zdążył sam sobie przybić piątkę, jaki jest dowcipny.

Myśl, ponaglił się w duchu. Uśmiech może działać tylko na krótką metę i jeśli coś za nim nie pójdzie, po pierwszym wrażeniu niewiele zostanie.

– Po prostu nie chciałem się narzucać – odpowiedział może trochę za szybko.

Nie był to najlepszy tekst, na jaki, przynajmniej w jego mniemaniu, było go stać, ale przyszedł w miarę szybko i nie był pozbawiony sensu.

– Skoro tak twierdzisz – powiedziała Malwina.

Po pierwszym zakłopotaniu nie było już śladu, a może go wcale nie było? Alek z pewnością nie uważał się za specjalistę, jeśli chodziło o kobiety, a może raczej dziewczyny, bo sam fakt posiadania dowodu nie sprawiał, że wszyscy tutaj byli dojrzali. Od niego począwszy, oczywiście. Działał raczej instynktownie, uśmiechał się, a później już jakaś rozmowa się toczyła, żart tu, żart tam. Najtrudniejsze były pierwsze minuty. Potem to szło.

Naturalnie stwierdzenie, że to lubił, było bardzo naciągane. Najchętniej to by nic nie robił, ale była w nim jakaś potrzeba akceptacji, lęk przed pozostaniem poza grupą. Kiedy już wiedział, że jest w kręgu znajomych, kolegów, wracał do cichej wersji siebie, do obserwatora, do kogoś, kto od czasu do czasu wtrąci jakąś kwestię. Tylko tyle i może aż tyle.

On tym kimś chciał być od początku, nie starać się, nie zabiegać, ale na razie to było silniejsze od niego. Ten brak pewności siebie czasami go wykańczał, ale tłumaczył sobie, że wie o tym, że sam na sobie dokonał diagnozy i stopniowo, powoli to naprawi. Sam.

– Skoro tutaj przyszłaś, to pewnie jesteście umówione. A więc z pewnością ktoś ekstra nie jest wam potrzebny.

– Ktoś ekstra mówisz. – Malwina uśmiechnęła się szeroko.

Czy to był ten moment? Czy to był ten uśmiech?

Zawsze chciał myśleć, że tak. Chociaż sprowadzenie wszystkiego do uśmiechu nie oddawało sprawiedliwości temu wszystkiemu, co kryło się za nim.

– Nie to miałem… – zaczął, ale szybko się poprawił: – Znaczy się tak, zdecydowanie ktoś ekstra – uśmiechnął się ponownie – ale aby to dostrzec, trzeba czasu. Może nie dużo, ale trochę.

– Czy ty mnie zapraszasz na randkę? – spytała Malwina.

Ponowne zaskoczenie, chociaż tym razem równie zaskoczona była Ewa.

– Oczywiście – tym razem zareagował błyskawicznie – robię to w taki pokrętny sposób, bo z natury jestem wstydliwy.

Dziewczyny roześmiały się. Ten tekst zawsze działał. Nikt w niego nie wierzył, a paradoksalnie nie mógł być bliższy prawdy.

– W tej sytuacji nie mogę odmówić, a kiedy?

– Ty powiedz kiedy i gdzie, a ja tam na pewno będę.

 

 

 

 

 

 

PIĄTEK, GODZINA 10.00, SIERPIEŃ 2019

 

 

 

Mimo środka wakacji budynek był otwarty. W końcu dziekanaty cały czas pracowały, pewnie nie pełną parą, ale powoli przygotowywały się do nowego roku akademickiego. Zresztą wrzesień już niedługo, to i sesje poprawkowe ruszą. Po korytarzach przemykali pojedynczo młodzi ludzie. Nawet w takim okresie zawsze znalazł się ktoś, kto miał coś do załatwienia.

– Nie pojedziemy windą? – spytała Malwina, widząc, że Alek kieruje się w kierunku schodów.

– Nie – odparł z uśmiechem – jeśli teraz wsiadłbym do windy, od razu poczułbym się staro.

– U nas w bloku jakoś winda ci nie przeszkadza.

– To co innego. Przez całe studia nie korzystałem z windy i…

– …i teraz chcesz się poczuć tak jak wtedy?

Malwina spojrzała uważnie na męża, który w międzyczasie wziął ją za rękę i teraz jak para, delikatnie mówiąc, trochę starszych studentów wchodzili na ostatnie piętro budynku.

– Trochę tak – przyznał cicho.

– I nigdy, nawet raz, nie skorzystałeś z windy? – spytała. A widząc uśmiech na twarzy Alka, dodała: – Chyba jednak coś jest na rzeczy. No słucham.

– Raz, jeden raz – zaczął po chwili – ale nie po to, żeby wjechać gdzieś na górę.

– Tylko jak?

– To był taki test, a raczej próba. Pewnego dnia razem z Markiem postanowiliśmy sprawdzić, czy wypijemy alpagę, zanim winda wjedzie na samą górę.

Alek uśmiechnął się szeroko i pokręcił głową na wspomnienie tamtych bardzo odległych czasów.

– Alpagę?! – Malwina popatrzyła na męża z niedowierzaniem.

– Takie tanie wino.

– Wiem, co to jest alpaga. Nigdy mi o tym nie mówiłeś.

– To było, zanim się poznaliśmy. I wiesz, tak na początku to nie było się czym specjalnie chwalić, a później wyleciało mi z głowy. To był tylko raz. Taki głupi pomysł, chociaż śmiesznie było.

Alek był wyraźnie rozbawiony tym wspomnieniem.

– I udało się?

– Udało – odparł. – Marek zaczął i gdy przerwał, dla mnie zostało mniej niż połowa, ale wyrobiliśmy się. Na szczęście żaden profesor się po drodze nie dosiadł, bo nasza studencka kariera skończyłaby się na samym początku.

– Jeszcze miały miejsce w windzie na uczelni jakieś próby, o których nie wspominałeś?

– Już nie – roześmiał się – ale pomysły mieliśmy różne. Tylko potem poznałem ciebie i…

– I zabawa się skończyła – wtrąciła z delikatnym uśmiechem.

Właśnie znaleźli się na czwartym piętrze.

– I od tej pory nic już nie było ważne – powiedział, patrząc w stronę wejścia do auli. – Nikt już nie był ważny, poza tobą. Nie jest zresztą do tej pory.

Podeszli do barierki i popatrzyli w dół.

– Nigdy nie lubiłam tego widoku. Był jakiś taki przerażający, jakby mnie wołał.

I wtedy na początku swojej samodzielnej drogi, jeszcze przed poznaniem Alka, to wołanie słyszała bardzo wyraźnie. Otchłań, pustka, ciemność czy jakkolwiek to nazwać wołała ją głośno przez całe jej młode życie. Chciała ją objąć, przytulić i zabrać z tego piekła, jakim był jej dom. Do dzisiaj nie wiedziała, jak doszło do tamtego dnia. Nie chciała się poddać, nie chciała przegrać, nie chciała dać im satysfakcji. Ale otchłań wołała. Dopiero ten człowiek to zmienił, a nawet teraz, po tylu latach, nie był tego świadomy.

Uścisnęła dłoń męża. Odwrócił głowę w jej stronę.

– Przyznaj się. Oniemiałaś na mój widok.

Malwina roześmiała się.

– To się nazywa projekcja chyba. Kiedy przenosisz swoje odczucia na drugą osobę.

– No nie wiem. Przecież coś musiało sprawić, że nawet nie zdążyłem się odezwać, a już zaprosiłaś mnie na randkę.

– Co?! – Głos Malwiny rozszedł się po holu, istniało prawdopodobieństwo, że dotarł nawet na parter. – Chyba ktoś ma problemy z pamięcią.

– Moja pamięć ma się bardzo dobrze. W taki trochę pokrętny sposób, ale mnie zaprosiłaś.

– No mówię, że projekcja. Tylko ten „pokrętny sposób” się zgadza i jeszcze cytując ciebie, ten sposób był pokrętny, bo byłeś z natury nieśmiały.

– O to to, wszystko się zgadza. – Uśmiechnął się.

– No dobrze – zgodziła się – niech i tak będzie.

– Ale musisz przyznać. Trudno było ci się oprzeć.

– Sama nie wiem – popatrzyła gdzieś przed siebie – chodzi bardziej o to, że to było jak skok w przepaść.

– Dzięęęki – powiedział, powoli akcentując słowo – chyba.

Alek przyjrzał się uważnie żonie.

– To nie tak… ja po prostu zrobiłam coś tak niepodobnego do siebie. Chyba pierwszy raz w życiu – i chyba ostatni, pomyślała – zrobiłam coś instynktownie, bez zastanowienia, bez planu, bez roztrząsania godzinami za i przeciw, tak po prostu, bo chciałam. A to było dla mnie coś praktycznie niewyobrażalnego. I może rzeczywiście oniemiałam na twój widok, a może na twoje słowa, na dźwięk twojego głosu. Może tak to wyglądało. Wszystko jest jak za mgłą. Jak poszłyśmy później z Ewą do miasta, to chyba myślałam tylko i wyłącznie o tobie.

Alek stał jak oniemiały, pierwszy raz o tym słyszał. On mówił wielokrotnie o tym dniu i kolejnych. Malwina zazwyczaj posługiwała się równoważnikami zdań, sprowadzając wszystko do „kocham cię”, co czasami brzmiało jak „odczep się”, ale przecież było najważniejsze. I na tym się skupiał.

Odwróciła głowę i przez moment odniósł wrażenie, że patrzy w oczy komuś innemu, jakby widział kobietę, która kilka razy pojawiła się w jego życiu, aby po chwili zniknąć za zasłoną z samej siebie.

Malwina wyczuła jego wzrok i przez chwilę poczuła się zawstydzona. Zupełnie jak wtedy, pomyślała.

– Dlaczego nigdy tu nie przyszliśmy? Znaczy już po studiach – spytała.

– Nie wiem. Może dlatego, że po raz pierwszy jesteśmy sami.

Czy to oznaczało, że nagle „oni”, albo inaczej – „my”, zaczynało znowu coś znaczyć? Zanim urodziła się Pola, nie myśleli o swoich uczelniach, o tym, czego początkiem były, wszystko było niezbyt odległe, a później już jakoś się nie składało.

Na te słowa Malwina odruchowo sprawdziła telefon.

– Jeszcze nie doleciała – stwierdził Alek.

– Jasne. – Uśmiechnęła się. – Idziemy? Gdzie teraz?

– A skąd przypuszczenie, że jeszcze gdzieś?

– Wiem, gdzie ja teraz bym ciebie zabrała, ale pozwolę zrobić to tobie.

– OK, to chodźmy.

Objął ramieniem żonę i powoli skierowali się w stronę schodów.

Po kilku minutach byli przed budynkiem. Popatrzyli na niego. Tyle wspomnień. Tyle razy spotykali się w nim, a ile razy się minęli. On był u niej akurat wtedy, gdy ona była na jego uczelni. Trudno to sobie wyobrazić w czasach, kiedy nawet dzieci posiadają telefony komórkowe. Znali swoje plany zajęć, ale mimo tego, kiedy jedno chciało zrobić drugiemu niespodziankę, to zawsze była loteria, czy to drugie będzie, czy nie odwołano zajęć, czy właśnie nie mijają się w tramwajach. A raz, wtedy akurat mieli szczęście, już był w tramwaju, kiedy przez okno zobaczył ją wysiadającą na jego przystanku z tramwaju jadącego w przeciwną stronę i w ostatniej chwili wyskoczył z pojazdu. Plecak już musiał wyrywać z zamykających się drzwi.

Każda chwila miała wartość. Każda chwila była tak cenna. Każda chwila razem. Kiedyś.

– Miałem duże szczęście, że wtedy przyszłaś – powiedział, rzucając ostatnie spojrzenie na uczelnię.

– Jak nie wtedy, to może przyszłabym innego dnia. – Uśmiechnęła się.

– Myślę – powiedział po krótkim zastanowieniu – że to tak nie działa. To są takie chwile, nie ma później, nie ma wcześniej, jeśli je przegapimy, to już nie wrócą.

– To dobrze, że my naszej nie przegapiliśmy.

To była prawda. Tej nie przegapili.

– To dobrze – potwierdził zamyślony.

Powoli ruszyli do samochodu.

– Teraz już niedaleko – bardziej stwierdziła, niż spytała.

 

 

 

 

 

 

ALEK

 

 

 

Stwierdzenie, że był zdenerwowany, w najmniejszym stopniu nie oddawało tego, co się w nim działo. Dreptał przy bramie wejściowej do parku od dobrych kilkunastu minut i mimo temperatury poniżej zera nie czuł zimna. Nie sądził, że to słońce tak na niego działa. W końcu to była połowa stycznia i mimo bezchmurnego nieba był mróz.

Ten ciągły niepokój, który czuł, wiązał się bardziej z tym, co miało nadejść, a raczej kto miał nadejść. Tydzień temu pod aulą wszystko skończyło się na żartach. Niby się umówili, ale tak naprawdę tego nie zrobili. Pierwszy krok został zrobiony, no kroczek może. Dziewczyny zniknęły momentalnie, a on został gdzieś między radością a niepewnością.

Nie miał żadnego numeru telefonu, nawet do Ewy. Musiał czekać do następnych zajęć, aby wyciągnąć z niej jakiekolwiek informacje o przyjaciółce. Kiedy już to się stało, okazało się, że kawalerka, jaką obie wynajmowały, telefonu na tę chwilę nie posiadała. To się co prawda wkrótce miało zmienić, ale on raczej nie chciał czekać, aż młyny telekomunikacyjne przemielą odpowiednie wnioski i właścicielka ich mieszkania zostanie podłączona do linii telefonicznej. Musiał więc działać przez pośrednika, a raczej przez pośredniczkę. Przekazał informację, że oczywiście bardzo chciałby się spotkać, zgodnie z tym, co ustalili. Dostał odpowiedź: wtorek, południe, Malwina miała wolne między zajęciami do piętnastej, miał powiedzieć gdzie. Podał miejsce, i teraz czekał.

Swoją drogą całkiem sprytnie to wymyśliła, pomyślał. Jeśli niespecjalnie by do siebie pasowali, musiała tylko wytrzymać parę godzin, i była wolna. Jeśli te przemyślenia miały mu pomóc się wyluzować, to z pewnością ta metoda nie działała.

Był już w życiu na paru randkach, ale nigdy się tak nie stresował. Jak się tak zastanowić, to chyba nigdy mu specjalnie nie zależało. Nawet wtedy, kiedy ważyły się losy, czy będzie miał z kim iść na studniówkę, a to było dosyć istotne, bo zostałby chyba jedynym w klasie chłopakiem bez pary. Nawet wtedy tak się nie przejmował, co jak na niego było dosyć dziwne.

A teraz? Co się z nim działo?

Tak był zajęty swoimi myślami, że nawet nie zauważył, gdy Malwina wyszła zza rogu. Opatulona ciepłą kurtką, w czapce i w szaliku. Widział tylko jej oczy, nos, usta i policzki. I od tego, co widział, nie mógł oderwać wzroku.

– Cześć – powiedziała z uśmiechem.

– Cześć – odpowiedział.

Dziewczyna popatrzyła na bramę prowadzącą do parku.

– Wchodzimy? – spytała.

– Tak, oczywiście – potwierdził.

Ruszyli powoli. Ubity śnieg na ścieżkach skrzypiał pod ich butami.

– Ktoś tutaj oprócz nas również przychodzi. – Wskazała wzrokiem na ślady butów na śniegu.

– Nie na tyle, aby odśnieżono chodniki – odparł. – Ale tak jest lepiej, nie czuje się, jakby się szło po ulicy.

– Dokładnie – potwierdziła – ma to swój klimat.

Alek uśmiechnął się delikatnie pod nosem. W jednym się zgadzają. Na razie. Nie wiedział, czemu to przypisać, ale po pierwszym wypowiedzianym słowie cały stres gdzieś się ulotnił, jakby jakaś część jego umysłu dała mu sygnał, że te wszystkie wcześniejsze nerwy były niepotrzebne. Szkoda, że nie dostał tego sygnału godzinę temu.

– Skąd taki pomysł? – spytała nagle. – To dosyć nietypowe.

– Spacery w styczniu?

– Owszem.

Są tańsze niż pójście gdziekolwiek, gdzie trzeba coś zamówić, pomyślał. Przyznanie się, że był bez grosza, nie wchodziło w grę. Kieszonkowe, jakie dostawał, ledwo starczało na picie i coś do zjedzenia, i to dosyć nieregularnie, a za wręczanie ulotek kokosów nie dostawał. Od lutego miał wreszcie zacząć pracę. Długo jej szukał. Elastyczne godziny i w idealnym miejscu, w wypożyczalni kaset video. Oczywiście to też finansowo banku nie rozbijało, ale zawsze lepiej niż ulotki. To jednak dopiero w przyszłym miesiącu, a pensja pod koniec, także spacery wydawały się mieć przyszłość.

Albo i nie.

– Pomyślałem, że będzie oryginalnie. – To oczywiście też była prawda, na kawę by pewnie coś wysupłał. – I jakoś tak… – zatrzymał się na chwilę i popatrzył na nią – …i jakoś tak mi pasowało do ciebie – dokończył.

– W sensie, że śnieg, zimno. Że taka zimna jestem, królowa śniegu? – spytała, a w kącikach jej ust zaczął się błąkać uśmiech.

Alek zamyślił się na chwilę. Wiedział, że Malwina go prowokuje, ale chciał, aby jego odpowiedź nie była tylko zbitkiem frazesów mających na celu zaimponowanie dziewczynie. Chciał wrócić do każdej myśli, jaka mu przeszła przez głowę w oczekiwaniu na to spotkanie, i zderzyć ją z tym, co widział w tej chwili.

– Zgadłam?

– Po części… – zawiesił głos.

Ale to wystarczyło, aby Malwina spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– …jeśli chodzi o to zimno, to raczej nazwałbym to podchodzeniem z ostrożnością, uważaniem na to, komu można zaufać, kogo można wpuścić do swojego wnętrza. A więc to nie jest chłód i wcale nie znaczy, że jesteś, jak to określiłaś, zimna, bo moim zdaniem jest wręcz przeciwnie, tylko że ty, pełna i prawdziwa ty, nie jesteś dla wszystkich, jesteś zarezerwowana…

– Dla kogo?

– Dla kogoś, kto będzie ciebie wart, a na to trzeba zasłużyć.

 

 

 

 

 

 

MALWINA

 

 

 

Poczuła, że jeśli w tej chwili jakikolwiek szron znalazłby się na jej twarzy, natychmiast by się rozpuścił od fali gorąca, która wypełniła jej policzki. Była pewna, że widać w tej chwili olbrzymi kontrast między odkrytymi częściami jej ciała a kremową kurtką oraz białymi czapką i szalikiem.

Nic z tym nie mogła zrobić, jak również nie potrafiła się nie zgodzić z tym, co przed kilkoma sekundami usłyszała. Nie wiedziała, czy Alek improwizuje i wymyśla to, co mówi, ale wiedziała, jak bardzo prawdziwa była to analiza. Może sama ujęłaby to inaczej, może użyłaby innych słów, ale wnioski byłyby bardzo podobne, o ile wręcz nie takie same.

Nie była pewna, co znaczyło, że ten ktoś miałby być jej wart, skoro sama swoich wartości nie zauważała. Nie wiedziała też, jak ten ktoś miałby do niej trafić. Zawsze liczyła, że będzie wiedzieć, że to ten, tak po prostu. Niezależnie od tego, jak będzie wyglądał i co będzie mówił.

Przez chwilę szli w ciszy.

Malwina odniosła wrażenie, że Alek czeka na jej reakcję, że chciał wiedzieć, co ona myśli o tym, co przed chwilą powiedział. Trudno powiedzieć, czy niepewność, czy cisza, która mogłaby ujść za niezręczną, albo przynajmniej zmierzającą w tę stronę, spowodowała, że Alek postanowił skończyć swoją myśl.

– Chciałem jeszcze o śniegu, jeśli pozwolisz?

– Oczywiście – wykrztusiła z wyraźną ulgą.

– Ta czysta biel, jaką może mieć pewnie tylko śnieg, pasuje do ciebie idealnie…

– Myślisz, że jestem taka niewinna i czysta? – Uśmiechnęła się, mrużąc oczy.

– Myślę, że jesteś, ale chodzi mi o prawdziwość i szczerość. I jeszcze o lojalność. Gdy jakiś szczęściarz przebije się do ciebie, to tylko od niego będzie zależało, czy to spieprzy, ponieważ już wtedy będzie miał wszystko, co można sobie wymarzyć.

Malwina zerknęła ukradkiem na Alka. Za nic w świecie nie chciała w tej chwili łapać kontaktu wzrokowego. Jeśli miała pozostać zamkniętą księgą, ich oczy nie mogły się spotkać. To były tak dziwne słowa, takie poważne, takie sensowne jednocześnie, zupełnie niepasujące do pierwszej rozmowy dwojga dziewiętnastolatków. Kto w ten sposób rozmawiał? Na pewno nie żaden chłopak, który kiedykolwiek stanął na jej drodze.

Czy dlatego te słowa do niej trafiły? Przecież mogły być wcześniej przygotowane i wyuczone na pamięć, aby zrobić właśnie takie, a nie inne wrażenie. Ona jednak chciała wierzyć w ich szczerość. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz w cokolwiek wierzyła, i nagle znalazła coś, czego nie wiedzieć czemu chciała się za wszelką cenę chwycić.

Wypuściła głośno powietrze.

– Ty tak zawsze? Tak sam z siebie? – spytała, starając się poprzez uśmiech nadać wyrazowi twarzy jak najwięcej luzu.

– Sam się sobie dziwię. – Uśmiechnął się z wyraźną ulgą.

Powaga słów, jakie wypowiedział, zaskoczyła jego samego. U kogoś, kto żartowanie i sarkazm podniósł do rangi sztuki, tego typu uzewnętrznianie się należało, delikatnie mówiąc, do rzadkości. Jeśli oczywiście „nigdy” to „rzadko”.

– Ja dużo filmów oglądam. Kocham kino, to pewnie nasiąkam mądrymi kwestiami.

– A to jakiś konkretny film? – spytała wyraźnie rozbawiona.

– Bardziej taki miks.

– To chciałabym je kiedyś zobaczyć.

– Oczywiście, możemy zrobić listę – powiedział z wyraźnym entuzjazmem.

– Już listę, taką naszą?

Alek przez moment wyglądał na zakłopotanego, ale nadzwyczaj szybko pozbył się tego stanu i z szerokim uśmiechem potwierdził:

– Oczywiście, że naszą.

– Usiądziemy na chwilę? – Wskazała na ławkę ukrytą w zaciszu pokrytych śniegiem żywopłotów.

O dziwo na samej ławce nie było nawet grama białego puchu. Albo stopniał w promieniach słońca, albo ktoś przed nimi go zgarnął.

– Nie będzie ci zimno?

– Na chwilę. Nie będzie. Chciałam dowiedzieć się więcej o tej liście. Naszej liście.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Tomasz Kieres, 2020

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: © PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce: © Elisabeth Ansley/Arcangel

 

Redakcja: Agnieszka Luberadzka

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-446-4

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.