Wydawca: Poligraf Kategoria: Poezja i dramat Język: polski Rok wydania: 2013

Historia choroby. Czyli ostatni najazd na Polskę ebook

Jan Zamorski

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 83 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Historia choroby. Czyli ostatni najazd na Polskę - Jan Zamorski

Jeśli jesteś wierzący, nie kupuj i nie otwieraj tej książki! Zawiera ona treści, które – chociaż oparte na prawdzie – mogą być uznane przez niektórych za „obrazę uczuć religijnych”.
Autor i Wydawnictwo NIE PONOSZĄ za to odpowiedzialności. Pamiętaj, otwierając tę książkę, zrzekasz się prawa do jakichkolwiek roszczeń czy skarg z tytułu tzw. Ustawy o ochronie uczuć religijnych.
Zostałeś ostrzeżony!

Antyreligijny poemat o spaczeniu myśli i życia przez czarną zarazę od prehistorii do dzisiaj we dwunastu księgach wierszem.


...Jakże stać się to mogło, że czarna zakała
Tak wiele narodowi odebrać zdołała,
Poczynając od gruntów, budynków i mienia,
A kończąc na zdolności zdrowego myślenia;
Jakże stać się to mogło, że wodzami tłumu
Mianują się najwięksi wrogowie rozumu,
Wtłaczając w ciemne głowy przesądy i mity,
Ssąc naród jak pasożyt ciągle krwi niesyty?...

Opinie o ebooku Historia choroby. Czyli ostatni najazd na Polskę - Jan Zamorski

Fragment ebooka Historia choroby. Czyli ostatni najazd na Polskę - Jan Zamorski

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Po­li­graf, 2013

© Co­py­ri­ght by Jan Za­mor­ski, 2013

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ża­den frag­ment nie może

być pu­bli­ko­wa­ny ani re­pro­du­ko­wa­ny bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okład­ki: Jan Za­mor­ski

Ko­rek­ta: Klau­dia Dróżdż

Skład: Woj­ciech Ław­ski

Książ­ka wy­da­na

w Sys­te­mie Wy­daw­ni­czym For­tu­net™

www.for­tu­net.eu

ISBN: 978-83-63506-17-9

Wy­daw­nic­two Po­li­graf

ul. Młyń­ska 38

55-093 Brze­zia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.Wy­daw­nic­two­Po­li­graf.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

KSIĘGA PIERWSZA

Li­two! Oj­czy­zno moja! Je­steś wol­nym kra­jem,

Któ­re­go nie­za­leż­ność dziś wszy­scy uzna­jem;

Od So­wie­tów wy­dar­ta, od Pol­ski od­ję­ta,

Swo­ich związ­ków z Ko­ro­ną pra­wie nie pa­mię­ta…

I tego, że choć kru­sząc na­ro­do­we ko­pie,

Dziś znów się jed­no­czy­my w no­wej Eu­ro­pie.

W obu kra­jach stwier­dzo­ne było wie­le razy

To, że wszy­scy cier­pi­my od czar­nej za­ra­zy,

Któ­ra na­ród ogłu­pi, na­stęp­nie zu­bo­ży,

Be­zec­nie po­tem twier­dząc, że jest to plan Boży.

W czym wasz se­kret, Li­twi­ni, nasi przy­ja­cie­le,

Że mniej par­cha czar­ne­go ma­cie na swym cie­le,

Mniej rzę­zi­cie od nie­go niż Pol­ska w ago­nii,

Czy czer­pie­cie na­tchnie­nie z po­bli­skiej Es­to­nii?

Pan­no Świę­ta! Po­dob­no w Ostrej świe­cisz Bra­mie…

Ksiądz mówi mi o to­bie i jak zwy­kle kła­mie,

By uzy­skać ko­rzy­ści te­raz i dla sie­bie;

Na mnie cze­ka na­gro­da w wy­my­ślo­nym nie­bie.

Ma­ry­jo! Po­noć Stwór­cę wy­pu­ści­łaś z łona,

Jaka szko­da, że tak­że je­steś wy­my­ślo­na!

Po­śród bo­rów zie­lo­nych i pól czar­no­zie­mu

Za­miesz­kał pol­ski na­ród, co mówi każ­de­mu,

Że na­ro­dem wy­bra­nym jest i po­zo­sta­nie,

Że osto­ją, przed­mu­rzem, re­du­tą jest, a nie –

Jak po­wia­da­ją inni – prze­cięt­ną wspól­no­tą,

Na­zna­czo­ną mą­dro­ścią, lecz tak­że głu­po­tą.

Oto praw­da o Pol­sce, co każ­dy po­wtó­rzy,

Że ma­jąc bo­ha­te­rów, nie unik­niesz tchó­rzy;

Jak z We­ster­plat­te dumy nie brak­nie ni­ko­mu,

Tak hań­by z kie­lec­kie­go nie zmy­jesz po­gro­mu.

Mie­li­ście za ko­mu­ny par­tię i zo­mow­ców,

Te­raz ma­cie ar­ty­stów oraz na­ukow­ców.

I cho­ciaż o tych lu­dziach do­bre zda­nie mia­łem,

Co dru­gi na­uko­wiec dzi­siaj kle­ry­ka­łem,

Dła­wiąc praw­dy ro­zu­mu, śpie­wa Świę­tej Pan­nie,

Ka­rie­rę pod­wie­sza­jąc przy czar­nej su­tan­nie.

Ta­kie cza­sy na­sta­ły, a więc pra­wie wszy­scy

Wła­żą księ­żom, gdzie trze­ba, od my­dła aż śli­scy.

Co wspo­mo­że w kło­po­tach i pro­blem za­ła­ta?

Wczo­raj list se­kre­ta­rza, dzi­siaj – od pra­ła­ta.

Jak­że stać się to mo­gło, że czar­na za­ka­ła

Tak wie­le na­ro­do­wi ode­brać zdo­ła­ła,

Po­czy­na­jąc od grun­tów, bu­dyn­ków i mie­nia,

A koń­cząc na zdol­no­ści zdro­we­go my­śle­nia;

Jak­że stać się to mo­gło, że wo­dza­mi tłu­mu

Mia­nu­ją się naj­więk­si wro­go­wie ro­zu­mu,

Wtła­cza­jąc w ciem­ne gło­wy prze­są­dy i mity,

Ssąc na­ród jak pa­so­żyt cią­gle krwi nie­sy­ty?

Szu­kaj­my od­po­wie­dzi, wa­żąc każ­de sło­wo,

Za­czy­na­jąc kla­sycz­nie, a za­tem ab ovo.

Oto nasz pra­pra­przo­dek – ewo­lu­cji dzie­ło,

Mi­lion­le­cia roz­wo­ju i na tym sta­nę­ło:

Zbie­ra w ste­pie owo­ce i po­lu­je, za­czem

Bę­dzie­my go na­zy­wać my­śli­wym-zbie­ra­czem.

Choć to po­nad dwa­dzie­ścia ty­się­cy lat temu,

Ma taki jak nasz umysł, wy­ja­śnię wam cze­mu:

Te dwa­dzie­ścia ty­się­cy – dla nas dłu­gie wie­ki,

Ale dla ewo­lu­cji – mru­gnię­cie po­wie­ki.

Umy­słem jed­na­ko­wy, szczu­pło­ścią się róż­ni:

Nie zna­ją oty­ło­ści zbie­ra­cze po­dróż­ni.

Nie­do­sta­tek żyw­no­ści o die­cie sta­no­wi,

Przo­dek ma do je­dze­nia, co znaj­dzie, co zło­wi.

Ca­ły­mi dnia­mi w ru­chu, przy każ­dej po­go­dzie

I los mu nie po­zwa­la za­po­mnieć o gło­dzie.

Mat­ko moja! Mó­wi­łaś tak jak inne pa­nie:

„Naj­waż­niej­szym po­sił­kiem jest za­wsze śnia­da­nie”.

Re­gu­lar­ne po­sił­ki też są waż­ne pono;

Oto ja­kie głu­po­ty do głów nam wło­żo­no.

Bez praw­dy na­uko­wej, bez cie­nia do­wo­du,

Wpy­cha­no te nie­praw­dy w tra­dy­cje na­ro­du.

Dla mat­ki mam sza­cu­nek oraz re­spekt, któ­ry

Nie po­wstrzy­ma mnie w gnie­wie, gdy sły­szę te bzdu­ry,

Bo uchy­la się wresz­cie rą­bek ta­jem­ni­cy:

Re­gu­lar­ne po­sił­ki sprzy­ja­ją miaż­dży­cy.

Nie­po­mni na prze­stro­gi pły­ną­ce z prze­szło­ści

Współ­cze­śni ofia­ra­mi pa­dli oty­ło­ści:

Bez­ruch nie­mal po­wszech­ny, a żyw­ność w nad­mia­rze,

Sil­na wola w roz­kła­dzie i na­la­ne twa­rze

Ozdob­ne czer­wo­ny­mi jak maki no­sa­mi,

Pod­gar­dla zwi­sa­ją­ce trze­ma pod­bród­ka­mi.

I tyl­ko myśl na­tręt­na sen mi z po­wiek spę­dza:

Czyż to nie­traf­ny opis prze­cięt­ne­go księ­dza?

Albo i po­li­ty­ka w tym pol­skim za­mę­cie

(Do pana tu­taj piję pa­nie pre­zy­den­cie).

Sły­szę tu, że ma mowa jest nie­po­li­tycz­na,

Że oso­ba oty­ła też może być ślicz­na,

A że do oty­łe­go ze­chce przy­stać wzo­ru,

Jest spra­wą tej oso­by wol­ne­go wy­bo­ru.

Od­po­wiem tej oso­bie: ob­żar­stwo i pi­cie

Nie tyl­ko cię spa­sku­dza, jesz­cze skra­ca ży­cie.

Nie tyl­ko, że cię trud­no po­mie­ścić do gaci,

Jesz­cze za twe le­cze­nie cały na­ród pła­ci.

In­te­lekt ci się zwę­ża i pęta w po­wro­zy,

Na­ra­sta­ją­cej w mó­zgu ar­te­rio­skle­ro­zy.

Słab­nie ser­ce, na­ra­sta w tęt­ni­cach ci­śnie­nie

A w to­bie po­zo­sta­je sa­mo­uwiel­bie­nie.

Gdy wy­si­łek się w pier­siach od­zy­wa bo­le­śnie,

Wte­dy do­cho­dzisz kre­su, wie­le lat za wcze­śnie.

Wra­ca­jąc do pra­przod­ka – po­wie­my mu: przod­ku,

Spra­wę pew­ną za­czą­łeś, miast stłu­mić w za­rod­ku.

Spra­wę w skut­ki brze­mien­ną. Za­czę­ła się ona,

Gdy ci sfer­men­to­wa­ły słod­kie wi­no­gro­na

Po uda­nej wy­pra­wie ze­bra­ne w nad­mia­rze,

Po­tem na prze­cho­wa­nie zło­żo­ne w pie­cza­rze.

Do­ko­na­łeś od­kry­cia na tym no­wym polu,

Po­zna­jąc z pierw­szej ręki skut­ki al­ko­ho­lu.

Nie wie­dzia­łeś, co zna­czy to dla twe­go zdro­wia

I że przy­jem­ność skut­kiem za­tru­cia mó­zgo­wia.

Tak we­szło to w oby­czaj. I od ty­siąc­le­ci

Al­ko­hol sta­le w gar­dła stru­mie­nia­mi leci.

Pije ary­sto­kra­cja, piją lu­dzie pro­ści,

Piją, gdy są zmar­twie­ni, i piją z ra­do­ści.

I zmy­śle­ni bo­go­wie, im też się na­le­ży:

Pije Zeus, Dio­ni­zos, Je­zus przy wie­cze­rzy,

Piją, kie­dy ktoś umrze lub gdy się uro­dzi,

Piją mę­dr­cy i głup­cy, i sta­rzy, i mło­dzi,

Gdy upał – na ochło­dę, gdy chłód – na roz­grzew­kę,

A gdy przyj­dzie cho­ro­ba, zio­ło­wą na­lew­kę.

I choć po­wia­dam „piją”, na my­śli mam prze­cie,

Że poza wy­jąt­ka­mi wy wszy­scy pi­je­cie!

Na­ród, co musi wy­pić, na­wet je­śli nie je,

Roz­kła­da się po­wo­li, po­wo­li głu­pie­je.

Głu­pi na­ród na rękę jest wszyst­kim opraw­com:

Za­bor­com, oku­pan­tom, ko­mu­nie i „zbaw­com”,

Tym, co czar­ną su­tan­ną kry­ją fał­dy swo­je

I „mo­ral­no­ści” uczą nas wszyst­kich, opo­je.

Prze­cież wła­śnie ich sa­mych pi­cie jest na­chal­ne:

W domu ko­niak i wód­ka, w pra­cy wino mszal­ne,

któ­re krwią zbaw­cy zo­wią, nie wi­dząc ko­mi­zmu

po­rze­ka­dła zna­ne­go w ko­łach ate­izmu:

„Krew Je­zu­sa jest wi­nem, więc z tego wy­ni­ka,

że uwa­żać go trze­ba za al­ko­ho­li­ka”.

Tak wę­dru­je pra­przo­dek przez ste­py, sa­wan­ny,

Usy­pia go zmę­cze­nie, bu­dzi chłód po­ran­ny;

Trze­ba da­lej wę­dro­wać, pod sto­pa­mi rosa,

Nad gło­wą za­czy­na­ją chmu­rzyć się nie­bio­sa.

Wtem – ło­mot, błysk po­twor­ny spa­da ze skle­pie­nia!

Przo­dek i po­bra­tym­cy – nie­mi z prze­ra­że­nia,

Gro­mu nie ro­zu­mie­ją i bar­dzo się boją.

Je­dy­nym tłu­ma­cze­niem, je­dy­ną osto­ją

Jest idea nie­biań­ska i kon­cep­cja bo­gów,

Bo­gów moc­nych i groź­nych oraz ich wy­mo­gów:

Ofiar z dóbr i żyw­no­ści i co gro­zę bu­dzi

Przez wszyst­kie ty­siąc­le­cia, tak­że ofiar z lu­dzi.

Gdy­byś ofiar za­nie­dbał, jest ktoś, kto cię zga­ni:

Po­słu­chu żą­da­ją­cy wszech­wład­ni sza­ma­ni.

Wła­dza ich po­nad wła­dzą: na­wet wódz ple­mie­nia

Nie po­tra­fi się wy­rwać od uza­leż­nie­nia,

Od tych, co z bo­giem piją, z bo­ga­mi ga­da­ją,

A od na­ro­du ofiar po­wszech­nie żą­da­ją.

Ofia­ry włóż do ko­sza i wra­caj do pra­cy

(W przy­szło­ści swą ofia­rę po­ło­żysz na tacy).

Ubiór ich jest od­mien­ny, że­byś wi­dział z dala,

Kto tu au­to­ry­te­tem i kto nie po­zwa­la

Na opi­nie kry­tycz­ne i wol­ne my­śle­nie;

Za po­wyż­sze otrzy­masz wiecz­ne po­tę­pie­nie.

Ta­kie były po­cząt­ki ro­zu­mu ska­że­nia,

Co trwa w sła­bych umy­słach po­przez po­ko­le­nia;

I przod­ka po­tom­ko­wie też na to po­dat­ni.

Przyj­rzyj­my się nie­któ­rym, za­nim ten ostat­ni

Po­ka­że swym przy­kła­dem przy­wa­ry współ­cze­snych,

Ich my­śle­nie o bo­gach i spra­wach do­cze­snych.

Tak od za­ra­nia dzie­jów w umy­śle jest luka,

Gdy dla nie­po­ję­te­go wy­ja­śnie­nia szu­ka.

W pre­hi­sto­rii bóg każ­dy pra­wa so­bie ro­ści

I po­dob­nie, nie­ste­ty, jest w sta­ro­żyt­no­ści.

W sta­ro­żyt­nym Egip­cie bo­gów za­trzę­sie­nie,

Rzą­dzą nie tyl­ko zie­mią; w nie­bie­skie skle­pie­nie

Wjeż­dża sło­necz­ny ry­dwan. Co dzień w nie­bo­skło­nie.

O dzię­ki ci po­tęż­ny, wszech­moc­ny Amo­nie!

Jest bóg z gło­wą so­ko­ła, to ce­cha Ho­ru­sa,

Po­słu­żą się nim po­tem, stwa­rza­jąc Je­zu­sa.

Są bo­go­wie od cia­ła, są tak­że od du­szy,

Są pod po­sta­cią or­łów i ska­ra­be­uszy,

A nad tą me­na­że­rią czu­wa­ją wy­bra­ni,

Wszech­obec­ni i świę­ci, po­tęż­ni ka­pła­ni.

Nie­po­hań­bie­ni pra­cą, z ob­wi­sły­mi brzu­chy,

Pa­no­szą się wśród ludu i uczą, że du­chy,

Po­mi­mo że ist­nie­jąc by­tem bez­cie­le­snym,

Są nor­mal­nym eta­pem po ży­ciu do­cze­snym,

By dojść do Ozy­ry­sa, któ­ry je oce­nia,

A gdy oce­ni do­brze, do­stą­pić zba­wie­nia.

Choć ta fik­cja ka­płań­ska to po­cie­cha mar­na,

Wśród bo­ją­cych się śmier­ci bywa po­pu­lar­na.

By Ozy­rys przy­chyl­nie oce­nił twe ży­cie,

Bądź szczo­dry dla ka­pła­nów, za­płać na­le­ży­cie,

Naj­le­piej w zło­cie oraz w do­brach ma­te­rial­nych

(A oni ci od­pła­cą w rze­czach nie­wi­dzial­nych).

Też sta­ro­żyt­na Gre­cja ma wie­le po­sta­ci

Bo­gów, bo­giń, bóstw wszel­kich. Tu też się opła­ci

Żyć z ka­pła­na­mi w zgo­dzie. Ileż to już razy

Ka­płan z po­mo­cą bo­gów od­wra­cał za­ra­zy,

Na­ka­zu­jąc mo­dli­twy, by zdro­wie wra­ca­ło;

A gdy po­umie­ra­li, zna­czy, że za mało

Mo­dli­li się cier­pią­cy albo że nie­szcze­rze.

(Nie­po­mni kłamstw, na­iw­ni i tak trwa­ją w wie­rze).

Grec­kich bo­gów po­są­gi w ka­dzi­dla­nym dy­mie

Mają od­po­wied­ni­ki w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie.

Lecz by kry­ty­ko­wa­nie Rzy­mian nam nie zbrzy­dło,

Spójrz­my wpierw na hi­sto­rię, jaką ma ka­dzi­dło.

Zna­ne od ty­siąc­le­ci; sta­ro­żyt­ne kra­je

Ka­dzą ka­dzi­dłem bo­gom, to im cześć od­da­je.

Za­pa­lo­ne w świą­ty­ni miły swąd zo­sta­wi,

Ka­dzi­dło to uzdro­wi, to po­tem znów zba­wi,

Tak ogól­nie, swąd dymu przy­jem­ny jest bo­gom,

Zda się na ła­skę dla nas, na po­hy­bel wro­gom.

Ka­dzą w sta­ro­żyt­no­ści Chiń­czy­cy, Hin­du­si,

Tak­że Gre­cy, Rzy­mia­nie. Tra­dy­cja ta musi

Być po­nadna­ro­do­wa, wie­lo­re­li­gij­na,

Gdy ją przej­mą Se­mi­ci, sta­nie się bi­blij­na.

I na ko­niec z ka­dzi­dłem jesz­cze praw­da taka:

Wdy­cha­jąc dym, po­więk­szasz swą szan­sę na raka.

Oto Rzym sta­ro­żyt­ny. Spójrz­cie, czy wi­dzi­cie?

Je­dy­ny wład­ca świa­ta, mo­car­stwo w roz­kwi­cie.

Roz­cią­ga się w da­le­kie czte­ry świa­ta stro­ny,