Histeryczki - Roxane Gay - ebook + książka

Histeryczki ebook

Roxane Gay

4,2

Opis

Histeryczki. SIŁA KOBIET

Nieprzewidywalne, odważne i niepozbawione pikanterii opowiadania o sile kobiet.

Przegrane, szalone, matki, siostry, przyjaciółki, kochanki... „Histeryczki” to zbiór opowiadań Roxane Gay, na który składają się różne historie kobiet, oscylujące wokół tematów miłości, przemocy, skomplikowanych międzyludzkich relacji. Nieprzewidywalne, odważne i niepozbawione pikanterii opowiadania. Autorka po tej książce została okrzyknięta mistrzynią opowiadania i znawczynią kobiecej natury w jej różnych odcieniach.

Bohaterkami są tu kobiety: nie wyjątkowe, inne czy gorsze, ale takie, które przeżyły niejedno, bo życie pisze różne scenariusze. Kobieta, która straciła dziecko, która w dzieciństwie doświadczyła gwałtu, która jest kochanką księdza, która jest gruba i brzydka, która jest martwa... która mogłaby być jedną z nas. Współczujemy im, przeżywamy ich historie razem z nimi, czerpiemy siłę z ich doświadczeń. Przepełnia nas poczucie siostrzeństwa i wspólnoty. Może nasze doświadczenia nie są aż tak dramatyczne, ale wszystkie wiemy, co to przemoc, odrzucenie czy żałoba.

Po publikacji zbioru autorka stała się ikoną feminizmu – książka została ogłoszona jednym z najlepszych tytułów stycznia (Harper’s Bazaar i Bustle.com), jest popularna za granicą i tłumaczona na wiele języków. Jak mówi Roxane Gay, największe wyzwania dla feminizmu to zwiększenie społecznej świadomości tego, czym ten ruch naprawdę jest, niestygmatyzowanie feminizmu, a także zapewnienie kobietom wolności reprodukcyjnej, równej płacy za równą pracę i wsparcia w okresie macierzyństwa i opieki nad dziećmi.

Tak lekturę książki podsumowała Sylwia Chutnik, pisarka i działaczka społeczna:

Roxane Gay napisała feministyczną odpowiedź na „Fragment analizy pewnej histerii" Zygmunta Freuda. Zamiast marzeń sennych Idy Bauer, którą badano, możemy poznać cały wachlarz rozchwianych kobiet. Tylko że ich „och, jakże histeryczne zachowania" są skutkiem otaczającego je świata: pedofilii, popieprzonych mężów, społeczeństwa wciskającego im kit, że mogą istnieć tylko w parze. A kiedy są samotne, to znowu chleją  i nadal nie pasują do układanki.”

„Czy to pisarki, naukowczynie, czy striptizerki – kobiety Gay cierpią z powodu strasznych nadużyć, przeżywają żałobę po niewyobrażalnych stratach, mocno kochają i ciężko pracują”.

Booklist

„Jeden temat – walka kobiet o niezależność – ale wiele koncepcji i form... Gay budzi podziw skłonnością do ryzyka w swojej eksploracji kobiecych życiorysów i nowych sposobów na opowiedzenie ich historii”.

Kirkus Reviews

„To historie o wytrwałości – autorka „Bad Feminist” pięknie wyczarowuje opowieści o kobietach, które wykazują siłę w trudnych okolicznościach”.

The Guardian

 

***

O autorce

Roxane Gay urodziła się w Omaha w stanie Nebraska w 1974 roku. Wykłada na Purdue University w stanie Indiana, jest opiniotwórczą autorką „New York Timesa” i pisarką. Wydała kilka książek, które zyskały miano bestsellerów. W „Bad Feminist” (2014) Gay z feministycznej perspektywy opisuje, jak to jest przemierzać świat jako kobieta. W „Hunger” (2017) wraca do dzieciństwa i gwałtu, który naznaczył jej życie, i zastanawia się, co wspólnego mają głód, troska o siebie, poczucie bezpieczeństwa, jedzenie i otyłość. Współtworzyła jeden z komiksów z serii „Czarna Pantera”, zatytułowany „World of Wakanda” (2016), do którego wprowadziła postaci LGBTQ. Roxane Gay jest jedną z najbardziej cenionych amerykańskich pisarek i ważną postacią ruchu feministycznego. Jak sama o sobie mówi: gwałt zabrał jej głos, a feminizm pozwolił jej ten głos odzyskać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (33 oceny)
15
11
4
3
0

Popularność




Tytuł oryginału: DIFFICULT WOMEN
Projekt okładki: KONRAD NOWICKI
Projekt typograficzny i łamanie: MONIKA ŚWITALSKA
Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Korekta: JOLANTA KUCHARSKA, MAGDALENA GERAGA
Copyright © 2017 by Roxane Gay All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Dorota Konowrocka-Sawa Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2018
Wydanie I
ISBN 978-83-66005-14-3
Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail: [email protected] www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla histeryczek,

które należałoby czcić

z tytułu samej ich natury

Pójdę za tobą

Siostra zdecydowała, że odwiedzimy jej mieszkającego w Reno męża. Nie powiem, żebym się ucieszyła.

– Co to ma wspólnego ze mną? – zaprotestowałam.

Carolina wyszła za mąż jako dziewiętnastolatka. Jej mąż Darryl był od niej o dziesięć lat starszy, ale miał bujną czuprynę i uznała, że to o czymś świadczy. Pierwszy rok po ślubie przemieszkali u nas i mama mówiła, że stają na nogi, ale właściwie nie wychodzili z łóżka, więc uznałam, że stawanie na nogi jest eufemizmem seksu. Kiedy się wreszcie wynieśli, zamieszkali w jakiejś norze wytapetowanej na groszkowo, z balkonem, którego balustrada ruszała się jak przegniłe zęby. Wpadałam do nich po zajęciach na miejscowej uczelni. Carolina z tego swojego wolontariatu wracała zwykle później, więc czekałam na nią, gapiąc się w telewizor i sącząc ciepłe piwo, podczas gdy Darryl, który jakoś nie mógł znaleźć roboty, wlepiał we mnie gały i powtarzał, jaka jestem śliczna. Kiedy naskarżyłam na niego siostrze, roześmiała się i pokręciła głową.

– Na faceta nie poradzisz, ale nie będzie ci się naprzykrzał, obiecuję.

I miała rację.

Darryl postanowił przenieść się do Nevady – lepsze perspektywy, jak twierdził – i obwieścił Carolinie, że jako jego żona ma jechać razem z nim. Ponieważ był jej mężem, w ogóle nie musiał pracować, ale przejawiał staroświecką niekonsekwencję w najdziwniejszych kwestiach. Carolina nie lubi, gdy jej się dyktuje, co ma robić, no i nie zamierzała mnie opuszczać, a ja nie planowałam wyjeżdżać, więc została, i co prawda nie rozwiedli się, ale żyli całkiem osobno.

Spałam, czując na piersi ciężkie, gorące ramię mojego chłopaka Spencera, kiedy Carolina zapukała do drzwi. Mój związek ze Spencerem pozostawiał wiele do życzenia z rozmaitych powodów i wcale nie najbłahszym było to, że Spencer mówił wyłącznie cytatami z filmów, uważając, że ugruntowuje w ten sposób swoją reputację kinomana. Potrząsnął mną, ale tylko jęknęłam i przekręciłam się na bok. Wobec braku reakcji z naszej strony, Carolina weszła do mieszkania, wpakowała się do naszej sypialni i wsunęła pod kołdrę obok mnie. Miała wilgotną i dziwnie chłodną skórę, jakby biegała na mrozie. Pachniała perfumami i lakierem do włosów.

Pocałowała mnie w kark.

– Savvie, czas się zbierać – szepnęła.

– Nie chcę jechać. Serio.

Spencer zakrył twarz poduszką i wymamrotał coś niezrozumiałego.

– Nie każ mi jechać samej. – Głos jej się załamał. – I nie każ mi tu zostawać. Nie tym razem.

Godzinę później pędziłyśmy już międzystanową na wschód. Skuliłam się przy drzwiach i oparłam policzek o szybę. Gdy przekraczałyśmy granicę stanu Kalifornia, wyprostowałam się i, nie zdejmując dłoni z ramienia siostry, powiedziałam:

– Naprawdę cię nienawidzę.

Motel Blue Desert sprawiał wrażenie porzuconego, jakby zapomnianego. Gipsowe ściany pokryte były wykwitami czarnej pleśni i ciemnozielonego grzyba. Trzeszczały, uparcie próbując świecić, neonowe litery VAC N Y. Na parkingu stało ledwie kilka aut.

– Zupełnie mnie nie dziwi, że zakotwiczył w tym miejscu – stwierdziłam, kiedy wjeżdżałyśmy na parking. – Będę ogromnie rozczarowana, jeśli pójdziesz tu z nim do łóżka.

Darryl otworzył drzwi w luźnych bokserkach i koszulce z logo szkoły średniej. Grzywka opadała mu na oczy, wargi miał spierzchnięte.

Podrapał się po brodzie.

– Wiedziałem, że do mnie wrócisz.

Carolina potarła kciukiem jego kilkudniowy zarost.

– Bądź milutki.

Przepchnęła się obok niego, a ja powoli podążyłam za nią. Pokój był mały, ale czystszy, niż się spodziewałam. Stojące na środku łóżko trochę się zapadło. Obok nieduży stół i dwa krzesła, pod przeciwległą ścianą dębowa komoda zastawiona brudnymi kubkami ze styropianu; jeden z nich nosił ślady szminki.

Wskazałam na wielki telewizor kineskopowy.

– Do głowy by mi nie przyszło, że nadal takie produkują.

Darryl skrzywił górną wargę i kiwnął głową ku drzwiom prowadzącym do sąsiedniego pomieszczenia.

– Sprawdź, czy pokój obok jest wolny. – Poklepał łóżko i rzucił się na materac, który cicho pod nim jęknął. – Twoja siostra i ja będziemy zajęci.

W recepcji jakiś dziad z wielkim bebechem i ryżą czupryną oparł się o kontuar i popukując palcem w plan hotelu, zaczął po kolei zachwalać wszystkie dostępne pokoje. Wskazałam na przylegający do lokum Darryla.

– Chciałabym zapytać o ten.

Recepcjonista podrapał się po brzuchu i strzelił palcami.

– Nic mu nie brakuje. W łazience trochę sufit zacieka, ale jak człowiek stoi pod prysznicem, to przecież i tak jest mokry, nie?

Przełknęłam ślinę.

– Biorę.

Zlustrował mnie od góry do dołu.

– Potrzebne pani dwie pary kluczy czy towarzystwo?

Podsunęłam mu trzy banknoty dwudziestodolarowe.

– Ani jedno, ani drugie.

– Jak pani sobie chce.

W pokoju unosił się ciężki zapach stęchlizny. Łóżko było zapadnięte jak poprzednie; zupełnie jakby jedna i ta sama osoba chodziła z pokoju do pokoju i w każdym zostawiała po sobie ciężar pamięci. Po przeprowadzeniu skrupulatnej inspekcji przycisnęłam ucho do drzwi oddzielających mnie od pokoju Darryla. Carolina i jej mąż zachowywali się zaskakująco cicho. Zamknęłam oczy. Uspokoiłam oddech. Nie wiem, jak długo tam stałam. Z odrętwienia wyrwał mnie głośny stuk.

– Ej, ty! Gumowe ucho!

Otworzyłam drzwi i spiorunowałam wzrokiem siostrę stojącą na progu z rękoma na biodrach. Darryl leżał na łóżku, ubrany, z nogami skrzyżowanymi w kostkach. Skinął głową i uśmiechnął się szeroko.

– Dobrze wyglądasz, młoda.

Zanim zdążyłam się odciąć, Carolina zakryła mi usta.

– Darryl zabiera nas na kolację. I to do kasyna.

Rzuciłam okiem na swój strój: wytarte dżinsy z dziurą na kolanie i biały podkoszulek bez rękawów.

– Nie przebieram się.

Paradise Deluxe był pod każdym względem krzykliwy: dywany wybuchały nieszczęśliwym połączeniem czerwieni, zieleni, oranżu i fioletu, z głośników pod sufitem dudniła klasyka rocka. Całe piętro kasyna usiane było jaskrawymi automatami do gier, a każdy wydawał z siebie serie przeraźliwie wysokich dźwięków nieukładających się w żadną melodyjkę. Przy większości stali podpici klienci i ryczeli na całe gardło, raz po raz wciskając guzik uruchamiający bęben. Szliśmy wężykiem, jedno za drugim, a Darryl co kilka kroków kiwał głową, jakby był tutaj właścicielem.

W restauracji było ciemno i pusto. Kelner, szczupły, wysoki chłopak, któremu tłuste strąki opadały na twarz, wręczył nam brudne, zafoliowane menu i na kwadrans zniknął.

Darryl rozparł się na krześle, przeciągnął i otoczył Carolinę ramieniem.

– Tak właśnie wygląda raj. Mają tu najlepsze steki w Reno. Mówię wam, mięso tak kruche i delikatne, że nóż wchodzi jak w masło.

Schowałam się za jadłospisem, udając, że bez reszty pochłania mnie oferta tanich mięs i smażeniny.

Darryl kopnął mnie pod stołem.

Odłożyłam menu.

– Musisz?

Uderzył dłonią w stół.

– Znowu razem, ha!

W oczekiwaniu na powrót kelnera Carolina machinalnie gładziła Darryla po udzie. Zaczął robić dziwne miny i w końcu zapalił, strzepując popiół na stół.

– Tak chyba nie wolno – zauważyłam.

Darryl wzruszył ramionami.

– Mam tu chody. Nikt mi nie zwróci uwagi.

Wbiłam wzrok w kupkę usypanego popiołu.

– Będziemy na tym stole jedli.

Wydmuchał tylko idealną smużkę dymu.

Carolina lekko dotknęła mojego łokcia i spojrzała na Darryla przez stół.

– Daj jej spokój – powiedziała.

Siostra i Darryl pobrali się przed sędzią pokoju. Stałam przy niej w najlepszej sukience: żółtej, bez rękawów, z podwyższonym stanem – i w różowych trampkach. Świadkiem pana młodego był jego brat Dennis, któremu nie chciało się nawet wcisnąć w eleganckie spodnie, więc kręcił się teraz obok państwa młodych w krótkich spodenkach koloru khaki. Sędzia truł coś o miłości i posłuszeństwie, ja tymczasem gapiłam się na blade, spęczniałe kolana Dennisa. Nasi rodzice i bracia stali sztywnym rządkiem obok matki Darryla, która głośno żuła gumę. Zwykle odpalała jednego od drugiego, więc po dziesięciu minutach bez szluga zaczynało być z nią naprawdę niedobrze.

Kiedy już oboje wypowiedzieli przysięgę, wyszliśmy na zatłoczony korytarz, gdzie roiło się od ludzi stojących przed kolegium do spraw wykroczeń, składających wnioski o przedłużenie prawa jazdy i szukających sprawiedliwości. Byłyśmy tu przed trzema laty i też czegoś szukałyśmy, ale teraz nie wspominałyśmy o tym, udając, że mamy wszelkie powody do świętowania. Dennis sięgnął do plecaka i wyciągnął dwa ciepłe piwa, które razem z Darrylem natychmiast otworzyli. Carolina wybuchnęła śmiechem. Policjant, któremu brzuch wylewał się ze spodni, spojrzał na nich spod ciężkich powiek, po czym spuścił wzrok na własne buty. Wszyscy niespiesznie powlekli się w stronę parkingu, zostawiając nas z Caroliną nieco z tyłu.

Przycisnęła czoło do mojego.

W gardle urosła mi mokra gula.

– Czemu on?

– Nie byłabym dobra dla człowieka naprawdę dobrego. A Darryl nie jest w sumie zły.

Tak dobrze wiedziałam, o czym mówi.

Darryl pracował na nocną zmianę, zarządzając małym, położonym na obrzeżach Reno lotniskiem, z którego latali hazardziści i zamożni łajdacy ceniący sobie dyskrecję. Jak udało mu się załatwić tę robotę, pozostawało tajemnicą. Co on mógł wiedzieć o zarządzaniu, lotnictwie i w ogóle pracy jako takiej? Zaproponował, żebyśmy się z nim zabrały, jakby się bał, że gdy tylko spuści Carolinę z oka, to ta mu znowu zniknie. Jego kumpel Cooper miał przynieść piwo i jakieś zioło. W drodze na lotnisko siedziałam na tylnej kanapie i wpatrywałam się w piegi na karku Darryla, które od linii włosów w kształcie szerokiego V zagęszczały się bliżej kręgosłupa. Carolina nachyliła się ku niemu, jakby się nigdy nie rozstali. Odwróciłam wzrok.

– Nie masz żadnej konkretnej roboty do zrobienia?

Spojrzał w moją stronę i wyszczerzył zęby.

– Z waszą pomocą, drogie panie, uwinę się raz dwa.

– Mógłbyś mnie po prostu odwieźć do motelu.

Carolina obróciła się na siedzeniu.

– Jeśli ty wracasz, to ja też – powiedziała ostro. – Znasz zasady.

– A wy nadal zrośnięte jak bliźnięta... no, jak to się mówi? Coś z kotami...

Wetknęłam palec w dziurkę na oparciu siedzenia kierowcy.

– Syjamskie?

Darryl uderzył dłonią w kierownicę i huknął triumfalnie.

– Syjamskie! No właśnie.

Skinęłam głową, a Carolina obróciła się z powrotem.

– Coś w tym rodzaju.

Byłyśmy kiedyś małe.

I wszędzie chodziłyśmy razem. Carolina była zaledwie rok starsza, to żadna różnica. Kiedy przyszłam na świat, rodzice wyprowadzili się z Los Angeles, bo wydawało się, że z dwiema córkami powinni zamieszkać w jakiejś spokojnej, bezpiecznej okolicy. Wylądowaliśmy w pobliżu Carmel-by-the-Sea na osiedlu hiszpańskich casitas, otoczonych wysokimi dębami.

Miałam dziesięć lat, Carolina jedenaście. Stałyśmy na małym parkingu nieopodal parku znajdującego się w pobliżu domu. Zatrzymała się na nim półciężarówka z wymalowanym na burcie rozgwieżdżonym niebem, lśniący granat usiany kropeczkami białego światła, coś prześlicznego. Chciałam dotknąć tych jasnych gwiazdek, ciągnących się przez całą długość samochodu. Podszedł do nas Jessie Schachter, kolega Caroliny, zaczęli rozmawiać. Karoseria samochodu była ciepła, taka ciepła, a przecież zawsze wyobrażałam sobie, że gwiazdy są zimne. Gwiazdki poruszyły się i drzwi samochodu odsunęły się na bok. Przykucnął w nich mężczyzna, starszy, w wieku mojego ojca. Utkwił we mnie spojrzenie, a na jego wąskich wargach zaigrał dziwny uśmiech.

Chwycił mnie za szelki i wciągnął do środka. Chciałam krzyczeć, ale zatkał mi usta dłonią. Spocona skóra smakowała olejem silnikowym. Carolina usłyszała, jak próbuję zaczerpnąć powietrza, i zamiast rzucić się do ucieczki, podbiegła do samochodu i wcisnęła się do środka, w skupieniu wykrzywiając buzię. Mężczyzna szybko zatrzasnął drzwi, po czym związał nam nogi w kostkach i ręce w nadgarstkach.

– Żebyście się nie ważyły krzyknąć – bo zabiję waszych rodziców i przyjaciół, wszystkich, co do jednego – zagroził.

Każde słowo podkreślił ruchem palca. Kazał nazywać się panem Peterem.

Sześć tygodni później pan Peter zostawił nas przed szpitalem w pobliżu naszego domu. Stałyśmy przed wejściem na izbę przyjęć i patrzyłyśmy, jak odjeżdża, uwożąc ze sobą lśniące gwiazdki na burcie samochodu. Chwyciłam Carolinę za rękę i podeszłyśmy do kontuaru z napisem REJESTRACJA, zza którego ledwie nas było widać. Milczałam, i nieprędko miało się to zmienić. Carolina cicho podała rejestratorce nasze nazwiska. Kobieta wiedziała, kim jesteśmy, pokazała nam nawet ulotkę z naszymi zdjęciami, na której podano imiona, kolor włosów i oczu, w co byłyśmy ubrane, gdy widziano nas po raz ostatni. Zakręciło mi się w głowie i zarzygałam całą podłogę. Carolina przyciągnęła mnie do siebie.

– Potrzebujemy pomocy medycznej – powiedziała.

Jakiś czas później na izbę przyjęć wbiegli rodzice, gorączkowo wołając nas po imieniu. Próbowali nas tulić, ale nie odwzajemniłyśmy uścisków. Powiedzieli, że strasznie zeszczuplałyśmy. Siedzieli między naszymi szpitalnymi łóżkami, by mieć nas obie blisko siebie. Zapytali Carolinę, dlaczego wskoczyła do samochodu, zamiast pobiec po pomoc.

– Nie mogłam zostawić siostry samej – odparła.

Po wypisaniu nas ze szpitala śledczy przesłuchali nas w pokoju, w którym ustawiono krzesełka i stoliczki z rozłożonymi na nich kolorowankami, kredkami i innymi przyborami dla dzieci. Jakbyśmy ich potrzebowały.

Wróciłyśmy do szkoły po trzech miesiącach. Kiedy pani Sewell wyczytała listę obecności, wyszłam z klasy i, mimo jej protestów, odnalazłam klasę Caroliny. Usiadłam na podłodze obok jej ławki i oparłam głowę na jej udzie. Od tej pory, cokolwiek by się nie działo, chodziłam na zajęcia z Caroliną. Nauczyciele nie wiedzieli, co robić, pozwolili mi więc przeskoczyć klasę. Siostra była moją jedyną ostoją. Cała reszta straciła sens.

Po przyjeździe na lotnisko poszłyśmy za Darrylem na malutki terminal. Wskazał nam niewielką poczekalnię: trzy ławki ustawione w podkowę. Szerokie okno wychodziło na pas startowy.

– To strefa dla VIP-ów – oznajmił ze śmiechem. Pokazał nam zagracone biuro, zastawione pomarańczowymi pachołkami, zasłane przykurzonymi papierami, zarzucone jakimiś słuchawkami i stertą nieodgadnionych śmieci. Usiadłyśmy w poczekalni, a Darryl zajął się diabli wiedzą czym. Kilka minut później powiedział: – Podejdźcie do okna. Coś wam pokażę.

Wstałyśmy. Wyciągnęłam szyję i nagle całe lotnisko rozbłysło długimi rzędami błękitnych świateł, których uroda zaparła mi dech w piersiach. Miło było znaleźć się wśród tak nieoczekiwanego piękna.

Darryl podszedł niepostrzeżenie i objął nas ramionami.

– Czyż nie cudowny widok, drogie panie?

Chwilę później przed okno zajechała półciężarówka.

Darryl podskoczył i zaczął machać rękami.

– Przyjechał Cooper! No to będzie impreza!

I wybiegł przyjacielowi na spotkanie. Uściskali się, brutalnie poklepując po plecach, jak to faceci, po czym podciągnęli się na maskę i otworzyli sobie po piwku.

Odwróciłam się do siostry.

– Carolina, co my tu, u diabła, robimy?

Obrysowała palcem na szkle ożywioną sylwetkę Darryla.

– Wiem, kim jest. Dokładnie wiem, kim jest. Potrzebuję obecności kogoś, kogo całkowicie rozumiem.

Odsunęła z twarzy kosmyk włosów.

Kłamała. Wiedziałam, że nie powie mi prawdy, dopóki nie będzie gotowa.

Podbiegła do półciężarówki i mężczyźni rozsunęli się, żeby zrobić jej miejsce. Patrzyłam, jak otwiera piwo, które strzela jej pianą w twarz. Odrzuciła głowę do tyłu i się roześmiała. Zazdrościłam jej. Dla mnie, po prawie dwóch latach, Spencer był nadal zagadką. Chciałam wiedzieć, jak się z tym czuje. Odebrał po pierwszym dzwonku.

– Nie rozumiem cię. Potrzebuję być z facetem, którego rozumiem.

Spencer odchrząknął.

– Słuchaj mnie bardzo uważnie, bo starannie dobieram słowa i nigdy się nie powtarzam. Przedstawiłem się, czyli już wiesz, kim jestem.

Nie byłam w stanie znosić jego niedorozwoju ani chwili dłużej.

– Wiesz co, Spencer? Żegnam cię.

I rozłączyłam się, żeby nie słyszeć kolejnych bzdur, którymi mógłby mnie uraczyć.

Przyłączyłam się do Darryla, jego kumpla i siostry siedzących na samochodzie zaparkowanym na płycie lotniska. Carolina uśmiechnęła się szeroko i rzuciła mi piwo.

– No i jak ten twój facet z wypożyczalni wideo?

– Skończyłam z nim.

Carolina wyrzuciła ręce nad głowę i zapiszczała triumfalnie, po czym podpełzła do przedniej szyby, stanęła na dachu półciężarówki i krzyknęła, żebym weszła za nią. Cooper sięgnął do środka i podkręcił radio. Piłyśmy i tańczyłyśmy na dachu samochodu, a chłopcy, którzy siedzieli niżej, podawali sobie jointa. Tańczyłyśmy mimo szybko zapadających ciemności, ale w końcu zmęczyłyśmy się i zlazłyśmy na maskę. Wpatrywałyśmy się w gwiazdy, noc była jeszcze ciepła. Chciało mi się płakać.

Carolina odwróciła się do mnie.

– Nie płacz – powiedziała.

– Nie wracamy do domu, prawda?

Ujęła moją twarz w dłonie.

Obudziłam się i zamrugałam. Piasek w oczach. Spierzchnięte wargi. Wyschnięta i napięta skóra twarzy. Całą tę pustynię miałam w środku. Usiadłam powoli i rozejrzałam się dookoła. Byłam z powrotem w swoim zatęchłym pokoju motelowym, którego zapach przyprawiał o mdłości. Chwyciłam się za pierś. Wciąż miałam na sobie ubranie. Drzwi do pokoju Darryla były otwarte. Darryl spał rozciągnięty na brzuchu, a jedno z jego długich ramion zwisało z krawędzi łóżka. Carolina, w okularach przekrzywionych na czubku nosa, siedziała oparta o zagłówek i rozwiązywała krzyżówkę.

– Krótko spałaś.

– Od dawna tu jesteśmy?

Spojrzała na zegarek stojący na stoliku nocnym.

– Kilka godzin.

Odłożyła krzyżówkę i odprowadziła mnie do pokoju. Pomogła mi zdjąć dżinsy i naciągnęła przez głowę czystą koszulkę. Obmyła mi twarz chłodną ściereczką i ułożyła się na łóżku obok mnie.

Popatrzyłam na nią.

– Powinnaś się przespać.

Skinęła głową, więc opatuliłam nas kołdrą.

– Ty trzymaj wartę – wyszeptała.

Ścisnęło mnie w piersi.

– Cicho – powiedziałam. – Cśśś...

Wbiłam wzrok w pokryty zaciekami sufit, który zbrązowiał ze starości. Carolina zaczęła cicho pochrapywać. Kiedy się znudziłam, włączyłam telewizję i zaczęłam oglądać film dokumentalny o manatach u wybrzeży Florydy, które dorastają średnio do prawie trzech metrów i giną zwykle z winy człowieka. Po tych słowach naukowca przeprowadzający wywiad dziennikarz na chwilę zamilkł.

– Zawsze okazuje się, że winny jest człowiek – powiedział ciężko.

Byłyśmy kiedyś małe. A potem już nie.

Pan Peter wiózł nas dość długo. Takie drobne i takie wystraszone – niewiele było trzeba, żeby nas uciszyć. Zatrzymał się wreszcie w miejscu, którego z niczym nie kojarzyłyśmy. Mało mówił. Chwycił nas za karczki i pokierował do domu. Zaprowadził do sypialni z dwoma wąskimi łóżkami. Pamiętam, że ściany wyklejono tapetą w misie z niebieskimi muszkami i wykończono jaskrawoniebieską bordiurą. Nie było okien. Nie było nic oprócz łóżek i ścian, naszych ciał i naszego strachu. Zostawił nas na chwilę, zamykając drzwi. Usiadłyśmy na brzegu łóżka, jak najdalej od wejścia. Milczałyśmy, przywarłszy do siebie drżącymi patykowatymi nóżkami. Wrócił i cisnął mi zwój liny.

– Zwiąż ją – polecił. Zawahałam się, a wtedy mocno ścisnął mnie za ramię. – Nie każ mi czekać.

– Przepraszam – wyszeptałam i luźno obwiązałam liną nadgarstki Caroliny.

Trącił mnie stopą.

– Mocniej.

Kiedy zacisnęłam linę, Carolina zaczęła coś bełkotać głosem, który szybko stał się piskliwy. Usta miała mokre od łez, plwociny i obelg.

– Proszę wziąć mnie! – błagała. – Proszę wziąć mnie. Proszę.

Odmówił. Gdy skończyłam, szarpnął linę. Usatysfakcjonowany, pociągnął mnie za koszulkę. Carolina wstała i chwyciła mnie za ręce. Opuszki miała jaskrawoczerwone, kostki pobielałe. Gdy wyciągał mnie z pokoju, zacieśniła uścisk, aż wreszcie ją odepchnął. Kiedy drzwi się zamykały, otworzyłam szeroko oczy. Siostra oszalała. Krzyczała i raz po raz rzucała się na drzwi.

Zabrał mnie do drugiej sypialni, z łóżkiem tak wielkim jak łoże rodziców. Była tam i komoda, ale nic na niej nie stało, nic, ani jeden obrazek. Carolina krzyczała i waliła w drzwi, lecz teraz wszystkie dźwięki dobiegały mnie jakby z oddali.

– Możemy być przyjaciółmi. Albo wrogami – powiedział.

Nie rozumiałam, a przecież rozumiałam: ze sposobu, w jaki na mnie patrzył i raz po raz oblizywał wargi.

– Skrzywdzi pan moją siostrę?

Uśmiechnął się.

– Jak będziemy przyjaciółmi, to nie.

Przyciągnął mnie do siebie i przesunął mi kciukiem po wargach. Chciałam odwrócić wzrok – jego oczy nie były normalne, ludzkie oczy nie powinny tak wyglądać – ale nie zrobiłam tego. Wcisnął mi kciuk do ust. Zastanawiałam się, czy nie ugryźć, czy nie zacząć krzyczeć, myślałam o siostrze, samotnej w tym dalekim pokoju, ze związanymi nadgarstkami, i co on jej zrobi. Co zrobi mnie. Co zrobi nam. Nie rozumiałam, skąd ten palec w moich ustach. Szczęka mi drgnęła. Nie ugryzłam.

Uniósł brwi.

– A więc przyjaciele – stwierdził. Przyciągnął mnie do siebie. Moje ciało stało się niczym.

Odprowadził mnie później do tego pierwszego pokoju. Carolina siedziała bezwładnie pod najdalszą ścianą. Zobaczywszy nas, przypadła mu do kolan.

Zaśmiał się i odkopnął ją na bok.

– Nie przeszkadzaj. Twoja siostra i ja zostaniemy przyjaciółmi.

– Sraciółmi – powiedziała Carolina i znów się na niego rzuciła.

Odepchnął ją, cisnął nam na podłogę pudełko owocowych żelków i zostawił nas same. Kiedy kroki ucichły, Carolina kazała mi się rozwiązać. Stanęłam w kącie. Chciałam zawinąć nas w ściany.

Wpatrywała się we mnie przez długą chwilę.

– Co ci zrobił?

Spuściłam wzrok na buty.

– O nie – wyszeptała.

Ustaliłyśmy sobie stały rozkład zajęć: w dzień zwiedzanie Reno, wieczorem lotnisko z Darrylem. Czasem pozwalał nam się bawić urządzeniami, których w ogóle nie powinnyśmy dotykać. Kiedy lądował samolot, stawałyśmy na skraju pasa i wyciągałyśmy ramiona do góry, jakbyśmy próbowały chwycić go za skrzydła. Kiedy dotykał pasa, biegłyśmy za nim, jakby mógł nas za sobą pociągnąć.

Spencer już nie zadzwonił, nie wykonał żadnego pompatycznego gestu, żeby mnie zatrzymać. Miałam to w nosie. Rodzice dawno przyzwyczaili się do tego, że nie odstępujemy się z Caroliną na krok, więc kiedy zyskali pewność, że jesteśmy bezpieczne, już tylko co kilka dni wysyłali nam esemesy, by przypomnieć, że nas kochają i żebyśmy dzwoniły, jeśli czegokolwiek będziemy potrzebować. Nic o nas nie wiedzieli. Nie znali dziewczyn, które wróciły do domu po panu Peterze.

Któregoś ranka nie mogłam zasnąć i zastałam Darryla w łóżku, czuwającego nad śpiącą Caroliną. Wsunęłam się pod kołdrę obok niej, a on spojrzał na mnie ponad jej szczupłą sylwetką.

Jakby dokładnie wiedział, o czym myślę.

– Nie jestem już tym facetem. Dorosłem i chcę być uczciwy.

I pocałował moją siostrę w ramię. Skinęłam głową i zamknęłam oczy.

Pan Peter przychodził codziennie i codziennie kazał mi wiązać siostrę. Zabierał mnie do drugiego pokoju i brał sobie z mojego ciała, co chciał. Carolina szalała. Raz po raz próbowała do mnie dotrzeć, skłonić do opowiedzenia jej, co się stało. Nie mogłam.

Miała gorzej, dopóki pan Peter nie kazał jej związać mnie. Krzyczałam, aż zaczęłam pluć krwią. Splunęłam mu pod nogi.

– Mieliśmy być przyjaciółmi. Obiecał pan!

Roześmiał się.

– Twoja siostra też będzie moją przyjaciółką, dziecino.

Kiedy wyszli, rzuciłam się na drzwi, wołając ją po imieniu i nabijając sobie z wściekłości guzy. Wiedziałam za dużo. Kiedy ją wreszcie przyprowadził, przykuśtykała do mnie i rozwiązała mi nadgarstki. Usiadłyśmy na podłodze.

– Tak jest lepiej. Bardziej sprawiedliwie – powiedziała.

Ale płakałyśmy obie. I nie umiałyśmy przestać.

Od tej pory pan Peter przychodził po nas codziennie, czasem częściej niż raz. Bywało, że pojawiali się inni mężczyźni. Czasem leżałyśmy obok siebie na jego wielkim łóżku i patrzyłyśmy sobie w oczy, i nie odwracałyśmy wzroku, choćby nie wiem co nam robili. Poruszałyśmy ustami i mówiłyśmy sobie rzeczy słyszalne tylko dla nas. Kąpał nas w małej łazience. Siadałyśmy w zielonkawej wannie, twarzą do siebie, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Nie zostawiał nas samych nawet po to, żebyśmy się mogły umyć. Zamknął nasz świat w kilku ślepych pokojach tego domu, w całości wypełniony nim samym.

Zapach motelu Blue Desert doprowadzał mnie do szaleństwa. Powietrze było duszne i zatęchłe, a ja miałam wrażenie, że osiada mi na skórze, na ubraniach, na zębach. Któregoś dnia zobaczyłam karalucha łażącego po ekranie telewizora i dostałam szału. Wparowałam do pokoju Darryla i zastałam siostrę skuloną w jego ramionach. Gładził ją po włosach. Odwróciłam wzrok, czując, jak palą mnie policzki. Nie sądziłam, że są zdolni do takiej intymności.

– Nie zostanę tu ani chwili dłużej.

Carolina usiadła.

– Nie chcę wracać do domu.

Drżenie w jej głosie ścisnęło mnie za serce.

Byłam gotowa się kłócić, ale wyglądała na koszmarnie zmęczoną.

– Możemy zatrzymać się w jakimś milszym miejscu. – Objęłam spojrzeniem pokój. – Ale tak nie będziemy mieszkać.

Szturchnęła Darryla w pierś.

– A co z nim?

– A czy wy się czasem aktualnie nie bawicie w dom?

Uśmiechnęła się od ucha do ucha. Darryl uniósł kciuki w górę.

Kiedy odjeżdżaliśmy spod motelu Blue Desert, neon wyświetlał VAC   Y.

Policja schwytała pana Petera, gdy miałyśmy piętnaście i szesnaście lat. Nazywał się Peter James Iversen. Jego żona i dwaj synowie mieszkali naprzeciwko domu, w którym nas trzymał. Władze znalazły taśmy. Nie miałyśmy pojęcia. Do naszego domu przyszło dwóch śledczych. Siedziałyśmy z Caroliną na sofie. Mówili, a my słuchałyśmy bez drgnienia powieki. Opowiedzieli o taśmach. Oglądali je. Pochyliłam się i oparłam czoło na kolanach. Carolina położyła mi dłoń na karku. Rodzice stali z boku i powoli kręcili głowami. Wyprostowałam się. Śledczy mówili dalej, ale do mnie już nic nie docierało, myślałam tylko o tym, że ludzie widzieli taśmy. Wstałam i wyszłam z domu, Carolina za mną. Zatrzymałam się na końcu podjazdu. Patrzyłyśmy na przejeżdżające samochody.

– No to słabo – wydusiłam wreszcie.

Przed nami przemknął kabriolet. Na miejscu pasażera siedziała kobieta w chmurze rozwianych rudych włosów. Uśmiechała się, błyskając zębami.

– Co za sukinsyn – zaklęłam.

Wróciłyśmy do domu i oznajmiłyśmy, że chcemy obejrzeć taśmy. Śledczy i rodzice protestowali, ale ostatecznie postawiłyśmy na swoim. Kilka dni później usiadłyśmy w pokoiku bez okien, przed telewizorem podłączonym do odtwarzacza. Wokół nas krążyli niespokojni dorośli: śledczy, adwokat, jakiś pracownik opieki społecznej.

– Nasi rodzice nie mogą tego zobaczyć – oznajmiła Carolina. – Nigdy.

Śledczy skinął głową.

Obejrzałyśmy wiele godzin czarno-białych nagrań dziewczynek, którymi kiedyś byłyśmy. Nagrań tego, w co nas zmieniono. Zakryłam usta dłonią, by nie wydarł się z nich żaden dźwięk. Po szczególnie bulwersującej scenie śledczy rzucił:

– Chyba już wystarczy.

I wtedy Carolina powiedziała:

– Gorzej było być tam.

Gdy doszłyśmy do końca, zapytałam, czy można te taśmy zniszczyć. Tylko na tym nam zależało. Nikt nie spojrzał nam w oczy. Powiedzieli: dowody. Wychodziłam na miękkich nogach. Carolina nie pozwoliła mi upaść.

Rozprawa potoczyła się szybko. Dowodów było aż za wiele. Pana Petera skazano na dożywocie. Odbył się proces z powództwa cywilnego, bo ten człowiek miał pieniądze, a rodzice uznali, że jego forsa powinna się dostać nam. Zeznawałyśmy obie. Ja pierwsza. Starałam się na niego nie patrzeć. Siedział obok swojego prawnika, obaj w niebieskich garniturach, obaj starannie ostrzyżeni. Słowa butwiały mi na języku. Carolina zeznawała po mnie. Przygotowałyśmy się wcześniej, opowiadając sobie wszystko, czego świat miał się od nas dowiedzieć. Skończyła i spojrzała na mnie. W jej oczach błysnął niepokój. Przestępowała z nogi na nogę i wpatrywała się w swoje dłonie. W sali zapadło milczenie. Ktoś zaszeleścił papierami. Ktoś poruszył się niespokojnie na galerii. Sędzia pozwolił Carolinie odejść, ale siostra nie ruszyła się z miejsca. Pokręciła głową i mocniej uchwyciła się barierki. Broda jej zadrżała. Wstałam. Sędzia nachylił się ku niej, spojrzał w dół, po czym zakaszlał i polecił wszystkim wyjść. Podeszłam do niej. Poczułam ostrą woń – jej strach – coś więcej. Spuściłam wzrok i zobaczyłam na jej spódnicy mokry ślad, ciągnący się wzdłuż uda. Posikała się. Drżała jak w febrze.

Wzięłam ją za rękę i ścisnęłam.

– Nic się nie stało. Zaraz się tym zajmiemy.

– Chodźcie za mną – polecił sędzia.

Zmartwiałyśmy. Stojąca za mną siostra drżącymi rękoma objęła mnie w pasie i ukryła mi twarz między łopatkami. Nie pozwoliłam jej upaść. Sędzia poczerwieniał.

– Nie o to chodzi – wyjąkał. – Obok gabinetu jest łazienka.

Poszłyśmy czujnie za nim. W łazience Carolina nie ruszała się i nic nie mówiła. Pomogłam jej zdjąć sukienkę i majtki. Najlepiej jak się dało, umyłam ją mydłem z podajnika i osuszyłam papierowymi ręcznikami.

Chwilę później pukanie do drzwi.

– Dziewczynki, przyniosłam ubrania na zmianę – wyszeptała nasza matka.

Uchyliłam drzwi na cal. Stała w niedzielnej garsonce, ze sznurem pereł na szyi. Sięgnęłam po reklamówkę, a ona, podając mi ją, lekko ścisnęła mój nadgarstek.

– Mogę jakoś pomóc?

Pokręciłam głową. Zamknęłam drzwi. Ubrałam siostrę. Obmyłam jej twarz. Przytuliłam czoło do jej czoła i wyszeptałam kilka słów, które jej aplikuję, gdy się w sobie zamyka.

W drodze powrotnej do domu siedziałyśmy na tylnej kanapie. Rodzice patrzyli wprost przed siebie. Ojciec skręcił w naszą ulicę, odchrząknął i spróbował zdobyć się na optymizm.

– Przynajmniej już wszystko za nami.

Z ust Caroliny wydarł się ohydny dźwięk.

Ojciec mocniej uchwycił kierownicę.

Nowy hotel był znacznie ładniejszy: obsługa kelnerska w pokojach, codzienne sprzątanie i rozliczne udogodnienia. Podczas gdy Darryl przechadzał się dumnie po pokoju, usiadłyśmy z Caroliną na łóżku i zagłębiłyśmy się w gruby, oprawiony w skórę katalog, opisujący szczegółowo zalety hotelu. Był tu basen, jacuzzi i sauna.

Kiedy studiowałyśmy uważnie menu potraw serwowanych do pokoju, popukałam delikatnie Carolinę w ramię.

– O co tu tak naprawdę chodzi? Tylko już nie ściemniaj.

– Po prostu któregoś dnia obudziłam się i dotarło do mnie, że nigdy stamtąd nie wyjechałyśmy, a właściwie czemu?

– Mają tosty francuskie.

Wskazałam na kolorowy obrazek grubego francuskiego tosta posypanego cukrem pudrem.

Sięgnęła do torebki i wyciągnęła kopertę. W lewym górnym rogu widniały słowa ZAKŁAD KARNY. Wygładziła pomięty list.

– Nie – powiedziałam, ale zabrzmiało to jak trzy słowa.

Dłonie jej drżały, dopóki nie zacisnęła ich mocno w pięści. Zaczęłam czytać i nagle chwyciłam list i wyskoczyłam z łóżka. Nie odrywając wzroku od liter, odwróciłam kartkę na drugą stronę.

– Tylko nie świruj – powiedziała Carolina.

Kopnęłam bezsilnie, rzuciłam list na nocny stolik i zaczęłam walić głową w ścianę, aż poczułam w czaszce tępe pulsowanie.

Pokonała dzielącą nas odległość i chwyciła mnie za ramiona.

– Spójrz na mnie.

Przygryzłam wargę.

Mocno mną potrząsnęła.

– Spójrz na mnie!

W końcu uniosłam brodę. W najgorszym i najlepszych momentach życia patrzyłam mojej siostrze w oczy.

– Ściągnęłaś nas tu, żeby nas ukryć. Powinnaś była powiedzieć mi prawdę.

Pochyliła się i osuszyła moje łzy włosami. Usiadłam obok niej i na powrót zobaczyłam w niej jedenastolatkę rzucającą się w paszczę potwora, żebym tylko nie była sama.

– Prawda jest taka, że ten człowiek zna mój adres i wysłał mi list, a to oznacza, że może nas namierzyć. Nigdy tam nie wrócę – wyszeptała. – Nie pozwolę mu więcej nas znaleźć.

Zasądzono nam bardzo wysokie odszkodowanie. Tak wysokie, żebyśmy już nigdy nie musiały ani nie chciały pracować. Przez długi czas nie uszczknęłyśmy ani dolara. Co wieczór wchodziłam przez internet na konto i myślałam: Oto, ile warte było moje życie.

Pojechałyśmy do pracy z Darrylem. Gdy prowadził, siedziałyśmy na tylnej kanapie.

– Strasznie jesteście milczące – powiedział, zajeżdżając na lotnisko.

Wytrzymałam jego spojrzenie we wstecznym lusterku. Chciałam coś powiedzieć, ale ścisnęło mnie w gardle. Carolina wręczyła mu list od pana Petera. Przeczytał go, mamrocząc coś pod nosem.

Kiedy skończył, odwrócił się, żeby na nas spojrzeć.

– Może żaden ze mnie osiłek, ale ten sukinkot ani was tu nie znajdzie, ani nie skrzywdzi.

Starannie złożył list i oddał go Carolinie. W tamtej chwili pojęłam, dlaczego do niego wróciła.

W godzinach pracy Darryla leżałyśmy z siostrą na pasie startowym między dwiema równoległymi liniami błyskających niebieskich świateł. Nawierzchnia była jeszcze ciepła, a ziemia nie usuwała nam się spod ciał, które dosłownie lśniły.

Pan Peter zamierzał ubiegać się o przedterminowe zwolnienie. Pan Peter był innym człowiekiem. Pan Peter musiał dowieść, że jest innym człowiekiem, a żeby tego dowieść, pan Peter potrzebował naszej pomocy. Pan Peter odnalazł Boga. Pan Peter prosił nas o wybaczenie. Panu Peterowi potrzebne było nasze wybaczenie, by uzyskać przedterminowe zwolnienie. Pan Peter przepraszał nas za wszystkie koszmarne rzeczy, które nam zrobił. Pan Peter nie potrafił się oprzeć dwóm prześlicznym dziewczynkom. Pan Peter tak bardzo nas pożądał, że nie mógł się opanować. Pan Peter jest już starym człowiekiem i nigdy nie skrzywdzi żadnej małej dziewczynki. Pan Peter błaga nas o wybaczenie.

Byłyśmy kiedyś małe.

Miałam dziesięć lat. Carolina jedenaście. Błagałyśmy o wszystko: o jedzenie, o haust świeżego powietrza, o chwilę na osobności w gorącej wodzie. Błagałyśmy o litość i wytchnienie dla naszych ciał, nim zostaną do reszty zniszczone. Nie słuchał. Nauczyłyśmy się nie błagać. On też się nauczy. Albo nie. To nie miało już żadnego znaczenia.

Carolina wyciągnęła list z kieszeni i przytrzymała go nad płomieniem zapalniczki, po czym cisnęła płonącą kartkę w powietrze. Leżałyśmy na pasie startowym i trzymałyśmy się za ręce, a płomień rozbłysnął bielą i zgasł. Popiół wolno opadł na ziemię i osiadł nam na ubraniach. Na twarzach. Na ogłuchłych uszach. Na oniemiałych językach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki