Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 330 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 24 min Lektor: Andrzej Ferenc

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 24 min Lektor: Andrzej Ferenc

Opis ebooka Hipotermia - Arnaldur Indridason

To oczywiste samobójstwo. A jednak Komisarz Erlendur ma duże wątpliwości i zaczyna nieoficjalne śledztwo. Najnowszy kryminał popularnego islandzkiego pisarza, Arnaldura Indriðasona!

Nikt nie ma wątpliwości, że Maria popełniła samobójstwo.
Nikt nie widzi powodu, dla którego miałaby to zrobić.
Nikt nie chce znaleźć takiego powodu.
Komisarz Erlendur nie może się pogodzić z zamknięciem sprawy tej śmierci i nieoficjalnie zaczyna swoje śledztwo. Dociera do tajemniczych wydarzeń z życia Marii i jej bliskich. Rozwiązanie zagadki samobójstwa jest wynikiem poznania wielu historii z przeszłości: fascynacja Marii tematem śmierci, przypadkowe utonięcie ojca, obietnica matki o przekazaniu pośmiertnego znaku za pomocą książki Prousta i amatorski eksperyment, za pomocą którego zatrzymano na chwilę życie pewnego młodego człowieka.
Hipotermia” jest przepełniona tematem śmierci, jako kwestii konieczności, wyboru lub przypadku. Indriðason po raz kolejny doskonale pokazuje obyczajowość Islandii, także w przypadku tego zagadnienia.


Maria nie była typem osoby, która targnęłaby się na swoje życie – tak twierdzili jej przyjaciele i mąż. A jednak zarówno lekarz, jak i policja zgodnie orzekają, że to oczywiste samobójstwo. Mimo to komisarzowi Erlendurowi jej śmierć nie daje spokoju, zaczyna prowadzić nieoficjalne śledztwo. Wyniki rozmów z bliskimi zmarłej bardzo go zaskakują – okazuje się, że Maria nie tylko fascynowała się tym, co dzieje się po śmierci, ale także spotykała się z medium.

Dzięki nieoficjalnym rozmowom i przesłuchaniom komisarza na jaw wychodzą zagadkowe sprawy z przeszłości: tragiczne, ale czy na pewno przypadkowe utonięcie ojca Marii, obietnica jej umierającej matki, która przyrzekła przekazać córce znak po swojej śmierci, eksperyment, dzięki któremu na chwilę zatrzymano życie pewnego studenta i nikomu nieznana Magdalena – medium. Każdy z bohaterów posiada tyko część ważnych informacji i dopiero po złożeniu ich wszystkich, komisarz może rozwiązać sprawę niedającego mu spokoju samobójstwa.

Hipotermia” przepełniona jest śmiercią, nie tylko ze względu na Marię. Powraca temat brata Erlendura, którego ciała nigdy nie odnaleziono. Niespodziewanie też wracają sprawy zaginięć sprzed trzech dekad. Czy islandzki policjant zdoła wreszcie znaleźć odpowiedź, co stało się z młodą kobietą i młodym mężczyzną, których zniknięć nigdy ze sobą nie łączono?

Indriðason pokazuje, że to, co wydaje się być z początku prostą sprawą, najczęściej stanowi najtrudniejszą zagadkę.

Opinie o ebooku Hipotermia - Arnaldur Indridason

Fragment ebooka Hipotermia - Arnaldur Indridason

ARNALDUR

INDRIÐASON

HIPOTERMIA

przełożył Jacek Godek

Tytuł oryginału: Harðskafi

Copyright © Arnaldur Indriðason, 2007

Published by agreement with Forlagið, forlagid.is

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Jacek Godek, MMXVI

Wydanie I

Warszawa

Starszy brat wylizał się z odmrożeń, ale od tego czasu zamknął się w sobie i zawsze był przygaszony.

Tragedia na wrzosowisku Eskifjardarheidi

***

Pogrzeb odbył się jakby poza świadomością Marii. Siedziała otępiała w pierwszej ławce, trzymając Baldvina za rękę, nie całkiem świadoma otoczenia czy ceremonii. Kazanie pastora, ludzie przybyli na pogrzeb i śpiew niedużego chóry zlały się w jeden żałobny skowyt. Pani pastor odwiedziła ich i wypytała o wszystko, tak że Maria znała treść mowy. Traktowała głównie o karierze naukowej Leonory, jej matki, odwadze, jaką okazała w walce z nieproszonym gościem, o licznym gronie przyjaciół, jakich zebrała, idąc przez życie, o niej – jedynaczce, która w pewnym sensie poszła w ślady matki. Pani pastor wspomniała, jak bardzo wybiła się w swojej dziedzinie i jak dbała o swoich przyjaciół, o czym najlepiej świadczy liczba żałobników w ten smutny, jesienny dzień. Większość zgromadzonych w kościele stanowili ludzie związani z uniwersytetem. Leonora czasem mówiła Marii, że to wielki dar należeć do klasy wykształciuchów. W jej słowach kryła się pewna arogancja, której Maria wolała nie zauważać.

Pamiętała jesienne barwy cmentarza i zamarznięte kałuże na szutrowej alejce prowadzącej do grobu, trzask kruchego lodu pękającego pod ciężarem żałobników. Pamiętała chłód i znak krzyża uczyniony nad trumną. Jak tylko stało się jasne, że matka umrze na tę chorobę, wiele razy myślała o tej chwili. Teraz nadeszła. Maria patrzyła na trumnę w grobie i nim przeżegnała się, zmówiła w myślach krótką modlitwę. A potem stała bez ruchu nad grobem, dopóki Baldvin jej nie zabrał.

Pamiętała ludzi na stypie, którzy podchodzili do niej, by złożyć kondolencje. Niektórzy proponowali wsparcie. Gdyby było coś, co mogą dla niej zrobić.

Zanim wszystko ucichło i została sam na sam z sobą w ciemną noc, nie myślała o jeziorze. Nie myślała o nim, zanim wszystko nie przebrzmiało i umysł nie zaczął rozpamiętywać wydarzeń tamtego bolesnego dnia. Rodzina ze strony ojca nie zjawiła się na pogrzebie.

1

Tuż po północy zadzwonił telefon alarmowy. W słuchawce odezwał się nerwowy głos kobiety:

– Ona... Maria targnęła się na swoje życie... ja... to okropne... okropne!

– Jak ma pani na imię? – zapytał dyżurny.

– Ka... Karen.

– Skąd pani dzwoni?

– Jestem w... to jest... jej domek letniskowy...

– Gdzie? Gdzie to jest?

– Nad jeziorem Thingvallavatn. W... w jej domku letniskowym. Szybko.... Ja... będę tu...

Karen myślała, że nie znajdzie tego domku. Dużo czasu minęło od jej ostatniej wizyty, prawie cztery lata. Dla pewności Maria udzieliła jej dokładnych wskazówek, ale te wleciały jednym uchem, a wyleciały drugim, bo była przekonana, że pamięta drogę.

Wyjechała z Reykjaviku prawie o dziewiątej wieczorem, było ciemno. Przejechała Mosfellsheidi, ruch panował niewielki, pojedyncze światła mijały ją po drodze. Jeszcze tylko jeden samochód jechał na wschód, przykleiła się więc do tylnych świateł zadowolona z towarzystwa. Męczyła ją samotna jazda w ciemności i gdyby coś Karen nie zatrzymało, wyjechałaby wcześniej. Pracowała jako rzeczniczka dużego banku i akurat nastąpił wysyp zebrań i telefonów.

Minęła Grimannsfell po prawej stronie, choć samej góry nie widziała, i Skalafell po lewej. Minęła zjazd do Vindashlid, gdzie jako dziecko spędziła dwutygodniowe wakacje. Z bezpieczną prędkością goniła czerwone światła, dopóki nie dojechali do pola lawy Kerlingarhraun. Tam rozdzieliły się ich drogi. Czerwone światła przyspieszyły i znikły wmroku. Pomyślała sobie, że może podążają do górskich grzbietów Uxahryggjar i dalej na północ, do Kaldidalur. Często jeździła tą drogą, pamiętała piękne widoki podczas wyjazdu z Lundarreykjadalur i zjeździe nad Borgarfjördur. To wywołało wspomnienia cudownego letniego dnia nad jeziorem Sandkluftavatn.

Sama skręciła w prawo i wjechała wprost w mroki Thingvellir. Trudno było się jej zorientować w ciemności. Czyżby przegapiła skręt? Czy to właściwy zjazd nad jezioro? A może następny? Zajechała za daleko?

Dwukrotnie się zapędziła i musiała zawracać. Był czwartkowy wieczór i większość domków stała pusta. Zabrała z sobą prowiant i książki, a Maria powiedziała jej, że od niedawna jest telewizor. Ale Karen najbardziej chciała się wyspać i odpocząć. Po ostatniej próbie przejęcia bank przypominał dom wariatów. Przestała rozumieć zmagania dużych udziałowców zakładających sojusze przeciw innym. Co dwie godziny wydawano nowe oświadczenie, a sprawę pogorszyła jeszcze informacja o tym, że zawarto porozumienie w sprawie odejścia na emeryturę jednego z prezesów, którego jedna ze stron chciała się pozbyć, gwarantujące mu odprawę w wysokości setek milionów koron. Zarząd banku sprowadził na siebie gniew ludu i Karen musiała temu przeciwdziałać. Tak to wyglądało w ostatnich tygodniach, a ona miała już naprawdę dość. Stąd pomysł, aby uciec z miasta. Maria nie raz proponowała jej domek na kilka dni, więc postanowiła do niej zadzwonić. „Oczywiście”, odpowiedziała Maria.

Karen wolno jechała gruntową drogą wśród niskiej roślinności, dopóki światła samochodu nie padły na domek nad jeziorem. Maria dała jej klucz i powiedziała, gdzie znajduje się zapasowy. Czasem dobrze jest schować zapasowy klucz w pobliżu.

Marzyła o tym, by obudzić się następnego dnia wśród jesiennych barw Thingvellir. Karen pamiętała, że jesienią zawsze ogłaszano specjalne wycieczki jesienne do parku narodowego. Jesienne kolory w niewielu miejscach bywają piękniejsze niż nad jeziorem, gdzie rdzawe i pomarańczowe barwy umierającej roślinności rozciągają się jak okiem sięgnąć.

Zaczęła wynosić bagaże z auta i stawiała je na tarasie. Włożyła klucz do zamka, otworzyła drzwi i wymacała włącznik. Rozbłysło światło na korytarzu do kuchni. Weszła z niewielką torbą podróżną i zaniosła ją do sypialni małżeńskiej. Zdziwiła się, że łóżko nie jest pościelone. To było niepodobne do Marii. Na podłodze w ubikacji leżał ręcznik. Zapaliła światło w kuchni i poczuła coś dziwnego. Nie bała się ciemności, ale nagle zrobiło jej się nieswojo. Salon tonął w ciemności z pięknym widokiem na jezioro.

Zapaliła światło.

Cztery solidne belki podpierały sufit i z jednej zwisało ludzkie ciało zwrócone do Karen tyłem.

Tak się wystraszyła, że odskoczyła gwałtownie. Uderzyła głową w boazerię. Pociemniało jej przed oczami. Ciało zwisało z belki na cienkiej, niebieskiej lince i odbijało się w ciemnym oknie salonu. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, zanim odważyła się podejść bliżej. Spokojna okolica jeziora nagle zmieniła się w scenę jak z horroru, której nigdy nie zapomni. Karen zapamiętała każdy szczegół. Taboret z kuchni, obcy element w salonie, przewrócony pod wiszącym ciałem. Niebieski kolor sznura. Odbicie w oknie. Ciemność Thingvellir. Nieruchome ciało pod belką.

Ostrożnie zbliżyła się i spojrzała w siną, nabrzmiałą twarz. Złe przeczucie potwierdziło się. To była jej przyjaciółka. Maria.

2

Według Karen dziwnie mało czasu upłynęło od momentu, gdy zadzwoniła na telefon alarmowy, do chwili, kiedy na miejsce przybyli policjanci z Selfoss. Sprawa leżała w gestii policji z tego miasteczka, a funkcjonariusze wiedzieli jedynie, że samobójczyni była mieszkanką Reykjaviku, zamieszkałą w Grafarvogur, zamężną i bezdzietną.

W domku przybysze rozmawiali półgłosem. Znaleźli się w niezręcznej sytuacji w nieznanej daczy, gdzie wydarzyła się tragedia.

– To pani dzwoniła? – spytał młody funkcjonariusz.

Ktoś mu wcześniej wskazał kobietę, która znalazła zwłoki, a teraz siedziała skulona w kuchni, wbijając wzrok w podłogę.

– Tak. Na imię mam Karen.

– Możemy sprowadzić tu psychologa, jeśli...

– Nie, myślę że... w porządku.

– Dobrze ją pani znała?

– Znałyśmy się z Marią od dziecka. Wynajęła mi domek. Chciałam tu odpocząć przez weekend.

– Nie zauważyła pani jej samochodu za domkiem? – dociekał funkcjonariusz.

– Nie. Sądziłam, że nikogo tu nie ma. Potem zauważyłam, że łóżko nie jest pościelone, a kiedy weszłam do salonu... Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Biedna Maria! Biedna dziewczyna!

– Kiedy z nią pani rozmawiała?

– Kilka dni temu. Kiedy dawała mi klucze.

– Mówiła, że tu będzie?

– Nie. Nic na ten temat nie wspominała. Powiedziała, że mogę pomieszkać tu kilka dni. Że to żaden problem.

– A czuła się... zdrowa?

– Tak, wydaje mi się że tak. Kiedy odbierałam klucze, zachowywała się jak zwykle.

– Wiedziała, że pani przyjedzie?

– Tak. A czemu pan pyta?

– Wiedziała, że ją pani znajdzie – podsumował policjant.

W trakcie rozmowy przysunął sobie taboret i usiadł obok. Chwyciła go za ramię i wbiła weń wzrok.

– Chce pan powiedzieć, że...?

– Niewykluczone, że miała pani ją znaleźć – odparł mundurowy. – Chociaż nic o tym nie wiadomo.

– Dlaczego miałaby chcieć, żebym ją znalazła?

– To tylko domysł.

– Ale to prawda, wiedziała, że będę tu przez weekend. Wiedziała, że tu przyjadę. Kiedy... kiedy ona to zrobiła?

– Tego jeszcze nie wiemy, ale lekarz sądzi, że nie wydarzyło się to później niż wczoraj wieczorem. Minęła może doba.

Karen ukryła twarz w dłoniach.

– Boże, to takie... nierzeczywiste. Nie powinnam była prosić jej o ten domek. Rozmawialiście z jej mężem?

– Właśnie do niego jadą. Mieszkają w Grafarvogur, prawda?

– Tak. Jak ona mogła sobie coś takiego zrobić? Jak w ogóle można coś takiego robić?

– Trzeba być bardzo zdesperowanym – odpowiedział policjant i skinął na lekarza. – Rozdartym wewnętrznie. Nie zauważyła pani u niej nic takiego?

– Dwa lata temu straciła matkę – wyjaśniła Karen. – To był dla niej straszny szok. Zmarła na raka.

– Rozumiem – odparł funkcjonariusz.

Karen była załamana. Policjant spytał ją, czy lekarz nie mógłby jakoś pomóc. Pokręciła głową i zapewniła, że nic jej nie jest, chce tylko wrócić do domu, jeśli może. To było oczywiste. Porozmawiają z nią później, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Funkcjonariusz odprowadził ją na podwórko przed domem i otworzył drzwi auta.

– Na pewno nic pani nie będzie? – spytał.

– Nie, raczej nie – zapewniła go Karen. – Dziękuję.

Policjant obserwował, jak zawraca i odjeżdża. Kiedy wrócił do domku, ciało już zdjęto i położono na podłodze. Ukląkł obok. Kobieta miała na sobie biały T-shirt i niebieskie dżinsy, była bez skarpetek. Miała ciemne, krótkie włosy, drobną twarz, szczupłą sylwetkę. Nie zauważył żadnych oznak walki ani na jej ciele, ani w domu, poza wywróconym stołkiem, z którego kobieta skorzystała, mocując sznur do belki. Niebieską linę można kupić w każdym sklepie budowlanym. Pętla wcięła się głęboko w szczupłą szyję.

– Niedobór tlenu – oznajmił lekarz, rozmawiając z sanitariuszami. – Kręgi szyjne nie zostały zerwane. Skonałaby szybciej. Dusiła się, kiedy sznur zaciskał się wokół szyi. Trochę to mogło trwać. Pytają, kiedy mogą ją zabrać.

– Jak długo konała? – zapytał policjant.

– Dwie minuty, może krócej. Zanim straciła przytomność.

Policjant wstał i rozejrzał się po domku. To był zwyczajny islandzki domek letniskowy. Salon ze skórzanym kompletem wypoczynkowym, w jadalni solidny stół, wyposażenie kuchni wyglądało na dość nowe. Salon wypełniały regały z książkami. Podszedł do jednego z nich i zauważył brązowe skórzane grzbiety pięciu tomów Opowieści gminnych Jona Arnasona. Opowieści o duchach, pomyślał. Inne półki zajmowała literatura francuska, powieści islandzkie, między nimi bibeloty, porcelanowe czy gliniane, i zdjęcia w ramkach: trzy przedstawiające tę samą kobietę w różnym wieku, jak się zdawało na pierwszy rzut oka. Na ścianach wisiały grafiki, niewielkie obrazy olejne i akwarele.

Funkcjonariusz udał się do sypialni. Po jednej stronie pościel była rozkopana. Na stoliku nocnym leżały książki. Na wierzchu tomik wierszy Davida Stefanssona z Fagraskogur. Obok niewielki flakonik perfum.

Jego przechadzka po domu nie wynikała wcale z ciekawości. Szukał śladów walki, jakichś wskazówek mogących świadczyć o tym, że kobieta nie poszła do kuchni po stołek z własnej woli, nie z własnej woli podstawiła go pod belką, stanęła na nim i nałożyła pętlę na szyję. Ale jedyne, co stwierdził, to to, że była to bardzo cicha śmierć, bez mała kulturalna.

Kolega z policji w Selfoss zakłócił mu te rozważania.

– Masz coś? – zapytał.

– Nic. To samobójstwo. Czyste i jasne. Nic nie wskazuje, aby było inaczej. Targnęła się na swoje życie.

– Na to wygląda.

– Odciąć sznur z belki, zanim się stąd zabierzemy? Ta kobieta ma męża?

– Odetnij. Ma, musi tu przyjechać.

Policjant podniósł sznur z podłogi i obracał go między palcami. Pętla nie została zrobiona fachowo, luźna, węzeł zupełnie amatorski. Pomyślał, że sam lepszy by zrobił, ale przecież niepodobna oczekiwać, aby kobieta z Grafarvogur skonstruowała doskonałe narzędzie samobójcze. Przecież nie studiowała tego i nie przygotowała samobójstwa w szczegółach. Działała raczej pod wpływem impulsu niż według jakiegoś precyzyjnie ustalonego planu.

Otworzył drzwi na taras. Prowadziły zeń dwa schodki, a dalej było tylko kilka kroków do jeziora. Od kilku dni przy brzegu trzymał mróz – wodę pokrył cienki lód. Gdzieniegdzie jednak był solidniejszy i pod grubszą warstwą chlupotała woda.

3

Erlendur podjechał pod zwykły dom jednorodzinny w dzielnicy Grafarvogur. Dom stał na końcu ślepej, acz pięknej uliczki. W większości domy były do siebie bardzo podobne, pomalowane na biało, niebiesko lub czerwono, z garażami, dwa samochody przed każdym numerem. Uliczka była oświetlona i schludna, ogrody dobrze utrzymane, trawa skoszona, a drzewa i krzewy przycięte. Gdziekolwiek spojrzeć – wszędzie prostokątne żywopłoty. Domek wydawał się starszy od innych przy tej uliczce, był w innym stylu, żadnych okien weneckich czy pretensjonalnych kolumn przy wejściu, żadnych altanek ogrodowych. Dom z płaskim dachem i wielkim oknem w salonie, wychodzącym na Kollafjördur i górę Esja, pomalowany był na biało. Duży, dobrze oświetlony ogród, o który najwyraźniej troskliwie dbano, okalał budynek. Pięciornik krzewiasty i alpejski, różanecznik i fiołek ogrodowy obumarły wraz z nadejściem jesieni.

Uczucie przenikliwego zimna potęgował suchy, lodowaty wiatr z północy, który nawiewał liście na koniec ślepej uliczki. Erlendur zaparkował i podniósł wzrok ku dachowi. Wziął głęboki oddech, zanim wszedł do środka. To już drugie samobójstwo w tym tygodniu. Może to jesień i nadciągająca długa, ciemna zima?

Ktoś z policji w Reykjaviku musiał skontaktować się z mężem i padło na niego. Ci w Selfoss natychmiast postanowili odesłać sprawę do stolicy w celu należytego zachowania procedur, jak to określono. Do męża wysłano także pastora. Kiedy zjawił się Erlendur, siedzieli w kuchni. Wielebny otworzył mu i wprowadził Erlendura do środka. Przedstawił się jako pastor zboru w Grafarvogur; Maria uczęszczała na msze gdzie indziej, ale nie udało się skontaktować z jej ministrem.

Mąż siedział bez ruchu przy stole kuchennym w białej koszuli i dżinsach, był szczupły i silnie zbudowany. Erlendur się przedstawił, podali sobie ręce. Mężczyzna miał na imię Baldvin. Pastor stanął przy drzwiach kuchennych.

– Będę musiał pojechać do domku – stwierdził Baldvin.

– Tak, ciało... – zaczął Erlendur, ale nie dane mu było skończyć.

– Mówiono mi, że... – zaczął Baldvin.

– Pojedziemy tam z panem, jeśli pan chce. Ale ciało zostało przewiezione do Reykjaviku. Do kostnicy przy Baronsstigur. Pomyśleliśmy, że wolałby pan, aby tam się znalazło niż w szpitalu w Selfoss.

– Dziękuję.

– Musi pan ją zidentyfikować.

– Jasne. Oczywiście.

– Czy była sama w Thingvellir?

– Tak, dwa dni temu pojechała tam popracować i dziś wieczorem miała wrócić. Powiedziała, że przyjedzie późno. A na weekend udostępniła domek swojej przyjaciółce. W każdym razie tak mi powiedziała. Że może na nią zaczeka.

– To jej przyjaciółka Karen ją tam znalazła. Zna ją pan?

– Tak.

– Pan był tu w domu?

– Tak.

– Kiedy ostatnio rozmawiał pan z żoną?

– Wczoraj wieczorem. Zanim położyła się spać. Miała z sobą swoją komórkę.

– To dzisiaj pan nie miał z nią kontaktu?

– Nie, żadnego.

– Nie czekała na pański przyjazd?

– Nie. Weekend mieliśmy spędzić w mieście.

– Ale dziś wieczorem spodziewała się swojej przyjaciółki?

– Tak, o ile dobrze zrozumiałem. Wielebny powiedział mi, że Maria... zrobiła to wczoraj wieczorem?

– Lekarz musi dopiero określić czas zgonu.

Baldvin milczał.

– Próbowała zrobić to już wcześniej? – spytał Erlendur.

– To? Samobójstwo? Nie. Nigdy.

– Czy miał pan jakieś sygnały, że żona może źle się czuć?

– Była trochę przygnębiona i ponura – przyznał Baldvin. – Ale nie na tyle, żeby... to nie...

Rozpłakał się.

Pastor spojrzał na Erlendura i dał znać, że to na razie wystarczy.

– Przepraszam – powiedział Erlendur i wstał od stołu. – Porozmawiamy lepiej później. Chce pan zadzwonić do kogoś, kto mógłby z panem zostać? A może sprowadzić pomoc psychologiczną? Może...

– Nie, to... dziękuję.

Wychodząc, Erlendur przeszedł przez salon z wielkimi regałami. Podjeżdżając, przed garażem zauważył okazałego dżipa.

Po co umierać, mając taki dom, pomyślał sobie, czy naprawdę nie ma tu nic, dla czego warto by żyć?

Wiedział, że takie rozważania są całkiem bez sensu. Doświadczenie mówi, że samobójstwa mogą być nieprzewidywalne i niezależne od statusu majątkowego. Potrafią kompletnie zaskoczyć. Zdarzają się wśród ludzi w każdym wieku: młodych, dorosłych, starszych. Po prostu któregoś dnia ktoś postanawia skrócić sobie życie. Czasami początek to długa historia depresji i nieudanych prób. W innych wypadkach taki czyn zupełnie zaskakuje rodzinę i przyjaciół. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, że on się tak podle czuł. Nigdy nic o tym nie wspominała. Skąd mieliśmy o tym wiedzieć? Krewni pozostawali pogrążeni w żalu, zaskoczeni, niedowierzający, przerażonym głosem zadający pytania: dlaczego? Czy mogłem to przewidzieć? Co mogłem zrobić lepiej?

Mężczyzna odprowadził Erlendura do drzwi.

– Podobno niedawno straciła matkę?

– Tak, to prawda.

– Jej śmierć duży miała wpływ na Marię?

– To był dla niej duży szok – wyjaśnił mąż. – Ale przecież to zupełnie niezrozumiałe. Mimo że ostatnio była przygnębiona, jest to zupełnie niezrozumiałe.

– Oczywiście – zgodził się Erlendur.

– Wam oczywiście takie przypadki są znane? – zainteresował się Baldvin. – Samobójstwa?

– To się raz na jakiś czas zdarza – przytaknął Erlendur. – Niestety.

– Czy ona... cierpiała?

– Nie – odpowiedział komisarz stanowczo. – Nie cierpiała.

– Jestem lekarzem – powiedział Baldvin. – Nie musi mnie pan okłamywać.

– Nie okłamuję – zaprzeczył policjant.

– Od dłuższego czasu była jakaś przybita – zaczął Baldvin. – Ale nic z tym nie robiła. Może powinna. Może ja powinienem bardziej zainteresować się, przez co przechodzi. Ona była bardzo blisko z matką. Trudno było jej się pogodzić z jej śmiercią. Leonora miała dopiero sześćdziesiąt pięć lat, zmarła w kwiecie wieku. Na raka. Maria się nią opiekowała i nie jestem pewien, czy udało jej się dojść do siebie po śmierci matki. Była jedynym dzieckiem Leonory.

– Wyobrażam sobie, że ciężko sobie z tym poradzić.

– Trudno jest postawić się na miejscu Marii – powiedział Baldvin.

– Tak, oczywiście – odparł Erlendur. – A jej ojciec?

– Nie żyje.

– Była wierząca? – spytał Erlendur, spoglądając na figurkę Jezusa na komodzie w przedpokoju. Obok leżała Biblia.

– Tak, bardzo – przyznał mężczyzna. – Chodziła do kościoła. Była o wiele bardziej religijna niż ja. I z wiekiem to narastało.

– Pan nie jest wierzący?

– Nie powiedziałbym.

Baldvin ciężko westchnął.

– To... to jest takie nierzeczywiste, proszę wybaczyć, ja...

– Tak, przepraszam – uspokoił go Erlendur. – Już skończyliśmy.

– To pojadę na Baronsstigur.

– Dobrze. Anatomopatolog musi ją zbadać. Zawsze tak postępujemy w podobnych przypadkach.

– Rozumiem – przytaknął Baldvin.

Za chwilę dom opustoszał. Erlendur pojechał w ślad za pastorem i Baldvinem. Ruszając, zerknął w lusterko wsteczne i odniósł wrażenie, że zasłony w salonie się poruszyły. Nadepnął na hamulec i długo obserwował okno w lusterku. Nie zauważył żadnego ruchu i na- brał przekonania, że przywidziało mu się. Zdjął nogę z hamulca i odjechał.

Przez pierwsze tygodnie i miesiące po zgonie Leonory Maria nie miała ochoty spotykać się z ludźmi. Nie chciała wizyt, przestała odbierać telefony. Baldvin wziął dwa tygodnie urlopu w pracy, ale im więcej chciał dla Marii zrobić, tym bardziej stanowczo żądała, by ją zostawił w spokoju. Załatwił jej leki na otępienie i depresję, ale nie chciała ich brać. Znał psychiatrę, który gotów był się z nią spotkać, ale nie wyraziła ochoty. Powiedziała, że sama upora się ze swoją żałobą. Że to nie stanie się natychmiast, a on musi być cierpliwy. Już kiedyś musiała sobie z tym poradzić i teraz też da radę.

Wiedziała, co to lęk, depresja, brak łaknienia i utrata wagi, znała uczucie duchowego paraliżu, które pozbawiało ją sił i zainteresowania czymkolwiek, co dotyczyło czegoś innego niż jej prywatny świat smutku. Nikogo do tego świata nie wpuszczała. To samo przeżywała, kiedy zmarł jej ojciec. Ale wtedy miała matkę, która ją mocno wspierała. Przez pierwsze lata od jego śmierci Marii bezustannie śnił się ojciec, a większość z tych snów to były koszmary, które nie chciały jej opuścić. Cierpiała na halucynacje. Tak wyraziście jej się objawiał, że czasem myślała, iż jeszcze żyje. Że nie umarł. Nawet na jawie czuła jego bliskość, ba, czuła zapach jego cygar. Niekiedy miała wrażenie, że stoi obok niej i śledzi każdy jej ruch. Była jeszcze dzieckiem i myślała, że on przybywa do niej z innego świata.

Jej matka, Leonora, była realistką i uspokajała ją, że te zwidy, które jej się zdarzają, dźwięki, które słyszy, zapach, który czuje, to naturalna reakcja żałobna, reakcja na śmierć ojca. Byli sobie bardzo bliscy i jego śmierć stanowiła dla niej tak wielki wstrząs, że jej wewnętrzne ja wywoływało jego obraz; czasem całą postać, a czasem zapach z nim się kojarzący. Leonora nazywała to wewnętrznym okiem, które było władne rozpalić życie w wyobraźni Marii, wstrząs ten uczynił ją wrażliwą, a jej uczucia delikatnymi i kruchymi, i wywołał nienaturalne odczucia, które z czasem ustąpią.

– A co, jeśli to nie było wewnętrzne oko, o którym zawsze mówiłaś? Co jeśli to, co wiedziałam, kiedy umarł tata, leżało na granicy dwóch światów? Co, jeśli mnie nawiedzał? Chciał mi coś powiedzieć?

Maria siedziała na łóżku matki. Od kiedy stało się jasne, że los Leonory jest przesądzony, otwarcie rozmawiały o śmierci.

– Przeczytałam już wszystkie te książki o świetle i tunelu, które mi przyniosłaś – powiedziała Leonora. – Może i jest coś w tym, co ludzie powiadają. O tunelu do wieczności. Wiecznego życia. Ale szybko się o tym przekonam.

– Jest tyle wyrazistych relacji – odpowiedziała Maria. – O ludziach, którzy umarli i wrócili. O sąsiedztwie śmierci. O życiu po śmierci.

– Tak często o tym rozmawiałyśmy...

– A dlaczego nie miałyby być prawdziwe? Niektóre z nich?

Leonora patrzyła spod półprzymkniętych powiek na córkę, która załamana siedziała obok niej. Choroba wywarła dużo większy wpływ na Marię niż na nią. Ciążąca na niej śmierć była dla Marii nieznośna. Kiedy Leonora odejdzie, Maria zostanie sama.

– Nie wierzę w nie, bo jestem realistką.

Siedziały i długo milczały. Maria spuściła głowę, a Leonora co rusz zapadała w drzemkę, umęczona dwuletnią walką z rakiem, który właśnie ją pokonał.

– Dam ci znak – szepnęła i uniosła lekko powieki.

– Znak?

Leonora uśmiechnęła się boleśnie, będąc pod wpływem silnych środków farmakologicznych.

– Niech to będzie coś... prostego.

– Co? – spytała Maria.

– To musi być... musi być coś namacalnego. To nie może być sen ani jakieś nieokreślone odczucie.

– Mówisz, że mi dasz znak z zaświatów?

Leonora skinęła głową.

– A czemu nie? Jeśli to jest coś więcej niż tylko fantazja. Życie po życiu.

– Jak?

Leonora sprawiała wrażenie śpiącej.

– Wiesz... jakie mam gusta... literackie.

– Proust.

– To... to będzie... obserwuj bacznie...

Leonora dotknęła ręki córki.

– Proust. – Westchnęła umęczona i wreszcie zasnęła. Wieczorem zapadła w śpiączkę. Kilka dni później umarła, nie obudziwszy się.

Trzy miesiące po pogrzebie Leonory Maria zbudziła się w środku poranka i wyszła z sypialni. Baldvin wcześnie rano wyjeżdżał do pracy, a ona zostawała sama w domu. Była słaba i zmęczona ciężkimi snami i długotrwałym brakiem dobrego samopoczucia, stres ją wykańczał. Chciała pójść do kuchni, kiedy nagle poczuła, że nie jest sama w domu.

Z początku myślała, że to włamywacz. Rozejrzała się wokół z lękiem. Zawołała, czy ktoś tam jest – to powinno skłonić złodzieja do ucieczki.

Zamarła, gdy nagle poczuła słabą woń perfum, których używała jej matka.

Maria patrzyła przed siebie i w ciemnym salonie zauważyła Leonorę stojącą przy regałach. Mówiła do niej, ale Maria nie rozróżniała słów.

Długo wpatrywała się w matkę, bojąc się poruszyć, dopóki Leonora nie znikła równie nagle, co się pojawiła.

4

Wróciwszy do swego mieszkania w bloku, Erlendur zapalił światło w kuchni. Z mieszkania wyżej dochodziły ciężkie takty muzyki. Niedawno wprowadziła się tam para młodych, puszczali całymi wieczorami głośną muzykę, czasem nawet bardzo, a w weekendy urządzali imprezy. Ich goście biegali po klatce schodowej w górę i w dół aż do samego rana, czasem głośno się wygłupiając. Sąsiedzi skarżyli się lokatorom, a ci obiecywali poprawę, ale coś najwyraźniej stało im na przeszkodzie. Według Erlendura to, co puszczali młodzi, właściwie nie było muzyką, lecz uporczywym powtarzaniem tego samego taktu, przetykanym głośnym wyciem.

Usłyszał pukanie do drzwi.

– Widziałem, że się u ciebie świeci – przywitał go jego syn, Sindri Snaer, kiedy komisarz otworzył drzwi.

– Wejdź – zaprosił go Erlendur. – Byłem w Grafarvogur.

– Coś ciekawego? – spytał Sindri, zamykając drzwi.

– Zawsze jest coś ciekawego – odparł komisarz. – Kawy? Czegoś innego?

– Wody poproszę – rzekł Sindri i wyciągnął paczkę papierosów. – Mam urlop. Dwa tygodnie. – Spojrzał na sufit i wsłuchiwał się w rockowe dudnienie, o którym Erlendur zdążył już zapomnieć. – Co to za hałas?

– Nowi lokatorzy! – zawołał Erlendur z kuchni. – Jakieś wieści od Evy Lind?

– Nic nowego. Kilka dni temu kłóciła się z mamą, ale nie wiem, o co chodzi.

– Kłóciła się z waszą mamą? – zdziwił się komisarz i wyjrzał przez drzwi do kuchni. – O co?

– O ciebie, z tego co wiem.

– Jakżeż one mogą się o mnie kłócić?

– Z nią pogadaj.

– Pracuje?

– Tak.

– Bierze?

– Nie, chyba nie. Ale nie chce chodzić ze mną na spotkania.

Erlendur wiedział, że Sindri uczęszcza na spotkania AA. Chłopak twierdził, że dobrze mu robią. Pomimo młodego wieku miał już problemy alkoholowe i z substancjami odurzającymi, ale dzięki determinacji udało mu się zawrócić z tej drogi. Zrobił wszystko, aby opanować uzależnienie. Jego siostra Eva ostatnio przestała brać, ale nie będąc na odwyku, nie chodziła na spotkania i uważała, że poradzi sobie sama, bez wsparcia.

– Co się stało w Grafarvogur? – spytał Sindri. – Coś się wydarzyło?

– Samobójstwo – odparł Erlendur.

– A to przestępstwo czy...?

– Nie, samobójstwo to nie przestępstwo – zapewnił go ojciec. – Chyba że wobec tych, którzy zostali przy życiu.

– Chłopak, którego znałem, się zabił – powiedział Sindri.

– Tak?

– Tak, Simmi.

– A kto to był?

– Fajny gość. Razem robiliśmy w zieleni miejskiej. Spokojny, nigdy się nie odzywał. I potem się po prostu powiesił. W pracy to zrobił. Mieliśmy taki barak i tam się powiesił. Brygadzista go znalazł i odciął.

– A wiedzieliście, dlaczego to zrobił?

– Nie. Mieszkał z matką. Raz się z nim uwaliłem. Nigdy wcześniej nie pił, po tym rzygał tylko.

Sindri pokręcił głową.

– Simmi – wymamrotał. – Dziwny gość.

Nad nimi dudniła muzyka z odtwarzacza.

– Masz zamiar coś z tym zrobić? – spytał Sindri, spoglądając na sufit.

– Ta banda nikogo nie słucha – odparł Erlendur.

– Mam z nimi pogadać?

– Ty?

– Mogę ich poprosić, żeby to wyłączyli. Jeśli chcesz.

Erlendur się zastanowił.

– Jak chcesz, możesz spróbować – wyraził zgodę. – Mnie się nie chce wchodzić na górę. I o co im w tej kłótni chodziło, mamie i Evie?

– Ja się w to nie wtrącam – zapewnił Sindri. – A to samobójstwo było jakieś tajemnicze? To w Grafarvogur?

– Nie, po prostu tragiczne zdarzenie. Największa tragedia z możliwych. Mąż był w domu, kiedy żona pozbawiła się życia w domku letniskowym.

– I on nic nie wiedział?

– Nie.

Gdy Sindri sobie poszedł, po chwili głośne dudnienie piętro wyżej ucichło. Erlendur spojrzał na sufit. Następnie wyszedł do przedpokoju i wyjrzał na klatkę. Chciał zawołać Sindrego, lecz go już nie było.

Kilka dni później Erlendur dostał raport z autopsji samobójczyni z Thingvellir. Nie było w nim nic nienaturalnego poza śmiercią przez powieszenie. Żadnych uszkodzeń cielesnych ani substancji w krwi. Maria była zdrowa, na nic nie chorowała. Nie znaleziono żadnych biologicznych odpowiedzi, dlaczego targnęła się na swoje życie.

Erlendur ponownie spotkał się z jej mężem, Baldvinem, aby przekazać mu wnioski z raportu. W godzinach popołudniowych zajechał do Grafarvogur i zapukał do drzwi. Zabrał z sobą Elinborg. Nie bardzo chciała z nim jechać, twierdząc, że ma mnóstwo roboty. Sigurdur Oli był na chorobowym, leżał zagrypiony w domu. Erlendur spojrzał na zegarek.

Baldvin zaprosił ich do salonu. Wziął urlop bezterminowy. Przez dwa dni mieszkała u niego matka, ale już się wyprowadziła. Koledzy z pracy odwiedzali go z kondolencjami, inni przysłali telegramy. Przygotował pogrzeb i wiedział, że kilka osób napisze artykuły wspomnieniowe. To wszystko powiedział Erlendurowi i Elinborg. przygotowując kawę. Był bardzo nieswój, wszystkie czynności wykonywał powoli, ale zachował równowagę ducha. Erlendur przedstawił mu wyniki sekcji. Zgon kobiety zakwalifikowano jako wynik samobójstwa. Ponownie złożył mu kondolencje. Elinborg prawie się nie odzywała.

– Dobrze by było mieć kogoś przy sobie – zauważył Erlendur. – Zważywszy na okoliczności.

– One o mnie dbają, matka i siostra – odparł Baldvin. – Ale czasem dobrze pobyć w samotności.

– Tak, rzeczywiście – potwierdził komisarz. – Dla niektórych to najlepsza terapia.

Elinborg spojrzała na niego. Erlendur przedkładał samotność nad wszystko inne w życiu. Zastanawiała się, co ona robi z nim tutaj, w tym domu. Erlendur nie powiedział jej nic ponad to, że musi przekazać Baldvinowi wnioski anatomopatologa. Że potrwa to tylko chwilę. Tymczasem zaczął rozmawiać z tym człowiekiem, jakby przyjaźnili się od lat.

– Człowiek zawsze się obwinia – powiedział Baldvin. – Wydaje mi się, że powinienem był coś zrobić. Że mogłem coś zrobić lepiej.

– To naturalna reakcja – uspokajał go Erlendur. – Znamy to doskonale z pracy. Zazwyczaj w takiej sytuacji bliscy i tak robią bardzo dużo, jeśli nie wszystko, co w ich mocy.

– Że też wcześniej tego nie dostrzegałem – martwił się mąż. – Ale jedno mogę powiedzieć. Nigdy w życiu się tak nie zląkłem, jak gdy się dowiedziałem, co zrobiła. Nie wyobrażacie sobie nawet, jak się czułem. Jako lekarz niejedno widziałem, ale... kiedy dzieje się coś takiego... Myślę, że nikt nie może być na coś takiego gotowy.

Najwyraźniej miał potrzebę mówienia i opowiedział, że poznał żonę na studiach. Maria studiowała historię i francuski. On w szkole średniej bawił się w teatr i przez pewien czas uczęszczał na zajęcia do Szkoły Teatralnej, zanim zmienił zainteresowania i postanowił pójść się na medycynę.

– Czy żona zajmowała się historią zawodowo? – spytała Elinborg, która skończyła geologię, ale nigdy nie pracowała w zawodzie.

– Tak, zawodowo – odparł Baldvin. – Pracowała w domu. Mamy na dole gabinet. Trochę uczyła i wykonywała zlecenia dla różnych instytucji i firm, prowadziła prace badawcze, pisała artykuły.

– Kiedy przeprowadziliście się do Grafarvogur? – zainteresował się Erlendur.

– Zawsze mieszkaliśmy w tym domu – powiedział Baldvin, rozglądając się po salonie. – Wprowadziłem się do niej i Leonory jeszcze w czasie studiów. Maria była jedynaczką i odziedziczyła dom po śmierci matki. Zbudowano go, zanim okolica została rozplanowana i rozpoczęto budowę na szeroką skalę. Jak zapewne zauważyliście, stoi nieco z boku.

– Wygląda na starszy od pozostałych – zauważyła Elinborg.

– Ona tutaj konała – ciągnął Baldvin. – W jednym z pokoi. Od kiedy zdiagnozowano u niej raka, do śmierci minęły trzy lata. Broniła się przed hospitalizacją. Leonora chciała umrzeć w swoim domu. Maria sama się nią opiekowała cały czas.

– To musiało być trudne dla pańskiej żony – zauważył Erlendur. – Mówił pan, że była religijna.

Zauważył, jak Elinborg zerka ukradkiem na zegarek.

– Tak. Wierzyła naiwnie, jak dziecko. Bardzo dużo rozmawiały na temat wiary, córka i matka. Kiedy Leonora zachorowała. Ale Leonora taka była. Otwarta. Nie wstydziła się mówić o chorobie i o śmierci. Myślę, że to bardzo jej pomogło w smutku. Myślę też, że odeszła stąd pogodzona z sobą. W każdym razie na tyle, na ile to możliwe w takich okolicznościach. Znam to z pracy. Nikt nie godzi się, żeby odchodzić w taki sposób, ale można odejść pogodzonym z sobą i swoimi bliskimi.

– Chce pan powiedzieć, że jej córka także odeszła pogodzona? – spytał Erlendur.

Baldvin zamyślił się.

– Nie wiem – odpowiedział w końcu. – Wątpię, aby ktoś, kto odszedł w taki sposób jak ona, mógł być do końca pogodzony.

– Ale śmierć nie była po jej myśli.

– Pewno przez całe życie – zgodził się Baldvin.

– A jej ojciec?

– Dawno nie żyje.

– Tak, mówił mi pan o tym.

– Nigdy go nie poznałem. Była małą dziewczynką, kiedy to się stało.

– Jak umarł?

– Utopił się koło ich domku letniskowego. W Thingvellir. Wypadł z niewielkiej łódki. Podobno było bardzo zimno, a on dużo palił, nie zażywał ruchu i... utonął.

– To straszne stracić jedno z rodziców w takim wieku – wtrąciła Elinborg.

– Maria przy tym była – powiedział Baldvin.

– Pańska żona? – zdumiał się Erlendur.

– Miała zaledwie dziesięć lat. To strasznie na nią wpłynęło. Myślę, że po tym nigdy całkiem do siebie nie doszła. A kiedy jej mama zachorowała na raka i umarła, ugięła się pod podwójnym ciężarem.

– Wiele przeszła – zauważyła Elinborg.

– Tak, wiele przeszła – zgodził się Baldvin i spuścił wzrok.

5

Kilka dni później Erlendur siedział nad filiżanką kawy i przeglądał stary raport z zaginięcia, kiedy poinformowano go, że w recepcji pyta o niego kobieta imieniem Karen. Komisarz pamiętał, że takie imię ma przyjaciółka Marii, która znalazła ją w Thingvellir. Poszedł więc do recepcji i ujrzał kobietę w brązowym skórzanym żakiecie i dżinsach. Pod żakietem miała gruby golf z białej wełny.

– Chciałabym porozmawiać z panem o Marii – powiedziała, kiedy się przywitali. – To pan prowadzi tę sprawę, prawda?

– Tak, ale to nie jest żadna sprawa, już została...

– Możemy gdzieś usiąść na chwilkę?

– Jak wyście się poznały?

– To moja przyjaciółka z dzieciństwa – wyjaśniła Karen.

– No tak.

Erlendur zaprowadził ją do biura, gdzie usiadła naprzeciwko niego. Nie zdjęła żakietu, mimo że było gorąco.

– Nie znaleźliśmy niczego niezwykłego – powiedział – jeśli o coś takiego pani chodzi.

– Nie mogę zapomnieć jej widoku – tłumaczyła się Karen. – Cały czas mam ją przed oczyma. Nie wyobraża pan sobie, jaki to dla mnie szok, że to zrobiła. I że to ja ją znalazłam. Nigdy ze mną o czymś takim nie rozmawiała, a przecież mówiła mi wszystko. Byłyśmy dla siebie powiernicami. Jeśli ktoś Marię znał, to właśnie ja.

– I co? Uważa pani, że nie mogłaby popełnić samobójstwa?

– Właśnie – odpowiedziała Karen.

– To co się stało?

– Nie wiem, ale ona nigdy nie mogłaby tego zrobić.

– Dlaczego pani tak twierdzi?

– Po prostu wiem. Znałam ją i wiem, że nigdy nie popełniłaby samobójstwa.

– Samobójstwo zazwyczaj zaskakuje ludzi. Mimo że Maria o niczym pani nie powiedziała, nie można wykluczyć, że targnęła się na swoje życie. Zresztą wszystko na to wskazuje.

– I dziwi mnie też, że on kazał spalić zwłoki – rzuciła Karen.

– O co pani chodzi?

– Już ją pochowano. Nie wiedział pan o tym?

– Nie – odparł Erlendur i zaczął liczyć dni od pierwszej wizyty w domu w Grafarvogur.

– Nigdy nie słyszałam, żeby mówiła, że chce zostać skremowana – powiedziała kobieta. – Nigdy.

– A powiedziałaby pani o tym?

– Tak sądzę.

– Rozmawiałyście kiedyś o swoich pochów... co chcecie, aby uczyniono z waszymi ciałami?

– Nie – odpowiedziała Karen z przekąsem.

– Czyli że tak naprawdę nie wie pani, czy chciała, aby ją skremowano, czy nie?

– Nie, ja to po prostu wiem. Znałam Marię.

– Znała pani Marię i mówi mi, formalnie na komisariacie policji, że uważa pani, że w śmierci tej kobiety jest coś podejrzanego?

Karen zastanowiła się chwilę.

– Moim zdaniem to wszystko jest jakieś dziwne.

– Ale nie ma pani nic na poparcie swoich podejrzeń, że stało się coś niezwykłego.

– Nie.

– W takim razie niewiele możemy zrobić – oświadczył Erlendur. – Wiem pani coś na temat ich pożycia?

– Tak.

– I?

– Było w porządku – odpowiedziała z ociąganiem.

– Czyli nie podejrzewa pani, że mąż przyłożył do tego rękę?

– Nie. Może ktoś odwiedził ją w Thingvellir? Tam różny element się włóczy, Obcokrajowcy. Sprawdziliście to?

– Nic na to nie wskazuje – odparł Erlendur. – Czy Maria miała na panią czekać w Thingvellir?

– Nie – odpowiedziała Karen. – Nie było o tym mowy.

– A Baldvinowi powiedziała, że na panią zaczeka.

– Ciekawe dlaczego?

– Może po to, żeby mieć spokój? – zastanawiał się Erlendur.

– Baldvin opowiedział panu o jej matce, Leonorze?

– Tak – potwierdził Erlendur. – Powiedział, że córka boleśnie przeżyła jej śmierć.

– Związek Leonory i Marii był szczególny – zaczęła Karen. – Nigdy i nigdzie nie spotkałam tak silnych więzi. Wierzy pan w sny?

– Nie wiem, czy to pani sprawa – odburknął Erlendur. – Z całym szacunkiem.

Entuzjazm tej kobiety zdumiał komisarza. Ale rozumiał, co nią powoduje. Serdeczna przyjaciółka popełniła czyn, który dla niej był nie do pomyślenia. Jeśli Maria miała jakieś problemy, to Karen powinna o tym wiedzieć i coś w tej sprawie zrobić. A teraz, mimo że jest już za późno, i tak chce coś zrobić, odnieść się jakoś do tej tragedii.

– A w życie po śmierci?

Erlendur pokręcił głową.

– Nie wiem, co pani...

– Maria wierzyła. Wierzyła, że sny mogą jej coś powiedzieć, pokierować nią. I wierzyła w życie po śmierci.

Erlendur milczał.

– Mama miała jej przekazać wiadomość – powiedziała Karen. – Wie pan, gdyby dalej żyła.

– Nie bardzo rozumiem – odparł komisarz.

– Maria mi powiedziała, że Leonora da jej znak, jeśli prawdą jest to, o czym tak dużo pod koniec jej życia rozmawiały. Jeśli jest życie po śmierci! Miała zamiar dać jej znak z zaświatów.

Erlendur chrząknął.

– Znak z zaświatów?

– Tak. Jeśli po tym życiu istnieje życie.

– A wie pani jak? W jaki sposób miała dać jej znak?

Karen nie odpowiedziała.

– Dała ten znak? – spytał komisarz.

– Co?

– Czy dała jej znak z zaświatów?

Karen uważnie popatrzyła na Erlendura.

– Pan mnie ma za idiotkę, prawda?

– Proszę dać spokój – powiedział komisarz. – Przecież w ogóle pani nie znam.

– Pan uważa, że gadam same bzdury!

– Nie, ale nie wiem, co tu policja miałaby do roboty. Może mi pani to powiedzieć? Znak z zaświatów! W jaki sposób wszcząć śledztwo w takiej sprawie?

– Uważam, że minimum, co może pan zrobić, to wysłuchać tego, co człowiek ma do powiedzenia.

– Przecież słucham – bronił się Erlendur.

– Nie, nie słucha pan. – Karen otworzyła torebkę, wyjęła z niej kasetę i położyła przed nim na biurku.

– Może to coś pomoże – powiedziała.

– Co to jest?

– Niech pan posłucha, a potem ze mną porozmawia. Proszę posłuchać i powiedzieć, co pan o tym sądzi.

– Nie mogę...

– Niech pan nie robi tego dla mnie – powiedziała Karen. – Niech pan to zrobi dla Marii. Dowie się pan, jak się czuła.

Wstała.

– Niech pan to zrobi dla Marii – powtórzyła i pożegnała się.

Wieczorem Erlendur zabrał do domu kasetę. Była nieopisana, zwykła kaseta do nagrywania. Komisarz miał stary radiomagnetofon. Magnetofonu nigdy nie używał, nie wiedział nawet, czy działa. Długi czas stał z kasetą w ręku i zastanawiał się, czy powinien ją odsłuchać.

Wyciągnął radiomagnetofon, otworzył kieszeń na kasetę i wsunął ją do środka. Potem ją puścił. Z początku nic nie było słychać. Minęło kilka kolejnych sekund i nadal nic się nie działo. Erlendur spodziewał się usłyszeć ulubioną muzykę denatki, pewno kościelną, zważywszy na wiarę Marii. Potem usłyszał jakiś trzask i urządzenie zaczęło szumieć.

– ...po zapadnięciu w trans – usłyszał na taśmie głęboki męski głos.

Pogłośnił.

– Potem nie wiem, co się działo – kontynuował głos. – To ci, którzy odeszli albo chcą przeze mnie przemawiać, albo pokazywać mi różne rzeczy. Ja jestem tylko narzędziem do nawiązywania kontaktu z ich ukochanymi. Może to trwać dłużej lub krócej, zależy od tego, jaki nawiążę kontakt.

– Rozumiem – odpowiedział wysoki żeński głos.

– Przyniosłaś to, o co prosiłem?

– Mam koszulkę, którą bardzo lubiła, i pierścionek od taty, który cały czas nosiła.

– Dziękuję. Daj mi je.

– Proszę.

– Przypomnij mi, żebym potem dał ci taśmę. Ostatnio zostawiłaś ją u mnie. Czasami człowiek zapomina.

– Tak.

– No to zobaczymy, co się wydarzy. Czujesz może lęk? Na początku mówiłaś, że trochę się tego boisz. Niektórzy boją się tego, co może wyjść na jaw.

– Nie, już nie. Właściwie to się nie bałam, tylko trochę niepewnie się czułam. Nigdy wcześniej niczego takiego nie robiłam.

Długa pauza.

– Błyszczy tafla wody.

Cisza.

– Jest lato, niska roślinność i błyszczy tafla wody. Jakby jezioro połyskiwało w słońcu.

– Tak.

– Na jeziorze łódka, kojarzysz?

– Tak.

– Mała łódka.

– Tak.

– Pusta.

– Tak.

– Wygląda znajomo? Poznajesz tę łódkę?

– Mój tata miał małą łódkę. Mamy domek letniskowy nad Thingvallavatn.

Erlendur wyłączył magnetofon. Zdawał sobie sprawę, że to nagranie z seansu spirytystycznego, i uznał za pewne, że wysoki głos należał do kobiety, która odebrała sobie życie. Wiedział na ten temat tylko to, co jej mąż powiedział o jej ojcu, że utonął w jeziorze Thingvallavatn. W pewnym sensie poczuł się nieswojo, słuchając jej głosu. Zupełnie jakby węszył w prywatnym życiu obcych ludzi. Długą chwilę stał bez ruchu nad radiomagnetofonem, dopóki ciekawość nie przezwyciężyła wątpliwości, i włączył go ponownie.

– Czuję zapach cygar – usłyszał, jak mówi medium. – Palił?

– Tak. Bardzo dużo.

– Chce, żebyś była ostrożna.

– Dzięki za radę.

Po słowach kobiety nastąpiła długa pauza. Erlendur słuchał tej ciszy. Słychać było jedynie szum taśmy. I nagle znów mężczyzna zaczął mówić, tym razem jednak głos medium zmienił się. Był ciemny, surowy, zachrypnięty.

– Uważaj na siebie... Nie wiesz, co robisz!

Erlendura zaskoczył okrutny ton w tych słowach. I niemal natychmiast głos znów się zmienił.

– To było w porządku? – spytało medium.

– Chyba tak – odparła kobieta o wysokim głosie. – Co było...

Kobieta zawahała się.

– To było coś, co znałaś? – spytał mężczyzna.

– Tak.

– Dobrze, ja... Dlaczego jest mi tak zimno...? Dzwonią mi zęby.

– Pojawił się inny głos...

– Inny?

– Tak, nie twój.

– I co powiedział?

– Powiedział, że mam na siebie uważać.