Wydawca: Psychoskok Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 518 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hexa - Wojciech Pietrzak

Hexa” przeznaczona jest dla czytelników lubiących zagadki, tajemnice i zaskakujące wydarzenia. Jest to powieść kryminalna, w której  przeplatają się wątki o różnej tematyce.

Rok 1987. W Krakowie powieszony zostaje Michał Karpiński, młody  żołnierz oskarżony o zamordowanie rok wcześniej w Nowej Rudzie 20-letniej Cyntii Łuskowskiej. Czy słusznie?

Niemal ćwierć wieku później Andrzej Karpiński, ojciec Michała, wygrywa znaczną sumę na loterii i postanawia wynająć detektywa, który oczyści  pamięć jego syna. Dardiusz Wicher początkowo wcale nie chce podjąć się tego zadania. Zmienia jednak zdanie i próbuje poskładać w całość strzępy informacji. Musi zmierzyć się nie tylko z fatalnie napisanym artykułem prasowym i jeszcze gorszym listem miłosnym, ale także z córką i matką zamordowanej, dwiema kobietami o niesłychanie silnej osobowości. Patriarchalny konserwatyzm Dardiusza zostaje wystawiony na bolesną  próbę, a Andrzej Karpiński domaga się wyników, podważając przy tym zasadność kary śmierci, której Wicher usiłuje bronić.

Oprócz tego Czytelnik jest świadkiem politycznego sporu wolnorynkowca  Wichra z socjalistą Karpińskim, enigmatycznych rozmów telefonicznych dwóch tajemniczych mężczyzn, a także wątku romantycznego, którego zakończenie okazuje się równie zaskakujące, co rozwiązanie zagadki kryminalnej.



Opinie o ebooku Hexa - Wojciech Pietrzak

Fragment ebooka Hexa - Wojciech Pietrzak

Wojciech Pietrzak

Hexa

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2012

Copyright © byWojciech Pietrzak, 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana,

powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie

bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

ISBN: 978-83-63548-21-6

Wydawnictwo Psychoskok

ul. Chopina

Rozdział 1

Mężczyzny siedzącego w rogu szczecińskiej kawiarni trudno było nie zauważyć, choć on sam wolałby, aby było inaczej. Łatwo za to dało się obserwować wszystkie detale jego twarzy, która tkwiła w bezruchu z oczyma wpatrzonymiw wyimaginowany punkt odległy o kilka parseków. Ta twarz, zdradzająca niejakie podobieństwo do Gérarda Depardieu, niegdyś wyglądała, jakby stworzono ją do zjednywania sobie ludzi. Ale to dawne czasy, pamiętające goszczący na niej uśmiech. Obecnie lekko obwisła, rzadko poruszana mięśniami skóra na policzkach, podkrążone, smutne oczy i kilka bruzd na czole zdradzały pełną beznadziei rezygnację. Na pierwszy rzut oka mógł mieć równie dobrze trzydzieści, co sześćdziesiąt lat.

Dwa stoliki dalej siedziała brunetka, która niemal od kwadransa bez entuzjazmu przyglądała się temu mężczyźnie, sącząc powoli świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Kobieta miała aparycję rzutkiej, bezwzględnej businesswoman. Trudno powiedzieć, czy wrażenie takie wynikało bardziej z jej arystokratycznych, niemalpatrycjuszowskich rysów twarzy, czy też wywoływało je harmonijne połączenie kremowej bluzki, beżowego żakietu, cielistych pończochi dyskretnego makijażu. Jednakże nawet na jej twarzy dało się dostrzec coś na kształt współczucia, jakby słyszała krzyk rozpaczy wydobywający się z wnętrza tego mężczyzny. 

Lokalne kółko warcabistów właśnie kończyło cotygodniowe spotkanie. 

– Zapraszam państwa w najbliższą niedzielę do Domu Kultury „Słowianin” przy ulicy Korzeniowskiego na godzinę dziesiątą rano.Z chętnymi pogra najpiękniejsza arcymistrzyniw Polsce, Katarzyna Markowska-Nowacka – zapowiedział prowadzący kółko.

Dla brunetkiw beżowym żakiecie było tego już za wiele. Takie towarzystwo działało jej na nerwy. Z jej twarzy zniknęły ślady jakiegokolwiek współczucia, jeśli takowe w ogóle kiedykolwiek się tam pojawiło. Być może to tylko kąt padania promieni słonecznych wywołał takie wrażenie. Ruchem ręki wezwała kelnera, uregulowała rachunek i wyszła krokiem człowieka, który ma nieczyste sumienie, co zresztą odpowiadało prawdzie.Mężczyzna siedzący w rogu nawet jej nie zauważył. Usłyszał za to słowa prowadzącego warcabowe kółko i pomyślał, że wyjątkowo frustrująco jest usłyszeć słowo „najpiękniejsza” w zestawieniu z tożsamością składającą się z dwóch nazwisk. Po chwili zreflektował się.

W kawiarni siedziało kilkadziesiąt osób, ale mógł się założyć o milion złotych, że żadnej z nich samotność nie doskwierała tak, jak jemu.

Mężczyzna przybliżył wzrok o kilka parseków i zatrzymał go na nietkniętej jeszcze porcji tiramisu. Machinalnie nabrał łyżeczką niewielki kęs, który szybkim ruchem powędrował do ust. Bez zachwytu. Jeszcze dziś zrobiłby o niebo lepszy deser, gdyby chciało mu się po kilkunastu latach przerwy znowu zająć cukierniczą sztuką. Do jego wyrobów pasowało wyłącznie słowo „sztuka”, w żadnym wypadku zaś „rzemiosło”. Kelner pojawił się przy nim w następnej sekundzie; mężczyzna mógłby przysiąc, że wyrósł on spod ziemi.

– Smakuje? – spytał jowialnym tonem łysy jak kolano pracownik kawiarni i zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę. Gość nie miał złudzeń, że należy to do standardowej procedury lokalu. Nie chodziło im o zdanie klienta, któryprzypadkowo znalazł się w kawiarni, lecz o opinię akurat tego człowieka, który zbił majątek, zapewniając rajskie rozkosze podniebieniom nie tylko szczecinian. Człowieka, który od kilkunastu lat sam jadł wszystko, co przyrządził, a mimo to jeśli nazywał coś „smacznym”, to smakowało to wielu ludziom, a gdy wyrażał dezaprobatę, nie chciały tego jeść nawet skamlące z głodu psy.

– Tak, jest wyśmienite – skłamał, łamiąc tym samym jedną ze swoich podstawowych zasad. Dałby wiele, żeby ludzie przestali go rozpoznawaći dali mu żyć tak, jak zwykłemu, szaremu obywatelowi. Co za ironia losu! Jako brzdąc marzył, że będzie sławny i bogaty. Dziś pierwszego chętnie by się pozbył, a drugie nie przysparzało mu szczęścia. Uważaj, czego pragniesz, bo możesz to otrzymać. Czyż nie tak mawiał któryś ze wschodnich mędrców?

– Bardzo się cieszę – uśmiech na twarzy łysego był równie szczery, co zapewnienie gościao walorach deseru. Jednak niektórych regułek ze szkoleń dla pracowników nie warto się trzymać –nomen omen– sztywno.

Ostatni warcabiści opuszczali już salę. O ile pamięć nie myliła mężczyzny siedzącego w rogu(a zwykle na nią nie narzekał), we wtorki nie spotykały się tu żadne inne grupy zainteresowań, więc zakładając pięćdziesięcio-, może sześćdziesięcioprocentowe obłożenie lokalu powinien panować tu względny spokój.Niczego więcej nie pragnął.

Nie wiedział, na jak długo się zamyślił. Kiedy wyrwał się z odrętwienia, przy ladzie niecałe dwadzieścia metrów od niego stał starszy człowieki rozmawiał o czymś z łysym. Gdy oczy siedzącego w rogu napotkały spojrzenie kelnera i rękę wyciągniętą w jego kierunku, stracił resztki nadziei na samotne popołudnie. Mniej niż minutę później, starszy mężczyzna był już przy nim. Wyglądał na jakieś siedemdziesiąt lat.

– Przepraszam bardzo, czy pan Dariusz Wicher?

Przynajmniej tyle dobrego, że nieznajomy nie tylko nie był pewien, z kim miał do czynienia, ale nawet lekko przekręcił jego tożsamość. Marna pociecha, ale zawsze…

– Dardiusz – poprawił mężczyzna – Nazywam się Dardiusz Wicher, panie…

– Andrzej Karpiński – przedstawił się nieznajomy. Wichrowi nic to nie mówiło;zarejestrował jedynie, że przybyły, mimo niewątpliwych krzyżyków na karku, miał włosy, paznokcie i zęby w świetnym stanie. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Nie wyciągnęli do siebie dłoni.

– Mam do pana interes.

– Nie jestem zainteresowany.

– Nawet pan nie usłyszał… – zaczął nieco urażony Karpiński, lecz Wicher przerwał mu obcesowo.

– I nie chcę usłyszeć.

– Podobno jest pan prywatnym detektywem?

Dardiusz Wicher nigdy nie mógł zrozumieć,w jaki sposób przypięto mu tę łatę. Gdyw najtragiczniejszej chwili swojego życia rzucił cukiernictwo, chwytał się czego popadnie, aby nie zwariować. Głównie dużo czytał, cokolwiek wpadło mu w ręce. Pewnego wieczoru trafiło akurat na kilka numerów „Detektywa”. O trzeciej nad ranem skończył reportaż z cyklu „Sprawy Nierozwiązane”, zanim padł kamiennym snem, zbyt zmęczony nawet na płacz do poduszki. Gdy jedenaście godzin później obudził się z gotowym, wydedukowanym –a może wyśnionym? – rozwiązaniem, udał się na najbliższy posterunek policji, gdzie wpierw zostałwyśmiany przez jakiegoś żółtodzioba, potem wysłuchany przez komendanta, a trzy miesiące później zbrodniarz był za kratkami, tydzień przed upływem okresu przedawnienia.

Okazało się, że miał naturalne zdolności detektywistyczne, którym nigdy wcześniej nie pozwolił się rozwinąć. Człowiek rozlicznych talentów, gdyż mistrzostwa cukierniczego można mu było pozazdrościć. Kilka razy pomógł policji rozwiązać jakąś trudniejszą sprawę, gdy jego analityczny umysł i wrodzona, rozwijana przez lata prowadzenia biznesu intuicja, podpowiedziały mu rozwiązanie. Nigdy jednak nie uczynił z tego sposobu na życie. Nigdy wcześniej nie działał też na zlecenie osoby prywatnej. Kimkolwiek zaś był przybysz, nie wyglądał na przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości.

– Nie wiem, o czym pan mówi.

Mężczyzna wyciągnął kopertę.

– Tu jest tysiąc złotych. Jest pański, jeśli poświęci mi pan kwadrans. Dla pana to niewiele, dla mnie to niezwykle ważne.

Wicher spojrzał na kopertę udając, że nie może się zdecydować. W końcu odsunął ją. Przyjrzał się też dokładniej nieznajomemu. Był toniewysoki, lekko korpulentny, elegancki, starszy mężczyzna. Miał owalną twarz i kasztanowe oczy. Jego włosy i krótko przystrzyżone, zadbane wąsy przyprószyła siwizna w kolorze garnituru, który nosił. Gdyby Wicher miał wybrać jedno słowo najlepiej opisujące wygląd tego człowieka, zdecydowałby się na „godność”. Jedyne, co mu nie pasowało, to zadarty nos starszego mężczyzny. Orli byłby bardziej na miejscu.

– Ma pan rację – odrzekł w końcu – To niewiele. Skoro tyle pan o mnie wie, to musi pan wiedzieć, że forsy mam jak lodu, i że ani ona, ani nikt i nic nie są w stanie zapewnić mi szczęścia. Powiem panu, co zrobimy. Pan zatrzyma tysiąc złotych, a ja pana wysłucham. Jestem bardzo ciekawy, czym też może pan próbować mnie skłonić, żebym zajął się sprawą, z którą najwyraźniej pan do mnie przyszedł.

Karpiński nawet nie tknął zwróconych mu pieniędzy.

– Tym, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni.

_________________________________________________________

– Jak pan widzi, od niedawna też nie narzekam na materialne niedostatki, mimo to nie miewam już powodów do radości. Podobnie jak pan, straciłem żonę i syna w tragicznych okolicznościach. Nie dziwi mnie, że nie chce pan pieniędzy. Świetnie to rozumiem i czuję. Wiem też, że to, o co proszę, będzie kosztowne. Jestem na to przygotowany. Nie chce pan pieniędzy, ale może zechce pan pomóc komuś takiemu, jak pan.

– Bzdura – odrzekł spokojnie Wicher, gdy starzec skończył swoją historię – Pana bliscy nie zginęli jako niewinne ofiary wypadku. Pana syn został skazany na karę śmierci, bo zabił człowieka, a pana żona zaćpała się na śmierć na myśl, kogo zrodziła – z premedytacją dobierał słowa tak, by Karpiński jak najszybciej opuścił lokal, ale ten najwyraźniej nie miał takiego zamiaru – Nie ma pan prawa porównywać się ze mną.

– A do tego – dodał po chwili niezręcznej ciszy – ja swoje pieniądze zarobiłem ciężką pracą,a pan po prostu trafił szóstkę w totka.

Przybyły wziął kilka głębokich wdechów. Życie nauczyło go z godnością przyjmować nie takie ciosy, również te poniżej pasa. Właśnie taką godnością emanował teraz Andrzej Karpiński.Nawet jego zadarty nos w jakiś przedziwny sposób dopasował się.

– Wiem, że mój Michał nie zabił tej dziewczyny, i proszę, żeby pan to udowodnił. Jeśli się panu uda, być może zmieni pan zdanie i użyje innych słów, opowiadając tę historię komuś innemu. Jeśli się panu nie uda, będzie pan przynajmniej wiedział, że nie zrobił pan nic, co poprawiłoby mi nastrój. Ale wiem, że panu się uda, bo pan jest najlepszy.

– Nie uda mi się, a to dlatego, że nie podejmę się tego zadania.

Karpiński wstał i położył na stoliku wizytówkę.

– Jeśli zmieni pan zdanie, bardzo pana proszę o kontakt. O dowolnej porze dnia i nocy.

Minutę później już go nie było w kawiarni. Dardiusz Wicherpro formasprawdził zawartość koperty. Dziesięć nieużywanych stuzłotówek leżało równiutko. Wicher nie mógł powstrzymać się przed sprawdzeniem, czy są jeszcze ciepłe. Nie były, ale zauważył, że miały kolejne numery serii. Formalnie należały już do niego, choćby za wysłuchanie starca. Czuł jednak, że przyjęcie ich oznaczać będzie moralne zobowiązanie do przyjęcia całej sprawy. Z ociąganiem schował kopertę do kieszeniwiedząc, że alternatywą byłoby nagrodzenie kiepskiego tiramisu i zbyt gadatliwego kelnera niezasłużenie wysokim napiwkiem. Uregulował rachunek wyjętą z zupełnie innej kieszeni dwudziestozłotówką i wyszedł.

Żebrząca trzy przecznice dalej Cygankaz dzieckiem na ręku kwadrans później stała się bogatsza o tysiąc złotych. Zapewne despotyczny mąż wysłał ją tam na ciężką harówę, samemu zbijając bąki. Jeśli bydlak zapije się za to na śmierć, też będzie to dla niej jakiś zysk.

_________________________________________________________

Dochodziła trzecia w nocy. Mały Karolek darł się wniebogłosy. Nie pomagało noszenie, kładzenie na brzuszku, ani masowanie. Kolka złapała dziewięciomiesięczne niemowlę za jelita z siłą imadła i Dardiusz nosił dziecko już od godziny, uspokajając na przemian je i siebie. Wziął na siebie tę noc, ale Edyta nie spała. Łkając do poduszki ze zmęczenia błagała, żeby koszmar Karolka i ich wszystkich szybko się skończył. Uczucia macierzyńskie brały górę jeszcze dziesięć minut wcześniej, wołając „niech cię przestanie boleć,kochanie”. Teraz miała ochotę już tylko krzyczeć „zamknij się, cholero, i daj pospać”. Zanosiło się na szóstą z rzędu noc, po której będą chodzili jak zombie, podminowani i wkurzeni na cały Wszechświat.

– Błagam, bądź cicho, Karolku – spokojnie, ale z coraz większą determinacją w głosie szeptał Dardiusz.

Nagle Karolek zamilkł i usnął. Wicher ponosił syna jeszcze przez moment dla pewności, po czym odłożył do łóżeczka i przykrył kocykiem. Pocałował żonę i położył się spać. Coś się jednak nie zgadzało. Edyta przed chwilą płakała, a mimo to jej ciało było zimne, a twarz sucha. Przyjrzał się jej bliżej by odkryć, że nie oddycha. Coś kazało mu zajrzeć również do łóżeczka. Karolek patrzył na tatusia zastygły w trupim uśmiechu.

– Płacz, Karolku! Rozpłacz się, błagam! – krzyknął mężczyzna i sam popadł w szloch.

Dardiusza obudziły jego własne spazmy. Zegarek pokazywał drugą piętnaście. Wiedział, że to był tylko sen, przez tych parę pięknych minut, kiedy dziecko się darło, nie dając spać, a żona, której nerwy nie wytrzymały, podsycała niezdrowąatmosferę. Dziś oddałby wiele, by każdej nocy nie przesypiać w ten sposób.

Uspokoił się dopiero przed czwartą nad ranem. Nie chciał jednak ryzykować ponownego zasypiania. Najchętniej nie ryzykowałby też dalszego życia, ale nie miał odwagi skończyć ze sobą. „O dowolnej porze dnia i nocy”, tak powiedział Karpiński? Na pewno tak. Dardiusz byłby w stanie przytoczyć dzisiejszą rozmowę słowo w słowo.

Wstał, zapalił światło, podszedł do krzesłai wyjął z kieszeni marynarki otrzymaną wizytówkę,a następnie zaczął mechanicznie wystukiwać cyfry na klawiaturze telefonu komórkowego. Karpiński odebrał po pierwszym sygnale.

– Mówi Wicher. Spotkajmy się pod tą samą kawiarnią, gdzie poprzednio. Za godzinę.

Rozdział 2

Czytanie „Detektywa”, pitawala, kryminału, czy też notatki policyjnej miało tę cechę, że fakty stały czarno na białym, czasem granatowo na brudnoszarym, zwykle niekompletne, ale zawsze podane za darmo. Czytelnikowi pozostawało zagłębienie się w lekturę, podążanie śladem częściej negatywnych, niż pozytywnych bohaterów, ewentualnie wnioskowanie i dedukcja, jeśli ktoś to lubił. Zawsze też można było cofnąć się o parę akapitów, aby upewnić się, czy mężczyznaw czarnym garniturze wsiadł do bordowego hyundaia o dziesiątej pięć, czy może to kobietaw bordowej garsonce wysiadła z czarnego camaro o piątej dziesięć. Ktoś inny wykonał już robotę polegającą na uwiecznieniu na papierze tego czy innego faktu.

Do tej pory Dardiusz Wicher miał do czynienia wyłącznie z tego typu sprawami. Nierozwiązane zagadki, niezłapani mordercy, podpalacze, gwałciciele i złodzieje bułki tartejz supermarketów, poubierani w słowa, zdania, dokumenty, reportaże, i koniec końców podetknięci pod nos. Oni zawsze tam byli, na tyle dobrzezamaskowani między wierszami, że całe hordy śledczych nie potrafiły ich wytropić, ale byli. Wicher nie wierzył w przestępstwo doskonałe. Nie był, rzecz jasna, jakąś fikcyjną postacią pokroju Sherlocka Holmesa czy Herkulesa Poirot. Jak każdemu człowiekowi z krwi i kości, również jemu zdarzało się ponosić porażki i zapewne nie za wszystkie z nich zwykł odpowiadać nierzetelny reporter. Z pewnością dałoby się zdemaskować jeszcze niejednego człowieka, który umknął wymiarowi sprawiedliwości. Z tego powodu Dardiusz Wicher miał w zwyczaju wracać niekiedy do starych spraw, które odłożył, nie umiejąc znaleźć właściwych wskazówek.

Ta sprawa była inna. Andrzej Karpiński nie przyniósł mu żadnej gazety. Zażądał od Wichra pracy detektywistycznej. Dardiusz Wicher musiał tym razem sam postarać się o zdobycie wszystkich informacji. Nigdy wcześniej nie znalazł się w takiej sytuacji i nie bardzo wiedział, od czego zacząć. Długa rozmowa z Karpińskim kołatała się w głowie Dardiusza jak kulki w maszynie losującej totolotka. Mógł pozwolić temu układowi poruszać się samopas; w efekcie prędzej czy później zobaczyłby sześć z czterdziestu dziewięciu kul bardzowyraźnie. Byłby to konkretny obraz, ale z uwagi na przypadkowość kul bardzo trudny do zastosowania jako punkt wyjścia. Nie. Stanowczo musiał pierwiastkiem ludzkiej inteligencji zaingerowaćw ten chaos, przejąć nad nim kontrolę, zanim chaos zawładnie nim. Ale nie teraz. I nie tutaj.

„Oczyścić umysł”. To przede wszystkim. Karpińskiemu udało się bardzo wiele. Udało mu się zaprzątnąć głowę Wichra czymś innym, niż śmierć żony i syna, co było dużo bardziej znośne. Przyrównując swój umysł do biurka Dardiusz uznał, że przykry śmietnik został przysypany znacznie przyjemniej wyglądającymi szpargałami, przy czym pozorna zmiana na lepsze z pewnością nie przyczyniła się do usunięcia panującego na biurku bezładu. Należało je uporządkować.

Wicher rzucił okiem za okno kawiarni (innej, niż poprzedniego dnia), w której raczył się herbatą (a nie kawą) i znakomitą (a nie taką sobie) karpatką (a nie tiramisu), a blond-kelnerka (a nie łysy kelner) ani nie siliła się na sztuczną uprzejmość, ani nie wykazywała się brakiem dyskrecji. Ciemnoszare chmury zawisły tak nisko, że ich dotknięcie wydawało się nie przekraczać możliwości wysokiego człowieka; mimo swoich studziewięćdziesięciu dwóch centymetrów wzrostu Wicher postanowił powstrzymać się od próby. Spojrzał tylko na nie. Sprawiały wrażenie terrorystów, którzy wolą przez kilka godzin grozić użyciem deszczu, gradobicia i piorunów, niż na kilka minut spełnić którąkolwiek z tych gróźb. Mężczyzna nie wiedział, jakiego rodzaju okupu mogłyby żądać chmury, i nie miał najmniejszej ochoty tego wiedzieć. Mało kto życzyłby sobie takiej pogody. Między innymi dzięki temu aura była teraz idealna na potrzeby Wichra.

„Plaża”. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się tam teraz szwendał. Dardiusz Wicher będzie miał całą tylko dla siebie. Trudno byłoby wymarzyć sobie lepsze warunki.

Ruchem ręki zawołał kelnerkę i poprosiło rachunek. Mógłby się założyć, że chciała ukryć przed nim szybkie spojrzenie na zewnątrz, które wychwycił.

– Już przynoszę – powiedziała uprzejmiez kiepsko ukrywanym niezrozumieniem.

Wróciła po paru minutach i położyła przed nim świstek papieru ukryty w eleganckim, skórzanym etui z logo kawiarni.

– Jeśli wolno mi zasugerować, pogoda nie jest najlepsza. Pan pozwoli, że zaproponuję panu jeszcze jedną karpatkę, na koszt firmy.

Zatrzymał wzrok na niemającej jeszcze dwudziestu pięciu lat dziewczynie o ułamek sekundy dłużej, niż było to przyjęte. Zastanawiał się, na ile była to jej własna inicjatywa, a na ile została skonsultowana z właścicielem. A może to ona była właścicielką? On sam kilkanaście lat temu raczej pochwaliłby pracownika za tego typu samowolkę, oczywiście w rozsądnych granicach. Kelnerka świetnie nadawałaby się do zdefiniowania zwyczajności kobiecej urody. Jej ciepłe i bezchmurne oblicze bardzo wymownie kontrastowało z obecnym stanem natury, emanując spokojem. Jednak nie tego rodzaju spokoju pragnął teraz Dardiusz Wicher.

– Dziękuję, ale lepiej już pójdę. Reszty nie trzeba – odpowiedział uprzejmie, zostawiając na ladzie dwadzieścia pięć złotych. Kelnerka była podwójnie zdziwiona, bowiem rachunek opiewał na trzynaście złotych, jednak Wicher nie zamierzał jej się tłumaczyć.

Ruszył w kierunku najbliższego postoju taksówek. Chmury nie robiły na nim wrażenia i niewyglądały na uszczęśliwione tym stanem rzeczy. Osiem potencjalnych miejsc parkingowych marnowało się, a tylko jedno zajęte było przez taksówkę i Dardiusz Wicher pod wpływem irracjonalnego impulsu przeszedł w trucht, choćw taką pogodę nikt się z nim nie ścigał. Kierowca, zaczytany w najnowszym numerze „Najwyższego Czas”-u (za co od razu zdobył sympatię Wichra), też najwyraźniej nie spodziewał się klienteli, bo na otwarcie drzwi zareagował, jakby go ktoś szpilą ukłuł.

– Na najbliższą plażę nad Bałtyk – rzucił Dardiusz. Taksówkarz spojrzał na niego spode łba. Wicher nie przypadł mu do gustu. Po pierwsze, odwrotnie niż większość klientów, usiadł z tyłu. Po drugie, zamawiał wyjątkowo długi kurs. Po trzecie, sam nie był zdecydowany dokąd chce jechać. Po czwarte zaś, normalny człowiek zwykle unika plaży w taką pogodę.

– Kamień Pomorski, może być? – bardziej mruknął, niż spytał.

Była to bezczelna próba przerzucenia na klienta odpowiedzialności za wybór najkrótszej trasy i w normalnych warunkach Wicher zdenerwowałby się i wygarnął, co o tym myśli, a następnie dałbyzarobić konkurencji, gdyby jakaś łaskawie czekała w zasięgu oczu. Jednak nie tym razem. Gotów był zgodzić się i na Świnoujście, byleby jak najszybciej ruszyli, a przede wszystkim jak najszybciej dotarli do celu. Miał nadzieję, że i tam sięgały groźby chmurnych terrorystów.

– Może być. Proszę, aby zechciał pan wyłączyć radio. I nie chcę żadnych rozmów – dodał. Taksówkarz chciał zaprotestować, ale Wicher nie dopuścił go do głosu – Ja płacę, ja wymagam. Dwadzieścia procent ekstra za tę fanaberię.

Jeśli chodzi o ścisłość, to płacił Karpiński, ale ani on, ani taksiarz nie musieli o tym wiedzieć. Dardiusz Wicher wręczył zaliczkę w wysokości dwustu złotych (w pomiętych banknotach). Nie uspokoiło to kierowcy. Jednak postanowił spełnić życzenie klienta. W końcu żądania nie były jakoś szczególnie wydumane. Z pewnością również zdarzało mu się wozić znacznie dziwniejszych ludzi, choć nigdy w taką pogodę. Starannie schował okulary do plastikowego opakowania, z drugiego (takiego samego) wyjął drugą parę (inną) i ruszył.

Wicher melancholijnie spojrzał przez szybę. Zegarek pokazywał piątą po południu. Równie dobrze mogła to być trzecia w nocy. Maszynalosująca została na powrót uruchomiona. Zanim zdołał ją powstrzymać, szczęśliwy numerek zatrzymał się na z góry upatrzonej pozycji.

– Jak można dziecku dać na imię „Dardiusz”? Przecież to unieszczęśliwienie dziecka. Myli się wszystkim, rówieśnicy mają zabawę jego kosztem… Ja bym takim rodzicom odebrał prawa rodzicielskie…

W tym momencie Wicher miał ochotę strzelić Karpińskiego w pysk. Od małego uwielbiał swoje imię „Dardiusz” między innymi za oryginalność, ale, oczywiście, ten kretyn wiedział lepiej, że to „unieszczęśliwienie dziecka”. Czego chcieć od tego imienia? Nie zawierało pułapek fonetycznych. Dobrze się zdrabniało: Dardo, Dardek, czy Darduś, w zależności od tego, czy zdrabniał człowiek starszy o zero, jedno, czy dwa pokolenia. A że nie nosił go nikt inny w Polsce? Jeśli wierzyć Biblii, Adam i Ewa też nie mieli w raju swoich imienników. Matka i ojciec Dardiusza zapewnili mu dom,w którym nie brakowało ani chleba, ani zabawek, ani miłości, ani rodzicielskiego zainteresowania. Dopiero odebranie im dziecka unieszczęśliwiłoby to dziecko naprawdę.

Karpiński święcie wierzył, że państwu wolno wtrącać się w relacje między rodzicami i dziećmi. Gdyby przyjąć, że taka interwencja ratuje setkę dzieci rocznie, to i tak drugie tyle nie uniknie tragedii, przy czym należałoby uwzględnić jeszcze te, które odebrane omyłkowo wracają do rodzinz bagażem traumatycznych doświadczeń.A wszystko dlatego, że jakiś durny urzędnik nie potrafi zauważyć różnicy między „hartowaniem”a „znęcaniem się”. Nie wspominając o kosztach społecznych tego, że z obawy przed takimi urzędnikami milion rodziców wychowuje cherlaków, a drugi milion po prostu nie decyduje się na kolejne dzieci.

Może to i lepiej, że takiemu idiocie państwo jednak (nieco okrężną drogą) zabrało dziecko?

Łukiem skojarzeniowym Wicher przeszedł do Cyganki, której poprzedniego dnia wręczył pieniądze. Spojrzała na niego z wdzięcznością, ale on stawiał dziesięć do jednego, że na kasie łapę położy jej leniwy mąż czy konkubent i miał tylko nadzieję, że zapije się za to na śmierć. Gdyby chciał postępować zgodnie z prawem, dałby jej jedynie jakieś osiemset złotych. Resztę wcześniej odprowadziłby w postaci podatku do kasy państwa,które „dla dobra obywateli” przeznaczyłoby je na ratowanie życia tego bydlaka. Cóż, Wicher nie od dziś wiedział, że w państwie opiekuńczym człowiek nie może postępować jednocześnie moralniei praworządnie.

Ależ oczywiście, że mógł się mylić! Mąż tej Cyganki mógł na kolanach błagać o kilka groszy ludzi zmierzających kilometr dalej w kierunku innych kin, sklepów i mieszkań. Ale nawet wtedy (zwłaszcza wtedy!) znacznie lepiej było przeznaczyć na tę dobroczynność tysiąc, niż osiemset złotych.

Dość, Dardo! W tego typu zacietrzewieniu był w stanie dowolnie daleko posunąć się z krytyką obecnego ustroju, napinając przy okazji nerwy jak postronki, a przecież chodziło o coś wręcz przeciwnego. Teraz musiał uspokoić swój umysł, by zająć się sprawą pochodzącą jeszcze z poprzedniej epoki politycznej. Jeszcze bardziej odległej od ideału, niż obecna, ale przynajmniej przewidującej karę śmierci dla morderców. Zawsze to jakiś plus.

Terroryści przeszli od gróźb do czynów. Wielkie jak śliwki krople deszczu ogłuszająco bębniły o dach hondy prelude podążającej w stronę Kamienia Pomorskiego. Wicher zamknął oczyi z każdym stuknięciem wyobrażał sobie, że przełamuje na pół ciasteczko z wróżbą.

Spokój.

Czystość.

Pustka.

Spokój.

Opanowanie.

Walka.

Logika.

Spokój.

Morderstwo.

Praca.

Gra.

Dedukcja.

Spokój.

Morderstwo.

Błogość.

Morderstwo.

Zwycięstwo.

Najwyraźniej kluczowymi pojęciami, które powinny w najbliższym czasie zaprzątać jego głowę, były spokój i morderstwo. Pierwsze pojawiło się cztery, drugie trzy razy, zanim deszcz osiągnąłintensywność, przy której Dardiusz Wicher przestał nadążać z rozłupywaniem ciastek. Ostatnią rzeczą, na jaką zwrócił uwagę, zanim zasnął, było zwycięstwo na samym końcu.

_________________________________________

– Jesteśmy na miejscu, proszę pana – niezbyt głośno wypowiedziane przez taksówkarza zdanie bez trudu obudziło Wichra – Bez wykorzystania kursu powrotnego to będzie…

Wicher nie pozwolił kierowcy dokończyć niezbyt skomplikowanych obliczeń. Wyciągnąłw jego stronę dziesięć pięćdziesięciozłotówek.

– Wykorzystam kurs powrotny. Proszę tu na mnie poczekać tyle czasu, na ile postoju starczy nadpłata – rzekł. 

Zanim wyszedł z auta, oszacował, że będą to trzy lub cztery godziny. Pięćset złotychw zupełności wystarczy. Zrekompensuje nawet stratę czasu spowodowaną fatalnymi warunkami do jazdy. Chwilę później Dardiusza już nie było.W panujących ciemnościach taksówkarz po dziesięciu sekundach przestał widzieć swojego klienta. Wyłączył silnik i oddał się lekturze „Najwyższego Czas”-u.

Tymczasem Dardiusz spokojnym krokiem poszedł w kierunku znacznie mniej spokojnego morza. Terroryści spełnili wszystkie groźby poza gradobiciem, lecz Wichrowi to nie przeszkadzało. Odkąd przestał cenić swoje życie, przestał również bać się śmierci, a w gruncie rzeczy nic gorszego nie mogło go na plaży spotkać.

Była ósma wieczorem, co nie miało najmniejszego znaczenia. W taką pogodę plaża tonęła w ciemnościach nocy bez względu na godzinę. Dardiusz rzucił wyzwanie Naturze. Wicher z Wichrem (obaj zasłużenie przez wielkie „W”) toczyli pojedynek, podczas którego jeden starał się powalić drugiego, drugi zaś próbował nie dać się pierwszemu. Dardiusz wsłuchał się w przyrodęi poczuł to, na co czekał. Potężne akordy mrocznego nokturnu waliły w morską tońw doskonale improwizowanych odstępach czasu. Akompaniator szumiał silnie, zmieniając co chwila tony, a jednak ani na moment nie zbaczając z linii wyznaczonej przez rzęsiście spadające z nieba, dyskretne nuty. Perkusista w równych odstępach,w tempie mniej więcejmoderato, uderzał spienionymi pałeczkami w mokre, piaszczysto-kamieniste talerze.

Dardiusz zamknął oczy. Dwa akordyfortissimo, odegrane strzelistymi, świetlistymi palcami i doskonale harmonizujące z całą resztą utworu, wlały się przez jego uszy, wypełniając umysł.

Uczestniczył w akcie stworzeniai jednocześnie jedynego wykonanianiepowtarzalnego przecież dzieła sztuki. Nie wahał się klasyfikować go do nokturnów, choć tak zwani eksperci pisali, że ta forma muzyczna musi cechować się spokojem. A niby dlaczego? Nokturn, jak sama nazwa wskazywała, miał wprowadzaćw nocny nastrój; a co jeśli noc miałaby być burzliwa? Ci sami eksperci uznawali Szopena za mistrza gatunku, i zapewne mieli rację, jeśli chodziło o dobranocki dla grzecznych dzieci, posłusznie zamknięte w pięciolinii. Dzieło Matki Natury bardziej kojarzyło się jednak Wichrowi z nutami Rachmaninowa, w dodatku takimi, które nie zawsze są bezkrytycznie posłuszne swojemu własnemu autorowi, co parę taktów krnąbrnie realizując własne koncepcje.

Około północy burza ucichła. Przemoczony do suchej nitki Dardiusz Wicher poczuł, że jego upragnionekatharsis(a możekhatarsis? nigdy niepamiętał, jak to się pisze) dopełniło się. Ukłonił się Morzu i Niebu, dziękując za tę fantastyczną uwerturę. Miał silne poczucie, że nigdy jeszcze nie czuł się równie gotowy do stworzenia dalszego ciągu tej opery. W didaskaliach dowiedział się, żew 1986 roku zamordowano Cyntię Łuskowską,a w roku następnym przy ulicy Montelupichw Krakowie powieszono za to Michała Karpińskiego. Pytanie, na które miał odpowiedzieć, nim przyjdzie czas nacodę, brzmiało: kto był faktycznym winowajcą tej zbrodni? – a on, Dardiusz Wicher, wracał z plaży z poczuciem pewności, że zadanie wykona.

Taksówkarz spał, nieświadomy doniosłości tego, co go ominęło.

Rozdział 3

Niezakłócony jak rzadko kiedy sen odszedł nie wiadomo dokąd równie nagle, jak się pojawił. Dardiusz Wicher przysiągłby, że ten pozbawiony był marzeń, choć gdzieś kiedyś czytał, że nie jest to możliwe, a „nic mi się nie śniło” to skrót myślowy od „nie pamiętam, co mi się śniło”. Nie widział jednak najmniejszego powodu, by wierzyć, że jakiś ekspert lepiej od niego wie, co jemu się śni. Miał też wrażenie, że sen ten był długi, niczym puste drogi łączące większe miasta w Australii. To porównanie wydało mu się szczególnie trafne. Mając przez kilka godzin jazdy prostą drogę do wyłącznej dyspozycji trudno się oprzeć wrażeniu, że podróż nigdy się nie skończy, lub zgoła takiemu, że jest się cały czasw tym samym miejscu. Co więcej, gdy podróż wreszcie się kończy, skołowany umysł nie jestw stanie choćby zgrubnie oszacować, ile trwała.

Czas trwania podróży do Krainy Braku Marzeń stał się nagle sprawą wymagającą pilnego wyjaśnienia i oczy Dardiusza rozbiegły się po pokoju w pożądliwym poszukiwaniu jakiegokolwiek zegarka. Nie zajęło im to wiele czasu. Student powiedziałby, że była piętnasta rano. Przespałnieco ponad pół doby. Nieźle! Zegarek nie pokazywał daty, mogło to być półtorej doby, ale Dardiusza nagle przestało to obchodzić. W gruncie rzeczy w jego życiu czas nie odgrywał zbyt istotnej roli. Wicher dość powoli i niechętnie usiadł,a następnie zmusił się do wstania. Oddał się przy tym rozważaniu pozornie akademickiego problemu, kiedy jakiś idiota wpadnie na pomysł opodatkowania „niesprawiedliwie społecznie długiego” spania. Przecież tylu ludzi wstaje rano nie dla przyjemności, a z przymusu ekonomicznego…

Niezależnie od godziny wskazywanej przez zegarek, żołądek domagał się śniadania. Toteż Dardiusz Wicher posadził sobie dwa jajka na bekonie i przyrumienił do pary dwa tosty. Picie kawy innej niż zbożowa o tej porze mogło kompletnie rozwalić mu dobę, po krótkim namyśle doszedł jednak do wniosku, że w niczym mu to nie przeszkadza. Wyjął losowy kubek z szafki, zasypał na oko ulubioną Nescafé all’Italiana (nigdy nie używał łyżeczki do odmierzania ilości kawy rozpuszczalnej w filiżance) i wstawił czajnik z wodą. Zmusił się do pogwizdywania melodyjki, której tytuł wyleciał mu z głowy. Chciał od razu rozpocząć mentalną pracę nad sprawą Cyntii Łuskowskiej, alegroziło to przypaleniem jajek i tostów na dobry początek, a mieszkania w dalszej kolejności.

Trzy minuty później śniadanie stało już przed nim gotowe do spożycia, a kawa szczodrze zabielona specjalnym mlekiem i nieskażona choćby ziarnkiem cukru uwalniała do atmosfery kojący, pyszny aromat. Pogwizdywanie natychmiast umilkło. Nadszedł najwyższy czas zrobić jakiś konkretny krok naprzód w sprawie.

Wicher postanowił wykorzystać fakt, że pamięć miał wprawdzie krótką, ale fenomenalną. Po tygodniu nie powtórzy większości wczorajszej (przedwczorajszej?) rozmowy z Karpińskim, teraz był w stanie cytować ją słowo w słowo. Pierwsze punkty zaczepienia musiał wziąć właśnie stamtąd. Nie było łatwym zadaniem wyłuskać potrzebne,a przede wszystkim obiektywnie prawdziwe informacje, spośród steku zupełnie nieistotnych dla sprawy dygresji, a także przekonań starego Karpińskiego. On, co prawda, oburzyłby się na te słowa. „Ja nie wierzę, że mój syn jest niewinny. Ja to wiem!” – powiedział mocno zacietrzewionym tonem wczoraj (przedwczoraj?) trzy razy – słowow słowo tak samo to sformułował! – a za każdym razem twarz mu tężała w sposób właściwy ludziom,którzy łatwiej znoszą kwestionowanie tego, co wiedzą, niż tego, w co w istocie wierzą.

Mimo wszystko, parę informacji można było przyjąć jako pewniki. Pierwszymi były tożsamości Michała Karpińskiego i Cyntii Łuskowskiej. Niemożliwe, żeby Andrzej Karpiński pomylił nazwisko swojego syna, mało prawdopodobne również, żeby podał nazwisko tej dziewczyny, jeśli nie był go pewien. Z drugiej strony, przy ich pierwszym spotkaniu wydawał się pewien imienia „Dariusz”… Nieważne.Tożsamość ofiary to coś, co najłatwiej sprawdzić. Nie ma co zawracać sobie tym teraz głowy.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można było przyjąć za fakty rok 1986 jako czas popełnienia zbrodni oraz 1987 jako moment egzekucji. Dokładniejszych danych Wicher nie dostał. Swoją drogą miał pecha ten młody Karpiński. Poczekałby jeszcze trochę i miałby duże szanse na nieusłyszenie wyroku śmierci, a jeszcze większe na jego niewykonanie.

Pozostawało jeszcze miejsce. Nowa Ruda. Tam mieszkała Łuskowska i tam widziano ją po raz ostatni, chociaż znaleziono jej ciało po jakimś czasie od zaginięcia w lesie odległym o jakieśtrzydzieści kilometrów od tej miejscowości. Dardiusz Wicher ugryzł wyśmienicie przyrządzonego tostai zanotował sobie Nową Rudę jako jedyny pewnik. Co do reszty szczegółów, ktoś taki jak Andrzej Karpiński mógł się mylić, więc na wszelki wypadek trzeba będzie samemu to sprawdzić.

Wynotowawszy wszystko, co uznał za istotne, Wicher szybko skończył zimne już śniadanie i zaczął zastanawiać się nad następnym krokiem. Będzie musiał pojechać na Śląsk, to oczywiste. Wcześniej jednak postanowił załatwić jedną kwestię. Przez wiele lat znakomitej dedukcji wyrobił marce „Dardiusz Wicher” znakomitą renomę. Kojarzył go każdy śledczy z wydziału,z którego kiedykolwiek poproszono go o pomoc.W przypadku kolejnej zagadki okazywało się, żei policjanci z zupełnie mu wcześniej nieznanych miejsc dysponują jego pełnymi danymi adresowymi i wiedzą, w jakim celu ich używać. Nie miał jednak pewności, czy będzie równie rozpoznawalny na komendzie w Nowej Rudzie, zwłaszcza w sytuacji, gdy to on będzie chciał od nich wydobyć informacje, a nie odwrotnie. Nie zaszkodzi wystarać się o jakiś rodzaj listu uwierzytelniającego. Nie miał wątpliwości, że tu, w Szczecinie, bez problemu godostanie, o ile, rzecz jasna, jakieś biurokratyczne głupoty tego nie uniemożliwią. Nie miał pojęcia, czy go tutaj lubiano, i prawdę mówiąc nie dbał o to.Z pewnością jednak znano go tu i ceniono.

Telefon komórkowy upewnił mężczyznę, że jego sen trwał tylko pół doby, jeśli to nadal kwalifikowało się do użycia słowa „tylko”. Nieco uspokojony tą myślą spojrzał w lustro, po czym stwierdziwszy, że może spokojnie pokazać się ludziom – być może okazał nadmierną łaskawość wobec siebie ferując taki wyrok – wyszedł.

Dzisiejsza pogoda wydawała się antytezą wczorajszej. Terrorystów ktoś przepędził na cztery wiatry (kto wie, czy nie dosłownie). Komisariat, na który Wicher zamierzał się udać, oddalony był od jego mieszkania o jakieś cztery kilometry. Idealna odległość, aby mieć dylemat, czy iść pieszo, czy też zaprząc konie mechaniczne do roboty. Zdecydował się na to pierwsze, co pozwoliło mu zajrzeć do jednej z ulubionych lodziarni. Tuż po przekroczeniu jej progu pożałował swojej decyzji, gdy jego uszu doszedł jazgot trójki dzieci niemających jeszcze dziesięciu lat.

– Ja chcę truskawkowo-czekoladowe!

– To ja chcę truskawkowo-czekoladowo-pistacjowe!

– Ej, to niesprawiedliwe, zawsze chcesz więcej niż ja!

– Bo jesteś głupszy!

– A ja śmietankowe z posypką!

– Cisza!!! – krzyk kobiety nie uspokoił dzieci. Jedno uderzyło w ryk, a pozostałe rozjazgotały się w stopniu uniemożliwiającym rozróżnienie poszczególnych słów. W sumie zrobiło się jeszcze głośniej 

– Edek, zrób coś z nimi, bo ja nie mam siły! – kobieta zbolałym głosem zrzuciła z siebie odpowiedzialność.

Mężczyzna, do którego się zwróciła, powtórzył życzenia wszystkich swoich dzieci,a upewniwszy się, że wszystkie dobrze spamiętał, ze smutną miną powlókł się do lady. Zapewne jeden z wielu, którzy cały rok harują ponad siły po to, żeby na dwa lub trzy tygodnie udać się z rodziną na urlop wymęczynkowy. Któregoś weekendu wróci, skądkolwiek przybył, nie mogąc się doczekać, byw poniedziałek pójść do pracy. Po miesiącu będzie miał jej dość i zacznie nerwowo odliczać czas do następnego wymęczynku. I tak aż do emerytury, jeśli wcześniej rozwrzeszczane potomstwo nieprzyprawi go o zawał. Albo i dłużej, jeśli latorośle, zamiast palpitacji serca, sprezentują mu wnuczęta.

Nie to, żeby Dardiuszowi Wichrowi było żal nieznajomego. Wręcz przeciwnie: zazdrościł mu. Stracił ochotę na loda, zwłaszcza w towarzystwie mającej siebie chwilowo serdecznie dość, ale jednak rodziny. On sam nie miał takiego luksusu. Bardzo cierpiał z tego powodu. Bardzo chciał umieć przejść nad tym do porządku dziennego.

Niestety nie potrafił.

Wrócił po samochód z postanowieniem, żew drodze do komendy nie będzie się nigdzie zatrzymywał.

_________________________________________

– Dardo, przyjacielu! Dawno cię nie widziałem – uśmiechnął się inspektor Piątkowicz. Wicher nigdy nie zapominał, by uścisnąć mu dłoń na powitanie. Jedną z rzeczy łączących obu mężczyzn było przywiązywanie wagi do tego wielowiekowego rytuału. Mimo swoich pięćdziesięciu pięciu lat i siwizny znaczącej tui ówdzie jego zacną głowę mężczyzna trzymałwyśmienitą formę, a jego powitanie nie straciło nic ze swojej siły i witalności – Cóż cię do nas sprowadza? Nie pamiętam, aby w ostatnich „Detektywach” pisali coś o sprawach nierozwiązanych…

To szybkie przejście do konkretów bynajmniej nie świadczyło o pejoratywnej interesowności inspektora. Wręcz przeciwnie: wyrazem wielkiego taktu było niezadawanie Wichrowi stereotypowego pytania „Co słychać?”. Gwoli ścisłości, umysł oficera policji nie był aż tak wyczulony na towarzyskie subtelności. Pięć lat wcześniej ich rozmowa zaczęła się następująco:

– Kopę lat, bracie! Co słychać?

– Dziękuję przyjacielu, po staremu. Żonai syn nadal nie żyją. A co u ciebie? – odparł Dardiusz bez mrugnięcia lodowatymi oczyma.

Bodajże w dziewięćdziesiątym drugim Piątkowicz gonił rabusia w jakiejś zakazanej dzielnicy. Uciekinier schował się za koszem na śmieci, a gdy oficer go minął, tamten wymierzył mu cios łomem w tył potylicy. Podobno cudem z tego wyszedł, do dzisiaj czuł ból przy zbyt gwałtownym zaprzeczaniu. Znacznie bardziej ogłuszony czuł się jednak po ripoście Wichra. Postanowił sobie nigdywięcej nie pytać, co u niego, i bez większego trudu dotrzymywał danego sobie słowa.

– Czyżbyście rozwiązali już wszystko? – uśmiechnął się łobuzersko Dardiusz.

– No, nie. Nie pamiętam jednak, abyśmy do ciebie ostatnio dzwonili, no i czytam prasę. Wszystko jest na dobrej drodze do zakończenia, nie mamy nic, czym warto byłoby zawracać ci głowę. Ani żadnego trudnego śledztwa, którego szczegóły powinieneś skądkolwiek znać – policjant spojrzał Wichrowi głęboko w oczy.

– Tym razem to ja mam interes do was.

Zdziwienie, wynikające z niespodziewanego pojawienia się samorodnego detektywa, ustąpiło znacznie większemu, powodowanemu faktem, że ten bodaj po raz pierwszy szukał czegoś na własną rękę. Piątkowicz zachęcił Wichra do mówienia, zaznaczając, że tajemnice śledztw będzie musiał przed nim ukryć.

– Michał Karpiński? Ciekawe, że akurat nim sobie zawracasz głowę.

– Tylko to, co i tak mógłbym przeczytaćw prasie, gdybym do jakiejś z tamtego okresu miał dostęp. Nie chce mi się grzebać po czytelniach,a ponieważ i tak będę musiał sprawdzić na miejscu,nie zaszkodzi jeszcze parę ciepłych słów na mój temat.

– Na to możesz liczyć – uśmiechnął się inspektor. Naturalnie nie pofatygował się sam do archiwów, tylko zrzucił to zadanie na jakiegoś świeżaka, nienauczonego jeszcze wiele więcej ponad to, że poleceń przełożonego się nie kwestionuje niezależnie od tego, jak dziwnie brzmią. Samego inspektora zżerała ciekawość, dlaczego Wicher odgrzebywał akurat sprawę Karpińskiego.

– Dużo ciekawsze były w tamtym okresie procesy Marchwickiego, czy choćby Morusia.O Karpińskim prawie nikt nie słyszał. Jedna ofiara, czysta sprawa…

– Czysta sprawa? – uniósł brwi Wicher.

– Znaleźli dowody, skazali go, powiesili i tyle. Żadnej filozofii.

– Przyznał się?

– Chyba nie. Nie przypominam sobie. Czy to ważne?

– Zapewne nie… – Dardo zamyśliłby się, gdyby Piątkowicz mu pozwolił.

– Większość się nie przyznaje. To żaden dowód.

Wicher upił łyk kawy, którą zaproponowano mu już na początku rozmowy, a przyniesiono właśnie w tej chwili. Okropna! Co prawda kupiona za pieniądze podatników, jednakże na czym jak na czym, ale na policji jego zdaniem absolutnie oszczędzać nie należało.

– Wiem o tym – westchnął – inaczej byście mnie tyle razy nie potrzebowali. Ale mówiłeś, że sprawa jest czysta. A do mnie parę dni temu przyszedł ojciec tego całego Karpińskiego. Płaci niemałe pieniądze, żebym go przekonał, że jego syna powieszono przez pomyłkę.

Inspektor zamilkł przez chwilę. Niewątpliwie nad czymś rozmyślał.

– Wiesz, przyjacielu – odezwał się po chwili – Twoje dedukcje niejeden raz naprowadzały nas na trop. Ale praca śledcza, zdobywanie dowodów, przewód sądowy, to nasza rola. Nie wiem, czy potrzebujesz tych pieniędzy, radzę ci jednak, zaniechaj tego.

– Czemuż to? – Wicher zdziwił się i nawet nie próbował tego ukryć.

– Cokolwiek odkryjesz, nie będziesz w stanie tego udowodnić. Połączysz logicznie fakty, odtworzysz rozumowanie… i nic z tym nie zrobisz.Ani ty, ani Karpiński, ani ktokolwiek inny. W sądzie trzeba mieć dowód – Piątkowicz brzmiał wyraźnie chłodniej, niż jeszcze kilka minut temu. Wicher wyjrzał za okno. Na zewnątrz też jakby się ochłodziło.

– Ależ ja nie chcę iść do sądu! Karpińskiemu wystarczą dedukcje, pod warunkiem, że przekonają jego. Moja w tym głowa. Chciałem ci jednak zwrócić uwagę na jeden szczegół – celowo zawiesił głos, ale nie doczekał się narzucającego się pytania. Inspektor był na to za starym wygą – Jeśli odkryję, kto naprawdę to zrobił, to macie jedną z ostatnich okazji przyskrzynić zabójcę przed przedawnieniem się zbrodni. Trzydzieści lat, o ile mnie pamięć nie myli, upływa w dwa tysiące szesnastym, o ile umiem liczyć. Chyba nie macie nic przeciwko temu, żebym podał wam zabójcę na tacy, co?

Do inspektora przyszedł młodzieniecz plikiem pożółkłych, zakurzonych papierów. Piątkowicz nawet nie rzucił na nie okiem, tylko podał Dardiuszowi.

– Tu masz wszystko, o co prosiłeś.

Oznaczało to koniec spotkania.

_________________________________________

Wicher wrócił nieco okrężną drogą, zaparkował auto przed domem i po raz drugi tego samego dnia zaryzykował wyjście do tej samej lodziarni. W środku panowała przyjemna pustkai cisza. Cóż, o dziewiątej wieczorem mało kto ma chęć na lody. Zamówił „Specjalność Zakładu”. Zwykle bawiło go zgadywanie, co kryje się pod tą nazwą, poza dodatkowym, kilkunastoprocentowym narzutem ponad standardową marżę. Tym razem jednak zatopiony był w myślach.

Nie przeglądał jeszcze notatek. Zrobi tow łóżku. Zastanawiało go zachowanie inspektora.W chwili, w której jego usta zetknęły sięz pierwszym, dużym kęsem lodowego deseru, zadał sobie pytanie, dlaczego oficer policji, który nazywał go „przyjacielem” (a niekiedy „bratem”), sprawiał wrażenie, jakby zależało mu, żeby nie wyjaśniać zbrodni sprzed lat, której winowajca – jeśli żył – mógł jeszcze być postawiony przed wymiarem sprawiedliwości. Dardiusz Wicher poczuł, przeszywające go od wewnątrz zimno.

Rozdział 4

W przedwojennej, ośmiopiętrowej kamienicy nie działała winda. Odkrycie tego faktu zirytowało mieszkającego na najwyższej kondygnacji Wichra być może trochę bardziej, niż powinno.W pierwszym odruchu miał ochotę zakląć pod nosem, ale po krótkim, bezowocnym poszukiwaniu bluzgu właściwego kalibru dał sobie spokój. Światło szczęśliwie działało, toteż poza ćwiczeniem kondycji mógł znowu być na bieżąco w kwestii, czy Kaśka kocha Ryśka, uważnie studiując niemiłosiernie upstrzone ściany. Nie żeby pochwalał ten rodzaj uzewnętrzniania się, ale czysta ciekawość nakazywała mu przejrzeć tę twórczość, aby następnie porównać ją z otrzymanymi od Piątkowicza materiałami. Stawiał trzy do dwóch, że inspektor przekazał nudniejszą część lektury.

Dość bezsilną złość wykazało indywiduum, które między drugim a trzecim piętrem nabazgrało kapitalikami „GEJE TO ŻYDZI”. Zapewne autor chciał kogoś obrazić. Żydzi nie mogli jednak podnieść takiego zarzutu bez ryzyka oskarżeniao homofobię. Z drugiej strony gejowi oburzonemu tym porównaniem groziła łatka antysemity. Trochę w tym napisie było, najprawdopodobniej przypadkowej, perfidii i sprytu. Wicher mimowolnie lekko się uśmiechnął.

Znacznie mniej poważnych przemyśleńi znacznie więcej uśmiechu na twarzy Dardiusza wywołała natomiast wymiana zdań na siódmym piętrze. Wydrapane „Baryła to huj” ktoś skwitował sprayem niżej „pisze siehujchuju”. Wicher dwukrotnie upewniał się, że „mistrz ortografii” nie zawracał sobie głowy takim drobiazgiem, jak ogonek, który powinien zdobić ostatnią literę drugiego wyrazu. Swoją drogą, co za czasy nieuctwa, skoro znaczna większość tych, którzy wulgaryzmów używają tam, gdzie kulturalny człowiek stawia przecinki, nawet nie wiedziała, że obie pisownie są poprawne.

Oprócz tego Dardiusz dowiedział się, kto kogo kocha, a kto komu co i gdzie, ale ponieważ niepotrafił przyporządkować ludzi ani do imion, ani do mniej lub bardziej dziwacznych ksyw, nie poczuł się od tego bardziej na bieżąco. Cóż, taki los samotnika. Zmiana tego stanu rzeczy wymagałaby zresztą poobracania się w towarzystwie, którez całą pewnością nie stanowiło szczytu duchowych marzeń Wichra.

Przekręcił klucz w zamku. Najpierw zastanowił się, czy to możliwe, że klucz faktycznie powiedział mu „Cześć!”. A potem przeszedł do ważniejszego pytania: czy faktycznie jest już aż tak samotny, czy może zwyczajnie na starość mu odbija? Może kupi kratę piwa i spróbuje się jednak zaprzyjaźnić z tymi „zajebistymi ziomalami, nie, kurwa?”.

Zbliżała się północ. Biorąc pod uwagę godzinę, o której obudził się Dardiusz, był to środek dnia. Wicher postanowił jeszcze przed uśnięciem możliwie starannie przestudiować otrzymane na komisariacie materiały. Poświęcił dosłownie moment na przemyślenie idealnego menu do zaspokajania głodu podczas lektury, by ze zdziwieniem stwierdzić, że nic nie przychodziło mu do głowy. Za czasów jego zawodowej aktywności byłoby to nie do pomyślenia, ale i dzisiaj czegośtakiego się po sobie nie spodziewał. Niezbyt zachwycony faktem, że zapewne w efekcie skonsumuje pierwszą jadalną lub pijalną rzecz, jaka nawinie mu się pod rękę, i nawet nie będzie o tym wiedział, rozwiązał sznurek.

Na pierwszej stronie widniał stek biurokratycznych bzdur, które albo kompletnie go nie interesowały (jak numer sprawy i numery paragrafów połączone ze skrótami nazw rozmaitych kodeksów), albo znał na pamięć (jak nazwiska głównych postaci dramatu). Odłożył kartkę na bok.

– Chryste! – jęknął z godną tego słowa powagą, jakże bluźnierczą w ustach zatwardziałego ateisty. Oznaczać to mogło wyłącznie, że coś było znacznie bardziej niż „bardzo”, niezależnie od tego, czy następujący po tym epitet miał wydźwięk pozytywny, czy pejoratywny, co zresztą nie zawsze udawało się ustalić.

Wicher szybko obrócił stronę w poszukiwaniu spisu treści.Pictorial, w którym brała udział Cyntia, czy też Madame Hexa, znajdował się w dziale BDSM i zaczynał się na stronie pięćdziesiątej drugiej. Dardiusz nie potrafiład hocrozszyfrować poszczególnych wyrazów powyższego akronimu, nie potrzebował jednak uruchamiać wyszukiwarki, aby wiedzieć, czego się spodziewać.

– Chryste! – wyrwało mu się po raz drugiw ciągu kilku chwil z jeszcze większym zaangażowaniem w głosie, gdy tylko przewrócił stronę. Już pierwszy obrazek, na którym widział tylko twarz Łuskowskiej, natychmiast upewnił go, że w tej kobiecie – właściwie może dziewczynie, bo na oko nie mogła mieć dwudziestu lat – znajdował siępotężny ładunek władczości i seksapilu. Drugie zdjęcie, na którym mógł podziwiać Cyntię w całej okazałości, potwierdziło jego przypuszczenia.

Niezbyt wysoka, niebieskooka blondynka, na oko mierząca około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu i ważąca może z pięćdziesiąt kilogramów, zajmowała z pewnością mniej niż dziesięć procent powierzchni fotografii. Ładunek seksapilu urósł do rozmiarów, przy których powinien był rozsadzić zdjęcie na kawałki. Przypomniał sobie swoje wrażenie, gdy jako ośmioletni brzdąc przeczytał po raz pierwszy o Wielkim Wybuchu. Coś nieskończenie małego w nieskończenie krótkim czasie eksplodowało do potężnych rozmiarów, tak to sobie wtedy wyobrażał. Doznawał podobnego uczucia w tej chwili. A przecież nie zdołał jeszcze skupić się na stroju Heksy, mającym z założenia wzmiankowany ładunek spotęgować. Ubiór kobiety składał się z koronkowego stanika, stringów zakrywających chyba tylko tyle, ile musiały, abyw ogóle stanowić jakąś spójną całość, i pończoch kabaretek, chyba nie do pary – Dardiusz przysiągłby, że oczka w lewej nodze były minimalnie gęstsze, niż w prawej – oraz butów na wysokim obcasie, sięgających ciut powyżej kostki,za to odsłaniających palce. Całości w czarnym kolorze, podkreślającym zdrową karnację i jasne włosy Cyntii, dopełniał mniej więcej metrowy kij w jej ręce. Jak Dardiusz doczytał u góry, ów kij nosił fachową nazwę „trzcinki” lub „laski” (bo tak chyba należało tłumaczyć „cane”) i wykonany był z rattanu. Nieźle! Właściwie nie zajął się jeszcze na dobre sprawą, a tutaj już tyle wrażeń. Ciekawe, czego można się było dalej spodziewać. W sumie szkoda, że Cyntia upięła włosy w kok. Do pełnego obrazu brakowało Wichrowi wiedzy na temat ich długości.

Z chciwą pożądliwością tego rodzaju, jaki cechował raczej przyrodnika lub socjologa, niż fetyszystę, pożerał oczyma kolejne zdjęcia, które przecież nie mogły mieć znaczenia dla tego, czego żądał od Wichra Karpiński. Na następnym widział już nagiego mężczyznę, przywiązanego do czegoś w rodzaju gimnastycznego kozła, z wypiętym tyłkiem oraz moment uderzenia, wymierzonego równolegle do podłoża, na którym nieszczęśnik stał na palcach, przez oba pośladki, i najpewniej bardzo mocno, sądząc z faktu, że zamiast trzcinki zdjęcie przedstawiało ledwie widoczną smugę. Zapewne świadczyło to o fachowości Cyntii, choć tu akurat Dardiusz kiepsko się znał na tajemnicach zawodu.Kolejne zdjęcia i kolejne etapy lania. Co jakiś czas następowało zdjęcie Cyntii biorącej kolejny zamach i Wicher pomyślał, że takim forhendem nie chciałby dostać nawet serwisu w badmintonie. Zapewne przesadził, a brało się to z oglądania efektów tegoż forhendu na innych fotografiach.

Zastanawiał się, skąd biorą się ludzie, których tak to rajcuje. Z punktu widzenia obserwatora całość była monotonna i nudna, jeśli nie liczyć seksownej Łuskowskiej, do ukazania czego wystarczyłaby dziesiąta częśćpictorialu. Zmieniała się tylko kolorystyka obijanego dupska.Z punktu widzenia niewolnika impreza musiałaz kolei być nieznośnie długa. Chryste – po raz trzeci tego wieczoru Wicher odwołał się do majestatu, który nie był chyba najwłaściwszy, biorąc pod uwagę okoliczności – przecież lewy pośladek już stanowił jedną wielką plamę krwi, a prawy nieuchronnie zbliżał się do tego stanu. Jeśli po czymś takim bity mężczyzna nie będzie w stanie usiąść przez dwa tygodnie, to i tak dobrze dla niego. I to ma mu się podobać?

Już prędzej jej. Takich chuci Wicher także nie czuł, ale jakoś łatwiej potrafił je sobie wyobrazić. Zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama należałojednak zapewne przyjąć za prawdziwą hipotezę najprostszą. A najprostsza hipoteza brzmiała: skoro istniała potrzeba rynkowa w postaci czytelników tego nie tak taniego przecież pisma (szybki powrót na okładkę – dziesięć funtów? I to w 1985? Cholernie drogo!), to natychmiast znajdował się ktoś skłonny ją zaspokoić. Zapewne Cyntii i temu drugiemu, kimkolwiek był (Dardiusz dopiero teraz zauważył, że na żadnym zdjęciu nie było widać twarzy bitego), zapłacono niemało za tę sesję.

Wicher odłożył czasopismo na bok, nie wykluczając zajrzenia doń ponownie celem przewertowania pozostałych kilkudziesięciu jego stronic. Hmmm… Możliwości zarobkowe w Polsce nie były w owym czasie wcale takie wielkie. Jeśli się było młodą kobietą, tym bardziej. A nawetw wypadku uciułania większej ilości rodzimej waluty często jedynym dobrem, na które można było ją wymienić, były większe ilości octu. Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa, jeśli ktoś posiadał nadwyżki twardej waluty: marek niemieckich, dolarów, czy funtów właśnie, bo na razie Dardiusz roboczo założył, że to w funtach brytyjskich Madame Hexa otrzymała zapłatę za sesję zdjęciową.

Może zbyt pochopnie ocenił te zdjęcia jako coś bezwartościowego dla sprawy. Finansowa obserwacja mogła być cenna, podobnie jak fakt, że ta dziewczyna miała dojście do takiej formy zarabiania oraz drugi fakt, że z niej skorzystała. Nowa Ruda to nie była znowu aż taka wielka metropolia, a w 1985 roku kościół katolicki stanowił jeszcze zbyt mocną (i jedyną) odskocznię od komunistycznej rzeczywistości, żeby ludzie z niej nie korzystali. Instytucja ta skwapliwie zresztą tego używała (żeby nie rzec: nadużywała) do krzewienia swojej ideologii jako jedynie słusznej. Nijak nie mogło się w niej mieścić uczestnictwo w takiej sesji, choćby niepokazany z twarzy, a wychłostany bez miłosierdzia mężczyzna miał okazać się samym papieżem. Wzięcie w niej udziału, niezależnie od wynagrodzenia, musiało wymagać od Łuskowskiej sporej odwagi i siły charakteru.

No i jeszcze ta uroda! Pomijając figurę, Cyntia była po prostu przepiękna. Nie żeby jakoś unikatowo na skalę świata, ani nawet na skalę tego, co Dardiusz w swym trochę już trwającym życiu widział, ale na pewno mogła zawrócić w głowie niejednemu mężczyźnie. Rozwiązując sprawęmorderstwa takiej kobiety Wicher musiał brać to pod uwagę.Odłożony „FETISH” odsłonił znacznie mniej obiecujący i mniej kolorowy (biało-bordowo-czarny, o ile Wicher dobrze policzył) numer miesięcznika „Nasz Śledczy” z lutego 1988. Tym razem same tytuły niewiele czytelnikowi mówiły, ale artykuł z rubryki „Sprawa Numeru” został zakreślony kółkiem, co pozwoliło domniemywać, że on właśnie opisywał dzieje Cyntii Łuskowskiej, Michała Karpińskiego, a może i innych istotnych dla śledztwa osób. Skoro zagraniczne czasopismo pornograficzne dostarczyło takiej pożywki do rozmyślań, to do czego będzie zdolny artykuł w prasie kryminalnej, koncentrujący się na tym jednym temacie? Dardiusz poczuł uczucie zaostrzonego apetytu, które bynajmniej nie pochodziło z żołądka. Przewrócił czasopismo na odpowiednią stronę i zagłębił się w lekturze.

________________________________________

Dagmara M. była niepospolitą dziewczyną. Mieszkała w Nowej Rudzie. Była młodą matką,samotną dziewczyną, koło której zawsze kręcili się mężczyźni, bo była piękna i atrakcyjna. Mogła dzięki temu pozwolić sobie na markowe ciuchy, wykwintne smakołyki i sporo innych rzeczy, o których zwykli Polacy mogą tylko pomarzyć. W końcu doszło do nieszczęścia. Co sprawiło, że jeden z tych mężczyzn zabił Dagmarę M.?

Dagmara M. urodziła się 9 września 1966 roku w Nowej Rudzie. Jej ojciec zmarł, zanim się urodziła. Wychowywała ją samotnie matka Urszula. Dagmara od małego była bardzo niezależna. Już jako trzynastolatka była atrakcyjna i widać było jej dojrzewającą kobiecość. Z czego korzystała, umawiając się z chłopakami i mężczyznami, którzy w zamian dawali jej ubrania, perfumy, czasami po prostu przywozili pieniądze. Zwykle dolary. Jednak nie można było nazwać jej prostytutką nieletnią, bo odmawiała też niejednemu. Jeśli się jej nie spodobał.

Mimo rozpustnego, zwłaszcza jak na tak młody wiek trybu życia, uczyła się całkiem dobrze. Podstawówkę skończyła z ocenami dobrymii bardzo dobrymi. Znakomicie uczyła się językówobcych, rosyjskiego, bułgarskiego i niemieckiego. Dobrze mówiła też po angielsku i francusku. To przez angielski po raz pierwszy wylądowała w łóżku z mężczyzną. Jakiś brytyjski turysta zabłądził na wakacjach, gdy skończyła siódmą klasę, i dogadała się z nim, pomogła mu znaleźć hotel, którego szukał, a potem wylądowali u niego w tym hotelu. Nie znała nawet jego imienia, ale dostała od niego wtedy dwie pary zagranicznych dżinsów, okulary przeciwsłoneczne i sto dolarów. Dla młodej dziewczyny było to wtedy bardzo dużo pieniędzy. Bardzo dużo też ćwiczyła i jak na swój wygląd była niezwykle silną dziewczyną.

Zamiast wydać dolary na przyjemności nastolatek, Dagmara M. zaprzedała się diabłu. Poszła do Pewexu i kupiła sobie pierwsze w życiu perfumy, kolczyki, buty na wysokim obcasie,i zaczęła tym uwodzić mężczyzn. Co gorsza, uwodziła również szkolnych kolegów.

Później wyszło na jaw, że Urszula M. wiedziała o poczynaniach córki, i – o zgrozo! – nie tylko ich nie potępiała, ale nawet ułatwiała ich realizację. Mówiła, że jako matka musi zapewnić dziecku odpowiedni start w dorosłe życie, a tutaj taki start ma na wyciągnięcie ręki. Nie myślała, żepieniądze to nie wszystko, no i skutek był jaki był, ale nie uprzedzajmy faktów.

Szkołę podstawową ukończyłaz wyróżnieniem, bo nauczyciele nie widzieli nic zdrożnego w jej zachowaniu i nie obniżyli jej oceny. Miała same piątki, jedną czwórkę (z chemii). Na religię przestała chodzić, więc jedyny nauczyciel, który mógł jej przemówić do rozumu, przestał mieć taką możliwość.

Podczas wakacji nie marnowała czasu, tylko uczyła się języków obcych praktycznie. Nie udało nam się dotrzeć do szczegółów, ale musiała zarobić na nich sporo pieniędzy, bo od początku liceum niczego sobie nie odmawiała. Również chłopaków, ale tym razem starała się przynajmniej zachować jakiś stały związek. To wtedy zaczęła używać pseudonimu Cheksa.

Jej pierwszym chłopakiem był Czesław O. Jego ojciec był wysoko postawiony w partii, więc Czesławowi O. uchodził na sucho ten romans, jak również wiele jego dziwacznych przyzwyczajeń. Na wf ćwiczył, kiedy chciał, choć był zdrowy jak końi wielki jak byk. Zwykle ćwiczył chętnie pod koniec miesiąca, ale prawie nigdy w pierwszej połowie miesiąca, zresztą do piętnastego nosił długiespodnie nawet przy upałach. Zupełnie jakby piętnasty był jakąś magiczną datą, zresztą przed nim częściej wagarował, niż po nim. Zdziwiło to zwłaszcza nauczyciela fizyki, Lucjana N., który celowo przestawiał sprawdziany na koniec miesiąca. Czesław O. z nich nie uciekał, choćz fizyki często dostawał dwóje, a uciekałz niegroźnych lekcji. Często chodził w ciemnych okularach nawet w zimie. Te dziwactwa zaczęły się dopiero w liceum, ale miał sporo innych. Wszyscy wiedzieli, że w każdy ostatni weekend miesiąca wyjeżdżał razem z Dagmarą M. do daczy jego ojca w Augustowie. W końcu się nim znudziła. Mocno to przeżył. Podobno do końca życia wydzwaniał do niej, chodził, prosił, groził, powoływał się nawet na swojego ojca (nie wiadomo, czy to miała być obietnica, czy szantaż), ale Dagmara M. wiedziała swoje. Trzy miesiące przed jej śmiercią wyjechał do Moskwy na placówkę, gdzie pozostaje do tej pory.

Dagmara M. szybko znalazła sobie kolejnego chłopaka w tej samej szkole. Chodził już do trzeciej klasy. Urban T. był przeciwieństwem Czesława O.w budowie fizycznej, niewiele większy od Dagmary M. Był jedynym chuderlawym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek miała Dagmara M. na dłużej. Chybamusiał być dobry w łóżku, bo co prawda obsypywał ją prezentami (miał bardzo liczną rodzinęw Ameryce), ale samo to Dagmarze nie wystarczało. Urszula M. wspominała później, że ten nawet był kulturalny, obiecywał, że gdy tylko skończy 21 lat, poprosi ją o rękę Dagmary. Do tego jednak nie doszło. Urban T. natomiast zdziwaczał pod wpływem Dagmary podobnie, jak Czesław O. W ogóle przestał ćwiczyć na wf bez uzasadnienia. W końcu usunięto go ze szkoły przed końcem trzeciej klasy. Niedługo potem trafił do wojska.

Wydawało się, że Dagmara M. wreszcie nabierze rozsądku, gdy w 1982 roku, w drugiej klasie, zaczęła chodzić z Tomaszem P. Tomasz P. był wysoki, potężnie zbudowany, i bardzo dużo ćwiczył. Co prawda był aż o 10 lat starszy od Dagmary M., ale ona wreszcie się uspokoiłai przynajmniej w szkole przestała wariować. Inni chłopcy i mężczyźni, też się do niej zbytnio nie przyklejali, zresztą miało to dużo sensu, bo Tomasz P. był skory do bitki, a przy tym chorobliwie zazdrosny o Dagmarę. Spędzali razem całe mnóstwo czasu i w niedługim czasie Dagmara zaszła w ciążę. Ku oburzeniu całego otoczenia Urszula M. nie potępiła Dagmary. Tomasz P.wydawał się odpowiedzialnym ojcem. Gdy urodziła się mała Olga, zajmowali się nią całą trójką tak, że Dagmara mogła porzucić marzenia o studiowaniu.Z pomocą tego doborowego towarzystwa i litościwą ręką niektórych nauczycieli udało się jej jednak zrobić maturę.

Nie wiadomo czemu w 1985 roku Dagmarai Tomasz się rozstali. Urszula M. powie później, że to był porywczy charakter Tomasza, ale trudno bezkrytycznie wierzyć tak stronniczej osobie. Z Olgą Tomasz co jakiś czas się spotykał, płacił też na nią, ale podobnie jak Dagmara miała Olga niepełne dzieciństwo.

Niedługo potem na nieszczęście Dagmaryw jej życiu pojawił się Norbert L. Był to, jak się okazało, kolega z wojska Urbana T., który przyjechał do niego w odwiedziny. Urodził się4 maja 1960 w Gorzowie Wielkopolskim. Od małego chłop jak dąb. Przypadkowo spotkał Dagmarę, i jak potem powie w śledztwie, od razu się w niej zakochał. Powtarzał jej co chwila, że jest dla niego ważna, wyjeżdżał odtąd na wszystkie przepustki właśnie do niej. Ona jednak traktowała goz przymrużeniem oka, będąc wolną kobietą odrozstania z Tomaszem znowu zrobiła się hulaszcza i swawolna.

Norbert L. przywoził Dagmarze jej ulubione słodycze, wiele więcej możliwości nie miał. Był co prawda zawodowym żołnierzem, ale jeszcze nie wysyłano go na żadną zagraniczną misję, co dałoby mu możliwości. Wydaje się jednak, że i tak Dagmara nie byłaby nim zainteresowana.

Nadszedł feralny dzień 19 czerwiec 1986. Pozornie zwykły czwartek miał okazać się ostatnim dniem w życiu Dagmary M. To, co później udało się zrekonstruować dzięki wysiłkom śledczych, przedstawia się następująco, choć z góry uprzedzamy, że możliwe jest tu trochę przekłamańi niedopowiedzeń, których nie wypełni się już nigdy.

Było bardzo ciepłe, wczesne popołudnie. Dagmara właśnie wróciła ze spaceru z Olgą na obiad do domu. Ubrana była w różową bluzeczkę bez rękawów, króciutką dżinsową minispódniczkę, w której zabrakło miejsca nawet na kieszenie, tak była ciasna, i sandały na obcasie. Urszula M. zasugerowała, że Dagmara mogłaby założyć choćby stanik, bo aż się prosi, żeby jakiś chłop ją wykorzystał, ale dziewczyna nie usłuchała matki. Niedługo potem wyszła do pracy, a pracowaław pobliskim barze, mówiła też, że po pracy pójdzie do Pewexu kupić sobie nowe dżinsy, a potem do koleżanki. I że wróci wieczorem.

Na początku po prostu zaginęła. Pamiętała ją sprzedawczyni, która sprzedała jej dżinsy, co było tym łatwiejsze, że Dagmara od razu się w nie przebrała. Potem nie wiadomo było już nic. Co gorsza, nikt nie wiedział, do której koleżanki Dagmara się udawała. Możliwe, że po prostu okłamała Urszulę M.

Poinformowano wszystkich w prasiei telewizji o zaginięciu Dagmary M. Nic nie wskazywało na szybkie rozwiązanie sprawy, ale parę dni później niejaki Andrzej S. odniósł na milicję spódniczkę znalezioną w parku. Urszula M. rozpoznała ją jako ubranie Dagmary po charakterystycznie postrzępionej szlufce, więc od razu przystąpiono do poszukiwań w parku. Na jednym z pomników, w miejscu osłoniętym od deszczu, odnaleziono coś, co przypominało plamę krwi, i kosmyk włosów o kolorze blond, takim jak miała Dagmara. Odtąd milicja przyjęła hipotezę, że Dagmarę zamordowano bądź ogłuszono w parku,a następnie wyniesiono bądź wywiezionow nieznanym kierunku. Śledztwo nabrało rozpędu,zaczęto szukać ciała i sprawdzać znajomych Dagmary, zwłaszcza odrzuconych mężczyzn, bo to wydawało się najprawdopodobniejszym motywem. Dagmara nie miała przy sobie żadnych kosztowności tego dnia.

Na początku sprawdzano Czesława O. Cały czas był, jak to już napisaliśmy, na placówcew Moskwie, ale od 14 czerwca miał tydzień urlopui miał wrócić do pracy dopiero 23. Twierdził, że 19 czerwca był w Katowicach, ale nikt nie mógł tego potwierdzić. Również Urban T. nie miał alibi. Także miał wakacje i spędzał je na Mazurach na dzikim polu namiotowym. Oczywiście dostał mandat za naruszenie obowiązku meldunkowego. Tomasz P. twierdził, że cały dzień spędził na działcez rodzicami, co oni potwierdzili. Ale milicja założyła, że mogli kłamać. Norbert L. jednak od początku był najbardziej podejrzany, bo twierdził, że nic nie pamięta, bo ostatnio się upijał, bo groziło mu usunięcie dyscyplinarne ze służby za pobicie sięz innym żołnierzem, a on nie wyobrażał sobie innego życia jak w wojsku.

Poproszono również wszystkie osoby, które mogły cokolwiek pomóc, o pomoc, i tu zdarzyła się rzecz szczególna. Anonimowy telefon na milicjępowiedział, że ciała Dagmary należy szukać w lesie, w miejscu oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Nowej Rudy. Podał tyle szczegółów, że milicja bez trudu tam trafiła. Anonima nie udało się nigdy zidentyfikować. A szkoda, gdyż okazało się, że miał rację, choć Dagmara została zostawiona w bardzo zamaskowanym miejscu, którego nie widzieli prawdopodobnie nawet chodzący tamtędy grzybiarze. Ubrana była w buty i bluzkę, które rozpoznała Urszula M., oraz dżinsy, które rozpoznała sprzedawczyni z Pewexu.

Podejrzenia od razu padły na Norberta L. za sprawą listu, który Dagmara miała w kieszeni spodni. Stempel pocztowy wskazywał, że list był wysłany z Torunia 16 czerwca, ale było oczywiste, że odległość od Torunia do Nowej Rudy miała jedynie zapewnić Norbertowi L. alibi. Był co prawda już pomięty i zniszczony, gdyż Dagmarę znaleziono dopiero 30 czerwca. Ponad tydzień po zaginięciu. Jednak była w dobrym stanie, bo leżała poza słońcem i wilgocią. A list dawało się przeczytać bez żadnego problemu. Nie będziemy tu cytować tego listu. Napiszemy tylko, że Norbert L. prosił w nim Dagmarę, aby mu wybaczyła (nie napisał, co), aby pozwoliła mu do siebie wrócić, obiecywał różnerzeczy i groził. Co prawda groził, że zabije siebie,a nie ją, gdyby odmówiła, ale groził. Podpisał się po prostu: Norbert L.

Norbert L. zaprzeczał, jakoby to on był autorem listu. Wskazywał nawet od razu, że autorem tym jest inny Norbert L., który przez pewien czas zainteresowany był kuzynką podejrzanego Norberta L. Mówił też, że on ma inny charakter pisma. Nikt jednak nie dał wiary temu kłamcy. Wprawdzie eksperyment pokazał że istotnie oskarżony Norbert L. pisał inaczej, jednak bez trudu mógł się zmusić do napisania tego jednego listu nie swoim charakterem pisma, i najpewniej to zrobił. Przesłuchano mimo wszystko Norberta L., którego wskazał oskarżony Norbert L. Zaprzeczył, jakobyw ogóle znał Dagmarę M., i nigdy nie wysłał do niej żadnego listu. Faktycznie taki człowiek istniałi chodził przez pewien czas z kuzynką podejrzanego Norberta L.

Proces interesował wielu ludzi. Okazało się, że Dagmara M., cokolwiek o niej ludzie myśleli, wzbudzała zainteresowanie, a choć wielu sądziło, że dostała na co zasłużyła, współczuli jej i żądali śmierci za śmierć. Norbert L. nie przyznawał się do końca do popełnienia tej zbrodni. Sędziowie nie dalimu jednak wiary tym bardziej, że miał motyw, nie miał alibi, i jeszcze wysłał ten list, który pokazywał jego charakter paskudnego szantażysty. Sędziowie nie mieli wątpliwości i skazali Norberta L. na karę śmierci przez powieszenie.

Norbert L. apelował do samego końca, ale na szczęście nieskutecznie. Nie dość, że zamordował z zimną krwią młodą dziewczynę, która miała przed sobą całe życie, to jeszcze pozbawił jej córkę jedynego rodzica, z którym mieszkała. A co najgorsze, zhańbił mundur żołnierza Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, za co jak najsłuszniej został powieszony w roku następnym.

Wszystkie personalia zostały zmienione.

_______________________________________

– Ja pierdolę! – krzyknął już dość głośno Wicher. Istniała granica beznadziei, poniżej której nie wypadało wzywać imienia nawet nieistniejącego Boga, a autor tego artykułu wielokrotnie (wie-lo-krot-nie!) ją przekroczył. Dardiusz Wicher ciekaw był, czy ów człowiek, który nigdy nie powinien był dotknąć pióra, raczył położyć pod reportażem swój podpis. Za chwilę pożałował swojej ciekawości.Grafoman nazywał się Dariusz Zefir. Cóż za ironia losu!