Heroina - Tomasz Piątek - ebook
Opis

Warszawa, pierwsze lata XXI wieku. Piwnice, osiedlowe śmietniki, restauracyjne toalety. Tomasz odruchowo wypatruje kryjówek – miejsc, gdzie można zapalić brauna. Szuka znajomych z kasą i spławia tych, którzy kasy nie mają. Spotyka się z Gabrielem, młodym mężem i ojcem, Maćkiem, który zawsze wie, gdzie spotkać dilera, i pryszczatym blondynem spędzającym całe dnie w piwnicy z półkilogramowym zapasem heroiny. Co jakiś czas realny świat upomina się o Tomasza. Wtedy bohater Heroiny pędzi do telewizji. Tutaj jest popularnym i dobrze zarabiającym lingwistą, który diagnozuje osobowość znanych ludzi na podstawie ich mowy. Poza pracą i heroiną życie nie dostarcza Tomaszowi wielu wrażeń. Prawdziwa słodycz i miłość pojawiają się tylko po narkotyku.

Heroina to błyskotliwa, transowa powieść o uzależnieniu. Nie ma w niej dydaktyzmu, choć klęski, które spadają na jej bohaterów, bywają przerażające. Jeszcze bardziej przerażają przemiany, jakie Tomasz i jego towarzysze przechodzą w pogoni za heroinowym szczęściem. W tym świecie nie ma nieprzekraczalnych granic.

Heroina została opublikowana po raz pierwszy w roku 2002 i zdobyła ponad czterdzieści tysięcy czytelników w Polsce i na świecie. Teraz ukazuje się w nowym wydaniu z przedmową autora.

Heroina jest książką, którą chciałem spalić. Myślałem, żeby wykupić wszystkie znajdujące się na rynku egzemplarze powieści, usypać z nich stos w warszawskim parku i urządzić happening pod tytułem: "Tomasz Piątek pali Heroinę".

Tomasz Piątek, fragment z przedmowy do trzeciego wydania

Gdyby czytelnicza młodzież nie rzuciła się na tę książkę, znaczyłoby, że zatraciła resztki wrażliwości...

Jacek Podsiadło, Rzeczpospolita

Heroina napisana jest po mistrzowsku. Nad pierwszymi siedemnastoma stronami autor pracował dwa lata, co zaowocowało ogromnym wyczuciem słowa i wewnętrzną dyscypliną tekstu. Oryginalna pod względem literackim, precyzyjnie skonstruowana powieść.

Beata Bojdecka, Polityka

Heroina Tomasza Piątka to wciągający literacki thriller – może bez pełnej napięcia akcji, ale za to ze scenami pełnymi okropności, a przede wszystkim z wszechobecną grozą, wiszącą nad bohaterami, i nieuchronnością tragedii.

Piotr Huniewicz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 144

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Tomasz Piątek/Syndykat Autorów, 2002 Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2009 Wydanie III Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Przedmowa do wydania trzeciego

Heroinajest książką, którą chciałem spalić. Myślałem, żeby wykupić wszystkie znajdujące się na rynku egzemplarze powieści, ułożyć z nich stos w warszawskim parku i urządzić happening pod tytułem: „Tomasz Piątek paliHeroinę".

Pragnąłem to zrobić, bo książka przyniosła mi nie tylko ogromny sukces (dziesiątki tysięcy sprzedanych egzemplarzy, recenzje, artykuły i wywiady w mediach, tłumaczenia na języki obce), ale także dużo bólu.

Kiedy biegałem z pierwszym wydrukiem po wydawnictwach i redakcjach, prosząc nieznanych mi ludzi, żeby przynajmniej rzucili okiem na początek tekstu, wiedziałem, żeHeroinana pewno zostanie w końcu wydana. I wiedziałem, że to będzie sukces. Spodziewałem się, że tytuł i temat przyciągną uwagę ludzi.

Nie spodziewałem się jednak, że jak przyciągną, to już nie puszczą. Książkę potraktowano jak świadectwo, jak reportaż społeczny z życia narkomanów. W pewnym sensie słusznie: spora część tego, co dzieje się w powieści, wydarzyła się naprawdę. Ale ten reportaż – to reportaż nie tylko z życia narkomana, ale także z jego mózgu. Jest to opowieść o tym, jak narkotyk równolegle penetruje społeczeństwo i duszę, wypierając z nich to co ludzkie.

Jeśli heroina jest w stanie tak skutecznie zastąpić w człowieku człowieka, to czym jest heroina? Podczas pisania to pytanie nieustannie mnie zajmowało. DlategoHeroinanie jest tylko opowieścią o degeneracji narkomana. Jest także opowieścią o rozkwicie czegoś innego.

O szczęściu, które się nie kończy – podczas gdy człowiek się kończy, niestety. Czuję głęboką więź ze wszystkimi czytelnikami, którzy tak tę książkę odebrali.

Niestety, oHeroiniewypowiadało się również wiele innych osób, które przeczytały tę książkę zupełnie inaczej, a najprawdopodobniej w ogóle nie przeczytały. W miesiąc po wydaniu czułem już, że przyczepiono mi znaczek z napisem: „Pierwszy Ćpun Rzeczypospolitej”. Pytania, które mi najczęściej zadawano, brzmiały: „Czy pan jeszcze ćpa?”, „Kiedy ostatni raz pan ćpał?” i „Czy pan myśli, że już nigdy pan nie przyćpa?”. Czasem traktowano mnie jak eksperta od uzależnienia, chociaż wtedy nic nie wiedziałem o tej chorobie, a na pewno o wiele mniej niż teraz (po pobycie w dwóch ośrodkach i ponadrocznej terapii). Fotografowie chcieli fotografować moje zwężone źrenice (co jest akurat bardzo łatwe, kiedy się puszcza światło w twarz fotografowanemu, nawet najszersze źrenice zwężają się wtedy automatycznie). Bawiłem się z dziennikarzami w tę zabawę, bo myślałem, że to zwiększy zainteresowanie moimi książkami. Po dwóch latach takiego funkcjonowania nauczyłem się jednej rzeczy: media i książki to dwie różne sprawy, nie do końca kompatybilne. Dziwne rzeczy, które robi się w mediach, nie wpływają na los książek. Mogą czasem zwiększyć ich sprzedaż, ale na tym koniec. Książki rządzą się własnymi prawami.

Wiele osób wypowiadających się na mój temat było oburzonych. Napisałem, że heroina jest przyjemna, co ich zdaniem było zbrodnią. Niestety, gdyby heroina nie była przyjemna, nie byłaby też tak szkodliwa dla osób uzależnionych. Trudno jest ostrzegać ludzi przed narkotykiem, powtarzając tylko: „Heroina jest okropna, heroina jest okropna”. Wielu młodych ludzi odpowie na to: „To dlaczego ludzie ją biorą? Najwyraźniej nie mówicie mi całej prawdy, będę musiał sam spróbować, żeby się przekonać”. Ja, ze swojej strony, starałem się również pokazać, jak bardzo obrzydliwa jest to przyjemność. Być może, dla człowieka, który spojrzy na to trzeźwo, jeszcze potworniejsza od heroinowych zwyrodnień, chorób i śmierci jest heroinowa rozkosz, rozległa jak pustynia, ale równie płaska i jałowa. Nie mogłem jednak tej rozkoszy pominąć. Nie mógłbym wtedy napisać prawdziwej książki o heroinie ani, szerzej, o szczęściu absolutnym i jego niebezpieczeństwach.

Niemniej oskarżyciele w jednym mają rację. Opisy szczęścia zawarte w tej powieści są niebezpieczne dla pewnej grupy ludzi. Nie dla osób nieuzależnionych – te mówią, że książka bardzo skutecznie odstrasza od brania. Nie dla czynnych narkomanów, którzy przez cały czas zażywają – ci nie potrzebują żadnej zachęty.Heroinajest niebezpieczna dla ludzi takich jak ja. Dla uzależnionych, którzy się leczą i zachowują abstynencję od narkotyku. Żyjemy w nieszczęściu, trzeźwość jest dla nas cierpieniem. Ale jednak ją wybraliśmy, bo nałóg przynosi w końcu jeszcze większe cierpienia. Cierpimy teraz mniej, ale nadal jesteśmy nieszczęśliwi. Możemy sobie powiedzieć, że zamieniliśmy piekło na coś w rodzaju czyśćca, i trwać, wierząc, że ten czyściec kiedyś się skończy. Ale w każdej chwili możemy stwierdzić, że nałóg dawał przynajmniej nadzieję na chwilową ulgę, a teraz żadnej ulgi nie mamy. Jesteśmy podatni na takie myślenie, bo człowiek uzależniony nie umie racjonalnie oceniać długotrwałych skutków swojego postępowania. Uciekliśmy z Disneylandu, który w środku okazał się Auschwitz, ale w każdej chwili może odezwać się w nas wściekłe, ślepe pożądanie disneylandowych świecidełek. Narkoman to taki szaleniec, który za każdym razem wpada w tę samą pułapkę. Każde skojarzenie, każde wspomnienie wrażeń, których kiedyś doświadczaliśmy, może wzbudzić w nas długotrwały głód, bolesne pragnienie zażycia, niekończący się ciąg myśli o heroinie.

Dlatego sam nie mogę czytaćHeroiny.Dlatego tutaj, w tym miejscu mówię: jeśli jesteś leczącym się narkomanem, utrzymującym trzeźwość, nie czytaj tej książki.

A jeśli nie jesteś narkomanem – to czytaj ją, jak chcesz.

Tomasz Piątek

NAJPIĘKNIEJSZE JEST TO,że gdziekolwiek bym poszedł, wszędzie pojawiają się kryjówki. Co dziesięć metrów jest jakaś brama. Albo opuszczony garaż. Albo wąska, zarośnięta ścieżka między dwoma parkanami. Albo parking niestrzeżony, gdzie jestem zupełnie niewidoczny, kucając między samochodami.

Kiedyś tych wszystkich miejsc prawie w ogóle nie zauważałem. Wydawały mi się niczyje. Teraz wiem już, że są moje. W każdym z nich czuję się tak dobrze, jak gdybym miał tam zostać na zawsze.

Czasem niektóre kryjówki znikają. Czasem rozgrzebana przez koparki polana, porośnięta szarymi, dobrymi do kamuflażu badylami, nagle zostaje zajęta przez kanciasty szklany budynek, który nie tylko nie ukrywa mojej postaci, ale dodatkowo jeszcze ją odbija. Ale gdy jedna taka kryjówka znika, zaraz pojawia się dziesięć następnych.

Kiedyś lubiłem też restauracje. Wydawało mi się, że tam właśnie mogę mieć największy spokój. Myślałem tak, dopóki nie odkryłem, jak niesamowite są restauracyjne kible. W kiblu jesteś naprawdę sam, jak w kosmosie. A restauracyjne kible często są jeszcze do tego wyciszone. Można w nich siedzieć długo, pod warunkiem że wcześniej zamówiło się jakieś duże danie, którego zresztą nie trzeba jeść.

Sedes wydaje z siebie zachęcające szmery, gdy pochylam się nad kolanami, na których leży folia aluminiowa. Z twarzy wystaje mi mała srebrna rurka. Nad folią aluminiową wciąż unosi się szarawy dym. Wypełnia już moje płuca. Ale nadal go wciągam przez rurkę, nie pozwalam mu uciec. Utrata porcji dymu to jak utrata ręki albo nogi, albo coś jeszcze gorszego. Różnica między absolutnym a prawie absolutnym szczęściem jest naprawdę ogromna.

Kiedy cały dym jest już w środku, przestaję oddychać i wtedy robi się naprawdę przyjemnie. Jak gdyby stojąca w mojej głowie filiżanka z gorącą czekoladą nagle przewracała się, żeby zalać mi ciało od wewnątrz.

Po kilku niesamowitych sekundach głębokiej, gumiastej rozkoszy przypominam sobie, gdzie jestem, i przez chwilę myślę, co robić. Mogę znowu zamknąć oczy i zanurkować w to, co jest tak dobre, że aż ciemne. Ale wtedy nie będę wiedział, kiedy się obudzę, a nie chcę ugrzęznąć w tym kiblu na zawsze.

Mogę też wstać i poszukać jakiegoś człowieka, żeby popaść w jakąś interakcję, rozmawiać, zachwycać się. To rozcieńczyłoby moją przyjemność, ale pozwoliłoby zachować przytomność. A przy okazji może i temu człowiekowi udzieliłoby się trochę mojej rozkoszy, przez co ogólna szczęśliwość we wszechświecie jeszcze bardziej by się zwiększyła.

Jest mi teraz tak dobrze i jestem teraz taki dobry, że wybieram tę drugą możliwość. Wstaję i wychodzę na zewnątrz, na prowadzący do sali dla gości korytarzyk, gdzie nie mogę się powstrzymać i przysypiam na kilka minut. A gdy się budzę, pierwszym człowiekiem, którego widzę, jest młoda farbowana brunetka, która przyciska mnie do ściany, mocno, tak żebym nie spływał po murze na podłogę jak marmolada. Pyta mnie, jak się czuję. Szukam słowa, którym mógłbym jej odpowiedzieć, przynajmniej w przybliżeniu. Chciałem powiedzieć: „Doskonale”, ale chyba mówię: „Kaloryfer”.

Potem, już na sali, podchodzę do jednego z restauracyjnych facetów, ale rozpływa się jak batonik w palcach. Kiedy z pomocą innego faceta opuszczam lokal, postanawiam, że jednak sobie przysnę.

Otwieram oczy, ale jeszcze nie oddycham. Podaję folię olbrzymowi o płaskim, złamanym nosie. Już tylko mruczy.

Jestem w piwnicy, w podziemiach bardzo starego domu. W kącie ciemnego pomieszczenia siedzi blondynek o bladej twarzy, pokrytej szarymi od ropy pryszczami. Ma piękny, wysoki głos, jak anioł albo ktoś wykastrowany. Kiedy my palimy, on opowiada nam o tym, jak przecięto mu dłoń u nasady kciuka. Stało to się zaraz po tym, jak jego znajomi zniknęli, a on odziedziczył po nich zapasy. Chciał wtedy zahandlować na swojej ulicy, na której mieszkało wielu takich heroinowych chłopców. Ale gdy tylko spróbował, nieznani ludzie złapali go, przecięli dłoń, a potem wrzucili go w krzaki róży przy śmietniku, gdzie dodatkowo się pokaleczył. Jeden z tych ludzi próbował go wypytywać czy przesłuchiwać, ale blondynek był zbyt nieprzytomny, żeby coś odpowiedzieć. Pamiętał tylko czoło i głowę bez włosów.

Znalazła go wtedy matka. Zabrała mu klucze i zakazała wychodzić z domu. Powiedziała, że jeśli wyjdzie, to ona już go więcej nie wpuści do środka. Blondynek wziął wtedy wiszący w kuchni nad zlewem klucz do piwnicy, zszedł tutaj i od tej pory stąd nie wyszedł, bo tu ma zapasy. Jak matka zorientowała się, że on cały czas siedzi w piwnicy, to przestała do niej schodzić, bo zaczęła się bać.

Dlatego teraz jedynym problemem jest jedzenie. Oczywiście, blondynek nie je. Czasem jednak potrzebuje przyjąć coś półpłynnego, żeby złagodzić żółciowe wymioty. Nie ma jednak klucza od domofonu. Nie może więc wyjść na ulicę, żeby kupić sobie jogurt, bo już nie mógłby wrócić. Poza tym boi się, bo od kilku miesięcy nie był na ulicy i w ogóle pod gołym niebem.

Zanim to wszystko się stało, blondynek mieszkał przez rok w górskim ośrodku odwykowym, gdzie został alpinistą. To na pewien czas pchnęło jego działalność na zupełnie nowe tory, kiedy już wrócił do miasta. Zaczął wdrapywać się po ścianach biurowców, aby wyjmować z nich drukarki, komputery i inne równie atrakcyjne przedmioty. Pewnej nocy utknął ujarany na betonowej ścianie, niosąc na plecach faks, który zapomniał odłączyć od gniazdka. Na ścianie faks ożył i zaczął wypuszczać z siebie różne komunikaty na papierze rolkowym. Blondynek wtulał się w beton, a z pleców zwieszała mu się rosnąca biała wstęga, która w końcu dotknęła ziemi sześć pięter niżej. Ewentualny przechodzień mógłby przeczytać najniżej wiszący faks, pewnie dotyczący przepływu środków finansowych albo jakichś innych takich rzeczy.

Gdy olbrzym i ja opuszczamy piwnicę, na podwórku jest jeszcze jasno. Za murkiem coś zaczyna ostrzegawczo pocharkiwać i spluwać, a olbrzym szybko żegna się ze mną, wsiada do samochodu i odjeżdża, bo ma zajęcie. Od pewnego czasu maluje ściany swojego mieszkania na niebiesko i nie może przestać.

Opuszczony, ale szczęśliwy, wchodzę do baru na ulicy i zamawiam colę. Staram się zachowywać szorstko, abyjakoś skontrować nieodpartą s łodycz, która mimo prób kamuflażu ciągle ze mnie wyłazi. Ludzie w barze patrzą podejrzliwie, jak gdyby czuli, że to tutaj bije podziemne źródło ciepła, które ich rozgrzewa.

Piję colę, zasypiam i śni mi się coś bardzo czarnego. A kiedy się budzę, wyruszam z baru na poszukiwanie tych specyficznych, wyjątkowych nie-przygód. Nieprzygoda jest na przykład wtedy, gdy się idzie wzdłuż długiego, beżowego muru, który jest coraz bardziej przyjemny.

Brnę przez ulice. Nagle przede mną majaczy niewyraźny, ale znajomy kształt: dziewczyna w zielonym swetrze. Coś mi mówi, że ona ma do mnie jakieś prawa. Jest jeszcze daleko, w towarzystwie jednej ze swych ciemnowłosych koleżanek. Mój nieodwołalnie spokojny umysł próbuje na siłę naszkicować coś w rodzaju paniki. Ale niepotrzebnie: między murem domu a śmietnikiem z szarych cegieł pojawia się mała szara wnęka. Wskakuję tam tak płynnie, jak gdyby coś mnie wciągnęło.

Dziewczyna mogła jednak mnie zauważyć, więc na wszelki wypadek odwracam się twarzą do muru. Być może dziewczyna podeszła do mnie i właśnie do mnie przemawia, ale ja nie mogę słyszeć tego ani widzieć, bo właśnie staje się to nieuniknione, co musiało się stać: łączę się z murem, jak gdybym się z nim mieszał.

Kiedy wracam do siebie, w mojej wnęce jest tylko duży biały kot o pysku podejrzanie przypominającym zająca. Kot gapi się na mnie uważnie. Kiedy minimalnie ruszam głową, zwierzę znika między dwoma kawałkami dykty. Rosnący przy wyjściu z wnęki krzew, oblepiony wilgotnymi fusami po herbacie, trzęsie się, najwyraźniej trącony przez kota lub jeszcze przeze mnie, kiedy się tu chowałem.

Odważam się wychylić i wtedy widzę dziewczynę od tyłu, nadal z koleżanką. Przeszła, ale chyba mnie nie widziała. Gdyby mnie zobaczyła, stałaby tu jeszcze i krzyczała. Oczywiście, jeśli jestem dla niej tak ważny, jak mówi.

Tego dnia zasypiam jeszcze w kilku pubach, w cichym kiblu na stacji metra, wieczorem w bramie, gdzie kulę się niczym brat bliźniak pękatego metalowego krasnala (znajduje się na ziemi przy wejściu do bramy i chyba ma coś wspólnego z rynną). Na jednym z podwórek, pod figurą Matki Boskiej w niebieskiej, wygwieżdżonej szacie, opieram głowę tuż obok jej pantofla, którym podobno miała komuś zmiażdżyć głowę.

Nikt mnie nie budzi, bo prawdopodobnie wyglądam na pogrążonego w głębokiej modlitwie. A ja tylko przypominam sobie, co się dzisiaj działo, cały ten cudowny dzień.

Dzień zaczął się rano, gdzieś około dziesiątej, w łóżku, na którym leżałem jak wielka, słodka kałuża. Obudziło mnie coś jakby chomik w brzuchu. Łaskoczące, gryzące i ruchliwe gówno, które we mnie siedziało i szukało wyjścia, ale wyjścia nie było. Otworzyłem oczy, jednak nadal widać było tylko bardzo niejasne rzeczy. Za oknem świeciło, ale zasłony były prawidłowo zasunięte.

Poszedłem w końcu do kibla, ale nawet odlanie się było jeszcze niemożliwe, jakby pozarastały mi wszystkie otwory w ciele. Trzeba było poczekać albo znieczulić w sobie gówno. To znaczy znieczulić siebie. Włączyłem komórkę, która natychmiast zapiszczała.

– Masz siedem nowych wiadomości – oznajmił zadowolony z siebie telefon.

– Dzień dobry, panie Tomaszu – zaczął szczekać karabin maszynowy. Każda spółgłoska wrzynała się w ucho jak mały pocisk rozpryskowy. Już samo „dź” z „dzień dobry” mogło zabić bardziej wrażliwych słuchaczy. Ale ja i tak byłem trochę nie-żywy.

– Dzień dobry, panie Tomaszu. Rozmawiałem z wieloma osobami i tylko kobiety zgadzają się z panem, że ja umiem brać na siebie odpowiedzialność wyłącznie za osoby nieodpowiedzialne. Co pan na to? Musimy się spotkać.

– Cześć – zaczął nosowy bas Maćka, dziecinny, bo trochę sepleniący. – Może byśmy razem zrobili coś bardzo przyjemnego?

– Dzień dobry, nazywam się Katarzyna i chcę, żeby pan mi powiedział, jaka jestem.

– Cześć, Tomek. Tu Bartek. Zrób coś. – Bartek miał szesnaście lat, ciemne oczy, wiśniowe rumieńce oraz matkę, którą znałem i która mnie lubiła, chociaż czasami miałem wrażenie, że w każdej chwili mogłaby mnie rozszarpać.

– Cześć. To ja. Może wolisz, żebym w ogóle nie dzwoniła? Chciałam się dowiedzieć, jak się czujesz i czy się spotkamy.

– Dzień dobry, tu Andrzej Sieklucki, chciałem się umówić na trening przed wywiadem dla prasy.

– Cześć, tu Gabriel – rozległ się wreszcie głos, lekko drżący jak na mężczyznę, ale bardzo przyjemny, aksamitno-migdałowy. – Chcę cię pozdrowić, Tomku, i przypomnieć, że pojutrze odbędzie się chrzest ewidentnie najsłodszego na świecie niemowlaka. No i chcę też zapytać, czy jakoś konspi-rujemy.

Chodziło oczywiście o najsłodszą konspirację świata. Nie wiedziałem, jak Gabriel chciał ją pogodzić z istnieniem najsłodszego na świecie niemowlaka. Ale związki Gabriela z życiem były zawsze bardzo problematyczne. Jakoś strasznie trudno było uwierzyć, że spłodził dziecko. Łatwiej już uznać, że to spirala albo globulka rozwinęła się w samoistny organizm.

Słuchanie wiadomości jest czymś takim jak piłowanie drzewa. Spociłem się porządnie, a potem już miałem wybrać Gabriela, kiedy jednak zdecydowałem się zadzwonić do Maćka. Być może nie było to do końca zgodne z rachunkiem ekonomicznym. Maciek, mimo że miał kasę, zawsze starał się być częstowany. Ale z drugiej strony, Maciek znał nieprawdopodobną ilość dilerów. Był wielkim, chodzącym zabezpieczeniem przed dilerską nieuchwytnością. Dilerzy w ogóle są dosyć nieuchwytni. Muszą być trudni do osiągnięcia, bo to zapewnia im bezpieczeństwo. Wiedzą, że klient i tak do nich dotrze, bo klientowi bardziej zależy niż policji czy jakiejś konkurencji. Ale od czasu do czasu diler robi się nieosiągalny nawet dla najbardziej zaufanych klientów. Zapada się wtedy we własny, zupełnie osobisty świat, skomponowany z takich elementów, jak aresztowania, okaleczenia, interwencje mamy, kokainowe orgie kończące się samobójstwem lub morderstwem. I wiele innych sytuacji, które dla nas objawiają się jednym krótkim tekstem: – Cześć, to ja. Nagraj się po sygnale.

Wystukałem numer. Po dłuższej chwili rozległo się zaspane „Halo?” Maćka.

– Cześć, to ja – zacząłem rześko. – To ja, twój zegar biologiczny. – Pragnąłem wywołać mu mró-weczki wzdłuż kręgosłupa, ale mówiąc to, sam je poczułem, i to tak, że musiałem kucnąć, nagi, ze słuchawką, na dywanie.

– No tak – zamruczał Maciek. – O tej porze tylko ty możesz dzwonić.

– Zrób coś.

– Dobra, tylko, wiesz, jakoś nie mam teraz kasy, bo remont…

– Ale ja mam – uciąłem. Maciek zaczął remontować mieszkanie rok temu. I przez cały rok nie mógł skończyć tej roboty. Przyczyny prawdopodobnie były dwie. Po pierwsze, monotonne pokrywanie tej samej ściany kolejnymi warstwami tej samej farby musiało mu potęgować przyjemność, dlatego przedłużał malowanie jak mógł. Po drugie, z Maćkiem było tak, że wszystko natychmiast mu się psuło. Telewizor, wiertarka, wieża, nawet dziadek do orzechów. Niedawno już drugi telewizor z rzędu, po kilku dniach normalnego funkcjonowania, zaczął odbierać z całej kablówki wyłącznie program arabski, pokazujący przez dwadzieścia cztery godziny na dobę spikerkę, która praktycznie była samym tylko makijażem. Maciek nawet kiedyś wynajął specjalistę od spraw pozaziemskich, żeby sprawdził, skąd się bierze takie przekleństwo. Specjalista wykrył, że Maciek miał bardzo złośliwego dziadka, który po śmierci został zmuszony do pokutowania w sprzętach otaczających wnuka. Nie było w tym zresztą nic dziwnego, bo inteligentne sprzęty elektroniczne – tak twierdził specjalista – funkcjonują tylko dzięki duchom, inaczej nie byłyby inteligentne i obdarzone nadprzyrodzonymi mocami, takimi jak na przykład natychmiastowe przekazywanie informacji na odległość. A w przypadku Maćka tak się złożyło, że jego dziadek był złośliwy i psuł to, czym miał zawiadywać. Maciek z początku nie chciał uwierzyć w to wyjaśnienie, ponieważ dziadek, który zresztą naprawdę umarł, nie był nigdy specjalnie złośliwy. Ale takie wydarzenie jak śmierć mogło mu zmienić charakter.

Tak czy inaczej, nieustający remont i konieczność ciągłego kupowania nowych sprzętów były dobrym wykrętem, żeby nie płacić za przyjemność. Wykrętem, bo Maciek tak naprawdę miał zawsze dosyć pieniędzy. Jego ojciec był prezesem wielkiej firmy budowlanej. Kiedy willa, w której mieszkał, przestała być godna takiego prezesa, przeprowadził się do innej, a starą zostawił synowi. Maciek podzielił willę na dwie części: mniejszą, mieszkalną, a właściwie niemieszkalną, w której trwał nieustający remont, oraz większą, produkcyjną, czyli studio.