Opis

„Archipelag w płomieniach” (inna wersja tytułu polskiego przekładu to „Archipelag w ogniu”) - powieść Juliusza Verne'a z cyklu „Niezwykłe podróże”. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej. Version bilingue: polonaise et française. „Archipelag...”

Hector Servadac, Francuz pochodzący z Saint-Trelody w departamencie Żyronda, to bohater tytułowy i główny. Akcja rozpoczyna się pod koniec grudnia. Wtedy to kapitan i ordynans dostrzegają dziwne zjawiska, takie jak zmiana miejsc wschodu i zachodu słońca, zmniejszone przyciąganie, skrócenie długości dnia, spadek temperatury wrzenia itp. Wizja lokalna prowadzi kapitana do jednego wniosku: nieznany kataklizm spowodował, że podległy jego władzy teren stał się wyspą, a Ziemia została wytrącona ze swej orbity... (http://pl.wikipedia.org/wiki/Hector_Servadac)

Il s'agit d'un roman tout à fait fantaisiste où l'auteur extrapole à partir d'une hypothèse la rencontre de la Terre avec une comète, les conséquences à la fois les plus inattendues et les plus rigoureusement logiques de la situation créée.

C'est l'un des ouvrages les plus drôles et hallucinés de Jules Verne. Les "Galliens" (Terriens temporairement expatriés sur la comète Gallia, nom donné par son inventeur, le Professeur Palmyrin Rosette) subissent une diminution de l'attraction terrestre, voient un satellite s'accrocher à leur planète ou encore les journées raccourcir (de 24 à 6 heures), les années se modifier, le calendrier "gallien" supplanter le grégorien, etc.

En raison des hypothèses astronomiques qu'il suppose connues, ce roman est davantage destiné à un public adulte, même si les morceaux de bravoure des deux héros, le capitaine et son ordonnance, bondissant à cause de la légèreté de leurs montures à travers les paysages de Gallia, donnent un ton léger au récit et abordable pour un lectorat plus jeune. Hector Servadac et quelques autres terriens, dont le professeur Palmyrin Rosette, se retrouvent sur une comète qui vient d'effleurer la Terre, cueillant au passage quelques habitants, un peu d'atmosphère et de l'eau. Ils entreprennent alors un long voyage de deux ans dans le système solaire... (http://fr.wikipedia.org/wiki/Hector_Servadac)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1054

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Jules Verne

Hektor Servadac. Przygody w podróży po światach słonecznych. Hector Servadac. Voyages et aventures à travers le monde solaire.

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française

Przekład anonimowy

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Paul Dominique Philippoteaux (1846–1923), Ilustracja powieści Juliusza Verne'a "Hektor Servadac. Przygody w podróży po światach słonecznych" (1877),

(licencjapublic domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:'Off_on_a_Comet'_by_Paul_Philippoteaux_106.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Tekst na podstawie edycji: polskiej: Juliusz Verne, Hektor Servadac. Przygody w podróży po światach słonecznych., Księgarnia Polska, Lwów 1878, francuskiej: Jules Verne, Hector Servadac. Voyages et aventures à travers le monde solaire, Pierre-Jules Hetzel, Paris 1877

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

ISBN

Hektor Servadac. Przygody w podróży po światach słonecznych

CZĘŚĆ PIERWSZA. 

Rozdział I. Hrabia: „Oto moja karta.” – kapitan: „Oto moja.”

– Nie, kapitanie, nie mam usposobienia ustąpić panu miejsca! 

– Ubolewam nad tem, panie hrabio, ale usposobienie pana nie zmieni mojego. 

– Czy tak? 

– Tak. 

– Muszę jednak zrobić panu uwagę, że pod względem daty jestem niezaprzeczenie starszy! 

– A ja odpowiem, że w podobnej materyi starszeństwo nie może nadawać żadnego prawa. 

– Potrafię zmusić pana do ustąpienia mi, panie kapitanie. 

– Nie zdaje mi się, panie hrabio. 

– Sądzę, że szpada... 

– Ani nawet pistolet... 

– Oto moja karta! 

– Oto moja! 

Po tych słowach, które sypały się jak ciosy przy fechtunku, dwie karty wizytowe zostały wymienione między dwoma przeciwnikami. 

– Na jednej było wypisane: 

HEKTOR SERVADAC.

kapitan sztabu głównego.

Mostaganem.

Na drugiej: 

 HRABIA WASILI TIMASZEW. 

 Na pokładzie galioty Dobryna.

 W chwili rozstawania się zapytał hrabia: 

– Gdzie moi świadkowie znajdą świadków pana? 

– Dziś o godzinie drugiej, jeżeli pan życzy sobie – odrzekł Hektor Servadac – w sztabie głównym. 

– W Mostaganem? 

– W Mostaganem. 

To wyrzekłszy, kapitan Servadac i hrabia Timaszew, grzecznie się sobie ukłonili. 

Ale w chwili gdy mieli już rozstać się, hrabia zrobił jeszcze jedną uwagę. 

– Kapitanie – powiedział – sądzę że wypada zachować w tajemnicy prawdziwą przyczynę naszego pojedynku. 

– I ja jestem tego zdania – odrzekł kapitan. 

– Żadne nazwisko nie będzie wymienione 

– Żadne. 

– W takim razie powód? 

– Powód. Spór muzyczny, jeżeli pan chcesz. 

– Doskonale – odrzekł hrabia – Ja trzymałem za Wagnerem – co w samej rzeczy leży w mojem przekonaniu. 

– A ja za Rossinim – znowu leży w mojem – odrzekł uśmiechając się kapitan Servadac. 

Potem hrabia i oficer sztabu głównego, raz jeszcze ukłoniwszy się sobie, rozeszli się ostatecznie. 

Ta scena wyzwania odbyła się koło południa, na krańcu małego przylądka algierskiego wybrzeża między Tenez a Mostaganem, w odległości około trzech kilometrów od ujścia Chelifu. Przylądek ten wznosi się nad wodą na jakie dwadzieścia metrów, a błękitne wody morza Śródziemnego omywają jego stopy i skały nadbrzeżne, poczerwieniałe od niedokwasu żelaza. Było to 31 grudnia. Słońce, zwykle ukośnemi swemi promieniami złocące wszystkie wyniosłości wybrzeża, w tej chwili osłonięte było gęstą zasłoną chmur. Oprócz tego mgła zalegała morze i ląd. Mgła ta, z niewyjaśnionych powodów osłaniająca kulę ziemską od dwóch przeszło miesięcy, utrudniała komunikacyę między rozmaitemi miejscowościami. Ale na to nie było rady. 

Hrabia Wasili Timaszew, rozstawszy się z oficerem sztabu głównego, poszedł ku łodzi o czterech wioślarzach, czekającej na niego w małej zatoce przy brzegu. Jak tylko usiadł w niej, lekki statek odbił od brzegu, zmierzając ku galiocie, która ze zwiniętymi żaglami czekała w odległości kilku węzłów. 

Co do kapitana Servadac, ten skinieniem przywołał żołnierza, stojącego o dwadzieścia kroków. Żołnierz, trzymający pysznego arabskiego rumaka, przybliżył się, nie wyrzekłszy ani słowa. Kapitan Servadac zręcznie wskoczył na siodło i zwrócił się ku Mostaganem, wraz z ordynansem, jadącym za nim na koniu nie mniej bystrym. 

Było pół do pierwszej, gdy dwaj jezdcy przejechali Chelif po moście niedawno zbudowanym. Uderzyło trzy kwandranse na drugą w chwili, gdy konie ich, białą pianą pokryte, wpadły w bramę Mascara, jedną z pięciu wejść do opasanego murem miasta. 

W owym roku Mostaganem liczył około piętnastu tysięcy mieszkańców, w tej liczbie trzy tysiące Francuzów. Zawsze była to jeszcze stolica wojskowej poddywizyi. Wyrabiały się tam jeszcze smaczne ciasta, cenne tkaniny, wyszywane płachty i przedmioty z wyciskanej skóry. Ztamtąd wywoziło się do Francyi zboże, bawełna, wełna, bydło, figi, rodzynki. Ale w owej epoce napróżno szukałby kto śladów dawnej przystani, w której niegdyś statki nie mogły utrzymać się przy wietrze zachodnim, lub północno-zachodnim. Mostaganem posiadał obecnie port dobrze osłonięty, pozwalający korzystać ze wszystkich bogatych produktów Miny i Chelifu górnego. 

Dzięki właśnie owemu bezpiecznemu schronieniu galiota, Dobryna zamierzyła przezimować w tem miejscu, gdzie brzegi same nie przedstawiają żadnej osłony. Tam też od dwóch miesięcy widzieć można było powiewającą jej banderę, a na wielkim maszcie chorągiewkę francuskiego yacht-klubu z literami M. C. W. T. 

Jak tylko wjechali w obręb miasta, kapitan Servadac zwrócił ku dzielnicy wojskowej Matmore. Tam wkrótce spotkał batalionowego dowódcę 2go pułku strzelców i kapitana 8go pułku artyleryi, – dwóch kolegów, na których mógł liczyć. 

Oficerowie ci z powagą wysłuchali żądania Hektora Servadac, by służyć mu za sekundantów w przyszłej rozprawie, ale nie mogli nie uśmiechnąć się lekko, gdy przytoczył im jako powód spotkania prosty spór muzykalny z hrabią Timaszewem. 

– Może to da się ułożyć? zauważył oficer od strzelców. 

– Nie trzeba nawet próbować, odrzekł Hektor Servadac. 

– Jakie niewinne ustępstwa ... dorzucił kapitan artyleryi. 

– Żadne ustępstwo nie jest możebnem między Wagnerem a Rossinim, odpowiedział z powagą oficer głównego sztabu. Albo jeden, albo drugi. Zresztą Rossini jest obrażony w tej sprawie. Ten szalony Wagner popisał o nim niedorzeczności; chcę pomścić się za Rossiniego. 

– Zresztą, rzekł oficer od strzelców, pchnięcie szpadą nie zawsze bywa śmiertelne. 

– Zwłaszcza jeżeli kto jest tak mocno zdecydowany jak ja, do nie otrzymania go, od rzekł kapitan Servadac. 

Po tej odpowiedzi nie pozostawało dwom oficerom jak tylko udać się do sztabu głównego, gdzie punkt o drugiej mieli spotkać świadków hrabiego. 

Niech nam tu wolno będzie dodać, że ani dowódca strzelców, ani kapitan artyleryj wcale nie byli wprowadzeni w błąd słowami swego kolegi jaki był istotny powód tego, że uciekał się on do broni? Być może, iż domyślali się, ale nie mogli nic lepszego zrobić, jak tylko przyjąć pretekst, który podobało się kapitanowi Servadac podać im. 

We dwie godziny potem powrócili, porozumiawszy się z sekundantami hrabiego i ułożywszy warunki pojedynku. Hrabia Timaszew zgodził się na szpady. 

Dwaj przeciwnicy mieli spotkać się nazajutrz,1go stycznia, o godzinie dziewiątej rano na wybrzeżu o trzy kilometry od ujścia Chelifu. 

– A więc do jutra, godzina dziewiąta! rzekł oficer od strzelców. 

– Najpunktualniej! odpowiedział Hektor Servadac. 

Następnie dwaj oficerowie szczerze uścisnęli rękę przyjaciela i powrócili do kawiarni Zulma grać w pikietę. 

Kapitan Servadac bezzwłocznie opuścił miasto. 

Od kilkunastu dni Hektor Servadac nie mieszkał już w lokalu swoim przy Placu Broni. Mając poleconą sobie robotę topograficzną, osiedlił się w gurbi na wybrzeżu Mostaganem, w odległości ośmiu kilometrów od Chelifu, a jedynym jego towarzyszem był ordynans. Nie bardzo to było wesoło i kto inny na miejscu kapitana głównego sztabu, poczytałby wygnanie swoje na to niemiłe stanowisko za pokutę. 

Poszedł tedy drogą ku gurbi, dobierając rymy i usiłując dopasować wyrazy jedne do drugich w formie nieco zastarzałej tak zwanego ronda. Owo zamierzone rondo – nie ma co ukrywać – było wystosowane do pewnej młodej wdowy, którą miał nadzieję poślubić; starał się zaś dowieść w niem, że kto ma szczęście kochania osoby tak zasługującej na wszelki szacunek, ten powinien kochać „najprościej w świecie.” Zresztą czy aforyzm ten był prawdziwy, czy nie, to najmniej obchodziło kapitana Servadac, który rymował poniekąd byle rymować. 

– Tak, tak! pomrukiwał, podczas gdy ordynans kłusował w milczeniu obok niego, rondo, dobrze obmyślane, zawsze sprawia efekt! Na algierskiem wybrzeżu ronda są rzadkością; trzeba więc spodziewać się, że moje będzie najlepiej przyjęte! 

I poeta – kapitan tak zaczął: 

Jeśli się prawdziwie kocha, 

To jak najprościej... 

Tak jest! najprościej, to jest uczciwie i w widokach małżeństwa, to pewnik!... Do licha! to nie rymuje! Niedogodne to rymy na „ocha.” Dziwny miałem pomysł wstawiania ich do rondu! Hej Ben-Zuf! 

Tak się nazywał ordynans kapitana. 

– Jestem panie kapitanie, odrzekł Ben-Zuf. 

– Czyś pisał kiedy wiersze? 

– Nie, panie kapitanie, ale widziałem jak się to robi. 

– Któż to robił? 

– Asystent w budzie kobiety jasnowidzącej, pewnego wieczora podczas zabawy na Montmartre. 

I zapamiętałeś te wiersze asystenta? 

– A oto one panie kapitanie: 

Wejdźcie! tu uroku szczyt! 

A wyjdziecie zachwyceni; 

Poznacie miłości spryt 

Która ziemię w raj zamieni! 

– Do licha! ależ to szkaradne, te twoje wiersze! 

– Bo nie obwinięte dokoła cukierka, panie kapitanie! Gdyby nie to, byłyby warte tyle co każde inne. 

Milcz, Ben-Zuf! zawołał Hektor Servadac. Milcz! mam nakoniec trzeci i czwarty rym! 

Jeśli się poprawdzie kocha, 

To jak najprościej... 

Przysięgom ufaj trocha, 

A bardzo miłości. 

Ale wszystkie poetyczne u siłowania kapitana Servadac nie mogły doprowadzić go dalej, i gdy o godzinie szóstej powrócił do gurbi, miał tylko ten czterowiersz gotowy. 

Rozdział II. W którem podaje się fizyczna i moralna fotografia kapitana Servadac i jego ordynansa Ben-Zuf. 

Owego roku i pod tą datą, można było czytać w spisach stanu służby ministerstwa wojny: 

„Servadac (Hektor) urodzony 19 lipca 18... r. w Saint-Trélody, w kantonie i okręgu Lespare w departamencie Girondy. 

Majątek: Tysiąc dwieście franków renty. 

Czas trwania służby: 14 lat, 3 miesiące, 5 dni. 

Szczegóły służby i kampanii: Szkoła St. Cyr. 2 lata. Szkoła aplikacyi: 2 lata. W pułku 87 liniowym: 2 lata. W pułku 3im strzelców: 2 lata. Algier 7 lat. Kampania w Sudanie. Kampania w Japonii. 

Stanowisko: kapitan sztabu głównego w Mostaganem. 

Dekoracye: kawaler legii honorowej od dnia 13 marca 18... r. 

Hektor Servadac miał trzydzieści lat. Sierota, bez rodziny, prawie bez majątku, nie żądny sławy, ani pieniędzy, cokolwiek szalona pałka, pełen zdrowego naturalnego rozsądku, zawsze gotów do ataku i obrony, serca szlachetnego, odwagi wypróbowanej, widocznie protegowany przez bóstwo bitew, któremu nie szczędził kłopotów, nie uparty jak na dziecko, które w ciągu dwudziestu miesięcy karmiła dorodna wieśniaczka z Medoc, prawdziwy potomek tych bohaterów, którzy kwitnęli w czasach rycerskich – takim był pod względem moralnym kapitan Servadac, jeden z tych miłych ludzi, których natura zdaje się przeznaczać do rzeczy nadzwyczajnych i których opiekunkami w kolebce jeszcze były boginie przygód i powodzenia. 

Pod względem fizycznym Hektor Servadac był bardzo miłym oficerem: pięć stóp sześć cali, wysmukły, zgrabny, włosy czarne kędzierzawe z natury, wąs pięknie podkręcony, oczy szafirowe, spojrzenie otwarte, słowem stworzony na to by się podobać i można powiedzieć podobający się, chociaż nie mający takiej miny by się tego domyślał. 

Przyznać trzeba, że kapitan Servadac – co zresztą sam on chętnie przyznawał – nie był nad miarę uczonym. „My nie świętujemy” zwykli mówić oficerowie artyleryi, chcąc tem wyrazić, że nie narzekają nigdy na robotę. Hektor Servadac chętnie „świętował” będąc z natury o tyle próżniakiem, o ile lichym poetą; ale przy łatwości obejmowania wszystkiego i przyswajania sobie, zdołał wyjść ze szkoły z dobrym stopniem i wstąpić do głównego sztabu. Zresztą dobrze rysował i doskonale jeździł konno. Stan służby jego wskazywał, że kilkakrotnie był wymieniany w rozkazie dziennym i z wszelką słusznością. 

Przytaczano o nim rys następny: 

Pewnego dnia prowadził przykopem kompanię strzelców pieszych. W pewnem miejscu grzbiet wału ochronnego, podziurawiony pociskami, osunął się i niemiał już dostatecznej wysokości dla osłaniania żołnierzy od świszczących granatów. Ci zawahali się. Natenczas kapitan Servadac wszedł na wał, potem położywszy się w wyłomie, który ciało jego całkiem zapełniało, powiedział: 

– Teraz przechodźcie. 

I kompania przeszła wśród gradu kul, z których żadna niedosięgła oficera sztabu głównego. 

Od czasu wyjścia ze szkoły aplikacyjnej, z wyjątkiem dwóch kampanii (Sudan i Japonia), Hektor Servadac ciągle był przykomenderowany w Algierze. W obecnej chwili pełnił obowiązki oficera sztabu głównego w poddywizyi Mostaganem. Mając sobie specyalnie powierzone roboty topograficzne w miejscowości między Tenez a ujściem Chelifu, mieszkał w gurbi, zaledwie go osłaniającej. Ale nie był człowiekiem, któregoby to niepokoiło. Lubił żyć na otwartem powietrzu, z całym zapasem swobody, jaką tylko oficer posiadać może. To krocząc piechotą po piaskach nadbrzeżnych, to konno przebiegając miejscowość, nie przyspieszał on nad miarę pracy, którą mu powierzono. 

Życie takie, na pół niezależne, podobało się mu. Zresztą zajęcia jego nie pochłaniały mu do takiego stopnia czasu, by dwa, trzy razy na tydzień nie wsiadł na kolej żelazną i nie figurował czy to na przyjęciu u generała w Oranie, czy na zabawach u gubernatora w Algierze. 

Podczas jednej właśnie z takich zabaw ukazała mu się pani L..., dla której przeznaczone było owo sławne rondo, którego tylko pierwsze cztery wiersze zrodziły się. Była to wdowa po pułkowniku, kobieta młoda, bardzo piękna, nader skromna, nawet nieco wyniosła, nie zwracająca, albo nie chcąca zwracać uwagi na nadskakiwania, których była przedmiotem. To też kapitan Servadac nie ośmielał się jeszcze oświadczać. Wiedział że ma rywalów, a między innymi, jak widzieliśmy, hrabiego Timaszewa. Ta to właśnie rywalizacya podała w rękę broń obu przeciwnikom, gdy tymczasem wdowa bynajmniej tego nie podejrzywała. Zresztą, jak wiadomo, nazwisko jej, przez wszystkich szanowane, nie było nawet wymienione. 

Z kapitanem Hektorem Servadac mieszkał w gurbi ordynans jego Ben-Zuf. 

Ten Ben-Zuf duszą i ciałem oddany był oficerowi, którego miał honor „czyścić”. Między obowiązkami adjutanta generał-gubernatora Algieru a ordynansa kapitana Servadac Ben-Zuf nie wahałby się ani chwili. Ale jeżeli nie miał żadnej ambicyi osobistej w tem, co go samego dotyczyło, inaczej rzecz się miała z jego oficerem i co rana rozpatrywał, czy w nocy nie wyrosło cokolwiek szpinaku na lewem ramieniu munduru kapitana sztabu głównego. [Francuscy wyżsi oficerowie, noszą szlify ze złotymi frendzlami, zwykle nazywanemi graines d’epinard. - przyp. P. T.] 

Owo nazwisko Ben-Zuf pozwoliłoby przypuszczać, że dzielny żołnierz był algierskim krajowcem. Bynajmniej. Było to tylko przezwisko. A teraz, dlaczego tego ordynansa nazywano Zuf, kiedy miał imię Wawrzyniec? dlaczego Ben, kiedy był z Paryża, a nawet z Montmatre? Jestto jedna z tych anomalii, których najuczeńsi etymologowie wyjaśnić nie zdołają. 

Owoż Ben-Zuf nie tylko był z Montmartre, ale i urodził się na wzgórzu tego nazwiska: ujrzawszy światło dzienne między wieżą Solferino a młynem Galette. Owóż kto ma szczęście urodzić się w warunkach tak wyjątkowych, ten naturalnie uczuwa dla swego wzgórza rodzinnego uwielbienie bez zastrzeżeń i nie widzi nic wspanialszego pod słońcem. To też w oczach ordynansa jedno tylko Montmartre było górą na seryo w całym świecie, a dzielnicę tego nazwiska poczytywał on za skład wszystkich cudów kuli ziemskiej. Ben-Zuf podróżował. Powiadał on, że nie widział nigdy w żadnym kraju góry takiej jak Montmartre; widział może większe, ale nie zawodnie mniej urozmaicone. Bo czyż w samej rzeczy nie ma Montmartre kościoła, który wart tyle co katedra w Burgos, kamieniołomów, nie ustępujących bynajmniej kamieniołomom Penteliku, wodozbioru, którego pozazdrościłoby morze Śródziemne, młyna, który nie poprzestając na mieleniu mąki pospolitej, wyrabia jeszcze sławne placki, wieży Solferino, trzymającej się prościej, aniżeli wieża w Pizie, szczątków lasu, który był najdoskonalej dziewiczym przed inwazyą Celtów, i nakoniec góry, prawdziwej góry, której tylko zazdrośnicy ośmielili się nadać upokarzającą nazwę „pagórka?” Prędzej porąbanoby Ben-Zufa w kawałki, aniżeliby zniewolono do wyznania, że góra ta nie miała pięciu tysięcy metrów wysokości. 

Gdzież można spotkać na całym świecie tyle cudów, zebranych w jednym punkcie? 

– Nigdzie! odpowiadał Ben-Zuf każdemu, kto usiłował utrzymywać, że zdanie jego było trochę przesadne. 

Zresztą była to manja niewinna! W każdym razie Ben-Zuf miał jedno tylko życzenie: powrócić na Montmartre do swego wzgórza i zakończyć żywot tam gdzie zaczął – rozumie się ze swoim kapitanem. To też Hektor Servadac miał ciągle uszy nabite niezrównanemi pięknościami nagromadzonemi w XVIlI okręgu Paryża i począł uczuwać wstręt do nich. 

Jednak Ben-Zuf nie tracił nadziei, że nawróci swego kapitana – postanowiwszy zresztą nigdy go nie opuszczać. Czas służby jego skończył się. Już nawet miał dwie kapitulacye i miał wystąpić z wojska w dwudziestym ósmym roku, prostym strzelcem konnym pierwszej klasy 8go pułku, gdy podniesiony został do godności ordynansa Hektora Servadac. Odbył kampanię ze swoim oficerem. Bił się przy jego boku w wielu potyczkach i nawet tak odważnie, iż przedstawiony był do krzyża; ale go nie przyjął, ażeby pozostać ordynansem swego kapitana Jeżeli Hektor Servadac uratował Ben-Zufowi życie w Japonii, to Ben Zuf odwdzięczył mu tem samem w Sudanie. Są to rzeczy, o których się nie zapomina. 

Koniec końcem, oto dla czego Ben-Zuf oddawał na usługi kapitana głównego sztabu dwie ręce „na twardo zahartowane”, jak się wyrażają w języku metalurgicznym: zdrowie żelazne, oswojone ze wszystkimi klimatami, krzepkość fizyczną, która dałaby mu prawo nazywania się „przedmurzem Mont-martre” i nakoniec serce i poświęcenie na wszystko gotowe. 

Dodać trzeba, że jeżeli Ben-Zuf nie był „poetą”. tak jak jego kapitan, to mógł uchodzić przynajmniej za żywą encyklopedyę dowcipów i kalamburów żołnierskich. Pod tym względem mógł pouczyć niejednego, a bystra pamięć tuzinami poddawała mu koncepta. 

Kapitan Servadac znał się na wartości tego człowieka. Przepuszczał mu wiele wybryków, które zresztą niczem nie naruszony dobry humor ordynansa czynił znośnymi, a przy sposobności umiał mu powiedzieć coś takiego, co jeszcze bardziej zespolało służącego z panem. 

Razu pewnego, naprzykład, gdy Ben-Zuf, dosiadłszy swego fantastycznego konika, kłusował „moralnie” po XVIII. okręgu, kapitan powiedział mu: 

– Wiesz, Ben-Zuf, że jedno z drugiem gdyby wzgórze Mont-martre było tylko o cztery tysiące siedmset pięć metrów wyższe, to byłoby tak wysokie jak Mont Blanc! 

Przy tej uwadze oczy Ben-Zufa mignęły jak błyskawice i od tej chwili jego wzgórze i jego kapitan zespoliły mu się w sercu. 

Rozdział III. W którym zobaczymy jak praktyczne natchnienie kapitana Servadac przerwane jest niespodzianem wstrząśnieniem.

Gurbi jest to nic więcej jak drewniana buda, pokryta słomą, którą krajowcy nazywają „driss”. 

Jestto cokolwiek więcej jak namiot koczowniczych Arabów, ale nierównie mniej, aniżeli pomieszkanie zbudowane z kamieni, lub cegły. 

Gurbi zamieszkałe przez kapitana Servadac było właściwie nie więcej jak szałasem i nie wystarczyłoby na potrzeby swych gości, gdyby nie przylegało do dawniejszego posterunku, zbudowanego z kamienia, gdzie mieścił się Ben-Zuf i dwa konie. Posterunek ten był przedtem zajęty przez oddział inżynierów, i zawierał pewną ilość narzędzi takich, jak łopaty, kilofy, tyki i t. d. 

Wprawdzie komfort pozostawiał tu wiele do życzenia, ale był to obóz tymczasowy. Zresztą ani kapitan, ani jego ordynans nie przebierali w pożywieniu i lokalu. 

– Cokowiek filozofii i dobry żołądek, powtarzał Hektor Servadac, a dobrze będzie wszędzie. 

Owoż fiiozofia, to jak kieszonkowa moneta u Gaskończyka, ma on ją zawsze w swym worku, a co do żołądka, to wszystka woda Garonny mogła przepłynąć przez niego nie zaspokoiwszy ani na chwilę. 

Co do Ben-Zufa, to przypuściwszy przesiedlanie się dusz, musiał on być strusiem za poprzedniego istnienia; zachował bowiem jego fenomenalne wnętrzności o potężnym soku gastrycznym, który trawi krzemienie jak mięso kurcząt. 

Należy zauważyć, że gospodarze w gurbi zaopatrzeni byli w żywność na miesiąc, że w cysternie mieli wodę do picia w obfitości, że furaż zapełniał strych stajni i że oprócz tego część płaszczyzny między Tenez i Mostaganem, szczególnie urodzajna, może współzawodniczyć z bogatemi polami Mitydży. Zwierzyna nie była tam rzadką; oficerowi zaś sztabu głównego nie jest wzbronione mieć z sobą strzelbę myśliwską podczas wycieczek, jeżeli tylko nie zapomniał mierniczych swoich przyborów. 

Kapitan Servadac, powróciwszy do gurbi, zjadł obiad z apetytem wielce zaostrzonym przejażdżką. Ben-Zuf umiał bardzo dobrze gotować. Z nim nie było co obawiać się mdłych preparatów. Solił on, pieprzył i dolewał octu po militarnemu. Ale, jak powiedziano, miał do czynienia z dwoma żołądkami, nie dbającymi o największe zaostrzenie przyprawy i niedostępnymi dla gastralgii. 

Po obiedzie, podczas gdy ordynans skrzętnie chował resztki jadła w tem, co nazywał swoją „szafą żołądkową,” kapitan Servadac wyszedł z gurbi na wybrzeże z cygarem. 

Noc poczynała zapadać. Słońce znikło przeszło od godziny po za gęstemi chmurami, za horyzontem, który równina przecinała po za Chelifem. Niebo przedstawiało wówczas widok szczególny, na któryby nie bez pewnego zdziwienia spoglądał każden spostrzegacz fenomenów kosmicznych. W samej rzeczy od północy, pomimo że ciemność była już dość głęboka, by ograniczyć doniosłość wzroku na promień półkilometrowy, pewien rodzaj czerwonawego światła zabarwiał wyższe pokłady mgły w atmosferze. Nie było widać ani wycięć regularnych ani promieniowania światła od jakiegokolwiek jaśniejącego punktu. Nic zatem nie zapowiadało ukazania się jakiej zorzy północnej, której świetność zresztą rozpościerała się tylko na przestrzeniach nieba wzniesionych na wyższą szerokość. Trudno by zatem było meteorologiście powiedzieć jakiemu fenomenowi zawdzięczać należy tę pyszną iluminacyę ostatniej nocy roku. 

Ale kapitan Servadac nie był meteorologiem. Od wyjścia ze szkół, można powiedzieć, iż nigdy nie wtykał nosa w kurs kosmografii. Zresztą tego wieczora czuł się mało usposobionym do obserwania sfery niebieskiej. Przechadzał się, palił cygaro. Czy myślał o tem spotkaniu, które na drugi dzień rano miało go postawić oko w oko z hrabią Timaszewem? W każdym razie jeżeli myśl ta przelatywała mu czasami przez głowę, to nie oburzała go więcej, aniżeli wypadało na hrabiego. Przyznać trzeba, że dwaj przeciwnicy nie czuli ku sobie nienawiści, chociaż byli rywalami. Chodziło poprostu o wyrównanie sytuacyi, w której jeden z nich był zanadto. To też Hektor Servadac poczytywał hrabiego Timaszewa za człowieka bardzo porządnego, a hrabia ze swojej strony miał wielki szacunek dla oficera. 

O godzinie ósmej wieczorem kapitan Servadac wszedł do jedynego pokoju w gurbi, gdzie znajdowało się jego łóżko, niewielki stolik do rysunku i kilka pak, służących za szafy. Kuchenną czynność wykonywał ordynans nie w gurbi, ale w sąsiednim posterunku i tam też sypiał na ławie, jak się wyrażał, z „rdzennego dębu”. Nie przeszkadzało mu to jednak spać dwanaście godzin z rzędu. Pod tym względem niewieluby ustąpił. 

Kapitan Servadac, nie bardzo sennością naglony, usiadł przy stole, na którym porozkładane były rozmaite instrumenta. Machinalnie wziął w rękę ołówek czerwony i szafirowy, a w drugą cyrkiel. Potem na kalkowym papierze począł kreślić linie kolorowe i nierówne, w niczem nie przypominające surowego rysunku topograficznego. 

Przez ten czas Ben-Zuf, który nie otrzymał jeszcze rozkazu by szedł spać, wyciągnąwszy się w jednym kącie, próbował drzemać, co niełatwem było z powodu szczególnej niespokojności kapitana. 

Bo też nie oficer sztabu głównego, ale gaskoński poeta, siedział przy roboczym stole. Tak jest! Hektor Servadac wysilał się w najlepsze! Zawziął się on na owo rondo, wzywając natchnienia, które okrutnie prosić się kazało. Czy machał cyrklem by nadać swym wierszom miarę ściśle matematyczną? Czy kolorowego ołówka używał dla tego by bardziej urozmaicać buntownicze rymy? Tak możnaby przypuszczać. W każdym razie robota była mozolna. 

– Eh, do licha! –zawołał – dlaczego wybrałem tę formę czterowierszową, która zmusza do ściągania rymów jak żołnierzy uciekających podczas bitwy? Ale do wszystkich szatanów! będę walczył! nie będzie powiedziano, że oficer francuski cofnął się przed rymami. Utwór wierszowany, to jak batalion! Pierwsza kompania już wystąpiła!... Chciałem powiedzieć pierwszy czterowiersz – naprzód inne! 

Rymy tak naciskane, stawiły się nakoniec do apelu, bo następujące czerwone i niebieskie wiersze wydłużały się na papierze: 

Słów ułożonych w wykwintne zdania 

 Czyliż potrzeba: 

– Co tam u licha mruczy mój kapitan? – zapytał sam siebie Ben-Zuf, wijąc się w kącie. – Już godzinę kręci się jak kaczka w przeręblu. 

Hektor Servadac szybkiemi krokami wymierzał gurbi w całym zapale poetycznego natchnienia: 

I czy naprawdę droga gadania 

 Wiedzie do nieba? 

– Niezawodnie komponuje wiersze ! – powiedział znowu sam do siebie Ben-Zuf, wyciągając się w kącie. – A to hałaśliwe rzemiosło! Zasnąć nie można! 

I głucho mruknął. 

– Co ci jest, Ben-Zuf? – zapytał kapitan. 

– Nic, panie kapitanie. Coś mi się przyśniło. 

– Niech cię licho porwie! 

– Choćby zaraz –mruknął BenZuf, – byle to licho nie robiło wierszy. 

– Niedźwiedź ten popsuł mi natchnienie? – zawołał kapitan Servadac. – Ben-Zuf! 

– Jestem panie kapitanie! – odrzekł ordynans, – wstając i podnosząc jednę rękę do czoła, a drugą wyciągając wzdłuż spodni. 

– Nie ruszaj się, Ben-Zuf nie ruszaj się! Mam przynajmniej zakończenie ronda! 

I natchniony Hektor Servadac wygłosił z poetycznym ruchem: 

Zawierz mojej czułości! 

 ci przysięgam 

Być ci wiernym w miłości 

 Ażeby... 

Zaledwie ostatni ten wyraz został wymówiony, gdy kapitan i Ben-Zuf rzuceni zostali twarzami o ziemię z niesłychaną gwałtownością. 

Rozdział IV. Pozwalają czytelnikowi mnożyć w nieskończoność wykrzykniki i znaki zapytania.

Dlaczego w tej ostatniej chwili horyzont zmienił się tak dziwnie i nagle, że nawet wprawne oko marynarza nie zdołałoby rozróżnić linii, przy której niebo łączy się z wodą? 

Dlaczego morze wznosiło wtedy swe fale na wysokość! jakiej uczeni dotąd nie przypuszczali? 

Dlaczego przy trzasku pękającego gruntu dawał się słyszeć straszliwy huk, złożony z rozmaitych dźwięków, jak skrzypienie, spowodowane gwałtownem rozrywaniem się posad kuli ziemskiej, ryk wód rozbijających się w nienormalnych głębiach, świst powietrza jak podczas cyklonu? 

Dlaczego w przestrzeni ta niezwykła jasność, silniejsza aniżeli promieniowanie zorzy północnej, jasność, która zaległa firmament i na chwilę przyciemniła gwiazdy wszystkich wielkości? 

Dlaczego kotlina Śródziemnego morza, która zdawała się wypróżniać na chwilę, znowu zapełniała się wodą dziwnie rozszalałą? 

Dlaczego tarcza księżyca zdawała się zwiększać niepomiernie, jak gdyby w ciągu kilku minut to światło nocne przybliżyło się z odległości dziewięćdziesięciu sześciu tysięcy mil, na dziesięć tysięcy? 

Dlaczego wreszcie nowy sferoid ogromny, nieznany kosmografom, ukazał się na firmamencie, aby wkrótce zniknąć za gęstym pokładem chmur. 

Nakoniec jaki dziwny fenomen spowodował ten kataklizm, który tak głęboko wstrząsnął ziemią, morzem, niebem, całą przestrzenią? 

Kto to mógł objaśnić? i czy pozostał choć jeden z mieszkańców kuli ziemskiej, by odpowiedzieć na te pytania? 

Rozdział V. W którym jest mowa o niektórych zmianach w porządku fizycznym, chociaż niepodobna wskazać tego przyczyny.

Jednak zdawało się, że żadna zmiana nie zaszła w części wybrzeży algierskich, ograniczonych od zachodu prawym brzegiem Chelifu a od północy morzem Śródziemnem. Chociaż wstrząśnienie było bardzo gwałtownem, ani na tej żyznej równinie, która tylko może pogarbiła się gdzie niegdzie, ani na krętej linii brzegu, ani na morzu, które miotało się niepomiernie, nic nie wskazywało, aby jaka modyfikacya oddziałała na powierzchowność fizyczną. Kamienny posterunek, wyjąwszy muru, który w kilku miejscach popękał, oparł się należycie. Gurbi tylko spłaszczyło się jak domek z kart przy podmuchu dziecięcia, a dwaj jego mieszkańcy leżeli bez ruchu pod zwaloną chatą. 

Dopiero we dwie godziny po katastrofie kapitan Servadac przyszedł do przytomności. Zrazu trudno mu było zebrać myśli, ale pierwszemi wyrazami, które wymówił – nie zdziwi to nikogo – były ostatnie wyrazy owego sławnego ronda, tak nadzwyczajnie przerwanego: 

Być ci wiernym w miłości, 

 Ażeby... 

Potem dodał prędko: 

– A co to się stało? 

Na to pytanie trudno było odpowiedzieć. Więc podniosłszy rękę, począł rozgartywać słomę i wkrótce głowa jego ukazała się. 

Naprzód spojrzał do koła. 

– Gurbi zwaliło się! zawołał. Zapewne trąba powietrzna przechodziła wybrzeżem. 

Począł dotykać części własnego ciała: ani jednego stłuczenia, ani nawet zadraśnięcia. 

– Do licha! a mój ordynans! 

Wstał, potem krzyknął: 

– Ben-Zuf! 

Na głos kapitana Servadac druga głowa wysunęła się z pomiędzy słomy. 

– Jestem, panie kapitanie! – odrzekł Ben-Zuf – i stanął w militarnej pozycyi. 

– Czy masz jakie wyobrażenie o tem co się stało, Ben-Zuf? – zapytał kapitan. 

– Mam takie wyobrażenie, panie kapitanie, że bodaj czy nie dochodzimy do ostatniego etapu. 

– Ba! Trąba powietrzna, Ben-Zuf, prosta trąba. 

– Niech będzie trąba, – odparł filozoficznie ordynans. – Czy pan kapitan nic sobie nie stłukł partykularnie? 

– Nie. 

Po chwili oba wstali, usunęli słomę z gurbi, odszukali instrumenta, rzeczy, narzędzia i broń, prawie nietknięte, a oficer sztabu głównego zapytał: 

Która też godzina? 

– Najmniej ósma – odrzekł Ben-Zuf, spoglądając na słońce, znacznie podniesione nad horyzontem. 

– Ósma? 

– Najmniej, panie kapitanie. 

– Czy być może? 

– Tak jest – trzeba iść! 

– Iść? dokąd? 

– Na nasze spotkanie. 

– Jakie spotkanie? 

– Spotkanie z hrabią... 

– A, do licha! – zawołał kapitan – zapomniałem. 

A dobywszy zegarek – dodał: 

– Ale co ty mówisz, Ben-Zuf? oszalałeś! Jest zaledwie druga. 

– Druga zrana, czy druga popołudniu? – odparł Ben-Zuf, spoglądając na słońce. 

Hektor Servadac przyłożył zegarek do ucha. 

– Zegarek idzie – powiedział. 

– I słońce, także – odparł ordynans. 

– W samej rzeczy, wnosząc z jego wzniesienia nad horyzontem... A! do wszystkich fur beczek!... 

– Co takiego, panie kapitanie! 

– Czyż miałaby być ósma godzina wieczorem? 

– Tak jest! Słońce znajduje się na zachodzie; widocznie, iż wkrótce zajdzie. 

– Zajdzie? O, nie, panie kapitanie, – odrzekł Ben-Zuf, – wznosi się ono należycie!... O! patrz pan! Od czasu jak rozmawiamy, jak się wysunęło! 

– Więc teraz słońce miałoby wschodzić na zachodzie! – mruknął kapitan Servadac. – No, no! to rzecz niemożebna! 

Jednak niepodobna było zaprzeczyć faktowi. Promieniste słońce ukazawszy się nad wodami Chelifu, przebiegało teraz horyzont zachodni, po którym kreśliło dotąd drugą połowę swego dziennego łuku. 

Hektor Servadac z łatwością zrozumiał, że fenomen niesłychany, w każdym razie nie dający wyjaśnić się, zmodyfikował nie położenie słońca w świecie gwiazdzistym, ale sam kierunek obrotu ziemi na jej osi. 

Możnaby było stracić głowę. Czyż podobna by mogło niemożebne stać się rzeczywistem? Gdyby kapitan Servadac miał pod ręką jakiego członka komisyi astronomicznej, próbowałby zasięgnąć u niego informacyi ale najzupełniej pozostawiony sam sobie, powiedział tylko: 

– Ha! to należy do astronomów! Zobaczymy za jaki tydzień, co o tem powiedzą w dziennikach. 

Potem, nie zastanawiając się dłużej nad wyszukiwaniem przyczyn tego dziwnego fenomenu, rzekł do swego ordynansa: 

– W drogę! Niech dzieje się co chce, niech nawet wywróci się do góry nogami cała niebieska mechanika, ja muszę przybyć pierwszy na plac pojedynku i zrobić hrabiemu Timaszew zaszczyt... 

– Wsadzenia go na rożen – dodał Ben-Zuf. 

Gdyby Hektor Servadac i ordynans jego byli w usposobieniu obserwowania zmian fizycznych, jakie zaszły nagle tej nocy z 31. grud. na 1. stycznia, to zestawiwszy te zmiany z pozornym ruchem słońca, byliby niezawodnie bardzo zdziwieni niesłychaną zmianą, jaka zaszła w warunkach atmosferycznych. Bo w samej rzeczy, poczynając od nich samych: byli zadyszani, zmuszeni do częstego oddychania, jak się to wydarza wchodzącym na wysoką górę, jak gdyby otaczające ich powietrze było mniej gęste, i co zatem idzie, mniej nasycone. Oprócz tego głos ich był słabszy. Więc z dwóch rzeczy jedna: albo zostali porażeni połowiczną głuchotą, albo też wypadało przypuścić, iż powietrze nagle stało się mniej nadającem do przenoszenia dźwięków. 

Ale te fizyczne zmiany nie wywarły w tej chwili wrażenia ani na kapitana Servadac, ani na Ben-Zufa i oba poszli stromą nadbrzeżną ścieżką ku Chelifowi. 

Pogoda, pochmurna wczoraj, teraz zupełnie zmieniła się. Niebo, szczególnie zabarwione, a które rychło pokryło się bardzo niskiemi chmurami, nie dozwalało teraz widzieć promienistego łuku, jaki zakreślało słońce od jednego horyzontu do drugiego. W powietrzu jakby leżała groźba potopowego deszczu, jeżeli nie straszliwej burzy. Wszakże wyziewy te, z braku należytego zgęszczenia, nie zdołały skroplić się. 

Morze po raz pierwszy w tej stronie zdawało się zupełnie pustem. Ani jednego żagla, ani, obłoczka dymu na szarawem tle nieba i wody. Co do horyzontu – byłoż to optycznem złudzeniem – to ten zdawał się być nadzwyczajnie zbliżonym, tak morski, jak i ten, który zakreślał równinę nadbrzeżną. Zdawało się, że wypukłość kuli więcej się zaostrzyła. 

Kapitan Servadac i Ben-Zuf, idąc szybkim krokiem, nie mówiąc ani słowa, musieli rychło ujść pięć kilometrów oddzielających gurbi od miejsca spotkania. Tego poranku jeden i drugi mógł dostrzedz, że fizyologicznie był uorganizowany zupełnie odmiennie. Nie bardzo zdając sobie z tego sprawę; oba czuli szczególną lekkość w ciele, jak gdyby mieli u nóg skrzydła. Gdyby ordynans chciał wyformułować swą myśl, to powiedziałby, że stał się „czemści innem”. 

– Nie licząc tego, że zapomnieliśmy przekąsić – mruknął. 

A przyznać trzeba, że tego rodzaju napomknienie nie było w zwyczaju dzielnego żołnierza. 

W tej chwili rodzaj niemiłego szczekania dał się słyszeć na lewo od ścieżki i prawie jednocześnie szakal wyskoczył z leśnej gęstwiny. Zwierzę to należało do szczególnego gatunku fauny afrykańskiej; miało skórę regularnie centkowaną czarnemi plamami, a pręga, również czarna, szła mu przez grzbiet. 

Szakal może być niebezpiecznym w nocy, gdy w stadzie wychodzi na żer. Sam jeden nie jest niebezpieczniejszy od psa. Ben-Zuf nie był z tych, którzy przestraszyliby się szakala, ale Ben-zuf nie lubił tych zwierząt, być może dlatego, iż nie było żadnego ich specyalnego gatunku na Montmartre. 

Zwierz, wyskoczywszy z gęstwiny, przysiadł pod skałą, mającą najmniej dziesięć metrów wysokości i z widocznym niepokojem spoglądał na przechodzących. Ben-Zuf zrobił taką minę jakby do niego mierzył. Na ten groźny ruch, zwierz, ku głębokiemu zdumieniu kapitana i jego ordynansa, zerwał się i w jednym podskoku był na szczycie skały. 

– A to skok! – zawołał Ben-Zuf; – na trzydzieści stóp z dołu do góry! 

– Prawda! – odrzekł kapitan Servadac w zamyśleniu. – Nigdy nie widziałem podobnego skoku! 

Szakal, znalazłszy się na skale, i usiadłszy, drwiąco spoglądał na obu. Więc Ben-Zuf schwycił za kamień by go spędzić. 

Kamień był bardzo wielki, a jednak w ręku ordynansa ważył nie więcej, jak skamieniała gąbka. 

– Szatański szakal! – rzekł sam do siebie Ben-Zuf – ten kamień zrobi mu tyle złego, co bułka! Ale dlaczego on jest wielki i zarazem tak lekki? 

Nie mając jednak nic innego pod ręką rzucił z całą siłą ową bułką. 

Szakala chybił. Ale ponieważ czyn Ben-Zufa znamionował zamiary niezbyt przyjacielskie, więc ostrożny zwierz ratował się ucieczką, skacząc przez drzewa i krzaki i wkrótce znikł z oczu w podskokach, jak piłka z gumy elastycznej. 

Co do kamienia, to ten, zamiast uderzyć w cel zamierzony, opisał bardzo wielki łuk ku wielkiemu zdumieniu Ben-Zufa i upadł o jakie pięćset kroków po za skałą. 

– A, do wszystkich Beduinów! – zawołał ordynans, – teraz mógłbym dać fory czterofuntowemu moździerzowi! 

Ben Zuf znajdował się wtedy o kilka metrów przed swoim kapitanem, koło rowu napełnionego wodą i szerokiego na dziesięć stóp, który trzeba było przebyć. Rozpędził się więc i skoczył jak gimnastyk. 

– A to co, Ben Zuf co robisz? Co ci przyszło do głowy? kark skręcisz, waryacie! 

Wyrazy te nagle wyrwały się z ust kapitana Servadac, wywołane sytuacyą ordynansa, który w tej chwili znajdował się w powietrzu o jakie czternaście stóp nad ziemią. 

Hektor Servadac, na myśl o niebezpieczeństwie na jakie Ben-Zuf mógł się narazić padając, rzucił się również by przeskoczyć rów; ale muszkularne wysilenie, jakie zrobił, podniosło go samego najmniej na trzydzieści stóp. Wzlatując w górę rozminął się nawet ze spadającym Ben-Zufem. Potem, ulegając prawu ciężkości, spadł na ziemię ze wzrastającą szybkością, ale nie doznawszy większego wstrząśnienia, jak gdyby spadał z wysokości czterech lub pięciu stóp. 

– A! – zawołał Ben-zuf – czyżbyśmy się przemienili w klownów, panie kapitanie? 

Hektor Servadac po kilku chwilach zastanowienia podszedł ku swemu ordynansowi i położywszy mu rękę na ramieniu, rzekł: 

– Nie odlatuj, Ben-Zuf i popatrz na mnie z uwagą! Nie przebudziłem się; przebudź mnie, uszczypnij mnie do krwi! Albo oszaleliśmy, albo marzymy we śnie! 

– Prawdę powiedziawszy, panie kapitanie – odrzekł Ben-Zuf – to takie rzeczy nigdy mi się nie wydarzały, chyba we śnie, gdy mi się roiło, że jestem jaskółką i przelatuję przez Montmartre. Wszystko to jest nie naturalne! Coś nam się wydarzyło, ale to coś takiego, co się nie wydarzyło nikomu! Czy takie wypadki są właściwością wybrzeży algierskich? 

Hektor Servadac pogrążył się w rodzaj osłupienia. 

– A to można oszaleć! – zawołał. – Nie śpimy, nie marzymy!... 

Ale nie był człowiekiem, któryby wiecznie namyślał się nad tem zadaniem, bardzo trudnem do rozwiązania w obecnych okolicznościach. 

– Zresztą, niech się dzieje co chce! – zawołał, postanowiwszy nie dziwić się odtąd niczemu. 

– Tak jest, panie kapitanie – odrzekł Ben-Zuf, – a przedewszytkiem skończmy naszą sprawę z hrabią. 

Po za rowem znajdowała się niewielka łąka, rozciągająca się na pół hektara, porosła większą trawą, a której piękne ramy tworzyły drzewa zasadzone przed kilkudziesięciu laty: dęby, palmy, sykomory, poprzedzielane kaktusami i aloesami, nad którymi wznosiły się trzy wielkie eucalyptusy. 

Był to właśnie plac, na którym miało się odbyć spotkanie dwóch przeciwników. 

Hektor Servadac szybko powiódł wzrokiem po łące. Potem, nie widząc nikogo, zawołał: 

– Do licha! w każdym razie przybyliśmy pierwsi! 

– Albo ostatni! – dorzucił Ben-Zuf. 

– Jak to? ostatni? – Ależ nie ma jeszcze dziewiątej – odrzekł kapitan Servadac, wyjmując zegarek, który uregulował według słońca przed wyjściem z gurbi. 

– Panie kapitanie – zapytał ordynans – czy widzi pan kapitan tę kulę białawą pomiędzy chmurami? 

– Widzę – odrzekł kapitan, spojrzawszy na krąg mocno mgłą osłonięty, w tej chwili ukazujący się na zenicie. 

– Otóż –zaczął znowu Ben-Zuf, – ta kula to nie może być nic innego, jak słońce, lub jego zastępca! 

– Słońce w zenicie, w styczniu i pod trzydziestym dziewiątym stopniem szerokości północnej? – zawołał Hektor Servadac. 

– Ono samo, panie kapitanie – i należycie wskazuje południe, jeżeli pan pozwoli. Zdaje się, że dziś było mu śpieszno i stawiam moje kepi na przeciw wazki zupy, że zajdzie nim upłynie trzy godziny! 

Hektor Servadac stał przez chwilę ze skrzyżowanemi rękami nieruchomy. Potem, wykręciwszy się na jednem miejscu, co mu pozwoliło rozpatrzeć rozliczne punkta horyzontu, mruknął: 

– Prawa ciężkości zmodyfikowane! kardynalne punkta zmienione, długość dnia zmniejszona o połowę!... Wszystko to może nieskończenie opóźnić spotkanie moje z hrabią Timaszewem! Coś jest! Przecież u licha, ani mnie, ani Ben-Zufa rozum nie opuścił! 

Obojętny Ben-Zuf, z którego najdziwniejsze fenomena kosmiczne nie wyrwałyby żadnego wykrzyknika, spokojnie patrzał na oficera. 

– Ben-Zuf! – zawołał kapitan. 

– Jestem, panie kapitanie. 

– Nikogo nic widzisz? 

– Nikogo. Nasz hrabia odjechał. 

– Przypuściwszy że odjechał, w każdym razie moi sekundanci zostaliby i czekali na mnie; a nie widząc przybywającego, nie omieszkaliby dojść aż do gurbi. 

– Tak jest, panie kapitanie. 

– Wnoszę więc, że nie przybyli. 

– A jeżeli nie przybyli... 

– To najpewniej dlatego, że przybyć nie mogli. Co do hrabiego. 

Zamiast kończyć frazes, kapitan Servadac przybliżył się ku skalistemu wzniesieniu panującemu nad wybrzeżem i popatrzył, czy nie było widać galioty Dobryna o jakie kilka węzłów. Bo zresztą mógł hrabia Timaszew przybyć na spotkanie morzem, tak jak zrobił wczoraj. 

Morze było puste i po raz pierwszy kapitan Servadac zauważył, że chociaż panowała zupełna cisza, było nadzwyczajnie wzburzone, jak woda na wielki ogień nalana. Rozumie się, że galiota z trudnością utrzymałaby się na takich anormalnych falach. 

Oprócz tego, i także po raz pierwszy, Hektor Servadac zauważył ze zdumieniem jak bardzo zmniejszył się promień obwodu, na którym niebo stykało się z wodą. 

W samej rzeczy dla spostrzegacza umieszczonego na szczycie wysokiej skały linia horyzontu powinnaby być usuniętą na odległość czterdziestu kilometrów. Tu wzrok obejmował najwięcej dziesięć kilometrów, jak gdyby objętość sferoidu ziemskiego znacznie zmniejszyła się od kilku godzin. 

– Wszystko to jest zanadto dziwne! – rzekł oficer sztabu głównego. 

Przez ten czas Ben-Zuf zwinny jak najzwinniejsze ze stworzeń czwororęcznych, wgramolił się na szczyt eucalyptusa. Z tego wyniosłego punktu obserwował on ląd stały tak w kierunku Tenez i Mostaganem jak i w części południowej. Potem, zszedłszy, mógł stanowczo oświadczyć kapitanowi, że okolica była zupełnie pustą. 

– Do Chelifu! – rzekł Hektor Servadac. – Ruszajmy ku rzece! Tam może dowiemy się co o tem wszystkiem sądzić. 

– Chodźmy! – odrzekł Ben Zuf. 

Najwięcej trzy kilometry oddzielało łąkę od rzeki, którą kapitan Servadac zamierzał przebyć, aby następnie dostać się do Mostaganem. A musiał spieszyć, jeżeli chciał dostać się do miasta jeszcze za dnia. Przez gęsty pokład chmur czuć było, że słońce schyla się bardzo bystro i – szczególność nie dająca się wyjaśnić obok tylu innych zamiast zakreślać łuk pochyły, jakiego wymagała jeograficzna szerokość Algieryi w tej porze roku, spadało prostopadle za horyzont. 

Idąc, kapitan Servadac rozmyślał nad wszystkimi temi dziwami. Jeżeli wskutek jakiegoś niesłychanego fenomenu ruch rotacyjny kuli ziemskiej został zmodyfikowany, jeżeli, zważywszy na przejścia słońca przez zenit należało przypuszczać, że brzegi algierskie przeniesione zostały po za równik na półsferze południowe, to nie zdawało się, by ziemia doznała jakichkolwiek ważniejszych modyfikacyi, przynajmniej w tej części Afryki. Wybrzeże było tem co zawsze: szeregiem skał, kamieni i dzikich czerwonych odłamów, jakby żelazistych. Jak okiem zasięgnąć, żadnej zmiany. Żadna modyfikacya nie ukazywała się na lewo, ku południowi, lub przynajmniej ku temu, co kapitan Servadac upierał się nazywać południem, chociaż pozycya obu punktów kardynalnych widocznie zmieniła się, bo trzeba było teraz ustąpić wobec rzeczywistości. 

W odległości około trzech mil ukazywały się pierwsze odstępy gór Mejejah, a linia ich szczytów zakreślała na horyzoncie zwykły swój profil. 

W tej chwili zrobił się otwór wśród chmur i promienie słońca dosięgły ziemi. Widocznem było, że promienna ta gwiazda wszedłszy na zachodzie, zajdzie na wschodzie. 

– Do licha! – zawołał kapitan Servadac – ciekawy jestem co myślą o tem wszystkiem w Mostaganem! Co powie minister wojny, gdy dowie się z telegramu, że jego afrykańska kolonia jest zdezorientowana pod względem fizycznym, jak nigdy nie była pod względem moralnym. 

– Całą afrykańską kolonię – odrzekł Ben-Zuf – zapakuje do kozy. 

– I że punkta kardynalne zupełnie nie zgadzają się z regulaminem wojskowym? 

– Punkta kardynalne pójdą do kompanii poprawczej. 

– I że w miesiącu styczniu słońce uderza mnie prostopadle swemi promieniami. 

– Uderza oficera! Rozstrzelać słońce! 

O! Ben-Zuf znał dyscyplinę! 

Jednak i on i Hektor Servadac spieszyli ile mogli. Dzięki nadzwyczajnej lekkości specyficznej, przywykłszy już do tego ciśnienia powietrza, które kazało im częściej oddychać, biegli jak zające, skakali jak kozy. Nie szli już ścieżką wijącą się po szczytach skał, a której zakręty przedłużyłyby ich wędrówkę. Szli drogą najkrótszą – najprostszą. Żadna przeszkoda nie mogła ich zatrzymać. Był płot, to go przeskakiwali, strumienie tak samo, drzewa również; pagórki przelatywali. W takich warunkach Ben - Zuf mógłby jednym podskokiem przelecieć Montmartre. Zaledwie dotykali ziemi, która zdawała się być nie więcej jak trampolinem niezmiernej elastyczności. 

Nakoniec ukazały się brzegi Chelifu i w kilku podskokach kapitan i jego ordynans znaleźli się przy nich. 

Ale tam zmuszeni byli zatrzymać się. Mostu nie było. 

– Nie ma mostu! – zawołał kapitan Servadac. – Więc musiała tu być powódź! 

– Ba! – odrzekł Ben-Zuf. 

A jednak było czemu dziwić się. 

W samej rzeczy, Chelif znikł. Lewego brzegu nie było ani śladu. Prawy, który dniem przedtem zarysowywał się na urodzajnej dolinie, stał się wybrzeżem. Na zachodzie fale huczące, a nie szemrzące, niebieskie a nie żółte, jak okiem zajrzeć zaległy przestworze. Jak gdyby morze zastąpiło rzekę. Tu teraz kończyła się okolica, wczoraj jeszcze stanowiąca terytoryum Mostaganemu. 

Hektor Servadac chciał się przekonać należycie. Przybliżył się do brzegu ukrytego w gęstwinie oleandrów, zaczerpnął wodę ręką i poniósł do ust. 

– Słona! – powiedział. – W kilka godzin morze pochłonęło część Afryki! 

– A więc, panie kapitanie, będzie to zapewne trwać dłużej aniżeli prosta powódź. 

– Świat się przemienił – odrzekł oficer sztabu głównego, zwieszając głowę; – kataklizm ten może miec wyniki nieobliczone! Moi przyjaciele, koledzy! co się z wami stało? 

Ben-Zuf nigdy jeszcze nie widział kapitana tak głęboko wzruszonym. Ułożył więc twarz swoją według jego twarzy, chociaż mniej jeszcze aniżeli on pojmował co zaszło. Przyjąłby nawet wszystko filozoficznie, gdyby podzielanie uczuć kapitana nie było jego militarnym obowiązkiem. 

Nowe wybrzeże, zarysowane dawniejszym prawym brzegiem Chelifu, ciągnęło się ku północy i południowi, po linii nieco zaokrąglonej. Zdawało się, że kataklizm, którego widownią była ta część Afryki, bynajmniej go nie dotknął. Pozostawał on takim, jak zdjęty był na mapę topograficzną, z bukietami wielkich drzew, kapryśnemi zagłębieniami i zielonym kobiercem łąk. Tylko że zamiast brzegu rzeki, tworzył teraz wybrzeże nieznanego morza. 

Ale kapitan Servadac, który teraz bardzo spoważniał, zaledwie miał czas obserwować zmiany, jakie zaszły w powierzchowności tej okolicy. Promienista gwiazda doszedłszy do zachodniego horyzontu, nagle, jak kula, wpadła w morze. Pod zwrotnikiem w dniu 21. września lub 21. marca, to jest w czasie gdy słońce przecina ekliptykę, przejście od dnia do nocy nie spełniłoby się tak szybko. Tego wieczora nie było zmierzchu, a prawdopodobnie jutro nie będzie świtania. Ziemię, morze, niebo, wszystko nagle ogarnęły ciemności. 

Rozdział VI. Wzywa czytelnika, by udał się za kapitanem Servadac w pierwszej jego wycieczce po nowych posiadłościach.

Zważywszy na awanturniczy charakter kapitana Servadac, łatwo zgodzimy się na to, że ostatecznie nie uważał się on całkiem zbitym z tropu tylu nadzwyczajnymi wypadkami. Tylko mniej obojętny aniżeli Ben-Zuf, chciał on poznać przyczyny. Skutek nie wiele go obchodził, ale pod warunkiem, że będą wiadome powody. Według niego być zabitym od kuli działowej nic nie znaczyło, jeżeli tylko było wiadomo według jakich praw balistyki kula trafia w piersi. Taki był jego sposób zapatrywania się na fakta. To też zająwszy się, o ile mu pozwalał temperament, wynikami fenomenu, jaki się wydarzył, myślał tylko o wykryciu jego przyczyn. 

– At, co tam! – zawołał w chwili gdy noc nagle zapadała, zobaczymy to przy jasnym dniu... przypuściwszy, że dzień, wielki czy mały, powróci; bo niech mnie wilki zjedzą, jeżeli wiem gdzie się podziało słońce. 

 – Panie kapitanie – rzekł wtedy Ben-Zuf – co teraz będziemy robić? 

– Zostaniemy tu, a jutro, jeżeli będzie jutro, powrócimy do gurbi, obejrzawszy stronę wschodnią i południową. Najważniejszą rzeczą jest wiedzieć, gdzie się znajdujemy i co się z nami dzieje, jeżeli nie możemy zdać sobie sprawy z tego, co tam się stało. A więc idąc brzegiem wschodnim i ku południowi... 

– Jeżeli jest brzeg, zauważał ordynans. 

– I jeżeli jest południe – dodał kapitan Servadac. 

– Więc można spać? 

– Tak jest, jeżeli można! 

Po tem upoważnieniu, Ben-Zuf, którego tyle wydarzeń nie zdołało wzruszyć, ulokował się w jednym zagłębieniu brzegu, zasłonił sobie dwiema dłoniami twarz i usnął snem nieuka, czasami głębszym nad sen sprawiedliwego. 

Kapitan Servadac poszedł błąkać się po wybrzeżu nowego morza, wśród brzęczenia znaków zapytań, które mrówiły mu się w oczach. 

A naprzód, jaka mogła być donośność tej katastrofy? Czy zaszła ona tylko w pewnej określonej części Afryki? Algier, Oran, Mostaganem, te miasta, tak bliskie, czy zostały oszczędzone? Czy Hektor Servadac miał przypuszczać, że jego przyjaciele i koledzy teraz zostali pochłonięci z licznymi mieszkańcami tego wybrzeża, lub że Śródziemne morze, zruszone z miejsca jakimś wstrząśnieniem, zajęło tylko część terytoryum algierskiego przy ujściu Chelifu? Wyjaśniało to poniekąd zniknięcie rzeki. Ale inne fakta kosmiczne całkiem nie dawały się wytłómaczyć. 

Inne przypuszczenie. Czy należało wnioskować, że wybrzeże afrykańskie nagle przeniesione zostało w sferę równikową? To wyjaśniało zarazem nowy łuk dzienny, zakreślany przez słońce i całkowity brak zmroku; ale nie wyjaśniało dlaczego dnie o sześciu godzinach zastąpiły dnie dwunasto godzinowe, ani czem się to działo, że słońce wschodziło na zachodzie, a zachodzi to na wschodzie! 

– A jednak nie ulega wątpliwości – mówił sam do siebie kapitan Servadac – że dziś mieliśmy tylko sześć godzin dnia i że kardynalne punkta zmieniły się, przynajmniej co dotyczy wschodu i zachodu! Zresztą, zobaczymy jutro, gdy słońce powróci – jeżeli powróci. – Kapitan Servadac stał się niedowierzającym. 

Bardzo to było niedogodnem, że niebo było zachmurzone i że na firmamencie nie ukazały się zwykłe gwiazdy. Hektor Servadac, chociaż mało biegły w kosmografii, znał przecież główne konstelacye. Wiedziałby zatem czy polarna gwiazda pozostała na swojem miejscu, lub czy ją zastąpiła jaka inna, co udowodniłoby stanowczo że kula ziemska obraca się koło nowej osi i może w kierunku odwrotnym, a to jużby wytłómaczyło wiele rzeczy. Ale nie było żadnego otworu między chmurami, tak gęstemi, jakby zagrażały potopem i ani jedna gwiazda nie ukazywała się oczom niespokojnego postrzegacza. 

Co do księżyca, to na niego nie było co czekać, bo właśnie w tej epoce miesiąca przypadał nów i co za tem idzie, księżyc znikł wraz ze słońcem pod horyzontem. 

Jakież więc było zdziwienie kapitana Servadac, gdy po półtoragodzinnej przechadzce, ujrzał nad horyzontem silne światło, którego promienie przeciskały się przez zasłonę z chmur. 

– Księżyc! – krzyknął. – Ale nie, to nie może być on! Czyżby przypadkiem czysta Diana robiła tak jak inni i wschodziła na zachodzie? Nie! to nie księżyc! Nie wytwarzałby on światła tak silnego, chybaby szczególnie przybliżył się do ziemi. 

I w samej rzeczy, światło rzucane przez to ciało niebieskie, było tak silne, iż przedzierało się przez mgłę i prawdziwy pół-dzień rozpostarł się po okolicy. 

– Byłożby to słońce ? – spyłał sam siebie oficer; – ależ nie ma stu minut jak zaszło na wschodzie! A jednak jeżeli to nie jest ani słońce, ani księżyc, to cóż to takiego? Jakiś potworny bolid? A do wszystkich dyabłów! czy te szatańskie chmury nie rozstąpią, się dziś? 

Potem, zastanawiając się nad samym sobą, dodał: 

– Pytam się, czy nie lepiej zrobiłbym, gdybym część czasu, który tak głupio zmarnowałem, użył na uczenie się astronomii! kto wie? może wszystko to, nad czem łamię sobie teraz głowę, jest bardzo prostem! 

Tajemnice tego nowego nieba pozostawały nieprzeniknione. Ogromne światło, widocznie rzucone przez jakiś krąg błyszczący olbrzymich rozmiarów, zalewało promieniami swymi wyższe szczyty chmur około godziny. Potem – szczegół nie mniej dziwny – krąg, zamiast zakreślać łuk, jak każda gwiazda wierna prawom mechaniki niebieskiej, zamiast przejść na horyzont przeciwny, zdawał się oddalać po linii prostopadłej do poziomu równika, zabierając z sobą ów pół dzień, tak miły dla oka, który zapełniał atmosferę. 

Wszystko więc znowu pogrążyło się w ciemności, a i mózg kapitana Servadac nie pozostał wolnym, od powszechnego zaciemnienia. Kapitan najzupełniej nic w tem nie pojmował. Najelementarniejsze prawidła mechaniki były naruszone, sfera niebieska podobną była do zegara, którego główna sprężyna nagle oszalała, planety odstępowały od wszystkich praw ciążenia i nie było żadnego powodu do przypuszczania, by słońce miało znowu ukazać się na horyzoncie. 

We trzy godziny potem jednak, gwiazda dzienna, bez poprzedniego świtania, ukazała się na zachodzie, światło poranne ubieliło chmury, dzień nastąpił po nocy i kapitan Servadac, spojrzawszy na zegarek, zauważył, że noc ta trwała równo sześć godzin. 

Sześć godzin nie wystarczało dla Ben-Zuf, wypadało więc rozbudzić spiocha. 

Hektor Servadac potrącił go bez ceremonii, wołając: 

– No! wstawaj i w drogę! 

– Ależ, panie kapitanie, – odrzekł Ben-Zuf, przecierając sobie oczy – zdaje mi się, że to za mało... zaledwie zacząłem usypiać! 

– Spałeś całą noc! 

– To mi noc!... 

– Noc trwająca sześć godzin; musisz przyzwyczaić się do tego. 

– Przyzwyczajmy się. 

– W drogę! Nie ma czasu do stracenia. Wracajmy do gurbi najkrótszą drogą i zobaczmy, co się dzieje z naszymi końmi i co one myślą o tem wszystkiem. 

– Myślą zapewne o tem – odrzekł ordynans – że od wczoraj nie czyściłem ich. To też zrobię im kompletną toaletę, panie kapitanie. 

– Dobrze, dobrze! ale spraw się prędko i jak tylko zostaną osiodłane zrobimy rekonesans. Przynajmniej dowiemy się, co pozostało z Algeryi. 

– A potem?.. 

– A potem, jeżeli nie będziemy mogli dostać się do Mostaganem od południa, to zwrócimy się ku Tenez przez wschód. 

Kapitan Servadac i ordynans jego poszli nadbrzeżną ścieżką do gurbi. Ponieważ czuli się przy dobrym apetycie, więc nie omieszkali po drodze zbierać figi, daktyle i pomarańcze, zwieszające się nad nimi. W tej części terytoryum, zupełnie bezludnej, a z której nowe plantacye tworzyły bogaty ogród, nie obawiali się procesu o zrywanie owoców. 

W półtora godziny po opuszczeniu brzegu, niegdyś prawego brzegu Chelifu, przybyli do gurbi. Tam znaleźli wszystko w takim stanie, w jakim pozostawili. Widocznie nikt nie zachodził w to miejsce podczas ich nieobecności i część wschodnia terytoryum zdawała się być tak samo pustą, jak i zachodnia, zkąd powracali. 

Przygotowania do wyjazdu szybko zostały ukończone. Kilka sucharów i konserwów ze zwierzyny zapełniły torbę Ben-Zufa. Co do napoju, wody nie brakło. Liczne i przejrzyste strumienie wiły się po równinie. Dawne te dopływy rzeki, stawszy się same rzekami, stały się zarazem dannikami morza Śródziemnego. 

Zefir – tak się nazywał koń kapitana Servadaca i Galeta (nazwana tak na pamiątkę młyna w Montmartre) – klacz Ben-Zufa, w jednej chwili zostały osiodłane. Dwaj jezdcy szybko wskoczyli na siodła i pogalopowali ku Chelifowi. 

Ale jeżeli już sami na sobie doświadczyli zmniejszenia ciężkości, jeżeli ich własna siła muskularna zdawała się w pięćkroć zwiększoną, to i oba konie w tym samym stosunku odczuły tęż samą zmianę fizyczną. Nie były to zwyczajne czworonogi. Jak istne hipogryfy zaledwie dotykały ziemi. Na szczęście Hektor Servadac i Ben-Zuf byli dobrymi jezdzcami i popuściwszy cugle, naglili raczej, a nie powstrzymywali swych wierzchowców. 

We dwadzieścia minut, ośm kilometrów, oddzielających gurbi od ujścia Chelifu, zostały przebyte; potem zwolniwszy biegu, konie poczęły spuszczać się ku południo-zachodowi po dawnym brzegu rzeki. 

Brzeg ten zachował poprzednie swe charakterystyczne cechy. Tylko, jak przypominamy sobie, cała druga strona znikła, zastąpiona horyzontem morskim. A więc przynajmniej aż do granicy nakreślonej przez horyzont cała ta część prowincyi Oranu przed Mostaganem musiała być pochłonięta w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. 

Kapitan Servadac doskonale znał tę miejscowość. Dawniej robił jej pomiary i mógł najdokładniej zorientować się. Celem jego było, rozpoznawszy największą możebną przestrzeń, ułożyć raport, który przesłałby... dokąd, komu i kiedy?... nie wiedział. 

Przez cztery pozostające godziny dnia dwaj jezdcy ujechali około trzydziestu pięciu kilometrów od ujścia Chelifu. Z nadejściem nocy rozłożyli się obozem nad lekkiem zagięciem tego, co niegdyś było rzeką, do której wczoraj jeszcze wpadała na lewym brzegu rzeka Mina, dziś pochłonięta przez nowe morze. 

Podczas tej wycieczki nie spotkano żywej duszy, co było zadziwiającem. 

Ben-Zuf urządził posłanie jak mógł najlepiej. Konie zostały spętane i mogły paść się dowolnie gęstą trawą brzeg okrywającą. Noc przeszła bez wypadku. 

Na drugi dzień, 2 stycznia, to jest w chwili gdy powinna była zacząć się noc z 1go na 2go stycznia, według dawnego ziemskiego kalendarza, kapitan Servadac i jego ordynans, wsiadłszy na koń, pojechali dalej przeglądać wybrzeże. Wyjechawszy ze wschodem słońca, w ciągu sześciu godzin dnia ujechali siedmdziesiąt kilometrów. 

Granicę terytoryum ciągle jeszcze tworzył dawniejszy prawy brzeg rzeki. Tylko w odległości około dwudziestu kilometrów od Miny znaczna część rzekł tej znikła, a z nią razem osada Surkelmittou z ośmiuset swymi mieszkańcami. A kto wie, czy nie taki sam los spotkał inne miasta, znaczniejsze, w tej części Algieryi poza Chelifem, jak Mazagran, Mostaganem, Orleansville? 

Okrążywszy małą zatokę, nowo-utworzoną przez zerwanie się brzegu, kapitan Servadac odszukał brzeg rzeki naprzeciw miejsca, które powinna była zajmować gmina zbiorowa Ammi-Mussa, starożytny Chamis. Ale nie pozostał żaden ślad tej stolicy obwodu, ani nawet szczyt góry Mankura, wysokiej na tysiąc sto dwadzieścia sześć metrów, pod którą była zbudowana. 

Tego wieczora dwaj wędrowcy obozowali na przylądku, który z tej strony nagle zamykał ich nową posiadłość. Było to prawie w miejscu, gdzie powinnoby znajdować się miasteczko Memunturay, którego ani ślad nie pozostał. 

– A ja dziś wieczorem spodziewałem się jeść wieczerzę i spać w Orleansville! – zawołał kapitan Servadac, wpatrując się w ponure morze, rozpościerające się przed jego oczyma. 

– Niepodobna panie kapitanie – odrzekł Ben-Zuf – chyba popłynąć! 

– Czy wiesz, Ben-Zuf, że my z tobą mieliśmy świetną szansę! 

– Już to taki nasz zwyczaj, panie kapitanie! I zobaczysz pan, że znajdziemy sposób przeprawienia się przez to morze, aby pospacerować w okolicach Mostaganem! 

– Hm! jeżeli jesteśmy na półwyspie, jak należy spodziewać się, to prędzej udamy się do Tenez dla zasiągnięcia wiadomości... 

– Albo dla udzielenia – odrzekł bardzo rozsądnie Ben-Zuf. 

Gdy w sześć godzin potem znowu powróciło słońce, kapitan Servadac mógł rozpatrzeć nowe ukszałtowanie się terytoryum. 

Od punktu gdzie obozowali podczas nocy, teraz brzeg ciągnął się na północ i na południe. Nie był to już brzeg naturalny, jak niegdyś brzeg Chelifu. Nowy odłam ograniczał teraz dawną równinę. Brakowało tu, jak rzekliśmy, miasteczka Memonturoy. Oprócz tego Ben-Zuf, wskoczywszy na wzgórek, znajdujący się nieco z tyłu, nie mógł nic dostrzedz po za horyzontem morza. Żadnej ziemi nie było widać. A zatem nie było Orleansville’u, który powinien był znajdować się o dziesięć kilometrów ku południo-zachodowi. 

Więc kapitan Servadac i Ben-Zuf, opuściwszy miejsce, gdzie obozowali, poszli po gruncie rozruszanym, po polu gwałtownie poszarpanem i porysowanem, pomiędzy drzewami na pół powyrywanemi i zwieszającemi się nad wodą, w tej liczbie kilku staremi drzewami oliwkowemi, których pnie fantastyczne zdawały się jakby cięte siekierą. 

Dwaj jezdcy zwolnili kroku, ponieważ wybrzeże, pozębione zatokami i przylądkami, zmuszało ich do robienia ciągłych zakrętów. Tak że z zachodem słońca, zrobiwszy znowu trzydzieści pięć kilometrów, dotarli zaledwie do stóp gór Dj Merjejah, które przed katastrofą zakończały z tej strony łańcuch Małego Atlasu. 

W tem miejscu łańcuch był gwałtownie rozerwany i wznosił się prostopadle nad brzegiem. 

Na drugi dzień rano, po przebyciu konno jednego wąwozu, kapitan Servadac i Ben - Zuf, wszedłszy piechotą na najwyższy szczyt, poznali nakoniec dokładnie tę część terytoryum algierskiego, którego teraz zdawali się być jedynymi mieszkańcami. 

Od podstawy Merjejah aż do brzegów morza Śródziemnego, na długości przeszło trzydziestu kilometrów, rozciągał się brzeg nowy. Żadna cieśnina nie łączyła tego terytoryum z Tenez, który znikł. Nie był to zatem półwysep, ale wyspa. Z wysokości, jaką oba jezdcy zajmowali, kapitan Servadac był zmuszony ku wielkiemu swemu zdziwieniu uznać, że morze otacza ich ze wszystkich stron i jak oko mogło dosięgnąć, nie podobna było dojrzeć ani śladu ziemi. 

Ta nowo wykrojona w gruncie algierskim wyspa miała kształt nieforemnego czworoboku, prawie trójkąta, zajmującego razem przestrzeń dwóchset ośmdziesięciu pięciu kilometrów. 

– Ha! niech i tak będzie – rzekł oficer – ale dla czego tak się stało? 

– Ba! dla czego! – odrzekł Ben-Zuf. – Stało się, bo się stało! Jeżeli Ojciec przedwieczny tak zarządził, panie kapitanie, to chcąc nie chcąc trzeba się z tem zgodzić! 

Zeszli z góry do koni, spokojnie skubiących zieloną trawę. W dniu tym dotarli aż do wybrzeży morza Śródziemnego, nie znalazłszy ani śladu małego miasta Montenotte, które znikło jak Tenez. Najmniejszych zwalisk nie widać było na horyzoncie. 

Na drugi dzień, 5go stycznia, szybko przejechali po brzegu Śródziemnego morza. Brzeg ten nie był tak całkowicie uszanowany, jak to przypuszczał oficer sztabu głównego. Cztery miasteczka znikły z tej strony. Przylądki nie zdołały oprzeć się uderzeniu i poodrywały się od lądu. Zresztą mogli się przekonać, że wyspa zupełnie pozbawiona była mieszkańców, ich wyjąwszy; ale faunę przedstawiało kilka stad bydląt przeżuwających, błąkających się po równinie. 

Kapitan Servadac i jego ordynans jeszcze pięć dni wyspę objeżdżali, to jest właściwie półtrzecia dnia dawniejszego. Upłynęło zatem sześćdziesiąt godzin jak opuścili gurbi. Nakoniec powrócili tam. 

– A zatem, panie kapitanie – rzekł Ben-Zuf, 

– Co takiego? 

– Jesteś pan jeneralnym gubernatorem Algieryi. 

– Algieryi bez mieszkańców. 

– O! a ja, czyż się nie liczę. 

– Więc ty będziesz... 

– Ludnością, panie kapitanie, ludnością! 

– A moje rondo? – rzekł kapitan kładąc się spać. – Wartoż to było tyle się mordować! 

Rozdział VII. W którym Ben-Zuf sądzi, iż powinienby uskarżać się na gubernatora generalnego na zaniedbanie go.

W dziesięć minut potem gubernator generalny i „ludność” spali snem głębokim w izbie posterunkowej, ponieważ gurbi nie podniosło się jeszcze z ruin. Sen oficera w części był nieco zaniepokojony myślą, że wobec tylu nowych wydarzeń pozostawał w nieświadomości ich przyczyn. Chociaż nie był bynajmniej kosmografem, wytężywszy jednak pamięć, przypomniał sobie niektóre prawa ogólne. Zapytywał więc sam siebie, czy zmiana w pochyłości osi ziemskiej ku ekliptyce nie wywołała tych fenomenów. 

Ale jeżeli podobna zmiana wytłómaczyłaby przeniesienie się morza, a poniekąd i punktów kardynalnych, to nie mogłaby spowodować skrócenia dnia, ani też zmniejszyć natężenia ciężkości na powierzchni kuli. Hektor Servadac prędko musiał się zrzec tego przypuszczenia, co go mocno martwiło, gdyż dalej nie wiedział co już przypuszczać. Ale zapewne szereg fenomenów nie skończył się jeszcze i być może, iż jaki nowy objaw wyprowadzi go na drogę. Przynajmniej miał nadzieję. 

Na drugi dzień pierwszem staraniem Ben-Zufa było przyrządzenie dobrego śniadania. Należało pokrzepić się, do licha! Sam był głodny jak trzy miliony Algierczyków. Teraz była sposobność ostatecznego załatwienia się z kilkunastu jajami, których kataklizm nie dosięgnął. Gdyby się dodało do tego zupę kuskusu, którą ordynans umiał doskonale przyrządzać, uczyniłoby to pyszną ucztę. 

Owoż piec znajdował się w posterunku, miedziany rądel błyszczał, jak gdyby tylko co wyszedł z rąk kotlarza, wody świeżej nie brakło. Zanurzywszy jaja na trzy minuty we wrzącej wodzie, Ben-Zuf podejmował się otrzymać je doskonale miękkie. 

Ogień natychmiast został rozniecony i ordynans, według swego zwyczaju, począł nucić piosnkę wojskową. 

 A czy jest do woli 

 W naszej puszce soli? 

 I kawał pieczeni, 

 Czy się już rumieni? 

Kapitan Servadac, przechadzając się, ciekawie spoglądał na te kucharskie przygotowania. Wyczekując nowych fenomenów, które mogłyby wydobyć go z niepewności, zapytywał sam siebie czy też nie wydarzy się jeszcze jaka osobliwość. Czy kuchnia będzie funkcyonować jak zwykle? Czy powietrze zmodyfikowane podda jej swój kontyngens tlenu? 

Tak jest, ogień rozniecił się i pod przyspieszonym nieco podmuchem Ben-Zufa piękny płomień wybuchnął z pomiędzy trzasek, pomięszanych z węglami. Więc pod tym względem nie zaszło nic szczególnego. 

Postawiono rądel na kuchni, woda rądel napełniła i Ben-Zuf czekał aż płyn kipieć pocznie, by pogrążyć w niego jaja, które wydawały się jakby próżne, tak były lekkie. 

Dwie minuty nie upłynęły, a woda już się zagotowała. 

– O, do licha! jakże teraz prędko ogień rozgrzewa! – zawołał Ben-Zuf. 

– To nie ogień więcej rozgrzewa – odrzekł kapitan Servadac, zastanowiszy się – lecz woda prędzej się zagotowuje. 

I wziąwszy stustopniowy termometr, wiszący w posterunku na ścianie, zanurzył go w kipiącą wodę. 

Termometr wskazał tylko sześćdziesiąt stopni. 

– Masz tobie! – zawołał oficer – woda gotuje się przy sześćdziesięciu stopniach, zamiast przy stu. 

– I cóż, panie kapitanie? 

– A o to co, Ben-Zuf: radzę ci, byś pozostawił jaja dobry kwandrans w rądlu, a i wtedy bodaj czy będą zgotowane. 

– Ależ będą twarde! 

– Nie, mój przyjacielu, bodaj czy będą należycie rozgrzane. 

Przyczyną tego fenomenu było widocznie zmniejszenie się wysokości pokładu atmosferycznego, co się zgadzało ze zmniejszeniem gęstości powietrza, już dostrzeżonem; kapitan Servadac nie omylił się. Słup powietrza na powierzchni kuli ziemskiej zmniejszył się o trzecią część prawie i dlatego to woda pod mniejszem ciśnieniem, gotowała się przy sześćdziesięciu stopniach, zamiast przy stu. Taki sam fenomen powtórzyłby się na szczycie góry wysokiej na jedynaście tystęcy metrów i gdyby kapitan Servadac miał barometr, mógłby już sprawdzić to zniżenie się kolumny atmosferycznej. Taż sama okoliczność wywołała u Ben Zufa i u niego osłabienie głosu, owo szybsze oddychanie i owo ściskanie się naczyń krwionośnych, z czem już oswoili się. 

– A jednak – powiedział sam do siebie – trudno, zdaje mi się, przypuszczać, by nasze obozowisko przeniesione zostało na taką wysokość, ponieważ oto morze omywa skały nadbrzeżne! 

Ale jeżeli tym razem Hektor Servadac wyprowadził wnioski słuszne, nie mógł jeszcze powiedzieć jaka ich przyczyna. 

Tymczasem, dzięki przedłużonemu zanurzeniu, jaja prawie zgotowały się. Tak samo stało się z zupą. Ben-Zuf słusznie zauważył, iż na przyszłość wypadnie o godzinę wcześniej rozpoczynać kucharstwo – i podał do stołu swemu kapitanowi. 

A podczas gdy ten zajadał z wielkim apetytem, pomimo tłoczących się myśli, Ben-Zuf zwykłym swym trybem zaczął: 

– No i cóż, panie kapitanie? 

– A cóż, Ben-Zuf! – odrzekł oficer, mający zwyczaj w ten sposób odpowiadać mu. 

– Co teraz poczniemy? 

– Będziemy czekać. 

– Czekać?... 

– Dopóki nie przyjdą po nas. 

– Od morza? 

– Rozumie się, że od morza, ponieważ teraz obozujemy na wyspie. 

– Więc pan kapitan myśli, że koledzy... 

– Myślę, a przynajmniej mam nadzieję, że katastrofa ograniczyła się tylko do niektórych punktów wybrzeża algierskiego, i że zatem nasi koledzy są żywi i zdrowi. 

– Tak, panie kapitanie, trzeba mieć nadzieję. 

– Nie ma więc co wątpić o tem, że generalny gubernator nie zechce mieć na sumieniu tego, co zaszło. Musiał on wysłać z Algieru kilka statków dla zbadania wybrzeży i spodziewam się, iż o nas nie zapomni. Pilnuj więc morza, Ben-Zuf, i jak tylko ukaże się okręt, poczniemy robić mu sygnały. 

– A jeżeli nie ukaże się? 

– Natenczas zbudujemy statek i udamy się do tych, którzy do nas przybyć nie chcieli. 

– Dobrze, panie kapitanie. Więc pan jesteś marynarzem? 

– Każden jest marynarzem, kto nim być potrzebuje, – odpowiedział bez wahania oficer sztabu głównego. 

Otóż dlatego to Ben-Zuf, z perspektywą przed oczyma, bezustannie badał horyzont dni następnych. Ale żaden żagiel nie ukazywał się. 

– Do stu Kabylów! –zawołał – jego ekscelencya gubernator generalny coś zaniedbuje nas. 

Dnia 6 stycznia sytuacya dwóch naszych wyspiarzów bynajmniej się nie zmieniła. Dzień ten 6ty stycznia był datą rzeczywistą, to jest kalendarzową, nim jeszcze dawna doba ziemska utraciła dwanaście godzin na dwadzieścia cztery. Kapitan Servadac nie bez powodu, w celu lepszego oryentowania się, trzymał się dawnej metody. To też chociaż słońce wschodziło i zachodziło dwanaście razy na horyzoncie wyspy, liczył on tylko sześć dni od północy 1go stycznia, jako od początku roku cywilnego. Zegarek służył mu do dokładnego notowania godzin upływających. Rozumie się, że zegar z wahadłem, w obecnych okolicznościach podałby mu godziny fałszywe, wskutek zmniejszenia się ciężkości; ale zegar poruszany sprężyną nie podlega wrażeniom atrakcyi i jeżeli zegarek kapitana był dobry, to musiał iść regularnie nawet po tylu wstrząśnieniach w fizycznym ustroju. Właśnie to się teraz wydarzyło. 

– Do licha, panie kapitanie – rzekł wtedy Ben-Zuf, który zwąchał nieco literatury – zdaje mi się, że pan stajesz się Robinsonem, a ja zarywam na Piętaszka! Czy jestem murzynem? 

– Nie, Ben-Zuf – odrzekł kapitan Servadac – jesteś pięknej białej cery... przyciemnionej. 

– Piętaszek biały – odrzekł Ben-Zuf, – to nie jest według regulaminu, ale ja to wolę! 

Więc 6 stycznia, widząc, że nikt nie przybywa, kapitan uznał za właściwe zrobić to, co przed nim robili wszyscy Robinsoni, to jest zbadać roślinne i zwierzęce zasoby swej posiadłości. 

Wyspa Gurbi – takie nadał jej miano – miała powierzchni około trzech tysięcy kilometrów kwadratowych, to jest trzykroć stotysięcy hektarów; woły, krowy, kozy i owce znajdowały się tu w obfitości, ale ilości ich nie podobna było oznaczyć. Zwierzyny było podostatkiem i nie było obawy, by opuściła terytoryum. Zboża nie brakowało. Za trzy miesiące rozmaite jego gatunki mogły być zebrane i przechowane. A zatem wyżywienie gubernatora, ludności i dwóch kóz było najzupełniej zabezpieczone. Nawet gdyby nowi mieszkańcy wylądowali na wyspę, istnienie ich byłoby niemniej pewne. 

Od 6 do 13 stycznia padał deszcz bardzo obfity. Niebo ciągle pokryte było gęstemi chmurami. Kilkakrotnie srożyła się burza, rzecz rzadka w tej porze roku. Ale Hektor Servadac nie omieszkał zauważyć, że temperatura nienormalnie miała się ku podwyższeniu. Dziwne to byłoby lato, poczynające się w styczniu! Drugie spostrzeżenie było jeszcze szczególniejsze, a mianowicie wzrost temperatury nie tylko ciągły, ale postępowy, jak gdyby kula ziemska przybliżała się ku słońcu, w sposób regularny i ciągły. 

Wraz z ciepłem i światło także wytężało się i gdyby nie gęsta zasłona z chmur między niebem a powierzchnią wyspy, wszystkie przedmioty niezwykle były by oświetlone. 

Głównie gniewało Hektora Servadac to, iż nie mógł obserwować ani słońca, ani księżyca. ani gwiazd, ani żadnego punktu tego firmamentu, który przecież możeby odpowiedział na jego pytanie, gdyby mgła rozproszyła się. Ben-Zuf próbował parę razy uspokoić swego kapitana, zalecając mu tę rezygnacyę, którą sam doprowadzał aż do obojętności; ale tak źle był przyjęty, iż nie odważał się więcej nic mówić. Ograniczył się więc na należytem spełnianiu swych funkcyi. Pomimo deszczu, wiatru, burzy, dzień i noc czuwał on na szczycie skały nadbrzeżnej, kilka godzin tylko na sen poświęcając. Ale napróżno przebiegał wzrokiem horyzont niezmiennie pusty. Zresztą jakiżby statek mógł utrzymać się przy takiej pogodzie i wichrach? Morze podnosiło fale na niepojętą wysokość, a huragan szalał z niesłychaną wściekłością. Pewno, że w drugim okresie formacyj, gdy spienione wody, ulotnione z powodu gorąca wewnętrznego, wznosiły się w kształcie pary w przestrzeń, aby potem strumieniami spaść na ziemię, fenomena epoki potopowej nie spełniały się z tak zdumiewającą siłą. 

Ale dnia 13go potop ten ustał, jakby zaczarowany. Ostatnie porywy wiatru rozproszyły chmury w nocy z 13go na 14ty. Hektor Servadac, od sześciu dni zamknięty w posterunku, opuścił go, jak tylko ujrzał, że deszcz ustaje, a wiatr się uspokaja. Sam zaraz pospieszył na brzeg, morza. Co wyczyta z gwiazd? Ten wielki krąg przez chwilę widzialny w nocy z 31 grudnia na 1go stycznia, czy znowu ukaże się jego oczom? Czy tajemnica przyszłości zostanie nakoniec odkryta? 

Niebo jaśniało. Żadna mgła nie zasłaniała jego kostelacyi. Firmament rozciągał się przed wzrokiem, jak ogromna karta nieba i kilka mgławic zarysowało się tam gdzie oko astronoma nie mogło ich przedtem rozróżnić bez teleskopu. 

Pierwszem staraniem oficera było rozpatrzeć gwiazdę polarną. 

Była ona widzialna, ale bardzo pochylona nad horyzontem i prawdopodobnem było, że nie służyła już za centralny punkt obrotu całego gwiaździstego systemu. Innemi słowami oś ziemska, nieskończenie wydłużona, nie przechodziła już przez stały punkt, jaki ta gwiazda zwykle zajmowała w przestrzeni. I w samej rzeczy, w godzinę potem widocznie zmieniła ona miejsce i zniżyła się nad horyzontem, jak gdyby należała do jakiej konstelacyj zodyakowej. 

Pozostało więc wynaleźć jaka gwiazda ją zastępuje, to jest przez jaki punkt nieba przechodzi teraz przedłużona oś ziemska. Tem spostrzeżeniem Hektor wyłącznie zajmował się kilka godzin. Nowa gwiazda polarna powinna była być nieruchomą, jak dawniejsza, wpośród innych gwiazd, które w pozornym swym ruchu odbywały, dokoła niej swój obrót dzienny. 

Kapitan