Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Hayden War. Tom 6. De Oppresso Liber ebook

Evan Currie  

4.57894736842105 (19)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hayden War. Tom 6. De Oppresso Liber - Evan Currie

Koniec wojny nie oznacza końca walki. SOLCOM dowiaduje się, że Ross Ell podjęli ekspedycję przeciw niestowarzyszonemu gatunkowi, który zamieszkuje ziemię niczyją pomiędzy obszarami kontrolowanymi przez Ziemian a tymi, gdzie panuje Sojusz. W poszukiwaniu odpowiedzi i najlepszej metody działania SOLCOM wysyła okręt, który ma po cichu zbadać sytuację.

Major Sorilla Aida i jej oddział zostają wyznaczeni do tego zadania. Ich wyprawa ma za wszelką cenę pozostać tajemnicą dla potężnych obcych. Jedna rzecz wydaje się pewna: wolność nigdy nie jest dana na zawsze, a opresja to uniwersalny sposób działania w kosmosie...

Opinie o ebooku Hayden War. Tom 6. De Oppresso Liber - Evan Currie

Fragment ebooka Hayden War. Tom 6. De Oppresso Liber - Evan Currie

EvanCurrie

De OppressoLiber

Przekład Justyn „Vilk” Łyżwa

Warszawa 2016

Tytuł oryginału: De Oppresso Liber

Text copyright © 2016 Evan Currie

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ePub 978-83-65661-07-4

ISBN mobi 978-83-65661-08-1

Opracowanie wersji elektronicznej:

1

USS „Polska”

– Admirał na pokładzie!

– Spocznij – powiedział Ruger, przechodząc przez mostek ze wzrokiem utkwionym w niesamowitym widoku rozciągającym się pod jego stopami.

Jak na wszystkich okrętach klasy Terra, mostek „Polski” umieszczono w iglicy znajdującej się w okolicach rufy mierzącej kilometr jednostki. Dzięki grawitacji generowanej przez osobliwość w przedniej części okrętu „na dół” oznaczało kierunek ku dziobowi, a nie stępce. Stojąc w półsferycznej kopule mostka, miało się pod stopami kilometrowy kadłub krążownika.

Widok zapierał dech w piersiach, wywołując wrażenie, jakby stało się na krawędzi dachu wieżowca zawieszonego nad nieskończoną otchłanią.

Ruger uwielbiał to uczucie i cieszył się za każdym razem, gdy wchodził na mostek flagowy okrętu tej klasy. Jednak nie wszyscy odczuwali to samo. Znał niejednego człowieka, oczywiście nie astronautę, który odczuwał fizyczne dolegliwości na otwartym mostku. Z takimi ludźmi admirał zazwyczaj spotykał się w jednym z pomieszczeń wewnętrznego stanowiska dowodzenia, pogrzebanego w głębi kadłuba. Na szczęście dziś nie musiał tego robić.

– Kapitanie. – Uprzejmie skinął głową, stając obok dowódcy „Polski”, Jerzego Lewińskiego, który przyglądał się uważnie manewrom okrętu.

– Panie admirale – odpowiedział mężczyzna, nie odrywając wzroku od tablicy kontrolnej.

Admirał wydał już komendę „spocznij”, a kapitan był w tej chwili naprawdę zajęty. Ruger z całą pewnością nie zamierzał robić z tego problemu.

USS „Polska” leciał samotnie, bez eskorty i zaopatrzenia, znajdował się około trzystu jednostek astronomicznych od błękitnego olbrzyma klasy O. Sam ten fakt godny był zainteresowania, a Ruger miał pewność, że gdzieś na którymś z pokładów jakieś laboratoria pracują pełną parą, by dokonać szczegółowej analizy wielkiej gwiazdy. Ale to nie cele badawcze stanowiły powód zorganizowania wyprawy w ten rejon.

Ta gwiazda była macierzystym słońcem inteligentnej rasy obcych, na stopniu rozwoju odpowiadającym cywilizacji ludzkiej sprzed około siedmiu dekad. W niektórych dziedzinach różnica była mniejsza, ale z całą pewnością rasa ta nie opanowała jeszcze technologii grawitacyjnej, tak więc o ile podróżowała już w kosmosie, o tyle do prawdziwych lotów międzygwiezdnych było jej jeszcze daleko.

Sam ten fakt miał ogromne znaczenie naukowe, ale i on także nie stanowił podstawowej przyczyny przylotu ziemskiej jednostki.

– Tam.

Ruger spojrzał w kierunku wskazanym przez Jerzego i kiwnął głową.

– Ma pan dobry wzrok.

Na ekranie pojawił się spektralny obraz znajomej sylwetki na tle olbrzyma, zasłaniając na chwilę maleńką część jego korony. Odczyt wielospektralny był tak czysty, że każdy marynarz SOLCOM powinien rozpoznać go w mgnieniu oka.

Ceramiczny pancerz, kształt i rozmiar dokładnie odpowiadały okrętowi portalowemu Ross Ell.

Nawet biorąc pod uwagę cały postęp technologiczny, jakiego dokonała ludzkość od momentu, kiedy pierwszy raz ujrzano ten kształt, nie było człowieka przy zdrowych zmysłach, który chciałby znajdować się w promieniu pięciu jednostek astronomicznych od takiego okrętu. Zawory grawitacyjne Ross miały pewne mankamenty, ale uznawano je za najpotężniejszą znaną broń.

Cała potęga „Polski” na nic by się zdała, gdyby krążownik został uchwycony w zapadający się fragment czasoprzestrzeni. Nie miałby ani odrobinę większych szans niż „Los Angeles” i wiele innych okrętów.

– Wytłumić wszystkie spektra – rozkazał Jerzy. – Przechodzimy w zaciemnienie. Od tej chwili żadnych transmisji w jakimkolwiek paśmie. Naukowcy mogą kontynuować skanowanie pasywne. To wszystko.

– Aye, kapitanie.

Dopiero wtedy dowódca odwrócił się do Rugera.

– Jest potwierdzenie, sir.

– Zauważyłem. Dobra robota. Rozpoznanie przewidywało, że właśnie tam będą szukali drogi pozwalającej ominąć Haydena, o ile mamy rację.

W systemie Hayden doszło do pierwszego spotkania z Ross Ell, które dla obu stron nie należało do najszczęśliwszych. Ruger nadal wzdrygał się na myśl o tym, ilu dobrych marynarzy zginęło w tym konflikcie, ale Ross także nie mieli powodów do radości. Już w pierwszej fazie stracili trzy okręty portalowe, a w dalszych odsłonach liczba ta wzrosła o pół tuzina.

Zgodnie z danymi Sojuszu to były największe straty, jakie ponieśli od czasu wojny z Gav.

Nikt nie wiedział, czemu Ross przejawiali takie zainteresowanie niewielką częścią ramienia Galaktyki opanowaną przez SOLCOM, ale zadaniem Rugera było sprawić, aby odeszli z kwitkiem, nieważne, o co im chodziło.

– Mamy jakieś dane o miejscowych od Sojuszu? – spytał Jerzy.

– Tak, jakiś czas temu pracowali nad tym systemem, najwyraźniej zanim Ross dostali zgodę na jego eksplorację. To nie było zastrzeżone.

Lewiński chrząknął.

– Przyznaję, że Sojusz nie przestaje mnie zaskakiwać.

– Nie pana jednego – przytaknął Ruger. – Sojusz twierdzi także, że miejscowi wystrzelili w przestrzeń kilka sond. Proszę mi jedną znaleźć.

– Panie admirale? – w głosie kapitana brzmiało zaskoczenie.

– Po prostu proszę to zrobić i dać mi znać.

– Aye, aye, admirale.

Dziecko Boga

Ósmy księżyc piątej planety

Świat Boga wisiał nad horyzontem, jak to miało miejsce przed jego narodzeniem i jak będzie po jego śmierci, ale po raz pierwszy w życiu Korra patrzył na niego zdziwiony i przerażony. Po raz pierwszy bowiem planeta nie była źródłem życia. Nie od momentu, w którym zza Świata Boga wyłonili się najeźdźcy i w ciągu jednej przepełnionej terrorem nocy zdławili wszelki opór.

Tej strasznej nocy nie przyszło żadne ostrzeżenie. On sam był w domu, z partnerkami i dziećmi, mieszkali w stolicy Boskiej Strony Dziecka, w pobliżu miejsca, gdzie pracował. Pamiętał, że tej nocy było nienaturalnie zimno, a temperatura spadała bardzo szybko. Pomyślał, że należałoby sprawdzić w serwisach pogodowych, czym mogło to być spowodowane.

Serwis, który uruchomił, zamilkł po kilku zdaniach. Nie został zakłócony, po prostu znikł. Korra nigdy nie widział czegoś takiego, a stanowiło to tym większą zagadkę, że stał na czele rządowego zespołu koordynującego zbieranie informacji napływających spoza Świata Boga.

Program PI – Poszukiwania Inteligencji – miał za zadanie wynajdywanie inteligentnych wzorców w miliardach sygnałów przybywających z zewnątrz, ale tej nocy to oni zostali znalezieni.

Najeźdźcy wylądowali, nie napotkawszy żadnego oporu, nikt ich nie zauważył. Wojsko nie zostało nawet zmobilizowane aż do upadku stolicy. Potem zaś wydawano tak nieudolne rozkazy, że jakakolwiek spójna obrona okazała się mrzonką. Najeźdźcy prowadzili na smyczach zbyt wielu z tych, którzy mieli te rozkazy wydawać. Nikt nie wiedział, w jaki sposób zdołali osiągnąć coś podobnego w tak krótkim czasie.

W ciągu dwóch dni wydano rozkaz o całkowitej kapitulacji. Był on w zasadzie respektowany.

Życie wróciło prawie do normy. Dziwne, jak szybko można było przyzwyczaić się do myśli, że wszystko zależy teraz od kogoś znajdującego się gdzieś w oddali. Mieszkańcy wstawali, chodzili do pracy, otrzymywali wypłatę, wracali do domów i w zasadzie wszystko wyglądało tak, jakby nic się nie zmieniło.

Praca Korry nie miała już oczywiście żadnego znaczenia.

To mogłoby być nawet śmieszne. Nadal pojawiał się w swoim laboratorium, całe dnie spędzał, szukając sygnałów i wypełniając meldunki, których wymagał protokół. Nikt o to nie dbał. Inteligencja, której szukał, już tu była. Całkowicie nieprzyjazna.

Plotki pojawiły się po jakichś dwudziestu, trzydziestu dniach. Mieszkańcy zaczynali znikać. Połączenie zaginięć z regionami, którymi interesowali się najeźdźcy, nie zajęło dużo czasu. Narastał strach. Lęk przed ciemnością, prześladujący każdego urodzonego po Boskiej Stronie Dziecka, był teraz niczym w porównaniu ze strachem przed obcymi.

A wszyscy nadal musieli pracować i udawać, że nic się nie dzieje.

Wkrótce zaczęto stawiać opór, z różnym oczywiście powodzeniem. Znikały całe jednostki wojskowe, które niedługo potem okazywały się walczyć ze wszystkim, co reprezentowało napastników. Jednak ich samych mało kto widział. Nie pokazywali się często, woląc ukrywać się za różnymi konstrukcjami mechanicznymi.

Ruch oporu był jednak rozproszony i pozbawiony koordynacji. Nikt nie wiedział, czego chcą najeźdźcy, a choć mieszkańcom Dziecka wojna była nieobca, to wydawało się czymś nowym. Czymś, czego nikt nie rozumiał.

Korra tak pogrążony był w myślach i mechanicznym wykonywaniu pracy, że prawie przegapił sygnał z jednej z wysłanych sond, który zmienił się nagle.

Naukowiec przyglądał się temu przez chwilę, stukając pazurami w konsolę, jakby to mogło naprawić sygnał. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy rozpoznał wzór i zrozumiał, że z całą pewnością nie wchodził w grę przypadek czy awaria sprzętu.

Niepewny, co ma dalej robić, sięgnął po komunikator.

– Syntha? – odezwał się. – Mam coś, co powinnaś zobaczyć. Nie, nie mów nikomu innemu. Na razie nie.

Nie był jeszcze pewien, z czym ma do czynienia, ale to mogło mieć znaczenie. A jeśli tak, to prędzej dałby się pochłonąć ciemności, niż przekazał to najeźdźcom.

* * *

Mała grupa pochylona nad odczytem uważnie patrzyła na przekład, który kończyli Korra i Syntha.

Ta ostatnia potrzebowała tylko kilku chwil, by dość do tego samego wniosku, co jej kolega. Ktoś przesyłał dane za pomocą sondy wysłanej kilkadziesiąt lat wcześniej, a dotyczyły one najeźdźców!

Informacje taktyczne, dane wywiadowcze, nawet podstawowe informacje biologiczne, wszystko to przesłane zostało w najprostszym miejscowym kodzie, którego uczono nawet dzieci. To nie miało sensu, ale jeśli było prawdziwe…

Musieli o tym komuś powiedzieć.

Pozostawało oczywiście pytanie, kto i w jakim celu wysyłał te dane?

Naturalnie nie mieli wielkiego wyboru, tak więc bardzo szybko ktoś zaproponował, by wysłać odpowiedź.

USS „Polska”

Admirał Ruger przeglądał meldunki na pulpicie, choć większość z nich dotyczyła spraw, które zazwyczaj zostawiał swojemu asystentowi. Nudził się jednak i chciał robić cokolwiek. Od dwóch miesięcy dryfowali w zaciemnieniu, obserwując przylatujące i odlatujące okręty Sojuszu, głównie Ghuli, choć trafił się także jeden krążownik parithaliański. Kiedy panował spokój, dyskretnie nadawali za pomocą sondy obcych, którą wyśledzili dzięki danym archiwalnym Sojuszu, znajdującym się w bibliotece publicznej udostępnionej podczas ostatnich rokowań.

Zdaniem admirała urzędnicy Sojuszu byli najlepszym przykładem galaktycznej biurokracji. Archiwizowali wszystko, co wpadło im w ręce, i bardzo rzadko sprawdzali, co właśnie zapisali.

W tym przypadku część Sojuszu obserwowała od kilku dekad księżyc, o który chodziło. Urzędnicy pracowicie zapisywali wyniki badań i utworzyli dla tej cywilizacji osobną stronę. Zawierała ona oczywiście tylko jawne dane, interesujące dla studiujących kulturę ras, które nie podróżują w kosmosie.

Dla SOLCOM jednak dane te miały nieocenioną wartość. Był to jeden z pierwszych tropów, na które wpadła major Aida, kiedy uzyskała dostęp do danych, i potencjalnie jeden z tropów najbardziej obiecujących.

Po pierwsze, dotyczył on zaawansowanej cywilizacji, bliskiej lotów kosmicznych, żyjącej praktycznie w sąsiedztwie Ziemi. Jej świat znajdował się w odległości kilkuset lat świetlnych, czyli trzech tygodni lotu i dziewięciu skoków. Wszelkie dane z tak bliskiego sąsiedztwa stanowiły łakomy kąsek nie tylko dla SOLCOM, ale i wielu grup naukowych.

Jednak to fakt, że Ross Ell wzięli na celownik ten świat, miał szczególną wartość. Kiedy SOLCOM dowiedział się o tym, dane z kulturoznawczego złota zamieniły się w strategiczną platynę.

Języki, kultura, technologia… wszystko tam było, umieszczone przez skrupulatnych biurokratów. Co jednak najbardziej zdziwiło Rugera, to fakt, że całość informacji można było znaleźć w otwartych bazach danych, a Sojusz zupełnie się tym nie przejmował.

Co więcej, na temat tego globu pisano artykuły, ale nikt w Sojuszu nie wpadł na to, aby połączyć je z informacjami dotyczącymi księżyca, który właśnie podbili Ross.

Ruger nie mógł zrozumieć, jak Sojusz mógł funkcjonować, mając takie dziury w systemie ochrony swoich archiwów.

– Panie admirale?

Ruger podniósł głowę i spojrzał na asystenta.

– Tak?

– Prosił pan, aby powiadomić pana, gdy otrzymamy odpowiedź z sondy…

Admirał poderwał się z fotela.

– Już pędzę. Uprzedź zespół tłumaczący.

– Tak jest.

* * *

Dane napływały przez sondę irytująco wolno, zarówno dlatego, że nośnikiem był stary system strumieniowy, jak i ze względu na fakt, że używano kodu zbliżonego do alfabetu Morse’a z początków komunikacji radiowej. Kultura, z którą się komunikowano, mogła sobie pozwolić na dużo więcej, jednak dane techniczne uzyskane z bibliotek Sojuszu ograniczały możliwości ludzi tylko do takiej formy przekazu.

Nawet Sojusz uważał szyfry wojskowe za tajne, bez względu na to, do kogo należały.

Długi proces wysyłania, otrzymywania i tłumaczenia danych trwał całe tygodnie, podczas których „Polska” pozostawała ukryta na skraju systemu, cicha i zaciemniona, a jedynym wyjątkiem od tej reguły był pojedynczy, niskoenergetyczny sygnał wysyłany, by połączyć się z sondą obcych.

– Wydaje mi się, że osiągnęliśmy ogólne porozumienie, panie admirale.

Ruger pokiwał głową. Dziecianie, mieszkańcy świata, który sami nazywali Dzieckiem Boga, znajdowali się w desperackim położeniu, co do tego nie było wątpliwości. Szukali czegokolwiek, co mogłoby im pomóc w prowadzonej walce. Ruger wcale im się nie dziwił.

Ross Ell byli paskudną bandą, a ostatnią rzeczą, jakiej komukolwiek można by życzyć, był przeciwnik zdolny do zniszczenia całego księżyca. Na szczęście dla miejscowych, Ross interesowało coś, co znajdowało się w tym systemie i co powstrzymywało ich przed destrukcją całej cywilizacji. Admirał nie wiedział jeszcze, o co chodziło, ale z całą pewnością Dziecianie i SOLCOM mieli ze sobą coś wspólnego.

W interesie tak jednych, jak i drugich leżało pozbycie się Ross Ell z systemu, w miarę możliwości po uzyskaniu informacji, co ich tu przyciągnęło.

– Kapitanie – cicho powiedział Ruger.

– Tak, panie admirale?

– Proszę przekazać major, że ma zielone światło, i życzyć jej ode mnie powodzenia.

– Tak jest.

* * *

Major Sorilla Aida spojrzała na zespół przygotowujący się do wykonania zadania i pakujący sprzęt.

Pamiętała, jak kiedyś sama to robiła pod okiem swojego dowódcy zespołu. Podczas tamtej misji, kiedy znaleźli się nad Światem Haydena, przy życiu pozostała tylko ona.

Tym razem wiedzieli już dużo więcej o przeciwniku. Nie mieli zamiaru lądować w pobliżu jakichkolwiek większych skupisk ludności ani innych miejsc, którymi interesowali się Ghule. To nie oznaczało oczywiście, że misja stawała się bardziej bezpieczna, ale przecież nie płacono im za minimalizowanie ryzyka, lecz za wykonanie zadania.

Sorilla chrząknęła, by zwrócić na siebie uwagę, weszła do pomieszczenia i skinęła głową najstarszemu podoficerowi.

– Gotowi do zrzutu, Top? – spytała zdawkowo, ledwie zerkając w stronę pomocnika dowódcy, za to uważnie przyglądając się przygotowanemu sprzętowi i uzbrojeniu.

Podczas tego zadania mieli jak najmniej używać własnej broni, a najlepiej wcale. Idealną sytuacją byłoby, gdyby przeciwnik pozostał w przeświadczeniu, że został wyparty jedynie przez miejscowe siły. Byli duchami, których zadanie polegało na przygotowaniu mieszkańców księżyca, doradzaniu im i szkoleniu, by pomóc im wygrać ich własną wojnę. Jeśli zespół zostałby w jakikolwiek sposób zidentyfikowany, oznaczałoby to fiasko dużej części misji.

Nie oznaczało to jednak, że lecieli bez niczego. Sorilla miała tylko nadzieję, że uda im się zdobyć wystarczająco dużo lokalnej broni lub, jeszcze lepiej, sprzętu Ghuli.

– Gotowi do zrzutu, szefie – zadudnił Top, dwumetrowy Samoańczyk.

– Dobrze. Startujemy o dziewiątej zero zero, idźcie więc na siłownię i dajcie sobie porządny wycisk. Radzę trenować prawie do utraty przytomności. Czeka nas długi lot, zdążycie odpocząć, a w kapsułach nie da się za bardzo poruszać.

Starszy sierżant sztabowy Tane Nano spojrzał na podwładnych.

– Słyszeliście panią major! Zbierać dupy i za dwadzieścia minut meldować się na siłowni!

* * *

Sorilla również posłuchała własnej rady.

Długi zrzut zaliczał się do najbardziej nieprzyjemnych przeżyć, jakie miała na swoim koncie. A uczestniczyła w takiej operacji już kilka razy. Chodziło o klaustrofobię, która dawała o sobie znać, nawet jeśli normalnie się jej nie odczuwało. Kilkanaście centymetrów pancerza było wszystkim, co oddzielało człowieka od niezmierzonej otchłani. Nie dało się z tym nic zrobić, pozostawało tylko rozmyślanie.

Bez możliwości ruchu dni w zerowej grawitacji wydawały się rozciągać w całe tygodnie. Najtrudniejsza część przychodziła zaraz po wylądowaniu, kiedy należało być gotowym do natychmiastowej walki po długiej bezczynności. Sorilla doskonale zdawała sobie sprawę z tego wszystkiego. Jej misja, która zapoczątkowała wojnę o Haydena, rozpoczęła się od śmierci wszystkich członków zespołu, prócz niej samej. Ona przeżyła jedynie dzięki ślepemu szczęściu. To zmieniło w jej życiu wszystko.

Prawie wszystko.

Nadal była żołnierzem. Wykonywała jedyny zawód, który chciała wykonywać. Najlepszy, o jakim mogła marzyć.

Teraz więc trenowała ze wszystkich sił, starając się nie myśleć o tym, co nieuchronnie się zbliżało. Wiedziała, co jej zespół powinien zrobić bezpośrednio po wylądowaniu, ale na tym wiedza się kończyła. Nie posiadali wystarczających informacji na temat Dziecian, ich cywilizacji, a to stanowiło podstawę jej pracy. Niektóre kultury bardzo łatwo dostosowywały się do nowych warunków, nowej taktyki, mając ku temu naturalne zdolności, inne zaś pozostawały wierne swoim zasadom bez względu na wysiłek wkładany przez instruktorów. Najczęściej sprowadzało się to do bezpośredniej konfrontacji.

Major miała nadzieję, że Dziecianie nie zaliczali się do drugiej kategorii, bo nikt nie miał szans na zwycięstwo w bezpośrednim starciu z Ross. Gatunku, który potrafił jednym uderzeniem zniszczyć planetę, nie atakowało się frontalnie, chyba że nie istniało inne rozwiązanie.

Kiedy przybyła reszta zespołu, Sorilla już od kilku minut biegała na stacjonarnej bieżni. Powitała podwładnych jedynie lekkim skinieniem głowy, ale jej implanty śledziły każdego żołnierza, podobnie jak ich implanty śledziły ją i pozostałych kolegów.

Top Nano był pomocnikiem dowódcy. Sorilla bardzo żałowała, że nie może już być na jego miejscu. Na początku bycie mustangiem[1] nie stanowiło dla niej wielkiego wyzwania. Podczas wojny jej praca nie uległa znaczącym zmianom, prócz satysfakcji noszenia nowych dystynkcji. W tym czasie walka sprowadzała się raczej do reagowania niż prowadzenia własnych kampanii i bardziej przypominała próbę przeżycia niż wielką strategię. Przynajmniej na jej poziomie.

Kiedy jednak wojna się skończyła, wszystko się zmieniło. Ostatni przydział Sorilli polegał na robocie papierkowej w Fort Bragg, na szczęście nie trwał zbyt długo. Jako sierżant także oczywiście w jakimś stopniu zajmowała się administracją, ale w porównaniu z tym, z czym musiała borykać się obecnie, stanowiło to ledwie widoczny wycinek jej pracy.

Tak, Top był stanowiskiem i tytułem, którego zawsze pragnęła, a które dzierżyła własnym zdaniem zdecydowanie za krótko.

Kapral Lance Dearborne, snajper zespołu, podobnie jak większość jego członków był operatorem wyszkolonym już bezpośrednio przez SOLCOM. Sorilla i Top byli jedynymi, którzy wywodzili się jeszcze z Armii Stanów Zjednoczonych. Jakaś era dobiegała końca. Nie istniał wprawdzie jeszcze rząd światowy, ale wszyscy czuli, że prędzej czy później powstanie.

Stanowił on jedyne racjonalne rozwiązanie po tym, co stało się na Haydenie.

„Albo będziemy trzymać się razem, albo zginiemy osobno”.

Dearborne doskonale dałby sobie radę w starym zespole Sorilli i był to największy komplement, jakim kogokolwiek obdarzyła. Sprężysty blondyn zachowywał się tak, jakby urodził się z karabinem w jednej, a ghillie[2] w drugiej ręce. Kiedy jego implanty pracowały w trybie utajnionym, potrafił podejść praktycznie każdego. Sorilla widziała, jak skutecznie zaskakiwał ludzi na pustych korytarzach „Polski”.

Kapral Miram Soleill pełniła funkcję specjalisty instruktora, kolejne stanowisko, na którym pracę Sorilla wspominała bardzo dobrze. Miram miała wspaniałe przygotowanie akademickie, jednak niewielką praktykę. Wojny na Ziemi miały obecnie małe znaczenie, a SOLCOM i tak nie mógł na nie wysyłać swoich ludzi.

„Szkoda…” Sorilla wolałaby, aby jej podwładni zdobyli nieco doświadczenia na Ziemi, zanim zaczną walczyć z Sojuszem. „No cóż, damy sobie jakoś radę”.

W zespole była także para szeregowych, tak zielonych, że prawdopodobnie zdolnych do fotosyntezy, jednak wyglądało na to, że dość kompetentnych. Darren Riggs i Samantha Bier mieli po osiemnaście lat i ukończyli zaawansowane szkolenie SOLCOM na czołowych pozycjach w swoich grupach, co pozwoliło im dostać się do zespołu major Aidy. O ile za sukces chciał ktoś uznawać możliwość oddania życia w jakiś paskudny sposób setki lat świetlnych od domu.

Pozostał jeszcze LT.

Porucznik Brad Kepler.

Prawdę mówiąc, Sorilla nie bardzo wiedziała, co o nim myśleć. W odróżnieniu od pozostałych posiadał nieco doświadczenia. Nie takiego jednak, jakiego oczekiwała major. Podczas wojny pełnił funkcję paramedyka na Aresie, planecie, na którą napadli Ross, zabijając tam prawie wszystkich.

Przez większość wojny Kepler służył w armii brytyjskiej, z której został na stałe przeniesiony do SOLCOM, gdzie zgłosił się na stanowisko specjalisty. Miał czyste konto, ale w jego zachowaniu było coś, co nie pasowało do złotych belek, które nosił. Sorilla uświadomiła sobie, że go nie lubi, choć nie miała ku temu żadnych realnych powodów.

Podejrzewała, że stracił kogoś bliskiego na Aresie. Bliższego, niż wskazywałyby dane osobowe. Jego profil psychologiczny nie wykazywał jednak ksenofobicznych tendencji, inaczej Aida wykopałaby go osobiście z zespołu. Nie miała jednak złudzeń, ten człowiek pragnął zemsty.

Teoretycznie nie stanowiło to problemu, ale z własnego doświadczenia Sorilla wiedziała, że najgorszym bagażem, jaki żołnierz mógł nieść ze sobą na akcję, było pragnienie odwetu.

* * *

Tak ona, jak i pozostali członkowie zespołu zmordowali się na treningu do granic wytrzymałości, ale Sorilla nie pozwoliła im na odpoczynek. Dla nich wszystkich lepiej by było, gdyby przez większą część lotu spali, a doprowadzenie organizmów do skraju wyczerpania stanowiło najlepszy sposób, by to osiągnąć.

Oczywiście wszyscy spełniali warunki do zrzutu, ale Sorilla jako jedyna w zespole miała już za sobą prawdziwe desanty bojowe. Pozostali wykonywali tylko treningowe. Spędzili także setki godzin w symulatorach. Jednak zamknięcie w plastikowo-węglowej kapsule o grubości kilkunastu centymetrów, chroniącej przed najbardziej surowym środowiskiem, jakie można było sobie wyobrazić, miało zupełnie inne oddziaływanie psychologiczne.

Tak więc rano Aida z uśmiechem odnotowała, że jej ludzie niemal marzą, by w końcu zamknięto ich w kapsułach po wycisku, jaki zafundowała im w nocy. Chwyciła poręcz i wślizgnęła się do własnej bańki. Najpierw stopy, potem reszta ciała. Natychmiast połączyła systemy środowiskowe swojego pancerza z aparaturą miniaturowego pojazdu. Wokół niej kręcili się technicy.

– Wszystkie systemy sprawdzone, ma’am. Gotowi do startu? – spytał jeden z nich.

Sorilla uniosła kciuk.

– Gotowi.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Proszę im tam zgotować piekło, ma’am.

Zamknięto i uszczelniono pokrywę. Kapsuła zadrżała.

„Piekło to moja specjalność”.

2

Dziecko Boga

Świat Boga wisiał na niebie, w które się wpatrywali. Jego światło tłumiło blask znajdujących się dalej gwiazd, tak jak to było zawsze i zawsze będzie. Ci, którzy żyli na Dziecku, mogli obserwować gwiazdy tylko wtedy, kiedy opuścili komfortową jasną część księżyca i przenieśli się na drugą stronę, na której dzień i noc następowały po sobie naprzemiennie zgodnie z ruchem obiegowym globu wokół odległego słońca.

– Jesteś pewien, że właśnie tu kazali nam być?

Korra w odpowiedzi skinął głową.

– Współrzędne były bardzo dokładne.

Syntha zadrżała, rozglądając się wokoło.

– To miejsce wydaje się doskonale widoczne. Władcy…

– Nazywaj ich tak, jak robią to ludzie – zaoponował Korra. – To Ross Ell. Nic więcej.

Zadrżała ponownie, ale przytaknęła. Następnym razem postanowiła po prostu unikać tego tematu. Nie chciała narażać się na gniew tych, którzy tak łatwo opanowali planetę.

– Dlaczego nie wylądują na ciemnej stronie? – spytała. – Okręt z pewnością zostanie tu zauważony.

– Nie wiem – przyznał Korra. – Trudno powiedzieć, ale to zależy od ich technologii. Być może posiadają lepsze systemy maskowania, niż potrafimy sobie wyobrazić.

Syntha pokiwała lekko głową, nie wiedząc, czy powinno ją to uspokoić.

– Spójrz – powiedziała chwilę później – łzy boga.

Korra podniósł wzrok i dostrzegł grupę ognistych śladów, które przecinały niebo. Potwierdził cichym mruknięciem. Już miał zamiar skupić uwagę na czymś innym, kiedy zauważył, że ślady na niebie są krótsze niż zazwyczaj.

Naukowiec siedzący w jego duszy przejął kontrolę i całkowicie skoncentrował się na płonących obiektach, spadających jak ogniste krople. Wiedział, że były to odłamki skalne spoza systemu. Jego umysł rozpoczął natychmiast orientacyjne obliczenia, których wynik wskazywał, że spadną niebezpiecznie blisko miejsca, gdzie się znajdowali.

„Nie ma powodów do paniki” – pomyślał. „Spłoną w atmosferze. Nic nam nie będzie”.

Ukradkiem spojrzał na Synthę, ale nie wypowiedział swoich obaw głośno. Prawdopodobieństwo, że odłamki spadną na miejsce, gdzie stali, nawet jeśli dotrą do powierzchni, było niewielkie, ucieczka nie miała więc sensu. W praktyce sprowadzało się to do tego, że odłamki mogły spaść w dowolnym miejscu, bez względu na to, w którą stronę by pobiegli.

Łzy rosły w oczach, a Korra uświadomił sobie, że coraz bardziej się denerwuje, czekając na nieuchronny błysk i huk, kiedy w końcu rozpadną się w zderzeniu z atmosferą. Każda kolejna sekunda, w której to nie następowało, wzbudzała coraz większy niepokój. W końcu rozległ się odległy grzmot, a obiekty zaczęły się rozpadać.

„Za wolno, powinny rozpaść się natychmiast…”

Od łez zaczęły się odrywać iskrzące fragmenty, szybciej niż reszta wytracając prędkość i znacząc na niebie płomienny ślad.

Kapsuły desantowe

Po trzech dniach spędzonych w klaustrofobicznie małej przestrzeni każdy ruch stanowił ulgę, ale podwójne wejście w atmosferę szargało nerwy.

Musieli użyć górnej warstwy atmosfery gazowego olbrzyma, by nieco zwolnić, w innym wypadku po uderzeniu w Dziecko pozostałyby po nich tylko kratery i nic więcej. Tak więc po krótkim przebywaniu w jego atmosferze mieli jeszcze wystarczającą prędkość, by wyzwolić się spod wpływu wielkiej planety i w prostej linii skierować ku Dziecku.

Tym razem tarcie i wstrząsy były słabsze ze względu na rzadszą atmosferę i mniejszą prędkość. Sorilla odprężyła się, gdy kapsuły weszły głębiej, zadziałały hamulce aerodynamiczne i skierowały miniaturowe pojazdy w stronę strefy zrzutu.

Miała nadzieję, że miejscowi byli punktualni. Ostatnią rzeczą, jakiej chciała, to dać się złapać na otwartym polu z niedoświadczonym zespołem. Jednak – tak czy inaczej – spadali.

– Sprawdzić dane telemetryczne – rozkazała. – Wprowadzić ostatnie poprawki albo będziecie musieli przejść różnicę na piechotę.

Zespół potwierdził. Wszyscy byli mniej więcej na kursie, więc nie naciskała więcej. Powierzchnia Dziecka zbliżała się szybko, a Aida widziała już pod sobą krystalicznie błękitne wody morza.

Kapsuła porucznika rozpadła się jako pierwsza, ściany rozchyliły się, zamieniając konstrukcję w jeden wielki hamulec. Sorilla zauważyła Keplera stojącego na platformie. Po chwili zniknął jej z oczu. W ślad za porucznikiem swoje kapsuły zaczęli otwierać pozostali członkowie zespołu.

Sorilla zwolniła zabezpieczenia mniej niż kilometr nad morzem, a gwałtowne szarpnięcie odezwało się bólem w całym ciele. Hamulce kapsuły rozłożone były nad nią i kręciły się jak łopaty śmigła. Major ostatni raz sprawdziła sprzęt i zawisła na samej uprzęży.

Z wysokości pięciuset metrów zauważyła parę miejscowych stojących na brzegu i założyła, że to kontakt.

Sto metrów nad wodą skrzyżowała ramiona i zwolniła ostatnie zabezpieczenie. Swobodnie opadła ostatnie siedemdziesiąt metrów i uderzyła stopami w powierzchnię z siłą, która zmiażdżyłaby nieopancerzonego człowieka.

Zanurzyła się na głębokość trzech metrów, składając się tak, by jak najlepiej zamortyzować siłę uderzenia, a potem sprawdziła odczyty. Jej zasobnik znajdował się dwadzieścia metrów od niej, zanurzony metr pod powierzchnią. Podpłynęła do niego i przypięła do klamry znajdującej się z tyłu pancerza. Teraz wystarczyło poczekać na resztę zespołu. Ostatni otwierający kapsułę naturalnie zawsze lądował jako pierwszy.

Następny w wodzie znalazł się Dearborne. Zaledwie kilka sekund po niej. Szeregowi wpadli po kolejnych trzydziestu sekundach, a kapral Soleill tuż za nimi. Top Nano był następny, ale na porucznika trzeba było czekać ponad minutę.

„Muszę z nim o tym porozmawiać” – zanotowała w pamięci Sorilla. Gdyby było to „gorące wejście”, dodatkowy czas spędzony pod hamulcami kapsuły mógł kosztować go życie, a resztę zespołu fiasko.

W ciągu kilku minut Sorilla zebrała zespół i skierowała go w stronę czekającej dwójki.

* * *

Korra nie mógł oderwać wzroku od oceanu, choć wiedział, że nic tam nie zobaczy.

– Czy to…? – spytała niepewnie Syntha. – Jak myślisz?

– Tak, wydaje mi się, że to było to – odpowiedział, wiedząc, że pytała o to, czy byli świadkami lądowania obcych, na których czekali. – Nie spodziewałem się, że przybędą w taki sposób.

– Ale oni na pewno nie żyją – szepnęła jego towarzyszka. – Taki upadek powinien…

– Nie sądzę – powiedział pewnym głosem. – Nie wydaje mi się, by przebyli tak długą drogę tylko po to, by rozbić się o powierzchnię Dziecka. Obserwuj morze, Syntha.

Sam także zaczął wytężać wzrok.

Dwójka przez dłuższy czas czekała w ciszy ze wzrokiem utkwionym w falach oceanu. Stracili rachubę czasu, nie wiedzieli, ile upłynęło od chwili, kiedy pierwszy raz ujrzeli spadające „łzy”.

Czarna, opancerzona sylwetka wyłoniła się z wody i zbliżając się, wymierzyła broń w kierunku oczekujących. W chwilę później pojawiły się dwie kolejne postacie, osłaniając flanki pierwszej. Korra nigdy nie służył w wojsku, ale domyślił się, że chcą uniknąć trafienia kogoś ze swoich, gdyby pojawiła się konieczność zabicia jego i Synthy.

Byli niżsi niż Dziecianie, prawie o jedną piątą. Dwunożni i dziwnie symetryczni w osi pionowej. Korra zastanawiał się, czy to wrażenie pozostanie, kiedy zdejmą pancerze.

Prowadząca sylwetka zatrzymała się na samym brzegu, zwróciła głowę w obie strony i w końcu opuściła broń. Wyszła z wody.

– Korra?

Głos był dziwny, metaliczny w brzmieniu i wyższy niż dźwięki, do których przywykł Dziecianin. Jednak brzmiał czysto i zrozumiale.

Naukowiec wykonał gest powitania.

– To ja.

– Sorilla, major – powiedziała łamanym dzieciańskim postać, przewieszając broń przez plecy. – To zespół.

– Tak, widzę. My… – Korra zastanowił się, jak to ująć.– Spodziewaliśmy się więcej.

– Nie więcej – powiedziała postać. – My doradcy. Rozpoznanie, wiadomości.

– Rozumiem. – Korra był lekko zawiedziony, choć chyba nie powinno go to zaskoczyć. – Mówicie w naszym języku. W jaki sposób?

– Wy byli obserwowani. Sojusz nie zabezpiecza dobrze danych.

„Co to jest Sojusz?”

Miał więcej pytań, tak wiele, że ledwie mógł je spamiętać, ale teraz nie było czasu na ich zadawanie.

– Doskonale. Zbierz swój zespół. Wiem, gdzie są inni. Tam znajdziecie schronienie. I przekażecie wasze wiadomości.