Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Hayden War. Tom 4. Zew Walhalli ebook

Evan Currie  

4.59375 (32)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 307 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hayden War. Tom 4. Zew Walhalli - Evan Currie

Wojna o Świat Haydena dobiega zaskakującego końca. Świeżo upieczona porucznik Sorilla Aida ma nową misję i nowych sojuszników, nowy sprzęt i wsparcie, i oczywiście nowe zadanie. Jej misja może zagwarantować ludzkości szansę na zdobycie przewagi technologicznej w konflikcie z obcymi.

Sojusz jednak nie czeka, aż wojna wymknie się im spod kontroli, i w odpowiedzi podejmuje błyskawiczną kontrakcję. Czy obcych naprawdę interesują ludzie i ludzkie światy, czy może jednak gra toczy się o coś więcej?

Zew Walhalli rozbrzmiewa w całej Galaktyce i ktoś będzie musiał odpowiedzieć.

Opinie o ebooku Hayden War. Tom 4. Zew Walhalli - Evan Currie

Fragment ebooka Hayden War. Tom 4. Zew Walhalli - Evan Currie

EvanCurrie

ZewWalhalli

Przekład Justyn „Vilk” Łyżwa

Warszawa 2016

Tytuł oryginału: The Valhalla Call

Text copyright © 2013 Evan C. Currie

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

Druk i oprawa: Drukarnia Dziełowa

e-mail: drukarnia@dd-w.pl

ISBN epub: 978-83-64030-95-6

ISBN mobi: 978-83-64030-96-3

Opracowanie wersji elektronicznej:

Słowo wstępne

 

 

I oto widzimy się ponownie, ostatni rozdział wojny o Haydena leży właśnie przed Wami i mam nadzieję, że Wam się spodoba. Chciałbym tylko zaznaczyć, że to nie wszystko, co mam do powiedzenia o tym uniwersum i bohaterach, i że mam jeszcze sporo pomysłów na tę serię, tak więc nie ma się czym martwić.

Na wiele sposobów to moja pierwsza salwa i pierwsza oraz druga wojna światowa w tym uniwersum. Kolejne będą jak gdyby zimną wojną, sądzę więc, że bezpiecznie mogę powiedzieć, iż Sorilla nie tylko wróci, ale stanie się ważnym elementem tego, co będzie miało miejsce.

„Zew Walhalli” był podczas tworzenia zarówno dużą przyjemnością, jak i ogromnym wysiłkiem. Skopał mi tyłek tak wiele razy, że muszę mieć w tym miejscu ogromne siniaki. Podoba mi się jednak efekt i uważam go za dobry punkt wyjściowy do tego, co będzie się działo w niedalekiej przyszłości.

Witam więc w SOLCOM, drodzy czytelnicy. Załóżcie kombinezony i zapnijcie pasy, bo słychać właśnie „Zew Walhalli” i ktoś musi na niego odpowiedzieć.

 

 

 

 

Prolog

Nienazwany układ gwiezdny

Podstawa Ramienia Oriona

Mistrz okrętów Parath dawno nie widział tak różnorodnej floty jak ta, wśród której leciał obecnie jego osobisty transportowiec. Parithaliańskie krążowniki i okręty liniowe były dla niego normą i przyzwyczaił się już także do grawitacyjnych niszczycieli Ross Ell, ale teraz obecne były jeszcze przynajmniej trzy inne gatunki, a to czyniło z tej floty jedną z najbardziej zróżnicowanych etnicznie, z jakimi Parath kiedykolwiek miał do czynienia.

„Nieczęsto tyle ras godzi się na współpracę” – pomyślał, starając się odgadnąć powód podobnego stanu rzeczy. Według jego wiedzy takowy nie istniał. Z całą pewnością nie mógł być nim gatunek, na który natknął się ostatnio Sojusz.

Parath myślał o tym cały czas podczas dokowania transportowca do burty „Wiecznej Chwały”, jednego z flagowych okrętów parithaliańskich.

„To nie ma sensu. Po co przysyłać tu »Chwałę«? To najwyżej kieszonkowe imperium”.

– Mistrzu Parath – zwrócił się do niego młody Pari, który zbliżył się do rampy, kiedy starszy oficer zszedł już na pokład, a transportowcem zajęły się jednostki logistyczne – zostałem wysłany, aby zaprowadzić pana na spotkanie.

– Dziękuję – odpowiedział po prostu mistrz okrętów, wskazując w głąb korytarza. – Kiedy tylko będzie pan gotów.

– Oczywiście, proszę za mną.

Przeszli kawałek przez stację przesiadkową, a następnie windą dostali się na górny pokład. Tego typu pokłady znajdowały się tylko na okrętach takich jak „Chwała” i zarezerwowane były dla mistrzów flot. Parath podążył za przewodnikiem do bezpiecznego pokoju i stanął na baczność, kiedy zorientował się, kto znajduje się w pomieszczeniu.

– Mistrzowie, oto mistrz okrętów Parath – zameldował oficer.

Przez kilka chwil jego obecność była ignorowana, aż w końcu starszy Parithalianin spojrzał na niego.

– Witamy, mistrzu okrętów. Mamy do skończenia pracę, proszę usiąść.

Mówiącym był mistrz flot Demescene.

– Dziękuję, mistrzu flot – powiedział Parath, zajmując wskazane miejsce.

Siedział tam dłuższy czas, aż w końcu ciche rozmowy na mostku ustały, a Demescene zwrócił się do niego ponownie.

– No cóż, mistrzu okrętów, udało się panu wylądować w samym środku bardzo niemiło pachnących nieczystości.

Parath zesztywniał, nie bardzo wiedząc, jak ma to traktować. Z jednej strony była to prawda, ale jego zdaniem trafniej można by to sformułować tak, że wszyscy zostali w to wciągnięci przez Ross. Pokiwał wolno głową, ale nie odezwał się.

Mistrz flot uśmiechnął się lekko.

– Nie zgadza się pan z tym? – zapytał zwodniczo miłym tonem.

Parath przez chwilę myślał nad odpowiedzią.

– To zależałoby od tego, co mamy zamiar z tym zrobić.

– Naprawdę? – spytał szczerze zdziwiony Demescene. – Wydawało mi się, że nasze zamiary są jasne.

– Tak, widzę tutaj jedną z największych flot, jakie kiedykolwiek miałem okazję oglądać – wolno potwierdził Parath. – Jednak, muszę przyznać, że nie dostrzegam ku temu przyczyn. To w najlepszym przypadku kieszonkowe imperium. Nie zademonstrowało nic, co stanowiłoby techniczne albo liczebne uzasadnienie takiej odpowiedzi.

– Nie, oni nie – przyznał mistrz flot. – I gdyby chodziło jedynie o kieszonkowe imperium, nie interesowalibyśmy się tym tak bardzo. Spojrzałem w zapisy, a Ross przyznali, że zaatakowany świat pierwotnie zamieszkały był przez istoty z tego imperium.

Parath mrugnął i potarł kość policzkową. Ten cały bałagan wywoływał jeden ból głowy za drugim.

– Jeśli o to chodzi – rzekł w końcu – czemu my w ogóle się angażujemy, zamiast powstrzymywać jedynie Ross przed rozwalaniem całych planet?

– Samo to wymagałoby naszego zaangażowania – odparł Demescene. – Ale nie. Przeanalizowaliśmy zapisy z instrumentów na pana okrętach i znaleźliśmy coś, co nas poważnie zaniepokoiło.

Parath zmarszczył brwi.

– Nie przypominam sobie niczego szczególnego.

– Nie miał prawa pan tego zauważyć – westchnął Demescene. – To, co teraz powiem, jest tajemnicą związaną Przysięgą Floty, Parath. Nie może zostać nikomu powtórzone.

– Rozumiem.

– Od ostatniej wojny Sojuszu z Ross Ell stało się kilka rzeczy, które nigdy nie ujrzały światła gwiazd – poważnie powiedział mistrz flot. – Jedną z nich jest to, że do każdej jednostki zbudowanej w Sojuszu od czasu wojny dodajemy pakiet instrumentów. Do każdej, z wyjątkiem jednostek Ross. Do nich także byśmy go dodali, gdyby nie były budowane głęboko w przestrzeni kontrolowanej przez tę rasę. Ten pakiet jest absolutnie tajny, a cel, w jakim został stworzony, jeszcze bardziej. Gdy jednostka zawija do jakiegokolwiek portu Sojuszu, dane z tego pakietu są pobierane i przesyłane do światów centralnych.

Parathowi prawie zakręciło się w głowie. Sojusz posiadał dziesiątki, a może nawet setki tysięcy okrętów i statków. Dane z samych okrętów musiały być niewyobrażalnie rozległe, nie mówiąc już o cywilnych jednostkach.

– To... to prawie nie do uwierzenia – wykrztusił w końcu.

– Wiara nie jest wymagana – warknął Demescene. – Pakiety z pana okrętów zanotowały coś, czego nie widzieliśmy od ostatniej wojny z Ross Ell, a co każe nam wierzyć, że Sojusz jest na krawędzi kolejnej wojny z nimi.

Przez plecy Paratha przebiegł zimny dreszcz. Ross nie byli typową rasą wojowników, jednak przyciśnięci do muru, nie znali umiaru. To w połączeniu z wiedzą o czasoprzestrzeni, niedostępną żadnemu innemu gatunkowi, tworzyło z nich śmiertelnie niebezpiecznych przeciwników.

– Czemu pan tak sądzi? – spytał w końcu.

– Ze względu na te dane. – Demescene podsunął przenośny wyświetlacz.

Informacje znajdujące się na ekranie miały niewielki sens dla Paratha, jednak zauważył linię czasową.

– Te sygnały wykryte zostały podczas naszej ostatniej misji rozpoznawczej.

– Zgadza się – potwierdził starszy Pari. – To był dla nas pierwszy sygnał, że Ross coś ukrywają.

Mistrz flot westchnął.

– Podczas ostatniej wojny Ross mieli kilka instalacji głęboko na swoim terytorium. Były to centra naukowe, jak uważamy, niezbędne dla ich technologii manipulacji czasoprzestrzenią. Wykryliśmy je dlatego, że jest niemożliwe, by ukryć powstające w ich okolicach monstrualne zawirowania czasoprzestrzeni. Można je zlokalizować z odległości wielu lat świetlnych, prawie w czasie rzeczywistym.

Parath wypuścił ze świstem powietrze. Zawirowania, które dały się wykryć w czasie rzeczywistym, to nie były małe osobliwości.

– Co robiły te instalacje?

– Nigdy się nie dowiedzieliśmy – przyznał Demescene. – Sojusz posiadał dane, że są one niezbędne Ross Ell do prowadzenia wojny, tak więc dowództwo wysłało Strażników.

Parath ze zrozumieniem skinął głową. Jeśli ktoś chciał, aby coś z pewnością zostało zniszczone, wzywał Lucjan. Cieszyli się niepodważalną reputacją wspaniałych wojowników i faktycznie w walce byli wcielonymi diabłami. I co najważniejsze, Lucjanina nie dawało się powstrzymać, jedynie zabić.

– Żaden z nich nie wrócił – kontynuował Demescene, wywołując kolejne westchnienie Paratha. – Jednak systemy, w których wykryliśmy zawirowania... już nie istnieją.

Parath wypuścił z rąk wyświetlacz, rozszerzając wewnętrzne powieki i całkowicie ukazując oczy.

– Przepraszam?

Musiał się przesłyszeć. Systemy gwiezdne nie znikają. Nie niszczy się ich. To było szaleństwo. Nawet Ross Ell w czasie wojny nie zniszczyli nigdy gwiazdy.

– Nie wiemy, co się stało – przyznał Demescene. – To były wszystko bardzo gęsto zaludnione systemy Ross... A teraz są skrajnie niebezpiecznymi osobliwościami punktowymi. Wkrótce potem Ross rozpoczęli negocjacje pokojowe i starania, aby w pełni przyłączyć się do Sojuszu. Ten zaś zawsze uważał, że lepiej mieć ich pod ręką i wiedzieć, co robią, niż zostawić samych z ich zabawkami.

Z tego Parath zdawał sobie sprawę. Ross nigdy nie byli najbardziej godnymi zaufania członkami Sojuszu, ale wiadomo było jednocześnie, że są zbyt potężni, by ich odsuwać, pomijając oczywiście ogromne problemy komunikacyjne, jakie wywoływali.

Jak wielu oficerów, Parath dość dokładnie studiował historię Ross Ell. Było niemalże obowiązkiem każdego kandydata na oficera napisać pracę o Ross i o tym, ile wnieśli do Sojuszu.

Panowała przy tym powszechna opinia, że Ross po prostu nie postrzegają wszechświata w taki sposób, jak czyniła to większość gatunków. Jasne było, że posiadali jakieś sensoryczne połączenie z czasoprzestrzenią, które wykraczało poza normalne zmysły. Wielu uważało, że mogli widzieć lub w jakiś inny sposób odczuwać samą grawitację.

I zdaniem Paratha, dostrzegali niewiele więcej. Ślepota Ross Ell w interakcjach z jakimkolwiek innym gatunkiem była przysłowiowa.

– Czy wierzy pan, że te istoty są w jakiś sposób na poziomie porównywalnym z Ross? – zapytał w końcu, sam sceptycznie odnosząc się do tej myśli.

– Nie – zaprzeczył mistrz flot. – Wierzymy jednak, że Ross posiadali zapasowe instalacje i jedna z nich ukryta była w tej ciemnej części Galaktyki. Albo stracili z nią kontakt po wojnie, albo celowo go zerwali, abyśmy jej nie wykryli. To ponad sto jednostek gwiezdnych. To imperium zaś rozszerzyło się, wchłaniając część dawnego terytorium Ross, i teraz ma tę instalację pod kontrolą, najprawdopodobniej nawet o tym nie wiedząc.

– A więc mają coś, ukryte gdzieś w pobliżu jednego z ich światów, w dodatku coś, co jest w stanie zamienić system w osobliwość, i nie mają o tym pojęcia? Znając Ross, to zapewne jest atrakcyjny system. Mają szczególny pociąg do pewnego rodzaju form życia.

– Najprawdopodobniej – przyznał Demescene. – Naszym problemem jest jednak zabezpieczenie tego urządzenia, a w najgorszym wypadku zniszczenie go. Ross nie powinni mieć przeświadczenia, że znów mogą sobie pozwolić na wojnę z Sojuszem. Byłoby to zbyt destrukcyjne.

Parath zgodził się z tym.

– To będzie trudne. Szczególnie jeśli przyjdzie nam walczyć z tym imperium, ukrywając nasze zamiary przed Ross.

– Tak, widziałem te nowe dane – powiedział Demescene. – Kolosalnie zwiększyli potencjał przyspieszeń w swoich jednostkach. Zbliżyli się tym do Ross, prześcigając niektóre z naszych okrętów.

– Nie okrętów liniowych, ale to prawda – pokiwał głową Parath. – Co mnie jednak najbardziej niepokoi, to fakt, że dokonali skoku od wartości około dwudziestu ośmiu wielokrotności przyspieszenia parithaliańskiego do około pięciuset w ciągu kilku lat. A to wskazywałoby, że nauczyli się operować czasoprzestrzenią na poziomie Sojuszu, choć nie dorównują Ross.

– Niech wróżbiarz uchroni – zarzekł się Demescene. – Mamy wystarczająco dużo kłopotów z jednym gatunkiem.

– Biorąc to jednak pod uwagę – powiedział Parath – nie powinniśmy ich lekceważyć. Kontrolują węzeł, który jest bramą do prawie całego ramienia Galaktyki. Możemy znaleźć obejście, ale to potrwa całe interwały...

– Nie, przejmiemy ich węzeł – oświadczył mistrz flot. – Świat, którego chcą Ross Ell, jest punktem kluczowym. Musimy go kontrolować, jeśli chcemy znaleźć urządzenie, zanim zrobią to Ross.

– Oni raz już zaciekle walczyli, by odzyskać planetę – ostrzegł Parath. – I jeszcze zacieklej, by ją utrzymać. Wydaje mi się, że zdają sobie sprawę z tego, iż to węzeł, inaczej już by się wycofali.

– To nie nasz problem. Potrzebujemy tego systemu, więc zmobilizowaliśmy flotę – poważnie odparł Demescene. – Flotę, która byłaby w stanie zatrzymać nawet Ross, i to w szczytowym okresie wojny.

Parath pokiwał głową. Nie widział całej armady, a jedynie jej część podczas swojego przelotu. Nie ulegało wątpliwości, że Sojusz poważnie myśli o przejęciu systemu, bez względu na to, jak kłopotliwi byli jego obecni okupanci.

„To będzie krótki konflikt” – pomyślał. „Wydaje mi się jednak, że nie okaże się taki sterylny, jak wierzy mistrz flot”.

Akademia West Point

Nowy Jork, NY, Ziemia

– Poruczniku!

Kobieta była mocno zbudowana i mierzyła około metra osiemdziesięciu, od tyłu niczym prawie nie odróżniała się od reszty otaczających ją ludzi w mundurach. Kiedy jednak odwróciła się w stronę, z której płynął znajomy głos, okazało się, że wcale ich nie przypomina.

W morzu młodych, sprawnych fizycznie ludzi porucznik była jakby powyżej ich poziomu, i to w obu kategoriach. W przeciwieństwie do osiemnastolatków, zawdzięczających swą sprawność ćwiczeniom na hali i siłowni, kobieta wyglądała na jakieś trzydzieści lat, miała spaloną słońcem skórę i oczy, które wyraźnie starsze były o co najmniej dekadę.

Była także jedyną, która nie nosiła książek ani komputera, co mógł dostrzec tylko uważny obserwator. Gdyby jednak podszedł wystarczająco blisko, by spojrzeć w jej oczy, wiedziałby, czemu ich nie nosi, ale jeśli byłby w stanie podejść tak blisko, i tak wiedziałby już wszystko.

– Porucznik Aida!

– Tak? – Wywołana spojrzała na wołającego i uśmiechnęła się. – Ton! Nie widziałam cię od...

– Od operacji na Haydenie – odpowiedział z uśmiechem wielki mężczyzna. – Zostałem odesłany tym samym transportem, którym ty przyleciałaś. Jak ci leci?

Spojrzała z grymasem na złote belki na kołnierzu i przewróciła oczyma.

– Żałuję, że przyjęłam propozycję armii.

Ton chrząknął.

– Mogę sobie wyobrazić. To przykre widzieć kostkę masła[1] na pagonach sierżanta, któremu się ufało i na którym można było polegać.

– Powiedz to moim profesorom, od unitarki nie czułam się tak głupio.

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że zajęcia faktycznie sprawiają ci problem? – sceptycznie zapytał Ton.

– Czy ja powiedziałam coś takiego? Powiedziałam, że czuję się głupio, a nie, że jestem głupia – szeroko uśmiechnęła się Sorilla.

– Dobra, dobra – powiedział Ton, patrząc za jej plecy. – Nie oglądaj się. Wydaje mi się, że złapałaś ogon.

Sorilla nie musiała się oglądać, by wiedzieć, o kim mówi.

– To koledzy z klasy.

– Naprawdę? – Wielki facet uśmiechnął się szeroko, błyskając bielą zębów, która mogłaby porazić nawet niewidomego. – W takim razie przedstaw mnie...

– Ton... – jęknęła Sorilla.

– Jak dla pani, kapitan Washington, poruczniku. – Nie przestawał się uśmiechać. – A może mam wydać rozkaz?

Spojrzała na niego w sposób, który zdecydowanie to odradzał, ale jednocześnie zdała sobie sprawę z tego, że nie bardzo ma inne wyjście. Najgorsze było jednak to, że wiedziała, iż coś takiego nie przyszłoby mu nawet do głowy, kiedy była jeszcze starszym sierżantem sztabowym. Było coś nie tak z faktem, że po promocji na pierwszy stopień oficerski miało się mniej szacunku od otoczenia niż uprzednio.

Odwróciła się, by dokonać prezentacji, mrucząc przy tym na tyle głośno, by Ton ją usłyszał:

– Zobaczymy, czy następnym razem będę miała ochotę wyciągać twoją poranioną dupę z dżungli.

Ton roześmiał się i zaczął rozmawiać z młodzieżą. Na szczęście był na tyle elegancki, że nie opowiadał niczego, co by miało związek z podporucznik, czym prawdę mówiąc, nie była zaskoczona. Większość wspólnych opowieści była albo nudna, albo zbyt osobiście dotyczyła ich drużyny. Niektóre sprawy powinny zostać tylko między członkami ekipy.

Po pewnym czasie Ton spojrzał poważnie na młodych ludzi.

– Nie pogniewacie się, jeśli na jakiś czas porwę LT? Dołączy do was później.

Co mogli na to powiedzieć? Zasalutowali i odeszli.

„Muszę zdobyć belki kapitana. Albo jeszcze lepiej liść, nieważne, jakiego koloru[2]”.

Kiedy młodzi odeszli, Ton zwrócił się do niej:

– Masz jakieś plany na lunch?

– Teraz już chyba tak – odpowiedziała, uśmiechając się.

– Dobrze, muszę zadać ci kilka pytań.

– Naprawdę? Dajesz.

– Po drodze. Znam fajne bistro niedaleko, podjedziemy busem. Pozwoli pani? – zapytał, oferując jej ramię.

Spojrzała na niego nieco zaskoczona, ale czemu nie? To była sympatyczna zabawa z dala od strefy działań bojowych. Wzięła go pod rękę i skierowali się w stronę przystanku.

– Co więc cię do mnie sprowadza? – zapytała po drodze.

– Nie wiem, czy słyszałaś, ale zostałem przydzielony do Task Force Siedem – odpowiedział marine. – Wkrótce ruszamy.

– Rekrutujesz, kapitanie? – spytała z lekką nadzieją w głosie.

– Przepraszam, sier... LT. – Pokręcił głową. – To paskudnie brzmi w stosunku do ciebie.

– Mów mi Soeur. Kiedy dorastałam, tak mówiła do mnie większość ludzi.

Słowo brzmiało Tonowi z francuska, ale nie znał tego języka. Ze względów zawodowych przydatniejsze były dla niego dialekty Bliskiego i Dalekiego Wschodu.

– To jakieś konkretne słowo czy skrót od Sorilla?

– Jedno i drugie. To „siostra” po francusku. Sorilla to włoska wariacja na ten sam temat – odparła.

– A Aida? – spytał, skoro już o tym rozmawiali.

– Japońskie.

– Poważnie? Jak, do...?

– Ojciec taty był Amerykaninem japońskiego pochodzenia. W trzecim pokoleniu, ale nazwisko pozostało. Tatę wychowywała babcia, Włoszka. A mama była Meksykanką.

– Interesująca mieszanka – przyznał. – Tak czy inaczej, nie rekrutuję. Mój zespół jest kompletny.

– Szkoda – powiedziała smutno.

Lokalny portal tranzytowy połączony był z systemem stanowym, a ten z kolei z międzystanowym. Po zajęciu miejsca w pojeździe można więc było podróżować po całym kraju, jeśli miało się na to czas i ochotę. Sorilla i Ton nie mieli ani jednego, ani drugiego.

– Stony Point – powiedział Ton, kiedy oboje znaleźli się wewnątrz.

– Proszę pozostać na miejscach podczas podróży – odparł automatyczny pilot pojazdu. – Dla własnego bezpieczeństwa wszyscy pasażerowie...

– Słyszeliśmy to już. – Ton przewrócił oczami, wyłączając ostrzeżenie.

Komputer umilkł, a pojazd zaczął przyspieszać wzdłuż rzeki Hudson w kierunku małej miejscowości Stony Point. Sorilla wolała pojazdy, które sama mogła prowadzić, ale system transportu publicznego miał swoje zalety. Można było spokojnie pogadać i podróżowało się o wiele szybciej. Jedyny sposób, aby legalnie i szybciej dostać się na miejsce, stanowiło użycie prywatnego statku powietrznego, a ona na jakiś czas miała ich dosyć.

– Czego więc ode mnie oczekujesz? – spytała.

– Jesteś prawdopodobnie najlepszym ekspertem od obcych, zdajesz sobie z tego sprawę? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Ja? Jestem zwykłą nauczycielką, Ton.

Ogromny Murzyn zaśmiał się.

– Gdyby za moich czasów nauczycielki były takie jak ty, byłbym teraz prawdopodobnie szanowanym lekarzem. Masz najrozleglejszą wiedzę z pierwszej ręki o obcych. Oczywiście kilku moli książkowych może znać więcej teoretycznych bzdur, ale jeśli chodzi o doświadczenie, znajdujesz się na szczycie listy.

Sorilla chrząknęła, ale nie była zaskoczona. Nie przypadkiem znalazła się na West Point, a nie na szybkiej ścieżce prowadzącej przez Studium Oficerskie. Działo się tak dlatego, że podczas gdy sama wraz z innymi młodymi podporucznikami uczestniczyła w zajęciach z dowodzenia, to jednocześnie prowadziła wykłady dla pełnych pułkowników, dotyczące taktyki i psychologii obcych. Oczywiście, jeśli chodzi o technikę obcych, jej wiedza sprowadzała się do odpowiedzi na pytanie „czy to cię zabije, czy nie?”, ale miała mnóstwo czasu na rozważania, czemu tamci zachowują się w określony sposób i czy można na tym polegać w przyszłości.

– No cóż, nigdy o tym w ten sposób nie myślałam.

– Prawdopodobnie byłaś zbyt zajęta tym wszystkim, co na ciebie spadło. Nie odpoczywałaś prawie wcale od czasu pierwszej operacji na Haydenie, z wyjątkiem obowiązkowej przerwy medycznej, która w zasadzie się nie liczy, bo też nieźle dostałaś w tyłek.

To była święta prawda.

– Twoje obserwacje są obowiązkową lekturą – kontynuował kapitan. – Przeczytałem zapisy bojowe i wywiadowcze, z którymi miałaś coś wspólnego od czasu pierwszego zrzutu na Haydena, ale to co innego niż własne doświadczenie.

To także było prawdą. Była ogromna różnica pomiędzy czytaniem zapisów a osobistym udziałem, bez względu na to, ile i jakie dane i pliki znalazły się w zapisie. Można w ten sposób zobaczyć jedynie podjęte decyzje, przebieg akcji i reakcji. Nie można było jednak samemu podejmować tych decyzji ani zrozumieć, jaka ścieżka doprowadziła do ich podjęcia.

To było doskonałe narzędzie, szczególnie meldunki po wykonaniu zadania, ale miało swoje ograniczenia.

– W porządku, pytaj, a ja zrobię, co w mojej mocy – powiedziała Sorilla.

– Nie wątpiłem w to ani przez sekundę, Siostro.

USS „Barry Sadler”

Nienazwany system, trzy skoki od Haydena

„Sadler” był niewielkim pomocniczym okrętem zwiadowczym, wykonującym długie loty między kolejnymi nienazwanymi układami. Właśnie znalazł się w jednym z nich.

Tak naprawdę posiadał on jakąś nazwę pochodzącą sprzed kilkuset lat, ale nikomu nie chciało się jej pamiętać. O ile pamięć nie zawodziła porucznika Adlera, który pełnił wachtę, nazwa ta pochodziła od nazwiska jakiegoś króla czy proroka z Bliskiego Wschodu. Większość gwiazd w tym rejonie miała islamskie i arabskie imiona, z wyjątkiem tych, które zostały nazwane na nowo.

Nazwa gwiazdy pojawiała się jedynie w raportach, które automatycznie wypełniał komputer, tak więc dla porucznika i reszty załogi była to tylko kolejna „rafa” w ciemnościach.

Adler skończył swoje cogodzinne sprawdzenia i dryfował nieprzypięty pasami do fotela. „Sadler” był na kursie balistycznym, okrążając gwiazdę po trzytygodniowej orbicie, która miała zaprowadzić go do przecięcia ośmiu znanych punktów skoku otaczających tę „rafę”.

Porucznik czytał starą książkę fantastycznonaukową. Lubił czytać o tym, jak ludzie wyobrażali sobie kiedyś przyszłość i w ilu miejscach się mylili. Tym razem udało mu się przeczytać jedynie kilka stron, zanim rozległ się sygnał alarmowy.

Przymocował książkę, co było instynktowną reakcją doświadczonego astronauty. Większość z nich miała do opowiedzenia przynajmniej jedną historię na temat tego, jak to nie zabezpieczyli czegoś, co w najlepszym wypadku uległo zniszczeniu podczas przyspieszania. Historia Adlera nie miała najlepszego zakończenia, a krzywy w wyniku złamania nos stanowił pamiątkę, przypominającą o tym porucznikowi za każdym razem.

Następnie przyszła pora na pasy fotela, ale przerzucił je tylko luźno przez ramiona, aby utrzymać się w jednym miejscu. Bardzo niewiele rzeczy mogło podkraść się do „Sadlera” na tyle blisko i niepostrzeżenie, by okręt zmuszony był do gwałtownego przyspieszenia.

Włączył interkom i otworzył listę procedur.

– Pobudka, dziewczęta i chłopcy. Mamy kontakt na dalekosiężnych skanerach od boi umieszczonej przy punkcie Epsilon tego systemu. Zabezpieczyć wszystko, łącznie z waszymi tyłkami. Możemy być zmuszeni odpalić grata.

Adler zamknął połączenie i zabrał się do pracy.

Sygnał satelitarny był jedynie powiadomieniem o anomalii grawitacyjnej w pobliżu punktu skoku, co mogło oznaczać bardzo wiele. Punkt Epsilon znajdował się trzy minuty świetlne od ich aktualnego położenia, prawie w bezpośrednim kontakcie, co mogło okazać się zarówno szczęściem, jak i pechem, w zależności od rozwoju wydarzeń.

Oficer wyłączył skanery aktywne i przestawił „Sadlera” na nasłuch.

Gdzieś tam coś za chwilę miało narobić wiele hałasu, a zadaniem jednostki było usłyszeć wszystko, co tylko się da.

– Co się dzieje? – spytał chorąży Bitte, wślizgując się na mostek.

– Poczekaj, dane nadal napływają. Mamy nieznaną anomalię grawitacyjną w PS Epsilon – odparł Adler, nie podnosząc wzroku. – Pierwsze obrazy dopiero docierają.

– Roger – powiedział chorąży, siadając na fotelu obok porucznika.

„Sadler” był jednostką typu zwiadowczo-kurierskiego, zbudowaną kilkadziesiąt lat wcześniej. Jego rola polegała na lokalizowaniu planet nadających się do kolonizacji i pełnieniu funkcji kuriera i transportowca w sytuacjach awaryjnych. W czasie kiedy został skonstruowany, był bardzo szybkim statkiem.

Mostek mieścił stanowiska pierwszego i drugiego pilota. Jak wszystkie jednostki zbudowane na Ziemi w ciągu ostatniego stulecia „Sadler” był tak solidny, jak to tylko możliwe. Dziesięć tysięcy ton żelaza pochodzącego z meteorytu tworzyło brzydkie cygaro owinięte wokół ważącego pięć tysięcy ton napędu VASIMR.

Na widok danych obrazowych Adler zaklął i włączył alarm.

– Uwaga wszyscy, alarm bojowy. Powtarzam, alarm bojowy. To nie są pierdolone ćwiczenia.

Obok niego wpatrzony w ekran chorąży Bitte także zaklął.

– O cholera!

Mniej niż trzy minuty świetlne od nich, zbliżając się dużo szybciej, niż życzyłby tego sobie Adler, coś, co wyglądało jak potężna armada, przekraczało punkt skoku Epsilon.

1

Stocznia Alamo

Zachodni Jowiszowy Punkt Trojański

Admirał Nadine Brookes ostrożnie szła krętym korytarzem, zdając sobie sprawę, że otoczenie nie zostało zaprojektowane do standardowej grawitacji. Pochyliła się pod wężownicą i weszła do centrum kontrolnego stacji.

– Admirał na pokładzie!

– Spocznij! – odpowiedziała, kierując wzrok w stronę komodora[3] dowodzącego placówką. – Proszę o pozwolenie na wejście, komodorze.

– Udzielam, pani admirał. Zapraszam do zapoznania się z pani nowym okrętem.

Brookes stanęła obok oficera i spojrzała na ogromną halę. Jej okręt nie był jedynym, który tu aktualnie powstawał. Tylko w tej części stoczni znajdowało się jeszcze pięć takich samych jednostek.

– Zmodyfikowana klasa Terra. Wprowadziliśmy kilka zmian, w oparciu o to, czego nauczyliśmy się, budując okręty dla TF7 – cicho powiedział komodor. – Oficjalnie to nadal klasa Terra, ale my nazywamy je Walkiriami, ma’am.

Nadine lekko się uśmiechnęła.

Określenie „Walkiria”, początkowo nieco ironicznie, nadane zostało jej grupie bojowej przez żołnierzy Wojsk Lądowych ze względu na to, że większość oficerów sztabowych stanowiły w niej kobiety. Pierwsze dni i tygodnie wojny były katastrofalne dla Floty Solarnej, a zaczęło się to od anihilacji Task Force Dwa. Jak wielkie były straty, mógł świadczyć fakt, że przeżyła tylko jedna osoba.

Z całej grupy bojowej uratowała się tylko sierżant Sorilla Aida. Podczas tego ataku zginęło dziewięćdziesiąt procent oficerów, w większości mężczyzn, jako że to głównie oni wybierali wojskową ścieżkę kariery. Nadine wywodziła się z grupy podążającej ścieżką naukową, zdecydowanie bardziej zrównoważonej pod względem płci.

Task Force Pięć została obsadzona przez najbardziej doświadczonych ludzi, jakimi w tym momencie dysponowała Flota. Nie było więc zaskoczeniem, że „lądowcy” zaczęli na ich temat żartować. Brookes była najbardziej doświadczoną astronautką, ale z punktu widzenia taktyki musiała uznać się za nowicjuszkę. Z niewielkimi wyjątkami dotyczyło to większości jej sztabów. Najwięcej doświadczenia wojskowego mieli podoficerowie – i bardzo dobrze, że byli chociaż oni, bo bez nich mogło się okazać, że podczas pierwszej akcji ktoś mógłby zapomnieć odbezpieczyć broń przed jej użyciem.

Jednak po ostatniej bitwie o Haydena nikt już nie mówił „Walkiria” ironicznym tonem, nie chrząkał przy tym znacząco. Nadine i jej oficerowie przyjęli tę nazwę i nosili ją z dumą. Zasłużyli na nią, płacąc krwią, a kto nie okazywał szacunku tym, którzy zginęli, nosząc ten przydomek, miał do czynienia osobiście z admirał Nadine Brookes.

Po prostu.

Admirał skupiła się ponownie na okrętach, odganiając myśli, które wymagały prywatności, czasu i przemyconej whiskey, aby wznieść toast za poległych.

Nowe tak zwane „Walkirie” były funkcjonalnie identyczne jak klasa Terra: długie cylindryczne kadłuby otaczające żelazowo-niklowy rdzeń mieszczący potężny napęd VASIMR, jak w każdym okręcie ludzkim. W odróżnieniu od starych jednostek klasy Los Angeles Terra i Walkiria posiadały trzy duże pokłady obserwacyjne. Mogły być użyte jako pomocniczy mostek, zwykły punkt obserwacyjny i na wiele innych sposobów.

Największą różnicą było paskudne zgrubienie przy dziobie okrętu, sprawiające, że każda jednostka wyglądała jak wąż, który połknął jabłko. To, w połączeniu z masywniejszym dziobem, sprawiało, że okręty miały wyraźnie inną, mniej smukłą sylwetkę niż jednostki starszych typów.

Był to typowy przykład myślenia wojskowego, poświęcającego urodę dla funkcjonalności. A tej owym zgrubieniom z całą pewnością nie można było odmówić.

– Jakie jest jego maksymalne przyspieszenie? – cicho spytała admirał.

– W naszej czasoprzestrzeni? – wzruszył ramionami komodor. – Symulacje mówią, że będą one nieco szybsze niż terry, ma’am. Prawie osiemset g, ale jeśli wszystko będzie bardzo dokładnie podopinane, można wycisnąć więcej. Proszę tylko pamiętać, że kiedy przekroczy pani czerwoną linię na napędzie, straci pani kompensację grawitacyjną i załoga będzie odczuwać dokładnie to samo, co na los angeles i cheyenne.

– Rozumiem. – Pokiwała głową. – To zadziwiające, że udało się wam to wszystko upchnąć w sekcji dziobowej. W jaki, u diabła, sposób zdołaliście rozgryźć technikę grawitacyjną obcych tak szybko?

– To tajne – odparł, nie patrząc w jej stronę. – Nawet dla pani.

Nadine lekko się skrzywiła, ale skinęła głową.

– Rozumiem. Kiedy TF5 zostanie w nie wyposażona?

– Za kilka tygodni – odpowiedział komodor zadowolony ze zmiany tematu. – Mamy w drodze kolejny tuzin kadłubów. Kiedy tylko znajdą się u nas, wyposażymy je w panele ceramiczne, elektronikę kontrolną, nowy reaktor, zdecydowanie lepszy niż cokolwiek, z czym miała pani do czynienia, i całą resztę sprzętu wojskowego. Mam najlepszą załogę, ma’am, ale nawet oni potrzebują czasu na zmontowanie okrętów.

Nadine nie odpowiedziała, bo i po co? Budowa okrętów była czasochłonna i koniec. Los angeles i cheyenne dobrze służyły, ale nie wytrzymywały porównania z okrętami obcych. Sukcesy w dotychczasowych starciach wzięły się z tego, że odbywały się one w pobliżu planety, gdzie można było wykorzystać także jej system obrony.

Ograniczało to także prędkość, której ogromną przewagę posiadali obcy. Ale nie można było na tym polegać zawsze. Jeśli ludzie pozostaną tylko w roli defensywnej, obcy przejmą inicjatywę, a to nie wróżyłoby Ziemi nic dobrego. Ziemianie potrzebowali okrętów, które mogły przechwycić i związać walką przeciwnika w głębokiej przestrzeni, z dala od planet.

Nadine miała nadzieję, że nowe okręty są rozwiązaniem tego problemu. W innym przypadku przyszłość nie rysowała się różowo.

Restauracja nad brzegiem rzeki Hudson

Stony Point, NY

To był maleńka restauracyjka, w której Sorilla jeszcze nie była, ale Ton najwyraźniej czuł się jak u siebie. Złożył zamówienie dla nich obojga, upewniwszy się jednak, że ona się na to zgadza. Sorilla była tym jednocześnie lekko zdziwiona i bardzo miło zaskoczona. Jak dotąd, spotykała się z mężczyznami, którzy w stosunku do niej przesadzali w jedną bądź w drugą stronę. Ton miał przynajmniej na tyle rozumu, by sprawdzić, czy jego staroświeckie podejście było akceptowane, a przynajmniej tolerowane.

W oczekiwaniu na zamówienie dwójka operatorów wymieniała uprzejmości, których należało się spodziewać po kolegach z pracy na wycieczce za miastem. Może trochę więcej niż kolegach. Był to rodzaj konwersacji bez znaczenia, której Sorilla nauczyła się, wybierając cele dla swoich operacji.

W rzeczywistości była to tylko przykrywka dla serii subwokalnych transmisji pomiędzy implantami rozmawiających, które zawierały więcej informacji niż jakakolwiek rozmowa.

Wymagało to swoistej podzielności uwagi, której szybko nabywali żołnierze wyposażeni w cybernetykę na wysokim poziomie. Implanty podporucznik były daleko bardziej zaawansowane niż te, którymi dysponował kapitan, ale to nie stanowiło problemu. Większość sprzętu komunikacyjnego nie zmieniła się aż tak bardzo.

Oficerowie wymienili się mapami rejonów, w których Sorilla starła się z przeciwnikami. Ton już je posiadał, ale jej wersje były dokładniejsze. Rozmawiając o pogodzie i widoku, Sorilla subwokalizowała kilka komentarzy, uzupełniając je fragmentami zapisów swoich misji, a Ton odpowiadał pytaniami.

Była to szybka forma komunikacji naprzemiennej, pozwalająca na błyskawiczną wymianę informacji. Oboje przeszli trening szybkiego czytania, choć w tym przypadku bardziej chodziło o natychmiastowe wdrukowywanie danych w formie graficznej, bez szczegółowego analizowania każdego obrazu. Tego typu komunikacja nie współgrała jednak dobrze z emocjami i gdy doszli do pewnego punktu, Ton, mimo usilnych starań, nie mógł powstrzymać się od wybuchu śmiechu.

Sorilla zmarszczyła brwi, rozpoznając moment, który wywołał jego wesołość.

– To nie było takie śmieszne – powiedziała na głos.

– To jest kurewsko nie w porządku! – zacytował marine śmiesznym falsetem.

Sorilla także się uśmiechnęła.

– Powiedziałam to na głos?

– Subwokalizowałaś – odparł z uśmiechem – a twoje implanty to wychwyciły.

– Pięknie...

Prawdę mówiąc, niewiele było rzeczy, których jej implanty nie przechwytywały. Skalibrowane zostały tak, aby zapisywać wszystko, co zobaczyła lub usłyszała, a nawet to, co wyczuła węchem lub smakiem przy hiperspektralnych możliwościach wyposażenia. Jej zdaniem, zmysł dotyku pozostawał jeszcze nieco w tyle, ale stanowił jedyny wyjątek, a jej wcale nie zależało tak bardzo na zmianie tej sytuacji.

Takie „ulepszenie” organizmu wiązało się z poważnym ograniczeniem prywatności, ale na to zdecydowała się, już wstępując do wojska. Wiele rzeczy, które dla cywilów wydawały się nie do pomyślenia, dla niej i jej kolegów były powszedniością. Zapewne działało to w obie strony.

– Tak czy inaczej – westchnęła – ci goście nie są tacy sami jak Ghule. Nie ma co do tego wątpliwości. Charlie wiedzą, jak walczyć, i mogą przyjąć trafienie z karabinu szturmowego bez utraty sprawności bojowej.

– Zauważyłem to w zapisach – powiedział Ton – nie wspominając o moim krótkim spotkaniu z nimi.

Sorilla kiwnęła głową. Ton prawie zginął, próbując wyciągnąć porucznika Crowa z zasadzki na Haydenie. Pojawienie się obcych typu Charlie było złą wiadomością.

– Co o nich sądzisz poza tym? – zapytał kapitan.

– Specjalsi – odparła po prostu. – Muszą należeć do wojsk specjalnych albo ich odpowiednika wśród obcych. Nie wysyła się małych grup wojsk konwencjonalnych, aby w ten sposób działały, chyba że ma się zdecydowaną przewagę w każdym innym aspekcie.

– Nawet wtedy nie idą bez ogromnego wsparcia od innych, którego te dranie wcale nie miały.

– Dokładnie – potwierdziła Sorilla, kiedy podano ich dania.

Zaczęli jeść, a posiłek okazał się zdumiewająco smaczny. Sorilla nie była bardzo wybredna, jeśli chodziło o jedzenie, zdarzało jej się już przyswajać energię z rzeczy, które z trudem dawało się nazwać jadalnymi, jednak nadal potrafiła czerpać przyjemność ze steku z grzybami i cebulką.