Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Hayden War. Tom 3. Walkiria w ogniu ebook

Evan Currie  

4.41379310344828 (29)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hayden War. Tom 3. Walkiria w ogniu - Evan Currie

Trwa wojna ludzi z Sojuszem obcych. Sorilla i jej zespół podejmują się niezwykle trudnej misji uwolnienia zakładników przetrzymywanych na jednej z wrogich planet. Pomimo że odbudowano orbitalne łącze na Świecie Haydena, w dżungli nadal grasują Strażnicy, prowadząc partyzancką walkę z oddziałami ludzi. Tymczasem w przestrzeni kosmicznej pojawia się nowy gracz, który zachwieje układem sił – ale Ziemianie też mają w zanadrzu niejedną niespodziankę. Jak zakończy się starcie w kosmosie? Czy Świat Haydena będzie znowu wolną planetą?

Opinie o ebooku Hayden War. Tom 3. Walkiria w ogniu - Evan Currie

Fragment ebooka Hayden War. Tom 3. Walkiria w ogniu - Evan Currie

EvanCurrie

Walkiriaw ogniu

Przekład Justyn „Vilk” Łyżwa

Warszawa 2016

Tytuł oryginału: Valkyrie Burning

Text copyright © 2012 Evan Currie

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

 

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ePub: 978-83-64030-89-5

ISBN mobi: 978-83-64030-90-1

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Słowo wstępne

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

O autorze

Landmarks

Cover

Title Page

Table of Contents

Słowo wstępne

Witam ponownie w uniwersum Haydena i Zjednoczonej Floty Solarnej. Wiecie oczywiście, że powroty są zawsze przyjemne. Odwiedziłem antyczny Rzym i pewnie jeszcze do niego zajrzę, ale nic nie może równać się z eksplozjami wywołanymi polem grawitacyjnym i wybuchającymi w przestrzeni okrętami wojennymi. Tak więc oddaję Wam trzecią książkę z czterotomowego cyklu. Czwarta, „Zew Walhalli”, zakończy „Hayden War”[1], lecz na razie cieszcie się „Walkirią w ogniu”.

Prolog

Skała wydawała odgłos jak pociąg, kiedy wchodziła w atmosferę planety. Zostawiała na niebie płonący ślad, widoczny ze wszystkich kierunków z odległości tysięcy kilometrów. Sieć sensorów rozmieszczonych wokół globu nie wykryła jej aż do momentu, gdy było już prawie za późno. Po lokalizacji obiektu rozpoczęła się pospieszna analiza, czy stanowi on zagrożenie dla znajdującego się poniżej świata.

Skała liczyła mniej niż dwadzieścia metrów średnicy i miała żelazne jądro. Była niewrażliwa na konwencjonalne przeciwśrodki. W ciągu kilku sekund sensory oceniły, że można potraktować ją falą grawitacyjną, ale uznały też, biorąc pod uwagę trajektorię, że takie działanie jest zbędne.

Wielki kamień przebił się przez atmosferę i wpadł do oceanu, setki kilometrów od najbliższego brzegu. Spowodowana przez niego fala mogła się okazać nieco kłopotliwa, ale i tak jej konsekwencje były mniejsze niż te wywołane przez osobliwość grawitacyjną. Miejsce upadku zostało odnotowane. Wysłano w tamtym kierunku okręt obserwacyjny, ale większą wagę przykładano do tego, by ustalić, w jaki sposób obiekt uniknął systemów wczesnego ostrzegania, oraz do sprawdzenia, czy z kosmosu nie spadają jakieś inne.

W wodach oceanu, setki metrów pod jego powierzchnią, stygnący głaz powodował wrzenie wody w bezpośrednim otoczeniu. Wielkie bąble znaczyły miejsce upadku. Choć siła uderzenia równa była eksplozji nuklearnej, nawet dowódcy wojskowi szybko zapomnieli o tym wydarzeniu i zajęli się innymi sprawami.

Podczas kiedy myśli wojskowych krążyły gdzie indziej, skała opadła o tysiąc metrów i zmieniła wygląd. Gwałtownie schłodzona, rozpadła się, wypuszczając do oceanu zieloną ciecz. W jej pustym obecnie wnętrzu zapanował ruch.

Wyłoniło się sześć postaci, wyciągając za sobą sprzęt i rozglądając się wokoło. Miały na sobie czarne pancerze, które w ciemnych wodach czyniły je prawie całkowicie niewidocznymi. Żadne światła nie przyciągały uwagi przeciwnika ani morskich drapieżników. Przybysze nie mieli wiele czasu, więc zabrali się natychmiast do pracy przy dalszym wyładunku. Z każdą sekundą opadali głębiej w odmęty oceanu.

W końcu, po kilku minutach wytężonej pracy w całkowitych ciemnościach, ze skały wyciągnięto kilka szczelnych pojemników i, co najważniejsze, POSNAW, czyli podwodny system nawigacyjny, który był niezbędny, aby dotrzeć do celu.

Po kilku chwilach potrzebnych na orientację grupa wykonała jednoczesny zwrot i popłynęła w ciemność holowana przez POSNAW, do którego podczepiono także zasobniki ze sprzętem i miniaturowe źródła energii.

Nie wynurzali się przez kilka godzin i ponad dwieście kilometrów. W końcu dotarli do rafy koralowej, a w zasadzie czegoś, co przypominało koralowce na tym obcym świecie. Zatrzymali się, by sprawdzić dane rozpoznawcze. Kiedy okazało się, że najbliższa plaża jest pusta, sześć postaci zakotwiczyło zasobniki przy rafie i wynurzyło się z morza. Woda spływała z ich pancerzy, kiedy wychodzili na brzeg niczym legendarne potwory morskie, omiatając lufami karabinów szturmowych plażę i przylegającą do niej dżunglę, na wypadek gdyby miało się z niej coś wyłonić.

Sprawdzenie plaży zajęło kilka minut. W końcu grupa siadła na skraju lasu, a jedna z postaci ściągnęła hełm.

– Nareszcie, kurwa – powiedział mężczyzna, biorąc głęboki wdech. To był pierwszy haust świeżego powietrza od kilku tygodni.

Kapral Jardiens był wielkim facetem. Nawet bez pancerza mierzył metr dziewięćdziesiąt pięć. Po jego założeniu wartość ta rosła do dwóch metrów i trzynastu centymetrów.

Niższa postać także ściągnęła hełm i spojrzała na kaprala.

– Wyrażaj się, Jardiens.

Wielki facet z szacunkiem schylił głowę.

– Przepraszam, Top.

Starszy sierżant sztabowy Sorilla Aida pokręciła głową, próbując rozruszać mięśnie karku i rozglądając się. Dżungla wyglądała jak każda inna, jaką Sorilla widziała podczas służby na trzech światach i siedmiu kontynentach. Dobiegająca czterdziestki kobieta była najstarszym członkiem zespołu, zarówno pod względem wieku, jak i lat służby. Jednak w dobie przedłużaczy życia w cywilu mogłaby zostać uznana zaledwie za wkraczającą w dorosłość.

To śmieszne, jak względny był wiek w odniesieniu do wykonywanej pracy.

Dion Jardiens był dziewiętnastoletnim Kanadyjczykiem, który z biura rekrutacyjnego trafił do Joint Task Force Dwa[2] i służył tam do momentu, kiedy Flota wychwyciła go i skierowała do SWOR – Solarnego Wydzielonego Oddziału Rozpoznawczego – na szkolenie i dalszą służbę. Z punktu widzenia Sorilli znajdował się on na przeciwnym biegunie, jeśli chodziło o doświadczenie. Jej zdaniem nadal potrzebował niańki i pieluch. Pozostała czwórka była niewiele starsza, choć niejedno już przeszła.

Porucznik Joshua Crow, dowódca Sorilli, był amerykańskim SEAL, przynajmniej do czasu, gdy jak pozostali członkowie zespołu zwerbowany został do SWOR-u. Sierżant służyła pod jego komendą już jakiś czas i wiedziała, że znał się na robocie. Nie wiedział może wszystkiego, ale był człowiekiem, który uczył się na błędach i nigdy ich nie powtarzał. On także zdjął hełm, przeciągnął dłonią po przepoconych włosach.

– Paskudna jazda, co?

Sorilla uśmiechnęła się lekko.

– Zdarzały się gorsze.

Wszyscy w zespole wiedzieli, że kto jak kto, ale ona miała prawo tak twierdzić.

Kapral Mackenzie także już pozbył się hełmu i oddychał głęboko świeżym powietrzem, uśmiechając się przy tym z zadowoleniem. Przed wstąpieniem do SWOR-u był żołnierzem Special Air Service Jego Królewskiej Mości.

– Nie było nawet w połowie tak paskudnie jak w symulacjach.

Pozostali dwaj żołnierze, także już bez hełmów, potwierdzili skinieniami głów. Kaprale Able i Korman wywodzili się odpowiednio z amerykańskiego MARSOC-u i izraelskiego Shayetet 13.

– Zawór grawitacyjny zadziałał dokładnie tak, jak było to zaplanowane – stwierdził Korman pomiędzy głębokimi wdechami. – A przynajmniej zgodnie z parametrami.

Niski człowieczek, którego głowa wyglądała na nieproporcjonalnie małą w stosunku do potężnego pancerza, uśmiechnął się z przekąsem.

– Gratulacje. Przejechaliśmy się na skale i przetrwaliśmy.

Wszyscy się roześmiali. W końcu porucznik Crow lekko klasnął, by zwrócić na siebie uwagę.

– Korman, potwierdź, że jesteśmy w punkcie docelowym. Top, weź Jardiensa i zróbcie małe rozpoznanie. Ja z resztą wyciągniemy z wody sprzęt.

– Jasne – potwierdziła Sorilla, klepiąc wielkiego faceta w ramię. – Chodź, dzieciaku, sprawdzimy, czy nie ma tu nic, co chciałoby nas zjeść.

Ogromny Kanadyjczyk chrząknął, podnosząc hełm i biorąc jeszcze jeden oddech przed jego założeniem.

– Cokolwiek chciałoby mnie zjeść, musi przygotować się na niestrawność.

Aida roześmiała się.

– Jeśli miałoby wystarczająco wielkie szczęki, by połknąć twoje tłuste cielsko, jego niestrawność byłaby naszym ostatnim zmartwieniem.

Sprawdziła swój M190, kompaktową wersję standardowego karabinu szturmowego M112, upewniając się, że magazynek jest pełny, a pocisk[3] znajduje się w komorze, a potem wskazała ruchem głowy dżunglę.

– Chodźmy, dzieciaku.

* * *

Rejon był czysty i w momencie, kiedy zwiadowcy wrócili do reszty grupy, sprzęt potrzebny do wykonania zadania leżał rozłożony na skraju lasu i czekał na nich.

Crow spojrzał na Sorillę i Jardiensa wyłaniających się z dżungli.

– Macie coś?

Sierżant zaprzeczyła ruchem głowy, podchodząc do porucznika, który przeglądał elektroniczne mapy.

– Jesteśmy niedaleko celu – powiedział, nie podnosząc wzroku. – Do oceanu wpadliśmy gdzieś tutaj, a wylądowaliśmy w tych okolicach. Czy nam się to podoba, czy nie. – Wskazał mały łańcuch wysp w pobliżu kontynentu.

Sorilla słyszała w jego głosie odrobinę niezadowolenia i nie mogła powstrzymać się od lekkiego uśmiechu. Współczesne siły zbrojne przyzwyczajone były do dokładnej znajomości własnej pozycji przez cały czas. Wszystkie zasiedlone przez ludzi światy posiadały sieć satelitów, które były w stanie zlokalizować człowieka z dokładnością do kilku centymetrów. To nie był jednak świat kontrolowany przez ludzi. Należał do Ghuli, pierwszej obcej rasy, którą ludzkość napotkała w ciągu trzystu lat podróży kosmicznych.

Sorilla była pierwszym człowiekiem, który spotkał się z nimi twarzą w twarz, i to ona nadała im tę nazwę. Z wyglądu bardzo przypominali osławionych Szarych, którzy pojawiali się w legendach wielu ludów Ziemi. Niektórzy ludzie myśleli nawet, że to oni byli źródłem owych legend, jednak Sorilli wydawało się to wysoce nieprawdopodobne, jako że kilkaset lat temu Ghule zajęliby Ziemię w okamgnieniu, gdyby tylko znali jej położenie.

Na szczęście nie znali go do dziś.

Jednak bardzo się do Ziemi zbliżyli, zdecydowanie za bardzo. Wojna rozpoczęła się pięć lat wcześniej od zniszczenia kolonii na Świecie Haydena i zdziesiątkowania jego populacji. Sorilla została tam zrzucona zaraz po pierwszym ataku i zastała jedynie kilka tysięcy ocalałych z grupy kolonistów, która przed atakiem liczyła ponad osiemdziesiąt tysięcy.

Od tego czasu Ghule prowadzili brutalną wojnę, niszcząc każdy świat zamieszkały przez ludzi, który nie odpowiadał ich osobistym preferencjom. Mieli przewagę technologiczną i liczebną, która pozwalała im przebijać się przez każdą grupę ziemskich okrętów wojennych tak, jak drapieżny ptak przedziera się przez stado wróbli.

Ludzkość miała jednak pewne silne punkty. Pierwszym z nich była głębokość strategiczna. Zewnętrzne światy dzieliło od Ziemi ponad trzydzieści lat świetlnych, które niełatwo było pokonać, nawet dysponując technologią Ghuli. Fakt, że Ziemia ukrywała się pomiędzy tysiącami gwiazd w przestrzeni o średnicy sześćdziesięciu lat świetlnych, także zapobiegł szybkiemu rozprzestrzenieniu się wojny.

Ziemia posiadała także sporo zdolnych umysłów, a jednocześnie trochę szczęścia. W ciągu ośmiu miesięcy od utraty nad Haydenem całej Task Force Dwa powstała nowa klasa okrętów, co stanowiło swoisty rekord, a wszystko to dzięki pewnemu Sierra Hotel[4] kapitanowi, któremu udało się przechwycić sporo sprzętu przeciwnika.

A szczególnie jego technologię sterowania polem grawitacyjnym, dzięki której zespół Jeźdźców Skał zdołał przeżyć wejście w atmosferę, energetycznie porównywalne do eksplozji nuklearnej. Precyzyjnie skonstruowany meteoryt, w którym podróżowali, napędzany był za pomocą zaworu grawitacyjnego. Był to pierwszy przykład taktycznego zastosowania przechwyconej technologii, pozwalający zespołowi przeżyć taki upadek.

– Mamy trzy dni na rozpoznanie – powiedziała Sorilla, patrząc na mapę. – Następnie pojawi się Flota i zacznie okładać tę dziurę.

Crow wyznaczył na mapie kilka linii.

– Według sond tu znajduje się cel. Powinniśmy się tam przedostać w ciągu jednego dnia… no może półtora. Ostateczne podejście będzie bolesne.

Sorilla pokiwała głową.

– Dwieście kilometrów w dzień, a potem cały następny dzień na pokonanie dwustu metrów. Dużo czasu.

– Właśnie tak, Top – odparł Crow, uśmiechając się. – Zabierajmy stąd nasze dupy.

* * *

Marszu ubezpieczonego w żaden sposób nie można porównywać ze spacerem po parku, ale systemy zabezpieczeń świata, na którym znajdował się zespół, skierowane były na zewnątrz, więc nie bardzo skupiały się na patrolowaniu samej planety.

Posuwali się szybko, przebijając się przez dżunglę i równikowy upał, wykorzystując doświadczenie, wyszkolenie i sprzęt. Pancerze pozwoliły im sprawnie przemieszczać się do przodu przez pierwszy dzień i noc i znaleźć się u celu po dwudziestu godzinach marszu. Znajdował się dwieście kilometrów w głębi lądu, w rzecznej dolinie otoczonej przez góry.

Zatrzymali się dwadzieścia kilometrów od obozu przeciwnika, spoglądając z góry na doskonale oświetlony teren.

– Co o tym myślisz, Top?

Sorilla Aida podczołgała się do Crowa. Jego twarz, podobnie jak jej własna, zamaskowana była czarnym hełmem wykonanym z tego samego włókna, co i pancerz. Oboje polegali na zewnętrznych sensorach pancerzy, które działały jednocześnie jak filtry dla wrażliwych zmysłów człowieka.

– Coś mi się wydaje, że będzie to twardy orzech do zgryzienia – odparła sierżant, patrząc na oddaloną bazę, do której odległość dalmierz działający na zasadzie pomiaru paralaksy podawał z dokładnością co do centymetra. – To dużo bardziej skomplikowane niż zabezpieczenia używane przez Ghuli na Haydenie.

Crow pokiwał głową.

– Widzisz cokolwiek znajomego?

Aida przybliżyła obraz aż do momentu, w którym wydawało się, że mogłaby dotknąć pojawiających się od czasu do czasu strażników. Na placu nie było ich zbyt wielu, mniej, niż spodziewałaby się zobaczyć w bazie ludzkiej, ale trzeba było brać pod uwagę wszelkie różnice kulturowe pomiędzy Ghulami a Ziemianami.

Możliwe było, że gdzieś daleko, w głębi Galaktyki, znajdowały się jakieś światy Ghuli rządzone przez jakąś inną organizację, ale jak dotąd każdy kontakt z nimi potwierdzał, że znajdowali się pod kontrolą jednego, centralnego rządu. I podobnie jak przeciwnik, ludzki wywiad nie miał dotychczas zielonego pojęcia, gdzie znajduje się jego siedziba.

Po pięciu latach wojny nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, jak porozumiewać się z pozbawionymi ust obcymi, tak jak i oni nie znaleźli sposobu porozumiewania się z ludzkimi więźniami. Sytuacja taka była idealna, jeśli chodziło o bezpieczeństwo operacyjne, ale absolutnie nie sprzyjała jakimkolwiek negocjacjom pokojowym. Ktoś, zdaniem Sorilli, musiał w końcu rozwiązać ten problem albo położenie stanie się katastrofalne. Na szczęście nie było to zadanie dla starszego sierżanta sztabowego.

– Kilka rzeczy – odparła, cały czas patrząc na obóz w dużym przybliżeniu. – Ghule nie używają łączy, zawory grawitacyjne dają im dostęp do przestrzeni z każdego miejsca, ale muszą je gdzieś umiejscowić, aby służyły zarówno jako napęd, jak i broń. Z tego miejsca widzę ich pięć.

– Pięć? – Crow nie był zachwycony, a Sorilla całkowicie się z nim zgadzała.

Jedna rzecz krzyżowała osiemdziesiąt procent prób penetracji przestrzeni Haydena i była odpowiedzialna za zniszczenie całego zespołu Zielonych Beretów Sorilli. W odróżnieniu od konwencjonalnych systemów uzbrojenia zawory grawitacyjne nie miały martwego pola ostrzału. Mogły strzelać przez planetę, jeśli tego wymagała sytuacja, i zniszczyć okręt znajdujący się po jej drugiej stronie, bez żadnego wpływu na sam glob.

– Ano tak, poruczniku – westchnęła ciężko Sorilla. – Wbudowane są w ściany doliny otaczającej bazę, prawdopodobnie jak najdalej od niej, ale tak, by nadal mogły być z niej zasilane.

– Będziemy musieli je wyeliminować – kwaśno stwierdził porucznik.

– Zniszczmy zamiast tego reaktor, sir – zaproponowała Sorilla. – Jeśli zajdzie potrzeba, wysadźmy go.

– Czy rozpoznanie…? – Crow skrzywił się pod hełmem.

– Tak, sir. – Sorilla powiększyła zdjęcie ze swojego skanu i przesłała mu.

Porucznik spojrzał i zwrócił uwagę na jeden z budynków. Na początku widać było tylko ciemność, jednak po obróbce cyfrowej, usunięciu cieni, rozjaśnieniu oficer zdał sobie sprawę, że w jednym z okien widzi ludzką twarz.

– OPK – stwierdził z westchnieniem. – No cóż, wiedzieliśmy, że biorą jeńców.

Sorilla także westchnęła, jednocześnie ciesząc się z tego widoku i martwiąc. OPK, osoba pod kontrolą, było to nowe, wojskowe określenie jeńca wojennego. Zostanie OPK nie było niczym miłym.

Flota od dawna dysponowała dowodami, że Ghule brali jeńców. Na pokładach okrętów brakowało ciał, potwierdzały to także relacje świadków z Aresa, podobnej do Marsa planety, zaatakowanej przez obcych. Kilkukrotnie pododdziały wojsk konwencjonalnych znajdowały ciała jeńców w zajętych bazach przeciwnika. Ludzie ci zabici zostali zaledwie kilka godzin przed wkroczeniem żołnierzy.

Ghule nie mieli zamiaru oddawać więźniów, a na pewno nie żywych.

Wywiad marynarki twierdził, że ta planeta, niemająca nawet oficjalnej nazwy, tylko oznaczenie kodowe: ciąg liter i cyfr, stanowiła centralny obóz jeniecki dla ludzkich OPK. Potwierdzenie tego przypuszczenia było głównym zadaniem zespołu Jeźdźców Skał SWOR.

W ciągu dwóch dni miała się tu pojawić Flota ze swoimi wielkimi działami, a wtedy życie opeków nie będzie nic warte, jeśli nadal pozostaną „pod kontrolą”. Tak więc zespół miał zaryzykować własne życie, rzecz jasna przy założeniu, że Ghule sami nie zamienią tej skały w chwilową osobliwość.

Specjalsom wcale nie uśmiechało się takie ryzyko. Obecność jeńców została potwierdzona.

Teraz należało podjąć decyzję, czy podbijać stawkę, czy wycofać się, odwołać operację i wrócić z większymi siłami.

– Prześpijmy się nieco, Top – powiedział Crow. – Ruszamy o zachodzie słońca.

Sorilla potwierdziła, wycofując się do płytkiego okopu, który sobie przygotowała. Położyła karabin obok i zamknęła oczy, wyłączając HUD.

* * *

Światło pochodzące od odległego białego karła bladło, kiedy Crow obudził Sorillę. Natychmiast otrzeźwiała i ruchem powiek włączyła wyświetlacze.

Mackenzie i Able czyścili swoje karabiny. Nie potrzebowały one specjalnej obsługi. Lufy z włókien węglowych, będące w zasadzie szynami przyspieszaczy magnetycznych, nie były osmolone nagarem jak w przypadku tradycyjnej broni. Miały jednak kilka newralgicznych punktów, które warto było sprawdzić przed bitwą.

Obaj mężczyźni byli doskonałymi strzelcami długodystansowymi. Mackenzie wywodził się z rodziny, w której od pokoleń mężczyźni polowali, zaś Able był snajperem Force Recon, zanim trafił do MARSOC-u, a potem do SWOR-u. I pomimo że broń się zmieniła, obaj doskonale znali tak technikę, jak i sztukę strzelania na długie dystanse. Sorilla była bardzo zadowolona, mając ich za plecami, szczególnie że uzbrojeni byli w karabiny M900. Technicznie rzecz ujmując, nazywanie tej broni karabinem było sporym uproszczeniem, jako że przy M900 tradycyjne karabiny snajperskie wyglądały jak wiatrówki. Jak wszystko inne, broń snajperska podlegała ciągłej ewolucji.

Sorilla klęknęła, Jardiens z pękiem gałęzi miejscowej roślinności ukląkł za jej plecami. Starannie powkładał rośliny w specjalnie do tego celu przeznaczone kieszonki na plecach pancerza sierżant, powodując rozmazanie charakterystycznego zarysu sylwetki człowieka. Kiedy skończył, klepnął ją w ramię i zamienili się rolami.

Po zakończeniu maskowania czwórka szturmowa ruszyła naprzód, zostawiając snajperskie wsparcie na wzgórzu. Rozpoczęło się długie podejście do bazy przeciwnika.

* * *

Baza Ghuli wydawała się Sorilli nieco chaotyczna. Ani jednego kąta prostego, przecięcia dróg w nierównomiernych odstępach, żadnej symetrii. Po podejściu bliżej okazało się jednak, że ma to swój cel. Taka zabudowa nie dawała prawie żadnego ukrycia. Cały teren jasno oświetlono lampami, których spektrum bliskie było ultrafioletu, a okolica najeżona została wszelkiego rodzaju sensorami.

To miejsce stanowiło współczesny odpowiednik fortecy, co do tego nikt nie mógł mieć wątpliwości.

Jedynym sposobem podejścia do niej było czołganie się w błocie. Sierżant cały czas myślała również o tym, gdzie znajdowali się pozostali członkowie zespołu. Normalnie powinna ich widzieć jako ikony na HUD-zie, jednak obecnie wszyscy uruchomili tryb maskowania, co oznaczało brak jakichkolwiek emisji. Zapewne cal po calu posuwali się na brzuchach w stronę celu.

Pokonanie ostatnich dwustu metrów zajęło im niemal dwie trzecie czasu potrzebnego na przemieszczenie. Poruszanie się tak wolno, że wyglądało to jak naturalna reakcja roślinności na powiew wiatru, wymagało zarówno talentu, jak i praktyki. Można się było tego oczywiście nauczyć, ale naturalne zdolności bardzo pomagały. Sorilla opierała się na czubkach palców stóp, przesuwając ciężar całego ciała w pancerzu za pomocą mięśni stóp. Pancerz nie posiadał w tym miejscu żadnego wspomagania. Była to żmudna i wyczerpująca praca.

Kiedy na HUD-zie widziała strażnika, zamierała, stając się częścią otoczenia, i czekała, aż przeciwnicy znikną. Naturalne maskowanie czyniło ją wtedy niewidoczną nawet dla bardzo wyostrzonego wzroku. Sorilla nigdy nie patrzyła wprost na wroga, zdając sobie sprawę, że ludzie jakimś szóstym zmysłem wyczuwają, że są obserwowani. Nikt nie wiedział, na czym to polega, czy to jakiś rodzaj telepatii, czy inna forma przekazu, ale wolała nie sprawdzać, czy Ghule posiadają tę samą zdolność.

Kiedy strażnicy przeszli, sierżant mogła znów zacząć posuwać się do przodu, zatrzymując się co chwila dla zaczerpnięcia oddechu i ponownego sprawdzenia terenu. Kilka centymetrów naprzód i przerwa. Powtarzając ten cykl, Sorilla dotarła wreszcie do miejsca oddalonego o kilka metrów od zewnętrznego płotu, a w zasadzie linii sensorów, wkopanych w ziemię co dziesięć metrów.

„Jak na razie, nie najgorzej” – pomyślała.

W stosunku do planu miała nawet kilka godzin zapasu. Westchnęła i zamarła w absolutnym bezruchu, wyglądając dla każdego obserwatora jak niewielkie wybrzuszenie terenu, których w okolicy było mnóstwo. Cierpliwość to ogromna cnota żołnierzy Wojsk Specjalnych.

* * *

Gilford „Gil” Able obserwował uważnie timer zbliżający się do zera. On i Szkot usadowili się wygodnie w swoim gnieździe, z którego wystawały tylko długie lufy M900, także przykryte siatką maskującą. Strzelcy oddaleni byli od siebie o jakieś pięćdziesiąt metrów, a ich sektor ostrzału obejmował prawie całą bazę.

Specjalizacja snajperska przebyła długą ewolucję od pojawienia się na polu walki do momentu, w którym strzelec musiał być kimś o wiele więcej niż tylko mistrzem celności i maskowania. Jak w każdej dziedzinie życia, komputery stały się integralną częścią pracy specjalisty od dalekich strzałów. Na dystansie dwudziestu kilometrów nie było żadnej możliwości wyliczenia trajektorii „na oko”.

Rekord strzału bez wsparcia komputerowego wciąż wynosił około pięciu kilometrów, pomimo doskonałych parametrów balistycznych karabinów. Należał on właśnie do Able’a i ustanowiony został trzy lata wcześniej na zawodach międzynarodowych. Nie zanosiło się także, aby w najbliższym czasie miał zostać pobity. Używając ciekłych soczewek, pozwalających na to, by celowniki karabinów stały się zwarte i kompaktowe, i współpracujących z pancerzami, dwaj snajperzy obserwowali obóz podczas całego podejścia szturmowców.

Wyodrębnili cele, zarówno ruchome, jak i nieruchome, oznaczając je na swoich wyświetlaczach różnymi kolorami, tak, aby każdy z nich widział także cele kolegi i bez potrzeby do nich nie strzelał. Ghuli podzielili między siebie po równo. Pomimo że obcy pozostawali w ciągłym ruchu, komputery strzelców mogły dość dokładnie śledzić przemieszczanie się raz ustalonego celu. Pomyłka była mało prawdopodobna.

Wszystkie decyzje zostały już podjęte. Pozostawało im tylko czekanie.

– Dziesięć sekund – powiedział Mack w sieci taktycznej.

Able klepnął dłonią w hełm, potwierdzając odbiór wiadomości, i obserwował własny timer. Kiedy pokazał trzy sekundy, strzelec przerzucił skrzydełko bezpiecznika, przygotowując broń do oddania strzału. Ustawił przełącznik rodzaju ognia na ciągły, zaczął wypuszczać powietrze z płuc i poprawił palec na języku spustowym.

Powietrze między Able’em a Mackiem wypełnił ryk naddźwiękowych pocisków, jeden za drugim opuszczających lufy karabinów z prędkością mach cztery. Broń wierzgnęła odrzutem, ale w pancerzach kopnięcie było ledwie odczuwalne. W ciągu trzech sekund oba magazynki były puste.

Obaj snajperzy jak na komendę wytoczyli się ze swoich stanowisk z dymiącymi lufami karabinów, podnieśli się na kolana, a potem wstali i zniknęli w gąszczu dżungli, zanim ich salwy dotarły do celów.

* * *

Dwudziestopięciomilimetrowe pociski wystrzelone z ciężkiej broni snajperskiej świszczały w powietrzu. Natychmiast po opuszczeniu lufy każdy z nich wysunął lotki stabilizujące, a samonaprowadzające głowice na czubkach prowadziły je w kierunku zaprogramowanych celów.

Uderzyły prawie pięć sekund wcześniej, niż do bazy dotarł odgłos wystrzałów. Osiemnastu żołnierzy przeciwnika straciło życie w tym samym momencie, w którym przestały istnieć czterdzieści dwie wieże czujnikowe, sondy zwiadowcze i automatyczne wieżyczki strzeleckie.

Tych kilka, które pozostało, obliczyło położenie punktu ataku i przekazało je w formie polecenia otwarcia ognia.

Dwadzieścia kilometrów dalej, w połowie szczytu górskiego, zawory grawitacyjne Ghuli wyrwały z ziemi niewielkie, trzydziestocentymetrowe otwory. Jednak towarzyszące im nuklearne piekło zalało dolinę w momencie, w którym cztery opancerzone sylwetki wślizgiwały się do bazy.

W powietrzu rozległ się najpierw trzask przekraczanej prędkości dźwięku, do którego po chwili dołączył ryk wybuchów nuklearnych, w bazie nikt jednak tego nie słuchał.

* * *

Sorilla wylądowała na palcach, jej pancerz działał na pełnej mocy bojowej. Pozostali członkowie zespołu widoczni byli na HUD-zie w postaci ikon.

– Top, jeńcy są twoi – nadał Crow. – Bierz Jardiensa. Korman, idziesz ze mną.

Mignęły lampki potwierdzające przy nazwiskach, zmieniając kolor z czerwonego na zielony, w momencie kiedy operator potwierdził przyjęcie rozkazu. Sorilla i Jardiens popędzili przez wybrukowany dziedziniec bazy. Ghule byli tak zaskoczeni atakiem, że zespół nie musiał oddać ani jednego strzału, zanim dotarł do budynków i schował się za nimi.

– Trzymam twoją szóstą, Top – uspokajająco stwierdził Jardiens, kiedy dotarli do rogu budynku, w którym znajdowali się więźniowie.

Sorilla nie odpowiedziała. Wiedziała, że tam był, mogła nawet powiedzieć, w którym kierunku patrzył. Wysunęła karabin za róg, spoglądając w okienko, które otworzyło się na jej HUD-zie. Wyświetlało obraz z kamery zamontowanej na broni.

Karabinem szarpnęło lekko dwa razy, kiedy wysłał dwa poddźwiękowe pociski ku parze Ghuli, biegnących w stronę więzienia.

– Dwóch nie ma – miękko powiedziała Sorilla. – Czysto. Ruszamy.

Obeszła róg budynku. Jardiens trzymał się tuż za nią, kiedy podbiegali do następnego i przyciskali się do ściany.

– Daj mi obraz wnętrza, Jardiens – powiedziała Sorilla do wielkiego Kanadyjczyka, kiedy dotarli do drzwi.

Jak w większości konstrukcji budowanych przez Ghuli, przejście było zbyt niskie, by być wygodnym dla człowieka, ale dla Sorilli nie stanowiło to aż tak wielkiego problemu. Musiała się tylko nieco schylić, by wejść w korytarz.

– Sekundę, Top – odparł Jardiens, przyciskając do ściany wnętrze lewej dłoni.

Ultraszerokopasmowy sKayner wysłał impuls, który odbijając się od ścian, stworzył trójwymiarowy obraz wnętrza. Inne sensory porównały go z obrazem ze skanowania pasywnego i termicznego. Po trzech sekundach mapa pomieszczeń wraz z miejscami, w których przebywali jeńcy i strażnicy, wyświetliła się na HUD-zie sierżant.

Sorilla odsunęła się od ściany i potężnie kopnęła w drzwi, wyrywając je z mocowań. Obniżyła broń i dwukrotnie wystrzeliła do znajdującego się za nimi strażnika. Następnie przełączyła broń w tryb HALO i weszła dalej.

– Na ziemię, natychmiast! – ryknęła, podczas gdy komputer jej pancerza przeszukiwał pomieszczenie, oczekując odpowiedzi od implantów wojskowych. Kiedy nadchodziła, wokół osoby, która go posiadała, pojawiał się niebieski napis HALO, oznajmiający, że to jeden ze swoich. Na wyświetlaczu Sorilli pojawiło się kilkanaście takich napisów. Sierżant omiatała bronią pomieszczenie. Za każdym razem, kiedy karabin na linii ognia wykrywał postać nieoznaczoną powitalnym napisem, automatycznie pluł ogniem.

Poddźwiękowe pociski poszatkowały trzech znajdujących się w pokoju Ghuli, zanim ci zdążyli się odwrócić w kierunku niebezpieczeństwa. Po podłodze płynęła ciemnoszara ciecz, będąca najprawdopodobniej odpowiednikiem krwi. Sorilla odsunęła się nieco na bok i Jardiens wcisnął się do pomieszczenia.

– Czysto – zakomunikowała mechanicznie, patrząc na umundurowanych strażników na podłodze.

– Czysto – potwierdził Kanadyjczyk, ruszając naprzód. – Następny pokój.

Wsunęła się mu za plecy po zamianie ról „prowadzący – zamykający” i w przelocie spojrzała na znajdujących się na ziemi ludzi.

– Leżcie tutaj – powiedziała. – Wrócimy po was.

* * *

Crow dopadł do ściany budynku tuż za Kormanem i lekko klepnął Izraelczyka w ramię, wskazując najbliższy właz. To musiał być bunkier dowodzenia. Korman potwierdził skinieniem głowy i z karabinem przy ramieniu szybko podszedł wzdłuż okrągłej ściany, żeby sprawdzić właz.

– Zamknięte, sir – oznajmił.

Były SEAL dał komandosowi znak, by się odsunął.

Ten obrócił się, przepuszczając porucznika. W czasie zwrotu, ujrzawszy sondę zwiadowczą wyłaniającą się zza budynku, uniósł broń. Poddźwiękowe pociski z broni szturmowej łatwo przebiły lekkie opancerzenie, rozrywając urządzenie na strzępy.

Poszczególne części nadal drżały na ziemi, kiedy Izraelczyk ruszył do przodu w poszukiwaniu kolejnych celów. W oddali pojawiły się atomowe grzyby jak szare cienie na prawie czarnym niebie. Korman przez chwilę zastanawiał się, czy Mackenzie i Able zdołali się wystarczająco oddalić, ale po chwili skupił się wyłącznie na własnym zadaniu.

– Uwaga, wybuch! – ostrzegł Crow, zmuszając Kormana, by ten odwrócił się i odczekał kilka sekund.

Eksplozja była łagodna, prawie cicha. Plastyczny ładunek przeciął pancerz włazu. Drzwi wyraźnie się wydęły, a potem gwałtownie otworzyły, napędzone siłą gazów działających jak silnik odrzutowy. Dym nie zaczął nawet jeszcze opadać, kiedy Korman przecisnął się przez właz, wciąż z bronią przy ramieniu.

Crow podążał za nim zadymionym korytarzem, zauważając szare smugi na ścianach i cztery ciała Ghuli leżące na podłodze.

– Tędy, sir – cicho powiedział Korman. – Silny sygnał elektromagnetyczny z końca korytarza. Prawdopodobnie centrum kierowania.

– Prowadź, kapralu – odparł Crow, przechodząc nad szarym ciałem. – Jestem tuż za tobą.

Izraelski komandos kiwnął głową, poprawił chwyt na broni i ruszył korytarzem. Nie musiał tego robić. Połączenie cyfrowe pomiędzy pancerzem i karabinem pozwalało na prowadzenie celnego ognia w każdej praktycznie pozycji, nawet strzał z broni przewieszonej przez ramię mógł być celny przy współpracy systemu HALO na broni z HUD-em pancerza. Jednak dla większości żołnierzy, szczególnie tych, którzy intensywnie szkolili się w jednostkach specjalnych, prawidłowe trzymanie broni było nawykiem, niezależnie od tego, jakim dysponowali wyposażeniem.

Wszyscy znaleźli się choć raz w sytuacji, kiedy sieć taktyczna była przeciążona, zakłócona czy niedostępna z jakiegokolwiek innego powodu. Prawidłowe nawyki, nawet wtedy, gdy nie były konieczne, powodowały, że operatorzy Wojsk Specjalnych utrzymywali się przy życiu także w chwilach, kiedy ich zaawansowana technika zawodziła.

Zanim dotarli do źródła sygnału EM, Crow i Korman musieli pokonać jeszcze cztery włazy, co stanowiło pewien problem. Wykonywanie zadania w strefie wojennej bez odpowiedniego wsparcia wymusiło na poruczniku sposób działania, tak więc po otwarciu każdego z włazów wrzucał do kolejnego pomieszczenia granat, zamykał właz i dopiero po wybuchu otwierał, by para operatorów mogła posuwać się dalej.

Nacinane korpusy granatów czyściły pokoje dokładnie i nieodwracalnie.

Kiedy Crow zamykał czwarty właz, otworzył się ostatni i wysunęła się zza niego szara kończyna, dokładnie w momencie, kiedy porucznik miał rzucać granat. Obcy wydał z siebie syk – żaden z operatorów nie miał pojęcia, w jaki sposób, skoro nie posiadał ust. Crow pchnął uchylone drzwi, zaś Korman wystrzelił trzypociskową serię z dwunastomilimetrowego karabinu. Ciche pociski trafiły w korpus Ghula, wrzucając go ponownie do pomieszczenia, z którego wychodził. Korman podążył za nim, wyszukując cele za pomocą kamery zamontowanej na broni.

Crow słyszał tylko ciche pyknięcia karabinu ustawionego na prędkość poddźwiękową. Zszedł poniżej linii strzału kaprala i zaczął wyszukiwać własne cele w dużym pokoju, w którym się znaleźli.

Ghule mogli być szatanami w kosmosie, ich okręty, nawet kiedy było ich znacznie mniej, mogły rozrywać Flotę na strzępy, nie ponosząc przy tym strat. Ale na twardym gruncie planety nie stanowili dla ludzi żadnego wyzwania.

Atak przeprowadzony przez operatorów WS całkowicie zaskoczył bazę. Jej systemy obronne skierowane były na zewnątrz, w kierunku nieistniejącej armii, a teraz centrum sterowania znalazło się w rękach porucznika Crowa.

– Sprawdź status zaworów! – rzucił do Kormana, kiedy obaj byli już w dużym, okrągłym pomieszczeniu.

Na