Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Hayden War. Tom 1: Na Srebrnych Skrzydłach ebook

Evan Currie  

4.34146341463415 (41)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 285 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hayden War. Tom 1: Na Srebrnych Skrzydłach - Evan Currie

W przyszłości ludzkość kolonizuje inne światy, eksploatuje pasy asteroid i wysyła swoje statki w ciemną przestrzeń, z której blask ich silników dociera na Ziemię po latach. W prawie każdym odwiedzanym systemie istnieje życie, ale jak dotąd człowiek nie spotkał innego inteligentnego gatunku.

Aż do dziś.

Kiedy kolonia na planecie zwanej Światem Haydena przestaje wysyłać informacje za pomocą nadświetlnego systemu komunikacji CASIMIR, Grupa Bojowa Floty Solarnej przybywa na miejsce, by zbadać sprawę. Sytuacja okazuje się na tyle zagadkowa, że zostaje podjęta decyzja o wysłaniu Zespołu Wojsk Specjalnych, by ten skontaktował się z kolonistami i ustalił, co się stało.

Tylko jeden z operatorów dostaje się żywy na planetę.

Sierżant Sorilla Aida staje naprzeciw obcych sił o nieznanych możliwościach. Co może im przeciwstawić? Swój pancerz bojowy, karabin, podstawowe wyposażenie i kilkuset haydeńskich cywilów, pragnących odzyskać swój dom.

Ale do takich misji została przecież wyszkolona.

Opinie o ebooku Hayden War. Tom 1: Na Srebrnych Skrzydłach - Evan Currie

Fragment ebooka Hayden War. Tom 1: Na Srebrnych Skrzydłach - Evan Currie

EvanCurrie

Na srebrnychskrzydłach

Przekład Justyn „Vilk” Łyżwa

Warszawa 2016

Tytuł oryginału: On Silver Wings

Text copyright © 2011 Evan C. Currie

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

Druk i oprawa: Drukarnia Dziełowa,

e-mail: drukarnia@dd-w.pl

ISBN ePub: 978-83-64030-74-1

ISBN mobi: 978-83-64030-75-8

Mobisfera

Słowo wstępne

Oto, moi drodzy Państwo, moja trzecia powieść. „Na Srebrnych Skrzydłach” nie jest kontynuacją „Odyssey One”. Starałem się wyjaśnić to na Amazonie, ale z niewiadomych dla mnie przyczyn niektórzy wciąż popełniają ten błąd, być może dlatego, że powieści te utrzymane są w podobnym stylu. Zazwyczaj staram się nie pisać równocześnie podobnych powieści, ale „Na Srebrnych Skrzydłach” powstało w momencie, kiedy nie spodziewałem się, że „Odyssey” kiedykolwiek zostanie wydana.

Jeśli spodziewali się Państwo kontynuacji, przepraszam. Powiedziawszy to, mam nadzieję, że jeśli podobała się Państwu „Odyssey”, to ta powieść także dostanie szansę. Proszę także o opinie na jej temat. Napisana została w czasie, gdy miałem już nieco więcej doświadczenia niż przy tworzeniu „Odyssey”, mam jednak nadzieję, że nadal się rozwijam.

Ufam, że będą Państwo mieli tyle samo radości z czytania tej książki, ile ja miałem przy jej pisaniu.

Na srebrnych skrzydłach

1

„Prędkość graniczna jest do dupy”.

To była jedyna myśl, jaką miała w głowie sierżant Sorilla Aida, gdy gramoliła się z dziury, którą wybiła przy uderzeniu. Nadal kręciło jej się w głowie, a jedyne, co słyszała, to dzwonienie w uszach po skoku z osiemnastu tysięcy metrów.

– Sierżant Aida na miejscu.

Nie musiała wypowiadać słów na głos, implanty w jej policzku i szczęce odczytywały ruchy mięśni i kości, zamieniając je na informację, która kompresowana była do jednoimpulsowej transmisji. Nie było żadnej odpowiedzi, ani na kanale dźwiękowym, ani na HUD-zie wszczepionym w jej rogówkę.

Tablica zagrożeń pozostawała czysta. Dobre choć tyle. Sposób, w jaki spadała, nie wskazywał na działania terrorysty, a tym bardziej żołnierza.

– Którykolwiek członek Zespołu Rozpoznawczego Alfa, zgłosić się – odezwała się ponownie, opierając się plecami o drzewo i rozpinając uszczelnienia hełmu, który upadł na ziemię. – Powtarzam, którykolwiek członek Zespołu Alfa, zgłosić się.

Na to wezwanie także nie było odpowiedzi na żadnym z kanałów komunikacyjnych.

– Jasna cholera – powiedziała na głos, próbując skupić wzrok na dżungli.

Ten moment wybrał jej żołądek, aby pozbyć się resztek posiłku.

– Wymioty, ból głowy... Brak możliwości skupienia wzroku. Jak nic, mam wstrząśnienie mózgu.

Wszystko poszło do diabła, zanim jeszcze zespół rozpoczął misję. Nie mieli możliwości odwrotu ani przegrupowania. Wywiad zawalił – to było jedyne sensowne wytłumaczenie. Aida bardzo chciała się mylić, ale takie rzeczy już się jej przytrafiały w życiu. Będzie mogła mówić o szczęściu, jeśli ten kolejny raz nie okaże się ostatnim.

Odkaszlnęła. W ustach poczuła krew, a ciałem wstrząsnęły skurcze. Tym razem potrzebowała nieco więcej szczęścia niż zazwyczaj. Musiała porządnie uderzyć w ziemię, prawdopodobnie miała obrażenia wewnętrzne.

– Proc – odezwała się cicho. – Skan medyczny.

Chwilę później leżała na ziemi, starając się nie ruszać, a komputer w jej kombinezonie bojowym mruczał uspokajająco. Czekała, aż miniaturowe diody zasilane organicznie, zwane w skrócie OLED, wyświetlą wyniki na HUD-zie.

Na szczęście nie miała obrażeń, z jakimi kombinezon nie byłby w stanie sobie poradzić. Jego systemy wewnętrzne wytwarzały światło podczerwone o różnej intensywności, które dostarczało energię bezpośrednio do struktury komórkowej w celu zmobilizowania ciała do autonaprawy. W tym samym czasie do organizmu wprowadzone zostały wyselekcjonowane bakterie, wspomagające działanie białych krwinek i innych systemów obronnych. Sorilla po prostu leżała nieruchomo, cały czas zastanawiając się, co się stało z jej zespołem.

Wyskoczyli razem z miejsca leżącego daleko poza punktem libracyjnym L5, dryfując ku orbicie planetarnej. Mieli tylko ośmiogodzinne zestawy podtrzymywania życia. Nic nie powinno być w stanie wykryć ich kombinezonów, wykonanych z włókien węglowych. Na dodatek wszystko wydawało się przebiegać zgodnie z planem.

Przynajmniej na początku.

W atmosferę weszli w określonym czasie, ich zewnętrzne skafandry uległy przy tym spaleniu. Dla całego wszechświata wyglądali jak małe szczątki, kosmiczne śmieci. Do wysokości dwudziestu tysięcy metrów nic nie zapowiadało katastrofy.

Lecz w pewnym momencie niebo wokół nich eksplodowało milionem białych błysków.

Żadnego dymu, żadnych śladów pozwalających wyśledzić źródło, ogień pojawił się znikąd. Na wyświetlaczu kolejno gasły światełka reprezentujące ludzi, których Aida szkoliła i z którymi żyła od ponad dekady. W jej oczach pojawiły się łzy. Ona sama wytrącona została z zaplanowanej trajektorii, co spowodowało uderzenie, które pozbawiło ją przytomności pomimo ochronnego pancerza.

Pamiętała, że odzyskała świadomość, kiedy automatycznie rozłożył się spadochron, szarpnął podczas gwałtownego hamowania, a następnie porwał się w strzępy. Otworzyła oczy tylko po to, by zobaczyć mknącą ku niej zieloną czaszę dżungli, a chwilę później zderzyła się z gałęziami, przebiła przez korony drzew i uderzyła w ziemię. Ponownie ogarnęła ją ciemność.

Gdy kombinezon rozpoczął próby leczenia obrażeń, świadomość, która na chwilę powróciła, opuściła sierżant Sorillę Aidę kolejny raz.

***

– Tędy...

– Jesteś pewien? Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy...

– Mówię ci, że tędy.

Dwaj mężczyźni przedzierali się przez roślinność. Prowadzący mozolnie rozgarniał gęste zarośla, podczas gdy jego towarzysz głównie narzekał.

– A swoją drogą, to nie wiem, po co tu w ogóle jesteśmy. Widziałeś eksplozję... Wszyscy widzieli. Nic nie spadło. Ani wojsko, ani zaopatrzenie. Jesteśmy zdani na siebie.

Prowadzący nie odpowiedział, tylko cały czas parł naprzód, rozdzielając splątane pnącza, aż ukazał się prześwit. Zatrzymał się na skraju, powodując, że idący za nim wpadł mu na plecy.

– Hej! Co jest, do cholery?

– Zamknij się.

Polecenie zostało wydane cicho i bez nacisku, ale mimo to odniosło natychmiastowy skutek.

Otwarta przestrzeń była prawie pusta, ale tylko prawie. Pod drzewem oddalonym o jakieś dziesięć metrów leżała odziana na szaro-czarno postać. Twarz z całą pewnością należała do kobiety, budowa pancerza potwierdzała jej płeć. Oczy miała zamknięte.

– O Jezu – szepnął drugi z mężczyzn – czy ona...?

Pierwszy, tropiciel noszący nazwisko Jerry Reed, wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Sprawdźmy.

Wyszedł na otwartą przestrzeń i zobaczył, że w pewnym oddaleniu od kobiety leży hełm, prawdopodobnie ciśnieniowy. On także pokryty był plamami w różnych odcieniach szarości, tak jakby był w ogniu i częściowo się stopił. Nie posiadał szklanego wizjera, tylko czarną przesłonę w miejscu, w którym powinna znajdować się twarz.

Bezosobowy. Onieśmielający. Prawie złowieszczy.

Jerry Reed zatrzymał się przy hełmie i spojrzał na boki, a potem w górę.

Wysoko w górę.

– Musimy to dostać – powiedział w końcu.

– Co dostać? – spytał drugi mężczyzna, piekarz o nazwisku Thomas Burns, podążając za wzrokiem Jerry’ego. – O cholera!

Nad nimi, zaplątana w spadochron, na wysokości około trzydziestu metrów znajdowała się czarna skrzynia mniej więcej wielkości trumny. W czaszy widoczne było rozdarcie, przez które prześwitywał błękit nieba.

– A jak my się tam, do cholery, dostaniemy?

Jerry zignorował pytanie i ruszył w kierunku nieruchomej postaci. Uklęknął obok niej i zobaczył krótko przycięte włosy i twarz, która ku jego zdziwieniu nie nosiła śladów obrażeń. Po tym, przez co przejść musiała ta kobieta, spodziewał się dużo gorszego widoku. Sprawdził jej puls i ostrożnie uniósł jedną powiekę, a potem drugą. Jej oczy miały kolor czekolady.

– Żyje, wygląda na nieprzytomną – powiedział. – Pomóż mi ściągnąć tę skrzynię. Zabieramy ją do obozu.

***

Kiedy świat ponownie wrócił do Sorilli, stwierdziła, że może się ruszać, ale nie było to przyjemne. Nie śpieszyła się z uruchamianiem wojskowych implantów w swoim ciele, zamiast tego zmusiła się, by usiąść tylko przy pomocy siły własnych mięśni i głębokiej determinacji. Gdy tylko to zrobiła, zaatakowały ją nudności i zawroty głowy. Jęknęła cicho.

Podczas upadku musiała uderzyć o coś głową.

Uderzenie, które spowodowało takie skutki pomimo pancerza, bez niego rozłupałoby jej głowę jak dojrzałego arbuza. Chociaż chciało jej się wymiotować, z wysiłkiem otworzyła oczy i uważnie rozejrzała się dookoła.

Niewiele zobaczyła. Słabe, filtrowane światło ukazywało wnętrze chaty. Takie rzeczy nadal istniały głęboko w dżungli na Ziemi i używane były przez plemiona, które nie chciały przyłączyć się do nowoczesnej cywilizacji bądź też były chronione przed nią w rezerwatach przez rządy i korporacje.

W takich właśnie warunkach spędziła w sumie ładnych kilka lat życia. Zwykle w okresach bezpośrednio przed lub po tym, jak ktoś próbował ją zabić.

– Trochę się tutaj pozmieniało. – Westchnęła, przecierając oczy i starając się zachować równowagę. Bezgłośnie uruchomiła komputer. – Proc, zapis. Ruch. Od ostatniego wydanego polecenia.

Mały komputer zareagował w zwykły sposób, ukazując mapę z wytyczoną trasą przemieszczenia, wyznaczoną na podstawie nadal działającej sieci satelitów GPS, a także systemów żyroskopowych.

Znalazła się sto pięćdziesiąt kilometrów na północny wschód od miejsca lądowania.

Ktoś włożył wiele wysiłku, by dostarczyć ją tutaj, przebijając się przez królującą w tym rejonie gęstą dżunglę. O ile nie dysponował oczywiście specjalnym pojazdem. Z jakiegoś powodu sierżant uważała jednak, że nie. Leżąc, kontynuowała swój monolog skierowany do komputera.

– Proc, skan medyczny.

Polecenie zostało wykonane, a podane informacje niewiele różniły się od poprzednich, z tą różnicą, że odnotowane zostało, że jest już przytomna, i dołączono ostrzeżenie, by nie zasypiała.

– Głupia maszyna.

Wyłączyła odczyt, znaki powoli blakły, a miniaturowe ekrany stawały się całkowicie przejrzyste. Kobieta postanowiła samodzielnie ocenić swój stan zdrowia. Ponownie usiadła, zawroty głowy pojawiły się jak na zawołanie, mimo to Aida postarała się je zignorować. Obmacała sobie żebra, ramiona i nogi. Ostry ból w boku potwierdził, że przynajmniej w jednym przypadku komputerowy skan był poprawny, ale sytuacja nie wyglądała aż tak poważnie, jak przedstawiła to maszyna.

Było całkiem do wytrzymania.

Sorilla jęknęła, ale zdołała nieco podkurczyć nogi, a następnie umieścić stopy na podłodze.

– Proc – powiedziała ponownie, uruchamiając wyświetlacze – sprawdzenie systemu.

Komputer natychmiast wyświetlił dane na jej prawym HUD-zie, podczas gdy na lewym pojawił się zarys sylwetki człowieka i umieszczone na niej symbole głównego sprzętu, tak zewnętrznego, jak i wewnętrznego, czyli pancerza, uzbrojenia oraz implantów. Generalnie wszystko było w porządku, tyle że zapas energii w opancerzeniu wynosił jedynie dwadzieścia dwa procent.

To mogło wystarczyć na mniej niż cztery godziny w warunkach bojowych, może na dzień, gdyby nie używała węglowych łańcuchów mięśniowych i zaawansowanych sensorów. Musiała znaleźć resztę sprzętu.

– Proc, impuls lokalizacyjny. Zasięg dwieście metrów. Wykonać.

Jej cicha komenda została przyjęta i przetworzona przez procesor znajdujący się za żebrami, chroniony organami wewnętrznymi i kośćmi. Wygenerowany impuls radiowy miał niską moc, podobnie jak te używane w ogromnych składach magazynowych przy inwentaryzacji. Teraz należało tylko poczekać na odpowiedź.

Długa lista pojawiła się na wyświetlaczu prawie natychmiast. Obejmowała każdy sprzęt elektroniczny w promieniu dwustu metrów, od dziecięcych zabawek po maszyny rolnicze. To były ciekawe dane, ale sierżant interesowały przedmioty znajdujące się na samym szczycie listy, w osobnej kategorii.

Raport z poszukiwania sprzętu

1 x hełm bojowy – przydział: sierżant Sorilla Aida, nr ewid. 273563926;

1 x karabin szturmowy M140 – przydział: sierżant Sorilla Aida, nr ewid. 273563926;

40 x magazynek 75 nb. 12,9 mm SP-E – przydział: sierżant Sorilla Aida, nr ewid. 273563926;

1 x polowa ładowarka – przydział: sierżant Sorilla Aida, nr ewid. 273563926;

3000 x 12,9 mm nb. SP-E – przydział: sierżant Sorilla Aida, nr ewid. 273563926.

Lista ciągnęła się dalej, ale Aida zignorowała ją, mrugnięciem powiek nakazując lokalizację wyłącznie sprzętu wojskowego.

Po kilku sekundach otrzymała wyniki.

Dwadzieścia metrów, azymut magnetyczny piętnaście stopni.

Oprogramowanie wykrywające istoty żywe meldowało o obecności około pięciuset osób, z czego czterysta znajdowało się w bezpośrednim sąsiedztwie. Sorilla nie wiedziała, czy to powód do zmartwienia, czy wręcz przeciwnie. Musiała przekonać się o tym jak najszybciej. Wcześniej, oczywiście, odzyskując swój sprzęt.

– Proc, pełna moc bojowa.

Kombinezon nie zmienił wyglądu, ale kobieta poczuła modyfikację. Spojrzała w górę, a jej oczy błyszczały na zielono, gdy wszczepione w gałki oczne implanty pokazywały obraz w podczerwieni w takiej rozdzielczości, jakby świeciło słońce. Do obrazu zdecydowała się dodać analizę strukturalną.

Wstała, a węglowe połączenia mięśniowe niemal całkowicie przejęły ciężar jej ciała, sprawiając, że prawie nie odczuwała swojej wagi. Aidę zalała fala zawrotów głowy, ale ponownie ją zwalczyła, tak jak i ból w klatce piersiowej.

– Proc, uruchomić rdzeniowe obejście nerwowe.

Komenda mogła wydawać się nieracjonalna, ale jej efektem był natychmiastowy zanik jakiegokolwiek bólu, tak jakby ktoś zmienił położenie wyłącznika z „jeden” na „zero”.

Zawroty głowy pozostały, gdyż ich źródło znajdowało się powyżej rdzenia, tak więc obejście nie działało na nie, stały się jednak do zniesienia.

Po pierwsze, musiała się uzbroić.

– Dwadzieścia metrów, azymut piętnaście – szepnęła, przyjmując pozycję startową i unosząc ramię, by osłonić głowę. – Naprzód...

Wystrzeliła jak sprężyna, wzbijając się w powietrze. Ramionami splecionymi nad głową uderzyła w cienki dach z siłą wystarczającą, by rozbić go w drzazgi. Jej stopy pewnie stanęły na jego szczycie, a wyczulony słuch uchwycił zdziwione głosy:

– Co to, do cholery, było?

– Uwaga!

– To atak!

Zignorowała ludzi, jej umysł zajęty był przygotowaniem trajektorii kolejnego skoku, znalazła się w powietrzu, zanim zdała sobie z tego sprawę. Dwadzieścia metrów dzielące ją od jej sprzętu dało pokonać się jednym susem, podczas którego z łatwością rozgarniała gałęzie znajdujące się na drodze.

Celem była kolejna chata o podobnej konstrukcji jak ta, którą opuściła, więc tuż przed lądowaniem podkurczyła nogi i gwałtownie je wyprostowała. Dach ustąpił pod uderzeniem, a Sorilla wylądowała wśród drzazg i odłamków. Znalazła się na twardej podłodze, automatycznie odwracając się w kierunku krzyku, który usłyszała.

„To tylko dziecko”.

Mrugnęła, nieco zaskoczona faktem, że dziewczynka po chwili ciszy znów zaczęła krzyczeć, a głosy na zewnątrz zabrzmiały bardziej alarmująco.

Sorilla zignorowała małą, zwracając się tam, gdzie powinien znajdować się jej sprzęt, i natychmiast zauważając hełm leżący na skrzyni z wyposażeniem. Uklękła i chwyciła go, otwierając jednocześnie mocowania pokrywy. W chwilę później miała go już na głowie. Hełm zamknął się natychmiast, przytrzaskując nieco włosów. Wykonała kilka szybkich ruchów głową, by pozbyć się tej przeszkody, po prostu wyrywając je. Ręce otwierały już zasobnik transportowy.

Karabin był załadowany, chwyciła go zatem i odwróciła się w kierunku drzwi, które gwałtownie się otworzyły.

***

Z chaty na środku wsi, która od czasu inwazji zaczęła pełnić rolę „ratusza”, rozległ się krzyk dziewczynki. W pobliżu znajdowało się czterech mężczyzn. Rzucili się ku budynkowi, zostawiając w pośpiechu otwarte drzwi swoich własnych domów. Inni także porzucili swoje zajęcia i czekali, zaskoczeni wprawdzie, ale nie sparaliżowani.

To, co zwykle ich atakowało, nigdy nie miało odwagi zapuścić się w głąb dżungli, a typowym zagrożeniem, które tu napotykali, były dzikie zwierzęta. Niebezpieczne, ale nie do tego stopnia, by ludzie nie mogli dać sobie z nimi rady.

Pierwszy człowiek, który wbiegł do chaty, wypadł z niej przez ścianę, rozbijając ją jak konstrukcję z wykałaczek. Jakaś kobieta krzyknęła, nadbiegło więcej mężczyzn, którzy tym razem pamiętali o zabraniu broni. W kolejnej ścianie powstała dziura, po tym jak drugi śmiałek tą drogą opuścił wnętrze, zanim jeszcze pierwszy dotknął ziemi.

Ze środka nadal dochodził krzyk dziecka. Mieszkańcy wioski biegli z gotowymi do strzału karabinami. Zatrzymywali się w pewnej odległości od chaty i czekali.

Pobudził ich do działania widok intruza. Kiedy czarna postać, najwyraźniej uzbrojona, opuściła budynek, karabiny przemówiły.

– Uwaga!

– Naprzód!

***

Analiza bojowa zakończona – przeczytała Sorilla na lewym implancie rogówkowym. Prawy dostarczał jej danych na temat nadlatujących pocisków, zanim zdążyły się odbić od pancerza.

Poziom zagrożenia pomijalny.

„Karabiny myśliwskie” – pomyślała, kierując lufę swojej broni w powietrze, tak by nikogo przypadkiem nie zranić, albo, nie daj Boże, zabić. Wodziła wzrokiem, by potwierdzić odczyt, całkowicie ignorując półcalowy pocisk uderzający w jej hełm. Zabijanie ludzi, którym teoretycznie miała pomagać, nie byłoby najlepszym rozwiązaniem. Na myśl o wszystkich dokumentach, które później musiałaby wypełniać, przebiegły ją dreszcze. Musiałaby spędzić za biurkiem miesiące, nawet gdyby została oczyszczona z wszelkich zarzutów.

Poza tym czarna maska okrywająca jej twarz na pewno nie stanowiła najsłabszego punktu pancerza. Silny cywilny pocisk myśliwski pozostawił tylko małą rysę na czarno-szarym nalocie na szybie, powstałym podczas wejścia w atmosferę.

Z drugiej jednak strony siła uderzenia szarpnęła głową kobiety, powodując nagły atak bólu. Cierpiała przecież nawet przy mruganiu powiekami, a co dopiero po takim uderzeniu. Aida miała wrażenie, że mózg obija się o wnętrze czaszki. Znów udało jej się jednak wygrać batalię z własnym ciałem i powstrzymać wymioty. Na to jeszcze przyjdzie czas, teraz miała zadanie do wykonania.

Jej ocena sytuacji zgadzała się z przedstawioną przez komputer. Procesory zamontowane w ciele i pancerzu zanalizowały prędkość, budowę i dźwięk nadlatujących pocisków i uznały je za wystrzelone z cywilnej broni myśliwskiej. Wystarczająco silne, by powalić jakiekolwiek żyjące tutaj zwierzę, jednak niewytrzymujące konfrontacji z wojskowym pancerzem.

Cały czas trzymając lufę karabinu skierowaną ku górze, Sorilla lewym okiem sprawdziła poziom naładowania baterii pancerza, a następnie uniosła prawą dłoń.

– Wstrzymać ogień!

Kanonada nieco osłabła, a po chwili zdziwieni mieszkańcy wioski zaczęli odrywać policzki od kolb swoich karabinów.

W oczekiwaniu na całkowite przerwanie ognia kobieta prawym okiem uważnie obserwowała jego celność i oceniała, jakiego treningu wymagaliby ci ludzie, gdyby musiała wyszkolić ich do poziomu przyzwoitej partyzantki.

„Nieźle” – uznała, odnotowując, że trzech z pięciu strzelców trafiało ją za każdym razem. Dwaj pozostali spudłowali po razie, ale na ich korzyść przemawiał fakt, że były to ich pierwsze strzały. „Mogło być gorzej, mogło lepiej. Biorąc pod uwagę, że stoję nieruchomo, lepiej by było, gdyby wszystkie strzały trafiły”.

Kanonada umilkła. Jej echo unosiło się jeszcze w powietrzu, a Sorilla opuściła całkowicie swoją broń i trzymając za przedni chwyt, oparła stopką kolby o ziemię.

– Kto tu dowodzi?

Minęła dłuższa chwila, pełna odczuwalnego napięcia, aż w końcu z pobliskiej chaty wyszedł siwiejący mężczyzna.

– Wygląda na to, że ja – powiedział na tyle głośno, by wszyscy go słyszeli.

Aida przyjrzała mu się dokładniej, oceniając go zarówno osobiście, jak i za pomocą procesora. Jego wiek szacowała na mniej więcej pięćdziesiąt pięć percentyli, czyli sto dwanaście lat słonecznych, choć program mówił o sześćdziesiątym ósmym percentylu. Komputery często się jednak myliły w kwestii wieku mieszkańców kolonii, fałszywie oceniając spalone słońcem twarze wielu z nich. Gość był w pełni sił fizycznych, co do tego opinie sierżant i komputera zgadzały się. Elektroniczne czujniki podpowiedziały także, że serce jej rozmówcy biło szybko, jednak równo i mocno. Brak jakichkolwiek objawów paniki.

Nie miał implantów, a przynajmniej żaden z nich nie odpowiadał na wywołanie, ale to akurat nie było na światach kolonialnych niczym niezwykłym. Implanty były drogie i wymagały zawansowanej opieki medycznej podczas ich instalowania, i o ile zwykle działały bezproblemowo przez całe życie, o tyle w razie jakichkolwiek problemów dobrze było mieć stały dostęp do takiej opieki.

Na lewym HUD-zie Sorilli wyświetlały się twarze znanych członków lokalnej społeczności, jednak mężczyzna nie był żadnym z nich. Znów okazało się, niestety, że dane o kolonii są mniej aktualne, niż powinny. Świat Haydena był kolonią dwupokoleniową, właśnie kształtowało się trzecie pokolenie mieszkańców. Stojący przed nią mężczyzna prawdopodobnie urodził się już tutaj, ale nikomu nie chciało się zaktualizować danych.

– Pańskie nazwisko, sir? – spytała tonem pełnym szacunku, jakby zwracała się do pułkownika za biurkiem, który tylko czeka na to, by oskarżyć ją o naruszenie dyscypliny.

Zapytany zatrzymał się około dziesięciu metrów od niej, blokując linię strzału przynajmniej jednemu z mężczyzn. Sierżant odnotowała oczywiście ten fakt.

– Samuel – odpowiedział. – Nazywam się Samuel Becker. Kim pani jest?

– Sierżant Sorilla Aida. Wojska Specjalne Armii Stanów Zjednoczonych, aktualnie oddelegowana z Ziemi do SOCOM[1] Floty – odparła.

Po jej słowach zapadła cisza. Ludzie, zaciekawieni, zaczęli wychodzić z chat i gromadzić się wokół centralnego budynku.

– Czy Flota tu jest?

– Czy to grupa ratunkowa?

– Gdzie reszta?

Człowiek nazywający się Samuelem ze stanowczym wyrazem twarzy uniósł rękę.

– Pozwólcie jej mówić.

Sorilla z wdzięcznością skinęła mu głową, a następnie włączyła wzmacniacz głosu w kombinezonie, żeby wszyscy mogli ją słyszeć.

– Flota znajduje się poza heliopauzą, czekając na dane rozpoznawcze. Jak na razie, nie ma jeszcze grupy ratunkowej. Nie udało nam się zdobyć żadnych skanów planety ani przechwycić transmisji z jej powierzchni. Wszystko, poza podstawowymi przyrządami optycznymi, było zakłócane. Jestem tu, by dowiedzieć się, co się dzieje, i przygotować raport dla dowództwa Floty.

– Zostaliśmy najechani, do cholery! Oto, co się dzieje!

Aida zignorowała okrzyk, czując kolejną falę zawrotów głowy. Utrzymywała się w pionie tylko dzięki wsparciu sztucznych mięśni kombinezonu. Pomimo to coś musiało być widoczne dla zgromadzonych ludzi, przynajmniej tych stojących najbliżej, bo Samuel strzelił palcami.

– Tara, pomóż jej.

Rudowłosa kobieta podbiegła natychmiast, nie zważając na obecność broni, i chwyciła Sorillę za łokieć.

– Nie powinnaś wstawać. To ja badałam cię, gdy tu przybyłaś... Jesteś tą samą kobietą, prawda?

– Tak. I wiem. Wstrząśnienie mózgu, kilka połamanych żeber, mnóstwo siniaków. Wyzdrowieję.

– Naturalnie – odparła Tara. – Jednak powinnaś zdrowieć na leżąco.

– Dla kombinezonu nie ma różnicy. – Mimo to Aida pozwoliła poprowadzić się do chaty, w której się obudziła.

– No dobra, wszyscy wracać do swoich zajęć. – Samuel klasnął w dłonie za plecami odchodzących kobiet. – Zostaniecie powiadomieni o sytuacji, gdy tylko my sami będziemy coś wiedzieć!

***

Wstrząśnienie mózgu cholernie dawało się we znaki.

Następnego dnia Sorilla nie mogła się ruszyć. Jej głowa była jednym wielkim siedliskiem bólu, odzywającego się przy każdym uderzeniu serca. Bakterie wyhodowane przez jej własny organizm, roznoszone przez krew, dostarczały życiodajnej energii wszystkim komórkom, powodując ich błyskawiczną regenerację, jednak proces ten nie dotyczył głowy i powodował, że bolała jeszcze bardziej.

Miała podwyższone ciśnienie, nie potrzebowała nawet żadnego ze swoich wyświetlaczy, by to wiedzieć. Było to jak najbardziej korzystne, tyle że powodowało nieznośny ból głowy.

Wcześniej wyłączyła zasilanie pancerza. Przynajmniej nie stanowiła już dla nikogo zagrożenia, powodowanego przez skurcze mięśni wzmacniane przez egzoszkielet. Niestety, niewiele mogła zrobić z implantami wewnętrznymi.

W środku nocy, kiedy po raz pierwszy pojawiły się skurcze, próbowała po prostu zamknąć oczy i ignorować objawy. Różne informacje pojawiały się w rozbłyskach na wyświetlaczach, wypełniając świat halucynogennymi wizjami, zamieniając gorączkowe sny w niekończące się koszmary, spowodowane przez pozbawiony kontroli układ nerwowy.

Rano lokalna medyczka znalazła ją przewracającą się na łóżku, rozgorączkowaną zarówno z powodu obrażeń, jak i ciepła dostarczanego przez kombinezon i pracujące wytrwale uzdrawiające bakterie.

– Boże... ona jest rozpalona – szepnęła Tara, odgarniając kosmyk czarnych włosów z czoła sierżant i patrząc na swoją mokrą od potu chorej dłoń.

– Możesz coś zrobić?

– Nie wiem – odpowiedziała, nie patrząc w stronę mówiącego, bo rozpoznała głos Samuela Beckera, który stanął za nią. – Gorączka nie powinna być tak wysoka.

– Czy to infekcja?

– Nie, mam wrażenie, że wstrząśnienie mózgu... Infekcja nie zdążyła się jeszcze rozwinąć...

– Jest wyposażona w przenośną podczerwień i komórki macierzyste.

Tara spojrzała przez ramię i otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

– W tym kombinezonie? Ale pobór mocy...

– Jest prawdopodobnie dość duży – odparł Samuel – ale wydaje mi się, że ten sprzęt o kilka generacji wyprzedza wszystko, czym dysponują koloniści.

– To może ją zabić – rzuciła medyczka. – No... nie wiem.

– Nie spała tej nocy – dodał Samuel. – Wartownicy mówią, że rzucała się na łóżku bez przerwy. Są przerażeni.

– Czym? To tylko kobieta.

Usta Samuela zacisnęły się.

– Mówią, że oczy jej świeciły.

Medyczka nachyliła się i rozchyliła powieki pacjentki. W chwilę później westchnęła, wyprostowała się i chwilę siedziała w milczeniu.

– Co to jest?

– Ma implanty optyczne... Są aktywne – odpowiedziała Tara, myśląc intensywnie. – Prawdopodobnie były całą noc. Cały ten czas oglądała Bóg wie co. Nic dziwnego, że nie mogła spać.

– Czy to powoduje jej gorączkę?

– W każdym razie nie pomaga – odparła medyczka, kręcąc głową. – Nie wiem, co mam robić.

– Nie może ich wyłączyć? – spytał Becker, a w jego głosie czuć było troskę.

– Gdyby mogła, pewnie już by to zrobiła. Tak zaawansowane implanty są kontrolowane poprzez mapowanie niepowtarzalnych impulsów nerwowych – powiedziała cicho Tara, wciąż myśląc. – O Boże... Wstrząśnienie mózgu. Musiało zakłócić jej reakcje nerwowe. Nie, nie może ich wyłączyć.

– Co zrobimy?

– Wyślij kilku ludzi do strumienia po wodę... Musimy ją schłodzić. Jej własny system medyczny właśnie biedaczkę zabija.

2

Piekło to stan umysłu, a nie konkretne miejsce.

W całym wszechświecie jest mnóstwo obszarów odpowiadających ludzkiej definicji piekła. Planety, po których płyną rzeki lawy, a w atmosferze dominuje siarkowodór, lodowe światy, w których tlen ulega skropleniu i zamarza jak woda, czy też takie, które w ogóle nie mają atmosfery i na których temperatura waha się od zera absolutnego do tysięcy stopni.

Ale mimo to piekło nie jest miejscem. Takie planety zabijają szybciej niż kula karabinowa i bardziej litościwie. Piekło siedzi w koszmarach nocnych, poza kontrolą, poza wolą człowieka.

Sorilla Aida doskonale znała piekło, była w nim częstym gościem.

Tym razem wypełnione było liczbami: danymi statystycznymi, pulsem, spisami inwentarza, liczbą rannych.

A żar palił od wewnątrz.

Poprzednio to było przenikliwe zimno. Nie mogła powstrzymać dreszczy. Teraz była mokra od potu, a liczby z jej osobistego piekła z sadystyczną przyjemnością informowały ją, jaki procent z wydalonego płynu skierowany został do odzyskania przez specjalnie do tego przeznaczone kieszenie w jej pancerzu.

Liczby po prostu nie chciały zniknąć, nieważne, jak bardzo starała się ich pozbyć.

– Proc, tryb uśpienia – szeptała rozgorączkowana, nakazując komputerowi wyłączenie się.

Robił to natychmiast, by uruchomić się po chwili pod wpływem niezamierzonego skurczu mięśni jej twarzy.

Miała ochotę krzyczeć, pragnienie rosło gdzieś w głębi, ale była cicho. Cały czas. Ktoś jej to kiedyś nakazał, dawno temu, ale jego nazwisko uleciało z pamięci. Nazwisko, ale nie nakaz. Upragniony krzyk zamieniał się w cichy jęk.

Tak, piekło tym razem było gorące.

Marzyła o tym, by choć na chwilę znaleźć się w jego mroźnej odmianie.

Sierżant Sorilla Aida znała jednak piekło i wiedziała, że marzenia są w nim niewiele warte. Piekło żywiło się marzeniami, zmieniając je w torturę fałszywej nadziei.

Wiedziała o tym, ale nie mogła przestać marzyć.

W końcu była w piekle, prawda?

***

Co kilka minut na głowę i twarz kobiety wylewano wodę ze strumienia.

Rudowłosa pielęgniarka cały czas myślała nad sytuacją. Implanty sierżant najwyraźniej oszalały, ich impulsy kontrolne zakłócone zostały przez wstrząśnienie mózgu. Implanty wzrokowe żarzyły się nieustannie, a Tara mogła sobie jedynie wyobrażać, jaki horror przeżywała leżąca kobieta.

Trwało to od co najmniej dwudziestu godzin. Dwudziestu godzin, w ciągu których ciało pacjentki nie doznało ani chwili ulgi.

Co dziwniejsze, poza gorączką i kontuzją głowy, dochodziła do zdrowia zadziwiająco szybko. Wyglądało na to, że żebra się pozrastały, a rany były już tylko różowymi bliznami. Podczerwień działała znakomicie i zdaniem Tary okazała się skuteczniejsza niż cokolwiek, czym dysponowała w klinice.

Niestety, podczerwień nie była przeznaczona dla pacjentów z gorączką.

– Więcej wody – nakazała medyczka. – Przynieście mi jej zasobnik... Może tym razem uda mi się do niego dostać.

Niestety, jak się okazało, były to płonne nadzieje. Już wcześniej sprawdzała skrzynię, ale w żaden sposób nie mogła jej otworzyć. Nie zgadzały się dane biometryczne, a ze względu na kombinezon nie mogła użyć dłoni pacjentki.

Ciągle jednak próbowała coś zrobić.

***

Gorączka osłabła trzeciego dnia tak nagle, że Tara o mało tego nie przegapiła. Sama ledwie trzymała się na nogach. W jednej chwili pacjentka była rozgorączkowana, a w następnej zaczęła dygotać. Podobno czasem się to zdarzało, ale medyczka widziała takie zjawisko po raz pierwszy. Zmierzyła temperaturę sierżant i z ulgą odnotowała, że spadła o kilka stopni, prawie wracając do normy.

Przestała polewać Aidę wodą. Minęła blisko godzina i  pacjentka oprzytomniała.

– Lepiej się czujesz? – spytała łagodnie Tara.

Kobieta pokiwała głową i odparła łamiącym się głosem:

– Wydaje mi się, że... wróciłam.

– Co?

– Nic takiego – uśmiechnęła się słabo Sorilla.

Mrugnęła oczami, poruszyła szczęką i blask w jej oczach zgasł. Tara przyglądała się jej uważnie, a ona odpowiedziała spojrzeniem tak skupionym, że medyczka poczuła się nieswojo. Minęły długie sekundy, podczas których blask nie powrócił. Sierżant opadła na łóżko i zamknęła oczy.

– Dzięki Bogu.

Wypowiedziane przez nią słowa były prawie niesłyszalne, ale Tara doskonale je zrozumiała. Westchnęła z ulgą, gdy pacjentka zapadła w końcu w sen i przestała się ruszać.

– Dzięki Bogu – zgodziła się pielęgniarka, zamykając oczy i pocierając powieki.

Wstała i zwróciła się do najbliżej znajdującej się osoby:

– Pilnujcie jej. Zawiadomcie mnie, gdy tylko się obudzi. Potrzebuję tygodnia snu, a ona pewnie ze dwóch.

***

Nie trwało to dwóch tygodni, ani nawet dwóch dni. Sorilla obudziła się po trzydziestu dwóch godzinach, już całkowicie bez gorączki, z ciałem wyleczonym i zregenerowanym przez biologiczne i mechaniczne systemy, w które była wyposażona. Światło sączyło się przez ściany, sufit i szparę pod drzwiami. W oknach wisiały zasłony, tak więc były one w zasadzie jedynymi źródłami cienia.

Aida mrugnęła i włączyła wyświetlacze. Z wprawą nawigując po interfejsie użytkownika, sprawdzała status sprzętu.

– Cholera – powiedziała cicho.

Zapas mocy kombinezonu był prawie na wyczerpaniu, do zera pozostało trzy procent. Wyłączyła systemy zewnętrzne i rozpięła pancerz. Magnetyczne zamki puściły bezgłośnie, ale ona nie pozwoliła im się zupełnie rozejść, zanim nie sprawdziła otoczenia.

W pokoju był mężczyzna, chrapiący lekko, oparty o ścianę. Jego karabin znajdował się około trzech metrów od niego, tam, gdzie położył go wieczorem. Sierżant z dezaprobatą pokręciła głową. Broń najprawdopodobniej nie miała wprowadzonego naboju do komory, a niewykluczone, że w ogóle nie podpięto do niej magazynka.

To był karabin myśliwski, używany do obrony przed zwierzętami, a nie do walki. Mężczyzna był więc myśliwym, a nie żołnierzem. Z kolei pierwszą zasadę myśliwych stanowiło zachowanie bezpieczeństwa. Nie trzymaj broni załadowanej, nie przechowuj amunicji w tym samym miejscu, trzymaj ją zabezpieczoną aż do momentu, w którym chcesz strzelać.

Dobre zasady dla myśliwego, który miał w domu dzieci, za to nie najlepsze na polu walki.

Całkowicie zwolniła zamki. Płyty wydały odgłos przypominający mlaśnięcie, gdy odklejały się od jej ciała. Żelowata substancja pokrywająca skórę zapewniała połączenie z systemami pancerza oraz stanowiła dodatkową ochronę przed infekcjami w razie uszkodzenia zbroi. Sorilla miała uczucie, jakby zrywała z siebie naskórek.

Dźwięk powinien obudzić strażnika pozostawionego w chacie, ale ten chrapnął tylko głośniej. Kobieta usiadła, a jej nagie ciało błyszczało od resztek żelu.