Hau. Psy, pieski i bestie w baśniach, mitach i wierzeniach - Tor Age Bringsvaerd - ebook

Hau. Psy, pieski i bestie w baśniach, mitach i wierzeniach ebook

Tor Age Bringsvaerd

3,3

Opis

W relacji łączącej człowieka ze zwierzęciem jest coś prawdziwego, coś starego, coś mądrego i coś pięknego. I temu, kogo nigdy nie budził ostrożny dotyk pyska ani nie słyszał ogona uderzającego energicznie o nocny stolik, umknęło w życiu coś naprawdę cennego. Bo jak mówi indiańskie przysłowie, „Bóg stworzył ziemię, niebo i wodę, księżyc i słońce. Stworzył człowieka, ptaki i zwierzęta. Ale psa nie stworzył. Bo psa już miał”.

Tor Åge Bringsværd przekopał historię świata i literaturę ludową w poszukiwaniu śladów najlepszego przyjaciela człowieka. W tej książce o naturze psa i jego miejscu w naszym życiu Bringsværd przekazuje mity, legendy, baśnie, podania ludowe i mnóstwo zaskakujących ciekawostek dotyczących psów ze wszystkich miejsc i czasów, od mitologii greckiej do ludów Afryki, od religii i filozofii do kreskówek i filmów. Są tu opowieści o psach bogów i czarownic, historia opowiadana przez lud Nyanga w Kongo o tym, jak pies podarował człowiekowi ogień, legenda Inuitów o kobiecie, która poślubiła psa oraz saga o psie, który został królem. Są tu psy niebiańskie, baśniowe i piekielne, a także masa przykładów psiej mowy.

Dzięki temu powstała arcyciekawa i bogato ilustrowana książka o wielowymiarowej historii kultury, ale przede wszystkim o przyjaźni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 306

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (16 ocen)
2
6
4
3
1

Popularność




Tytuł oryginału Vov
Przekład MILENA SKOCZKO
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja LECH STASZKIEL
Konsultacja japonistyczna ANNA ZALEWSKA
Konsultacja sinologiczna AGNIESZKA WALULIK
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Vov Copyright © Cappelen Damm AS, Oslo, 2018 Copyright © for the translation by Milena Skoczko Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66671-40-9
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.
.

Bóg stworzył ziemię, niebo i wodę, księżyc i słońce. Stworzył człowieka, ptaki i zwierzęta. Ale psa nie stworzył. Bo psa już miał.

Porzekadło rdzennych Amerykanów

.

Przykład psiej wierności. Na tej ilustracji ze średniowiecznego wydania Historii naturalnej Pliniusza Starszego (77 rok) widzimy psy, które walczą z rozbójnikami, chronią króla i próbują nakarmić topielca!

Malowidło jaskiniowe z Sahary (ok. 4000 roku p.n.e.)

.

Patrick McDonnell, Sierść i łapy

Wstęp

Naszym pierwszym przyjacielem był wilk. Został oswojony – chociaż powinienem chyba raczej napisać, że oswoiliśmy siebie nawzajem. Ponieważ dawno, dawno temu, poza czasem historycznym, powstała rzadka sytuacja, w której obie strony uznały, że wygrały. Wilki zbliżyły się do nas, bo mieliśmy ogień i mogliśmy dać im ciepło i światło, my, ludzie, szliśmy za wilkami, bo były wyjątkowymi łowcami. Stawaliśmy się sobie coraz bliżsi i z czasem zaczęliśmy okazywać sobie zaufanie. I one, i my byliśmy zwierzętami stadnymi. Niektóre wilki odważyły się wskoczyć do nowego, innego świata. A razem byliśmy w stanie dokonać niemożliwego.

Nie wiadomo, kiedy to się stało. Nie wiadomo dokładnie, kiedy wilk stał się psem. Zdania uczonych są podzielone, ale według najnowszych ustaleń do „oswojenia” musiało dojść jakieś trzydzieści tysięcy lat temu. Oswoiliśmy dużo innych zwierząt. Ale pies zajmuje wśród nich wyjątkową pozycję.

Pies stał się nie tylko zwierzęciem pociągowym, pracownikiem, stróżem, pasterzem, lecz także naszym najlepszym przyjacielem. Widocznym znakiem niezwykłej więzi, jaka nas połączyła, było to, że zaczęliśmy nadawać psom imiona, to znaczy traktować je jak odrębne istoty, a nie tylko jako naszą „własność”.

W starożytnym Egipcie zdarzało się, że psy chowano w kosztownych sarkofagach, a o ich życie dbano tak, jakby były najdroższymi członkami rodziny.

Również w starożytnej Grecji i Cesarstwie Rzymskim zmarłym psom stawiano piękne nagrobki. Oto wzruszające rzymskie epitafium z II wieku, wyryte na marmurowej płycie na pamiątkę białej suki Margarity („Perła”):

Na świat przyszłam w Galii [Francja]. Imię oddające piękno mej urody dała mi muszla niesiona przez morskie fale. Nauczono mnie odważnie przemierzać groźne lasy i po pagórkach ścigać dziką zwierzynę. Nigdy nie skuwano mnie ciężkim łańcuchem i moje śnieżnobiałe ciało nigdy nie poczuło piekących razów. Wylegiwałam się na miękkim łonie pana mego i pani, a zmęczona zwijałam się w kłębek na ich łożu. Moje nieme usta mówiły więcej, niż powinny, chociaż nikt nie bał się mojego szczekania. Ale gdy urodziłam szczenięta, wydarzyło się nieszczęście i teraz ziemia mnie kryje pod tą małą marmurową płytą.

Nie wiemy, jakiego rodzaju psem była galijska suczka Margarita. W każdym razie żyła w epoce, kiedy człowiek nie przywiązywał jeszcze dużej wagi do rasy. W naszych czasach (zwłaszcza od XIX wieku) wielu ludzi bardzo się przejmuje tym, co nazywają „czystą rasą”, i mieszańce traktują z pogardą. Może czasem wypadałoby się zastanowić, czy takie podejście nie koreluje z coraz większą popularnością innych, bardziej przerażających teorii rasowych?

Niestety, często nasze zachowanie wobec zwierząt jest naganne i dlatego nie mogę pojąć, jak to się dzieje, że nadal darzą nas takim uczuciem. Zwłaszcza pies jest dla mnie zagadką. Bo psy... one po prostu nas kochają. Mimo wszystko! My, ludzie, możemy kogoś lubić i zarazem go nie lubić. Uczucia psów nie są aż tak zagmatwane. Jeśli pies już raz postanowi, że cię kocha, to będzie cię kochał przez cały czas, aż do śmierci. Krótko mówiąc: psa nie da się przekonać, żeby zmienił zdanie.

Czy to dlatego, że pies nas podziwia? Szczerze wątpię. Czy dlatego, że uważa nas za kogoś w rodzaju przywódcy stada? Raczej nie. (Psy nie są tak głupie, żeby nie dostrzegały różnicy między hydraulikiem a labradorem). Moim zdaniem nie istnieje żadne rozsądne wytłumaczenie ich miłości. Bo rzeczywiście wygląda na to, że psy kochają nas nie tylko dlatego, że dajemy im jeść, chodzimy z nimi na spacery, bawimy się z nimi i chronimy je, ale też zwyczajnie dlatego, że nas lubią! To wprost niepojęte, jeśli się nad tym dłużej zastanowić. Ale spójrzmy z jeszcze innej perspektywy: wszystkie zwierzęta czują się najlepiej z przedstawicielami tego samego gatunku. Tylko pies bez wahania wybiera towarzystwo „swoich człowieków” zamiast biegać z innymi psami. (Czy to nas nie zawstydza? W każdym razie sądzę, że nie mnie jednego ogarnia wzruszenie, kiedy od czasu do czasu spoglądam w psie oczy).

Rysunek George’a du Mauriera w brytyjskim tygodniku satyrycznym „Punch”, 1886

Trochę cynicznie możemy ująć to tak: It is the only love money can buy[1].

W tej książce nie będziemy zajmować się dziejami psa ani poszczególnymi rasami, również ci, którzy szukają czegoś na temat pielęgnacji psa i porad, jak nauczyć go przynoszenia patyków, trafili pod zły adres. My postanowiliśmy skupić się na legendach, baśniach i osobliwych wierzeniach ludowych związanych z tym fascynującym zwierzęciem.

Poza tym podjęliśmy odważną (i absolutnie niezbędną) decyzję o zawężeniu tematyki, skutkiem czego wszystkie kuzynki i wszyscy kuzyni – wilki, lisy, psy dingo, kojoty i szakale – otrzymali twardy i brutalny zakaz wstępu do tej książki, bez względu na to, jak intrygujące są historie na ich temat. Nam chodzi tylko i wyłącznie o Psa. Zapraszamy do lektury Hau!

Tor Åge Bringsværd

Hølen, sierpień 2017

NA POCZĄTKU

Na początku wszyscy ludzie byli Inuitami.

Potem zdarzyło się, że pies pojął za żonę dziewczynę,

i z ich potomstwa wywodzi się biały człowiek.

Grenlandia, przylądek Kap YorkOpowiedziane Knudowi Rasmussenowi przez Masaatsiaqa

.

Indianin z plemienia Kato

.

Kato – lub Catho – to plemię Indian zamieszkujących Kalifornię, znanych ze swojej wyjątkowej miłości do psów. Indianom Kato nie mieściło się w głowie, że można chodzić po świecie, nie mając psa za towarzysza. Zwróćcie uwagę na to, że na początku świata Bóg nie musiał stwarzać psa – bo już go miał. A zatem pies pochodzi z „czasów przed czasem”, a co za tym idzie, jest stworzeniem nadprzyrodzonym. Mit został zaczerpnięty z pracy Pliny’ego Earle’a Goddarda, Kato Texts [Pisma Kato], Uniwersytet Kalifornijski, Oakland 1909.

Bóg i jego pies

Indianie Kato (Ameryka Północna)

Nagaicho – Stwórca, Wielki Wędrowiec – postanowił stworzyć świat. Zabrał ze sobą swojego psa i przystąpił do pracy.

By utrzymać niebo w górze, wbił wielkie pale w każdy z czterech rogów świata. Potem z ziemi stworzył mężczyznę, a następnie kobietę.

Słońce było gorące, księżyc zimny, a wszędzie wokół wyrosły drzewa. Woda w morzu zmarszczyła się i tak powstały fale. Wszystkie morskie stworzenia pływały raz tu, raz tam i były szczęśliwe.

Nagaicho zrozumiał, że istoty lądowe również potrzebują wody, więc własnymi stopami wyrył głębokie bruzdy w ziemi, tworząc w ten sposób rzeki i strumienie. A potem wbił w ziemię palce, dając początek źródłom.

– Ptaki i wiewiórki będą pić wodę – powiedział. – Jelenie, łosie i pantery będą ją pić.

Spojrzał na psa.

– Pij – zachęcił go.

Pies napił się czystej wody, a wtedy Nagaicho również położył się na ziemi i skosztował wody.

– Smaczna – powiedział. – Wszyscy będą ją pić.

Wstał i ułożył kamienie wokół brzegów wody, tworząc jeziora i sadzawki.

– Napij się tej dobrej wody – zwrócił się ponownie do psa. – Pij, mój przyjacielu.

Pies posłuchał. Nagaicho zanurzył twarz w wodzie i również się napił.

– Dobra – ocenił. – Będą ją pić i niedźwiedzie, i ludzie.

Potem sprawił, że w rzekach zamieszkały salamandry, żółwie i małe węgorze, a w górach niedźwiedzie grizzly, pantery i zające.

W ten sposób Nagaicho stworzył wszystko, co żyje: węże i osy, sowy i sójki. Szczury wodne i czaple. Każda istota otrzymała właściwe miejsce.

– Idź tuż za mną – zwrócił się do psa Nagaicho. – Obejrzyjmy całe dzieło stworzenia.

Drzewa były wysokie, rzeki pełne ryb. Małe doliny zdążyły się już rozrosnąć i wypełnić kwiatami i zaroślami.

– To dobry kraj – powiedział bóg do psa.

Żołędzie i kasztany zwisały z drzew. Krzewy obfitowały w jagody. Były tam również ptaki i węże. Trawa urosła, koniki polne skakały z jednego źdźbła na drugie. Gdzieniegdzie kwitła koniczyna.

– Wykonaliśmy dobrą pracę – stwierdził Nagaicho. I ruszyli z powrotem. Bóg i jego pies.

Góry były wysokie, kraj szeroki, strumienie pełne pstrągów. Świeża woda opłukiwała kamienie.

– Wkrótce będziemy w domu – powiedział Nagaicho. – Ale teraz chciałbym się jeszcze napić wody. Ty też się napij.

Powierzchnia ziemi była pokryta roślinami, które kiełkowały i rosły. Wszystkie żywe stworzenia rozmnażały się.

A Nagaicho ruszył z powrotem na północ razem ze swoim psem.

OGON

W innych częściach Kalifornii istnieje wersja, według której bóg Nagaicho stworzył świat ze zwłok wielkiego smoka! I dopiero wtedy – gdy ukończył swe dzieło – wybrał się na spacer ze swoim psem, przyglądając się z bliska wszystkim nowym stworzeniom. (Ale także w tej wersji Nagaicho miał psa „od zawsze”!)

Również na Filipinach pies pojawił się na świecie wyjątkowo wcześnie w procesie tworzenia – w każdym razie istniał przed górami i dolinami! Na wyspie Luzon popularnością cieszy się mit mówiący o tym, że bóg nieba Kabigat zszedł pewnego razu na ziemię ze swoimi psami, by wybrać się na polowanie. W tamtych czasach ziemia była zupełnie płaska i podekscytowane psy biegały wszędzie w poszukiwaniu zdobyczy. Ale Kabigat nie słyszał ich szczekania. „Świat jest zbyt płaski, by można było usłyszeć echo psiego ujadania”, powiedział sam do siebie i od razu zabrał się za tworzenie gór, pagórków i dolin, które dawałyby prawdziwe echo. Krótko mówiąc: potężne góry powstały przede wszystkim po to, by można było usłyszeć szczekanie psów!

.

A zatem Bóg zawsze miał psa. Ale jak psy trafiły do ludzi? Oto jedna z wielu wersji zaczerpnięta z pracy Morrisa Oplera Mity i opowieści Apaczów Jicarilla („Memoirs American Folklore Society”, t. 31, New York 1938). Jicarilla to jeden z sześciu szczepów plemienia Apaczów zamieszkujących południowo-zachodnie tereny USA. W ich mitach o stworzeniu wszystko zaczęło się w podziemnym świecie, gdzie żyły istoty nadprzyrodzone zwane Hactcinami. To one stworzyły niebo i ziemię. Najpotężniejszym z nich był Czarny Hactcin, który zaczął kreować poszczególne formy życia. Dwunogie istoty jeszcze wtedy nie istniały, ale właśnie powstawał pies...

Towarzysz psa

Apacze Jicarilla (Ameryka Północna)

Czarny Hactcin zabrał słońcu trochę złotego blasku i namalował żółte pola na oczach psa, potem zabrał porannemu niebu trochę światła i na każdej psiej łapie namalował białą plamę. To były znaki mówiące o tym, że pies będzie zawsze strzegł i bronił ludzi na świecie [chociaż w tamtym momencie ludzie jeszcze nie istnieli!].

Gdy Czarny Hactcin ukończył swe dzieło, spytał psa, czym chciałby się zająć, i pies odrzekł:

– Och, Najlepszy Ojcze, czy mógłbyś stworzyć dla mnie towarzysza życia?

Wówczas Czarny Hactcin położył się na ziemi i wyciągnął ręce w bok.

– Obrysuj mnie swoją łapą – powiedział.

Pies obrysował Stwórcę, a wtedy Czarny Hactcin wstał i przyjrzał się swojej sylwetce.

– Odejdź trochę i nie odwracaj się – polecił psu.

Pies zrobił kilka kroków, ale nie mógł się powstrzymać, by nie spojrzeć za siebie.

– Och, ktoś leży na twoim miejscu, Najlepszy Ojcze! – zawołał.

– Odsuń się trochę dalej i nie podglądaj – powiedział Czarny Hactcin do psa.

Pies odszedł kawałek, ale znowu nie wytrzymał i odwrócił się.

– Teraz ktoś tam siedzi, Najlepszy Ojcze!

– Nie patrz. I odejdź jeszcze dalej – rozkazał Czarny Hactcin.

Pies posłuchał. W końcu Stwórca przywołał go do siebie.

– Teraz możesz patrzeć!

– Och, Najlepszy Ojcze! – zawołał pies. – On się rusza!

Apacz ze szczepu Jicarilla

Stali obok siebie i przyglądali się uważnie mężczyźnie leżącemu na ziemi.

– Nie najgorszy – ocenił Czarny Hactcin.

– Jest fantastyczny! – zachwycał się pies.

Czarny Hactcin stanął za mężczyzną i pomógł mu wstać.

– Przesuń stopę do przodu – powiedział. – A teraz idź!

Mężczyzna poszedł.

– Teraz możesz biec – rzekł Stwórca.

Chwycił mężczyznę i pokazał mu, jak się biegnie. I mężczyzna pobiegł.

– Mów – rozkazał człowiekowi Czarny Hactcin. Ale mężczyzna milczał. Trzy razy Stwórca powtórzył polecenie. – Powiedz coś – namawiał go. I w końcu mężczyzna powiedział kilka słów.

– Teraz krzyknij – rzekł Czarny Hactcin. Wydał z siebie potężny ryk, żeby pokazać, co ma na myśli. I mężczyzna również ryknął.

– Czy mam zrobić coś jeszcze? – spytał mężczyzna.

Czarny Hactcin zastanowił się.

– Śmiej się – powiedział po namyśle. – Śmiej się, śmiej się, śmiej się!

Gdy Stwórca wypowiedział „śmiej się” po raz czwarty, mężczyzna zaczął się śmiać.

Pies bardzo ucieszył się z tego, że mężczyzna się roześmiał. Skoczył na niego, zaczął biegać dookoła, a potem znowu na niego skoczył. I robił tak jeszcze przez chwilę, dokładnie tak, jak robią to dzisiaj psy, kiedy chcą pokazać, że przepełnia je radość i miłość.

Mężczyzna nie przestawał się śmiać.

– Teraz jesteś w stanie żyć – powiedział Stwórca.

I tak oto pies i mężczyzna wyruszyli razem w świat.

.

Inuici, rdzenne ludy zamieszkujące Grenlandię, byli zawsze uzależnieni od psów pociągowych i psich zaprzęgów. Wielki duński podróżnik, badacz Arktyki i etnograf Knud Johan Victor Rasmussen, spisał poniższy mit, przebywając na północnogrenlandzkim przylądku Kap York, a opowiedział mu go folklorysta o imieniu Arnaaluk. Korzystałem z dzieła Knuda Rasmussena Myter og Sagn fra Grønland [Mity i legendy z Grenlandii], t. 3, Gyldendalske Boghandel, København 1925.

Dawno, dawno temu,gdy pojawili się ludzie

Inuici (Grenlandia)

Nasi przodkowie często rozmawiali o tym, jak powstała Ziemia i ludzie – kiedyś, dawno, dawno temu. Nie potrafili ukrywać słów w kreskach, tak jak robił to biały człowiek, więc tylko o tym mówili. Ludzie, którzy mieszkali przed nami, opowiadali o wielu rzeczach i stąd my również o nich wiemy, ponieważ od wczesnego dzieciństwa wiele razy słyszeliśmy te same opowieści. Stare kobiety nie gadają po próżnicy i dlatego wierzymy ich słowom. Na starość się nie kłamie.

Dawno, dawno temu, gdy powstawał świat, Ziemia spadła z góry. Ziemia, góry i kamienie – wszystko spadło z nieba. Tak powstała ziemia.

Potem powstali ludzie. Powiadają, że ziemia ich ukształtowała. Małe dzieci wystrzeliły z gleby, wzeszły w zaroślach wierzb, pełne liści, i leżały tam między karłowatymi krzewami, mając zamknięte oczy, i bezradnie przebierały rączkami i nóżkami, bo nawet nie potrafiły raczkować. Jedzenie otrzymywały z ziemi.

Potem opowiadają o mężczyźnie i kobiecie – ale co dokładnie o nich wiemy? To zagadkowa sprawa... bo kiedy tych dwoje się spotkało, kiedy stali się dorośli? Nie wiem. W każdym razie kobieta szyje ubranka dla dzieci i zaczyna wędrówkę. Znajduje małe dzieci, ubiera je i zabiera ze sobą do domu.

W ten sposób ludzi przybywa.

Teraz, kiedy jest ich już dużo, pragną mieć również psy. Mężczyzna wychodzi z domu, niosąc w ręce uprząż dla psa. Tupie w ziemię i woła: „Hop – hop – hop!”. Wkrótce ze wszystkich kopczyków przybiegają psy i otrząsają się porządnie, bo wciąż są całe ubrudzone piaskiem.

I tak ludzie dostali psy.

OGON

Jeśli chcemy mieć szybkiego i silnego psa, to – przynajmniej tak radzą w północnej części Grenlandii – na szyi szczenięcia należy zawiesić kamyk, który spadł z ptasiego klifu. Spadający kamień jest szybki i silny, i właśnie takie cechy zyska noszący go pies.

Obecnie psie zaprzęgi zostały zastąpione skuterami śnieżnymi i samochodami z napędem na cztery koła, ale tam, gdzie zaprzęgi są nadal w użyciu – i śmigają na płozach z utwardzonego tworzywa sztucznego – zgodnie z przepisami ruchu drogowego mają pierwszeństwo przed samochodami!

PIES POWSTAŁ RÓWNIEŻ TAK!

Kalewala, fiński epos narodowy będący zbiorem pieśni ludowych i legend – przede wszystkim z Karelii – został opracowany i spisany przez Eliasa Lönnrota w 1849 roku. Według Kalewali ojcem psa jest lodowaty wiatr, a matką – ślepa wiedźma.

Inuici Unisak zamieszkujący okolice Cieśniny Beringa wierzą, że renifery powstały z włosów Kruka i jego żony, a psy – z paznokci ich rąk.

W starym azteckim micie o stworzeniu świata jest mowa o tym, że dwoje pierwszych ludzi uratowało się z wielkiej powodzi dzięki temu, że zamknęło się w pustym pniu drzewa i tak przetrwało burzę. Kiedy w końcu mogli zejść na ląd w nowym świecie, byli – co wydaje się oczywiste – bardzo głodni. Wokół nich leżało dużo martwych ryb, które upiekli i zjedli. Ale podczas pieczenia powstało mnóstwo dymu, który wzniósł się do nieba, co zirytowało bogów. Dlatego Tezcatlipoca, jeden z bogów-stwórców, zszedł na ziemię, żeby sprawdzić, co się dzieje. Na widok dwojga ludzi piekących ryby niebywale się rozzłościł i spuścił im lanie. Bił ich tak, że ludzie upadli i zaczęli chodzić na czworakach – zamienili się w psy.

W innym azteckim micie Xolotl, boski pies, towarzysz Słońca, został wysłany do podziemnego świata zmarłych po kości przodków (istot z innych czasów), z których miała powstać pierwsza para ludzi. Xolotl wyruszył w podróż, wykopał kości umarłych, chwycił je pyskiem i już miał zawrócić, gdy nagle zjawił się potężny bóg śmierci, Mictlantecuhtli. Był wściekły! Xololt uciekł przerażony, ale potknął się i wypuścił kości z pyska. Kości upadły na skałę i roztrzaskały się na drobne kawałki, z których powstały wszystkie plemiona i rasy ludzkie.

Xolotl

Według mitu o stworzeniu świata indiańskiego plemienia Mbaya, zamieszkującego Gran Chaco na obu brzegach rzeki Paragwaj, na początku wszyscy ludzie mieszkali pod ziemią. Ale pewnego dnia pies szedł z nosem przy ziemi, węsząc, i nagle poczuł zapach ludzi. Wykopał ich i od tej pory słońce świeci nam w twarz...

Na wyspie Nowa Irlandia będącej prowincją Papui-Nowej Gwinei panuje przekonanie, że początkowo psy były karłami, silnymi i aktywnymi, których ludzie okropnie się bali. Karły chodziły wyprostowane, potrafiły bardzo szybko biegać, a kiedy kogoś ścigały, zawsze go doganiały i zabijały. Któryś z mieszkańców wyspy wpadł na pomysł, żeby upiec nasiona chlebowca i wyłożyć je na ścieżkach najczęściej uczęszczanych przez karły, tak aby poparzyły sobie stopy i upadły na dłonie. I tak też się stało! Karły nie były już w stanie chodzić na dwóch nogach i w ten sposób powstały psy.

Indianin z plemienia Odżibwejów

.

Plemię w Kanadzie nazywane Odżibwejami, a w USA Czipewejami, zamieszkuje tereny położone na północ od i wzdłuż brzegów Jeziora Górnego. Na początku XVII wieku, gdy po raz pierwszy spotkali białego człowieka, Odżibwejowie byli prawdopodobnie najliczniejszym odrębnym ludem na północ od Meksyku. Są znani ze swoich szybkich kanoe z kory brzozowej i pisma zapisywanego na zwojach kory brzozowej (wiigwaasabak), na których za pomocą słów i rysunków dokumentowali swoją historię, pieśni, sporządzali mapy oraz spisywali wiedzę matematyczną. Historia mówiąca o tym, jak Indianie otrzymali psy, pochodzi ze strony internetowej Native Languages of the Americas, gdzie trafiła z książki Jamesa Cliftona, autora People of the Three Fires: The Ottawa, Potawotami and Ojibway of Michigan [Ludzie trzech ognisk. Ottawowie, Pottawatomie i Odżibwejowie z Michigan], Gritc Pub, 1986.

Jak Indianie otrzymali psy

Odżibwejowie (Ameryka Północna)

Gwałtowna burza sprawiła, że kanoe dwóch Indian z plemienia Odżibwejów odpłynęło daleko od brzegu. Mężczyźni byli głodni i wyczerpani. Nie mieli sił wiosłować, więc płynęli z wiatrem.

W końcu ich kanoe zostało wyrzucone na brzeg. Ucieszyli się, ale ich radość nie trwała długo, bo kiedy szukali tropów zwierząt, ujrzeli ogromne ślady stóp i zrozumieli, że w pobliżu musi znajdować się olbrzym. Przerażeni ukryli się w zaroślach. Właśnie kucali, drżąc ze strachu, gdy tuż obok nich wbiła się w ziemię wielka strzała. Olbrzym podszedł do nich. U jego pasa zwisał renifer, ale mężczyzna był tak potężny, że zwierzę przypominało raczej zająca. Olbrzym oznajmił, że nie ma w zwyczaju krzywdzić ludzi, wręcz przeciwnie: lubi przyjaźnić się z małymi ludźmi, którzy w jego oczach wydają się zupełnie bezradni. Zaprosił Indian do swojego domu, a ponieważ nie mieli jedzenia, a ich broń wypadła za burtę podczas burzy, przystali na to i poszli z olbrzymem.

Zły duch windigo (potwór ludożerca) przyszedł do domu olbrzyma i zdradził Indianom w wielkim zaufaniu, że ich gospodarz uwięził i ukrył w lesie wielu mężczyzn, by później móc ich zjeść. Windigo udawał, że jest przyjacielsko nastawiony, a tymczasem to on był ludożercą. I bardzo się rozzłościł, gdy olbrzym odmówił mu wydania Indian. W końcu olbrzymowi również puściły nerwy. Chwycił kij i za jego pomocą odwrócił wielką misę, która stała do góry dnem. Ukazało się dziwne zwierzę, którego Indianie nigdy wcześniej nie widzieli. Leżało na podłodze i spoglądało na nich. Z wyglądu przypominało wilka, ale olbrzym nazywał je „Psem”. Zwrócił się do zwierzęcia i rozkazał mu zabić złego ducha windigo. Pies natychmiast podniósł się, otrząsnął – i zaczął rosnąć i rosnąć. Im dłużej się otrząsał, tym większy i groźniejszy się stawał. Jednym susem doskoczył do windiga i zabił go. Potem zaczął się zmniejszać, a kiedy był już całkiem mały, znowu wpełzł pod miskę.

Olbrzym widział, że Indianie są zaskoczeni i zafascynowani zwierzęciem. Obiecał, że podaruje im Psa, chociaż był to jego pupil. Powiedział też, że nakaże Psu, żeby odprowadził ich bezpiecznie do domu.

Nie rozumieli, w jaki sposób ma się to odbyć, chociaż przekonali się już, że olbrzym posiada magiczne moce. Mimo wszystko podziękowali mu za hojny dar.

Dobry olbrzym zaprowadził mężczyzn na brzeg. Tam wydał Psu polecenie. I natychmiast zwierzę zaczęło rosnąć, aż stało się prawie tak duże jak koń.

Olbrzym posadził Indian na grzbiecie Psa i nakazał im mocno się go trzymać.

Wtedy Pies rzucił się w morze, wciąż nie przestając rosnąć, a gdy woda była dostatecznie głęboka, zaczął płynąć.

Po długiej chwili Odżibwejowie ujrzeli zarys znajomego wybrzeża i Pies obrał kurs na ląd. Im było bliżej brzegu, tym stawał się mniejszy, tak że ostatni kawałek Indianie musieli przepłynąć o własnych siłach.

Pies przyprowadził ich niemal pod same wigwamy, a potem zniknął w lesie. Kiedy mężczyźni opowiedzieli swoim współplemieńcom o tym, czego doświadczyli, ci uznali, że tamci tylko się przechwalają i robią sobie z nich żarty. „Pokażcie nam to małe magiczne zwierzę, wtedy wam uwierzymy”, powiedział wódz.

Minęło kilka miesięcy, aż pewnego ranka, kiedy wszyscy jeszcze spali, Pies wrócił do dwóch Indian. Pozwolił im się pogłaskać i jadł im z ręki.

Pozostali członkowie plemienia aż zaniemówili z wrażenia, ujrzawszy to dziwne stworzenie.

Zwierzę zostało w wiosce.

I właśnie tak było, kiedy zjawił się pierwszy pies.

OGON

Najstarsza ze wszystkich współczesnych ras psów najprawdopodobniej pochodzi z czasów przedsemickich Sumerów, którzy pod koniec IV tysiąclecia p.n.e. stworzyli wysoko rozwiniętą cywilizację (trwającą do ok. 1800 roku p.n.e., gdy Sumerowie zostali podbici przed Amorytów) w południowej Mezopotamii, w dorzeczu rzek Eufratu i Tygrysu, tam, gdzie leży Ur, chaldejskie, biblijne miasto patriarchy Abrahama. Podczas wykopalisk prowadzonych w starożytnych miastach takich jak Ugarit i Ur odnaleziono gliniane tablice z wyrytym imieniem Ku Assa. W sumeryjskim piśmie klinowym znaczy to mniej więcej „pies od koni” albo „pies pilnujący stada koni”. Z czasem Sumerowie udali się w długą podróż na północ i zachód, prawdopodobnie przepędzeni przez wrogów przybyłych ze wschodu. Taki jest początek (a przynajmniej jeden z początków) plemion, które wiele, wiele lat później (po opuszczeniu tymczasowych siedlisk w dorzeczu Wołgi) przekroczyły Karpaty i przybyły do krainy rozległych równin, którą dzisiaj nazywamy Węgrami[2] – prawdziwego raju dla koniarzy! I oczywiście plemiona te przyprowadziły ze sobą swoje piękne białe psy...

Mijały wieki, starożytne pisma sumeryjskie przepadły (pismo klinowe jest najstarszym pismem na świecie), ale słowa zostały zapamiętane i Ku Assa powoli przekształciło się w Kuvasz. Na Węgrzech kuvasz stał się przede wszystkim psem króla i szlachty. Podobno król Maciej Korwin (1443–1490) posiadał liczne psiarnie i swoim dworzanom oraz gościom chętnie rozdawał szczenięta. Sam nigdy nie pokazywał się bez kuvasza, a podczas posiłków – w których zawsze uczestniczyło mnóstwo psów! – pozwalał swoim gościom, aby używali ich śnieżnobiałej sierści zamiast królewskich ręczników i serwetek...

Randolph Caldecott (1883)

Czy psom zdarza się żałować, że przestały być wilkami? Niewiele o tym wiemy. Za to słynny grecki bajkopisarz Ezop (urodzony ok. 620 roku p.n.e.) opowiadał, że wilki są przeszczęśliwe, że nigdy nie zdecydowały się na ten wielki krok:

Wilk, zbliżywszy się razu jednego do psa dobrze wykarmionego, będąc sam zgłodniałym i wynędznionym, zazdrościł jego wybornéj tuszy. Przyjacielu! – odezwał się do niego – widząc cię tak tłustym i gładkim, łatwo wnosić można, że życie prowadzisz w rozkoszy i obfitości. Nie wątp o tém bynajmniej, odpowiedział brysio. W istocie, mój bracie wilku, kiedy pomyślę sobie o tém, że ty sypiasz w lesie i zawsze prawie pod gołém niebem, że pospolicie umierasz z głodu nienawidzony od wszystkich i prześladowany, nie mogę pojąć, jak ty znieść możesz życie tak przykre. Co do mnie, wcale inaczéj się mam; dobrze sypiam, dobrze jadam, pan mój okrywa mię tysiącznemi pieszczoty, przeto łatwo pojąć możesz, że jestem szczęśliwy. Wierzaj mi, uczyń ty tak jak ja, rób to co ja, a podobny los memu mieć możesz. A cóż ja będę musiał robić, przystawszy do człeka? – zapytało się zgłodniałe wilczysko. Nic prawie – odpowiedział pies – odganiać złodziei, a niekiedy pochlebiać panu, zresztą będziesz jadł, pił i spał. Przyjacielu! – rzekł wilk przejęty radością – kiedy tylko o to chodzi, tedy nic łatwiejszego do wykonania. To rzekłszy, udał się z nim w drogę do folwarku. Idąc atoli obok psa, postrzegł, że ten miał szyję trochę obchemłaną, i zapytał go o przyczynę tego. Ej, to nic – odpowiedział pies – to musi być od obroży, na któréj mię przywięzują. – Przywięzują! – zawołał wilk. – To ty nie jesteś wolny? – Nie zawsze. – Kiedy tak, bywaj zdrów. Lepiéj mieć mniéj bytu, a więcej wolności.

Zależeć od woli uciemiężającego pana, twardy jest to los dla człowieka, chociażby do sytości był karmiony, gdyż bez wolności, wszystkie rozkosze są prawie niczém.[3]

Morał: lepiej głodować na wolności niż być tłustym niewolnikiem.

PSY BOGÓW

Jeśli w niebie nie ma psów,

to po śmierci chcę trafić tam, gdzie one.

Will Rogers

.

Sedna namalowana przez Anthony’ego Galbraitha

.

Końcówka miut znaczy „lud z” i jest chętnie używana w odniesieniu do grupy Inuitów żyjących na niewielkim, ograniczonym obszarze. Kugmiut zatem to Inuici, którzy mieszkają wzdłuż rzeki Kuk w północnej Alasce. To, że kluczową rolę w stworzeniu wszystkich żyjących istot na świecie odegrała kobieta (Sedna), jest szeroko rozpowszechnionym mitem na zimnej Północy. Jak powstał świat – o tym wiemy znacznie mniej. Wiadomo tylko tyle, że stworzył go Anguta (lub Anigut) i że stworzył go z nicości. Sedna (Oqomiut Creation) pochodzi z opracowanego przez Margaret i Davida Leemingów zbioru A Dictionary of Creation Myths [Słownik mitów o stworzeniu świata], Oxford University Press, New York – Oxford 1994.

Sedna

Kugmiut (Ameryka Północna)

Anguta (stwórca świata) mieszkał razem ze swoją córką, piękną i pełną wdzięku Sedną. Pewnego słonecznego wiosennego dnia nadleciał duży morski ptak, petrel, i poprosił ją, żeby wyruszyła z nim w podróż do jego domu, który znajdował się na drugim brzegu morza. I Sedna zgodziła się. Ale gdy przybyli na miejsce, przeraziła się na widok jego brudnego namiotu i tego, jak mało zgromadził w nim jedzenia. Zrozpaczona Sedna wołała ojca o pomoc i kiedy minął rok, Anguta w końcu przybył córce na ratunek – razem z ciepłym wiatrem, który rozbił lód na kawałki. Anguta zabił petrela, zabrał córkę do łodzi i wyruszył w podróż powrotną.

Gdy pozostałe petrele znalazły ciało swojego wodza, zaczęły go opłakiwać – i robią to po dziś dzień swoimi smutnymi wrzaskami – ale jednocześnie ogarnęła je wściekłość. Oślepione nienawiścią szukały zabójcy, a gdy znalazły jego łódź, sprawiły, że rozpętała się gwałtowna burza. By ratować własną skórę i odciążyć łódź, Anguta wyrzucił córkę do morza, a gdy ta próbowała przytrzymać się burty, odciął jej koniuszki palców, które wpadły do wody i zamieniły się w wieloryby, foki, morsy, ryby i pozostałe morskie stworzenia. Wyczerpana Sedna puściła się burty i opadła na dno – i w tej samej chwili burza ucichła. Ale bogini wcale nie umarła. W niepojęty sposób udało jej się dopłynąć do łodzi i wdrapać na pokład.

Po tym wydarzeniu Sedna postanowiła, że zemści się na ojcu. Pewnej nocy, gdy Anguta spał, pozwoliła swoim psom, żeby odgryzły mu dłonie i stopy. Gdy Anguta obudził się, zaczął przeklinać wszystko i wszystkich, a wtedy rozstąpiła się ziemia i pochłonęła Angutę, Sednę i jej psy. To właśnie wtedy – tuż przed zniknięciem w otchłani – bogini morza stworzyła wszystkie zwierzęta z rodziny jeleniowatych...

Od tej pory Anguta, Sedna i jej psy żyją w Adlivun, podziemnej krainie, którą rządzi Sedna. Anguta wciąż utyka, pozbawiony stóp. Po śmierci ludzie trafiają do domu Sedny w Adlivun. Ci, którzy byli za życia źli, muszą spać obok Anguty, który ich szczypie.

W Piśmie Świętym prawie nigdy nie wspomina się o psach (a jeśli już, to w niezbyt korzystnym kontekście), ale sztuka nie zna żadnych ograniczeń. Na tym obrazie Guido da Siena (ok. 1275–1280) zaskakuje nas, pozwalając małemu psu być obecnym podczas narodzin Jezusa

.

Ten afrykański mit pochodzi z książki Marii Leach God Had a Dog [Bóg miał psa], Rutgers University Press, New Brunswick 1961, która z kolei zaczerpnęła go z monografii D. Biebuycka De hond bij de Nyanga [Pies ludu Nyaga], Brussel 1956.

Pies, który podarował ogień

Lud Nyanga (Kongo)

Dawno, dawno temu mężczyzna o imieniu Nkhángo wyruszył na poszukiwanie miodu. Kręcił się po omacku w głębi lasu, aż w końcu trafił przed dom Nyamurairiego (najwyższego z bóstw według mitologii plemienia Nyanga). Wszedł do środka, gdzie spotkał psa Rúkubę. Stary Nyamurairi robił coś za domem.

Nkhángo siedział przez chwilę przy ogniu i grzał się, myśląc o tym, że w jego rodzinnej wiosce nie mają czegoś takiego. Dlatego zwrócił się do Rúkuby z propozycją:

– Drogi przyjacielu – powiedział – jeśli dasz mi trochę ognia i pójdziesz ze mną do domu, zaopiekuję się tobą po wieczne czasy.

– Przyjaźń to dobra rzecz – odparł Rúkuba. Wyjął z ogniska płonącą szczapę drewna i podał ją Nkhángo. – Odejdź stąd jak najszybciej, zanim wróci Pan Ognia.

Nkhángo wybiegł pospiesznie z domu Nyamurairiego, wrócił do wioski i zaniósł płonące polano wodzowi, Iterere. Wódz zobaczył, że od ognia rozchodzi się przyjemne ciepło.

– To dobra rzecz – stwierdził. – Bardzo dobra.

W tym samym czasie do domu w lesie wrócił stary Nyamurairi.

– Hej, Rúkuba – zawołał do psa. – Gdzie się podział cały ogień?

– Musiałem zapaść w sen – odparł Rúkuba.

– Kłamiesz! – krzyknął rozzłoszczony bóg. – Oddałeś mój ogień!

Kipiąc z wściekłości, wyrzucił Rúkubę z domu. By uniknąć kary, pies pobiegł w las, aż dotarł do domu Nkhángo.

Mężczyzna zaprosił Rúkubę do środka i nakarmił go.

Pewnego dnia razem wyruszyli do lasu w poszukiwaniu miodu.

Nagle usłyszeli dzika hałasującego w pobliskich zaroślach i Rúkuba natychmiast rzucił się w pościg za nim. Mężczyzna pobiegł za psem. I gdy Rúkuba dogonił dzika, nadszedł Nkhángo i zabił go dzidą.

– Jesteś naprawdę niezły! – pochwalił go Nkhángo. – Widzę, że znasz się na rzeczy.

– Ty też jesteś niezły – odparł pies. – I dlatego chętnie ci pomogę!

Gdy pomogli sobie nawzajem z dzikiem, Nkhángo rzekł:

– Nie musisz dźwigać.

(I dlatego kiedy psy dziś polują, nie muszą nosić zdobyczy).

W drodze powrotnej do wioski Rúkuba powiedział do człowieka:

– Jest jeszcze coś... Teraz muszę odnaleźć dla ciebie magiczny kawałek drewna, do którego włożymy małą kość i przykryjemy ją skórą antylopy. Będę to nosił na szyi, kiedy wyruszymy do lasu, bo jestem szybki, a ty łatwo pozostajesz w tyle. Ale gdy usłyszysz dzwonek, będziesz zawsze wiedział, gdzie skaczę i biegam!

(I tak powstał drewniany psi dzwonek – charakterystyczny instrument nieodłącznie związany z kulturą łowiecką ludu Nyanga i chętnie wykorzystywany przez większość plemion Afryki Środkowej).

Nkhángo był pełen podziwu dla mądrości i sprytu Rúkuby i nie przestawał wychwalać go przed wodzem. W końcu Iterere zapragnął uczynić z Rúkuby posłańca i wykorzystywać go, kiedy tylko plemię będzie tego potrzebowało. Ale pies nie miał najmniejszej ochoty być niczyim posłańcem. Leżał obok ogniska i rozmyślał. Mam pełne prawo tak leżeć i wypoczywać, pomyślał, bo przecież to mnie zawdzięczają ogień. A potem przyszło mu do głowy, że ponieważ potrafi mówić, ludzie bezustannie będą wysyłali go z wiadomościami to tu, to tam. Ale gdyby nie potrafił mówić, nie mógłby być niczyim posłańcem. Dlatego postanowił, że nie wypowie już ani jednego słowa. I od tamtego dnia – aż do naszych czasów – pies ludu Nyanga nigdy nie zaszczekał.

OGON

Rúkuba to basenji – starożytna środkowoafrykańska rasa psów znanych z tego, że „nie potrafią szczekać”. Ale to nie do końca prawda. Wręcz przeciwnie: basenji wcale nie są nieme. Wydają ciche odgłosy, które kynolodzy nazywają jodłowaniem! I dlatego są czasem nazywane „kocimi psami”. Basenji to także „pies skaczący”, ponieważ ze względu na swój niski wzrost musi skakać, kiedy chce dostrzec coś ponad wysoką trawą. Rasa prawdopodobnie ma ponad cztery tysiące lat i wywodzi się ze starożytnego Egiptu, a dokładniej znad Nilu.

Rozumiemy Rúkubę i jego strach przed odgrywaniem roli posłańca. A było częstą praktyką – zwłaszcza wśród bogów – by powierzać psom to zadanie. Według mitologii Koriaków, ludu zamieszkującego wschodnią Syberię, stwórca Eme’mqut i jego żona Miti stworzyli dwa psy: on ze swojego penisa, ona ze swojej pochwy, a następnie obdarzyli je mową, tak by podczas rozłąki oboje mogli kontaktować się ze sobą, wysyłając psy z wiadomościami.

Na Polinezji żyje pies o imieniu Sau Kompul. Jego zadaniem jest kręcenie się wśród ludzi i szpiegowanie ich, a następnie uprzejme donoszenie bogom, jeśli ktoś złamie tabu albo dopuści się innej zakazanej czynności.

Hinduistyczny bóg Indra wykorzystywał sukę Saramã jako posłańca. Saramã urodziła dwa słynne szczenięta: Syamę i Sabalę. Każde z nich ma czworo oczu i z czasem stały się wiernymi psami boga śmierci Jamy. Biegają między światem żywych i królestwem umarłych, przekazując wiadomości.

.

Nazwa plemienia pochodzi od słowa migmak albo nigmak i prawdopodobnie znaczy „sprzymierzeniec”. Jednak tę nazwę nadali im inni. Oni sami nazywają siebie elnu (ludzie). Byli myśliwymi (bobry, jelenie, łosie), a ich pierwotne siedliska to Nowa Fundlandia, Nowa Szkocja, Cape Breton i północny Nowy Brunszwik. Mikmakowie mogli być pierwszymi Indianami na północ od Karaibów, którzy zetknęli się z Europejczykami. W wojnie dwóch kolonialnych mocarstw, Anglii i Francji, Mikmakowie zdecydowali się walczyć po stronie Francuzów. Gluskap nie jest tradycyjnie rozumianym bogiem, to raczej dostarczyciel zdobyczy kultury i heros na wzór greckiego Heraklesa (rzymskiego Herkulesa) i celtyckiego Cuchulainna i odzwierciedla wartości i wybory obowiązujące w tej kulturze, która podarowała mu fikcyjne życie. Opowiadanie o Gluskapie zostało zaczerpnięte z pracy Claude’a Mélançona Indian Legends of Canada [Legendy Indian kanadyjskich], Gage Publishing, Toronto 1974. (Oczywiście moglibyśmy zadowolić się fragmentem, ale ta historia jest tak zabawna i ciekawa, że po prostu musieliśmy przedstawić ją w całości!)

Gluskap

Mikmakowie (Ameryka Północna)

Świat ludzi byłby lepszy, gdyby Gluskap został z nami. Gluskap kochał nas, ludzi, i zawsze dobrze nam życzył. Nauczył nas łowić ryby i polować, nauczył nas nazw wszystkich gwiazdozbiorów i jak prawidłowo suszyć ryby. Nieustannie strzegł nas przed złymi duchami. Za każdym razem, gdy boo-owin straszył, że zrobi komuś krzywdę, Gluskap widział to w misce z kory, z której jadał. Natychmiast rzucał się na złego ducha razem ze swoimi dwoma psami, z których jeden był czerwono-biały, a drugi biało-czerwony. Oba były wielkości myszy, ale kiedy Gluskap głaskał je z włosem, zamieniały się w olbrzymie psiska. Po skończonej pracy Gluskap głaskał je pod włos i wtedy stawały się tak małe, że mógł je trzymać przy swoim pasku.

Gluskap uwielbiał występować w ludzkiej postaci i podobnie jak Indianie z plemienia Mikmaków, mieszkał w szałasie z kory brzozowej. Stara żona o imieniu Noogo-meedge („ta, która daje jeść”) gotowała mu i smażyła. Gluskap miał również sługę, który nazywał się Abeesdamoodge. Gluskap był gościnny, dlatego odwiedzało go wielu ludzi, ale bez względu na to, jak dużo ich przyszło, był równie serdeczny dla wszystkich. Miał swoje bobrowe jeziorka Minas Basin, a wokół jego szałasu zawsze kręciły się liczne stada łosi. Gluskap nigdy nie zabijał zwierząt, a mimo to żaden z jego gości nie bywał głodny. Kiedy ktoś przychodził na obiad, Noogo-meedge ucierała kość bobrową nad kociołkiem, który po chwili napełniał się mięciutkim mięsem. Jedzenie podawano w miseczkach z kory brzozowej, nie większych niż łupina orzecha, a mimo to nikomu nie udało się opróżnić całej miski.

Często zjawiali się podróżnicy, którzy chcieli pożyczyć od niego kanoe. Wtedy Gluskap wskazywał im szkier, na którym rosła wysoka sosna, i mówił, że mogą korzystać ze szkieru do woli, byleby pamiętali, żeby potem odłożyć go przed jego szałasem. Kiedy tylko podróżnicy wdrapali się na szkier, sosna stawała się żaglem, a podróżni mknęli szybciej od strzały wylatującej z łuku.

Gluskap także lubił podróżować. Często ludzie żyjący daleko liczyli na jego pomocną dłoń. Kiedy ktoś potrzebował pomocy, mógł go wezwać, naśladując krzyk nura. Wówczas przybywał natychmiast, żeby sprawdzić, co się stało. Ale trzeba było mówić prawdę i tylko prawdę, bo Gluskap nie lubił ludzi, którzy kłamią – a każda miska z kory brzozowej, do której zwracał się z pytaniem, od razu zdradzała mu, czy usłyszał szczerą prawdę.

Gluskap osobliwie reagował, kiedy proszono go o nierozsądne rzeczy. Kiedyś zwrócił się do niego Mikmak, który zapragnął żyć dłużej niż inni. Wówczas Gluskap przemienił go w powykręcany cedr i zasadził między dwoma otoczakami.

Za każdym razem, kiedy Gluskap rozmawiał z ludźmi, radził im, by żyli w zgodzie z innymi. Brzydził się wszelką przemocą i zagroził, że wróci do dalekiego kraju, skąd pochodził, jeśli Mikmakowie nie przestaną wkraczać na wojenną ścieżkę.

Na początku Indianie bali się, że Gluskap spełni swoją groźbę, więc bardzo się pilnowali, żeby nie odczytał źle niczego, co robili. Ale kiedyś pewien Irokez porwał kobietę z plemienia Mikmaków, więc zemsta stała się absolutną koniecznością. Innym razem jednemu z plemion brakowało dzikiego zwierza i dlatego wtargnęli na cudze tereny łowieckie. Doszło do krwawej bitwy, która pochłonęła wiele istnień po obu stronach. Ale kiedy działo się to wszystko, Gluskap podróżował do odległych krain, więc może nigdy się o tym nie dowiedział? W każdym razie... gdy wrócił, zadowolił się powtarzaniem swoich dobrych rad o tym, jak ważne jest, by zachować spokój – i ludzie doszli do wniosku, że jednak mogą ze sobą walczyć, bo on ich mimo wszystko nie opuści.

Ale tak często wykopywali topór wojenny, że Gluskap w końcu się o tym dowiedział i wpadł w straszną złość. Rzucił swoim kotłem w Minas Basin, gdzie do dzisiaj można go oglądać (Spencer’s Island), wdrapał się na Cape Blomidon i przywołał potężnego wieloryba, który właśnie się tam pojawił. Wieloryb natychmiast podpłynął do przylądka i kiedy Gluskap usiadł mu na grzbiecie, spytał:

– Dokąd chcesz wyruszyć, mój synu?