Hate to love you - Tijan - ebook
lub
Opis

Nie znosiła facetów takich jak on i miała zamiar pokazać mu, gdzie jego miejsce

Kennedy Clarke ma za sobą koszmarny okres w liceum i studia traktuje jako nowy start w życiu. Chce zostawić za sobą licealne dramaty, zazdrosne koleżanki, namolnych chłopaków i w końcu odetchnąć. Żeby ten plan mógł się spełnić, Kennedy postanawia za wszelką cenę trzymać się z dala od seksownych facetów i jakiegokolwiek zwracania na siebie uwagi na kampusie. Przejdzie przez studia gładko, pozostając na uboczu studenckiego życia. Taki był plan, a rzeczywistość?

Dziewczyna nie przewidziała, że na jej drodze stanie seksowny Shay Coleman. Dokładnie taki typ faceta, jakiego miała unikać. Postanawia, że zrobi wszystko, żeby nie mieli ze sobą nic wspólnego. Jednak okazuje się, że nie będzie to takie proste.

Gorący kapitan drużyny futbolowej i dziewczyna, która chce pozostać w cieniu

__

O autorce:

Tijan swoją karierę z pisarstwem rozpoczęła stosunkowo późno. Jednak nie przeszkadza jej to tworzyć powieści, które kochają czytelniczki na całym świecie. Jest bestsellerową autorką „New York Timesa”, „USA Today” i „Wall Street Journal”. Pisze przede wszystkim romanse, zarówno serie, jak i standalone’y. Prywatnie jest właścicielką cocker spaniela, którego kocha ponad wszystko, partnerką mężczyzny, od którego jest absolutnie uzależniona i pióroholiczką – ma niepohamowany apetyt na pisarstwo! Doskonale się składa, bo jej książki to must-read.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 421

Popularność


Shay Coleman podkopał moje marzenie o zrobieniu kursu przygotowującego do studiów prawniczych.

No dobra, niezupełnie. Przesadziłam, niemniej naprawdę marzyłam o tym, żeby zostać prawnikiem. Uczestniczyłam w pozorowanym procesie. W pierwszym roku w roli świadka. A w drugim jako główny obrońca.

Znałam się na tym. Umiałam znaleźć luki w przepisach. Wiedziałam, kiedy mogę zgłosić sprzeciw, a kiedy nie, a także co wyimaginowana ława przysięgłych powinna usłyszeć. Dawałam z siebie wszystko. Zamierzałam zostać prawnikiem.

Do czasu, gdy weszłam na pierwsze zajęcia z nauk politycznych i wszystko zaczęło się walić. W ciągu kilku pierwszych tygodni dowiedziałam się czterech rzeczy:

Uczenie

się przepisów na pamięć to nuda. Nie no, poważnie. To

prawdziw

a

nuda. Wiedziałam już, że

to

mnie przerasta.

W

liceum nie musiałam się uczyć, za to na studiach owszem, i to jak cholera.

Musiałam się nauczyć,

jak

się uczyć.

Aroganckie

dupki na studiach to też dupki.

O tym ostatnim dowiedziałam się dzięki Shayowi Colemanowi.

– Podzielcie się na cztero-, pięcioosobowe grupy. – Profesor uniósł arkusz ćwiczeń. – Przejrzyjcie te punkty do omówienia, a potem jedna z osób wystąpi w imieniu grupy. Zaczynamy.

Rozejrzałam się po sali ze swojego miejsca w przedostatnim rzędzie. Przeklęłam się za to, że nie zmusiłam Kristiny, żeby zapisała się na kurs razem ze mną. Byłam na pierwszym roku, a na zajęcia uczęszczali głównie ludzie ze starszych lat.

Przygotowałam się, by się odwrócić w jedną lub drugą stronę, ale nic z tego. Blondynka po prawej miała już swoją grupę. Zobaczyłam jej plecy. Przede mną to samo.

Wiedziałam, kto siedzi za mną, i nie chciałam tam patrzeć.

Usiedli w tym miejscu pierwszego dnia zajęć. Ja byłam wówczas w przedostatnim rzędzie i patrzyłam, jak wchodzili, jeden za drugim.

Byli duzi. Muskularni. Boscy.

Co do jednego – cała szóstka.

Jeden z nich był wysokim blondynem o szerokich barach, lodowato błękitnych oczach, wąskiej talii i kościach policzkowych, przez które dziewczyny nie miały siły wstać z krzeseł i wzdychały. Prawdziwy materiał na modela i do tego – jakie to banalne – rozgrywający w uczelnianej drużynie, rzecz jasna.

Shay Pieprzony Coleman.

Pozostali to: obrońca, skrzydłowy, biegacz, napastnik i, najchudszy z nich, kopacz. Wiedziałam to wszystko, bo mój brat Gage zmusił mnie, bym poszła z nim nie na jeden, dwa czy pięć, ale na siedem meczów, kiedy był na pierwszym roku. A potem, jakby tego było mało, w drodze do akademika odpytywał mnie z nazewnictwa.

Właśnie to lubiłam najbardziej, gdy go odwiedzałam.

Zwróćcie uwagę na nutę sarkazmu. Wróćmy do pierwszego dnia zajęć – jego pięciu kumpli zajęło cały ostatni rząd, a jedyne wolne krzesło znajdowało się tuż za mną.

Shay się zawahał. Szedł jako ostatni. Spojrzał na krzesło, a potem na mnie.

Oto, na czym polegał problem.

Byłam młoda, ale wiedziałam, że prezentuję się jak Nina Dobrev. Szczupłe ciało, długie brązowe włosy, długie nogi. Przewyższałam o kilka centymetrów przeciętne dziewczyny, więc nie rozumiałam, co tu się może podobać, ale chłopakom się to podobało, przynajmniej do czasu, kiedy się dowiadywali, że Gage i Blake Clarke to moi bracia. Wtedy następowała zmiana podejścia, ale miałam nadzieję, że na studiach będzie inaczej. Dulane to duży uniwersytet. Prywatny, niemniej na tyle duży, żebym mogła przez cztery lata nie spotkać brata na terenie kampusu.

Studiowało tu ponad czternaście tysięcy osób.

Rzadko kiedy podrywano mnie w liceum, za to wykorzystywano, żeby się jakoś dostać do moich braci: Gage’a i Blake’a. Dziewczyny mnie uwielbiały, a chłopcy albo szanowali, albo nienawidzili. Wszystko zależało od tego, co myśleli o moich braciach. W każdym razie spotykałam się tylko z tymi dwoma rodzajami reakcji. Faceci zazwyczaj okazywali mi szacunek. Tak było do czasu, gdy Gage skończył szkołę. Blake był o wiele starszy, więc wyprowadził się z domu dawno temu. Spokój zawdzięczałam Gage’owi. Kiedy rok temu przeniósł się do Dulane, wszystko się zmieniło.

Kolesie nagle przypomnieli sobie, jak wyglądam, i zapomnieli o szacunku. Podrywali mnie tak nachalnie, że dziewczyny zaczęły mnie nie lubić. Jeśli doda się ten rok do wydarzenia, do którego doszło na początku studiów… Cóż, powiem tylko, że wszystko nałożyło się na siebie i sprawiło, że z miejsca znienawidziłam gościa stojącego za mną.

Zagryzł górną wargę, jakby się powstrzymywał od śmiechu. Jego oczy patrzyły na mnie kpiarsko.

Zazgrzytałam zębami.

Będę siedziała tuż przed nim. A on będzie się gapił na mój kark. Będzie mógł się wychylić do przodu, udając, że mam coś we włosach, żeby mnie dotknąć. I będzie miał przez cały czas widok na mój tyłek, bo oparcia krzeseł zasłaniają tylko górną część pleców.

Shay Coleman był nie tylko dużym facetem. Robiono wokół niego także sporo szumu. Wielbiono go ponad miarę. Dość o nim słyszałam od Gage’a, jego przyjaciół i z plotek krążących na korytarzu w akademiku, by nawet nie znając go osobiście, wiedzieć, jak bardzo go ubóstwiano. Było to dziwne, niemniej prawdziwe.

Jedni przyglądali mu się jawnie, inni dyskretniej, ale jednak. To, co by się tutaj wydarzyło, podziałałoby na plotkarzy jak woda na młyn.

Wiedziałam, że napotkałam przeszkodę, która może nadać ton całemu rokowi. Jeżeli miałam znowu zaznać takich mąk jak w liceum, on mógłby je zapoczątkować.

Zalały mnie wspomnienia z ostatniego roku w szkole średniej i nie mogłam tego znieść.

Przeszły mnie ciarki, chwyciłam plecak i przerzuciłam go na puste krzesło dwa miejsca dalej w tym samym rzędzie.

Uniósł brwi. Wtedy wszyscy, którzy patrzyli tylko na niego, spojrzeli na mnie.

Siedzący najbliżej nagle zaczęli szeptać.

Zgarnęłam książki i telefon i wstałam. Przedefilowałam tuż przed nim, a on stał, trzymając przed sobą swoje podręczniki. Zrzuciłam plecak na podłogę i usiadłam ciężko. Patrzyłam przed siebie.

Nie ruszał się. Wiedziałam, że mi się przygląda.

Zerknęłam w prawo i zobaczyłam zaskoczenie malujące się na twarzy jakiejś dziewczyny. Zagryzła wargę i spoglądała to na mnie, to na Shaya do czasu, aż poczułam, że się poruszył.

Rozluźniłam barki i usłyszałam, jak mówi:

– Linde, zamień się ze mną miejscem.

Zamknęłam oczy.

Napastnik się z nim nie sprzeczał. Zebrał swoje rzeczy i przeniósł się na miejsce za tym, które początkowo zajmowałam.

Shay Coleman usiadł za mną, a ja wstrzymałam oddech.

Próbowałam sobie tłumaczyć, że nie powinnam się nim przejmować. Wiedziałam, kim jest, ale go nie znałam. Nigdy z nim nie rozmawiałam. Nigdy mnie nie podrywał ani nie nazwał suką, bo nie miałam okazji go odtrącić. Nie spotykał się ze mną, a potem nie przespał się za moimi plecami z moją najlepszą przyjaciółką.

Nie miałam powodu, by go z góry znienawidzić, niemniej tak się stało.

Próbowałam się zmusić do tego, by oddychać spokojnie. Może niepotrzebnie poczułam się zaniepokojona? Może nikt tego nie zauważył? Pewnie wszyscy pomyśleli, że jestem dziwna, co akurat jest prawdą, ale może nie było to aż tak wyraźnie widoczne… Ale nie.

Wychylił się do przodu i muskając mój kark oddechem, szepnął:

– Szach-mat.

Usłyszałam jego aksamitny cichy śmiech.

Następnym razem usiądę w pierwszym rzędzie. Już to postanowiłam. On zostanie z kumplami z tyłu, a ja mogę się przenieść. To nie będzie takie trudne.

– Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni ze swoich miejsc – powiedział profesor – bo będziecie je zajmowali na stałe.

Wydałam z siebie nagły i niezbyt cichy jęk. To jakiś kiepski dowcip.

Podobnie jak ten pieprzony projekt grupowy.

Mogłam się odwrócić wyłącznie w stronę Shaya.

Przepełniała mnie irracjonalna nadzieja, że dołączył do grupy na prawo ode mnie. To miałoby sens. Nic z tego. Kiedy tak sobie siedziałam – jedyna osoba bez grupy, wciąż zwrócona twarzą do frontu sali – usłyszałam jego głos:

– Możesz do nas dołączyć, Clarke.

Clarke.

Zwrócił się do mnie po nazwisku, jakbyśmy się przyjaźnili.

Tylko że ja nie miałam przyjaciół w tej sali.

Zrezygnowana chwyciłam krzesło i zaczęłam się obracać. Czterech chłopaków znalazło się w innej grupie. Naszą tworzyli: Shay, Linde, dziewczyna siedząca po przekątnej względem mnie i jeszcze jedna. Obie drgnęły, słysząc moje nazwisko, i zorientowałam się, że się mną zainteresowały.

Jedna miała na sobie beżowy sweter i obcisłe dżinsy. Włosy upięła w niedbały kok i gdyby mi powiedziała, że należy do stowarzyszenia studentek, ani trochę by mnie to nie zdziwiło.

Uciekałam się do stereotypów i wcale mi się to nie podobało, ale przysięgam, że ona tak właśnie wyglądała.

Druga nie robiła aż tak wielkiego wrażenia, lecz była podobna do pierwszej. Obcisłe dżinsy i biały sweter zamiast beżowego. Rozpuszczone ciemne włosy. Obie miały naturalny makijaż, pociągnięte jasnoróżową szminką usta i cień na powiekach. Pierwsza była piękna, ale druga miała trochę zbyt szeroko rozstawione oczy, aby dało się ją zaliczyć do tej samej kategorii.

Zerknęłam ukradkiem na Lindego. Miał okrągłą twarz ze zmarszczkami od śmiechu przy ustach i oczach. W ciągu dwóch tygodni słyszałam, jak się śmiał, i wiedziałam, że te zmarszczki powstały nie bez przyczyny. Był duży, masywny jak byk i za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, miałam ochotę przytulić go jak misia.

– Skąd znasz moje nazwisko? – spytałam, nie patrząc na Shaya Colemana.

Wiedział, jak mam na imię?

– Gage kazał mi wypatrywać swojej siostrzyczki, Kennedy Clarke.

Spojrzałam na niego i odniosłam wrażenie, jakby ktoś uderzył mnie w klatkę piersiową. Boże. Ależ on był boski. I te oczy skupione na mnie. Nigdzie nie błądziły. Przypatrywał mi się badawczo. Zaschło mi w ustach.

– Kumplujesz się z moim bratem?

Kiedy to się stało? Wątpiłam, żeby tak było. Gage puszyłby się z tego powodu jak paw.

Jego oczy wciąż się śmiały. Usta też się lekko wygięły w uśmiechu.

– Byliśmy na tej samej imprezie. Rozmawialiśmy o zajęciach. Kazał mi cię wypatrywać. – Teraz na jego twarzy zagościł już pełny uśmiech. – Powiedział, że jego siostra będzie miała minę buntowniczki. Od razu wiedziałem, o kim mówił.

Podciął mi skrzydła. Gage to dupek.

Usiłowałam nie dać niczego po sobie poznać.

– Zabawne.

Błysk w oczach Shaya podpowiedział mi, że tak właśnie uważał. Widziałam to. Zachowałam się jak zołza, ale wierzcie mi, że miałam powody. Nauczyłam się, że lepiej przystąpić do ataku, zamiast czekać, aż ktoś to zrobi – w przenośni.

Linde podniósł arkusz ćwiczeń.

– Mamy rozmawiać o aborcji. – Wskazał na pozostałe dziewczyny. – Domyślam się, że jesteście zwolenniczkami wyboru?

Ta ładniejsza przewróciła oczami.

– Zamknij się, Ray. To, że mamy waginy, nie znaczy, że jesteśmy zwolenniczkami aborcji.

– Dobra, ale nie zależy wam na prawie wyboru?

Shay przysunął krzesło bliżej nas. Jego wielkie kolana musnęły moje nogi i odsunęły się, kiedy się pochylił do przodu i oparł ręce na ławce.

Ładniejsza milczała. Zacisnęła usta i skierowała wzrok na swoją koleżankę.

– Eee… – Koleżanka chrząknęła i przesunęła krzesło do przodu. Oparła łokcie na ławce. – O czym mamy dyskutować? O naszych indywidualnych opiniach?

Linde dziobnął arkusz palcem.

– Numer jeden. – Przechylił głowę, by lepiej widzieć. – Porozmawiajcie o ustawie aborcyjnej.

– To nie znaczy, że mamy omawiać nasze osobiste zdanie. – Ładniejsza wyrwała arkusz z rąk Lindego. – Aby wyrobić sobie opinię na temat aborcji, przejrzyj argumenty przedstawiane przez jej przeciwników i zwolenników. Grupa ma zaprezentować dyskusję całej klasie. – Prychnęła i pchnęła arkusz z powrotem w jego stronę. – Pieprzyć to. Niczego nie będę prezentować.

Linde popatrzył niepewnie na kartkę.

– Mogę dokonać prezentacji. – Shay wysunął się do przodu, a gdy sięgnął po arkusz, jego kolano znowu oparło się o moje. – A ty, Clarke? Jakie masz zdanie na temat aborcji?

Wzruszyłam ramionami. Nie miałam zdania.

„Dlaczego dotyka mnie kolanem?”

– Daj spokój. – Ładniejsza dziewczyna uniosła brwi, by mnie zachęcić. – Musisz mieć jakąś opinię.

– A jak brzmi twoja?

Shay zachichotał, a dziewczyna strzeliła oczami w jego stronę. Zignorował to spojrzenie i chwycił długopis, by zapisać, co powie. Mógł odsunąć nogę ode mnie, lecz tego nie zrobił. Wciąż napierał na mnie kolanem.

Również uniósł brwi.

– Hmm, Becs? Jestem gotów pisać.

– Pieprz się, Coleman. – Zarumieniła się. Szyja jej poczerwieniała, on jednak patrzył na nią spokojnie. Wreszcie na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. – Sama nie wiem. Co chcesz, żebym powiedziała?

– Co myślisz i dlaczego – wycedził Shay. Uśmieszek nie znikał z jego twarzy, a w oczach pojawił się kolejny błysk.

Policzki dziewczyny były pąsowe, gdy wpatrywała się w ławkę. Wzruszyła wąskimi ramionami, złączyła dłonie i oparła przedramiona na ławce; wyglądała, jakby chciała sięgnąć w jego stronę.

– Nie wiem. To znaczy, moja rodzina jest religijna…

– A więc jesteś przeciwna? – wpadł jej w słowo Linde.

– Tak. A ty?

Nie zwracała się jednak do Lindego. Patrzyła na Shaya. Jasne było, do kogo skierowała pytanie.

Shay uniósł długopis i uśmiechnął się szeroko.

– Jestem tylko reporterem. Wy mówicie, a ja zapisuję.

Linde zaklął, uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Daj spokój. – Becs uśmiechnęła się szerzej. – Musisz nam powiedzieć.

Chrząknął.

– A ty, Amy?

Ta bardziej przeciętna zakasłała.

– Mam na imię Aby. I nie wiem. – Dziewczyny wymieniły spojrzenia. – Chyba myślę podobnie. Mój tata jest pastorem. Tak jakby muszę być przeciwna aborcji.

Linde otworzył szeroko oczy.

– Twój tata jest pastorem?

Becs się zaśmiała i rękami wykonała gest sugerujący, żeby sobie odpuścił.

– Wyluzuj. Ma chłopaka.

Linde ściągnął brwi.

– Nie o to chodzi. Jestem tylko zaskoczony…

– Nie studiuje tutaj – wtrąciła Aby.

Becs odwróciła się w stronę kumpelki.

– Dlaczego to powiedziałaś?

Aby znowu wzruszyła ramionami i wsunęła kosmyk włosów za ucho.

– Co takiego? No, nie studiuje tutaj. Tylko w Methal. To cztery godziny jazdy stąd.

– Czy to nie jest przypadkiem chrześcijańska uczelnia?

Zerknęłam ukradkiem na Shaya. Miał poważny wyraz twarzy, czemu przeczyły jego oczy. Tak samo patrzył na mnie pierwszego dnia zajęć. Śmiał się wtedy ze mnie, a teraz nabijał się z tych wszystkich ludzi.

– Tak. – Obie dziewczyny odwróciły się w jego stronę. Aby naciągnęła rękaw i wygładziła go. – Jestem pewna, że on też jest przeciwnikiem aborcji.

Działało mi to na nerwy.

I chyba wydałam z siebie jakiś dźwięk, bo oczy wszystkich zwróciły się w moim kierunku.

– Tak? Jesteś innego zdania? – Zadając to pytanie, Shay uśmiechał się coraz szerzej.

Wyprostowałam się i wzruszyłam ramionami.

– Nie wyrobiłam sobie opinii, ale to nie ma związku z tym, kim jest mój tata, ani z tym, czy mój chłopak chodzi do chrześcijańskiej szkoły. Nie mam zdania, bo jeszcze mnie to nie spotkało. Będę się zastanawiać, jeśli mnie spotka. I wtedy wyrobię sobie opinię. I nikt bliski nie będzie mi mówił, co mam myśleć.

Linde wydął wargi i odchylił się do tyłu. Wydawało mi się, że powiedział: „O cholera”.

Becs przekrzywiła głowę w moją stronę.

– Twierdzisz, że nie mam prawdziwego zdania?

– Nie chcę być złośliwa, ale sama tak powiedziałaś. I wyraziłam swoją opinię na temat twojej wypowiedzi.

– Słucham? – Zacisnęła usta.

– Sprzeciwiasz się aborcji, bo twoja rodzina jest religijna. – Rozłożyłam ręce. – Przecież to twoje słowa. – Popatrzyłam na Aby, ale ona już wiedziała, co się wydarzy. Zaczęła się wiercić na krześle. – Ty powiedziałaś to samo. Twój tata jest pastorem i nie możesz myśleć inaczej. Nie wiem, jak jest z twoim chłopakiem, niemniej wykorzystałaś ojca jako punkt odniesienia. – Oparłam się na krześle.

Widzicie? Wciąż tliła się we mnie iskra prawnika.

Linde zaczął się śmiać.

– A ty? – zwróciłam się do niego. – Jakie ty masz zdanie, bo pan reporter powołuje się na piątą poprawkę.

– Eee… – Śmiech zamarł mu na ustach. Wodził wzrokiem po nas wszystkich. – Chyba – skubał kołnierzyk koszuli – jestem zwolennikiem wyboru. – Leciutko przekrzywił głowę w prawo, jakby chciał powiedzieć: „No, wydusiłem to”. A potem popatrzył na pozostałe dziewczyny. – Moja siostra została zgwałcona. Nie chciała mieć dziecka w wieku czternastu lat. A więc tak. – Znowu zerknął na mnie. – Opowiadam się za prawem wyboru, bo nie będę przeciwnikiem mojej siostrzyczki oraz poczucia winy i cierpienia, na które jest narażona codziennie, bo jakiś fiut wszedł w nią na siłę.

Nie spojrzałam ani na Becs, ani na Aby. Miałam wyrzuty sumienia, że naciskałam, ale profesor ogłosił koniec czasu. Musieliśmy zaprezentować rezultaty dyskusji. Gdy przyszła nasza kolej, Shay wstał i oznajmił:

– Utknęliśmy w martwym punkcie.

Profesor splótł ręce na brzuchu.

– Jest was pięcioro. Jak to możliwe?

Shay spojrzał na mnie, po czym odpowiedział:

– Dwie osoby przeciwko, dwie za wyborem. I jedna, która nie ma jeszcze zdania.

Dziewczyny mnie zaskoczyły, ale z jakiegoś powodu nie zdziwiłam się, że Shay był zwolennikiem wyboru. Zerknęłam na Lindego. Nie domyśliłabym się jego opinii, patrząc na niego.

Jakby czuł, że skupiłam uwagę na nim, spojrzał na mnie i skinął głową.

No proszę.

Gracz futbolu z drużyny Uniwersytetu Dulane obdarzył mnie czymś, czego pragnęło wielu ludzi. Gestem wyrażającym szacunek.

Posłałam mu uśmiech, a on go odwzajemnił.

Uniosłam nieco brodę.

Zawarłam pierwszą przyjaźń na kursie nauk politycznych. Moja radość była jednak krótkotrwała.

– W porządku. To była dobra dyskusja – ocenił profesor. – A teraz wymieńcie się numerami telefonów i informacjami o sobie z pozostałymi członkami grup. Przygotujecie w tych zespołach prezentację na koniec semestru. Decyduje ona w jednej trzeciej o ocenie końcowej.

Jęknęłam i opuściłam głowę na ławkę.

Dotarł do mnie śmiech Shaya. Przysunął usta do mojego ucha i szepnął:

– No popatrz. Będzie czego wypatrywać. – Poklepał mnie po plecach. – Dzięki, Clarke. Wiedziałem, że nie będę się nudził na tych zajęciach.

Nagle poczułam gorycz w ustach.

Moje obiekcje nasiliły się w dniu, w którym poznałam współlokatorkę. Znowu do głosu doszły złe wspomnienia z liceum, ale pierwsze spotkanie wypadło dobrze.

Miała na imię Missy.

I okrągłą pryszczatą twarz z szerokim czołem. Szorstkie czarne włosy sięgały jej za ramiona. Była o kilka centymetrów niższa ode mnie i cicha. Mój Boże, ależ była cicha. Ale i tak wybuchnęła śmiechem na wieść, że nigdy nie oglądałam Titanica.

Znała go na wyrywki. I – co za zaskoczenie – w jej pudełku z filmami znajdowały się same babskie tytuły.

Przejrzałyśmy moją kolekcję: filmy akcji i przygodowe.

Pokręciła nosem na Gladiatora.

Serio?

I na tym kończyły się podobieństwa – na fakcie, że obie lubiłyśmy jakieś (użycie tego słowa świadczy o mojej wspaniałomyślności) filmy.

Jej najlepsza przyjaciółka i kuzynka przyjaciółki również mieszkały w naszym akademiku. Raz wybrałam się z nimi na lody i dostrzegłam w ich spojrzeniach litość, kiedy Missy poinformowała je o braku Titanica w moim życiu. Zostałam zakwalifikowana do kategorii potrzebujących pomocy. Znaczyło to, że nie należałam do ich grupy, ponieważ jasne było, że jestem dziwna.

Rozmawiały o Dirty Dancing, Szkole uczuć, Ulotnej nadziei i wielu innych tytułach w tym stylu. Nie dopuszczały mnie do głosu. Miały swoje dowcipy, cytaty i nawet specyficzny rodzaj śmiechu.

Moją jedyną przyjaciółką była Kristina. Dar niebios, mimo że mieszkała dwa piętra niżej. Zawsze z ochotą pędziłam do niej, gdy zapraszała mnie na film.

Czasami chciałam ją spytać, czy ma superzioło*, ale się powstrzymywałam. Mogłaby nie zrozumieć dowcipu.

Widzicie, też mam poczucie humoru. Nie jesteście wyjątkiem, zarozumiała współlokatorko z przyjaciółeczkami.

Wstawiam tu cios karate.

Kristina miała twarz w kształcie serca i krótkie kasztanowe włosy. Była miła, tak naprawdę, i wspaniała. Drobny podbródek pod aksamitnymi ustami, orzechowe oczy, a do tego zaraźliwy śmiech. Gdyby przyjechała na studia, nie mając jeszcze chłopaka, dość szybko ktoś by ją złowił.

Nawet teraz, gdy wyszłam z zajęć z nauk politycznych i zauważyłam ją, jak stoi pod filarem przed stołówką, kilku kolesi się za nią oglądało. Patrzyli, odwracali się, a potem musieli spojrzeć jeszcze raz. Paru z nich zmrużyło oczy i dostrzegłszy pierścionek na palcu, odwróciło się z powrotem do kolegów.

Pokręciłam głową, kiedy stanęłam obok niej.

– Abram dał ci ten pierścionek obietnicy w przypływie geniuszu.

Oderwała wzrok od książki i ściągnęła brwi.

– Słucham?

Sięgnęłam do plecaka po legitymację. Wskazałam na jej palec.

– Gdybyś go nie miała, ciągle by cię podrywano.

– Och. – Przewróciła oczami i opuściła głowę. – Na pewno nie. Poza tym to nie jest pierścionek obietnicy. To tylko… – Bawiła się nim przez chwilę. – Sama nie wiem. Podarunek w duchu „kocham cię”.

Przytaknęłam.

– I się sprawdza. Wszyscy wiedzą, że ktoś cię kocha. – Przysunęłam pięść do ust i zakasłałam. – Czyli, że jesteś zajęta.

Zaśmiała się.

– Przestań, Kennedy.

Wtem skierowała wzrok za mnie i jej oczy zrobiły się okrągłe. Wciągnęła głośno powietrze.

Od razu wiedziałam.

Włoski na karku mi się zjeżyły, ale nie ze strachu. Z powodu innej emocji, którą zignorowałam. Zlekceważyłam rozkoszny dreszczyk, który przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa, bo to nie miało sensu. Niemniej wiedziałam, kto za mną stanął. Czułam go i z tego powodu natychmiast się zdenerwowałam.

– Clarke.

„A niech go”.

Niski aksamitny chichot. Już sam ten głos działał jak pieszczota. Byłam pewna, że kilka lasek w pobliżu miało mokro w majtkach.

Odwróciłam się. Spodziewałam się ujrzeć uśmieszek błąkający się na jego ustach, a tymczasem on miał poważną minę. Przez co jego oczy wyglądały jeszcze bardziej uwodzicielsko, jeśli to możliwe.

Wyciągnął rękę.

Spojrzałam na nią i stwierdziwszy, że jest pusta, skierowałam wzrok z powrotem na jego oczy.

– Tak?

– Daj mi swój telefon. – Nie cofnął ręki. – Nie wymieniłaś się z nikim numerem.

Cofnęłam się o krok.

– A po co?

– Nie mieszkam na terenie kampusu. Nie znajdziesz mnie w książce telefonicznej.

Miał rację.

– Znajdę cię na Facebooku albo Snapchacie.

– Nie znajdziesz. Daj mi telefon.

Poczułam, jak komórka wysuwa mi się z kieszeni. Było już za późno. Kristina ze szczwanym uśmieszkiem wklepała szybko hasło i podała mu aparat.

– Proszę. Możesz działać.

– Hej! – Próbowałam przechwycić telefon, ale Shay się odwrócił i zablokował mi pole manewru swoimi plecami. W rezultacie zatrzymałam się na nim, dusząc w sobie jęk.

Poruszał się szybko, jak lekkoatleta. Moje dłonie spoczęły na jego plecach i poczułam napięte mięśnie, które grały pod jego koszulą. Wpisywał dane, ale przerwał na chwilę i posłał mi szeroki uśmiech przez ramię.

– Możesz mnie śmiało podotykać. Nie mam nic przeciwko szybkiemu macanku.

Cofnęłam ręce jak oparzona. Przeniosłam ciężar ciała na prawą nogę, ale on nadążał za mną. Blokował mnie do czasu, aż skończył wpisywać numer, a potem oddał telefon Kristinie.

– Dziękuję za pomoc.

– Nie ma za co. – Podała mu rękę. – Kristina Collins.

Uścisnął jej dłoń.

– Shay Co…

– Coleman. – Zaśmiała się. – Wierz mi, że moja współlokatorka i przyjaciółki dobrze wiedzą, kim jesteś. – Popatrzyła na mnie. – Nie wiedziałam, że się przyjaźnicie z Kennedy. – Zabrzmiało to tak, jakbym jej zdaniem ukrywała bilety na Super Bowl.

– Och. – Shay się cofnął i znowu stanął obok mnie. Objął mnie ramieniem. Jakaś dziewczyna kilka kroków od nas aż wydała stłumiony okrzyk. Przyciągnął mnie do siebie. – Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Będziemy się często widywać. Wierz mi. – Puścił mnie, ale najpierw powiódł dłonią po moich plecach i zatrzymał ją na tyłku. Poklepał mnie, pochylił się i szepnął: – Macanko za macanko? – Dał mi klapsa i się oddalił, chichocząc pod nosem.

Zignorowałam to, ile uwagi przyciągnęliśmy.

Kristina szturchnęła mnie w ramię.

– Kennedy! Znasz Shaya Colemana.

Skrzywiłam się i odwróciłam w stronę stołówki.

– Nie. W zasadzie nie.

– Nie zachowywaliście się jak nieznajomi. Dotknął twojego tyłka.

Udało mi się nie wzdrygnąć.

– Nawet mi o tym nie przypominaj.

Przed stołówką uformowała się już kolejka. Stanęłyśmy na jej końcu.

– Nie żartuję. Rozmawiałam z nim dzisiaj po raz pierwszy. Trafiliśmy do jednej grupy na zajęciach.

– Dlaczego dał ci swój numer?

– Bo musimy przygotować razem prezentację na koniec semestru. – Dostrzegłam jej ekscytację. – W grupie. Nie tylko we dwoje.

– Mimo wszystko. – Chwyciła mnie za rękę. – Sarah, Laura i Casey padną. Zwłaszcza Casey. Pieje z zachwytu nad nim, odkąd po raz pierwszy zobaczyła go na boisku.

Nie musiała mi o tym przypominać.

Casey mieszkała w pokoju razem z Kristiną. Pozostałe dwie były jej przyjaciółkami ze szkoły. Kristina była bardziej powściągliwa, nie piła (tak dużo) i miała stałego chłopaka – one nie. Casey to kolejny przypadek it-girl. Na dodatek singielka. Po pierwszym dniu w kampusie faceci zaczęli wydzwaniać do niej o różnych porach dnia. Ona, Laura i Sarah spędzały połowę czasu w pokojach chłopaków.

W akademiku panowała zasada, że chłopcy nie mogą spać w naszych pokojach, ale z tego, co wiedziałam, Sarah i Laura złamały tę regułę już cztery razy. Casey spędzała te noce z nimi. Wiedziałam o tych czterech razach tylko dlatego, że oglądałam filmy z Kristiną, kiedy Casey wpadała do pokoju po więcej alkoholu. Zawsze się uśmiechała i zapraszała mnie na imprezę, ale ja za bardzo się bałam, że ktoś mnie przyłapie.

A przecież nie było jeszcze przerwy na odwiedziny w domu.

Ta czwórka tworzyła klikę i chociaż nie należałam do niej, spędzałam z nimi czas. Przyjaźniłam się z Kristiną. Tyle że ona traktowała przyjacielsko wszystkich. Gdyby to było liceum, zrezygnowałabym, bo Kristina miałaby oprócz mnie trzydzieści innych przyjaciółek. Miałam szczęście. Poznałyśmy się w pierwszym tygodniu studiów, kiedy jeszcze nie otaczały jej dziesiątki kumpelek. Wiedziałam, że uważała mnie za jedną z najbliższych sobie dziewczyn, z wyjątkiem tamtej trójki.

Potrzebowałam tego. Potrzebowałam jej. Oprócz Kristiny miałam tylko swoją wyniosłą współlokatorkę i jej przyjaciółki.

Ściągnęłam brwi. Może problem tkwi we mnie?

Nie. Pokręciłam głową i przesunęłam się razem z kolejką. To niemożliwe. Przecież emanuję serdecznością. Ludzie lgną do mnie jak muchy do lepu. Zjedzcie mnie, zwierzaki.

Warga mi drgnęła.

Nawet moje własne dowcipy są żałosne.

– Czekaj. – Kristina patrzyła na mnie. Przymknęła oczy. – Chyba im nie powiesz, co?

Zerknęłam na nią z takim samym niedowierzaniem, jakie malowało się na jej twarzy, kiedy Shay się oddalił.

– Żartujesz? W życiu im nie powiem.

Chciałyby jego numer. Chciałyby, żebym do niego zadzwoniła. Żebym z nim porozmawiała.

Chciałyby mnie wykorzystać. Nie pozwolę, żeby znowu było jak w liceum.

Miałam zasady: żadnych chłopaków i dramatów. Zaczął się nowy rok, a z nim nowa szkoła, nowa ja.

Zamierzałam się uczyć na potęgę i nie dać się wciągnąć w żadne dodatkowe działania.

Energicznie pokręciłam głową.

– Nie skorzystam z jego numeru. I ma rację. Nie odbiorę, jeśli zadzwoni.

To zachowanie wydawało się dziecinne, ale czułam niepokój. Wielkie, ogromne czerwone światło jaśniało w mojej głowie. Nie lubiłam Shaya nie bez powodu. Postanowiłam się zastosować do tego czerwonego światła. Kiedy poprzednio tego nie zrobiłam, nie było fajnie. Doszło do katastrofy.

– To jak się skontaktujesz z grupą w sprawie waszego projektu?

– Przez Lindego. – Zdążyłam sformułować plan, kiedy wychodziłam z zajęć.

– Kim jest Linde?

– Raymond Linde. Napastnik. – Dziękuję ci, bracie, za tę wiedzę. – Też należy do naszej grupy. Kumplujemy się. – No, skinął mi głową. Na jedno wychodzi. – Wytrenuję Shaya, że jeśli będzie chciał ze mną porozmawiać, będzie to musiał zrobić przez Lindego.

Przymknęła powieki i przepuściła mnie, gdy wchodziłyśmy na stołówkę.

– Shay Coleman nie wygląda mi na kogoś, kogo dałoby się wytrenować. To raczej on trenuje innych.

Podałam pracownikowi stołówki kartę i kiedy ją odczytywał, powiedziałam do Kristiny:

– No cóż… – Odebrałam kartę. – Dopiero mnie poznał.

Zapach lodów sprawił, że zaburczało mi w brzuchu, więc od razu ruszyłam w stronę lady.

Miałam właściwie ustawione priorytety.

*Super zioło – komedia amerykańska (przyp. red.).

W ciągu tygodnia musiałam się spotkać z Shayem jeszcze dwa razy, ponieważ nasze zajęcia odbywały się w poniedziałki, środy i piątki. Oboje wyszliśmy z tego żywi. Nie zmuszano nas już do dyskusji w grupach, a gdy musieliśmy się dobrać w pary, Linde od razu na mnie wskazał.

Widzicie? Przyjaźnimy się.

Około piętnastej tamtego piątku wracałam do akademika. Omijałam od tyłu budynek sztuk pięknych i szłam chodnikiem, który skręcał w prawo i wiódł wśród drzew do celu mojej wędrówki. Cały kampus urządzono w ten sposób. Drzewa rosły wszędzie. Zakrywały większość budynków, przez co ciągle miałeś wrażenie, że spacerujesz po lesie, aż chodnik doprowadzał cię do budynku, do którego akurat zmierzałeś.

Od polany dzieliły mnie niecałe dwa metry, gdy usłyszałam, że ktoś woła mnie po imieniu. Zesztywniałam, ale nie, to nie był Shay. To nie jego głos. Natychmiast się skrzywiłam, bo wiedziałam, kto to jest. Mój brat stał za drzewami i machał do mnie.

Przyspieszyłam kroku.

– Gage. Co tu robisz? – Wepchnęłam go głębiej między drzewa i obejrzałam się przez ramię. Chodnik był pusty. Opuściłam barki, czując ulgę. Dałam mu mocnego kuksańca w tors. – Pierwsza zasada klubu Clarke’ów: nie znamy się.

Przewrócił oczami i palcami przeczesał ciemnobrązowe włosy, w dokładnie takim samym odcieniu jak moje. Mieliśmy też identyczne ciemne oczy. Był ode mnie o rok starszy, ale ludzie brali nas za bliźnięta. Gage lubił żartować, że on jest tym mądrym, a ja głupszym, które przyszło na świat rok później. Za każdym razem, gdy tak mówił, dostawał ode mnie po głowie. Teraz też się zastanawiałam, czy go nie zdzielić. Wiedział, że ma nie przychodzić do mojego akademika. Upierałam się przy tym nieugięcie.

Nie miałam wpływu na to, że w liceum mnie wykorzystywano. W ósmej klasie spytałam mamę, czy mogłabym zmienić szkołę, okazało się jednak, że w rozsądnej odległości znajdowało się tylko liceum prywatne, a ono spotkało się z wielkim stanowczym „nie”. Mama pokręciła zdecydowanie głową. Nie mieliśmy pieniędzy nawet na semestr, że już nie wspomnę o mundurkach i innych wydatkach towarzyszących.

Teraz jednak kontrolowałam sytuację i pierwsza zasada dotycząca Gage’a i Kennedy Clarke’ów głosiła: udajemy, że się nie znamy.

Stanowiła ona podzbiór zasady numer dwa: żadnych dramatów.

Clarke nie jest popularnym nazwiskiem? Słucham? Nie miałam pojęcia. To wielki zbieg okoliczności.

Tak brzmiał argument, który usłyszałby każdy, kto próbowałby zgłębiać tę kwestię.

– Auć! – Potarł klatkę piersiową i posłał mi spojrzenie zbolałego szczeniaka. – Dlaczego musisz mnie zawsze bić? W przeciwieństwie do tego, co się wydaje laskom, chłopaki tego nie lubią. Chcielibyśmy odruchowo oddać i zawsze musimy panować nad tymi prymitywnymi instynktami.

Wyprężył się, gdy wypowiedział słowo „prymitywnymi”.

Przewróciłam oczami.

– Gadaj szybko. – Na pewno ktoś się pojawi na chodniku. – Czego chcesz?

Opuścił rękę. Nagle zrobił się bardzo rzeczowy.

– Idę wieczorem na imprezę bractwa.

– Okej…

– Słyszałem, że będą tam też dziewczyny z twojego akademika.

Zmrużyłam oczy. Kolejne dwie zasady wynikające z zasady numer dwa głosiły, że nie mógł się przyznać do tego, że mnie zna, a tym bardziej że jesteśmy spokrewnieni, jak również nie mógł się przespać z żadną z moich koleżanek. Budziło to we mnie dyskomfort w liceum i na studiach również.

– Okej… – powtórzyłam.

– To te laski, z którymi się spotykasz. No wiesz… – Szarpał mankiet koszuli. – Te puszczalskie.

– Och! – Laura, Casey i Sarah. – Tak. Nie możesz ich przelecieć.

– Daj spokój – zaoponował błagalnym tonem. – Ta Casey jest seksowna. – Przy ostatnim słowie jęknął. – Naprawdę seksowna. A co, jeśli jej się spodobam? Zranię jej uczucia. Mogłaby się ode mnie nie odczepić. Wiesz, mogłoby się okazać, że to ten typ, który odrzucony natychmiast się zakochuje. – Pokręcił głową i gwizdnął ze współczuciem. – Chyba byś tego nie chciała, co?

– Casey może mieć każdego faceta. Zaryzykuję i postawię na to, że nie w tobie się zakocha.

Ściągnął brwi.

– O czym ty mówisz? Szanse są wysokie. Jeśli nie zauważyłaś, oboje jesteśmy atrakcyjni. Oboje.

Jęknęłam.

– Zamilcz.

– Jestem dobrą partią. Nie narażam dziewczyn na wstyd. Odwożę je do domu.

Uniosłam brew.

– Albo zamawiam im taksówkę – dodał i odwrócił wzrok. Strzelił oczami w moją stronę. – Widzisz. Troskliwy gość to ja. – Zacisnął dłonie w pięści i skierował palce wskazujące w swoją stronę. Puścił do mnie oko. – I naprawdę bym się zatroszczył o Casey. Mógłbym pójść na całość i pozwolić jej myśleć, że się w niej zakochałem. To ją podjara. Takie seksowne dziewczyny nie lubią namolnych kolesi. Ja bym to zrobił dla ciebie.

– Zrobiłbyś to dla siebie. – Oparłam dłoń na biodrze. – Nic z tego. Trzymaj się od nich z daleka.

– Dobra, dobra. A ta Kristina? – Gwizdnął. – Też jest w dechę. Nie wiem, dlaczego chowa te maleństwa. Wielu gości i tak już nazywa ją Cycatką.

Pchnęłam go.

– Ma chłopaka i jest moją jedyną przyjaciółką. Masz sobie darować te bzdury, słyszysz? I to migiem!

– Dobra, dobra. – Wzrok mu oprzytomniał, a z twarzy zniknął głupkowaty uśmieszek. – Kumple będą chcieli wiedzieć, dlaczego bronię tej dziewczyny. Byłoby łatwiej, gdybym dał im do zrozumienia, że się przyjaźni z moją siostrą. A skoro już o tobie mowa, to nie chcę, żebyś się umawiała z którymś z moich kolegów.

– Nie ma sprawy.

Żadnych przystojniaczków – zasada numer jeden.

– Hej! – Przypomniało mi się, że muszę coś z nim wyjaśnić. – Powiedziałeś Shayowi Colemanowi, że jestem twoją siostrą.

Oczy mu rozbłysły.

– Owszem. Fantastyczny gość.

– Dlaczego to zrobiłeś?

Prychnął, zakołysał się na piętach i wsunął ręce do kieszeni.

– Żartujesz? Byłaś moją przepustką do poznania go. Słyszałem, że on i inni zawodnicy zapisali się w tym semestrze na zajęcia z nauk politycznych. Zapytałem go, czy widział laskę, która wyglądała jak moja bliźniaczka. – Uśmiechnął się chytrze. – Od razu wiedział, o kogo chodzi.

– Powiedziałeś mu, że jestem buntownicza.

– Bo jesteś.

– Nie musisz informować o tym ludzi.

Na jego ustach zakwitł szeroki uśmiech.

– Żartujesz sobie? To najszybszy sposób, żeby wytłumaczyć kolesiom, kim jesteś. Dziewczyny tego nie kumają, ale faceci tak.

Walnęłam go w ramię. Po części przez niego taka byłam.

– Nie gadaj już o mnie.

– A czemu? Jeśli już, była to przysługa. Coleman wydawał się zainteresowany, kim jesteś.

Zapanowałam nad kolejnym wzdrygnięciem się, tym razem z obrzydzenia.

– Nie wyświadczasz mi żadnej przysługi. Nie chcę znać Shaya Colemana w ten sposób.

– Powiedziałem, że wyświadczam ci przysługę? – Uniósł lekko brodę. – Wyświadczam ją sobie. Nie znosisz takich facetów.

Zgadza się.

Pokręciłam głową.

Shay Coleman to drugi Parker Stanson, mój były. Za tą myślą błyskawicznie pojawiła się następna: pieprzyć Parkera i pieprzyć Shaya Colemana.

– Nieważne. – Pchnęłam znowu Gage’a, tym razem delikatnie, i zmusiłam się do lekkiego tonu. – Idź na imprezę bractwa i trzymaj się z daleka od moich koleżanek.

Zamierzał się sprzeczać. Widziałam, że słowa same cisną mu się na usta. Pokręciłam głową.

– Nie żartuję. I przestań rozmawiać o mnie z futbolistami. Zrozumiano?

Przyglądał mi się przez chwilę, po czym z zadumą przekrzywił głowę.

– Wszystko w porządku?

Usłyszałam w jego głosie życzliwość i ścisnęło mnie lekko w gardle.

– Tak. – Będzie w porządku. Będę się uczyć. To mój cel. Goście w rodzaju Parkera już nie mogą mnie skrzywdzić. Nie pozwolę na to. – A teraz spadaj. Zanim ktoś cię zobaczy.

Zachichotał i kilka sekund później, gdy już zapanowałam nad emocjami, po moim bracie nie było śladu.

Zniknął.

Kiedy mijałam recepcję, siedząca w niej dziewczyna spojrzała na mnie.

– Kennedy Clarke?

– Tak?

Była ze starszego rocznika i siedziała w recepcji od pierwszego tygodnia semestru. Zainteresowało mnie, co chce mi powiedzieć.

– Shay prosił, żeby cię pozdrowić.

Jęknęłam.

No jasne, Shay ją zna. Nie sposób zignorować taką ślicznotkę.

– Pozwól, że zgadnę – rzuciłam pół żartem, pół serio. – Jesteś jego dziewczyną?

Zaśmiała się, co brzmiało nawet sympatycznie.

– Przyjaźnimy się. Prosił, żeby cię pozdrowić, i powiedział, że jesteś fajna.

Rozejrzałam się. W holu kręciło się kilka dziewczyn, więc podeszłam bliżej.

– Możemy zachować to w tajemnicy?

– Co takiego? – Kolejny wybuch szczerego śmiechu. Niewiele brakowało, a bym ją polubiła. – Że jesteś fajna? – upewniła się.

– Że znam Shaya. Poznaliśmy się na zajęciach. Nie przyjaźnimy się ani nic w tym rodzaju. – Podkreśliłam ostatnie słowa. – A jeśli się z nim spotykasz, przyjmij wyrazy współczucia.

– Shay nie jest taki zły. Dobrze, zachowam to dla siebie.

Ściągnęła lekko brwi, gdy machnęłam jej na pożegnanie i ruszyłam po schodach do swojego pokoju. Mieć recepcjonistkę, która jest dla ciebie miła? To prawdziwy skarb. Być może kiedyś się ubzdryngolę i nigdy nie wiadomo, kiedy dobrze by było, żeby ktoś odwrócił wzrok.

Weszłam do pokoju sprężystym krokiem, ale w progu się zatrzymałam.

Potwornie skrzywiona Missy siedziała przy biurku.

– Co jest? – Zamknęłam drzwi i rzuciłam plecak na łóżko za nią.

– Holly chce iść dzisiaj do biblioteki. – Stukała wściekle w klawiaturę.

Holly była jej najlepszą przyjaciółką z liceum i mieszkała piętro nad nami ze swoją kuzynką.

– A co jest nie tak w bibliotece?

Moje biurko stało na drugim końcu pokoju. Usiadłam na krześle i odwróciłam się tak, żeby na nią patrzeć.

– Nic, o ile byłaby to niedziela czy jakikolwiek inny dzień tygodnia. Tyle że mamy piątek. A ona podkochuje się w bibliotekarzu.

Holly zakochiwała się dwukrotnie w ciągu tygodnia.

– Będzie tam mało ludzi, więc to ma sens. Doskonały czas na flirt.

– Nie chcę iść do tej głupiej biblioteki.

– A co innego masz do roboty?

Missy chodziła wszędzie tam, gdzie Holly i jej kuzynka, i odwrotnie. Te trzy w zasadzie nie odstępowały się na krok.

Wzruszyła ramionami i zerknęła na telewizor.

– Mogłybyśmy obejrzeć jakiś film?

Prawie się wzdrygnęłam. Oglądałam filmy z Kristiną, a nie Missy – współlokatorką, która śmiała mi się w twarz, bo nie lubię babskich tytułów. Poza tym wiedziałam, że opowiada bzdury na mój temat. Zdybałam ją na tym, kiedy były u niej Holly i jej kuzynka. W pokoju nagle zapanowała cisza. Nie miałam pojęcia, co o mnie wygadywały, ale nie wątpiłam, że tak właśnie było.

– Też planowałam iść dzisiaj do biblioteki.

– Tak?

Jej niedowierzanie prawie mi schlebiało. Ona myślała, że ja mam życie.

Wzruszyłam ramionami, odwróciłam się i włączyłam komputer.

– A czemu nie? Muszę się uczyć. Poza tym bibliotekę dość wcześnie zamykają, prawda?

– No więc?

– Może koleś Holly zaprosi was na jakąś imprezę. Najlepszy plan to brak planów.

– Tak?

Ktoś zapukał do drzwi, kiedy ściągałam pocztę. Wstałam i przytaknęłam.

– Poszłabym tam z nadzieją, że potem coś się wydarzy. Nikt nie chodzi na imprezę przed dwudziestą drugą. – Otworzyłam drzwi, kończąc zdanie.

Na korytarzu stała Casey Winchem – ta sama, z którą Gage tak rozpaczliwie pragnął się przespać i która onieśmielała mnie swoją pewnością siebie.

– Hej. – Zamrugałam kilka razy. Żyłyśmy z Casey, Laurą i Sarah na przyjaznej stopie, ale żadna z nich nie przychodziła do mnie do pokoju. Nawet nie byłam pewna, czy pamiętały, jak mam na imię. Zawsze zwracały się do mnie: „Hej, ty”.

– Hej.

– Co tam? – Otworzyłam szerzej drzwi.

Zajrzała do środka i pomachała.

– Cześć.

Missy jej nie odmachała. Chyba była w szoku, że kogoś znam.

Casey ściągnęła brwi, ale potem spojrzała na mnie.

– Idziemy na imprezę bractwa. Chciałabyś się wybrać z nami?

– Eee…

– Masz samochód, prawda? Sarah i Kristina musiały jechać na weekend do domu. Zostałyśmy tylko Laura i ja.

Teraz to miało sens.

Korzystały z samochodu Sarah. Żadna inna nie ściągnęła auta, bo trudno było o miejsce przy akademiku dla pierwszego roku. Ja miałam brykę. Każdy w rodzinie miał. Mama fundowała nam takie prezenty, kiedy kończyliśmy liceum. Nie byliśmy zamożni, więc aż do ślubu nie dostanę kolejnego prezentu.

Czyli mniej więcej do trzydziestki.

Jeśli w ogóle.

Pokręciłam głową. Wróćmy do rozmowy.

– Potrzebujecie podwózki?

– No cóż… – Zagryzła wargę. – Tak jakby. Możemy tam jechać z Adamsem albo Kreigersonem. – Nie znałam tych nazwisk. – Martwimy się powrotem do domu. Chłopaki się urżną i będą wracać sami, jeśli wiesz, co mam na myśli. Jeżeli byśmy kogoś z Laurą wyrwały, nie byłoby problemu. Ale chciałabym mieć plan awaryjny, gdyby coś nie wypaliło.

Plan awaryjny.

To ja.

Zabezpieczenie.

Nie byłam popychadłem.

– Nie, dziękuję. To na razie. Bawcie się dobrze.

Zamknęłam drzwi.

Wiedziałam, że wyszłam na zołzę, ale zignorowałam rozdziawione usta współlokatorki. Nie rozumiała. Nikt nie będzie mnie wykorzystywał. Nie pozwolę, żeby to się kiedykolwiek powtórzyło.

Mając to na uwadze, popatrzyłam na komputer.

Naprawdę musiałam się nauczyć, jak się uczyć. I zamierzałam poświęcić na to ten weekend.

Zostanę psychologiem… Może? Zawęziłam wybór. Robiło mi się niedobrze na widok krwi, pożegnałam się z wizją bycia prawnikiem, więc została mi psychologia. Nie psychiatria – ze względu na krew. Byłabym narażona na jej widok do czasu, gdy zaczęłabym spotykać ludzi w pokojach bez klamek. Mogłam się jeszcze zdecydować na MBA, ale to się wiązało z zajęciami z biznesu, mnóstwem takich zajęć. Nie miałam co do tego przekonania. Gage wybrał ten kierunek i narzekał na swoje zajęcia. Niezbyt często, ale to wystarczyło, żeby mnie zniechęcić.

Musiałam pozostać otwarta na różne możliwości.

Praktyki zawodowe pozwoliłyby mi lepiej się rozeznać w tym, co powinnam wybrać. Oznaczało to konieczność podjęcia pracy w szpitalu psychiatrycznym albo zostania asystentką doktoranta na wydziale psychologii. Mogłam to zrobić w trakcie roku akademickiego, a w czasie letniej przerwy wymyślę coś więcej.

Byłam zadowolona, kiedy nadszedł niedzielny wieczór.

Wróciłam na właściwy kurs. Żadnych dramatów. I uczyłam się, uczyłam, uczyłam.

Odrobiłam wszystkie zadania. Przeczytałam i zakreśliłam wszystkie rozdziały. Nawet sporządziłam zapasowe notatki. Szło mi doskonale i nabrałam przekonania, że na pierwszych egzaminach dostanę same celujące noty.

Sporządziłam też plan na cztery lata. W weekend opracowałam rozległy schemat zajęć, obejmujący pozostałe lata nauki. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z przewidywaniami, otrzymam tytuł magistra na jednym z kierunków i licencjat na kierunku, którego jeszcze nie wybrałam. Magister psychologii i licencjat z zarządzania – albo odwrotnie – gwarantowały mi dobre przygotowanie do życia.

Nie da się być przesadnie przygotowanym. To niemożliwe.

Wszystko przemyślałam.

Typ osobowości A – oto nowa ja. Przodowałam w tym.

Kiedy siedziałam w pokoju i drukowałam plan zajęć na pięć kolejnych dni, do drzwi zapukała Kristina. Wsunęła głowę w szparę.

– Cześć.

Dałam jej znak, żeby weszła.

– Missy jest w pokoju Holly.

Zamknęła drzwi i usiadła na krześle mojej współlokatorki.

– Czy ona kiedykolwiek stamtąd wychodzi?

– Była tu w piątek po południu.

Wieczorem też. Owszem, była impreza, ale nie uczestniczyły w niej ani Missy, ani kuzynka Holly. Bibliotekarz zaprosił Holly, która porzuciła je obie. Liczyłam na to, że pójdą do pokoju Holly pooglądać filmy, ale nic z tego. Zostały, a Missy z lubością opowiadała o tym, jak to kazałam Casey „spadać”. To jej słowa, nie moje.

– Skoro już o piątku mowa… – Kristina objęła oparcie krzesła Missy i puściła jedną rękę luźno. – Spławiłaś Casey i Laurę?

Ściągnęłam brwi.

– Tak ci powiedziała?

– Podobno zapraszała cię na imprę, a ty zamknęłaś jej drzwi przed nosem.

– W połowie prawda, w połowie przesada.

Kristina otworzyła usta ze zdumienia.

– Zamknęłaś Casey drzwi przed nosem? Myślałam, że żartuje.

– Miałam być opcją awaryjną, na wypadek, gdyby potrzebowały podwózki do domu. – Prychnęłam i wyciągnęłam kartki z drukarki. – Zostałam sama i skupiłam się na nauce, ale nie jestem ofermą. I nie będę niczyją opcją awaryjną. Podziękowałam jej i życzyłam udanego wieczoru. Pożegnałam się i dopiero wtedy zamknęłam drzwi. – Zamilkłam na chwilę. – Być może nie powiedziałam tego w tej kolejności i owszem, wciąż stała w progu, gdy zamykałam drzwi.

– Wkurzyła się.

Mało mnie to interesowało, ale zachowałam to dla siebie. Raczej nie poprawiłoby to sytuacji.

To nieprawda. Przejmowałam się tym, tyle że potem pomyślałam, jak przebiegałby ten wieczór. Zawiozłabym je tam. One by mnie olały. I oczekiwały, że będę się kręciła w pobliżu, na wypadek gdyby trzeba je było zawieźć do domu.

Jeśli miałam uchodzić za zołzę, proszę bardzo. Lepsze to, niż dać sobie wejść na głowę. Bo wtedy nikogo bym przy sobie nie zobaczyła.

– Odrobiłyście wszystkie zadania?

– Nie. Wybieramy się do biblioteki. Zamierzałam cię spytać, czy też z nami pójdziesz.

Milczałam i czekałam na informację, kto jeszcze idzie.

Zachichotała i pokręciła głową.

– Casey też tam będzie. Pewnie powie ci kilka słów.

Zamierzałam odmówić, ale wtedy usłyszałam, że ktoś się zbliża do drzwi. Odwróciłyśmy się z Kristiną w ich stronę i czekałyśmy, aż się otworzą. Nie otworzyły się. Za to moja współlokatorka powiedziała do kogoś stłumionym głosem:

– Nie wiem. Pewnie jest w pracowni komputerowej na dole. – Zaśmiała się, naciskając klamkę. – Ona nie ma własnego życia.

Otworzyła drzwi i weszła do pokoju.

Najpierw popatrzyła na Kristinę, a potem jak robot przesunęła wzrok w moim kierunku.

Zmrużyłam oczy. To nie było nic, czego bym już nie słyszała.

Holly stanęła za Missy, która zbladła jak ściana.

– Eee…

Wstałam i odezwałam się sztywno:

– Idę do biblioteki.

Wydawało się, że Missy wstrzymała oddech. Atmosfera zrobiła się napięta i niezręczna. Kristina obeszła je, jakby omijała na paluszkach mysz, której się przeraźliwie bała. Holly położyła ręce na ramionach mojej współlokatorki. Czułam, że popatrzyły na siebie, kiedy pakowałam do plecaka laptop i książki.

– Ekhm… – Holly zakasłała. Skrępowany śmiech uwiązł jej w gardle. – Cześć, Kenz…

Zapięłam suwak bardziej zdecydowanym ruchem, niż trzeba było, żeby jej przeszkodzić. Zarzuciłam plecak na ramię, odwróciłam się i przymknęłam powieki. Zignorowałam Holly i skierowałam swoje słowa wyłącznie do Missy:

– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć z tego, co robię i dlaczego czasami jestem sama, ale jeśli ci się wydaje, że możesz się ze mnie śmiać, to się mylisz. Powiedz mi, jak byś sobie radziła, gdybyś nie przyjechała na studia ze swoją najlepszą przyjaciółką i jej kuzynką? Domyślam się, że albo byś uciekła do domu, albo byś się kogoś uczepiła. A teraz przepraszam, ale muszę się udać do biblioteki, bo nie mam swojego życia.

Ominęłam je, celowo szturchając Holly plecakiem w ramię. Missy była za niska, żeby i jej się dostało.

Kristina czekała w korytarzu. Ruszyłyśmy tylnymi schodami, do których miałyśmy bliżej. Atmosfera zrobiła się ciężka. Czułam wychodzącą na pierwszy plan litość Kristiny. Gdy weszłyśmy na jej piętro, popatrzyła na mnie ze współczuciem.

– Przykro mi…

Pokręciłam głową.

– Udowodniła to, co intuicja podpowiadała mi przez cały czas. – Posłałam jej znużony uśmiech. – To słaba zołza.

Zaśmiała się i otworzyła drzwi pokoju.

W środku siedziały Casey, Laura i Sarah. Przestały się śmiać na nasz widok.

– Musimy coś…

– Zaprosiłybyście mnie, gdyby Sarah tu była? – przerwałam Casey. Nakręciłam się.

Zamilkła i się skrzywiła. Jej odpowiedzią było milczenie.

– To dlatego z wami nie pojechałam. – Rzuciłam plecak na podłogę i usiadłam ciężko na skraju łóżka Kristiny. – Nie jestem opcją awaryjną.

Zamknęła usta i zwiesiła głowę.

– Rozumiem. – Przełknęła głośno ślinę i zerknęła na przyjaciółki, z których chyba żadna nie wiedziała, co powiedzieć.

Podobnie jak na górze i na schodach, atmosferę dałoby się kroić nożem. Zgęstniała za bardzo. Chwyciłam plecak i wstałam.

– Może się spotkamy na miejscu? – Tak naprawdę to nie było pytanie.

Minęłam Kristinę w pędzie.

– Zacze… – Ruszyła za mną korytarzem.

Odwróciłam się.

– Jestem zdenerwowana i nie chcę powiedzieć czegoś, czego bym potem żałowała. Lepiej, żebym sobie poszła. Zaufaj mi. Jeśli chciałabyś mnie znaleźć, będę na piętrze. A jeśli nie… – Wzruszyłam ramionami. – Nic się nie stanie.

W recepcji siedziała przyjaciółka Shaya. Nie miałam ochoty na pogaduchy, ale na szczęście rozmawiały z nią jakieś trzy dziewczyny, więc była zajęta, a ja się przemknęłam.

W bibliotece było tłoczno.

Jak zwykle w niedzielne wieczory. Piątek i sobota to czas imprez. A niedziela – nauki w ostatniej chwili. Pokonałam główne wejście, przeszłam krótkim korytarzem, w którym był barek z kawą, a potem minęłam kolejne drzwi. Każdego, kto tędy przechodził, sprawdzały cztery czujniki. Duże biurko bibliotekarza stało po lewej stronie. W drugim końcu głównej sali mieściła się pracownia komputerowa, oddzielona przepierzeniem ze szklanymi drzwiami. Ludzie mogli się tam zachowywać głośniej i wielu spotykało się w tym miejscu, by pracować nad projektami grupowymi. W pozostałej części biblioteki znajdowały się rozmaite komputery, zakątki do indywidualnej nauki i mnóstwo półek z książkami. Na poszczególnych piętrach porozstawiano stoliki; były tam również pokoje do nauki grupowej, odgrodzone przepierzeniami i szklanymi drzwiami.

Kiedy Casey, Laura i Sarah przychodziły do biblioteki, sadowiły się przy stoliku w pracowni komputerowej koło głównej sali. Obowiązywała tam zasada zachowywania ciszy, ale nie tak restrykcyjna – i właśnie dlatego tam siadały. Przychodziły do biblioteki, żeby się pouczyć, owszem, ale głównie po to, by się udzielać towarzysko lub ściągnąć odpowiedzi od znajomych z imprez.

Kristina potrzebowała raczej spokojnego miejsca, więc nie byłam zbytnio zaskoczona, kiedy mniej więcej po półgodzinie znalazła mnie na pierwszym piętrze.

– Niech zgadnę – burknęłam i uśmiechnęłam się, trzymając długopis w zębach. – Więcej gadają, niż się uczą?

Westchnęła i usiadła naprzeciwko mnie.

– Zostały w pokoju.

– Słucham?

Przewróciła oczami.

– Casey czuła się podle. Miały ci po drodze kupić jedzenie, żeby cię udobruchać, ale pojawili się jacyś kolesie, więc poszły się uczyć na dół.

Uśmiechnęłam się szeroko.

– A że ciągle by gadały, postanowiłaś przyjść bez nich?

– I tak zamierzałam przyjść. To nie twoja wina, że Casey okazała się nietaktowna. Źle jej z tym. – Przysunęła się. – Wiem, jak się zachowują moje przyjaciółki, ale czasami potrafią być naprawdę urocze. Nie chcą być wredne. – Zamilkła na chwilę. – Najczęściej.

Zaśmiałam się. Ktoś, kogo nie widziałam, syknął ostrzegawczo, więc się uspokoiłam.

– Dziękuję, że przyszłaś – powiedziałam, zanim ponownie ujęłam długopis i wróciłam do notatek.

Zajęłyśmy się swoimi sprawami.

Przygotowywałam się na cały nadchodzący tydzień, ale to nie znaczyło, że nie mogłam wyprzedzić harmonogramu; warto było posiedzieć nad naukami politycznymi. Stwierdzenie, że to nuda, nie było bynajmniej przesadzone. Moje gałki oczne dałyby się wyrwać, gdybym musiała przeczytać więcej ustaw.

Uczyłyśmy się przez godzinę, po czym Kristina wstała, żeby pójść do toalety i na kawę. Gdy wróciła, udałam się na obchód. Tak mówiłam, kiedy musiałam się rozruszać. Zmierzałam w stronę głównego wejścia i zastanawiałam się, czy mam ochotę na wodę mineralną, czy lepiej podejść do barku z kawą. Zbliżała się dwudziesta pierwsza, ale czułam, że nie pójdę wcześnie spać. Podjęłam decyzję, minęłam czujniki i zauważyłam, że ktoś stoi za drzwiami. Jakaś dziewczyna czytała książkę. Nie, chwileczkę. Ona udawała, że czyta. Patrzyła na kogoś w pobliżu, ale gdy się zorientowała, że ją spostrzegłam, opuściła głowę. Sprawdziłam, kogo obserwowała. Stali po drugiej stronie drzwi, odwróceni do mnie plecami, i rozmawiali z kimś.

„Cholera”.

Natychmiast odwróciłam wzrok. Wiedziałam już, komu dziewczyna się przyglądała, i zaczęłam odliczać sekundy w oczekiwaniu na swoją kawę.

Chciałam ją dostać, zapłacić za nią i zniknąć, zanim Shay mnie zauważy.

W kolejce za mną stali inni studenci, więc miałam nadzieję, że wmieszam się w tłum i Shay minie mnie obojętnie.

Gdy podano mi kawę, wciąż stał na zewnątrz i rozmawiał. Wzięłam napój, zapłaciwszy, i już miałam wracać do biblioteki, kiedy czyjaś dłoń chwyciła mnie za wolny nadgarstek.

– Hej!

Shay nie zareagował na mój okrzyk i wyciągnął mnie szybko na zewnątrz.

– Co ty wyprawiasz? – spytałam i rozejrzałam się w poszukiwaniu osoby, z którą rozmawiał. O dziwo, nikogo nie zobaczyłam. – Z kim gadałeś?

Zignorował moje pytanie i wskazał na bibliotekę.

– Masz książki i inne rzeczy gdzieś blisko?

– Nie. A co?

– Mamy jutro kartkówkę.

Nie żartował. Twarz miał śmiertelnie poważną i prezentował się uwodzicielsko. Olałam uczucie skrętu w żołądku.

– Skąd wiesz?

– Bo dziewczyna, z którą właśnie rozmawiałem, ją widziała. Dopiero co wyszła z gabinetu profesora Müllera.

– To nie znaczy, że kartkówka ma być jutro.

Wyciągnął ręce przed siebie.

– A kto by się nad tym zastanawiał? Pouczmy się na wszelki wypadek.

– My? To znaczy ty i ja? – Nic z tego. Odwróciłam się, żeby wejść do środka.

– Tak. Ty i ja. – Chwycił mnie i przyciągnął z powrotem. – Oraz Linde i reszta chłopaków. Chcemy się wszyscy pouczyć w domu.

– Jakim domu?

Byłam w szoku. Chyba nie mówił o domu futbolistów, w którym mieszkał on i pozostali zawodnicy. Wiedziałam, że Casey chciała tam imprezować, żeby uwieść Shaya. I miałam świadomość, że padnie z zazdrości, jeśli się dowie, że poszłam się tam uczyć. To byłby wartościowy czas. Nie pijaństwo. Żadna impreza i nic nieznaczące chwile.

Przełknęłam ślinę. O Boże. Towarzystwo chłopaków nigdy nie budziło mojego niepokoju, ale teraz – i owszem.

– Jestem tu z przyjaciółką.

– Tą sprzed stołówki?

Przytaknęłam.

– To weź ją ze sobą.

Kark mi zesztywniał. Dlaczego to robiłam? Na drewnianych nogach weszłam do środka. Zignorowałam ciekawskie spojrzenia osób stojących w kolejce do barku z kawą i dotarłam do naszego stolika. Kristina popatrzyła na mnie i dostrzegła stan bliski paniki malujący się na mojej twarzy.

– Co się stało? – spytała.

Zaczęłam zbierać swoje rzeczy.

– Hm… – Laptop należało najpierw wyłączyć. – Spotkałam Shaya.

– Słucham?

Wcisnęłam laptop do plecaka. Potem książki. Sięgnęłam wreszcie po zeszyt.

– Powiedział, że jutro mamy mieć niezapowiedzianą kartkówkę.

– Niezapowiedzianą?

– Chyba tak.

Przekrzywiła głowę na bok.

– Dlaczego się pocisz?

– Shay chce, żebym poszła do niego i uczyła się z nim i resztą chłopaków. – Zaschło mi w gardle. – Pójdziesz ze mną?

Oczy zrobiły jej się okrągłe i zaczęła się śmiać, po czym zabrała się do pakowania swoich rzeczy.

– Zapraszasz mnie w miejsce, do którego moja współlokatorka niemal się zakrada potajemnie, bo chciałaby, żeby zaprosili ją tam kiedyś na imprezę, a ty się zachowujesz tak, jakbym wyświadczała ci przysługę?

– Nie możesz jej o tym powiedzieć.

Wstała i zarzuciła plecak na ramię.

– Gdybym jej powiedziała, wypytywałaby mnie, skąd dostałam zaproszenie. Chyba by mi nie uwierzyła.

Posłałam jej pełen wdzięczności uśmiech.

– Dziękuję.

Pokręciła głową i zaśmiała się z drwiną.

– Naprawdę nie musisz mi dziękować. Serio.

Shay siedział na stojaku na rowery. Dziewczyna, która mu się przyglądała, zniknęła. Wyciągnął nogi przed siebie i trzymał ręce w kieszeniach. Wstał i skinął do Kristiny.

– Dzięki, że dołączyłaś. – Wskazał na mnie. – Bez ciebie chyba by nie poszła.

Znowu się zaśmiała, trochę łagodniej.

– Oboje mi dziękujecie. Klasyka… Klasyka.

Poszukał mojego spojrzenia i znowu się zaniepokoił.

– Mój samochód stoi za rogiem, na parkingu przed biblioteką. Zgodzicie się jechać ze mną? Czy wolicie jechać za mną?

Zerknęłam na Kristinę, ale ona pokręciła głową. To ja miałam podjąć decyzję.

Gdybyśmy pojechały moim samochodem, musiałabym wrócić do akademika. Kristina wyszłaby ze mną. Mogłybyśmy się natknąć na Casey lub którąś z pozostałych dziewczyn, które chciałyby wiedzieć, dokąd się wybieramy. Że już nie wspomnę o konieczności spotkania się z moją współlokatorką, jeśli była w pokoju.

Tym razem łatwiej było przystać na propozycję Shaya.

Pokazałam mu, żeby ruszał.

– Prowadź.

Jeździł czarnym jeepem wranglerem. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale zastygłam, kiedy otworzył drzwi i zapaliło się światło. W kabinie znajdowały się dwa siedzenia, więc Kristina musiała usiąść z tyłu. Poczułam irracjonalną pokusę, żeby ją stamtąd ściągnąć i zająć jej miejsce.

Nie chciałam jechać do domu Shaya, ale powiedział, że Linde tam będzie. No i mądrze było pouczyć się z innymi. Potrzebowałam pomocy. Tego nigdy za wiele.

Shay otworzył swoje drzwi, a kiedy ja ani drgnęłam, żeby wsiąść, zatrzymał się, a w jego uwodzicielskich oczach na chwilę błysnęła irytacja.

– Co jest, Clarke? Masz wątpliwości? Może myślisz, że chcę cię zabić.

Przełknęłam ciężko ślinę.

– Do tej pory tak nie myślałam. – Mój umysł będzie to teraz analizował. Jęknęłam, odchyliłam głowę do tyłu i podeszłam do drzwi pasażera. – Jeśli spróbujesz mnie zabić, wypatroszę cię i urwę ci jaja, Coleman.

Jego niski aksamitny śmiech podążał za mną, gdy go mijałam, i przysięgam, że wniknął we mnie. Czułam go pod skórą. Wsiadłam, zgrzytając zębami, i zatrzasnęłam drzwi trochę za mocno.

On też wsiadł i obserwując mnie kątem oka, uruchomił silnik.

Gdy wyjeżdżał z parkingu, wyglądałam przez okno, ale w głowie krążyło mi tylko jedno pytanie:

„Dlaczego ten gość tak bardzo na mnie działa?”.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać po domu futbolistów. Był to jeden ze starszych budynków, trzypiętrowych. Shay zaparkował przed nim. Obeszliśmy go i weszliśmy tylnymi drzwiami. Linde podniósł rękę i pomieszczenie wypełnił głośny aplauz.

– Przyszła Clarke! – Podszedł do mnie, pochylił się i przerzucił mnie sobie przez ramię. – Teraz możemy się naprawdę uczyć!

Uniosłam głowę i spojrzałam na Kristinę. Wyglądała na oszołomioną. Shay obszedł nas, przewrócił oczami, po czym klepnął mnie w tyłek.

– Dobra, postaw ją. Wiemy, że jesteś gotów wkuwać na pamięć. Nie chcemy przerazić dziewczyn.

– Och. – Linde dyszał ciężko, kiedy odstawiał mnie na podłogę. Oczy miał szkliste i uśmiechał się do mnie. – Przepraszam. Ucieszyłem się, że jest tu moja kumpelka. – Zamrugał kilka razy, zanim dotarło do niego, że nie jestem jedyną dziewczyną. Wyciągnął rękę. – Raymond Linde. A ty kim jesteś?

– Hm… – Kristina nie spieszyła się z podaniem mu ręki, ale w końcu to zrobiła. – Kristina Collins.

Popatrzył na mnie, potem znowu na nią.

– Przyjaźnisz się z Clarke?

Potaknęła i wydała z siebie nerwowy chichot.

Zaśmiałam się i podeszłam do końca stołu, przy którym stały rozłożone krzesła.

– Dlaczego wydajesz się zdziwiony?

Shay prychnął i poszedł za mną w stronę kuchni.

– Hm. – Linde zebrał książki i do nas dołączył. Usiadł ciężko naprzeciwko mnie, wysunął wolne krzesło obok siebie i poklepał je, zapraszając Kristinę. Usiadła powoli, a on zwrócił się do mnie: – Nie zachowujesz się zbyt przyjacielsko, Clarke.

Nie mogłabym… Nie, nie, mogłabym. Wzruszyłam ramionami.

– Już mi to mówiono.

– A my wiemy swoje – dodał Linde. – Widzimy, że jest z ciebie superlaska, ale inni idioci tego nie dostrzegają. – Machnął ręką w moim kierunku. – Myślą sobie, że jesteś zołzą, ale my wiemy, że tak nie jest. W środku jesteś miękka, prawda? Roztkliwiasz się nad szczeniaczkami i pieczesz ciasteczka dla przyjaciół, co nie?

Przez chwilę przyglądałam mu się zaskoczona. A potem uśmiechnęłam się szeroko.

– Linde, tylko się posłuchaj. To jakieś podchody? Mów prawdę. Upiekłeś dla mnie dzisiaj ciasteczka, tak? – powiedziałam tonem dumnej matki, a reszta zebranych przy stole krztusiła się ze śmiechu.

Jeden z kolesi walnął Lindego w plecy.

– Okej. Teraz już wiemy, o czym mówiliście. – Z aprobatą skinął głową w moją stronę. – Ona jest super. Mieliście rację.

Rozdano napoje, a potem Shay usadowił się obok mnie. Przyjrzałam się pozostałym zgromadzonym. Stół był długi i mogło przy nim usiąść około szesnastu osób. W większości byli to zawodnicy, ale też osoby, których nie rozpoznałam.

Linde machnął ręką i odpowiedział na moją zaczepkę:

– To jest oblicze, które pokazuję na zewnątrz. Pieprzy się z moimi wrogami. To ich myli. Myślą, że jestem miłym gościem, a tu bum! – Rąbnął pięścią w stół. – I wtedy im przywalam.

Jeden z kolesi pochylił się do przodu.

– Wrogami nazywa inne drużyny, które spotyka na boisku.

Kristina potakiwała gorliwie.

– Oczywiście.

Patrzyła szeroko otwartymi, roziskrzonymi oczami. Zdziwiło mnie to. Zdenerwowałam się, kiedy Shay odciągnął mnie na bok i zaproponował – a raczej zażądał – żebym przyszła się do niego pouczyć, ale myślałam, że to z powodu obawy przed nieznanym. I przez niego. Było go tak dużo. Jego obecność mnie przytłaczała. Mógł stać kilka kroków ode mnie, a czułam się tak, jakby był we mnie. Ale kiedy Kristina zerknęła na niego ukradkiem, wiedziałam, że nie tylko ja tak reaguję. On tak oddziaływał na wszystkich.

Po jakimś czasie zaczęłam się rozluźniać.

Linde się popisywał. Faceci tacy byli, zwłaszcza gdy znajdowali się pod wpływem czegoś, a skoro o tym mowa, spojrzałam na szklankę stojącą przed nim, a potem na niego. Miał perełki potu na czole, na szyi pulsowała mu tętnica. Koszulka opinała napięte mięśnie, które wydawały się większe niż w klasie. Popatrzyłam przez ramię w stronę kuchni.

W kąt wciśnięto duży plastikowy biały pojemnik. Obok niego stała miarka pokryta od środka warstewką proszku.

Koktajl proteinowy albo coś poważniejszego.

Shay chrząknął i przyciągnął moje spojrzenie. Dostrzegłam wyrzut w jego oczach. W milczeniu pokręcił głową.

Nie chciał, żebym wściubiała nos w nie swoje sprawy. Zrozumiałam go i wróciłam do podręcznika. Najwyraźniej miałam się zajmować geopolityką, a nie tym, co zażył Linde.

Ale…

Mój wzrok znowu powędrował w jego stronę. Shay kopnął moje krzesło. Odwróciłam się do niego, a on otworzył szeroko oczy. Drugie ostrzeżenie.

Ściągnęłam brwi, ścisnęłam nos palcami i wróciłam do nauki. Dobra. W porządku. Geopolityka, własny tyłek.

– Okej. – Linde machnął arkuszem pytań, który dostaliśmy w tygodniu. – Clarke, opisz podobieństwa i różnice między instytucjami i postępowaniem w poszczególnych stanach.

Otworzyłam usta, ale on uniósł rękę i kontynuował:

– A także społecznościach. Mów. – Rozsiadł się wygodnie i splótł ręce na piersi.

Wydobył się ze mnie cichy gulgot.

– Nie żartujesz?

– Jesteś panną doskonałą, zawsze przygotowaną i z planem. Powinnaś sobie dać z tym radę śpiewająco.

Znowu otworzyłam usta i zaczęłam przeglądać notatki, które sporządziłam w ciągu dnia, ale wtedy odezwał się jeden z zawodników:

– Uczycie się na zajęciach takich bzdetów? Jasny gwint. Cieszę się, że zostałem przy sporcie.

Kilku innych się zaśmiało i dorzuciło swoje komentarze, przez co nasza czwórka siedząca przy końcu stołu przestała być w centrum uwagi. Odniosłam wrażenie, że właśnie tak było przed naszym przybyciem.

Linde wskazał na mnie palcem.

– Czekam. Mów.

No więc mówiłam. Zrobiłam dokładnie to, o co prosił. Odpowiedzi płynęły z moich ust, a kiedy skończyłam, brwi podjechały mu na samą górę czoła. Skinął powoli głową i gwizdnął.

– Bum. Strzał w dziesiątkę. Na mój gust masz szósteczkę. – Chwycił szklankę, odsunął krzesło i obszedł stół, żeby wejść do kuchni.

Chciałam się za nim obejrzeć.

Zwalczyłam pokusę.

Spróbowałam.

Nie udało mi się. Zerknęłam tylko ukradkiem przez ramię.

Moje krzesło znowu dostało kopniaka. Shay pochylił się do przodu i syknął pod nosem:

– Przestań.

Kristina, która czytała swoją książkę, oderwała się od niej, żeby na nas popatrzeć.

Zignorowałam ją, też się pochyliłam do przodu i odpowiedziałam szeptem:

– Mój starszy brat miał z tym problem. Pozwij mnie za troskę.

Kristina przysunęła się do nas.

– O czym wy mówicie?

– O niczym – zwrócił się do niej, ale nie odrywał wzroku ode mnie. – Nie żartuję – dodał, tym razem już do mnie. – Przestań. Dopiero co go poznałaś. Nie masz nic do powiedzenia.

– Po co mnie tu ściągnąłeś, skoro oczekujesz, że będę obojętna na to gówno? – wycedziłam.

– Bo Linde mnie prosił. – Oczy pociemniały mu ze złości. – Nie ja tego chciałem. Okej?

Cóż.

Ja pierdolę.

Zmartwiłam się jeszcze bardziej. Obejrzałam się. Linde wciąż mieszał napój. Przysunęłam głowę jeszcze bliżej Shaya.

– Trudna sprawa. To ty otworzyłeś drzwi. Nie licz na to, że nie przekroczę progu.

Zmrużył oczy.

– Co to miało znaczyć?

Usiadłam prosto i odezwałam się normalnym głosem:

– Jeśli zależało wam na towarzystwie głupiej laski w czasie nauki, to źle trafiliście. Becs i Aby lubią, kiedy im się mówi, co mają myśleć. Pamiętasz?

Linde, wracając na swoje miejsce, zatrzymał się za nami.

– Co się dzieje?