Hannibal - Thomas Harris - ebook
Opis

Poznaj zło w najczystszej i najbardziej fascynującej postaci! Po kultowym Milczeniu owiec i Czerwonym smoku to kolejne spotkanie z demonicznym Hannibalem Lecterem. Potężny, hipnotyczny, całkowicie oryginalny Hannibal to uczta dla wyobraźni. Przygotuj się na podróż do piekła… „Bezlitosny – potwornie przerażający”. Los Angeles Times „Przygotuj się na jazdę bez trzymanki ‒ ta książka wystraszy cię na śmierć”. Denver Post „Kup tę książkę w piątek, zamknij wszystkie okna i drzwi, a zanim nastanie poniedziałek, będziesz mógł zasnąć tylko przy włączonym świetle”. Newsday Siedem lat po brawurowej ucieczce z więzienia, doktor Hannibal Lecter przebywa pod fałszywym nazwiskiem we Florencji. Manson Verger, szósta ofiara doktora psychopaty ‒ choć udało mu się ująć z życiem ‒ został trwale okaleczony. Mężczyzna pała żądzą zemsty, wyznaczył za głowę Lectera wysoką nagrodę. Skorumpowany włoski policjant przekazuje Vergerowi informację o miejscu pobytu doktora, lecz próba schwytania kończy się fiaskiem. Lecter uwalnia się z zasadzki, jak zwykle zostawiając za sobą liczne trupy. Tymczasem agentka FBI Clarice Starling, która dzięki pomocy Lectera odniosła swój pierwszy wielki sukces, po nieudanym nalocie narkotykowym zostaje zawieszona w obowiązkach. Lecter, który od dawna się nią interesował, pisze do niej list ze słowami pociechy. Mason Verger dowiaduje się o tym i postanawia wykorzystać agentkę jako przynętę. Udaje mu się schwytać doktora żywcem. Jednak Starling, która była świadkiem porwania, z niewiadomych powodów wyrusza doktorowi na ratunek…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 506

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


HANNIBAL

Copyright © 1999 by Yazoo Fabrications, Inc.

All rights reserved.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Amber Sp. z o.o. (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa Amber Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marta Chmarzyńska

Korekta: Magdalena Mierzejewska, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8110-911-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ IWaszyngton

Rozdział 1

Mógłbyś pomyśleć, że dzień taki jak ten

aż rwie się do świtania…

Ford mustang z Clarice Starling za kierownicą wtoczył się z łoskotem na podjazd budynku przy Massachusetts Avenue. Mieściła się tam siedziba ATF – agencji do spraw przestępstw związanych z alkoholem, tytoniem i bronią palną – wynajmowana w ramach oszczędności od sekty Sun Myung Moona.

Grupa uderzeniowa czekała w trzech samochodach: zdezelowanym wozie obserwacyjnym i dwóch czarnych furgonetkach jednostek specjalnych. Wszyscy tkwili bezczynnie w ciemnym niczym jaskinia garażu.

Starling chwyciła torbę ze sprzętem i podbiegła do pierwszego pojazdu, brudnej białej furgonetki z bocznym napisem „Marcell’s Crab House”.

Czterech mężczyzn obserwowało ją przez otwarte tylne drzwi. Nawet w mundurze Clarice wyglądała szczupło. Choć obciążona torbą, poruszała się zwinnie. Jej włosy błyszczały w widmowym blasku świetlówek.

– Baby zawsze się spóźniają – mruknął funkcjonariusz waszyngtońskiej policji.

Grupą dowodził agent specjalny ATF John Brigham.

– Wcale się nie spóźniła. Wezwałem ją dopiero wtedy, gdy dostaliśmy cynk – sprostował. – Musiała tłuc się tutaj aż z Quantico. Cześć, Starling, rzuć torbę.

Przybiła mu szybką piątkę.

– Cześć, John.

Brigham dał sygnał kierowcy, agentowi przebranemu w zniszczone ciuchy. Zanim zamknięto tylne drzwi, furgonetka wyjechała na ulicę i wtopiła się w jesienne popołudnie.

Clarice Starling, weteranka furgonetek obserwacyjnych, dała nura pod okularem peryskopu i zajęła miejsce z tyłu, jak najbliżej siedemdziesięciokilogramowego bloku suchego lodu, który zastępował klimatyzację, gdy przyczajali się gdzieś z wyłączonym silnikiem.

W starym gruchocie cuchnęło strachem i potem jak w klatce z małpami. Takiego odoru nigdy nie daje się usunąć. Samochód zdobiło już wiele napisów. Ostatni – zabrudzony i wyblakły – umieszczono zaledwie trzydzieści minut wcześniej. Zalepione dziury po kulach były starsze.

Zmatowione okno z tyłu miało szyby przezroczyste tylko od wewnątrz. Starling patrzyła przez nie na dwie jadące za nimi duże czarne furgonetki jednostek specjalnych. Miała nadzieję, że nie będą musieli godzinami warować w samochodach.

Gdy tylko odwracała się do okna, mężczyźni mierzyli ją wzrokiem.

Trzydziestodwuletnia agentka specjalna FBI Clarice Starling zawsze wyglądała na swój wiek i zawsze – bez względu na wiek – prezentowała się świetnie. Nawet w mundurze.

Brigham wziął notatki z fotela pasażera.

– Jak to jest, że zawsze dostaje ci się czarna robota, Starling? – zapytał z uśmiechem.

– Bo ty ciągle mnie wzywasz – odparła.

– Tym razem jesteś mi potrzebna. Ale widzę, że nie robisz nic innego, tylko rozwozisz nakazy. Nie chcę nic sugerować, ale ktoś w Buzzard’s Point chyba niezbyt cię lubi. Powinnaś przyjść popracować do mnie. To moi ludzie: agenci Marquez Burke i John Hare, a to funkcjonariusz Bolton z waszyngtońskiej policji.

Mieszana grupa uderzeniowa składała się z przedstawicieli ATF, jednostek specjalnych DEA – agencji do zwalczania narkotyków – i FBI. Była wymuszonym owocem cięć budżetowych w okresie, gdy nawet Akademia FBI została zamknięta z braku funduszy.

Burke i Hare wyglądali jak agenci. Funkcjonariusz policji stołecznej Bolton mógł uchodzić za strażnika sądowego. Miał około czterdziestu pięciu lat, był tęgi i nalany.

Burmistrz Waszyngtonu sam miał na sumieniu wyrok za posiadanie narkotyków i koniecznie chciał sprawiać wrażenie nieustępliwego wobec handlarzy. Nalegał, aby w każdej większej akcji w Waszyngtonie uczestniczył funkcjonariusz stołecznej policji. Dlatego był tu Bolton.

– Dzisiaj robimy nalot na grupę Drumgo – oznajmił Brigham.

– Wiedziałam. Evelda Drumgo. – W głosie Starling nie było entuzjazmu.

Brigham kiwnął głową.

– Otworzyła fabrykę lodu przy targu rybnym Feliciana nad rzeką. Nasz człowiek twierdzi, że dziś szykuje partię kryształu. A na wieczór ma rezerwację na Kajmany. Nie możemy czekać.

Chlorowodorek metamfetaminy, nazywany na ulicy lodem, wywołuje krótkie i silne odurzenie i jest morderczo uzależniający.

– Narkotyki to wprawdzie działka DEA, ale Eveldę podejrzewamy również o międzystanowy przemyt broni. Na nakazie wyszczególniono kilka pistoletów maszynowych beretta i MAC 10. Wie również, gdzie możemy znaleźć ich więcej. Chciałbym, żebyś się nią zajęła, Starling. Już kiedyś miałaś z nią do czynienia. Chłopcy będą cię osłaniać.

– Łatwe zadanie – odezwał się Bolton z satysfakcją.

– Opowiedz im o Eveldzie, Starling – poprosił Brigham.

Clarice odczekała, aż furgonetka przejedzie po torach i zrobi się ciszej.

– Evelda to twarda sztuka – zaczęła. – Będzie walczyć do końca. Choć nie wygląda na taką: pracowała kiedyś jako modelka. Jest wdową po Dijonie Drumgo. Dwukrotnie ją aresztowałam, po raz pierwszy z mężem. Ostatnim razem miała przy sobie dziewiątkę z trzema magazynkami, w torebce gaz, a w staniku filipiński nóż. Nie wiem, jak jest teraz uzbrojona. Podczas drugiego aresztowania bardzo uprzejmie poprosiłam ją, żeby się poddała. Posłuchała mnie. Później w więzieniu stanowym zabiła współwięźniarkę Marshę Valentine trzonkiem łyżki. Więc z nią nigdy nic nie wiadomo… trudno cokolwiek wyczytać z jej twarzy. Sąd uznał, że działała w samoobronie. W obydwu przypadkach wywinęła się od odpowiedzialności. Oskarżenie o posiadanie broni oddalono, bo miała małe dziecko, a jej mąż został właśnie zastrzelony z samochodu jadącego Pleasant Avenue, prawdopodobnie przez gang Spliffów. Zażądam, żeby się poddała. Mam nadzieję, że posłucha. Urządzimy jej przedstawienie. Ale słuchajcie, jeśli trzeba będzie obezwładnić Eveldę Drumgo, musicie mi naprawdę pomóc. Chcę, żebyście ją porządnie przycisnęli. Niech się wam nie wydaje, że ja i Evelda będziemy uprawiać zapasy w błocie.

Kiedyś Starling zależałoby na opinii tych mężczyzn. Teraz nie podobało im się to, co mówiła, ale ona już zbyt wiele widziała, żeby się tym przejmować.

– Evelda Drumgo przez męża jest związana z gangiem Cripów – wtrącił Brigham. – Nasz człowiek twierdzi, że korzysta z ich ochrony, a oni rozprowadzają narkotyki na wybrzeżu. Cripowie chronią ją głównie przed Spliffami. Nie wiem, co zrobią, gdy zobaczą nas. Starają się nie wchodzić w drogę FBI.

– Musicie też wiedzieć, że Evelda jest nosicielką wirusa HIV – dodała Starling. – Dijon zaraził ją brudną strzykawką. Dowiedziała się o tym w więzieniu i wpadła w furię. Tego dnia zabiła Marshę Valentine i wdała się w bójkę ze strażnikami. Jeśli nie jest uzbrojona, będzie pluć i gryźć, odda na was kał i mocz, więc zakładajcie rękawice i maski, zgodnie ze standardową procedurą operacyjną. Jak będziecie wprowadzać ją do samochodu i kłaść jej rękę na głowie, to uważajcie na igły we włosach i zabezpieczcie jej stopy.

Burke’owi i Hare’owi coraz bardziej rzedły miny. Bolton wyglądał na nieszczęśliwego. Wskazał swoim obwisłym podbródkiem na broń Starling, wysłużonego colta kaliber 45 z paskiem szorstkiej taśmy na uchwycie, zawieszonego w luźnej indiańskiej kaburze na prawym biodrze.

– Chodzi pani cały czas z odbezpieczoną bronią?

– Odbezpieczoną przez cały boży dzień – odparła Starling.

– To niebezpieczne – stwierdził Bolton.

– Proszę przyjść na strzelnicę, a wszystko panu wyjaśnię.

– Bolton, byłem instruktorem Starling, gdy przez trzy lata z rzędu zdobywała tytuł międzywydziałowego mistrza w strzelaniu z pistoletu – wtrącił Brigham. – Niech cię głowa nie boli o jej broń. Jak cię nazwali ci chłopcy z drużyny antyterrorystycznej, Velcro Cowboys, gdy ich udupiłaś, Starling? Annie Oakley?1

– Oakley Trucicielka – odparła, wyglądając przez okno.

Poczuła się samotnie w tej śmierdzącej starym capem furgonetce pełnej mężczyzn. Drażnił ją odór taniej wody po goleniu, potu i skóry. Trochę się bała, a strach miał dla niej smak monety pod językiem. Nagły obraz przeszył pamięć: pachnący tytoniem i tanim mydłem ojciec obiera w kuchni pomarańczę scyzorykiem ze złamanym ostrzem i dzieli się z nią owocem. Tylne światła pikapa nikną w oddali, ojciec odjeżdża na nocny patrol, z którego już nie wróci. Jego ubrania w szafie. Odświętna koszula. Jej eleganckie ciuchy, których nie ma okazji nosić. Smutne wyjściowe ubrania na wieszakach, jak stare zabawki na strychu.

– Jeszcze jakieś dziesięć minut! – zawołał przez ramię kierowca.

Brigham popatrzył przez przednią szybę i zerknął na zegarek.

– Tu jest plan – powiedział. Miał naszkicowany pospiesznie flamastrem schemat i niewyraźny faks z rozkładem pomieszczeń, przesłany przez wydział budownictwa. – Hala targu rybnego tworzy jedną linię ze sklepami i magazynami stojącymi na nabrzeżu. Parcell Street kończy się ślepym zaułkiem przy Riverside Avenue, na tym niewielkim skwerze przed sklepem rybnym. Jak widzicie – ciągnął – budynek stoi tyłem do rzeki. Za nim jest dok, który biegnie wzdłuż całej hali. Na parterze, obok sklepu rybnego, mieści się laboratorium Eveldy. Wejście jest tutaj, od przodu, tuż obok markizy sklepu. Przy przyrządzaniu amfy Evelda na pewno rozstawi straże, co najmniej w promieniu trzech ulic. Ostrzegą ją na czas, żeby mogła się zwinąć. Grupa agentów z trzeciej furgonetki o piętnastej zero zero wkroczy tam z łodzi rybackiej od strony doków. My możemy podjechać najbliżej, pod same drzwi od ulicy, parę minut przed nalotem. Jeśli Evelda wyjdzie przez frontowe drzwi, zdejmiemy ją. Jeśli zostanie w środku, forsujemy wejście od ulicy, zaraz jak agenci wtargną od tyłu. Druga furgonetka to siedmiu ludzi wsparcia. Jeżeli wcześniej nie damy żadnego znaku, wchodzą o piętnastej zero zero.

– Jak wchodzimy? – zapytała Starling.

– Jeśli będzie spokojnie, rozwalamy drzwi – odezwał się Burke. – Ale jeśli usłyszymy strzały, do akcji wkracza avon. – Burke poklepał swoją broń.

Starling widziała ją już wcześniej. Avonem nazywano siedemdziesięciosześciomilimetrowy pocisk magnum wypełniony sproszkowanym ołowiem, który wysadza zamek, nie robiąc krzywdy znajdującym się w środku ludziom.

– A gdzie są dzieci Eveldy? – zapytała.

– Nasz informator widział, jak zostawiła je w przedszkolu – odparł Brigham. – Doskonale zna sytuację rodzinną: zbliżył się na tyle, na ile pozwala bezpieczny seks.

W słuchawkach Brighama zatrzeszczało. Patrzył na skrawek nieba widoczny przez tylne okno.

– Może to tylko helikopter drogówki – powiedział do laryngofonu. – „Strike Two” dostrzegł minutę temu helikopter telewizyjny. Widziałeś coś? – zwrócił się do kierowcy.

– Nie.

– Oby należał do drogówki. Dobra, przygotować się.

Siedemdziesiąt kilogramów suchego lodu nie wystarczy, żeby ochłodzić pięć osób, zamkniętych podczas upału w metalowej furgonetce, zwłaszcza jeśli są ubrane w kuloodporne kamizelki. Gdy Bolton podniósł ramiona, udowodnił, że dezodorant nie zastąpi kąpieli.

Clarice wszyła sobie poduszki pod mundurową koszulę, żeby wygodniej było nosić kevlarową kamizelkę, w założeniu kuloodporną. Ten model miał dodatkowe płytki ceramiczne zarówno na przodzie, jak i na plecach, co zwiększało jego ciężar.

Tragiczne doświadczenie nauczyło ją chronić plecy. Akcja prowadzona z ludźmi o różnym poziomie wyszkolenia, których się nie zna, może być niebezpieczną rozrywką. Gdy człowiek wychodzi przed kolumnę przerażonych żółtodziobów, może zarobić w plecy od swoich.

Trzy kilometry od rzeki trzecia furgonetka oddzieliła się, żeby zawieźć zespół z DEA na spotkanie z łodzią rybacką. Samochód z grupą wsparcia trzymał się w bezpiecznej odległości za białym wozem obserwacyjnym.

Wjeżdżali do coraz bardziej zaniedbanej dzielnicy. W jednej trzeciej budynków okna były zabite deskami, wypalone skrzynie samochodów zalegały przy krawężnikach. Przed barami i sklepikami wałęsali się młodzi mężczyźni. Dzieci bawiły się wokół płonącego na chodniku materaca.

Ochroniarze Eveldy, jeśli tam byli, dobrze wtapiali się w tło. Wokół sklepów monopolowych i na parkingach przed spożywczymi w samochodach siedzieli mężczyźni i rozmawiali.

Nisko zawieszony kabriolet impala z czterema młodymi Murzynami włączył się do ruchu i jechał powoli za furgonetką. Przednim kołem zahaczyli o chodnik, żeby zwrócić uwagę przechodzących dziewczyn, a dudniąca muzyka z ich samochodu wprawiła w drżenie metalowe boki obserwacyjnego vana.

Starling doszła do wniosku, że nie stanowią zagrożenia. Cripowie niemal zawsze jeździli potężnym sedanem lub kombi z opuszczonymi do końca bocznymi szybami, odpowiednio starym, żeby nie rzucał się w oczy w tej okolicy. W środku siedziały zwykle trzy, czasem cztery osoby. Jeśli nie trzyma się wyobraźni na wodzy, nawet drużyna koszykarska w buicku wygląda groźnie.

Czekając na zmianę świateł, Brigham zdjął osłonę z okularów peryskopu i poklepał Boltona po kolanie.

– Rozejrzyj się, czy na chodniku nie paradują jakieś lokalne gwiazdy.

Obiektyw peryskopu ukryty w wentylatorze na dachu dawał widok tylko na boki.

Bolton zrobił pełen obrót i zatrzymał się, przecierając oczy.

– Jak silnik pracuje, to wszystko się trzęsie – oświadczył.

Brigham połączył się przez radio z łodzią.

– Przepłynęli czterysta metrów i posuwają się dalej – powtórzył swojej załodze.

Furgonetka stanęła na czerwonym świetle na Parcell Street, jedną przecznicę od sklepu, i pozostała w bezruchu przez – jak się wydawało – bardzo długi czas. Kierowca rozejrzał się, niby sprawdzając lusterko z prawej strony, i powiedział półgębkiem do Brighama:

– Mało chętnych na ryby. No to jazda.

Światło zmieniło się o czternastej pięćdziesiąt siedem, dokładnie trzy minuty przed godziną zero. Zdezelowany samochód zatrzymał się przed targiem rybnym Feliciana, zajmując dogodne miejsce na chodniku.

Kierowca zaciągnął ręczny hamulec. Zgrzyt było słychać w tylnej części furgonetki.

Brigham zwolnił miejsce przy peryskopie.

– Rozejrzyj się – zwrócił się do Starling.

Obejrzała front budynku. Wystawione na chodnik stoły i lady pełne ryb połyskiwały lodem pod płócienną markizą. Ryby były starannie ułożone gatunkami na kruszonym lodzie, kraby poruszały odnóżami w otwartych skrzyniach, homary właziły jeden na drugiego w zbiorniku. Sprytny sprzedawca nałożył na oczy większych ryb wilgotne ściereczki, żeby błyszczały, gdy wieczorem napłynie fala niezbyt rozmownych, ale wybrednych gospodyń domowych pochodzących z Karaibów.

Promienie słońca rozbłysły tęczą w pyle wodnym nad stołem do czyszczenia ryb, gdzie Latynos kroił silnymi rękoma rekina mako, posługując się sprawnie nożem o zakrzywionym ostrzu. Polewał wielką rybę szlauchem. Zabarwiona krwią woda spływała do rynsztoka. Starling słyszała, jak przepływa strumieniem pod furgonetką.

Obserwowała kierowcę, który zapytał o coś sprzedawcę ryb. Gość zerknął na zegarek, wzruszył ramionami i wskazał palcem pobliską knajpę. Kierowca pokręcił się po targu przez chwilę, zapalił papierosa i odszedł w stronę baru.

Z głośników dochodziły dźwięki Macareny, wystarczająco głośne, żeby Starling słyszała je wyraźnie w furgonetce. Ta piosenka zbrzydnie jej na całe życie.

Wejście, które ją interesowało – podwójne metalowe drzwi w metalowej framudze z pojedynczym betonowym stopniem – znajdowało się po prawej stronie.

Już miała oderwać wzrok od peryskopu, gdy nagle drzwi się otworzyły. Na ulicę wyszedł postawny biały mężczyzna w hawajskiej koszuli i sandałach. Do piersi przyciskał plecak, pod którym chował dłoń. Za nim szedł żylasty Murzyn z płaszczem przerzuconym przez rękę.

– Uwaga – powiedziała Starling.

Pojawiła się piękna twarz i długa jak u Nefertiti szyja Eveldy Drumgo.

– Evelda wychodzi za tymi dwoma facetami. Chyba się zmywają – informowała Starling.

Okupowała peryskop tak długo, aż Brigham w końcu ją szturchnął. Włożyła kask.

Brigham mówił do laryngofonu.

– „Strike One” do wszystkich jednostek. Zaczyna się. Zaczyna się. Wyszła od naszej strony. Ruszamy. Zdejmijmy ich jak najspokojniej. – Przeładował broń. – Łódź będzie tu za trzydzieści sekund, jazda.

Starling wyskoczyła pierwsza. Warkoczyki Eveldy śmignęły w powietrzu, gdy odwróciła głowę w jej stronę.

– Na ziemię, na ziemię! – krzyknęła Starling. Wiedziała, że ma za sobą uzbrojoną eskortę.

Evelda minęła swoich towarzyszy.

Na szyi miała zawieszone nosidełko z dzieckiem.

– Nie chcemy kłopotów. Czekajcie – rzuciła do swoich ludzi. Ruszyła do przodu. Szła dumnie jak królowa. Przed sobą, na tyle wysoko, na ile pozwalały szelki nosidełka, trzymała owinięte w koc dziecko.

Trzeba zrobić jej miejsce. Starling schowała broń do kabury i rozłożyła puste ręce.

– Evelda! Poddaj się! Podejdź do mnie. – Usłyszała za sobą ryk potężnego ośmiozaworowego silnika i pisk opon. Nie mogła się odwrócić. To pewnie wsparcie.

Evelda ją zignorowała. Podeszła do Brighama. Dziecięcy kocyk zafurkotał, gdy wystrzelił schowany pod nim MAC 10. Brigham runął na ziemię z twarzą zalaną krwią.

Postawny biały facet odrzucił plecak. Burke zobaczył pistolet maszynowy i wystrzelił pocisk avon, tworząc obłoczek nieszkodliwego ołowianego pyłu. Przeładował broń, ale było za późno. Przeciwnik trafił go w krocze pod kamizelką i obrócił się w stronę Starling. Zanim nacisnął spust, wyciągnęła broń i strzeliła dwa razy w środek hawajskiej koszuli.

Strzały z tyłu. Żylasty Murzyn odchylił płaszcz zakrywający broń i cofnął się z powrotem do drzwi. Jakaś siła, niczym potężny cios pięścią w plecy, pchnęła Starling do przodu, zapierając jej dech w piersiach. Odwróciła się i zobaczyła samochód Cripów: cadillac sedan z otwartymi bocznymi oknami, na których siedzieli okrakiem, niczym Indianie, dwaj mężczyźni. Strzelali nad dachem. Z tylnego siedzenia strzelał trzeci. Ogień i dym z trzech luf, świst kul w powietrzu.

Starling dała nura między zaparkowane samochody. Kątem oka dostrzegła, jak ciałem leżącego na jezdni Burke’a wstrząsają drgawki. Brigham leżał nieruchomo, pod jego kaskiem tworzyła się kałuża. Hare i Bolton strzelali spomiędzy samochodów po drugiej stronie ulicy, dokąd cofnęli się pod ostrzałem. Usłyszała brzęk tłuczonego szkła i huk eksplodującej opony. Z jedną nogą w rynsztoku wyjrzała z ukrycia.

Dwaj siedzący okrakiem na oknach samochodu mężczyźni walili z broni maszynowej nad dachem. Kierowca wolną ręką strzelał z pistoletu. Czwarty mężczyzna na tylnym siedzeniu wciągał Eveldę z dzieckiem przez otwarte drzwi wozu. Trzymała plecak. Kanonada trwała nadal, gdy cadillac z dymiącymi tylnymi oponami ruszył z miejsca. Starling podniosła się, wycelowała i trafiła kierowcę w skroń. Dwukrotnie strzeliła do mężczyzny siedzącego na bocznym oknie. Osunął się do tyłu. Wyrzuciła pusty magazynek i wcisnęła następny, zanim pierwszy zdążył spaść na ziemię. Nie spuszczała oczu z samochodu.

Cadillac wpadł bokiem na wozy zaparkowane przy ulicy i zatrzymał się z hukiem.

Starling ruszyła w jego stronę. Drugi ze strzelających siedział wciąż na oknie i z oszalałym wzrokiem napierał rękoma na dach, wciśnięty między cadillaca i jeden z zaparkowanych samochodów. Broń zsunęła się z dachu. W oknie ukazały się puste ręce. Z samochodu wygramolił się mężczyzna z zawiązaną na głowie niebieską bandaną i zaczął uciekać z podniesionymi rękami. Starling zignorowała go.

Strzały z prawej strony i uciekinier runął na twarz, próbując wpełznąć pod samochód. W górze rozległ się warkot helikoptera.

– Na ziemię! Na ziemię! – krzyczał ktoś na targu. Ludzie ukryli się pod stoiskami. Woda z porzuconego węża tryskała w powietrze.

Starling zbliżała się do cadillaca. Ruch na tylnym siedzeniu. Samochód się zakołysał. Ze środka dochodziły krzyki dziecka. Strzał i szyba w tylnym oknie roztrzaskała się w drobny mak.

Starling podniosła broń.

– Stać! Nie strzelać! Uwaga na drzwi. Za mną! Uwaga na drzwi w sklepie rybnym.

– Evelda! – Ruch na tylnym siedzeniu. Krzyk dziecka. – Evelda, wystaw ręce przez okno.

Evelda Drumgo zaczęła wychodzić. Dziecko wciąż płakało. Z głośników na targu dudniła Macarena. Evelda ruszyła w stronę Starling z pochyloną głową, obejmując dziecko.

Burke drgnął na ziemi między nimi. Konwulsje były słabsze, teraz gdy prawie się wykrwawił w rytmie Macareny. Ktoś podbiegł, pochylił się i próbował zatamować krew.

Broń Starling była wycelowana w ziemię, tuż przed Eveldą.

– Evelda, pokaż ręce! No dalej, pokaż mi ręce!

Wybrzuszenie pod kocem. Evelda podniosła głowę i ciemne egipskie oczy. Spojrzała na Clarice.

– Proszę, proszę, to ty, Starling.

– Evelda, nie rób tego. Pomyśl o dziecku.

– Czas na wymianę płynów ustrojowych, dziwko.

Koc zafurkotał, rozległ się huk. Kula z pistoletu Starling przestrzeliła górną wargę Eveldy Drumgo, przeszywając głowę na wylot.

Oszołomiona Starling usiadła na ziemi bez tchu z dziwnym kłuciem w boku głowy. Evelda też usiadła. Pochyliła się do przodu nad krzyczącym dzieckiem. Zalewała je buchającą z ust krwią. Starling podczołgała się i szarpnęła za śliskie klamry nosidełka. Wyciągnęła filipiński nóż zza stanika Eveldy i przecięła uprząż krępującą dziecko. Było lepkie i czerwone, wyślizgiwało się z rąk.

Starling trzymała zakrwawione dziecko, rozglądając się rozpaczliwie. Zauważyła wodę tryskającą w powietrze przy sklepie rybnym. Pobiegła tam. Odsunęła noże i rybie wnętrzności, położyła dziecko na stole i skierowała na nie silny strumień wody. Czarne dziecko na białym stole do czyszczenia ryb między nożami, rybimi wnętrznościami i głową rekina, obmywane z zakażonej wirusem HIV krwi. Krew Starling też leciała na niemowlę, mieszając się z krwią Eveldy i łącząc we wspólny strumień, słony jak morze.

W pyle wodnym błyszczała nadal drwiąca tęcza boskiej obietnicy – iskrząca się flaga nad dziełem Jego ślepej opatrzności. Starling nie zauważyła żadnych ran na ciele chłopca. Z głośników rozbrzmiewała Macarena, światło flesza błyskało raz po raz, aż Hare odciągnął natrętnego fotografa.

Rozdział 2

Ślepa uliczka w robotniczej dzielnicy Arlington w stanie Wirginia, tuż po północy. Ciepła jesienna noc po deszczu. Powietrze drży niespokojnie przed chłodnym frontem. Pośród zapachów mokrej ziemi i liści swój koncert odgrywa świerszcz. Milknie, gdy dociera do niego silna wibracja: stłumiony warkot mustanga z pięciolitrowym silnikiem i stalowym orurowaniem. Skręca w uliczkę, a za nim pojawia się samochód policyjny. Oba samochody wjeżdżają na podjazd przed zadbanym bliźniakiem i się zatrzymują. Mustangiem trzęsie nieco na jałowym biegu. Gdy silniki cichną, świerszcz odczekuje chwilę i wznawia koncert – ostatni przed nadejściem mrozów, ostatni w ogóle.

Umundurowany funkcjonariusz policji wysiada od strony kierowcy z mustanga. Obchodzi samochód i otwiera drzwi pasażerce. Biała opaska przytrzymuje opatrunek na uchu Clarice Starling. Nad zieloną szpitalną bluzą, którą ma na sobie zamiast koszuli, widać na szyi czerwonopomarańczowe plamy betadyny.

W zasuwanej plastikowej torbie niesie swoje rzeczy: trochę cukierków miętowych, klucze, identyfikator agentki specjalnej FBI, ładowarkę z pięcioma nabojami, mały pojemnik z gazem. Oprócz torby ma też pas z pustą kaburą.

Policjant podaje jej kluczyki od samochodu.

– Dziękuję, Bobby.

– Chcesz, żebyśmy przyszli z Pharon trochę z tobą posiedzieć? A może wolałabyś, żebym przysłał Sandrę? Nigdy nie kładzie się spać przed moim powrotem. Przywiozę ją tutaj na jakiś czas, potrzebujesz towarzystwa…

– Nie, pójdę już. Zaraz wróci Ardelia. Dziękuję, Bobby.

Policjant wsiada do samochodu, w którym czeka jego partner. Widząc, że Starling znika w drzwiach domu, odjeżdża.

Pralnia w domu Starling jest ciepła i pachnie płynem do płukania tkanin. Węże od pralki i suszarki są przymocowane plastikowymi uchwytami. Starling kładzie rzeczy na pralce. Klucze z głośnym brzękiem padają na metalową obudowę. Przenosi pranie z pralki do suszarki. Zdejmuje spodnie od munduru i wrzuca je do bębna, za nimi wędruje tam szpitalna bluza i zakrwawiony stanik. Włącza pralkę. Ma na sobie tylko skarpetki, majtki i pistolet kaliber 38 z osłoniętym kurkiem w futerale przy kostce. Na plecach i żebrach wyraźnie odznaczają się siniaki, a na łokciu widać zadrapanie. Prawe oko i policzek są spuchnięte.

Pralka podgrzewa wodę i bęben zaczyna się obracać. Starling otula się wielkim ręcznikiem kąpielowym i cicho przechodzi do salonu. Wraca z napełnioną do połowy szklanką jacka daniel’sa. Siada na gumowej macie przed pralką, opierając się o nią w ciemnościach. Ciepła maszyna pracuje, chlupocząc miarowo. Starling siedzi na podłodze z twarzą zwróconą do góry. Łka kilka razy na sucho, zanim oczy zajdą jej łzami. Łzy pieką, płynąc po policzkach.

Chłopak Ardelii Mapp przywiózł ją do domu mniej więcej za piętnaście pierwsza w nocy po długim wypadzie na Cape May. Pożegnali się przed drzwiami. W łazience Ardelia usłyszała szum wody i głuchy odgłos w rurach. Pralka realizowała swój program.

Przeszła na tyły domu i zapaliła światło w kuchni, którą dzieliła ze Starling. Zajrzała do pralni. Na podłodze siedziała Clarice z obandażowaną głową.

– Starling, dziecino! Co się stało? – Mapp przykucnęła przy niej.

– Przestrzelono mi ucho, Ardelio. Zajęli się tym w szpitalu Waltera Reeda. Nie zapalaj światła, dobrze?

– Dobrze. Przygotuję ci coś do jedzenia. Nic nie wiem – w samochodzie słuchaliśmy kaset – opowiadaj.

– John nie żyje.

– Tylko nie Johnny Brigham! – Mapp i Starling podkochiwały się w Brighamie, gdy był jeszcze instruktorem strzeleckim w Akademii FBI. Próbowały wówczas odczytać tatuaż pod rękawem jego koszuli.

Starling kiwnęła głową i jak dziecko przetarła oczy wierzchem dłoni.

– Evelda Drumgo i paru Cripów. Zastrzeliła go Evelda. Rozwalili też Burke’a, Marqueza Burke’a z ATF. To była wspólna akcja. Ktoś ją ostrzegł. Dotarliśmy na miejsce w tym samym czasie co telewizja. Mnie się dostała Evelda. Nie chciała się poddać, Ardelio. Nie chciała się poddać i trzymała dziecko. Strzeliłyśmy do siebie. Ona zginęła.

Mapp nigdy nie widziała płaczącej Starling.

– Ardelio, zabiłam dzisiaj pięć osób.

Mapp usiadła na podłodze obok Starling i objęła ją ramieniem. Razem oparły się o szumiącą pralkę.

– A co z dzieckiem Eveldy?

– Obmyłam je z krwi. Widziałam, że nie miało żadnych ran. W szpitalu powiedzieli, że nic mu nie jest. Za parę dni mają je oddać matce Eveldy. Wiesz, jakie były ostatnie słowa Eveldy? „Czas na wymianę płynów ustrojowych, dziwko”.

– Chcesz się napić? – zapytała Mapp.

– Słucham?

Rozdział 3

Szary świt przyniósł nowe gazety i poranne wydania telewizyjnych dzienników.

Mapp usłyszała, że Starling kręci się po mieszkaniu, i poszła do niej z muffinami. Razem obejrzały telewizję.

CNN i inne programy informacyjne kupiły od WFUL-TV film nakręcony z helikoptera. Niezwykłe ujęcia ukazywały całe wydarzenie bezpośrednio z góry.

Starling obejrzała relację. Chciała się przekonać, czy Evelda strzeliła pierwsza. Zerknęła na Mapp i spostrzegła na jej brązowej twarzy gniew.

Wybiegła z pokoju, żeby zwymiotować.

– Ciężko się to ogląda – stwierdziła, gdy wróciła blada na trzęsących się nogach.

Mapp miała zwyczaj natychmiast przechodzić do sedna sprawy.

– Chciałabyś wiedzieć, co myślę o tym, że zabiłaś tę Murzynkę z dzieckiem na rękach? No więc słuchaj. Strzeliła pierwsza. Ja chcę, żebyś żyła. Ale pomyśl, kto jest odpowiedzialny za tę chorą politykę. Co za popieprzony sposób myślenia doprowadził do tego, że musiałyście załatwić ten problem między sobą, używając spluw? Strasznie mądre. Mam nadzieję, że dobrze się zastanowisz, czy nadal chcesz być marionetką w ich rękach. – Zrobiła wymowną przerwę, nalewając herbatę do filiżanki. – Chcesz, żebym z tobą została? Wezmę sobie wolne.

– Dzięki. Nie musisz. Zadzwoń do mnie.

„National Tattler”, który najbardziej skorzystał na brukowcowym boomie lat dziewięćdziesiątych, wydał dodatek specjalny, szokujący nawet jak na tę gazetę. Ktoś w południe podrzucił ją przed dom. Gdy Clarice wyszła na dwór, żeby zobaczyć, co to za hałas, znalazła egzemplarz. Oczekiwała najgorszego i przeczucia jej nie zawiodły. Wielkie litery nagłówka krzyczały:

ANIOŁ ŚMIERCI: CLARICE STARLING,

MASZYNA DO ZABIJANIA Z FBI

Trzy fotografie na pierwszej stronie przedstawiały Clarice Starling w mundurze z pistoletem kaliber 45 podczas zawodów strzeleckich, Eveldę Drumgo z dzieckiem, z przestrzeloną głową pochyloną jak na obrazie Madonny pędzla Giovanniego Cimabue, i jeszcze raz Clarice Starling, jak kładzie nagie czarne dziecko na białym stole do czyszczenia ryb między nożami, rybimi wnętrznościami i głową rekina. Podpis pod zdjęciami głosił:

Agentka specjalna FBI, Clarice Starling, pogromczyni seryjnego mordercy Jame’a Gumba, może dodać co najmniej pięć nacięć na lufie. Matka z dzieckiem na ręku i dwaj policjanci to tylko niektóre ofiary nieudanej akcji antynarkotykowej.

Artykuł opisywał narkotykową karierę Eveldy i Dijona Drumgo oraz pojawienie się Cripów w wyniszczonym wojną gangów Waszyngtonie. Zamieszczono też krótką wzmiankę o przebiegu służby zabitego oficera Johna Brighama i wymieniono odznaczenia, które zdobył.

Starling poświęcono osobny artykuł ozdobiony zdjęciem zrobionym z ukrycia w restauracji. Przedstawiało zaperzoną agentkę Starling w wydekoltowanej sukni.

Clarice Starling, agentka specjalna FBI, miała swoje pięć minut sławy, gdy siedem lat temu zastrzeliła seryjnego mordercę Jame’a Gumba, zwanego Buffalo Billem. Teraz mogą zostać wyciągnięte wobec niej konsekwencje służbowe i cywilne w związku ze śmiercią mieszkanki Waszyngtonu oskarżonej o produkcję amfetaminy (patrz artykuł na pierwszej stronie).

„Może to oznaczać koniec jej kariery”, donosi jeden z naszych informatorów z ATF, siostrzanego biura FBI. „Nie znamy jeszcze wszystkich szczegółów, ale John Brigham nie musiał zginąć. To ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje FBI po aferze Ruby Ridge”, oświadczył nasz informator, który woli pozostać anonimowy.

Błyskotliwa kariera Clarice Starling miała swój start tuż po rozpoczęciu przez nią szkolenia w Akademii FBI. Jako absolwentka Uniwersytetu Stanu Wirginia z tytułem magistra psychologii i kryminologii otrzymała zadanie przesłuchania niebezpiecznego szaleńca, dr. Hannibala Lectera, zwanego przez naszą gazetę „Hannibalem-Kanibalem”. Jego wskazówki pomogły w odnalezieniu Jame’a Gumba i uratowaniu przetrzymywanej przez niego Catherine Martin, córki byłej senator stanu Tennessee.

Agentka Starling przez trzy lata z rzędu wygrywała międzywydziałowe mistrzostwa w strzelaniu z pistoletu. Jak na ironię, oficer Brigham, który zginął u jej boku, był instruktorem strzeleckim Starling w Quantico i jej trenerem podczas zawodów.

Rzecznik FBI oświadczył, że agentka Starling zostanie zawieszona w czynnościach służbowych do czasu zakończenia wewnętrznego śledztwa FBI w tej sprawie. W tym tygodniu zostanie przesłuchana przez Urząd do spraw Odpowiedzialności Zawodowej, wzbudzającą strach Świętą Inkwizycję FBI.

Krewni zmarłej Eveldy Drumgo zapowiedzieli, że będą się domagać odszkodowania od rządu Stanów Zjednoczonych i osobiście od Starling.

Trzymiesięczny synek Eveldy, widoczny w ramionach matki na dramatycznych zdjęciach, które zrobiono podczas strzelaniny, nie odniósł obrażeń.

Adwokat Telford Higgins, który bronił rodziny Drumgo podczas licznych spraw sądowych, twierdzi, że półautomatyczny pistolet agentki specjalnej Starling, zmodyfikowany colt kaliber 45, nie może być używany przez organy ochrony porządku publicznego w Waszyngtonie. „To śmiertelnie niebezpieczna broń, nieodpowiednia dla stróżów prawa”, oświadczył Higgins. „Jej użycie stwarza ogromne niebezpieczeństwo dla życia”, stwierdził adwokat.

„National Tattler” kupił od swojego informatora numer domowego telefonu Clarice Starling i aparat dzwonił, dopóki Starling nie zdjęła słuchawki z widełek. Do biura dzwoniła z telefonu komórkowego.

Ucho i spuchnięta twarz nie bolały, jeśli nie dotykała bandaży. Dwie tabletki tylenolu przyniosły ulgę. Nie musiała zażywać przepisanego przez lekarza percocetu. Zasnęła z drobinami prochu na dłoniach i zaschniętymi na twarzy łzami, „Washington Post” zsunął się z kołdry na podłogę.

Rozdział 4

Ty zakochujesz się w Biurze,

lecz Biuro nie zakochuje się w tobie.

MAKSYMA Z PORADNI DLA ZWOLNIONYCH AGENTÓW FBI

O tak wczesnej porze hala sportowa w budynku imienia J. Edgara Hoovera była jeszcze niemal pusta. Dwaj mężczyźni w średnim wieku pokonywali w wolnym tempie kolejne okrążenia bieżni. W sali gimnastycznej odbijały się echem pobrzękiwania maszyn do ćwiczeń siłowych i odgłosy gry w squasha.

Głosy biegaczy nie niosły się w powietrzu. Jack Crawford biegł z dyrektorem FBI, Tunberrym, na jego prośbę. Zrobili już ponad trzy kilometry i zaczynało ich ogarniać zmęczenie.

– Baylock z ATF musi ponieść konsekwencje za aferę w Waco. Jeszcze nie teraz, ale jest skończony i wie o tym – powiedział dyrektor. – Może już powiadomić wielebnego Moona, że zwalnia biuro. – Wynajmowanie przez ATF lokalu w Waszyngtonie od sekty Sun Myung Moona wywoływało w FBI złośliwe komentarze.

– A Farriday wylatuje za Ruby Ridge – ciągnął dalej dyrektor.

– Tego nie rozumiem – odparł Crawford. Razem z Farridayem służył w Nowym Jorku w latach siedemdziesiątych, gdy pikietowano biura FBI przy Trzeciej Alei i Sześćdziesiątej Dziewiątej Ulicy. – Farriday jest dobrym agentem. To nie on kierował przebiegiem akcji.

– Powiedziałem mu wczoraj rano.

– Przyjął to spokojnie? – zapytał Crawford.

– Powiedzmy, że zatrzymuje pewne przywileje. Żyjemy w niebezpiecznych czasach, Jack.

Obydwaj biegli z odchylonymi do tyłu głowami. Zwiększyli nieco tempo. Kątem oka Crawford zauważył, że dyrektor ocenia jego kondycję.

– Ile masz lat, Jack, pięćdziesiąt sześć?

– Zgadza się.

– Rok do obowiązkowej emerytury. Wielu odchodzi, mając czterdzieści osiem, pięćdziesiąt lat, gdy jeszcze mogą się gdzieś zatrudnić. Ale nie ty. Chciałeś się czymś zająć po śmierci Belli.

Crawford nie odpowiadał przez połowę okrążenia. Dyrektor zdał sobie sprawę, że popełnił nietakt.

– Wiem, jak to przeżyłeś, Jack. Doreen mówiła mi któregoś dnia…

– W Quantico zostało jeszcze trochę do zrobienia. Chcemy usprawnić bazę danych VICAP w Internecie, żeby każdy policjant mógł z niej skorzystać. Widziałeś to w budżecie.

– Myślałeś kiedyś o stanowisku dyrektora?

– Zawsze uważałem, że to nie dla mnie.

– Racja, Jack. Nie jesteś typem polityka. Nie mógłbyś być dyrektorem. Nie mógłbyś być Eisenhowerem czy Omarem Bradleyem. – Dyrektor pokazał ruchem ręki, że chce się zatrzymać. Stanęli na bieżni, dysząc ciężko. – Ale mógłbyś być Pattonem. Potrafisz poprowadzić ludzi przez piekło i sprawić, że będą cię uwielbiali. Ja nie mam takiego daru. Wszystkich muszę ciągnąć na siłę. – Tunberry rozejrzał się, podniósł z ławki ręcznik i zawiesił go na szyi jak pelerynę, którą zakłada sędzia, ogłaszając wyrok śmierci. Oczy mu błyszczały.

Niektórzy muszą okazać gniew, żeby zachować niezłomną postawę, pomyślał Crawford, obserwując poruszające się usta Tunberry’ego.

– Co do zastrzelonej z dzieckiem na rękach pani Drumgo i jej laboratorium narkotykowego, powiedzmy sobie, Komisja Sądowa Kongresu domaga się ofiar z ludzi. Świeżego, czerwonego mięsa. Domagają się go media. DEA musi im rzucić trochę tego mięsa. ATF musi rzucić trochę mięsa. I my też. Ale w naszym przypadku mogą zadowolić się płotką. Zdaniem Krendlera, jeśli damy im Clarice Starling, zostawią nas w spokoju. Zgadzam się z nim. ATF i DEA biorą na siebie winę za przygotowanie akcji. Starling pociągnęła za spust.

– Celując do zabójczyni policjanta, która strzeliła pierwsza.

– Chodzi o telewizję, Jack. Chyba tego nie rozumiesz. Ludzie nie widzieli, jak Evelda Drumgo zastrzeliła Johna Brighama. Nie widzieli, że Evelda pierwsza strzeliła do Starling. Tego im nie pokazano. Za to dwieście milionów widzów, z których jedna dziesiąta bierze udział w wyborach, obejrzało, jak Evelda Drumgo pochyla się nad dzieckiem w ochronnej pozie, siedząc na ulicy z przestrzeloną na wylot głową. Nic nie mów, Jack. Wiem, że przez pewien czas chciałeś zrobić Starling swoją protegowaną. Ale ona ma niewyparzony język i już na samym początku zraziła do siebie niektórych ludzi…

– Krendler to palant.

– Posłuchaj, co ci powiem, i nie przerywaj mi, dopóki nie skończę. Kariera Starling i tak stanęła w miejscu. Zostanie zwolniona z czystymi papierami i będzie mogła znaleźć pracę gdzie indziej. Jack, dokonałeś w FBI czegoś niezwykłego, rozwijając Sekcję Behawioralną. Wiele osób uważa, że gdybyś tylko bardziej zadbał o swoje własne interesy, zaszedłbyś znacznie wyżej, i że zasługujesz na dużo więcej. Ja pierwszy to mówię. Jack, przejdziesz na emeryturę jako zastępca dyrektora. Masz to u mnie.

– To znaczy, jeśli umyję od całej sprawy ręce?

– Przy normalnym rozwoju wypadków, Jack, jeśli znów zapanuje w naszym królestwie spokój, tak się stanie. Jack, spójrz na mnie.

– Tak, panie dyrektorze?

– Nie proszę cię, wydaję ci polecenie. Nie mieszaj się do tego. Nie odrzucaj szansy, Jack. Czasem trzeba się od kogoś odwrócić. Znam to z doświadczenia. Słuchaj, rozumiem, że jest ci ciężko, ale wierz mi, wiem też, jak się czujesz.

– Jak się czuję? Czuję, że chciałbym wziąć prysznic – powiedział Crawford.

Rozdział 5

Starling była sprawną, choć niezbyt skrupulatną gospodynią. Sprzątała swoją część domu, ale rzeczy zwykle miały tendencję do piętrzenia się – czyste, nieposortowane pranie, gazety, na które nie starczało miejsca. Należała do mistrzów w konkurencji prasowania ubrań w ostatniej chwili i nie musiała mizdrzyć się przed lustrem, więc jakoś sobie radziła.

Gdy tęskniła za ładem, przechodziła przez wspólną kuchnię do mieszkania Ardelii Mapp. Jeśli Ardelia była u siebie, Clarice mogła skorzystać z jej rad, zawsze pożytecznych, choć czasem szczerych aż do bólu. Jeśli jej nie było, Starling wiedziała, że może posiedzieć i porozmyślać w idealnym porządku panującym w mieszkaniu Mapp – pod warunkiem, że niczego nie przestawi. Dzisiaj też tam siedziała. To jedno z tych miejsc, w których zawsze czuje się osobowość właściciela, bez względu na to, czy jest obecny czy nie.

Wpatrywała się w polisę ubezpieczeniową babci Mapp, wiszącą na ścianie w ręcznie wykonanej ramce. Wcześniej wisiała w chacie babki, a później w skromnym mieszkaniu rodziców Ardelii, gdy była jeszcze dzieckiem. Babka sprzedawała uprawiane warzywa i kwiaty z ogródka. Za oszczędności opłacała składki. Pod zastaw polisy wzięła kredyt, żeby pomóc Ardelii skończyć szkołę. Na ścianie wisiało też zdjęcie drobniutkiej starowinki, która próbuje się uśmiechać nad wykrochmalonym białym kołnierzykiem. W jej czarnych oczach pod rondem słomianego kapelusza tliła się wiekowa mądrość.

Ardelia znała swoje korzenie, czerpała z nich siłę każdego dnia. Starling chciała odnaleźć swoje, próbując jakoś się pozbierać. Luterański sierociniec w Bozeman karmił ją, ubierał i nauczył odpowiedniego zachowania. Ale teraz potrzebowała czegoś więcej: więzów krwi.

Cóż takiego ma ktoś, kto wywodzi się z biednej białej rodziny, z dziury, gdzie czas stanął w miejscu? Kto wychował się wśród ludzi, których mieszkańcy studenckich kampusów nazywają kmiotkami i wieśniakami czy protekcjonalnie prostakami z Appalachów? Jeśli nawet wątpliwi arystokraci z Południa, którzy gardzą pracą fizyczną, odnoszą się do jego ziomków jak do buraków – z jakiej tradycji czerpie przykład? Że daliśmy im wycisk nad Bull Run? Że pradziadunio spisał się pod Vicksburgiem?

A jednak odwołanie do tego, co zostało z przeklętych czterdziestu arów i zabłoconego muła, przynosi zaszczyt i ma głębszy sens. Trzeba samemu do tego dojść. Nikt tego nie nauczy.

Starling odniosła sukces jako studentka w Akademii FBI, bo w niczym nie mogła znaleźć oparcia. Większość życia spędziła w różnych instytucjach. Szanowała je i przestrzegała ściśle panujących w nich zasad. Zawsze parła do przodu, zdobyła stypendium. Po świetnym starcie załamanie kariery w FBI było dla niej nowym i strasznym przeżyciem. Tłukła się o szklane ściany jak pszczoła w butelce.

Miała cztery dni na opłakiwanie Johna Brighama, zastrzelonego na jej oczach. Dawno temu John Brigham zaproponował jej coś, a ona odmówiła. Potem zapytał, czy mogą zostać przyjaciółmi, i mówił poważnie. A ona się zgodziła, też na serio.

Musiała pogodzić się z tym, że na targu rybnym Feliciana uśmierciła pięć osób. Kilka razy przypominał jej się Crip; unieruchomiony między samochodami, rozpaczliwie drapał paznokciami dach samochodu, gdy z palców wyśliznęła mu się broń.

Żeby ulżyć wyrzutom, poszła do szpitala. Chciała popatrzeć na dziecko Eveldy. Zastała tam jej matkę, która zabierała właśnie wnuka do siebie. Rozpoznała Starling ze zdjęć w gazetach, oddała dziecko pielęgniarce i, zanim Starling zdołała cokolwiek zrobić, wymierzyła jej mocny policzek w zabandażowaną twarz.

Starling nie oddała jej, lecz przytrzymała za nadgarstki, przyciskając do szpitalnego okna, aż kobieta się uspokoiła, z twarzą wykrzywioną na umazanej śliną szybie. Po szyi Clarice spływała krew, ból przyprawił ją o zawrót głowy. W szpitalu ponownie zszyto jej ucho. Zrezygnowała ze złożenia skargi. Pielęgniarz ze szpitala opowiedział o incydencie dziennikarzowi „National Tattler”. Dostał za to trzysta dolarów.

Musiała wyjść z domu jeszcze dwa razy: żeby przygotować Brighama do pogrzebu i wziąć udział w uroczystości na cmentarzu Arlington. Brigham miał tylko nielicznych dalekich krewnych i w ostatniej woli prosił Starling, żeby zajęła się nim po śmierci.

Miał tak zmasakrowaną twarz, że w grę wchodziła wyłącznie zamknięta trumna. Mimo to Starling zrobiła wszystko, żeby zadbać o jego wygląd. Ubrała go w błękitny mundur piechoty morskiej ze Srebrną Gwiazdą i innymi odznaczeniami.

Po uroczystości dowódca Brighama przekazał Starling pudełko z osobistą bronią Johna, odznakami i kilkoma drobiazgami z jego wiecznie zagraconego biurka, między innymi kiczowatym szklanym ptaszkiem, który pił ze szklanki.

Za pięć dni czekało Starling przesłuchanie. Mogło oznaczać koniec jej kariery. Poza jedną wiadomością od Jacka Crawforda służbowy telefon milczał i nie mogła już porozmawiać z Johnem Brighamem.

Zadzwoniła do swojego przedstawiciela w Związku Agentów FBI. Poradził jej, żeby na przesłuchanie nie wkładała długich kolczyków ani odkrytych pantofli.

Telewizja i prasa rozwodziły się codziennie na temat śmierci Eveldy Drumgo, robiąc wokół sprawy wiele hałasu.

Tutaj, w mieszkaniu Mapp, w otaczającym ją idealnym porządku, Starling próbowała się skoncentrować.

Robakiem, który drąży cię od środka, jest chęć przyznania racji twoim wrogom, uzyskania ich przychylności.

Natrętny dźwięk.

Starling usiłowała przypomnieć sobie wszystko, co mówiła w furgonetce. Czy powiedziała więcej, niż było konieczne? Natrętny dźwięk.

Brigham poprosił ją, żeby opowiedziała innym o Eveldzie. Czy okazała wrogość, mówiła za bardzo krytycznie?

Natrętny dźwięk.

Oprzytomniała. Zdała sobie sprawę, że ktoś dzwoni do drzwi. Prawdopodobnie reporter. Czekała też na wezwanie do sądu. Przesunęła zasłonę w oknie i zobaczyła odchodzącego listonosza. Otworzyła drzwi i dogoniła go. Podpisując odbiór przesyłki poleconej, odwróciła się plecami do samochodu prasowego po drugiej stronie ulicy z wycelowanymi w nią teleobiektywami. Koperta była w kolorze fioletoworóżowym z jedwabistymi włóknami na lnianym papierze. Coś jej to przypomniało. W domu, z dala od ludzkich oczu, odczytała adres. Piękne, kaligraficzne pismo.

Bezustanny szum strachu w głowie przerodził się w wycie syreny. Poczuła, że skóra na brzuchu zadrżała, jakby spadło na nią coś zimnego.

Wzięła kopertę za rogi i zaniosła do kuchni. Wyciągnęła z torebki białe rękawiczki do oglądania dowodów rzeczowych. Przycisnęła kopertę do twardej powierzchni kuchennego stołu i starannie ją obmacała. Choć papier był gruby, wyczułaby baterię gotową zdetonować materiał wybuchowy. Wiedziała, że powinna zbadać list pod fluoroskopem. Jeśli go otworzy, może mieć kłopoty. Kłopoty. Racja. A niech tam.

Rozcięła kopertę kuchennym nożem i wyjęła pojedynczą kartkę jedwabistego papieru. Zanim spojrzała na podpis, wiedziała już, kto do niej napisał.

Droga Clarice,

z entuzjazmem śledziłem przebieg Twego publicznego zniesławienia i upokorzenia. Ja sam nigdy się tym nie przejmowałem – doskwierały mi jedynie niewygody związane z odosobnieniem. Ale Tobie może brakować dystansu.

Podczas naszych rozmów w podziemiach szpitala wydało mi się oczywiste, że postać Twego ojca, zmarłego nocnego strażnika, zajmuje poczesne miejsce w Twoim systemie wartości. Fakt, iż położyłaś kres krawieckiej karierze Jame’a Gumba, uszczęśliwił Cię tak bardzo, ponieważ – jak sądzę – mogłaś sobie wyobrazić, że zrobił to Twój ojciec.

Teraz masz w FBI bardzo złe notowania. Czy zawsze wyobrażałaś sobie, że masz nad sobą ojca? Czy wyobrażałaś go sobie na stanowisku szefa sekcji, a może – wyżej niż sam Jack Crawford – jako zastępcę dyrektora, który z dumą obserwuje Twoje postępy? A teraz, czy widzisz go przybitego i zawstydzonego Twoją hańbą? Twoją porażką? Przykrym, wstydliwym końcem obiecującej kariery? Czy widzisz siebie w roli sprzątaczki, do której została zdegradowana Twoja matka, gdy narkomani załatwili Twego Tatulka? Hmm? Czy Twoja porażka odbije się na nich? Czy ludzie już zawsze będą niesłusznie uważać, że Twoi rodzice należeli do białej hołoty zamieszkującej pola przyczep w rejonach nawiedzanych przez tornada? Odpowiedz szczerze, agentko specjalna Starling.

Zanim przejdziemy dalej, odpocznij chwilę.

A teraz wskażę pewną cechę, którą posiadasz i która Ci pomoże: Twoje łzy nie zaćmiewają Ci wzroku, możesz dalej czytać.

Oto ćwiczenie, które może okazać się przydatne. Chcę, żebyś zrobiła to dokładnie teraz.

Masz w domu czarny żelazny rondel? Jesteś dziewczyną z południowych gór, na pewno masz. Postaw go na kuchennym stole. Zapal górne światło.

Mapp odziedziczyła po babce rondel i często go używała. Miał lśniącą czarną powierzchnię, której nigdy nie tknięto mydłem. Starling postawiła rondel na stole przed sobą.

Zajrzyj do niego, Clarice. Pochyl się i spójrz w dół. Jeśli to rondel Twojej matki, co nie jest wykluczone, w jego cząsteczkach tkwią wibracje wszystkich rozmów, których był świadkiem. Wymiany zdań, drobne nieporozumienia, straszliwe wyznania, stanowcze zapowiedzi katastrof, westchnienia i poezja miłości.

Usiądź przy stole, Clarice. Zajrzyj do rondla. Jeśli jest dobrze osmolony, wygląda jak czarna kałuża, prawda? Jakbyś zaglądała do studni. Na dnie wprawdzie nie ma wyraźnego odbicia Twojej twarzy, ale majaczysz tam na dole. Czyż nie? Światło jest za Tobą i oto jesteś – czarna twarz w koronie płonących włosów.

Wszyscy jesteśmy węglem, Clarice. Ty, rondel i trup Tatulka w ziemi, zimny jak ten rondel. Wszystko w nim zostaje. Słuchaj. Tak naprawdę żyli Twoi strudzeni rodzice. To konkretne wspomnienia, nie wyobrażenia, które wypełniają Twoje serce.

Czemu Twój ojciec nie był zastępcą szeryfa ściśle współpracującym z wymiarem sprawiedliwości? Czemu Twoja matka sprzątała w motelach, żeby Cię utrzymać? Nawet jeśli nie udało się jej zatrzymać Cię przy sobie?

Jakie jest Twoje najbardziej żywe wspomnienie związane z kuchnią? Nie ze szpitalem, z kuchnią.

Matka zmywa krew z czapki ojca.

Najmilsze wspomnienie związane z kuchnią?

Ojciec obiera pomarańcze starym scyzorykiem ze złamanym ostrzem i podaje nam kawałki.

Twój ojciec, Clarice, był nocnym strażnikiem. Twoja matka była sprzątaczką.

Czy wielka kariera w służbach federalnych była spełnieniem Twoich czy ich ambicji? Na ile Twój ojciec zgiąłby kark, żeby dać sobie radę ze skostniałą biurokracją? Ile pośladków by wycałował? Czy widziałaś, żeby kiedykolwiek przed kimś się płaszczył, komuś schlebiał?

Czy Twoi zwierzchnicy prezentują jakiś system wartości, Clarice? A Twoi rodzice? Jeśli tak, czy to te same wartości?

Spójrz na dno rondla i wyznaj uczciwie. Czy zawiodłaś swoją nieżyjącą rodzinę? Czy chcieliby, żebyś się podlizywała? Czy cenili sobie hart ducha? Możesz być tak silna, jak tylko zechcesz.

Jesteś wojownikiem, Clarice. Wróg nie żyje, dziecko jest bezpieczne. Jesteś wojownikiem.

Najbardziej stabilne pierwiastki, Clarice, znajdują się w środku układu okresowego, z grubsza między żelazem i srebrem.

Między żelazem i srebrem. Sądzę, że to dla Ciebie odpowiednie miejsce.

Hannibal Lecter

PS Wciąż jesteś mi winna pewną informację. Czy nadal budzisz się, słysząc owce? Zamieść ogłoszenie w którymś z niedzielnych wydań „Timesa”, „International Herald Tribune” i „China Mail”. Zaadresuj je do A.A. Aarona, żeby ukazało się jako pierwsze, i podpisz się imieniem Hannah.

Starling słyszała słowa wypowiadane tym samym głosem, który kpił z niej, przeszywał ją, analizował i oświecał w oddziale pod intensywnym nadzorem. W szpitalu dla psychicznie chorych, gdy musiała przehandlować swe bolesne doświadczenia za bezcenne wiadomości na temat Buffalo Billa. Metaliczna chrypka rzadko używanych strun głosowych wciąż pobrzmiewała w jej snach.

W rogu kuchennego sufitu wisiała świeża pajęczyna. Starling gapiła się na nią, usiłując pozbierać myśli. Zadowolenie mieszało się ze smutkiem, smutek z zadowoleniem. Cieszyła się z pomocy, cieszyła się, że ujrzała światło w tunelu. Cieszyła się i smuciła zarazem, że poczta w Los Angeles, która przesyłała dalej korespondencję doktora Lectera, zatrudniła tanią pomoc: tym razem przeciągnięto kopertę przez maszynę stemplującą. Ten list ucieszy Jacka Crawforda, kierownictwo poczty i laboratorium.

Rozdział 6

W pokoju, gdzie upływa życie Masona, panuje cisza, choć ma ona swój własny, delikatny rytm: szumy i westchnienia respiratora dającego Masonowi oddech. Pokój spowija mrok, w którym jarzy się jedynie wielkie akwarium, gdzie murena kręci niestrudzenie ósemkę po ósemce, a jej cień porusza się niczym wstęga po pokoju.

Splecione włosy Masona tworzą gruby węzeł leżący na osłonie respiratora, która pokrywa jego pierś na podnoszonym łóżku. Przed nim jest zawieszone urządzenie składające się z rurek przypominających piszczałki.

Długi język Masona wysuwa się zza zębów. Oplata nim końcówkę rurki i dmucha w nią przy następnym pulsie respiratora.

Z głośnika na ścianie natychmiast odzywa się głos.

– Słucham pana.

– „Tattler”. – Gubi pierwsze „t”, lecz głos jest głęboki i donośny jak głos spikera radiowego.

– Na stronie pierwszej…

– Nie czytaj. Pokaż na monitorze. – Mason nie wymawia głosek „p” i „m”.

Duży ekran na wysuwanym monitorze trzeszczy. Niebieskozielony obraz przechodzi w róż, gdy pojawia się tytuł gazety.

– „Anioł śmierci: Clarice Starling, maszyna do zabijania z FBI” – czyta Mason przez trzy powolne oddechy respiratora. Może powiększyć zdjęcia.

Tylko jedna ręka wystaje spod kołdry. Trochę może nią ruszać. Dłoń niczym blady krab przesuwa się bardziej dzięki ruchom palców niż sile wychudzonego ramienia. Głowa Masona jest w znacznym stopniu unieruchomiona, palec wskazujący i środkowy spełniają funkcję czułków, a kciuk, palec serdeczny i mały ciągną rękę do przodu. Dłoń trafia na pilota, którym można powiększać i przewracać strony.

Mason czyta powoli. Okular nad jego jedynym okiem dwa razy na minutę syczy cichutko, zwilżając pozbawioną powieki gałkę oczną. Na szkle często pojawia się mgiełka. Przebrnięcie przez dwa artykuły zajmuje mu dwadzieścia minut.

– Pokaż prześwietlenie – zażądał Mason po skończeniu lektury.

Zajęło to chwilę. Duża płachta zdjęcia rentgenowskiego wymagała odpowiedniego podświetlenia, żeby była czytelna na monitorze. Miał przed sobą ludzką rękę, która najwyraźniej uległa kontuzji. Na kolejnym zdjęciu pojawiła się dłoń i całe ramię. Strzałka wskazywała na stare pęknięcie kości ramiennej mniej więcej w połowie między łokciem i barkiem.

Mason przyglądał się zdjęciu przez wiele oddechów.

– Teraz pokaż list – polecił w końcu.

Na ekranie pojawiło się piękne, kaligraficzne pismo: litery powiększone do absurdalnych rozmiarów.

– „Droga Clarice – czytał Mason. – Z entuzjazmem śledziłem przebieg twego publicznego zniesławienia i upokorzenia…”. – Sam rytm tego głosu przywołał stare myśli, które zakręciły Masonem, łóżkiem, pokojem, zerwały strupy z jego potwornych snów i przyspieszyły bicie serca, za którym nie nadążał oddech. Urządzenie natychmiast wyczuło podniecenie i szybciej wypełniło płuca powietrzem.

Przeczytał cały list w tym bolesnym tempie przy pracującym respiratorze, jakby jechał na koniu. Nie mógł zamykać oka, ale gdy skończył czytać, jego umysł odpłynął na chwilę. Musiał pomyśleć. Respirator zwolnił. Mason znów dmuchnął w rurkę.

– Słucham pana.

– Połącz mnie z kongresmenem Vellmore’em. Przynieś słuchawkę. Wyłącz głośnik.

– Clarice Starling – powiedział do siebie z następnym oddechem, na który pozwolił mu respirator. Imię i nazwisko nie posiadały głosek wybuchowych. Wymówił je całkiem wyraźnie. Nie opuścił żadnego dźwięku. Czekając na telefon, zdrzemnął się przez chwilę. Cień mureny pełzał po pościeli, twarzy i splecionych włosach.

Rozdział 7

Buzzard’s Point, biuro terenowe FBI dla Waszyngtonu i Dystryktu Kolumbii, wzięło swoją nazwę od stada sępów krążących wokół szpitala, który stał w tym miejscu podczas wojny secesyjnej.

Teraz sępy z DEA, ATF i FBI zebrały się, żeby zadecydować o losie Clarice Starling.

Starling stała samotnie na grubym dywanie w biurze szefa. Czuła puls tętniący pod bandażem zawiniętym wokół głowy. Słyszała stłumione męskie głosy dochodzące zza mlecznej szyby w drzwiach sali konferencyjnej.

Na szybie w obwódce złotych liści widniała wielka pieczęć FBI z mottem: „Wierność, Odwaga, Uczciwość”.

Rozgorączkowane głosy za drzwiami podnosiły się i cichły. Z niezrozumiałego szmeru rozmów Starling wyławiała tylko swoje nazwisko.

Z biura rozciągał się przepiękny widok na przystań i Fort McNair, gdzie powieszono spiskowców oskarżonych o zamach na prezydenta Lincolna.

Przypomniała sobie zdjęcia Mary Surratt, które kiedyś widziała: mija własną trumnę, wchodzi na szafot w Fort McNair, stoi z kapturem na głowie na zapadni. Ma przywiązaną do nóg spódnicę, żeby zapobiec zgorszeniu. Zostaje strącona w dół i rozlega się głośne chrupnięcie.

Zza drzwi dobiegło szuranie odsuwanych krzeseł. Mężczyźni wychodzą z sali konferencyjnej. Niektóre twarze poznawała. Boże, był wśród nich Noonan, szef całej sekcji dochodzeniowej.

Zobaczyła swojego prześladowcę, Paula Krendlera z Departamentu Sprawiedliwości. Miał długą szyję i zaokrąglone uszy osadzone wysoko na głowie, jak u hieny. Był karierowiczem, szarą eminencją u boku inspektora generalnego. Odkąd siedem lat temu w trakcie słynnej afery ubiegła go w poszukiwaniu Buffalo Billa, przy każdej okazji sączył jad do jej akt osobowych i utrudniał awans.

Żaden z tych mężczyzn nigdy nie towarzyszył jej podczas akcji, gdy dokonywała aresztowania, gdy strzelano do niej, gdy wyczesywała z włosów kawałki szkła.

Unikali jej wzroku, aż w końcu wszyscy spojrzeli na nią jednocześnie, jak skradająca się sfora wilków zwraca nagle uwagę na chore zwierzę w stadzie.

– Proszę usiąść, agentko Starling. – Jej szef, agent specjalny Clint Pearsall, pocierał gruby nadgarstek, jakby uwierał go zegarek.

Nie patrząc jej w oczy, wskazał na fotel ustawiony przodem do okien. Podczas przesłuchania nie jest to honorowe miejsce.

Żaden z siedmiu mężczyzn nie usiadł. Ich sylwetki odcinały się na tle jasnych okien. Starling nie widziała ich twarzy, ale mogła obserwować ich stopy i buty. Pięciu z nich miało na nogach mokasyny z frędzelkami, ulubione obuwie pochodzących ze wsi waszyngtońskich nuworyszy. Pozostali dwaj nosili pantofle z dziurkowanymi noskami. W powietrzu unosił się zapach pasty do butów ogrzanej gorącymi stopami.

– Nie wiem, czy wszystkich pani zna, agentko Starling. To wicedyrektor Noonan: na pewno wie pani, kim jest. To John Eldredge z DEA, Bob Sneed z ATF. Benny Holcomb jest asystentem burmistrza, a Larkin Wainwright inspektorem naszego Urzędu do spraw Odpowiedzialności Zawodowej – przedstawiał Pearsall. – I Paul Krendler. Zna pani Paula. Przybył nieoficjalnie z biura inspektora generalnego z Departamentu Sprawiedliwości. Paul wyświadczył nam przysługę, przychodząc tutaj. Oficjalnie go nie ma. Chce pomóc nam uniknąć pewnych problemów, jeśli wie pani, o czym mówię.

Starling znała powiedzenie krążące w agencji: inspektor federalny to ktoś, kto pojawia się na polu bitwy po zakończeniu walk i dobija rannych.

Głowy niektórych mężczyzn drgnęły w geście pozdrowienia. Wszyscy wyciągali szyje, mierząc wzrokiem kobietę, wokół której się zebrali. Przez kilka chwil nikt się nie odzywał.

Ciszę przerwał Bob Sneed. Clarice pamiętała, że jako agent ATF próbował oczyścić atmosferę po zakończonej katastrofą akcji w Waco. Był poplecznikiem Krendlera. Jego też uważano za karierowicza.

– Agentko Starling, czytała pani prasę i oglądała telewizję. W oczach opinii publicznej odpowiada pani za śmierć Eveldy Drumgo. Niestety, pani postać została nieco zdemonizowana.

Starling milczała.

– Agentko Starling?

– Nie mam wpływu na mój wizerunek w mediach, panie Sneed.

– Ta kobieta trzymała dziecko na rękach. Rozumie pani, jaki to stwarza problem.

– Nie trzymała dziecka na rękach: siedziało w nosidełku. Ręce miała pod kocem i trzymała w nich MAC-a 10.

– Czytała pani protokół z autopsji?

– Nie.

– Ale nie zaprzecza pani, że to pani strzelała?

– Myśleliście, że wyprę się wszystkiego, bo nie znaleźliście kuli? – Clarice odwróciła się do swojego szefa. – Panie Pearsall, czy to spotkanie ma charakter wewnętrzny?

– Jak najbardziej.

– Więc dlaczego pan Sneed zainstalował podsłuch? Sekcja techniczna już dawno zrezygnowała z tych przypinanych mikrofonów. W wewnętrznej kieszeni marynarki ma włączony magnetofon. Czy teraz odwiedzamy się z ukrytymi mikrofonami?

Twarz Pearsalla zrobiła się czerwona. Jeśli Sneed prowadził podsłuch, dopuścił się najgorszego rodzaju zdrady. Nikt nie chciał jednak, żeby na taśmie utrwalono jego głos nakazujący wyłączyć magnetofon.

– Pani zuchwałość i oskarżenia są nie na miejscu – odezwał się blady z gniewu Sneed. – Zebraliśmy się tutaj, żeby pani pomóc.

– W czym? To przecież pańska agencja zwróciła się do FBI z prośbą o pomoc w tej akcji, do której zostałam przydzielona. Dwukrotnie prosiłam Eveldę, żeby się poddała. Pod kocem trzymała MAC-a 10. Zastrzeliła już Johna Brighama. Żałuję, że się nie poddała. Nie zrobiła tego. Strzeliła do mnie. Ja strzeliłam do niej. Zginęła ona. Może zechce pan cofnąć i przesłuchać swoją taśmę, panie Sneed?

– Została pani uprzedzona, że będzie tam Evelda Drumgo? – dopytywał się Eldredge.

– Uprzedzona? Agent Brigham poinformował mnie w furgonetce w drodze na miejsce akcji, że Evelda Drumgo przygotowuje narkotyki w swoim strzeżonym laboratorium. Zlecił mi, żebym się nią zajęła.

– Proszę pamiętać, że Brigham nie żyje – przypomniał Krendler. – Tak jak Burke. Dwaj cholernie dobrzy agenci. Nie mogą niczego potwierdzić ani niczemu zaprzeczyć.

Starling zrobiło się niedobrze, gdy usłyszała w ustach Krendlera nazwisko Brighama.

– Nie trzeba mi przypominać, że John Brigham nie żyje, panie Krendler. Rzeczywiście był świetnym agentem i moim dobrym przyjacielem. Nie zmienia to faktu, że poprosił mnie o zajęcie się Eveldą.

– Brigham przydzielił pani to zadanie, mimo iż między panią i Eveldą Drumgo doszło już wcześniej do starć? – zdziwił się Krendler.

– Daj spokój, Paul – wtrącił się Clint Pearsall.

– Jakich starć? – zdziwiła się Starling. – Aresztowałam ją. Podczas aresztowań prowadzonych przez innych oficerów zwykle dochodziło do walk. Ale gdy ja ją aresztowałam, wszystko odbywało się spokojnie. Rozmawiałyśmy ze sobą – była inteligentna. Odnosiłyśmy się do siebie uprzejmie. Miałam nadzieję, że i tym razem tak będzie.

– Czy zapowiedziała pani, że „zajmie się nią”? – zapytał Sneed.

– Przyjęłam tylko polecenie.

Holcomb z biura burmistrza i Sneed zaczęli szeptać między sobą.

Sneed jednym ruchem wysunął rękawy koszuli spod marynarki.

– Agentko Starling, z zeznań oficera Boltona z waszyngtońskiej policji wynika, że w furgonetce w drodze na miejsce konfrontacji podżegała pani przeciw Eveldzie Drumgo. Chciałaby pani wypowiedzieć się na ten temat?

– Z polecenia agenta Brighama wyjaśniłam pozostałym oficerom, że Evelda dopuściła się w przeszłości aktów przemocy, że zwykle jest uzbrojona i że jest nosicielką wirusa HIV. Zapowiedziałam, że damy jej szansę, żeby mogła się poddać. Poprosiłam o wsparcie, gdyby zaszła konieczność obezwładnienia jej. Mogę panów zapewnić, że nie zgłosiło się wielu chętnych.

Wtrącił się Clint Pearsall.

– Gdy samochód Cripów rozbił się i jeden z przestępców zbiegł, zobaczyła pani, że w samochodzie ktoś się rusza, i usłyszała płacz dziecka.

– Dziecko darło się na całe gardło – poprawiła go Starling. – Podniosłam rękę, żeby wstrzymano ogień, i wyszłam z ukrycia.

– W ten sposób naruszyła pani przepisy – powiedział Eldredge.

Starling nie zwróciła na niego uwagi.

– Podeszłam do samochodu z wyciągniętą bronią i opuszczoną lufą. Na ziemi między mną i samochodem leżał konający Burke. Ktoś podbiegł, żeby zatamować mu krew. Evelda wysiadła z dzieckiem. Poprosiłam, żeby pokazała mi ręce, powiedziałam coś w rodzaju: „Eveldo, nie rób tego”.

– Strzeliła najpierw ona, potem pani. Czy od razu upadła na ziemię?

Starling skinęła głową.

– Nogi ugięły się pod nią i usiadła na ulicy, pochylając się nad dzieckiem. Już nie żyła.

– Chwyciła pani dziecko i pobiegła do wody. Wykazała się pani troską o jego dobro – przyznał Pearsall.

– Nie wiem, czym się wykazałam. Było całe zakrwawione. Nie wiedziałam, czy dziecko jest nosicielem HIV. Wiedziałam, że ona była nosicielką.

– I pomyślała pani, że kula mogła zranić dziecko – podsunął Krendler.

– Nie. Wiedziałam, gdzie trafiła kula. Mogę mówić otwarcie, panie Pearsall?

Nie spojrzał na nią, mówiła więc dalej:

– Ta akcja była fatalnie zorganizowana. Zostałam postawiona w sytuacji, w której musiałam wybierać między własną śmiercią a śmiercią kobiety z dzieckiem. Dokonałam wyboru i ubolewam nad tym, co musiałam zrobić. Zabiłam matkę trzymającą dziecko. Nawet zwierzęta tego nie robią. Panie Sneed, może pan zechce spojrzeć na licznik w magnetofonie, żeby wiedzieć, w którym momencie się do tego przyznaję. To, że postawiono mnie w takiej sytuacji, cholernie mnie oburza. Irytuje mnie też to, co teraz czuję. – Przypomniała sobie Brighama, który leżał na ulicy twarzą do ziemi, i posunęła się za daleko. – Niedobrze mi się robi, gdy patrzę, jak wszyscy umywacie ręce od całej sprawy.

– Starling… – Pearsall ze zmartwioną miną po raz pierwszy spojrzał jej w oczy.

– Wiem, że nie spisała pani jeszcze zeznania – wtrącił Larkin Wainwright. – Gdy zapoznamy się…

– Spisałam – odparła Starling. – Kopia została już wysłana do Urzędu do spraw Odpowiedzialności Zawodowej. Drugą kopię mam przy sobie, jeśli zależy panom na czasie. Napisałam o wszystkim, co tam zrobiłam i co widziałam. Panie Sneed, miał pan to przez cały czas.

Widziała ostrzej niż zwykle. To był dla niej sygnał ostrzegający o niebezpieczeństwie. Celowo zniżyła głos.

– Akcja nie udała się z kilku powodów. Informator ATF skłamał na temat miejsca pobytu dziecka, bo zależało mu, żeby akcja doszła do skutku – przed jego rozprawą sądową w Illinois. Evelda Drumgo wiedziała, że przyjedziemy. Wychodziła z pieniędzmi w jednej torbie i z narkotykami w drugiej. Jej pager nadal pokazywał numer WFUL-TV. Została ostrzeżona pięć minut przed naszym przybyciem. Helikopter WFUL-TV nadleciał razem z nami. Trzeba skonfiskować nagrania telefoniczne WFUL-TV i będzie wiadomo, skąd nastąpił przeciek. To ktoś, kto działa na miejscu. Gdyby przeciek był z ATF, tak jak podczas incydentu w Waco, albo z DEA, informacja trafiłaby do mediów ogólnokrajowych, a nie do lokalnej telewizji.

Benny Holcomb odezwał się w imieniu władz centralnych:

– Nie ma żadnych dowodów, że władze miejskie lub waszyngtońska policja mają coś wspólnego z przeciekiem.

– Skonfiskujcie nagrania telefoniczne i przekonacie się – poradziła Starling.

– Macie pager Drumgo? – zapytał Pearsall.

– Jest zabezpieczony w magazynie w Quantico.

Zabrzęczał pager Noonana. Wicedyrektor skrzywił się na widok numeru, przeprosił obecnych i wyszedł z pokoju. Po chwili wywołał Pearsalla.

Wainwright, Eldredge i Holcomb wyglądali przez okno na Fort McNair. Trzymali ręce w kieszeniach. Zupełnie jakby znajdowali się w szpitalnej poczekalni. Paul Krendler ściągnął spojrzenie Sneeda i dał mu do zrozumienia, żeby podszedł do Starling.

Sneed położył rękę na oparciu fotela i się pochylił.

– Jeśli pani zezna, że podczas misji zleconej przez FBI z pani broni zginęła Evelda Drumgo, ATF jest gotowe podpisać oświadczenie, że Brigham kazał pani zwrócić… szczególną uwagę na Eveldę, żeby aresztowanie odbyło się w sposób spokojny. Zginęła z pani broni i na tym kończy się pani odpowiedzialność. Nie będziemy się spierać na tematy regulaminowe ani przytaczać ostrych słów, które wypowiedziała pani o Eveldzie w furgonetce.

Starling ujrzała przez chwilę Eveldę Drumgo, jak z dumnie uniesioną głową wychodzi z domu, wysiada z samochodu. Choć śmierć Eveldy była bezsensowna i niepotrzebna, Starling zrozumiała, dlaczego zabrała dziecko i stawiła czoło swoim wrogom.

Przysunęła twarz do mikrofonu na krawacie Sneeda.

– Z przyjemnością powiem, jaką osobą była Evelda Drumgo, panie Sneed – wycedziła wyraźnie. – Lepszą od pana.

Pearsall wszedł do biura bez Noonana i zamknął drzwi.

– Wicedyrektor Noonan wrócił do siebie. Panowie, kończymy spotkanie. Skontaktuję się telefonicznie z każdym z osobna – zapowiedział.

Głowa Krendlera podskoczyła do góry. Wywęszył zmianę i stał się czujny.

– Musimy podjąć jakąś decyzję… – zaczął Sneed.

– Nie musimy.

– Ale…

– Bob, nie musimy podejmować żadnych decyzji, wierz mi. Będę się z wami kontaktował. I jeszcze jedno, Bob.

– Tak?

Pearsall chwycił przewód za krawatem Sneeda i pociągnął mocno, wyrywając guziki z koszuli i odklejając taśmę od skóry.

– Jeśli jeszcze raz przyjdziesz do mnie z mikrofonem, wcisnę ci go w dupę.

Żaden z mężczyzn nie spojrzał na Starling. Oprócz Krendlera.

Szedł do drzwi, powłócząc jak ślepiec nogami, i maksymalnie wykręcał długą szyję, żeby spojrzeć na Clarice. Jak hiena, która krąży wokół stada, próbując wyłowić z niego ofiarę. Na jego twarzy malowały się różne pragnienia. Krendler podziwiał nogi Starling, a jednocześnie szukał jej achillesowej pięty.

Rozdział 8

Sekcja Behawioralna FBI zajmuje się seryjnymi mordercami. W jej piwnicznych biurach powietrze jest chłodne i nieruchome. Projektanci wnętrz ze swoimi paletami barw usiłowali w ostatnich latach rozweselić nieco podziemne lochy. Rezultaty były równie opłakane jak przy próbach ożywienia zakładu pogrzebowego.

Biuro szefa sekcji zachowało swój oryginalny kolor: brązowy z kawowymi zasłonami w kratę na wysoko umiejscowionych oknach. Właśnie tam Jack Crawford pisał coś przy biurku otoczony aktami krwawych spraw.

Rozległo się pukanie do drzwi. Crawford uniósł głowę i zobaczył Clarice Starling.

Uśmiechnął się i wstał z krzesła. Często rozmawiali na stojąco: była to reguła, którą z czasem narzucili sobie we wspólnych kontaktach. Nie musieli wymieniać uścisków dłoni.

– Słyszałam, że był pan w szpitalu – powiedziała Starling. – Przepraszam, że na pana nie poczekałam.

– Ucieszyłem się, że tak szybko cię wypuścili – odparł. – Jak ucho, wszystko w porządku?