Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu - Zbigniew Korpolewski - ebook

Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu ebook

Zbigniew Korpolewski

3,7

Opis

Osobista opowieść o Hance Bielickiej jej wieloletniego przyjaciela Zbigniewa Korpolewskiego.

Autor z właściwym sobie poczuciem humoru przedstawia jedną z najwybitniejszych artystek polskiej sceny. Opisuje jej życie zawodowe, drogę do wielkiej kariery, trudne wybory sceniczne, a potem okres, w którym niepodzielnie królowała na polskiej scenie. Autor pisze także o dotychczas ukrytym za kulisami życiu osobistym Pani Hanki - o jej charakterze, upodobaniach i rozterkach, o relacjach z mężczyznami i oczywiście o jej niekłamanej miłości do kapeluszy.
Książka to hołd dla wielkiej artystki, którą tak bardzo pokochała polska widownia, ale też utrzymana w lekkim tonie refleksja nad sztuką kabaretu i miejscem dobrego humoru w kulturze.

EPITAFIUM
Tu w tym miejscu miała spocząć Hanka Bielicka - sługa Boży, ale nie daje się położyć.
Krzysztof Daukszewicz
(na Jej prośbę napisałem 2 lata przed śmiercią)

Zbigniew Korpolewski z właściwą sobie swadą dotyka fenomenalnego i niepowtarzalnego zjawiska, jakim była Hanka Bielicka. Autor przerzuca pomost między czasami, w których tworzyła legendarna już dzisiaj artystka a dniem dzisiejszym, kiedy nie narodziła się żadna jej następczyni. A widzowie wciąż odczuwają brak Bielickiej.
Wojciech Malajkat

Mój przyjaciel Jerzy Filar, który przez pięć lata występował na scenie razem z Hanką Bielicką, opowiadał mi o koncercie Artystki, jaki odbył się w Domu Kultury w Strykowie. - Widzisz Jureczku – mówiła Pani Hania – myślałam, że ostatni koncert zagram w Sali Kongresowej, a tu proszę, Stryków!
Mam propozycję, żeby imieniem Hanki Bielickiej nazwać nieistniejącą autostradę ze Strykowa do Warszawy. Natomiast książka jest wspaniałą autostradą, drogą do zrozumienia fenomenu genialnej Artystki i kochanego człowieka.
Jacek Cygan

Aktor, reżyser, konferansjer, dyrektor, satyryk. Chodząca encyklopedia polskiego show businessu. Był przy narodzinach big beatu, zapowiadał Animalsów, Rolling Stonesów, ostatnie koncerty Anny German, pisał teksty dla kabaretu "Dudek", przez lata kierował Teatrem Syrena...
Kiedyś powiedziałam, że jest najbardziej uważnym i dowcipnym świadkiem historii polskiego show businessu. A Zbyszek na to, że jest świadkiem koronnym i w związku z tym liczy na lżejszy wymiar kary. Drogi Autorze, to my, czytelnicy zostaniemy ukarani, jeśli nie zabierzesz się poważnie do spisywania tego wszystkiego, co przeżyłeś. Mam nadzieję, że biografia Hanki Bielickiej, dla której napisałeś tyle monologów i której byłeś nie tylko dyrektorem, ale i przyjacielem, to dopiero początek Twoich "zeznań".
Maria Szabłowska o Zbigniewie Korpolewskim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 301

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
1
1
0
1
0

Popularność




 

 

Copyright © Zbigniew Korpolewski, 2011

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Zdjęcie na okładce

© Romuald Broniarek/Forum;

Roman Kotowicz/Forum

 

Zdjęcia

Zbiory Instytutu Sztuki PAN, Warszawa

Archiwum Teatru Syrena

Archiwum prywatne Barbary i Stanisława Wudarskich

Archiwum prywatne Janusza Senta

Archiwum prywatne autora

 

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

 

Redakcja

Ewa Witan

 

Korekta

Elżbieta Steglińska

 

Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. dołożył wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich do zdjęć zamieszczonych w niniejszej książce.

Ze względu na to, że do dnia oddania książki do druku nie udało się ustalić niektórych autorów zdjęć i źródeł ich pochodzenia, wydawca zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia osobom uprawnionym, których tożsamości nie udało się ustalić, niezwłocznie po zgłoszeniu się ich do wydawcy.

 

ISBN 978-83-8234-698-5

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 20

www.proszynski.pl

 

Epitafium

Tu, w tym miejscu, miała spocząć Hanka Bielicka –

sługa boży, ale nie daje się położyć.

Krzysztof Daukszewicz

 

JESZCZE POLSKA CZYLI PRZEDMOWA SILNIE WSTĘPNA I W MIARĘ CHAOTYCZNA

„Jeszcze Polska nie zginęła, póki się śmiejemy” albo „...zawsze mieliśmy świetlaną przyszłość, heroiczną przeszłość, tylko z teraźniejszością jakoś nam nie wychodziło...” – to dwa cytaty Hanki Bielickiej, które ostatnio słyszałem. Drugi pochodził z mojego monologu napisanego przed laty dla Artystki, a co do pierwszego, nie jestem pewien, czy to z mojej twórczości, czy też z któregoś monologu Ryszarda Marka Grońskiego, bo w ostatnich latach głównie my dwaj byliśmy „dostarczycielami”, czyli twórcami jej repertuaru. Cytowano te powiedzenia w dyskusjach radiowo-telewizyjnych dziennikarzy i polityków. Piszę o tym dlatego, że niezwykle rzadko się zdarza, aby w takich dysputach przywoływano aktora czy aktorkę w kilka lat po jego czy jej śmierci, a właśnie w tym roku przypada piąta rocznica zgonu Artystki i dziewięćdziesiąta szósta rocznica jej urodzin. Rzecz wydaje się o tyle niezwykła, że dotyczy osoby reprezentującej tak zwaną lekką muzę, czyli sferę – w mniemaniu wielu krytyków – mniej poważną. Jest to więc jeszcze jeden argument przeciwko owym mocno nadętym autorytetom, które nie doceniają sztuki estradowej czy kabaretowej i jej wpływu na życie społeczne, a nawet świadomość polityczną. Zabrzmiało to może patetycznie, ale przyznajmy rację rzeczywistości. W ostatnich latach odeszło wielu znakomitych artystów dramatu, którzy zachwycali swoimi wspaniałymi rolami-kreacjami, a których już po kilku tygodniach nikt nie cytuje, a wspominamy ich jedynie z okazji odtworzeń radiowych, telewizyjnych czy filmowych, jeżeli takie nagrania po nich zostały. O tych najwybitniejszych krążą oczywiście jeszcze pewne anegdoty czy wspomnienia, ale zazwyczaj wyłącznie o zasięgu środowiskowym. Teatr jest, czy chcemy, czy nie chcemy, sztuką żywą, lecz w warstwie aktorskiej dość szybko przemijającą, więc dla aktorów niewdzięczną. Inaczej ma się sprawa z estradą, głównie z kabaretem i jego najwybitniejszymi wykonawcami, a do takich należała niewątpliwie Hanka Bielicka, która była nie tylko wspaniałą artystką, ale też pewnym zjawiskiem socjologicznym godnym zauważenia i zbadania.

Czuję, że zawiodłem Państwa już na początku, bo pewnie powinno być śmiesznie i żartobliwie, a wyszło pompatycznie i uczenie, ale proszę o odrobinę cierpliwości, a dojdziemy do śmiechu i dowcipu bez przekraczania granicy śmieszności autora. Pamiętajcie, Czytelnicy moi kochani, Czytelniczki oczywiście też, że, jak powiedziała Hanka Bielicka, odbierając telewizyjnego Wiktora za całokształt czy coś tam innego – „Jeszcze Polska nie zginęła, póki się śmiejemy”, co wcale nie znaczy, żeby od czasu do czasu o śmiechu nie porozmawiać poważnie, co zauważywszy, usprawiedliwiam trochę niniejsze ględzenie. Wiem, wiem, że to słowo niezbyt eleganckie czy subtelne, ale nasza współczesna literatura piękna roi się od wyrażeń brzydkich, więc niech i mnie wolno będzie od czasu do czasu użyć określeń popularnych dla uniknięcia (jak mawia nasza młodzież) intelektualnego obciachu. Dotąd nie wyznałem jednego, że książka, którą być może wzięli Państwo dosyć lekkomyślnie do ręki, jest moim debiutem pisarskim, a na ten wyczyn zdobyłem się w 76. roku życia, trudno mnie zatem uznać za cudowne dziecko literatury, pięknej zwłaszcza. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko i wyłącznie to, że podobno w tej chwili znalazłoby się w Polsce więcej ludzi piszących niż czytających, a ja przez większość mojego życia należałem do tej ekskluzywnej grupy – czytelników. Nie jest to oczywiście cała prawda, bo jednak znaczną część mojej egzystencji opierałem na dochodach z pisania, gdyż, jak ktoś mądry powiedział – w Polsce można żyć z pisania, ale z literatury wyżyć trudno, chociaż i w tym przypadku są wyjątki: Sienkiewicz, Żeromski, Iwaszkiewicz, Grochola... No, może też niezupełnie – Iwaszkiewicz dorabiał walką o pokój i prezesurą, a Grochola Tańcem z Gwiazdami, ale niech im tam... Ja mimo wszystko uważam siebie za człowieka sukcesu i jako taki jestem najstarszym cudownym dzieckiem średniego pokolenia, jak mawiają nasi niektórzy mężusie stanu...

Jak się to wszystko ma do opowieści o Hance Bielickiej, wykażę za chwilę, jeżeli oczywiście do tego czasu nie wyrzucą Państwo tego dzieła za okno, co odradzam ze względów ekologicznych i ekonomicznych. W końcu zainwestowaliście w książkę, którą można w najgorszym razie oddać jakimś mniej lubianym znajomym w formie upominku imieninowego czy świątecznego, a zresztą bądźcie samodzielni – radźcie sobie sami. „Róbta, co chceta”, jak mawia nasz arcyidol nie tylko młodzieżowy – Jerzy Owsiak. Teraz wróćmy do ad remu, jak mawiają niektórzy nasi prawie inteligenci – do rzeczy! Co do cudownych dzieci, to generalnie uważam, że każde dziecko w moim pokoleniu, które przeżyło wojnę bez szwanku na zdrowiu czy umyśle, może być uznane za dziecko cudowne. Według tej teorii – ja takowym jestem. A skoro bohaterka tej książki, Hanka Bielicka, przeżyła dwie wojny światowe, to możemy uznać, że była cudownym dzieckiem do kwadratu. Jeżeli ponadto stwierdzimy, że do końca swoich dni pozostała osobą radosną i w dodatku niosącą uśmiech innym, to trzeba stwierdzić, że była nie tylko cudownym dzieckiem, ale i osobowością, czy może raczej osobliwością wyróżniającą się niezwykle na tle naszego społeczeństwa dosyć smutnawego na co dzień. Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy tym naszym smutku, czy raczej smucie narodowej; czy tak aby jest na pewno? Otóż nie jestem tak zupełnie pewien. Śmiem twierdzić, że choć pozornie silnie powszechnie zafrasowani, mamy jednak ogromne poczucie humoru, które nie zawsze ujawniamy w formie uśmiechu życzliwego dla bliźnich... Na co dzień bywamy ironiczni, ironicznie złośliwi, a nawet sarkastyczni – potrafimy się cieszyć z cudzego nieszczęścia, ale przyznajmy, że to też jest pewien rodzaj humoru, być może nie najlepszego, ale jest. Skoro więc nagle pojawia się wśród nas ktoś, kto uśmiecha się życzliwie i przyjaźnie, to i my potrafimy się zmienić. Nasze kiepskie poczucie humoru przemienia się w dobre, nasz złośliwy uśmiech staje się życzliwy i zaczynamy pogodnie, optymistycznie oglądać otaczający nas świat. Wszystko to dzieje się za sprawą osób obdarzonych pewną charyzmą radości i uśmiechu, potrafiących narzucić nam swoje poczucie humoru. Do takich osobowości należała Hanka Bielicka i dlatego jej właśnie chcę tę książkę poświęcić. O mojej bohaterce napisano już kilka książek za jej życia. Miały charakter biograficzno-anegdotyczny, były napisane ze swadą i talentem. Do napisania tej książki namawiała mnie pani Hanka na krótko przed śmiercią – niestety, nie zdążyłem. Być może dobrze się stało, że podjęte zobowiązanie realizuję dopiero teraz, w pięć lat po śmierci i w 96. rocznicę urodzin osoby, z którą łączyła mnie wieloletnia przyjaźń i współpraca zawodowa. Tak się złożyło, że pisałem dla niej, grałem z nią w wielu przedstawieniach teatralnych i estradowych, programach telewizyjnych i radiowych, z których kilkanaście reżyserowałem, byłem jej dyrektorem i kierownikiem artystycznym. Pożegnałem ją wraz z tysiącami warszawiaków pięć lat temu na stołecznych Powązkach. Takie tłumy żegnały w ostatnich latach jedynie Hankę Bielicką i Czesława Niemena. Nad grobem Artystki w imieniu prezydenta RP przemawiała śp. pani prezydentowa Kaczyńska, w imieniu Związku Artystów Scen Polskich prezes Ignacy Gogolewski i ja – w imieniu własnym, przyjaciół, kolegów i publiczności. Były delegacje różnych miast z delegacją miasta Łomży na czele, a także delegacje różnych stowarzyszeń i organizacji, były wieńce, wiązanki i morze kwiatów przyniesionych przez tłumy, które z prawdziwym żalem żegnały swoją ulubioną Artystkę. Publiczność ją kochała i uwielbiała aż po kres jej pracowitego życia, poświęconego bez reszty teatrowi, estradzie i publiczności. Jak sama twierdziła – była całkowicie uzależniona od magii teatru, która stała się jeżeli nie jedynym, to w każdym razie głównym sensem jej życia. To wszystko skłania mnie do dalszych zawartych w tej książce wspomnień i wyznań. Przez te lata naszej artystycznej współpracy i prywatnej przyjaźni nauczyłem się od niej wiele, ale wiele też moich pomysłów i własnej twórczości oddałem do Jej dyspozycji z pełnym przekonaniem o naszym wspólnym sukcesie. Dzisiaj, po latach, mogę stwierdzić z całą pewnością, że była to dla mnie najlepsza lokata artystyczna. W moim długim życiu napisałem około dwóch i pół tysiąca utworów, tak zwanych małych form literackich, z tego około dwustu w formie monologów, skeczów czy dialogów wykonała sama – lub z partnerami – Hanka Bielicka. Były to wykonania najwyższej klasy, bo wszystko, co Artystka włączała do swojego repertuaru, nabierało odpowiedniego blasku, stawało się bardzo atrakcyjne artystycznie i gorąco przyjmowane przez publiczność. Jak wspomniałem na początku, uważam się za człowieka sukcesu i spróbuję to Państwu udowodnić. Otóż, jak już powiedziałem, napisałem w swoim życiu sporo i w dodatku nigdy nie pisałem „do szuflady”, jak się zwykło mówić w naszym środowisku. Pisałem wyłącznie na zamówienie dla konkretnego wykonawcy, instytucji artystycznej czy redakcji. Miałem zaszczyt i sposobność pisania dla naszych największych gwiazd kabaretu, estrady i teatru, ale najczęściej i najchętniej pisałem dla pani Hani. Dlaczego właśnie dla niej? Pewnie dlatego, że doskonale się rozumieliśmy, a po wtóre dlatego, że sztuka pisania monologu, podobnie jak jego wykonanie, wymaga szczególnych predyspozycji. Widz nawet przez moment nie powinien mieć wątpliwości, że wygłaszany przez aktorkę czy aktora tekst został przez nich osobiście przed chwilą wymyślony i jest wypowiadany we własnym imieniu. Z tego wynikają dla autora konsekwencje mniej przyjemne, bowiem jego twórczość w tym zakresie jest anonimowa i chcąc nie chcąc, musi się z tym pogodzić „dla dobra sztuki”. Dlatego więc autor będzie znosił mało pochlebne uwagi w rodzaju, „żeby pan był choć raz tak dowcipny jak ta Bielicka” albo „kudy panu z tą pańską pisaniną do monologów Bielickiej” itd., itd. Zapewniam Państwa, że to wszystko jest do zniesienia, pod warunkiem że autor jest odpowiednio honorowany i doceniany przez wykonawcę i środowisko, które oczywiście zna doskonale tajemnice warsztatu. Dzięki temu nasza próżność jest zaspokojona, a notowania zawodowe pną się systematycznie w górę. Oczywiście mówimy o sytuacji idealnej, kiedy istnieje pełne porozumienie autora z wykonawcą – osobą klasy Hanki Bielickiej, Ireny Kwiatkowskiej1, Aliny Janowskiej, Janiny Jaroszyńskiej czy Zofii Czerwińskiej. Z panów wymieniłbym nieżyjącego już niestety Kazimierza Brusikiewicza, a z żyjących – Piotra Fronczewskiego, Janusza Gajosa, Jana Kobuszewskiego, Romana Kłosowskiego czy jeszcze kilkoro zawodowych aktorów. Kabaretowców nie wymieniam, zwykle sami sobie piszą teksty, które zresztą najczęściej nadają się wyłącznie do ich włas­nego wykonania. Autorów nie wymieniam ze względów konkurencyjnych, ale mówiąc poważnie, z żyjących uważam za mistrzów gatunku Ryszarda Marka Grońskiego, Stanisława Tyma, Krzysztofa Jaroszyńskiego, Daniela Passenta (gdyby chciał) i jeszcze kilku innych z Januszem Głowackim na czele. Wiem, wiem, jest pewnie jeszcze wielu innych, których nie wymieniłem z powodu starczej pamięci – czy raczej niepamięci, bo pamięć starcza niby wystarcza, ale że starcza, to nie zawsze starcza na tyle, na ile starcza i nie wszystkim to wystarcza... Mam nadzieję, że wystarczająco to wyjaśniłem, zresztą na więcej sił mi nie starcza...

No ale rozszczebiotałem się mocno ponad miarę, więc co do tych sukcesów, to naprawdę uważam, że opatrzność obeszła się ze mną więcej niż łaskawie – pisałem dla największych, występowałem z najwspanialszymi, w miejscach najsłynniejszych w kraju – takich jak Teatr Wielki, Sala Kongresowa, Opera Leśna w Sopocie, za granicą w Sydney Opera House, Mc.Cormick Hall w Chicago, Teatrze Królewskim w Brukseli i wielu innych. Prowadziłem festiwale piosenki i jazzowe, pokazy mody i programy estradowe różnego gatunku i... klasy. Przedstawiałem polskiej publiczności Rolling Stonesów, Animalsów, Aznavoura i wiele innych gwiazd. Byłem współtwórcą i współwykonawcą telewizyjnej Loży, której oglądalność, a więc i popularność, dorównywała najpopularniejszym w tamtych czasach serialom brazylijskim. Dlaczego o tym piszę, dlaczego mówię tyle o sobie zamiast o Hance Bielickiej?

Otóż chcę wszystkich Państwa przekonać, że moja długoletnia współpraca z tą właśnie artystką i najwyższy podziw dla jej aktorskiego kunsztu nie wynikają z jakiegoś zakompleksienia czy niespełnienia, ale są moim świadomym wyborem i oceną fachowca, który dobrze zna prawie wszystkie tajniki sztuki estradowej. No więc teraz już powiedzmy sobie, kiedy i jak to się zaczęło. Żeby było zabawniej, zaczęło się to w czasie Narciarskich Mistrzostw Świata w 1962 roku, które odbywały się w Zakopanem. W tym samym czasie pani Hania i ja przebywaliśmy w sali koncertowej Grand Hotelu w Sopocie. Ja byłem już dosyć popularnym, znanym w Polsce konferansjerem, a zarazem kierownikiem artystycznym i reżyserem radiowego Podwieczorku na Fali 230 w Gdańsku, którego próby i nagrania odbywały się w rzeczonym miejscu. Hanka Bielicka znalazła się tam jako zaproszona przeze mnie gwiazda z Warszawy. Była już wtedy artystką niezwykle znaną i popularną głównie za sprawą bardzo wówczas słuchanego warszawskiego Podwieczorku przy mikrofonie, który rozsławił ją jako Dziunię Pietrusińską, jedną ze stałych i bardzo charakterystycznych postaci tej popularnej audycji. W czasie próby starałem się przekonać jednego z miejscowych aktorów do wykonania mojego monologu Fis-chałtura. Trudność polegała na tym, że nie znaliśmy jeszcze wyniku jednego z pretendentów do tytułu mistrza świata, naszego skoczka Łaciaka. Finał miał się zakończyć na trzy godziny przed spektaklem i dopiero wówczas mogłem ewentualnie wpisać nazwisko naszego mistrza. Aktor twierdził, że nie zdąży nauczyć się tekstu i nie chciał się podjąć tego zadania. Przysłuchująca się sporowi pani Hania zaproponowała, że nauczy się tekstu i go wykona. Przyjąłem tę propozycję z niedowierzaniem, chociaż bardzo mi pochlebiała, bo wiedziałem, że Artystka ma zamknięte grono bardzo wówczas znanych autorów, wśród których prym wodził Bogdan Brzeziński z Krakowa, i bardzo trudno było namówić ją na jakiekolwiek zmiany w tym względzie. Widząc moje wahanie, pani Hania zapewniła mnie: „Nie martw się, piękny chłopcze (byłem podobno wówczas dosyć przystojny), dam sobie radę!”. Oczywiście zgodziłem się z radością, a wynik przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Zaskoczona publiczność, która przed chwilą usłyszała wynik – srebrny medal naszego skoczka – była świadkiem prawie natychmiastowego komentarza popularnej Hanki Bielickiej na ten temat.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

JESZCZE POLSKA CZYLI PRZEDMOWA SILNIE WSTĘPNA I W MIARĘ CHAOTYCZNA

FIS-CHAŁTURA

PONURA ROZMOWA, CZYLI SKECZ UPIORNY BEZ ODSŁONY, W ŚWIETLE PRZYĆMIONYM I WARUNKACH NIE Z TEJ ZIEMI

W DZIEŃ EMANCYPANTEK

RODOWITA WARSZAWIANKA Z ŁOMŻY

PORADNIK PANI HANKI

WOŹNA

TEATR – ESTRADA – KABARET CZYLI HEJ, KTO POLAK, NA KABARETY!

LAMPA ALADYNA – ODCINEK 3

LAMPA ALADYNA – ODCINEK 4

METRO

METROPOLIA

SPRAWA ROMANA K. – MONOLOG BIEGŁEJ

MONOLOG SPRZĄTACZKI

DIALOG SPRZĄTACZKI Z KLIENTEM

ARTYSTKA EGZALTOWANA NIECO

MISKA

MONOLOGI – NAJTRUDNIEJSZA ROLA AKTORSKA I NIEWDZIĘCZNA TWÓRCZOŚĆ AUTORSKA

NIE RUSZAĆ KOLOMBINY

ARTYSTKA TOTALNA CZYLI KAPELUSZE PANI HANKI

REEMIGRANTKA

DIALOG PITNY (1988)

NIE DO ZNIESIENIA

INNA POLSKA

MĘŻCZYŹNI W JEJ ŻYCIU

WE WŁASNYM DOMU

ZŁOTE MYŚLI PANI HANKI

GADAOLOGIA

PLOTY I ANEGDOTY CZYLI PSY I KOTY

PORADZIMY SOBIE

POROBIŁO SIĘ

AGENCJA TOWARZYSKA

BLISKI SĄSIAD

CHAŁTOUR DE POLOGNE

PRZYMIARKA

MONOLOG DOSTATNI

GOŁO, ALE NIEWESOŁO

ROZMÓWKI MAŁO TOWARZYSKIE

STYL ŻYCIA CZYLI ŻEGNAJ, SMUTKU

JUBILEUSZOWA BIAŁA PLAMA

KOMENTARZ WSPÓŁCZESNY (UZUPEŁNIENIE DO JUBILEUSZOWEJ BIAŁEJ PLAMY)

DOCHODZENIE (DIALOG Z HANKĄ BIELICKĄ)

MŁODA INACZEJ

POŻEGNANIE

MONOLOG ŻEGNALNY (HANKI BIELICKIEJ)

OTWARCIE EUROSCEPTYCZNE

EPILOG CZYLI ŻYCIE PO ŻYCIU...

BIBLIOGRAFIA

PODZIĘKOWANIA

ILUSTRACJE

1 Zmarła 3.03.2011 r. w trakcie powstawania tej książki – przyp. red.