Handlarz z Omska - Camilla Grebe, Paul Leander-Engström - ebook + audiobook
Opis

"Trylogia „Mroczna Moskwa” przedstawia wstrząsający obraz Rosji za rządów Putina. Znajdziemy tu zarówno niewyobrażalne bogactwo, jak i skrajną biedę, a ludzie nie cofną się przed niczym w pogoni za władzą i pieniędzmi. Rosja początku XXI wieku to czas kiedy w okamgnieniu powstawały największe współczesne fortuny. „Doskonale napisany, trzymający w napięciu i politycznie wyrafinowany thriller”. Magnus Utvik „Przerażająco dobra i wstrząsająca książka”. Östra „Uwielbiam tę książkę. Inteligentna, pobudza do myślenia i trzyma w napięciu”.   Micael Dahlén    W gorącą letnią noc Oscar Rieder, syn ambasadora Szwecji, zostaje znaleziony martwy na terenie rezydencji ambasady w Moskwie. Obok niego leży w ciężkim stanie prostytutka, której jednak wbrew przewidywaniom udaje się przeżyć. Na miejsce przybywa prokurator Siergiej Skurow, który ma prowadzić dochodzenie przy wsparciu młodego i ambitnego inspektora policji, Antona Lewina.     Skurow podpowiada swojemu przyjacielowi Tomowi Blixenowi, że rosyjska spółka Maratech szuka władającego szwedzkim następcy zmarłego Riedera. Tom otrzymuje posadę i wkrótce stwierdza, że firma jest zamieszana w nielegalny handel bronią. Krok po kroku Tom i Skurow rozwikłują kłębowisko, które, jak się okazuje, sięga najwyższych sił politycznych w Szwecji. Życie Toma zależy od tego, czy znajdzie dowody, które zdemaskują Maratech i szwedzkich partnerów spółki."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 487

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 50 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Popularność


Tytuł oryginału:

HANDLAREN FRÅN OMSK

Copyright © 2014 Camilla Grebe and Paul Leander-Engström

First published by Damm Förlag, Forma Books AB, Sweden

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-303-1

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Niny, Arnego, Jima

Åsa

„Gdy mówią pieniądze, milczy sumienie”.

(przysłowie rosyjskie)

Słowo wstępne

W marcu 2008 roku rosyjscy agenci zatrzymali w Bangkoku Rosjanina Wiktora Buta, jednego z najbardziej zuchwałych i najskuteczniejszych handlarzy bronią we współczesnym świecie. But, nazywany „handlarzem śmierci”, przez ponad dwadzieścia lat wywodził w pole zarówno wymiar sprawiedliwości, jak i służby bezpieczeństwa. Zaopatrywał w broń przywódców, dyktatorów i terrorystów na wszystkich kontynentach.

Tak się składa, że towar sprzedawany przez Buta stanowi jeden z najbardziej dochodowych artykułów eksportowych Szwecji. Niewielu Szwedów wie, że ich kraj jest jednym z największych eksporterów broni na świecie per capita i że jej sprzedaż dynamicznie rośnie – od 2001 roku uległa wręcz podwojeniu. Wciąż dostarczamy broń w rejony konfliktów zbrojnych oraz do państw naruszających prawa człowieka; powołaliśmy nawet specjalny urząd, którego zadaniem jest wspieranie szwedzkiego przemysłu zbrojeniowego z pieniędzy podatników.

Zainspirowani postacią Buta i innych aktorów odgrywających główne role w międzynarodowej sprzedaży broni, pisaliśmy Handlarza z Omska, chcąc przede wszystkim stworzyć prawdziwie emocjonujący thriller, ale naszym zamiarem było także zwrócenie uwagi na problemy z zakresu polityki bezpieczeństwa. Uważamy, że należy więcej o nich mówić. Nie przypisywaliśmy naszej książce żadnego celu politycznego – poza postawieniem trudnych pytań, na które sami nie mamy odpowiedzi.

Wszystkie firmy, osoby i szwedzkie produkty występujące w książce są fikcyjne, choć niekiedy inspirowane rzeczywistymi pierwowzorami. Pozwoliliśmy sobie także na dosyć znaczną swobodę przy opisywaniu zagadnień technicznych i politycznych. Jednakże otoczenie, w którym obracają się nasi bohaterowie – szczególnie Moskwa – jest starannie sportretowane przez Paula, który mieszkał tam przez ponad dziesięć lat. Jego doświadczenia jako pracownika wydziału bezpieczeństwa ambasady szwedzkiej w Moskwie pod koniec lat osiemdziesiątych, jak również praca konsultanta w rosyjskiej firmie zbrojeniowej, stanowiły ogromną pomoc podczas pisania tej książki.

Interesującej lektury!

Camilla Grebe       Paul Leander-Engström

Rezydencja ambasadora Szwecji w Moskwie, ulica Mosfilmowskaja 60

W tej samej sekundzie, gdy Oscar Rieder zasnął i z dłoni wypadła mu puszka z piwem, rozległ się dzwonek do drzwi. Podniósł puszkę, ale i tak było za późno. Ręcznie tkany wełniany dywan wchłonął płyn szybko jak gąbka i Oscarowi rozlała się pod stopami plama wielkości zimnej pizzy leżącej na stole.

Zaklął, ściągnął z siebie podkoszulek i przycisnął go do dywanu. Potem dźwignął się z fotela Carla Malmstena, kopnął na bok torebki po chipsach oraz puste puszki i ruszył do wejścia.

Ludmiła miała na ustach ten sam co zawsze niewzruszony uśmiech, gdy Oscar otworzył drzwi i wpuścił do środka cały bukiet zapachów nocnej Moskwy: spaliny, woń świeżo skoszonej trawy i kurzu. Głęboko wycięty błyszczący top zsunął się nieco, odsłaniając opalone, chude ramię Ludmiły, kiedy pochyliła się do przodu i lekko pocałowała go w usta. Następnie z ociąganiem przesunęła długim paznokciem po jego nagim torsie, jakby się zastanawiała, czy przypadkiem go nie zadrapać, po czym weszła do środka. Donośny stukot jej wysokich obcasów odbił się echem od kamiennych murów.

– Priwiet, Oscar.

Nie odpowiedział na jej pozdrowienie, tylko chwycił ją za cienki nadgarstek i pociągnął w głąb holu. Ludmiła zakołysała się na obcasach, chichocząc pod nosem. Dla utrzymania równowagi musiała przez moment oprzeć się dłonią o ścianę. Oscar natomiast wyszedł kilka kroków za drzwi i spojrzał na budkę strażnika porośniętą bluszczem. Rosyjski wartownik, który stał na asfalcie zwrócony w stronę rezydencji, uśmiechnąwszy się znacząco, cisnął na ziemię papierosa. Niedopałek przez parę sekund żarzył się na jezdni, po czym zgasł. Na prawo od budki rysowała się na tle wieczornego nieba strzelista sylwetka ogromnego srebrnego świerka.

Oscar cofnął się do środka i zamknął za sobą drzwi, nic nie mówiąc. Stukot obcasów Ludmiły towarzyszył mu do niewielkiego salonu. Oboje musieli lawirować między kartonami po pizzy i puszkami po piwie poniewierającymi się na podłodze.

– Boże moj, Oscar. Co się stało?

Bóg nie ma z tym nic wspólnego, pomyślał Oscar. Zapaliwszy mosiężną lampkę z zielonym kloszem, nalał wódki do szklanki po piwie.

– Mogłabyś pójść na górę i przynieść mi papierosy? – powiedział. – Zostawiłem je w pokoju gościnnym.

Ludmiła wzruszyła chudymi ramionami, aż zagrzechotał jej naszyjnik, odwróciła się i poszła. On jednak po sposobie, w jaki ruszyła, po drobnym, wyrażającym niezadowolenie ruchu głową poznał, że jest zła. Na ułamek sekundy ogarnęła go irytacja. Przecież ona nie ma prawa stroić fochów. Płaci jej dobrze i nie życzy sobie żadnego nonsensownego zachowania. Uległość i usłużność powinny leżeć w jej interesie. Bo w gruncie rzeczy to nie jest jego postojannaja podruga, czyli „stała dziewczyna”, jak trafnie określali to Rosjanie.

Wyjrzawszy przez okno wychodzące na ogród, popatrzył na jarzące się w oddali światła wieżowców i usiłował zaprowadzić porządek w swoich myślach. Zdawał sobie sprawę, że po weekendzie będzie musiał stawić czoło sytuacji. Nie mógł przecież siedzieć i ukrywać się w rezydencji całą wieczność. Po weekendzie wróci jego ojciec, ambasador Georg Rieder, i cały personel domowy. Obecność Oscara wywołałaby pytania – pytania, na które nie mógł ani nie chciał odpowiadać.

Ludmiła wróciła do salonu, rzuciła mu papierosy na stół i osunęła się na kanapę.

– Miałeś tu jakieś przyjęcie czy co?

Jej ciemne oczy zatrzymały się bez wyrazu na jakimś punkcie na prawo od jego głowy.

– Nie.

Oscar zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko i kaszlnął, co spowodowało, że lekko wydęła usta.

– Nie powinieneś palić. Twoje płuca tego nie wytrzymują – powiedziała.

– Palę od trzynastego roku życia, zacząłem w internacie. A moje płuca mają się świetnie.

Zauważył, że wymamrotała coś pod nosem.

– Jasne – odrzekła, po czym ściągnęła z siebie top, odsłaniając perfekcyjne piersi. Następnie wstała, rozpięła dżinsy i opuściła je do kolan. W końcu jednym ruchem pozbyła się i spodni, i sandałków. – Miałeś zły dzień?

Pogłaskała go po głowie z wyraźną czułością. Jakby naprawdę go kochała. Niewykluczone, że tak było.

– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak zły.

– Może mogłabym jakoś poprawić ci samopoczucie?

Stanęła tuż przed nim, podczas gdy on siedział oparty wygodnie na kanapie. Pochylił się do przodu i przesunąwszy dłonią po skraju jej czarnych stringów, wsunął ją zaraz w szczelinę między jej chudymi nogami.

– Może – rzekł, trzymając w ustach papierosa i równocześnie ściągając z niej stringi. Była całkiem ogolona. Ostrożnie pieścił jej skórę, czując, jak kłujące włoski łaskoczą go w palce. Uznał, że wszystkie problemy mogą poczekać do poniedziałku. Dziś jest piątek, ma więc dość czasu, aby wymyślić jakieś rozwiązanie.

– Stało się coś? – spytała znowu, ale bez specjalnego zainteresowania, toteż wiedział, że jeśli nie odpowie, Ludmiła przestanie pytać. Nie musiał jej niczego wyjaśniać.

– Nie chcę o tym mówić.

Wzruszyła ramionami.

– Mogłoby się wydawać, że zostałeś tu zamknięty i przez tydzień żyłeś na chipsach i piwie.

Oscar uznał, że w gruncie rzeczy jest dosyć bliska prawdy w tych swoich domysłach, nic jednak nie powiedział.

– Poczekaj chwilę, bardzo cię proszę.

Ludmiła posłusznie przesunęła się odrobinę w bok, a on wstał z kanapy. Podszedł do ściany i powiódł wzrokiem po zdjęciach wiszących nad regałem. Zadowolone z siebie, szeroko uśmiechnięte twarze spoglądały na niego z góry. Poczuł się dziwnie, patrząc teraz na nie. Jakby zajrzał do tunelu prowadzącego do własnej przeszłości i odkrył czas, który już nie istnieje. Powierzchowną, zakłamaną rzeczywistość, która dawno temu się zawaliła i ustąpiła miejsca czemuś, co jest bardziej przesiąknięte złem, ale zarazem bardziej powszednie. Zastanawiał się, w jakim świecie żyli ludzie z tych fotografii – w jego świecie czy w tej innej, gładkiej, szczęśliwej rzeczywistości kolorowych pism.

Pochylił się do przodu, zdjął ze ściany zdjęcie wiszące pośrodku i zdmuchnął lekki kurz ze szkła. Widniejący na nim mężczyzna uśmiechał się tak szeroko, że patrząc na tę fotografię, można by zbadać stan jego uzębienia, a obok niego stała  o n a.  Spoglądała prosto w obiektyw z głową przechyloną na bok i z długim jasnym warkoczem na ramieniu niczym niewinna uczennica – którą nigdy nie była.

Oscar wrócił na kanapę.

– Usiądź.

Ludmiła bez słowa protestu opadła na sofę obok niego, odchyliła się do tyłu, spotkała jego spojrzenie i rozsunęła nogi.

– Nie teraz – powiedział i wyjął niewielką kopertę. Wysypał perłowobiały proszek na szybkę fotografii. Zaskrzypiało, kiedy żyletką przesuwał po zdjęciu kobiety z warkoczem.

Całkiem adekwatna symbolika.

Potem zwinął w rulon banknot, wciągnął przez niego kreskę i podał zdjęcie i banknot Ludmile.

Kiedy pochyliła się nad szkłem, zauważył na jej karku i kościstych ramionach gęsią skórkę. Miał już spytać, czy nie chce przykryć się kocem, gdy nagle ogarnęło go cudowne poczucie spokoju i jasności. Strach zelżał, rozpłynął się jak mgła w słońcu o wczesnym poranku. Wszystko widział klarowniej: sytuację, w której się znalazł, i rozwiązania, które powinien wybrać. Wszystko nieoczekiwanie wydawało się do opanowania.

Nie było niczego, z czym nie mógłby dać sobie rady.

– Dobry towar – bąknęła Ludmiła i spojrzała na Oscara szeroko otwartymi oczami.

Teraz budziła w nim zainteresowanie. Jej drobne piersi o różowych sterczących sutkach były jędrne i apetyczne, a na bladej skórze błyszczał jasny puszek. Zdawał się żarzyć w blasku lampy.

– Płoniesz – szepnął.

– Płonę – powtórzyła z uśmiechem. Po chwili wybuchła gromkim, przenikliwym śmiechem, który skojarzył się Oscarowi ze skrzeczeniem ptaków w ogrodzie za oknem.

Pochylił się ku niej. Pocałował jedną pierś, a drugą zamknął w dłoni. Jej skóra była ciepła i jakby nieco wilgotna. Tak, zdecydowanie wilgotna. Przemknęło mu przez głowę, że teraz jego hiperczułe zmysły są w stanie odnotować najmniejsze niuanse temperatury i wilgotności, a on potrafi dosłyszeć najsłabsze dźwięki i rozróżnić najmniejsze poruszenia.

Ludmiła znowu zachrypiała swoim śmiechem i poruszyła się pod jego ciężarem. Mocniej przycisnęła łono do niego.

– Tęskniłam za tobą.

Oscar uniósł się na łokciu i pociągnął łyk wódki. Potem podał szklankę Ludmile, która wzięła ją bez słowa i szybko opróżniła. Wzdrygnęła się, kładąc się z powrotem na kanapie.

W tym samym momencie od strony wejścia dobiegło jakieś szuranie. Brzmiało tak, jakby ktoś ciągnął coś ciężkiego po podłodze. Karton albo może worek.

– Ktoś tam jest? – spytała Ludmiła, nie próbując jednak ani się schować, ani ubrać.

– Tylko my jesteśmy.

– Przecież słyszałam…

– Pewnie wartownik na zewnątrz przechodził gdzieś blisko.

Oscar wiedział bardzo dobrze, że rosyjscy wartownicy nigdy nie wchodzą na teren rezydencji. Ich zadaniem było dbać o to, aby nikt niepowołany nie wdarł się na szwedzkie terytorium, sami natomiast nigdy nie przekraczali ogrodzenia ambasady. Zatem najprawdopodobniej był to odgłos wywołany przez któregoś z nielicznych urzędników przesiadujących w ambasadzie w późny wieczór sierpnia, miesiąca spędzanego przez większość Rosjan na urlopie. Akustyka tego chłodnego i oszczędnie umeblowanego budynku niekiedy płatała figle.

– Pst… – Oscar zamknął jej usta dłonią i rozpiął sobie dżinsy. Czuł, jak obudziła się w nim żądza, domagając się miejsca w jego świadomości i wypierając wszystkie niewygodne myśli cisnące się do głowy.

Kilka lat temu Ludmiła była tylko jedną z niezliczonych ładnych dziewczyn, które przyjeżdżały do Moskwy, żeby znaleźć sobie męża albo zamienić na pieniądze jedyne, co posiadały – czyli własne ciało. Owszem, podobała mu się, lecz nic ponadto. Z czasem zaczął spotykać się z nią coraz częściej. Najpierw tylko raz w miesiącu, ale ostatnio widywali się niemal co tydzień. Gdyby ktoś mu powiedział, że się w niej zakochał, uznałby to za całkowity absurd. To przecież prostytutka i już. I nic dla niego nie znaczy. Prawda leżała prawdopodobnie gdzieś pośrodku, na granicy między miłością a obojętnością, którą sobie wmawiał. Oscar przywiązał się do niej, podobnie jak człowiek przywiązuje się do psa. Dobrze się czuł w jej niewymagającym towarzystwie i chociaż wiedział, że nigdy nie będzie jego dziewczyną, i tak ją lubił.

Nagle drgnęła pod nim.

– Oscar, tam ktoś jest.

Objął ustami płatek jej ucha i mocniej zacisnął dłonie na nadgarstkach. Chyba nawet mocniej, niż zamierzał, bo syknęła, jakby ją zabolało.

– Bredzisz. Tylko my tu jesteśmy.

– Przecież słyszałam…

– Nie ma nikogo poza nami, a ja strasznie ciebie chcę.

Poddała się jego uściskowi i zaczęła gwałtownie dyszeć wtulona w jego szyję.

W tej samej chwili w salonie zgasło światło. Oscar zerwał się z kanapy i wciągnął dżinsy.

– Włącz, proszę – szepnęła Ludmiła z sofy.

– To pewnie bezpieczniki – stwierdził Oscar. – Pójdę sprawdzić.

Ruszył po omacku po kamiennej posadzce w kierunku holu.

– Oscar, nie, zostań tu ze mną, błagam.

– Opanuj się, pójdę tylko do skrzynki.

Ucichła.

Jego oczy stopniowo oswajały się z ciemnością. Rozpoznawał już ciemne zarysy mebli stojących równo pod ścianami. Słabe światło sączyło się od strony okien wychodzących na ogród. Z daleka dobiegł ryk nabierającego prędkości motocykla.

Najprościej byłoby wezwać pomoc przez wewnętrzny telefon albo dostać się do budynku mieszkalnego za rezydencją i sprowadzić kogoś stamtąd. Nie chciał jednak, aby ciekawscy strażnicy ambasady zobaczyli jego i Ludmiłę w takiej sytuacji, bo od razu zaczęłoby się gadanie. Co prawda nie jest technicznym orłem, lecz powinien raczej poradzić sobie z bezpiecznikami.

Z rękami wyciągniętymi przed siebie wszedł do korytarza na prawo od głównego wejścia. Unosił się w nim sztuczny cytrynowy zapach środka do mycia podłogi, szczodrze używanego przez sprzątaczki.

Oscar wpadł na coś i uderzył się tak mocno, że aż zaklął; po chwili sobie przypomniał, że to on sam kilka tygodni temu postawił w tym miejscu torbę golfową.

Kilka tygodni temu, czyli całą wieczność temu. Wtedy, kiedy coś takiego jak golf miało jeszcze jakieś znaczenie.

Z pralni dochodził odgłos kapiącego kranu. To mu przypomniało, że według prognozy pogody nad Moskwę miały nadciągnąć burze i deszcze, chociaż na razie nad miastem zalegało wilgotne, ciężkie powietrze.

– Oscar?

Głos Ludmiły brzmiał odlegle. Z niewiadomego powodu postanowił jej nie odpowiadać. Chyba nie chciał naruszać ciszy i złudnego spokoju, który go otaczał. Słyszał tylko własny oddech i tamto irytujące kapanie. Gdzieś przed nim znajdowała się skrzynka z bezpiecznikami. W korytarzu nie było żadnego okna, dlatego panowała w nim nieprzenikniona ciemność. Nagle zdał sobie sprawę, że aby znaleźć właściwy bezpiecznik, potrzebna mu będzie latarka albo przynajmniej świeca. Odwrócił się zatem i ruszył w kierunku holu, który rysował się na końcu korytarza jako prostokątna jasna plama.

Ludmiła czekała tam na niego. Jej ciało było z daleka jedynie ciemnym, podłużnym cieniem. Kiedy szedł w jej stronę, cień zdawał się rosnąć, a jemu na karku nie wiadomo dlaczego zjeżyły się włoski. Zupełnie jakby niewidzialna zimna dłoń przesunęła się po jego plecach, jakby ciało już wiedziało, że coś jest nie tak, jak być powinno, mimo że umysł jeszcze nic takiego nie odnotował.

Nagle zrozumiał, co jest nie tak.

W drzwiach nie stała Ludmiła. Widoczna sylwetka była zbyt długa jak na nią.

W rezydencji znajdował się ktoś jeszcze.

Kilka sekund później nieproszony gość rzucił się na Oscara, przewracając go na ziemię, z powrotem w ciemność korytarza. Rozległ się metaliczny brzęk kijów golfowych wysypujących się na kamienną posadzkę, gdy usiłując uwolnić się od napastnika, przewrócił torbę. Słyszał z daleka głos wołającej go Ludmiły, nie był jednak w stanie odpowiedzieć, ponieważ całą energię wkładał w próbę oswobodzenia się z żelaznego uścisku przeciwnika.

Nagle nieznajomy mężczyzna usiadł mu okrakiem na plecach, równocześnie odciągając brutalnie ramiona do tyłu. Oscar twarz miał przyciśniętą do chłodnej posadzki. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że zaraz zwymiotuje, tak strasznie zabolało go w stawach, na szczęście po chwili ból zelżał. Mężczyzna musiał chyba nieco zwolnić uścisk.

– Na piętrze mam trochę pieniędzy – wydyszał Oscar. – Puść mnie, to ci przyniosę.

Nie padła żadna odpowiedź.

W następnej sekundzie usłyszał głos Ludmiły, tym razem bliżej.

– Oscar, co się dzieje?

Napastnik puścił na moment ręce Oscara, który wykorzystał szansę i zmobilizowawszy wszystkie siły, wyrwał się z uchwytu.

Puścił się pędem w kierunku holu, krzycząc jednocześnie:

– Tu ktoś jest!

– Idę do ciebie! – odpowiedziała Ludmiła.

– Nie! Zostań! To jest…

Sekundę później tamten znów rzucił się na niego. Chwycił go i trzymał wpół z niepojętą siłą, wyciskając z płuc Oscara całe powietrze. Chyba tak muszą się czuć ludzie pogrzebani pod lawiną, zdążył jeszcze pomyśleć, zanim poczuł ukłucie w ramię. Ciepło rozchodzące się po całym ciele wyparło ból, a potem otworzyła się pod nim otchłań. Spadał i spadał, aż w końcu powietrze wokół niego zamieniło się w miękką poduszkę. Wszystkie dźwięki przycichły. Gdzieś z oddali słyszał krzyk Ludmiły. Chciał jej powiedzieć, żeby uciekała, ale nie był w stanie. Ciało przestało mu być posłuszne.

Była tylko ciemność. Była tylko cisza i miękkość. Przed oczami przemykały mu obrazy z dzieciństwa niczym motyle nad letnią łąką. Widział siebie jako małego chłopca, czuł smak nagrzanych słońcem truskawek, które zebrał na wsi, w Torekovie. Czuł ostre kamyki chrzęszczące pod cienką skórą swoich dziecięcych stóp. Pamiętał oszołomienie po pierwszym pocałunku, który skradł dwa lata starszej koleżance na prywatce, gdy wszyscy tak się popili, że aż wymiotowali. Czuł zapach zakurzonych moskiewskich ulic i ciepłej skóry Ludmiły.

A potem wszystkie te obrazy rozpłynęły się niczym dym we mgle.

Rezydencja ambasadora Szwecji w Moskwie, ulica Mosfilmowskaja 60

Martwe ciało Oscara Riedera leżało wyciągnięte na białej posadzce, jego głowa spoczywała na dywanie. Można było odnieść wrażenie, że specjalnie tak się położył, żeby się przespać. Twarz była zniszczona, choć jeszcze młoda, jak to często bywa, gdy przez długi czas nie szanuje się własnego organizmu. Pełne policzki pokrywał gęsty zarost. Bujne ciemnobrązowe włosy ułożyły się na bok jakby pod wpływem podmuchu suszarki. Twarz i szyja były opalone. W gruncie rzeczy przypominał braci Kennedych, zwłaszcza odstające uszy wydawały się bardzo podobne. I nietrudno było sobie wyobrazić, jak by wyglądał w podeszłym wieku.

Ale już go nie dożyjesz, pomyślał prokurator Siergiej Skurow, przyglądając się młodemu mężczyźnie leżącemu u jego stóp. Zielone oczy, które wcale nie wyglądały na martwe, patrzyły przez okno wychodzące na ogród ambasady. Zmarły miał niewiele więcej lat niż dzieci Skurowa i był synem ambasadora Szwecji w Moskwie, Georga Riedera. Na razie prokurator wiedział tylko tyle. Jedyną osobą, od której mógł ewentualnie uzyskać więcej informacji, był pozostający w szoku dozorca szwedzkiej ambasady. To on łamanym rosyjskim opowiedział, jak znalazł Oscara Riedera i nieprzytomną kobietę.

– To my się zbieramy.

Lekarz z ambulansu zwrócił się do Skurowa jako prokuratora i zarazem szefa kierującego akcją. Skurow akurat miał dyżur w prokuraturze, dlatego znalazł się tutaj prawie równocześnie z policją i karetką.

Mężczyźni w zielonych kombinezonach podnieśli nosze z kobietą. Na twarzy miała maskę tlenową.

– Okej. Jakie rokowania?

– Trudno powiedzieć. Ma słaby puls i samodzielnie oddycha. Daliśmy jej antidotum na opiaty.

– Co takiego?

– Odtrutkę po przedawkowaniu.

Skurow tylko skinął głową w odpowiedzi. Miał nadzieję, że kobieta jakoś z tego wyjdzie. Chciałby się dowiedzieć, co takiego wydarzyło się w rezydencji ambasadora Szwecji, a to znaczyło, że musi się pospieszyć, bo raczej się nie spodziewał, że będzie mógł tu przebywać zbyt długo.

Dozorca amabsady mówił, że tuż przed trzecią w nocy zauważył informację o usterce zasilania w rezydencji i dlatego wszedł do środka. Wszędzie było cicho, więc myślał, że para jest na piętrze, tymczasem znalazł ich na dole. Oscar, jak mu się wydaje, już nie żył, natomiast kobieta wykazywała jeszcze słabe oznaki życia.

Ambasador przebywa w Szwecji na urlopie, podobnie jak inni wyżsi urzędnicy ambasady. Dozorca musiał kilka razy objaśnić pojęcie chargé d’affaires, zanim Skurow zrozumiał, że to tylko taka elegancka nazwa urzędnika odpowiadającego za ambasadę podczas nieobecności ambasadora. W tym przypadku funkcję tę pełnił dyplomata noszący tytuł pierwszego sekretarza ambasady, który jednak okazał się nieosiągalny, kiedy dozorca desperacko próbował go złapać na daczy poza Moskwą, gdzie miał zwyczaj spędzać weekendy. W pewien sposób ułatwiało to sytuację. Ponieważ obywatelka rosyjska doznała poważnego uszczerbku na zdrowiu z niewyjaśnionych dotąd przyczyn – wyglądało to na zwykłe przedawkowanie, lecz nie można wykluczyć użycia przemocy lub przymusu – rosyjskie organa ścigania chciały mieć dostęp do miejsca, w którym to nastąpiło. A trudno sobie wyobrazić, aby około dwudziestu Rosjan, włączając w tę liczbę prokuratora, techników policyjnych, policjantów i funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa, mogło swobodnie przebywać w rezydencji, gdyby na miejscu był ktokolwiek ze szwedzkich dyplomatów.

Skurow znowu rozejrzał się dookoła. Technicy kryminalni zabezpieczali wszystko, co mogli, i filmowali całe mieszkanie niezależnie od tego, czy stanowiło ono miejsce zbrodni, czy tylko tragicznego wypadku. Zauważył, że niektórzy z kręcących się mężczyzn to agenci Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Gdy przyjrzał się bliżej, rozpoznał jednego z nich. Jak widać, FSB nie chciała przepuścić okazji, by dostać się do środka ambasady, trochę się rozpatrzeć i może nawet zostawić gdzieś jakiś mikroskopijny mikrofon albo kamerkę. Ale to nie jego problem, takie są reguły gry, a Szwedzi mogą mieć pretensje tylko do siebie, że nie zostawili nikogo kompetentnego na miejscu.

– Anton! Pilnujesz, żeby koledzy z Łubianki nie potknęli się o naszą ofiarę i nie zaprapali nam miejsca przestępstwa?

Łubianka to potoczna nazwa kwatery głównej wywołującej postrach służby bezpieczeństwa. Skurow, mówiąc to, rzucił okiem na młodego inspektora policji. Anton, który przerwał swoją weekendową wizytę u mamy, nie przypominał typowego policjanta, niemal zawsze obrośniętego tłuszczem od wiecznego przesiadywania na tyłku. Był ubrany w białą koszulę i krawat, miał pociągłą bladą twarz z mocno zaznaczonymi kośćmi policzkowymi, ciemnoblond zaczesane na mokro włosy i nos tak mały, że mógłby zdobić twarz dziewczyny.

– Jasne – odpowiedział Anton bez cienia uśmiechu choćby w kącikach ust.

Może to wcale nie było takie dowcipne, pomyślał Skurow, choć z drugiej strony dawno już doszedł do wniosku, że chyba jeszcze nigdy nie spotkał człowieka do tego stopnia pozbawionego poczucia humoru. Chłopak był kompetentny i miał potencjał, w to Skurow nie wątpił. Chociaż Anton Lewin skończył Akademię Zarządzania Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zaledwie trzy lata temu, zdążył już awansować na kapitana w wydziale kryminalnym moskiewskiej Komendy Głównej Policji, nazywanym wśród znawców prawa MUR. Skurow długo próbował znaleźć jakiekolwiek skazy na wizerunku Antona, ale ten młody człowiek nie dostał nawet żadnej nagany, co obudziło w prokuratorze sceptycyzm. Znał bowiem policjantów, którzy na pozór byli czystsi niż woda w syberyjskich jeziorach po roztopach, a prowadzili prawdziwe syndykaty zbrodni.

Dozorca ambasady podszedł do prokuratora, gdy ten zatrzymał się przy schodach prowadzących na górną, prywatną kondygnację.

– Przepraszam – bąknął.

Skurow spojrzał na niego z lekkim współczuciem. Facet prawdopodobnie zostanie obwiniony za popełnienie wykroczenia na służbie, ponieważ wpuścił ich tutaj tak po prostu, bez żadnych zastrzeżeń.

– Tak?

Skurow się domyślał, co chudy młody człowiek zamierza mu powiedzieć, dlatego przygotował się, by użyć swego najbardziej obcesowego tonu.

– Nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych prosi, żebyście poczekali na zewnątrz rezydencji, dopóki nie skontaktujemy się z chargé d’affaires.

– Dla mnie to jest miejsce zbrodni i nie zamierzam wychodzić. Proszę zejść mi z drogi i być przygotowanym na więcej pytań.

Dozorca nie robił dalszych trudności, co Skurow przyjął z ulgą, bo nie chciał pastwić się nad nim bardziej niż to konieczne. Wystarczało, że facet był w szoku.

Skurow poszedł na górę, do części prywatnej rezydencji, składającej się z trzech ładnych sypialni i pokoju do pracy z widokiem na ogród. Ambasadorowanie to wcale nie taka głupia rzecz, stwierdził. Już wcześniej miał styczność ze sprawami ze świata dyplomacji, bo należały one do kompetencji prokuratury federalnej. Ostatnim razem chodziło o poważne przestępstwo libijskich dyplomatów, którzy znęcali się nad swoim personelem. Ale wtedy nie miał okazji odwiedzić rezydencji i zobaczyć, jak mieszka ambasador Libii.

W dwóch sypialniach łóżka nie były pościelone. Z jednej z nich dobiegały monotonne komendy wypowiadane po angielsku: engage the enemy, defend yourself…

Skurow wszedł do pokoju. Te odgłosy pochodziły z telewizora z wbudowaną konsolą do gry, urządzenia, które często widywał w rosyjskich domach. Z lekkim żalem przypomniał sobie, że jego i Tamary nigdy nie było stać na to, żeby kupić coś takiego ich synowi Walerijowi, co mimo wszystko nie przeszkodziło, że chłopak odnosił teraz sukcesy jako pracownik jednej z wielu firm produkujących gry, które ostatnio wyrastały jak grzyby po deszczu. Walerij ewidentnie odziedziczył po żonie Skurowa, Tamarze, smykałkę do programowania, komputerów i ścisłych formułek.

Na podłodze leżało kilka rozrzuconych pustych butelek po winie. Może tak żyją cieszące się przywilejami dzieci dyplomatów? Nadużywanie. Wykorzystywanie służby. Dyplomaci nie wydawali się ani trochę lepsi od wykolejeńców, których spotykał w spelunkach Goljanowa czy Strogina. Przeszedł przez sypialnię, a potem obejrzał dokładnie pokój do pracy. Zdziwił go panujący w nim wyjątkowy ład. Krzesło było wsunięte pod stół, a książki i różne bibeloty starannie ustawione. Na podkładce na biurku leżał nóż do otwierania listów ozdobiony szwedzkim godłem i notes z tekstem „Georg Rieder, Ambassador of the Kingdom of Sweden” wydrukowanym złotymi literami w górnym prawym rogu. Skurow pochylił się i spojrzał na niego z boku – na pierwszej pustej stronie zdawały się odciśnięte zarysy liter i cyfr. Wyrwał kartkę z notesu i ostrożnie włożył ją do plastikowej torebki. Potem zajrzał do kosza na papiery.

Był pusty.

Nagle wyrwały go ze skupienia podniesione głosy dochodzące z zewnątrz. Pospieszył więc na dół, uznawszy, że na górze zobaczył już co najważniejsze. Chciał jeszcze ostatni raz rozejrzeć się po części oficjalnej na parterze, zanim zostaną stąd wyrzuceni.

W drodze do dużej sali recepcyjnej natknął się na Antona.

– Co tam się dzieje na dworze?

– Wrócił pierwszy sekretarz ambasady – wyjaśnił Anton.

– Zajmiesz się nim? Potrzebuję jeszcze kilku minut tu, na dole.

– Tak jest, szefie.

Skurow wszedł z powrotem do niewielkiego salonu, gdzie leżał syn ambasadora, przykryty teraz czymś w rodzaju białego prześcieradła. Gdy ponownie przyjrzał się zdjęciom na ścianach, odkrył coś, co wcześniej przegapił. Wśród fotografii widniało wolne miejsce, jakby jakiejś brakowało, a ze ściany wystawał samotny gwóźdź.

Wzburzone głosy dochodziły już z holu. Anton jednostajnym tonem odpowiadał rzeczowo na wykrzykiwane zarzuty.

– Rosyjska obywatelka została znaleziona nieprzytomna o godzinie drugiej czterdzieści pięć przez pańskiego pracownika. Dzięki natychmiastowej reakcji rosyjskich służb ratunkowych kobieta mogła uzyskać pomoc medyczną, zanim…

– Jestem zmuszony prosić wszystkich o opuszczenie terytorium państwa szwedzkiego!

– A co pan zrobi z ciałem ofiary? Czy macie na terenie ambasady lodówkę do przechowywania zwłok?

Skurow nie potrafił powstrzymać uśmiechu, słysząc na wskroś trzeźwe, technokratyczne uwagi Antona.

– Lodówkę? – powtórzył dyplomata.

– Zwłoki niebawem zaczną wydawać niemiły zapach.

– To niech pan je zabierze.

Niedługo będzie raport z oględzin przeprowadzonych przez lekarza sądowego, pomyślał Skurow.

Czy czegoś nie przegapił? Może rozproszyły go trochę te piękne meble i dzieła sztuki wypełniające rezydencję?

Kilka kawałków rozbitego szkła błyszczało na prawo od jednej z kanap. Skurow podszedł bliżej, schylił się i zajrzał pod mebel. W głębi ujrzał coś, co przypominało zdjęcie, a równocześnie coraz wyraźniej słyszał głos Szweda, który wykrzykiwał coś o Ministerstwie Spraw Zagranicznych i oficjalnej skardze. Potem zadzwonił jego telefon komórkowy. Prokurator, który już wyciągnął się jak długi na podłodze, stwierdził, że nie dosięgnie ręką przedmiotu pod sofą i musi użyć nogi. Wsunął ją więc pod kanapę, próbując przyciągnąć to coś stopą.

– Co ten człowiek robi pod kanapą? – wrzasnął ktoś od drzwi.

Skurow skoncentrował się po raz ostatni i jednym, za to bardzo celnym ruchem wykopał ów przedmiot spod sofy. Nie mylił się – było to zdjęcie. Szkło było zbite, a fotografia pomięta.

– Prokurator Skurow – przedstawił się ze swojego miejsca na podłodze, patrząc na szwedzkiego dyplomatę, który wyglądał, jakby za chwilę miał dostać apopleksji.

– Może dobrze by było, gdyby odebrał pan to połączenie – rzekł Anton Lewin, który chyba nie widział nic komicznego w tym, że prokurator Siergiej Skurow leży rozciągnięty jak śledź na podłodze z połową tułowia pod kanapą. – Pan chargé d’affaires mówi, że to MSZ próbuje się do pana dodzwonić – dodał Anton przytłumionym głosem.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Na pewno każą im natychmiast opuścić rezydencję. Skurow postanowił jeszcze przez chwilę ignorować Szweda i spojrzał na fotografię. Przedstawiała szwedzkiego ambasadora – mężczyznę widniejącego na większości zdjęć w tym pokoju – oraz jakąś kobietę. Ładną i młodą na tyle, że mogłaby być jego córką. Ręka mężczyzny spoczywała w opiekuńczym geście na jej ramionach, a na jego twarzy malował się najszerszy uśmiech, jaki Skurow kiedykolwiek widział. Ponadto zwrócił uwagę na coś jeszcze. Między ostrymi kawałkami szkła tkwiącymi nadal w ramce była odrobina białego proszku czy pudru. Ostrożnie przesunął palcem po szkle, po czym przybliżył go do ust. Sprawdzanie smakiem nie należało do najpewniejszych metod, ale zakładając, że w tym pokoju odbyła się orgia, Skurow nie miał raczej wątpliwości – to była kokaina.

Stocksund, na północ od Sztokholmu

– Co takiego? Co do cholery! Rosjanie są w rezydencji?

Sekretarz stanu Jan Kjellberg szybko przeciągnął dłonią po twarzy – to był gest, który wyrażał jego niepomierne zdumienie ludzką głupotą lub indolencją. Po prostu nie miał pojęcia, co ma ze sobą zrobić, siedząc na tylnym siedzeniu taksówki jadącej przez ciemny Stocksund w kierunku Sztokholmu.

Najpierw na terenie rezydencji w Moskwie znaleziono martwego syna ambasadora Riedera razem z jakąś Rosjanką w krytycznym stanie. Chociaż Kjellberg był lekko oszołomiony, zrozumiał od razu, że to stan nadzwyczajny, wymagający natychmiastowego działania. Specjalny dyżurny w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, pracujący także poza zwykłymi godzinami urzędowania, obudził go, dzwoniąc do niego z tą nowiną. A teraz dowiedział się właśnie, że Rosjanie swobodnie bobrują po rezydencji. Na miejscu ewidentnie nie było nikogo poza nieopierzonym dozorcą ambasady będącym na dodatek w stanie szoku. Cztery osoby stanowiące kierownictwo placówki znajdowały się poza jej terenem, a młody dyplomata pełniący funkcję chargé d’affaires był nieosiągalny.

Na szczęście Kjellbergowi oszczędzone zostały rozmaite potknięcia i wpadki od czasu, kiedy objął swoje stanowisko przed niemal dwoma laty. I dalej nie zamierzał robić żadnych kretynizmów. On i minister spraw zagranicznych stanowili zgrany tandem i nie popełniali błędów początkujących – byli profesjonalistami. Jako zawodowy dyplomata doskonale wiedział, jak należy rozwiązywać wszelkie możliwe problemy. Właśnie przyszła pora, by wykorzystać tę umiejętność.

Taksówka pędziła E18. Punktualnie o czwartej dało się zauważyć pierwsze oznaki nadchodzącego świtu. Dlaczego chargé d’affaires nie odpowiadał? To służbowe wykroczenie. Jeśli zastępuje się szefa placówki dyplomatycznej, trzeba mieć telefon ze sobą wszędzie. A to, że problem misji dyplomatycznej Riedera mógł okazać się kulą u nogi także dla niego, wcale nie czyniło sprawy zabawniejszą.

– Muszą natychmiast opuścić ambasadę – oznajmił, starając się panować nad swoim głosem.

– Są na miejscu, bo twierdzą, że niosą pomoc rannej rosyjskiej obywatelce – odpowiedział dyżurny pracownik ministerstwa.

– Jak tylko skończą, dozorca ambasady ma dopilnować, żeby wszyscy Rosjanie opuścili rezydencję. Wyjaśnij mu to. Poza tym powiedz, żeby bezzwłocznie wysłał szofera na daczę zastępcy ambasadora. Ma go przywieźć do rezydencji nawet w majtkach.

Kjellberg poczuł na sobie zimny pot. Rosyjska policja i cała masa nie wiadomo kogo jeszcze na szwedzkim terytorium – to naprawdę nie zapowiadało nic dobrego. Wszyscy doskonale pamiętali aferę podsłuchową w szwedzkiej ambasadzie w Moskwie. Szwecja przyjęła naiwnie, że budynek ambasady powinien zostać zbudowany przez Gławmosstroj, największą państwową firmę budowlaną ówczesnego Związku Radzieckiego, mającą swoją siedzibę w sowieckiej stolicy. Rosjanie zadbali o to, żeby w ścianach zainstalować mikrofony, które odkryto dopiero w 1986 roku. Usunięcie ich zajęło szwedzkiej służbie bezpieczeństwa kilka lat – o ile rzeczywiście pozbyto się wszystkich. Wszelkie wrażliwe spotkania przeprowadzane w tamtym czasie w ambasadzie odbywały się w tak zwanym u-boocie – w zabezpieczonym przed podsłuchami klaustrofobicznym cylindrze.

A jeśli teraz, przy tej okazji, FSB znowu założy podsłuchy w rezydencji? Skoro dało się to zrobić na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, to tym bardziej wykonalne jest to obecnie.

Rosjanie muszą, do cholery, natychmiast się stamtąd wynieść.

Sekretarz stanu Kjellberg opuścił szybę w samochodzie i poczuł łagodne powietrze na twarzy, podczas gdy za oknem migały światła Sveavägen. Na Malmtorgsgatan musieli uważać na nocne młodociane towarzystwo, które wysypywało się z okolicznych lokali i zataczało po ulicy. Pomyślał o swoich dzieciach z poczuciem ulgi, że mają już za sobą ten okres w życiu. A potem przypomniał mu się znowu Oscar Rieder, którego miał okazję spotykać w wielu okolicznościach, najczęściej z powodu jakichś problemów, które stwarzał. Pamiętał na przykład, jak Oscar Rieder upił się na przyjęciu z okazji pięćdziesiątych urodzin ambasadora Niemiec i zaczął nieprzyzwoicie zabawiać się na oczach wszystkich ze swoją partnerką. Wyprowadzono go dyskretnie do czekającego na zewnątrz samochodu.

No i znowu. Kolejny skandal. Akurat gdy wszyscy już myśleli, że Oscar Rieder zaczął prowadzić uporządkowane życie. Ostatnio dostał niezłą posadę, na której podobno całkiem dobrze się sprawdzał. Sprawował jakąś ważną funkcję dla szwedzkiego eksportu, a tym samym dla sfery spraw zagranicznych.

Ale ta sytuacja jest naprawdę katastrofalna, a wszystko, jak to często bywa, ma przyczynę w tym, że działa się w panice, a na miejscu brakuje kogoś o odpowiednich kompetencjach. Oczywiście właściwe obsadzenie stanowisk w ambasadzie jest rolą ambasadora, nie można jednak wykluczyć, że winą obarczone zostanie także ministerstwo i on.

Kjellberg czuł, jak skręca mu się żołądek na samą myśl o tym, że mógłby zostać napiętnowany za coś, nad czym nie ma władzy; taka niesprawiedliwość przyprawiała go o mdłości.

W głowie pojawiła mu się też inna myśl. Jak Georg Rieder przyjmie wiadomość o śmierci syna? Współczuł mu nawet, chociaż tak naprawdę go nie znosił.

Zapłacił za taksówkę, wysiadł i ruszył w ciemności ku wejściu do Pałacu Dziedzicznego Księcia. Irytowało go, że strażnik każe mu się zawsze wylegitymować, a przecież po ministrze on jest najwyższym urzędnikiem w całym Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W czasach, kiedy pracował dla ONZ i raz czy dwa był gospodarzem programu radiowego Sommar, wystąpił w telewizyjnym programie humorystycznym i udzielał wywiadów popołudniowej prasie, był o wiele bardziej znany i rozpoznawalny, tyle że cierpiał, iż nie zajmuje się prawdziwą polityką i dyplomacją. No cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego. Teraz występuje w show Ministerstwa Spraw Zagranicznych i odgrywa w nim główną rolę.

Kjellberg usiadł przy biurku szefa i zaczął się zastanawiać. Zanim obudzi ministra, powinien dobrze przemyśleć całą sytuację i – co najważniejsze – dopilnować, żeby w rezydencji nie zostało nawet śladu po Rosjanach. Musi jednak działać szybko. Tym razem nie może upłynąć nie wiadomo ile czasu, zanim MSZ wkroczy do akcji, jak pamiętnego dnia w 2004 roku, gdy fale tsunami zalały Tajlandię. Tamto zdarzenie miało rozstrzygające znaczenie dla wielu ludzi – ich reakcja i działanie wtedy wpłynęły w decydujący sposób na ich życie i karierę. Jego poprzednik, wicepremier i ówczesny minister spraw zagranicznych pożegnali się ze swoimi urzędami. Kjellberg zdawał sobie sprawę, że musi bezzwłocznie skontaktować się z rosyjskim ministerstwem i zażądać opuszczenia rezydencji przez Rosjan. W przeciwnym razie mógłby w razie czego zostać posądzony o to, że jest zbyt strachliwy, by wejść w konfrontację z potężnym sąsiadem ze wschodu. Wiedział, że sam minister nie wahałby się przed wykonaniem takiego ruchu.

Chwilę później ciszę w gabinecie przeciął sygnał telefonu. Dyżurujący przy telefonie pracownik ministerstwa poinformował, że nawiązano kontakt z nieszczęsnym zastępcą ambasadora, który właśnie zamierza wkroczyć do rezydencji. Kjellberg poczuł satysfakcję, że to on wpadł na pomysł, aby posłać po niego samochód. Kiedy w końcu połączono go z tym gościem o takim to a takim nazwisku, świadomie przybrał skrajnie oschły ton.

– Ma pan tam natychmiast wejść i nie dać się sterroryzować, tylko ma pan powiedzieć, że dzwoniłem do ich MSZ-etu, że o sytuacji jest poinformowany także nasz minister i że zamierzamy złożyć notę protestacyjną na piśmie, jeśli Rosjanie nie oddalą się bezzwłocznie. A przede wszystkim niech pan wykopie stamtąd tych, którzy majstrują coś po kryjomu.

Kjellberg zdawał sobie sprawę, że będzie musiał przygotować tak zwane „stanowisko”, aby urzędnicy ministerstwa wiedzieli, co mają mówić mediom. Będzie musiał także stworzyć warunki dla policyjnego dochodzenia na miejscu. Przedstawiciele Säpo, szwedzkiej służby bezpieczeństwa, i policji kryminalnej polecą do Moskwy pierwszym porannym rejsem. Säpo przy okazji dyskretnie przeczesze rezydencję, żeby sprawdzić, czy nie znalazły się w niej urządzenia podsłuchowe. Dochodzenie będzie prowadzone we współpracy z Rosjanami, którzy przecież na pewno będą się domagać wyjaśnienia, dlaczego ich obywatelka została ranna, a może nawet zabita. Kjellberg miał tylko nadzieję, że nie Oscar Rieder przyczynił się do jej śmierci, bo wtedy sprawy skomplikowałyby się naprawdę poważnie i musieliby skakać przed Rosjanami na dwóch łapkach, co nie należało do mocnych stron ministerstwa.

Znowu odezwał się telefon.

– Rosyjski prokurator, który kieruje akcją, właśnie zaraz wychodzi. Został już tylko on – zameldował dyżurny.

Wiceminister odetchnął głęboko. Najwyższy czas, do cholery. Była za kwadrans piąta.

– W porządku.

W tej samej chwili jego komórka zaczęła skakać po pięknie lakierowanym blacie biurka tak szaleńczo, że Kjellberg zaczął się obawiać, iż zostawi na nim rysy. Dzwonił jego szef, minister spraw zagranicznych.

Kjellberg zrelacjonował w skrócie wydarzenia ostatniej nocy. Nie omieszkał nadmienić, że mimo wczesnej godziny znajduje się osobiście w ministerstwie i był na tyle przytomny, że polecił, aby dozorca sprowadził chargé d’affaires z jego daczy. Sądząc po głosie, minister wydawał się zmęczony, wręcz niemal nieobecny, ale jak zwykle zachował spokój.

– Dobrze. To musi pozostać w jak najwęższym kręgu, a ty dopilnuj, u diabła, żeby nic nie przedostało się do gazet. Może na Twitterze napiszę coś mętnego o ważnych bilateralnych spotkaniach z krajami Ameryki Łacińskiej – powiedział minister we właściwy mu zagadkowy sposób.

Następnie sekretarz stanu usłyszał wszystkie pytania, które przewidział, na koniec jednak minister spytał go o coś, co mu umknęło: kiedy zamierza poinformować ambasadora Riedera?

To będzie kolejne zadanie na liście. Poza tym musi jeszcze porozmawiać z rzecznikiem prasowym. I odsłuchać wszystkie nagrane rozmowy między personelem z Moskwy a dyżurnym z ministerstwa. Chciał wiedzieć wszystko, co powiedziano i zrobiono. I obiecał sobie, że jeśli nawet na taśmach będzie coś obciążającego, nigdy nie ulegnie pokusie i nie usunie ich, aby nie powtórzyć błędu kancelarii rządu, która pozbyła się nagrań związanych z tsunami w 2004 roku.

Awiamotornaja, wschodni okręg administracyjny Moskwy

Gdy zadzwonił telefon, Iwan Iwanow spał mocno. Oksana rzuciła mu na twarz wilgotną poduszkę w syntetycznej powłoce i wtedy się obudził.

– Przecież ci mówię, że to do ciebie.

W chwili, gdy wziął słuchawkę do ręki, usłyszał, że mała zaczęła płakać w kołysce własnej roboty stojącej przy składanym łóżku.

– Cholera jasna, jeszcze na dodatek ją obudziłeś! Wiesz, ile ja spałam w nocy?

Oksana podniosła się z łóżka, które wydało przeciągłe metaliczne syknięcie, wzięła dziecko na ręce i szybkim krokiem zniknęła w kuchni.

Iwan, przycisnąwszy słuchawkę do ucha, słuchał bez słowa. Kiedy się rozłączył, usiadł na brzegu posłania, lecz nie był zdolny wstać. Mimo dławiącej duchoty w małym pokoju zrobiło mu się zimno, a cała energia jakby opuściła jego ciało, wessana przez słuchawkę telefonu.

Spojrzał na nocną szafkę. Solidny radziecki budzik pokazywał piątą nad ranem.

Płacz małej ucichł i Oksana wróciła do pokoju z łagodniejszym wyrazem twarzy. Nagle sobie przypomniał, że zawsze uważał ją za bardzo ładną. Zanim urodziło im się dziecko, kiedy byli w sobie zakochani i sypiali na składanej kanapce w kuchni u jego ciotki w Jasieniewie. To wspomnienie pojawiło się zupełnie nieoczekiwanie, bez ostrzeżenia, i przepełniło go smutkiem, którego nie mógł do końca zrozumieć. Jakby coś ważnego i pięknego przepadło na zawsze.

– Kto dzwonił o tej porze? – spytała Oksana, patrząc na niego oskarżycielsko jasnoszarymi oczami.

Od kiedy Iwan zaczął pracować w Maratechu, często późno wracał do domu; wiedział, że Oksana podejrzewa go, iż spotyka się z inną kobietą. Oczywiście tłumaczył jej, że to nie tak, że po prostu musi w nowej pracy się wykazać. Jednak kiedy Oksana wbiła już sobie coś do głowy, nie dawała się przekonać.

– Nie mogę ci powiedzieć – odparł zgodnie z prawdą.

– Dlaczego?

– To jest… poufne.

– Poufne? Chyba żartujesz? Jestem twoją żoną, Iwan. I mam już dość twoich tajemnic.

Iwan wstał; poczuł, że bolą go plecy po kolejnej nocy na niewygodnym łóżku.

– Tak czy owak muszę na krótko pojechać do biura.

Włożył wczorajszą koszulę, która wisiała na gwoździu na ścianie, i dżinsy Armaniego, które dostał na urodziny od Oksany w zeszłym tygodniu.

– Do biura? O piątej rano w sobotę?

Gdy Iwan spotkał jej spojrzenie, dostrzegł w nim lęk. Mimo to nie miał siły wymyślać jakiegoś wykrętu.

Wilgotne sierpniowe powietrze uderzyło go w twarz, kiedy zostawił za sobą budynek z lat siedemdziesiątych i pobiegł w kierunku metra. Gdy dotarł do stacji Awiamotornaja, był cały spocony. Zapowiadał się kolejny upalny dzień w Moskwie. Pierwsi straganiarze zaczynali już wyładowywać swój towar. Machnął ręką do sprzedawcy owoców i warzyw, który niósł skrzynkę pełną dużych jabłek granatu. Do odjazdu pierwszego metra zostało jeszcze dwadzieścia minut. Iwan się zastanawiał, czy nie wziąć taksówki, ale nie widział żadnej.

Ruchome schody, którymi za zaledwie kilkanaście minut zjadą w dół, pod ziemię, tysiące pasażerów, teraz stały puste. Iwan się skupił i odtworzył w głowie instrukcje. Właściwie nie było w nich nic nadzwyczajnego. Miał pojechać do biura, wejść do pokoju Oscara, skopiować dokumenty, a potem wykasować je z twardego dysku. Jedyne, co mogło wzbudzać pewne podejrzenia, to pora dnia, o której miał to zrobić. Ochrona na sto procent odnotuje jego wizytę i w poniedziałek na pewno usłyszy pytanie, co robił w biurze o tak nieludzkiej godzinie.

Jakoś sobie z tym poradzi. Bo Iwan Iwanow jest akurat bardzo dobry w radzeniu sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami.

Wsiadł do pierwszej porannej kolejki, która wjechała na stację punktualnie o godzinie szóstej. Usiadłszy, zaczął czytać wszystkie ogłoszenia wiszące w wagonie, częściowo z ciekawości, a częściowo po to, aby odsunąć od siebie myśli o Oscarze. Jego szef nie żyje, a nie mieć przełożonego, który wspierałby człowieka, to w rosyjskim przedsiębiorstwie fatalna sytuacja.

Plakat na szybie próbował zachęcać ludzi do zatrudnienia się w moskiewskim metrze. Maszyniści mogli zarabiać od pięćdziesięciu do dziewięćdziesięciu tysięcy rubli miesięcznie. Odpowiadało to ponad trzem tysiącom dolarów – to więcej, niż on dostawał po czteroletnich studiach na uniwersytecie. Ale już nadzorcy schodów ruchomych zarabiali tylko dwadzieścia pięć tysięcy rubli. Podaż i popyt na siłę roboczą, pomyślał, wysiadając na stacji Sokolniki.

Wieżowiec Maratechu przypominał potężny kieł, gdy tak wyciągał swoją obłą, lśniącą fasadę z marmuru i szkła ku niebu. Iwan skinął głową ochroniarzowi z nocnej zmiany, pokazał kartę dostępu i wcisnął przy windzie odpowiedni kod, którego zawsze należało używać, jeśli w recepcji na piętrze zarządu nie było nikogo.

Drzwi windy bezszelestnie rozsunęły się od razu, jakby już czekały na niego. Zanim wszedł do środka, rzucił jeszcze okiem za siebie, w stronę wejścia – hol nadal świecił pustkami. Maratech spał. On jednak nie dał się zwieść podstępnemu spokojowi. Na drugim i trzecim piętrze mógł panować normalny ruch jak o dowolnej porze dnia. Tyle że on tak czy inaczej nie miał tam wstępu. Aby wejść do działu badań i rozwoju, trzeba było mieć specjalne uprawnienia.

Stanowisko riefierienta, osobistego asystenta Oscara Riedera, to pierwsza prawdziwa i w miarę dobrze płatna praca, jaką Iwan dostał po zrobieniu dyplomu ze statystyki w Instytucie Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Moskiewskiego. W wyborze przez niego tego kierunku kryła się pewna logika. Jego ojciec był wybitnym matematykiem i wysoko postawionym urzędnikiem Gospłanu, państwowego organu opracowującego plany gospodarcze w czasach Związku Sowieckiego, dopóki rosyjska wódka nie położyła kresu jego karierze.

Kiedy Iwan wysiadł na dwudziestym pierwszym piętrze, światło na korytarzu włączyło się automatycznie. To dobrze. Oznaczało to, że w biurach nie ma nikogo. Zresztą nie zdarzyło się dotąd ani razu, żeby którykolwiek z szefów pracujących tutaj, łącznie z Oscarem, postawił stopę w swoim gabinecie wcześniej niż o dziewiątej. Istnieje ścisła negatywna korelacja między liczbą godzin pracy a wysokością pensji, pomyślał, wyobrażając sobie jednocześnie, jak by skonstruował elegancką formułę, która opisywałaby tę zależność.

Gruba wykładzina zakrywająca podłogę tłumiła odgłos jego kroków, gdy przemierzał korytarz po prawej kończący się oknem. Zatrzymał się przy nim na chwilę i przytknąwszy nos do chłodnej szyby, popatrzył w dół. Szerokimi alejami sunął dosyć rzadki strumień samochodów. Niedługo zacznie się na ulicach prawdziwy sobotni ruch, kiedy wszyscy ruszą do centrum, żeby pozbyć się swoich pieniędzy. Iwan uważał, że ta zakupowa histeria stała się wręcz niesmaczna. Ludzie dobrze zarabiali, mimo to brali masę drogich kredytów konsumpcyjnych, żeby kupować jeszcze więcej. Czy oni nie słyszeli o rencie efektywnej? zastanawiał się czasami. Jemu zależało jedynie na niewielkim mieszkaniu dla swojej rodziny i porządnym zestawie wypoczynkowym. Płaski telewizor i dobry komputer już sobie sprawili.

Obejrzał się znowu, żeby się upewnić, czy jest sam; zobaczył za sobą tylko długie szeregi drzwi do pokojów, w których było ciemno i pusto.

Otworzył drzwi do gabinetu Oscara, usiadł na fotelu przed komputerem i włączył go, zerkając na kartkę z odręcznie zapisanym hasłem. Jeśli się okaże, że jego szef z jakiegoś powodu zmienił je w ostatnich dniach, wtedy raczej nie uda mu się dostać do dokumentów. Na razie wolał nie myśleć, co by się stało w takiej sytuacji.

Nacisnął „enter” i przeniósł wzrok na zdjęcie dziewczyny Oscara stojące obok komputera. Miała długie blond włosy, wysoko osadzone kości policzkowe i jasną skórę – sądząc po wyglądzie, mogła równie dobrze być Rosjanką. Chociaż w ciągu ostatniego roku spędzał sporo czasu z Oscarem, nigdy nie widział jej na żywo ani nie słyszał, żeby szef rozmawiał z nią przez telefon. Czasami nawet się zastanawiał, czy ona w ogóle istnieje. Może Oscar po prostu wyciął pierwsze lepsze zdjęcie z pisma modowego i oprawił je w ramki?

Komputer wydał charakterystyczny dźwięk.

Hasło nie zostało zmienione.

Zlokalizowanie dokumentów zajęło mu zaledwie kilka minut. Były w opatrzonym hasłem folderze, który Oscar zapisał na lokalnym twardym dysku, a nie w sieci firmowej. Hasło Iwan znał od dawna. Nieraz widział, jak Oscar się loguje, i wykoncypował, że hasło stanowi kombinację jego imienia i imienia przyjaciółki. Jako statystyk doskonale wiedział, że większość bezdzietnych mężczyzn właśnie w taki sposób tworzy swoje hasła. W konsekwencji zabezpieczenie dokumentów jest tylko pozorne.

Iwan się odwrócił i włączył faks. Wyjął mało ważny protokół ze spotkania dotyczącego francuskiej amunicji przeciwczołgowej, który leżał na samym wierzchu stosu papierów na biurku, włożył go do faksu i wybrał numer. Był to manewr czysto profilaktyczny, na wypadek gdyby nagle ktoś nieoczekiwanie go tutaj odwiedził.

W faksie błysnęło światełko i w tej samej chwili Iwan usłyszał przytłumione dudnienie, które zdawało się dochodzić z głębi budynku.

Ktoś uruchomił windę.

Iwan spojrzał na zegarek. Potrzebował jeszcze co najmniej minuty. Szybko zaznaczył dokumenty, które chciał zgrać, i wetknął pusty pendrive do portu USB komputera. Zajęło mu to kilka sekund.

Dudnienie ucichło, co mogło oznaczać tylko tyle, że winda się zatrzymała i ktoś z niej wysiadł albo właśnie wsiadł. Iwan wyjął pendrive i włożył go do kieszeni dżinsów, odnotowując jednocześnie, że silnik windy znowu zaczął pracować. Wyjął drugą pamięć USB, wyposażoną w profesjonalny program do usuwania danych. Włączył ją i wstukał krótkie polecenie. Miał skasować trzy pliki, a wszystkie pozostałe informacje pozostawić na twardym dysku. Potem program zatrze wszelkie ślady elektroniczne świadczące o tym, że coś zostało usunięte. Było to pewne jak dwa razy dwa i wcale nie takie skomplikowane. W każdym razie nie dla Iwana, który miał długi staż w pracy ze znacznie bardziej zaawansowanymi programami. Na uniwersytecie codziennie pracował na najwydajniejszych komputerach, jakie są dostępne w Rosji, i nauczył się też programowania.

Akurat kiedy program kasujący zrobił swoje, Iwan usłyszał jakieś odgłosy w korytarzu.

Zamknął komputer i skupił się całkowicie na faksie, przysłuchując się przytłumionemu, charkotliwemu popiskiwaniu towarzyszącemu wysyłaniu informacji przez sieć telefoniczną.

Otworzyły się drzwi i Iwan odwrócił się w ich stronę. Przetarł oczy, jakby był zmęczony, i przybrał zdziwiony wyraz twarzy.

– Dzień dobry!

Ochroniarz z krótkofalówką w ręku spojrzał na niego podejrzliwie.

– Chciałbym zobaczyć pana legitymację.

Kiedy Iwan wstał i wsunął dłoń do kieszeni, żeby znaleźć małą plastikową kartę, poczuł pod palcami pendrive. Takie małe urządzenie, a mieści tyle informacji. Cud techniki zamknięty w dłoni.

Uśmiechnął się.

– Proszę.

Mężczyzna przyjrzał się legitymacji bez słowa.

– Co pan robi w biurze tak wcześnie rano, Iwanie Iwanow? – spytał po chwili.

W tym samym momencie faks zapiszczał, jakby rozumiał powagę sytuacji i chciał mu pomóc wyjść z kłopotów.

– Zapomniałem wysłać wczoraj ważny faks. Więc musiałem przyjść dzisiaj i to zrobić. Moja żona dostała szału.

Iwan umiał całkiem nieźle kłamać. Nigdy nie wpadał w panikę i nie tracił pewności siebie w podbramkowych sytuacjach. Zauważył, że z ochroniarza zeszło powietrze, gdy wyjaśnił mu cel swojej wizyty.

– O to chodziło? – spytał, wskazując na niewielką kartkę z potwierdzeniem wyplutą przez faks.

– Zgadza się. Przeszedł?

Strażnik wzruszył ramionami.

– A skąd to wiadomo?

Iwan podszedł do niego z kartką w ręku.

– Niech pan spojrzy. Trzy strony z trzech wysłane. Czyli mogę wracać do domu i jeszcze się przespać.

– Odprowadzę pana na dół – zaproponował ochroniarz.

– Nie ma potrzeby.

– Żeby być tu w weekend, powinien pan mieć specjalne pozwolenie, dlatego zjadę z panem.

Iwan wzruszył ramionami i z niechętną miną wyszedł za nim na korytarz. Nie wspomniał ani słowem, że jego szef nie może już dać mu takiego pozwolenia.

Dopiero kiedy dotarł do windy, uzmysłowił sobie, że pamięć USB z programem do usuwania danych została w komputerze.

Studio baletowe Demirowa, ulica Ostożenka, Moskwa

Tom Blixen wyjął „Financial Timesa”, starając się udawać, że czyta gazetę, aby nie było widać, że z dumą obserwuje swoją córkę. Miał przed sobą rząd dziewczynek w spódniczkach z różowego tiulu pilnie ćwiczących plié, jeté i inne pozycje baletowe, których nazw nawet nie znał. Pośrodku stała jego córka Ksenia z włosami zebranymi w staranny koczek, podobnie jak u pozostałych dziewczynek. Teraz były koloru raczej kasztanowego niż rudego. Po jej prawej ręce stała Aleksia. Obie były do siebie tak podobne, że mogłyby być rodzonymi siostrami, mimo że nie łączyło ich żadne pokrewieństwo.

Aleksia była średnią córką jego partnerki, Rebecki. Jedyną wyraźną różnicę między dwiema jedenastolatkami stanowiła bardziej ociężała i potężniejsza sylwetka Aleksi, która poruszała się zawsze jakby na przekór rytmowi muzyki płynącej z fortepianu ustawionego w rogu obszernej sali. Podczas gdy Ksenia unosiła się lekko, wykonując pełne gracji i starannie odmierzone kroki, Aleksia toczyła się jak dudniący walec.

Ksenia z całą pewnością nie zawdzięczała swoich zdolności tanecznych i muzycznych rodzinie z jego strony, ponieważ składała się ona z niemuzykalnych szwedzkich chłopów i dziadka pastora, któremu daleko było do ładnego śpiewu. Odziedziczyła talent prawdopodobnie po Oldze, swojej mamie Rosjance. Często łapał się na myślach o rzeczach, o których chętnie porozmawiałby z Olgą. To były drobiazgi, na przykład dlaczego tak się dzieje, że rajstopy Kseni zawsze mają dziury na piętach, albo też sprawy ważniejsze, jak choćby jej potrzeba kontrolowania wszystkiego i niechęć do spędzania czasu z równolatkami.

Bolało go, że nie ma Olgi, na której mógłby się wesprzeć w kwestiach dotyczących ich córki, ale był jednocześnie wdzięczny, że ma Rebeckę do pomocy – jeśli tylko z nią zdążyła. Często się zastanawiał, jak Ksenia się z tym wszystkim czuje, lecz dochodził do wniosku, że skoro rana już się prawie zabliźniła, lepiej jej nie rozdrapywać zbyt licznymi pytaniami.

Kiedy piętnaście lat temu Tom przyjechał do Rosji, ten kraj był dla niego zagadką, a każde zdanie wypowiedziane po rosyjsku – równaniem, którego rozwiązanie wymagało mozołu. Poza tym znalazł się tu zupełnie sam. Była to samotność z wyboru. Uciekł od Szwecji oraz od wszystkich ponurych wspomnień i znaczących spojrzeń. Że wylądował w Rosji, to akurat przypadek, z czasem jednak zrósł się z tym krajem. Stworzył sobie życie, które jakoś się toczyło, egzystencję, która przynajmniej nie napawała go lękiem.

A potem spotkał Olgę.

Ich związek nie należał raczej do szczęśliwych i w końcu Olga odeszła od niego do innego mężczyzny, zabierając ze sobą swoją tajemnicę. Dopiero sześć lat później Tom się dowiedział, że dziecko, które urodziła, jest jego córką – tyle że wtedy Olga już nie żyła. Został ojcem – nie dość, że wbrew własnej woli, to jeszcze nawet o tym nie wiedząc.

Spojrzał na Ksenię. Roześmiała się z czegoś, co powiedziała nauczycielka, i oparła się o ścianę.

Był czas, że Tom tak bardzo wątpił, czy będzie w stanie dać jej tyle miłości, ile potrzebuje każde dziecko, że wręcz zaczął się zastanawiać, czy nie oddać Kseni pod opiekę komuś z rodziny Olgi. Teraz już nigdy tak nie myślał. Ona jest jego córką i kocha ją. W ich wzajemnej relacji nie ma nic trudnego ani sztucznego. A gdy ich mała rodzina przeżyła jeszcze większą zmianę, kiedy kilka lat temu zamieszkali razem z Rebecką i jej dziećmi, jakoś wszystko się ułożyło. Dzięki Rebecce i jej dziewczynkom znalazł rodzinę, której tak bardzo mu brakowało przez ostatnie lata. I to trzymało go w Moskwie.

Potężna kobieta po prawej ręce Toma zagęgniła po amerykańsku:

– Oh my God, oh my God. You just saved my day, darling.

Następnie wzięła kubek z kawą latte, który podała jej holenderska mama w welurowym dresie. Po chwili Holenderka zwróciła się do Toma:

– Kupiłam też tobie.

– Dziękuję. Nie trzeba było.

– Trzeba, nie trzeba, musimy się wspierać, my, słomiane wdowy.

Zapadła niezręczna cisza, kiedy kobieta się zorientowała, że mimowolnie zaliczyła Toma do kolektywu mam. On jednak był do tego przyzwyczajony. Przywykł już do wysłuchiwania, jak mamusie rozmawiają o swoich mężach, opisują ich niebezpieczny pracoholizm, egoistyczne nastawienie i oszałamiające sukcesy zawodowe. Choć z drugiej strony sprawiały wrażenie, że  d z i ę k i  swoim mężom w ogóle żyją. Często przebiegała mu przez głowę myśl, że te kobiety zasługują w gruncie rzeczy na lepszy los, i równocześnie miał nadzieję, że Ksenia nie znajdzie się nigdy w takim związku.

– No więc – zaczęła Amerykanka – jakoś ciągle nie rozumiem, czym ty się zajmujesz.

Ton głosu kobiety był obłudnie przymilny, jakby jego los rzeczywiście leżał jej na sercu, a nie chodziło jej tylko o umieszczenie go we właściwej przegródce społecznego schematu, prawdopodobnie znacznie poniżej tej, w której mieściły się samce alfa, czyli ich mężowie.

– Ach, zajmuję się wszystkim po trochu – odpowiedział, przewracając stronę w gazecie, by w ten sposób dać do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną.

– Czyli na przykład czym?

Zrozumiał, że jego sąsiadka nie podda się łatwo, złożył więc gazetę na kolanach i wypił łyk gorącej kawy.

– Trzy, cztery lata temu pracowałem dla Pioneer Capital, banku inwestycyjnego. Ale teraz moja partnerka Rebecka jest tam prezesem, więc…

– Oh my God. Rozumiem. Wiadomo, że miłość w pracy jest całkowicie out of the question…

Amerykanka mrugnęła znacząco.

– No właśnie.

– No to co pan robi? – włączyła się Holenderka, wsypując sobie do kubka cukier z papierowej torebki.

Zaczął kręcić się na krześle i udawać, że patrzy na Aleksię, która na próżno próbowała doprowadzić do końca pas de deux. Mimo słoniowatości na parkiecie w rzeczywistym życiu układało jej się doskonale. Miała mnóstwo przyjaciół w szwedzkiej szkole w Moskwie. Zapraszano ją na wszystkie imprezy. Ksenia natomiast była cicha i wycofana i mimo wysiłków Toma i Rebecki, aby pchnąć ją trochę między rówieśników, i tak wolała siedzieć sama.

– Zajmuję się trochę inwestycjami – powiedział wymijająco. – Poza tym sporo gram w tenisa, no i biegam. To… fantastyczne, kiedy człowiek może wyjść na jakiś czas z dziupli. I znajduje czas zarówno dla dzieci, jak i dla siebie.

F a n t a s t y c z n e?

Już nie pamiętał, kiedy ostatnio udało mu się tak dobrze nakłamać. Prawda bowiem była taka, że miał serdecznie dość odgrywania roli pani domu przy Gagarina.

I on, i Rebecka od początku byli świadomi, że któreś z nich będzie musiało opuścić Pioneer Capital, gdy tylko ich związek przybierze poważny, oficjalny charakter. Byłoby bowiem niedopuszczalne, aby jeden z dyrektorów pozostawał w intymnej relacji z prezesem zarządu. A wycofanie się Rebecki nigdy nie było brane pod uwagę. Pracując z nią przez dziesięć lat, Tom doskonale wiedział, że ona i jej kariera to nierozerwalna całość. Zawsze miała przed oczami jeden cel: wspiąć się na sam szczyt hierarchii w Pionieerze. Należało do tego dodać, że była też jednym z trzech największych udziałowców firmy. Oboje więc zdawali sobie sprawę, że jej pakiet akcji może stać się przepustką do zupełnie innego życia w dniu, kiedy firma zostanie sprzedana.

O ile zostanie sprzedana.

Rebecka i inni akcjonariusze pracowali przez wiele lat, aby do tego doprowadzić, lecz obecnie raczej nic nie wskazywało, aby mogło to nastąpić w dającej się przewidzieć perspektywie, co oznaczało, że Tom jest skazany na doglądanie domu, częste odwiedzanie siłowni i miejscowego klubu tenisowego. Rebecka ciągle mu powtarzała, że na pewno mógłby znaleźć sobie pracę, gdyby tylko bardzo chciał, ponieważ jednak znaczna część branży finansowej była dla niego niedostępna z powodu zakazu konkurencji, nie miał pojęcia, od czego zacząć. Poza tym nikt na rynku się nie palił, aby zatrudnić czterdziestolatka, który z powodu swoich ograniczeń domowych nie może pracować osiemdziesiąt czy sześćdziesiąt godzin w tygodniu.

– Czyli jest pan… artystą życia?

Holenderka w welurowym ubranku wypowiedziała te dwa słowa, jakby to było określenie rzadkiego i zagrożonego wymarciem zwierzęcia. Tom spojrzał na nią lekko zdezorientowany.

– Słucham?

– Chciałam tylko powiedzieć, że właśnie o życiu w taki sposób marzą prawie wszyscy. Sensowne spędzanie czasu z dziećmi, dużo sportu i ruchu, żadnego stresu. Po prostu pan własnego dnia.

Usiłował się uśmiechnąć, lecz wyszedł mu jedynie grymas.

– Rzeczywiście mam mnóstwo czasu.

Wręcz widzę, jak trawa rośnie, pomyślał, podczas gdy obie kobiety zaczęły niemal demonstracyjnie omawiać obowiązki swoich mężów. Za dziesięć minut lekcja baletu dobiegnie końca i żony ekspatów wsiądą do swoich SUV-ów, i odjadą. On zaś przemierzy spacerem krótki odcinek dzielący go od domu z Ksenią i Aleksią bawiącymi się u jego boku na asfaltowym chodniku – i to jest szczęście.

Prawdziwe szczęście.

Ta myśl poprawiła mu humor. Amerykanka nagle pochyliła się ku niemu, jakby chciała zdradzić mu jakąś tajemnicę.

– Nie powinieneś pozwolić, żeby ta twoja robiąca karierę przyjaciółka cię hamowała, sweet heart – powiedziała, poklepując go po udzie i spoglądając znacząco na swoją przyjaciółkę.

Kiedy zadzwoniła jego komórka, skorzystał z okazji i ostrożnie wyszedł z sali.

– Tom, kopę lat!

– Wriemia letajet – odpowiedział, przypominając sobie swojego starego przyjaciela Fredrika, który uwielbiał stosować rosyjskie powiedzonka. Był ojczymem Kseni i choć od jego śmierci minęło już pięć lat, Ksenia ciągle dużo o nim mówiła.

Rzeczywiście już dawno nie słyszał Siergieja Skurowa, moskiewskiego prokuratora i dobrego przyjaciela jeszcze sprzed śmierci Fredrika w pamiętną wiosnę 2003 roku. Tom i Siergiej zbliżyli się do siebie, a zaufanie, jakim obdarzali się nawzajem, było nienaruszalne.

– Siergiej, wiesz, że naprawdę miałem zamiar do ciebie zadzwonić? W przyszłym tygodniu mam taką maleńką, maleńką lukę w kalendarzu. Może się spotkamy?

Siergiej roześmiał się głośno. Nawet on wiedział, że czego jak czego, ale czasu Tomowi na pewno nie brakuje.

– Właśnie to samo chciałem ci zaproponować. Myślę, że dobrze ci zrobi, jak się trochę wyrwiesz i wyjdziesz między ludzi. Co ty na to, żeby wesprzeć naszą drużynę futbolową na najbliższym meczu?

Instytut Pierwszej Pomocyim. Sklifosowskiego, Moskwa

Kiedy prokurator Siergiej Skurow zobaczył, kto na niego czeka, miał wrażenie, że cofnął się w czasie o pięć lat, do swojej wizyty w Instytucie Pierwszej Pomocy im. Sklifosowskiego tuż po zamachu samobójczym na Twierskiej.

Kobieta była jeszcze bardziej zadbana niż wtedy. W jej czarnych włosach nie dostrzegł najmniejszego śladu siwizny – widocznie z upływem lat stała się bardziej próżna i zaczęła farbować włosy.

– Pani ordynator Weinstein – powiedział, zanim lekarka zdążyła podnieść się z krzesła.

– Prokurator Skurow, miło widzieć pana znowu. Pochlebia mi, że wciąż mnie pan pamięta.

Wyciągnęła do niego rękę.

Skurow zauważył, że nieco się zaczerwieniła. Domyślał się, że jego obecność nie jest dla niej zaskoczeniem. Inspektor Anton Lewin, który ustalił termin ich spotkania, z pewnością wspomniał jej, kto konkretnie na nie przyjdzie.

– I wzajemnie – odpowiedział, siadając przed jej biurkiem.

– Napije się pan czegoś?

Było późne popołudnie i Skurow czuł się zmęczony po nocnej służbie. Bez wątpienia przydałoby mu się trochę kofeiny dla podtrzymania koncentracji.

– Kawy, jeśli można.

Weinstein sięgnęła do telefonu.

– Jak ona się czuje? – spytał, gdy Weinstein odłożyła słuchawkę.