Hamlet - William Shakespeare - ebook
Opis

Hamlet to tragedia Williama Shakespeare’a (znana również jako Tragedia Hamleta, księcia Danii). Jest to jeden z najbardziej znanych dramatów oraz arcydzieło teatru elżbietańskiego.

 

Hamlet jest jednym z najczęściej granych utworów teatralnych, a rola Hamleta – ze względu na objętość tekstu, dużą ekspresję i bogatą osobowość postaci – uważana jest za sprawdzian dojrzałości i umiejętności aktorskich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 138

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Avia Artis

2018

ISBN: 978-83-65922-32-8
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Osoby

Klaudyusz,Król Duński. Hamlet, syn poprzedniego a synowiec teraźniejszego króla. Poloniusz, Szambelan. Horacy, przyjaciel Hamleta. Laertes, syn Poloniusza. Woltymand,Korneliusz,Rozenkranc,Gildenstern,Ozryk.Ksiądz.Marcellus,Bernardo,Francisko, żołnierz. Rejnaldo, (lub Rajnold) sługa Poloniusza. Rotmistrz. Poseł. Duch Ojca Hamleta. Fortynbras, norweski Książę. Gertruda, Królowa duńska, matka Hamleta. Ofelia, córka Poloniusza. Panowie, Damy, Oficerowie, Żołnierze, Aktorowie, Grabarze, Majtkowie, Posłowie i inne osoby. Rzecz się odbywa w Elsynorze.

Akt I

Scena 1

Taras przed zamkiem.

FRANCISKO na warcie, BERNARDO zbliża się ku niemu.

Bernardo. Kto tu? Francisko. Nie, pierwej ty sam mi odpowiedz:  Stój, wymień hasło! Bernardo. Niech Bóg chroni króla. Francisko. Bernardo?Bernardo. On sam. Francisko. Bardzo akuratnie Stawiacie się na czas, panie Bernardo.

Bernardo. Tylko co biła dwunasta. Idź, spocznij, Francisko.

Francisko. Wdzięczen wam za zluzowanie,  Bom zziąbł i głupio mi na sercu. Bernardo. Miałżeś  Spokojną wartę? Francisko. Ani mysz nie przeszła. 

Bernardo. Dobranoc. Jeśli napotkasz Marcella

 I Horacego, z którymi tej nocy  Straż mam odbywać, powiedz, niech się śpieszą.

( Horacy i Marcellus wchodzą).

Francisko. Zda mi się, że ich słyszę. Stój! kto idzie? Marcellus. Lennicy Danii. Horacy. Przyjaciele kraju. Francisko. A zatem dobrej nocy. Marcellus. Bądź zdrów, stary.  Kto cię zluzował?

Francisko. Bernardo. Dobranoc.

( Odchodzi).Marcellus. Hola! Bernardo!

Bernardo. Ho! czy to Horacy  Z tobą, Marcellu?Horacy. Niby on. Bernardo. Witajcie. Horacy. I cóż? Czy owa postać i tej nocy  Dała się widzieć? Bernardo. Ja nic nie widziałem.

Marcellus. Horacy mówi, że to przywidzenie,  I nie chce wierzyć wieści o tem strasznem,  Dwa razy przez nas widzianem zjawisku;  Uprosiłem go przeto, aby z nami  Przepędził część tej nocy dla sprawdzenia

 Świadectwa naszych oczu i zbadania  Tego widziadła, jeżeli znów przyjdzie.

Horacy. Nic z tego; ręczę, że nie przyjdzie. 

Bernardo. Usiądź,  I ścierp, że jeszcze raz zaszturmujemy  Do twego ucha, które tak jest mocno

 Obwarowane przeciw opisowi  Tego, czegośmy przez dwie noce byli  Świadkami.

Horacy. Dobrze, usiądźmy; Bernardo,  Opowiedz, jak to było. 

Bernardo. Przeszłej nocy,  Gdy owa jasna gwiazda na zachodzie

 Tę samą stronę oświecała,  Gdzie teraz błyszczy, i zamkowy zegar  Bił pierwszą, Marcel i ja ujrzeliśmy —

Marcellus. Przestań; spojrzyjcie tam: nadchodzi znowu.

( Duch się ukazuje).

Bernardo. Zupełnie postać nieboszczyka króla.

Marcellus. Horacy, przemów do niego, boś uczony.

Bernardo. Możeż być większe podobieństwo? powiedz. Horacy. Prawda: — słupieję z trwogi i zdumienia. Bernardo. Zdawałoby się, że chce, aby który  Z nas go zagadnął. Marcellus. Przemów-no, Horacy.

Horacy. Ktoś ty, co nocnej pory nadużywasz  I śmiesz przywłaszczać sobie tę wspaniałą  Wojenną postać, którą pogrzebiony Duński monarcha za życia przybierał?  Zaklinam cię na Boga: odpowiadaj.

Marcellus. To mu się nie podoba.

Bernardo. Patrz, odchodzi.

Horacy. Stój! mów; zaklinam cię: mów.

( Duch znika).

Marcellus. Już go niema. Bernardo. I cóż, Horacy? Pobladłeś, drżysz cały.  Powiesz-że jeszcze, że to urojenie?  Cóż myślisz o tem?

Horacy. Bóg świadkiem, że nigdy

 Nie byłbym temu wierzył, gdyby nie to  Tak jawne, dotykalne poświadczenie  Własnych mych oczu.

Marcellus. Nie jestże to widmo  Podobnem, powiedz, do zmarłego króla? 

Horacy. Jak ty do siebie. Taką właśnie zbroję

 Miał wtedy, kiedy Norwegczyka pobił:  Tak samo, pomnę, marszczył czoło wtedy,  Kiedy po bitwie zaciętej na lodach,  Rozbił tabory Polaków. Rzecz dziwna! Marcellus. Takto, dwa razy, punkt o tejże samej

 Godzinie przeszło marsowymi kroki  To widmo mimo naszych posterunków. Horacy. Coby to w gruncie mogło znaczyć, nie wiem;  Atoli wedle kalibru i skali  Mojego sądu, jest to prognostykiem

 Jakichś szczególnych wstrząśnień w naszym kraju. Marcellus. Siądźcie, i niech mi powie, kto świadomy,  Na co te ciągłe i tak ścisłe warty  Poddanych kraju noc w noc niepokoją?  Na co to lanie dział i skupywanie,

 Po obcych targach, narzędzi wojennych?  Ten ruch w warsztatach okrętowych, kędy  Trud robotnika nie zna odróżnienia  Między niedzielą a resztą tygodnia?  Co powoduje ten gwałtowny pośpiech,

 Dający dniowi noc za towarzyszkę?  Objaśniż mi to kto? Horacy. Ja ci objaśnię.  Przynajmniej wieści chodzą w taki sposób:  Ostatni duński monarcha, którego  Obraz dopiero-co nam się ukazał,

 Był, jak wiadomo, zmuszony do boju  Przez norweskiego króla, Fortynbrasa,  Zazdroszczącego mu jego potęgi.  Mężny nasz Hamlet (jako taki bowiem  Słynie w tej stronie znajomego świata)

 Położył trupem tego Fortynbrasa,  Który na mocy aktu, pieczęciami  Zatwierdzonego i uświęconego  Wojennem prawem, był obowiązany  Części swych krajów ustąpić zwycięzcy,

 Tak jak nawzajem nasz król, na zasadzie  Klauzuli tegoż samego układu,  Byłby był musiał odpowiednią porcyę  Swych dzierżaw oddać na wieczne dziedzictwo  Fortynbrasowi, gdyby ten był przemógł.

Owóż syn tego, panie, Fortynbrasa,  Awanturniczym pobudzony szałem,  Zgromadził teraz zebraną po różnych  Kątach Norwegii, za strawę i jurgielt,  Tłuszczę bezziemnych ochotników, w celu,

Który bynajmniej nie trąci tchórzostwem,  A który, jak to nasz rząd odgaduje,  Nie na czem innem się zasadza, jedno  Na odebraniu nam siłą oręża,  W drodze przemocy, wyż rzeczonych krain,

Które utracił był jego poprzednik:  I to, jak mi się zdaje, jest przyczyną  Owych uzbrojeń, powodem czat naszych  I źródłem tego wrzenia w całym kraju. Bernardo. I ja tak samo sądzę: tem ci bardziej,

Że to zjawisko w wojennym rynsztunku  Odwiedza nasze czaty i przybiera  Na siebie postać nieboszczyka króla,  Który tych wojen był i jest sprężyną. Horacy. Znak to dla oczu ducha płodny w groźbę.

Gdy Rzym na szczycie stał swojej potęgi,  Krótko przed śmiercią wielkiego Juliusza,  Otworzyły się groby i umarli  Błądzili jęcząc po ulicach Rzymu;  Widziane były różne dziwowiska:

Jako to gwiazdy z ogonem, deszcz krwawy,  Plamy na słońcu i owa wilgotna  Gwiazda, rządząca państwami Neptuna,  Zmierzchła, jak gdyby na sąd ostateczny.  I otóż takie same poprzedniki

Smutnych wypadków, które jako gońce,  Biegną przed losem, albo są prologiem  Wróżb przyjść mających, nieba i podziemia  Zsyłają teraz i naszemu państwu.

( Duch powraca).

 Patrzcie! znów idzie. — Zastąpię mu drogę,

Choćbym miał zdrowiem przypłacić. — Stój, maro!  Możeszli wydać głos albo przynajmniej  Dźwięk jakikolwiek przystępny dla ucha:  To mów!  Jestli czyn jaki do spełnienia, zdolny  Dopomódz tobie a mnie przynieść zaszczyt:  To mów!

 Maszli świadomość losów tego kraju,  Które wprzód znając, możnaby odwrócić:  O, mów!  Alboli może za życia pogrzebłeś  W nieprawy sposób zgromadzone skarby,  Za co wy duchy, bywacie, jak mówią,

Skazane nieraz tułać się po śmierci.

( Kur pieje).

 Mów! Stój! mów! — Zabież mu drogę, Marcellu. Marcellus. Mamże nań natrzeć halabardą? Horacy. Natrzyj,  Jeśli nie stanie. Bernardo. Tu jest. Horacy. Tu jest.

( Duch znika).Marcellus. Zniknął.

 Krzywdzim tę postać tak majestatyczną,

Chcąc ją przemocą zatrzymać; powietrze Tylko chwytamy i czcza nasza groźba  Złośliwym tylko jest urągowiskiem. Bernardo. Chciał coś podobno mówić, gdy kur zapiał. Horacy. Wtem nagle wzdrygnął się jak winowajca

Na głos strasznego apelu. Słyszałem,  Że kur, ten trębacz zwiastujący ranek,  Swoim donośnym przeraźliwym głosem  Przebudza bóstwo dnia i na to hasło  Wszelki duch, czy to błądzący na ziemi,

Czy w wodzie, w ogniu, czy w powietrzu, śpiesznie  Wraca, skąd wyszedł: a że to jest prawdą,  Dowodem właśnie to, cośmy widzieli. Marcellus. Zadrżał i rozwiał się, skoro kur zapiał.  Mówią, że ranny ten ptak, w owej porze,

Kiedy święcimy Narodzenie Pana,  Po całych nocach zwykł śpiewać i wtedy  Żaden duch nie śmie wyjść z swego siedliska:  Noce są zdrowe, gwiazdy nie szkodliwe,  Złe śpi, ustają czarodziejskie wpływy,

Tak święty jest ten czas i dobroczynny. Horacy. Słyszałem i ja o tem i po części  Sam daję temu wiarę. — Ale patrzcie,  Już dzień w różanym płaszczu strząsa rosę  Na owym wzgórku wschodnim. Zejdźmy z warty.

Moja zaś rada, abyśmy niezwłocznie  O tem, czegośmy tu świadkami byli,  Uwiadomili młodego Hamleta; Bo prawie pewny jestem, że to widmo,  Milczące dla nas, przemówi do niego.

Czy się zgadzacie na to, co nam zrobić  Zarówno serce jak powinność każe?

Marcellus. Jak najzupełniej, i wiem nawet, gdzie go  Na osobności zdybiemy dziś zrana.

( Wychodzą).

Scena 2

Sala audyencyonalna w zamku.

KRÓL, KRÓLOWA, HAMLET, POLONIUSZ, LAERTES, WOLTYMAND, KORNELIUSZ, Panowie i Orszak.

Król. Jakkolwiek świeżo tkwi w naszej pamięci  Zgon kochanego, drogiego naszego  Brata Hamleta; jakkolwiekby przeto  Sercu naszemu godziło się w ciężkim

Żalu pogrążyć, a całemu państwu  Zawrzeć się w jeden fałd kiru: o tyle  Jednak rozwaga czyni gwałt naturze,  Że pomnąc o nim, nie zapominamy  O sobie samych. Dlatego, — zatrutą,

 Że tak powiemy, od smutku radością,  Z pogodą w jednem a łzą w drugiem oku,  Z bukietem w ręku a jękiem na ustach,  Na równi ważąc wesele i boleść, —  Połączyliśmy się małżeńskim węzłem

 Z tą niegdyś siostrą naszą a następnie  Dziedziczką tego wojennego państwa.  Co wszakże czyniąc, nie postąpiliśmy  Wbrew światlejszemu waszemu uznaniu,  Które swobodnie objawione dało

 Temu krokowi sankcyę. Dzięki za to.

 A teraz wiedzcie, że młody Fortynbras,  Czyli to naszą lekceważąc wartość,  Czyli to sądząc, że śmiercią drogiego  Brata naszego w królestwie tem znajdzie

 Nieład i bezrząd, na tem jedynie  Budując płonną nadzieję korzyści,  Nie zaniedbuje naglić nas przez posłów  O zwrot tych krain, które prawomocnie,  Za sprawą świętej pamięci Hamleta,

 Brata naszego, z rąk jego rodzica  Przeszły na własność Danii. Tyle o nim.

 Terazże o nas i o celu, w jakim  Tu się zeszliśmy. Wzywamy tem pismem  Stryja młodego Fortynbrasa, dzisiaj

 Króla Norwegii, — który z sił opadły,  Obłożnie chory, może i nie słyszał  O tych zabiegach swojego synowca, —  Aby powstrzymał go od popierania  Tych roszczeń; aby mu wzbronił zbierania

 Wojsk i czynienia wszelkich nieprzyjaznych  Nam demonstracyj. — Wam zaś, Korneliuszu  I Woltymandzie, poruczamy zanieść  To pismo, łącznie z pozdrowieniem naszem  Władcy Norwegii, nie upoważniając

 Was do wchodzenia z nim w nic więcej nad to,  Co treść powyższych słów naszych zakreśla.  Bywajcie nam więc zdrowi i niech pośpiech  Chwali gorliwość waszą.

Korneliusz i Woltymand. Jak we wszystkiem,  Tak i w tem starać się będziem jej dowieść.

Król. Nie wątpię o tem. Bywajcież nam zdrowi.

( Korneliusz i Woltymand wychodzą).

 Miałeś nas o coś prosić, Laertesie?  Jakiż jest przedmiot tej prośby? Mów śmiało.  Nie traci próżno słów, kto się udaje  Z słusznem żądaniem do monarchy Danii.

 Czegożbyś pragnął, czegobym nie gotów  Spełnić wprzód jeszcze, niżeliś zapragnął?  Głowa nie bliżej jest pokrewną sercu,  Ręka nie skorszą ku przysłudze ustom,  Jak tron nasz ojcu twemu, Laertesie.  Czegoż więc żądasz?

Laertes. Pozwolenia Waszej  Królewskiej Mości na powrót do Francyi,  Skąd chętnie wprawdzie tu przybyłem, aby  Złożyć powinny hołd przy koronacyi  Waszej Królewskiej Mości; ale teraz,

 Gdym już dopełnił tego obowiązku,  Życzenia moje i myśli, wyznaję,  Ciągną mię znowu do Francyi; ku czemu  O przychylenie się i przebaczenie  Kornie śmiem Waszą Królewską Mość błagać.

Król. Cóż na to ojciec waszmości? Przystajeż  Na to Poloniusz? Poloniusz. Usilną wciąż prośbą  Póty kołatał do mojego serca,  Ażem do życzeń jego mimochętnie  Przyłożył pieczęć zezwolenia. Racz mu

 Wasza Królewska Mość nie bronić jechać.

Król. Jedź więc, rozrządzaj według woli czasem  I łaską naszą.  Do ciebie się teraz  Zwracam, kochany synowcze Hamlecie,  Synu mój. Hamlet( na stronie). Trochę więcej niż synowcze,  A mniej niż synu.

Król. Jakiż tego powód,  Że czarne chmury wciąż cię otaczają?

Hamlet. I owszem, Panie, jestem wystawiony  Bardzo na słońce. 

Królowa. Kochany Hamlecie,  Zrzuć tę ponurą barwę i przyjaźnie

 Wypogodzonem okiem spojrz na Danię;  Przestań powieki ustawicznie spuszczać  W ziemię, o drogim ojcu rozmyślając.  Co żyje, musi umrzeć; dziś tu gości,  A jutro w progi przechodzi wieczności:  To pospolita rzecz.

Hamlet. W istocie, Pani,  Zbyt pospolita.

Królowa. Gdy wszystkim jest wspólną,  Czemuż się tobie zdaje tak szczególną? 

Hamlet. Zdaje się, Pani? bynajmniej, jest raczej;  U mnie nic żadne zdaje się nie znaczy,

 Niczem sam przez się ten oczom widzialny  Czarnej żałoby strój konwencyonalny;  Wietrzne, z trudnością wydawane tchnienie,  Obficie z oczu ciekące strumienie,  Żałość na widok stawiana obliczem,

Miną, gestami; to wszystko jest niczem;  To tylko zdaje się, bo potajemnie  Można być obcym temu; ale we mnie  Jest coś, co w ramę oznak się nie mieści,  W tę larwę żalu, liberyę boleści.

Król. Zaletę-ć czyni, Hamlecie, ten smutek,  Którym oddajesz cześć pamięci ojca;  Lecz wiedz, że ojciec twój miał także ojca  I że go także utracił tak samo,  Jak tamten swego. Dobry syn powinien

Jakiś czas boleć po śmierci rodzica;  Lecz uporczywie trwać w utyskiwaniach  Jest to dowodzić bezbożnej czułości,  Sprzeciwiającej się wyrokom niebios;  Jest to niemęskie okazywać serce,

Niesforny umysł i płochą rozwagę.  Bo skoro wiemy, że coś jest zwyczajnem,  Jak każda inna rzecz najpowszedniejsza,  Na cóż, stawiając opór konieczności,  Brać to do serca? Wstydź się, jest to grzechem

Przeciw naturze, przeciw niebu, przeciw  Zmarłemu nawet; jest to naostatek  Wbrew rozumowi, który od skonania  Pierwszego z ludzi aż do śmierci tego,  Którego świeżą opłakujem stratę,

Ciągle i ciągle woła: tak być musi!  Rzuć więc, prosimy cię, te płonne żale,  I pomnij, że masz w nas drugiego ojca.  Niechaj się dowie świat, żeś ty najbliższym  Naszego tronu i naszego serca.

Co się zaś tyczy twojego zamiaru  Wrócenia nazad do szkół wittemberskich,  Jest on życzeniom naszym wręcz przeciwny:  Przetoż wzywamy cię, abyś się zgodził  Na pozostanie tu pod czułą pieczą

Naszego oka, jako nasz najmilszy  Dworzanin, krewny i syn.

Królowa. O, Hamlecie,  Nie daj się matce prosić nadaremnie;  Pozostań z nami, porzuć myśl jechania  Do Wittembergi. Hamlet. Ze wszystkich sił moich  Będę-ć posłusznym, Pani.

Król. To mi piękna,  Co się nazywa, synowska odpowiedź!  Pójdź, ukochana żono, ta uprzejma,  Nieprzymuszona powolność Hamleta  Rozpromieniła mi serce; dlatego

Każdy wzniesiony dziś na zamku toast  Moździerze wzbiją w obłoki, i niebo,  Wtórząc radosnym królewskim wiwatom,  Odpowie ziemi równym grzmotem. Idźmy.

(Król, Królowa i wszyscy, prócz Hamleta, wychodzą).

Hamlet. Bogdaj to trwałe, zbyt wytrwałe ciało

Stopniało, w lotną parę się rozwiało!  Lub bogdaj sam Przedwieczny nie był karą  Zagroził samobójcy! Boże! Boże!  Jak nudnym, nędznym, lichym i jałowym  Zda mi się cały obrót tego świata!

To niepielony ogród, samym tylko  Bujnie krzewiącym się chwastem porosły.  O, wstydzie! że też mogło przyjść do tego!  Parę miesięcy dopiero, jak umarł! —  Nie, nie, i tego niema: — taki dobry,

Taki anielski król, naprzeciw tego  Istny Hiperyon naprzeciw Satyra!  A tak do matki mojej przywiązany,  Że nie mógł ścierpieć nawet, aby lada  Przyostry powiew dotknął się jej twarzy.

Ona zaś — trzebaż, abym to pamiętał! —  Wieszała mu się u szyi tak chciwie,  Jakby w niej rosła żądza pieszczot w miarę  Zaspokajania jej. I w miesiąc potem, —  O, precz z tą myślą! — Słabości! nazwisko

Twoje: kobieta. — W jeden marny miesiąc,  Nim jeszcze zdarła te trzewiki, w których  Szła za biednego mego ojca ciałem,  Zalana łzami jako Niobe, — patrzcie! —  Boże mój! zwierzę, bezrozumne zwierzę

Dłużejby czuło żal, — zostaje żoną  Mojego stryja, brata mego ojca,  Lecz który tak jest do brata podobny,  Jak ja do Herkulesa. W jeden miesiąc, —  Nim jeszcze słony osad łez nieszczerych

Z zaczerwienionych powiek jej ustąpił, —  Została żoną innego! Tak prędko,  Tak lekko skoczyć w kazirodne łoże!  Nie jest to dobrem, ani wyjść nie może  Na dobre. Ale pękaj, serce moje,

Bo usta milczeć muszą.

(Horacy, Bernardo i Marcellus wchodzą).

Horacy. Przyjm pozdrowienie nasze, drogi Książę. Hamlet. Miło mi widzieć panów w dobrem zdrowiu. —  Wszak to Horacy! albo zapomniałem,  Jak się sam zowię. Horacy. Ten sam i jak zawsze

Królewiczowskiej Mości biedny sługa. Hamlet. Dobry przyjaciel raczej; weź to miano,  A mnie daj tamto. Cóż cię z Wittembergi  Sprowadza? — Wszak to Marcellus?

Marcellus. Tak, Panie.

Hamlet. Bardzom rad widzieć Pana. Dobry wieczór.  Ale na seryo, powiedz mi, Horacy,  Co cię przywiodło z Wittembergi?

Horacy. Skłonność  Do próżniackiego życia, Mości Książę. 

Hamlet. Tego-by nie śmiał mi powiedzieć nawet  Twój nieprzyjaciel, i sam też źle czynisz,

Chcąc ucho moje przymusić do wiary  W własne zeznanie twoje przeciw tobie.  Wiem, żeś nie próżniak; jakiż więc być może  Cel przebywania twego w Elsynorze?  Nauczysz się tu pić tęgo. Horacy. Przybyłem

Na pogrzeb ojca twego, Mości Książę.

Hamlet. Nie żartuj ze mnie, szkolny towarzyszu;  Przybyłeś raczej na ślub matki mojej. Horacy. Wistocie, prędko nastąpił po tamtym. 

Hamlet. Oszczędność, bracie, oszczędność! Przygrzane

Resztki przysmaków z pogrzebowej stypy  Dały traktament na ucztę weselną.  O, mój Horacy, wolałbym był ujrzeć  Najzawziętszego mego wroga w niebie,  Niż dożyć tego dnia. Mój biedny ojciec, —  Zda mi się, że go widzę.

Horacy. Gdzie?!

Hamlet. Przed duszy  Mojej oczyma.

Horacy. Widziałem go niegdyś:  Był to król jakich mało. 

Hamlet. Człowiek, powiedz.  Chociażby wszystko w tym fałszywym świecie  Było tem, czem się napozór wydaje,

Jeszczeby drugi taki się nie znalazł.

Horacy. Zda mi się, że go widziałem tej nocy. Hamlet. Widziałeś? kogo? Horacy. Króla, ojca Waszej  Książęcej Mości. Hamlet. Króla? mego ojca?! 

Horacy. Zawieś na chwilę zdumienie, o Panie,

I bacznem uchem racz wysłuchać tego  Nadzwyczajnego doniesienia, które,  Zgodnie z świadectwem tych dwóch zacnych ludzi,  Mam ci uczynić.

Hamlet. Mów, na miłość boską! 

Horacy. Przez dwie już noce po sobie idące,

Wśród głuchej ciszy północnej, ciż sami  Oficerowie, Marcel i Bernardo,  Straż odbywając przy zamku, miewają  Następujące widzenie: —  Postać podobna do świętej pamięci

Ojca twojego, Panie, uzbrojona  Jak najkompletniej od stóp aż do głowy,  Staje przed nimi, uroczystym krokiem  Przechodzi mimo zwolna i poważnie;  Trzykroć przeciąga przed ich zdumiałemi

I struchlałemi oczyma, tak blizko,  Że ich nieledwie laską swą dotyka:  Oni zaś stoją jak wryci i jakby  Zgalareceni przerażeniem, nie śmią  Przemówić do niej ani słowa. Mając

Wieść o tem sobie przez nich udzieloną  Jak najtajemniej, udałem się z nimi  Następnej nocy samotrzeć na wartę;  I rzeczywiście o tym samym czasie,  W taki sam sposób, co do joty zgodnie

Z przywiedzionymi szczegółami, przyszło  Widziadło. Znałem ojca twego, Panie:  Te ręce mniej są do siebie podobne,

Hamlet. Gdzie się to działo? Horacy. Na tarasie, Panie. Hamlet.