Hajmdal. Tom 3. Bunt - Dariusz Domagalski - ebook
Opis

Potężny drednot „Hajmdal” zostawia za sobą księżyce Monarchy i przemierza olbrzymie terytorium Cesarstwa Bahiriańskiego, gdzie w każdym systemie czyha flota nieprzyjaciela. Admirał Nathaniel Kashtaritu podejmuje ryzykowną grę z wrogiem. Stawką jest śmierć albo ocalenie.

Wśród załogi, zmęczonej i zniechęconej, zaczynają się skrywane szepty, tajne spotkania, knowania i intrygi.

Na pokładzie wybucha bunt.

Tymczasem gdzieś w nieznanej przestrzeni, na żyjącym okręcie Khon-Ma, ludzie budzą się z letargu. Próbują zrozumieć, co się stało. Wśród pytań bez odpowiedzi jasne jest tylko jedno. Toch-em umiera.

Jak potoczą się losy Federacji Terrańskiej? Czy Ezra Leahy i jego towarzysze przetrwają nadciągającą burzę?

Kosmos skrywa niezgłębione sekrety.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Dariusz Domagalski

All rights reserved

Copyright © by Drageus Publishing House Sp. z o.o.,

Warszawa

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie e-wydania:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-00-0

ISBN MOBI: 978-83-66375-01-7

Dla Anny

SYSTEM DELTA CANIS MAJORISSEKTOR WEWNĘTRZNY

Przestrzeń kosmiczna rozbłysła nuklearnymi eksplozjami. Valeria ryknęła triumfalnie, pociągnęła do siebie przepustnicę i jej myśliwiec natychmiast wykonał zwrot. Za nim poszły cztery pozostałe maszyny, należące do klucza czerwonego.

– Cel trafiony! – usłyszała w słuchawkach rozradowany głos Mubaadara, który był jej skrzydłowym. – Dopadliśmy drania.

Obejrzała się i przez tylną szybę kokpitu dostrzeg­ła płonący cesarski torus. Nazwa bahiriańskich okrętów nie wzięła się znikąd, bowiem wyglądały jak wielkie obwarzanki, które Valeria jadła na ziemskiej kolonii na szóstej planecie w systemie Alnaira.

Tam też widziała ciężkiego i powolnego hipopotama z sześcioma nogami, który cały dzień przesiadywał w błocie, a do którego porównywała terrańskie myśliwce po tym, jak zostały przerobione przez pokładowych techników. Teraz wydawały się ślamazarne i pozbawione wszystkich wcześniejszych zalet bojowych. Ale kobieta pomyliła się w swojej pierwotnej ocenie i obiecała sobie, że jak tylko wróci na „Hajm­dala”, przeprosi głównego inżyniera za nazwanie go tępym idiotą o zakutym łbie, który pragnie pozabijać wszystkich pilotów, i za wytarcie nim podłogi w hangarze. Całe szczęście, że nie wniósł oskarżenia, bo teraz siedziałaby w areszcie, zamiast polować na torusy.

Modyfikacja myśliwców była konieczna, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Po wydarzeniach w systemie Zeta Monocerotis w hangarze „Hajmdala” zostało ich zaledwie osiem – i sporo części zamiennych. Dowództwo uznało, że w dalszych działaniach będą potrzebne maszyny uniwersalne, łączące w sobie cechy myśliwców przechwytujących, ciężkich i dalekiego zasięgu. Technicy zabrali się do przeróbek i w ciągu miesiąca stworzyli piętnaście hybryd – potworków takich jak ten, który Valeria właśnie pilotowała.

Daleko mu było do zwrotności i przyspieszenia myśliwców przechwytujących, ale oprócz działka laserowego posiadał wyrzutnię rakiet atomowych. I to było całkiem w porządku. Czarna co prawda wolałaby torpedy plazmowe wyposażone w nowoczesne systemy naprowadzania i głowice z ładunkiem rozrywającym struktury atomowe, ale niestety, wszystkie zostały zużyte podczas bitwy w systemie Epsilon Eridani. Wówczas dostała się do lacertańskiej niewoli. Zmarszczyła brwi. Nie chciała wracać do tego pamięcią.

– Wracamy na pokład – zakomunikowała nienaturalnym głosem. Teraz była dowódcą klucza i jeszcze nie nawykła do wydawania poleceń.

– Tak jest, Czarna – rozległ się w słuchawkach głos Rudolfa Shirona, najmłodszego pilota w eskadrze. Uśmiechnęła się. Gdy trafił do klucza czerwonego, usilnie tytułował ją panią porucznik, uważając, że w ten sposób okazuje szacunek. Wybiła mu to z głowy i teraz zwracał się do niej tak jak inni.

Wtem coś błysnęło. Wiązka laserowa minęła kokpit o milimetry. Valeria ujrzała ją na wyświetlaczu hełmu jako bladozieloną smugę, która od razu zniknęła w przestrzeni kosmicznej. Czarna natychmiast odbiła w prawo i zapoczątkowała serię zwrotów.

– Rozproszyć się!

Obserwowała na wyświetlaczu, jak czerwone punkty rozpoczynają obłędny taniec pomiędzy wizualizowanymi wiązkami laserowymi. Nagle atak ustał. Odetchnęła z ulgą, widząc, że wszystkie myśliwce klucza czerwonego wyszły bez szwanku.

– Gdzie jest ten skurwysyn?! – rozległ się spanikowany głos Czerwonego Cztery.

– Widzę go! – krzyknął Mubaadar. – Na mojej dziewiątej. To pierdolony torus.

Valeria zareagowała natychmiast, zmieniając kierunek. Manewrowanie w przestrzeni kosmicznej wcale nie było łatwe. Należało odpowiednio zwiększać lub zmniejszać ciąg silników i sterować ich odchyleniem względem kadłuba. Dodatkowo Czarna nie przyzwyczaiła się jeszcze do tego, że jej zmodernizowana maszyna reaguje o wiele wolniej, i wydawało się jej, że musi czekać całą wieczność, zanim ustawi się przodem do nieprzyjaciela.

Wreszcie przez przednią szybę kokpitu ujrzała cesarski okręt. Nadciągał od strony gwiazdy centralnej – białego nadolbrzyma, który na ludzkich mapach figurował pod nazwą Wezen. Załoga torusa dobrze wiedziała, co robi. Kierunek, z którego nadlatywali, nie był przypadkowy. Rozbłyski słoneczne tak jasnej gwiazdy powodowały zakłócenia przyrządów pokładowych, dlatego piloci myśliwców wcześniej nie spostrzegli okrętu. Dopiero bezpośrednia wizualna obserwacja potwierdziła jego obecność.

– Cwane sukinsyny – zagwizdał z podziwem Shiron.

W pierwszej chwili Valeria chciała go skarcić, ale musiała przyznać mu rację. Bahirianie potrafili stosować sprytne i skuteczne fortele.

– Formować szyk – rozkazała i natychmiast pięć myśliwców uformowało klin z nią na czele. – Namierzyć cel.

Okręt nieprzyjaciela wystrzelił kolejną salwę z laserów. Na szczęście żadna z maszyn nie oberwała. Czarna uśmiechnęła się z satysfakcją. Wyszkolenie załóg torusów pozostawiało wiele do życzenia. Trudno się dziwić, jako że Bahirianie nie byli zbyt zaawansowani technologicznie, ich sprzęt militarny był mocno przestarzały, a podboje udawały się tylko dlatego, że zalewali przeciwnika liczbą wojsk.

Cesarstwo posiadało tylko jeden typ okrętów – torusy, odpowiadające klasie niszczycieli w innych galaktycznych flotach. Miały słabe pancerze, niewiele wyrzutni rakietowych, toporną elektronikę, mizerne systemy naprowadzania i obrony bezpośredniej. Te okręty stanowiły łatwy łup, szczególnie dla jednostek liniowych. „Hajmdal” w pojedynkę mógłby poradzić sobie z całą flotą torusów, obecnie jednak nie nadawał się do walki. Drednot był niczym drapieżne zwierzę pozbawione kłów i pazurów. Trzy miesiące po opuszczeniu systemu Zeta Monocerotis większość systemów bojowych nadal pozostawała niesprawna, nie działały wyrzutnie rakiet na jednej bakburcie, z baterii energetycznych tylko rufowe nadawały się do czegokolwiek. Pozostały jedynie myśliwce.

Na wyświetlaczu hełmu zamigotała zielona dioda. Cel został namierzony i Valeria odetchnęła z ulgą. Obawiała się, że komputer pokładowy nie poradzi sobie w tych warunkach. Rozbłyski Wezen były bardzo silne, ale cel okazał się wystarczająco duży. Zintegrowany system naprowadzania, który był kolejną modyfikacją wprowadzoną przez techników, przekazał namiary do pozostałych jednostek.

– Wystrzelić rakiety!

W stronę torusa poleciało pięć ćwierćtonowych pocisków. Czarna nie czekała na efekt. Otworzyła przepustnicę i natychmiast zmieniła kierunek lotu, odbijając od płaszczyzny ekliptyki układu gwiezdnego. Teraz przez przednią szybę kokpitu miała doskonały widok na Wielki Obłok Magellana i zaraz obok niego Mały Obłok Magellana.

Obie galaktyki karłowate wydawały się być na wyciągnięcie ręki, a przecież odległość do nich wynosiła grubo ponad dwieście tysięcy lat świetlnych i jak na razie żadna ze znanych cywilizacji jeszcze tam nie dotarła. Tak wyraźna ekspozycja satelitarnych galaktyk oznaczała jednak, że „Hajmdal” w swojej podróży mocno oddalił się od centrum Drogi Mlecznej.

Torus eksplodował. Mimo że osłona hełmu doskonale chroniła wzrok przed rozbłyskami, Valeria instynktownie zmrużyła oczy. Z ust kobiety nie schodził triumfujący uśmiech. Dwa zniszczone okręty Bahirian w ciągu jednego dnia to było osiągnięcie, jakim nie mógł się pochwalić żaden z dwóch pozostałych dowódców dywizjonu. Czy raczej eskadry, biorąc pod uwagę liczbę sprawnych jednostek.

Gdy „Hajmdal” został wprowadzony do służby, na pokładzie drednota znajdowało się osiem eskadr, a każda z nich liczyła dwanaście myśliwców. Teraz jednak pozostało zaledwie piętnaście maszyn podzielonych na trzy klucze: czerwony, niebieski i zielony. Czerwonym dowodziła Czarna, co przyjęła z umiarkowanym entuzjazmem. Nie lubiła władzy, wiedziała, że wiąże się z nią wielka odpowiedzialność. Miała nadzieję, że będzie umiała zadbać o swoich ludzi. Tak jak potrafił to Nelson.

Valeria posmutniała na myśl o mężczyźnie, którego nadal kochała, choć okazał się podłym draniem. Nie mogła mu wybaczyć, że ją opuścił. Najpierw odszedł do innej kobiety, a potem został na lacertańskim pancerniku, poświęcając siebie dla ratowania jej i pozostałych pilotów. Uznano go za zaginionego w akcji, ale trzy miesiące później dowództwo zmieniło status na poległego i Nelson otrzymał pośmiertne odznaczenie za bohaterstwo i odwagę. Ale Czarna wiedziała, że żyje. Tak podpowiadało jej serce.

Nie łudziła się. Wiedziała, że jeśli Uriah wróci, to nie do niej, tylko do Abigail Torres. Nadal nie mog­ła zrozumieć, co w niej widział. Zwykła szeregowa z wojsk rozpoznawczych, co prawda urodziwa, ale nic więcej. Żadnej charyzmy, dzikości, szaleństwa i brawury, które Nelson tak kochał w Valerii. Czarna jednak nie potrafiła nienawidzić rywalki. Nawet jej współczuła. Czasami widywała ją na stołówce. Dziewczyna siedziała przygaszona, dłubiąc plastikowym widelcem w tacy liofilizatów, niewiele przy tym jedząc. Valeria zastanawiała się, czy Torres pogodziła się już ze śmiercią Nelsona. A może cały czas miała nadzieję? Tak jak ona…

Potrząsnęła głową, próbując odsunąć od siebie niechciane myśli. Skupiła się na sterowaniu myśliwcem. Na zmodyfikowane maszyny najbardziej narzekał Frank Bennet, ale trudno się dziwić. Wcześniej latał tylko na przechwytujących i typowa walka myśliwska była jego żywiołem.

Liczący ponad czterdzieści standardowych lat mężczyzna miał już włosy posiwiałe na skroniach i ogromne doświadczenie jako pilot, ale przez długi czas pozostawał jedynie skrzydłowym. Leniwy i niezdyscyplinowany, nie potrafił wzbudzić sympatii dowództwa. Wszystko zmieniło się w systemie Zeta Monocerotis, gdzie na bagiennym księżycu Monarcha 64 wykazał się jako lider, prowadząc grupę myśliwców do ataku na velmeńskie maszyny. W uznaniu zasług otrzymał dowodzenie eskadrą niebieską. Czarna nie miała żadnych wątpliwości, że sobie poradzi w nowej roli, tym bardziej że zauważyła u niego sporą zmianę. W ciągu ostatnich trzech miesięcy spoważniał i zaczął zachowywać się, jak na dowódcę przystało.

Natomiast sporym zaskoczeniem była dla niej nominacja Joela Paka na stanowisko dowódcy klucza zielonego. Bardzo go lubiła, uważała za świetnego i odważnego pilota, ale niezbyt bystrego. Mocno wątpiła w jego kompetencje.

– Jest jeszcze jeden! – usłyszała w słuchawkach krzyk Mubaadara. Jej skrzydłowy miał najlepszy wzrok ze wszystkich pilotów, jakich Valeria znała. – Na naszej trzeciej.

Czarna spojrzała w prawo, w samą porę, żeby dostrzec bladozieloną wiązkę laserową. Zaraz po niej pojawił się rozbłysk.

– Dostałam! – rozległ się spanikowany głos dziewczyny pilotującej Czerwonego Pięć. To był jej pierwszy lot bojowy. – Rozjebało mi skrzydło i jeden z silników manewrowych!

– Wracaj na „Hajmdala” – poleciła Valeria.

– Tak jest – w głosie dziewczyny zabrzmiała ulga. Pomimo uszkodzeń udało jej się zawrócić maszynę i pomknęła w stronę centrum układu planetarnego. Tam znajdowały się trzy gazowe olbrzymy, z których służby techniczne pobierały wodór, niezbędny do dalszej podróży.

„Hajmdal” przemierzał terytorium Cesarstwa Bahiriańskiego, wykonując krótkie skoki nadświetlne między systemami gwiezdnymi zamieszkałymi przez tę dziwną, humanoidalną rasę. Liczebność populacji Bahirian przyprawiała o zawrót głowy. Zamieszkiwali pół miliona światów, a ich wpływy obejmowały obszar ponad tysiąca lat świetlnych. W każdym układzie planetarnym stacjonowały ich wojska – przynajmniej jedna eskadra torusów patrolująca przestrzeń kosmiczną oraz garnizon piechoty na wszystkich zamieszkałych globach. I w żadnym z tych systemów „Hajmdal” nie spotkał się z ciepłym przyjęciem.

Valeria nie rozumiała, czemu admirał Nathaniel Kashtaritu pcha się przez to wrogie imperium. Tylko on znał cel wędrówki i nie chciał go zdradzić nawet najwyższym rangą oficerom. Na pokładzie drednota szeptano, że popadł w szaleństwo i prowadzi wszystkich na pewną śmierć. Jednak Czarna wierzyła w zdrowy rozsądek admirała, który niejednokrotnie wydobywał ich z opresji i udowodnił, że jest świetnym przywódcą. Miała zamiar rzetelnie wykonywać jego rozkazy. Na dzisiejszej odprawie jej klucz otrzymał polecenie patrolowania wewnętrznych sektorów systemu Delta Canis Majoris i likwidowania wszelkich zagrożeń.

Przywołała na wyświetlacz hełmu obraz pokazujący widok z kamery umieszczonej z tyłu myśliwca i z zadowoleniem stwierdziła, że Czerwony Pięć oddalił się na bezpieczną odległość.

– Reszta za mną! – rzuciła w eter i zaczęła wykręcać pętlę, żeby nagle ją złamać i runąć na torusa. Pozostałe trzy maszyny klucza poszły za nią. Wystrzelili już wszystkie rakiety, pozostały im jedynie działa laserowe. Valeria nacisnęła spust.

– Kurwa mać! – warknęła, widząc, jak zwizualizowane zielone wiązki wchłaniane są przez osłony energetyczne torusa. Żeby się przez nie przebić, musieli się bardziej zbliżyć. Nie było to jednak proste. Torusy dzięki swojemu kształtowi wszystkie działa miały rozmieszczone równomiernie, nie posiadały ślepych punktów. Bahirianie rozpoczęli ostrzał.

Czarna odbiła. Lecący za nią Mubaadar oberwał, ale na szczęście wiązka tylko musnęła kadłub myśliwca i pilot mógł kontynuować lot. Spróbowali ataku, raz jeszcze nurkując na wrogi okręt i wystrzeliwując serię za serią. Nic z tego.

– Wycofać się – warknęła Valeria.

Wykonali zwrot. Oddalali się od torusa, ścigani ostrzałem z lekkich dział laserowych. Było kwestią czasu, kiedy Bahirianie wreszcie odpowiednio skalibrują swoje działa i zaczną trafiać precyzyjnie. Czarna gorączkowo myślała, co robić. Nie chciała tak skończyć. Nie na tym zadupiu.

Wtem dostrzegła na wyświetlaczu pięć punktów zmierzających w ich stronę. Leciały w szyku bojowym, jeden obok drugiego.

– Tu Zielony Jeden – rozległ się głos w słuchawkach. – Potrzebujecie pomocy?

– Przydałaby się – odparł Valeria, dziękując opatrzności za Joela Paka. Zadaniem jego klucza było patrolowanie centralnych rejonów układu planetarnego, ale widocznie na pokładzie „Hajmdala” wykryto zagrożenie i skierowano ich tutaj.

– Teraz my się nim zajmiemy – rzekł młodzieniec. – Do zobaczenia na pokładzie hangarowym.

– Powodzenia, Zielony Jeden.

Nie odpowiedział, skupił się na zadaniu. Valeria słyszała w eterze, jak pewnym siebie głosem wydaje polecenia pilotom, jak nakazuje im zachowanie cierpliwości, jak ich ruga za łamanie szyku, jak ich uspokaja podczas walki, jak reaguje w sytuacjach zagrożenia i jak się cieszy, gdy kolejny torus ulega zniszczeniu.

Czarna musiała przyznać, że Joel Pak jednak nadawał się na dowódcę.

TERYTORIUM CESARSTWA BAHIRIAŃSKIEGOOKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Ezra Leahy obudził się otulony przez mrok. Zerwał się przerażony, przekonany, że znajduje się w zawalonym tunelu zigguratu na wulkanicznej planecie Thagga. Próbował wzrokiem przebić ciemność, wypatrując płonącej lawy i wlepionych w niego pajęczych ślepi Khon-Ma. Ale niczego takiego nie dostrzegł, otaczały go stalowe ściany kajuty. Odetchnął z ulgą i opadł z powrotem na koję. Znajdował się na „Hajmdalu”.

Zacisnął mocno powieki, próbując ponownie zasnąć, ale już po chwili uświadomił sobie, że nic z tego nie będzie. Westchnął ciężko i ponownie otworzył oczy. Zerknął na umieszczony nad drzwiami kabiny chronometr, który migotał wściekłą zielenią. Ezra zaklął bezgłośnie. Był środek pokładowej nocy. Spał zaledwie cztery godziny, czyli o wiele za mało.

Leahy próbował sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni przespał spokojnie całą noc, i wyszło mu, że było to wówczas, gdy drednot stacjonował w Dominium Epsilon Eridani. Zanim to wszystko się zaczęło.

Od ucieczki „Hajmdala” minęły zaledwie cztery miesiące, ale jemu wydawało się, że działo się to wieki temu. Przez ten czas okręt przemierzył szmat drogi, podążając w stronę rubieży Galaktyki, a Leahy zdążył okrzepnąć i dorosnąć, gubiąc gdzieś młodzieńczy entuzjazm, który towarzyszył mu przy wstępowaniu do terrańskich sił zbrojnych.

Przybył do Epsilon Eridani z pustynnej planety Sãhr w systemie Beta Cantri, z nadzieją w sercu, pełen wiary w zjednoczenie ludzkości. Po trzystu latach od zniszczenia Ziemi dzięki powołaniu do życia Federacji Terrańskiej wreszcie wydawało się to możliwe. W Dominium Epsilon Eridani, pod protektoratem Togarian, mieli otrzymać własną planetę, ziścić marzenia. Ludzie rozproszeni po całej Drodze Mlecznej mieli znaleźć swój dom.

Stało się inaczej. Z jakichś powodów najpotężniejsze mocarstwa w Galaktyce postanowiły zdusić całą inicjatywę w zarodku. Nadzieja prysła wraz ze zniszczeniem Aquaris – siedziby Federacji Terrańskiej.

Ezra zadrżał. Przed oczami ponownie stanął mu obraz, którego nie potrafił zapomnieć. Toch-em! Ohydny okręt Khon-Ma, z organicznymi bulwami, naroślami grzybiczymi i nabrzmiałymi arteriami, zbudowany z żywej pulsującej materii, który jednym strzałem rozsadził planetę. Czy to był ten sam, który zniszczył Ziemię? Bo wszyscy na okręcie już ­wiedzieli, że za zagładą kolebki ludzkości stały pajęczaki.

Leahy potrząsnął głową, odpędzając ponure myśli. Uniósł się lekko na łóżku, oparł na łokciu i spojrzał na śpiącą obok kobietę. Koc zsunął się, odsłaniając jej nagie ramiona, cudownie wyrzeźbione piersi, kształtne biodra. Smuga bladego blasku z wyświet­lacza monitującego stan kabiny musnęła ciemnobrązowe włosy, zasłaniające twarz. Ezra odgarnął je delikatnie. Poczuła jego dotyk, uśmiechnęła się przez sen. Młodzieniec z zachwytem spojrzał na posągowe usta, kształtne kości policzkowe i symetryczne rysy twarzy.

Sandra Thushpa była niezwykle piękną kobietą, lecz zarazem dziełem inżynierii genetycznej – została ukształtowana już w łonie matki.

Leahy zmarszczył brwi. Wrócił wspomnieniami na pustynny księżyc Monarchy. Pluton 7 odkrył tam tajną bazę, która okazała się ośrodkiem badawczym. Placówką dowodziła kobieta poddana licznym velmeńskim modyfikacjom. W pierwszej chwili Ezra nie wiedział, czy ma do czynienia z żywą istotą, czy cyborgiem stworzonym na podobieństwo człowieka, bowiem ilość elektronicznych wszczepów kazała wątpić w to, że należała do gatunku ludzkiego.

Kobieta nosiła czarną, koronkową suknię z gorsetem, która dawno już wyszła z mody. Z kolorem stroju kontrastowała trupio blada twarz z wtopionymi w nią metalowymi implantami. Niebieskie oczy, wyblakłe i elektronicznie udoskonalone, nadawały jej groteskowy, a jednocześnie przerażający wygląd. Ale nawet w tak zeszpeconej twarzy Leahy dostrzegł oznaki dawnego piękna. Tego samego piękna, które cechowało Sandrę.

Dziewczyna niewiele mówiła o swojej matce. ­Leahy dowiedział się tylko, że była naukowcem i zajmowała się kognitywistyką. Nie przepadała za ludźmi, reprezentowała typ samotnika. Za to fascynowali ją Velmeni. Pewnego dnia zostawiła wszystko – męża, dziecko, karierę naukową – i ruszyła na wyprawę do ich systemu gwiezdnego, z którego już nie wróciła. Sandra nic nie wiedziała o jej dalszych losach. Ale Ezra je znał. A przynajmniej domyślał się, co zaszło.

Matka Sandry została omamiona przez technokapłanów, przyjęła ich religię, a wraz z nią zaczęła poddawać się procesowi udoskonalenia. Przyjmowała kolejne cyberwszczepy, zatracając własne człowieczeństwo. W pewnym momencie osiągnęła znaczną pozycję w społeczności Velmenów i zdobyła ich zaufanie. Na tyle duże, że przeznaczono ją do działań operacyjnych.

Werbowała szpiegów wśród ludzi nieszczęśliwych i niestabilnych emocjonalnie, którzy szukali pocieszenia i wsparcia. I znajdowali je w religii oferowanej przez technokapłanów. Dzięki cyberwszczepom ­mogli odciąć się od emocji, od egzystencjonalnego bólu. Wierzyli, że każda kolejna modyfikacja przybliża ich do doskonałości. Jedną z takich ofiar była Bethany Rayburn.

Leahy posmutniał. Przypomniał sobie Kruszynę. Dziewczyna była kierowcą transportera Plutonu 7, świetnym mechanikiem, doskonałym żołnierzem i dobrym człowiekiem. Dwukrotnie uratowała mu życie. I chociaż dokonała sabotażu na „Hajmdalu” i działała na szkodę ludzkości, meldując mistrzyni o wszystkim, co działo się na okręcie, Ezra wspominał ją dobrze. Żałował, że zginęła.

„Czy to mogło się skończyć inaczej?” – zadręczał się myślami.

Nie łudził się. Prawdopodobnie po powrocie na „Hajmdala” sąd wojenny, złożony z wyższych rangą oficerów, i tak skazałby ją na śmierć, ale w ostatnich chwilach życia, zanim Tobias Bishop rozsadził ją pociskiem wystrzelonym z granatnika rewolwerowego, zatliła się w niej iskra człowieczeństwa. I umarła jako wolna istota. Przynajmniej Ezra miał taką nadzieję.

Leahy wrócił myślami do tajemniczej mistrzyni. Velmeni powierzyli jej dowodzenie placówką i nadzór nad ważnym projektem. W tajnej bazie pracowano nad nowym rodzajem kamuflażu, który sprawiał, że velmeńskie myśliwce były niewidoczne nie tylko dla przyrządów pomiarowych, ale również dla ludzkiego oka.

Ezra zastanawiał się, czym matka Sandry zasłużyła sobie na takie wyróżnienie. Przecież była tylko człowiekiem, a Velmeni nie pałali miłością do gatunku ludzkiego. Ani do żadnego innego. Tym dziwniejszy wydawał się ich sojusz z Lacertanami, z którymi wspólnie dokonali najazdu na Epsilon Eridani. Leahy nie potrafił tego zrozumieć. Ale przecież był tylko zwykłym żołnierzem, więc nie mógł się równać z analitykami sztabu prezydenta, specjalistami od politycznych machinacji. Niech oni się nad tym głowią. On miał inne zmartwienia.

Przyglądał się śpiącej Sandrze, zastanawiając się, co zrobić. Ona jeszcze nie wiedziała. Nie powiedział jej o matce. Nie dlatego, że nie był pewien, iż właśnie ją spotkał. Nie mógł się pomylić. Obie kobiety miały podobne rysy twarzy, niemal identyczną sylwetkę, te same ruchy i gesty. Ezra nie miał wątpliwości. Matka i córka.

Dziwiło go tylko, że Abigail tego nie spostrzegła. Jedyna osoba, która oprócz niego widziała mistrzynię i przeżyła wyprawę na Monarchę 23.

„Czyżby w tym wypadku zawiodła ją spostrzegawczość?” – zastanawiał się Ezra. A może zauważyła podobieństwo, bo niewiele rzeczy uchodziło jej uwagi, tylko z jakiegoś powodu milczała?

Obie kobiety nie darzyły się sympatią i trzymały od siebie z daleka. To ułatwiało sprawę i pozwalało na zachowanie tajemnicy.

Ezra wiedział jednak, że prędzej czy później będzie musiał wyjawić sekret. Obawiał się reakcji Sandry. Podejrzewał, że przy najbliższej okazji opuści „Hajm­dala” i wyruszy na poszukiwanie matki. A Leahy nie chciał jej stracić.

To nie była żadna wielka miłość. Ani on nie kochał jej, ani ona jego. W normalnych okolicznościach pewnie nigdy by się nie spotkali, a już na pewno nie wylądowaliby w łóżku. On był zwykłym żołnierzem, bez wykształcenia i koneksji, niczym niewyróżniającym się młodym człowiekiem, pochodzącym z prowincjonalnej planety. Ona z kolei była piękną i inteligentną, posiadającą kilka doktoratów córką prezydenta Federacji Terrańskiej.

Ale okoliczności nie były normalne. Trwała wojna.

Sandra wzdrygnęła się, jej usta wykrzywił grymas. Coś jej się śniło i nie było to nic przyjemnego. Nikt z załogi „Hajmdala” nie spał spokojnie. Dziewczyna zaczęła się wiercić i Ezra przestraszył się, że zaraz otworzy oczy. Ale po chwili uspokoiła się, wymamrotała coś pod nosem i odwróciła się na drugi bok.

Ezra opuszkami palców przeciągnął po plecach kochanki. Skóra była idealnie gładka. Sandra mruknęła przez sen. Leahy uśmiechnął się smutno. Łączyła ich namiętność, zwykłe pożądanie. I chyba nic więcej. No, może jeszcze strach. Strach przed samotnością. W pustce kosmosu, w olbrzymiej przestrzeni, gdy podążało się w nieznane, nikt nie chciał być sam. Każdy kogoś potrzebował.

Ezra cofnął dłoń.

Niemal każdy mężczyzna na pokładzie „Hajmdala” oddałby wszystko, żeby być teraz na jego miejscu, ale nie on. On pragnął być z kimś innym. Westchnął ciężko i ostrożnie, żeby nie obudzić Sandry, wstał. Ubrał się i wyszedł z kajuty.

Sandra Thushpa otworzyła oczy, gdy tylko usłyszała cichy syk zamykanych grodzi. Nie spała już od dłuższego czasu. Dobrze się złożyło, że Ezra wyszedł. Ona też musiała się zbierać. A on nie mógł wiedzieć dokąd.

TERYTORIUM NIEZNANETOCH-EM

Pierwsze, co poczuła, to zapach. W jej nozdrza wdarł się ohydny smród zgnilizny, ale nie taki zwyczajny, jaki wydaje rozkładające się mięso, a który można poczuć pod koniec dnia targowego na Ushak lub lesistym świecie Artemis w systemie Gamma Lupi, gdzie myśliwi dla zabawy zabijają zwierzęta, a ich truchła ścielą się po całej powierzchni planety. Ten zapach przyprawił ją o dreszcze. Ohydny, mroczny, przepełniony ponadczasową grozą, rozkładem i śmiercią.

Eliza Booth otworzyła oczy. Wyrwana z głębokiego snu, usiłowała przypomnieć sobie, kim jest i co robi w tym mrocznym miejscu. Próbowała się poruszyć, ale coś mocno ją trzymało. Otulało czymś miękkim i elastycznym. Gdy wreszcie wzrok przyzwyczaił się do ciemności i dotarło do niej z całą ostrością, gdzie się znajduje, z jej suchego i ściśniętego gardła dobiegł przeraźliwy krzyk. Wypełniony grozą, bólem i pierwotnym lękiem, odbił się echem od ścian i pognał mrocznymi korytarzami.

Booth, wyjąc jak opętana, szarpiąc się i kopiąc, zerwała oplatające ją pajęcze nici. Wyzwoliła się z kokonu i runęła na dziwnie miękką podłogę, żeby ugrzęz­nąć w jakiejś cuchnącej mazi. Uświadomiła sobie, że jest zupełnie naga, a jej ciało pokryte śliską, lepką substancją. Próbowała się podnieść, ale była zbyt osłabiona. Opadła na kolana. W nozdrza ponownie uderzył ją ohydny zapach rozkładu.

Zwymiotowała.

Dopiero po dobrej chwili zaczęła przypominać sobie, co się stało i jak tu trafiła.

„Zulfikar”!

Ta nazwa kołatała się w jej głowie. Myśli miała jeszcze chaotyczne i nieuporządkowane. Wiedziała jednak, że to był okręt, piracka fregata, na którą zaciągnęła się jako zwykły sternik, chociaż wcześniej dowodziła własną jednostką. Zastanawiała się, dlaczego przystała na takie warunki. Pamięć powoli wracała.

Przypomniała sobie Ragheba, dowódcę „Zulfikara”. Planował polecieć do systemu Epsilon Eridani i przyłączyć się do powstałej właśnie Federacji Terrańskiej. Chciał oddać okręt i załogę pod dowództwo admirała Kashtaritu. Postanowiła się do niego przyłączyć, sama nie umiała powiedzieć dlaczego. Wiedziała, że musi to zrobić, chociażby po to, aby jej życie nabrało głębszego sensu.

Eliza Booth nie była sentymentalna, rzadko kierowała się emocjami, uważając je za zbędny balast. Nie znała swoich rodziców, wychowała się w sierocińcu na Szahr-e Drajā – stolicy najbiedniejszej satrapii Imperium Teegardeańskiego. Od dziecka surowo traktowana, nie zaznała miłości ani współczucia. Zdana tylko na siebie, musiała sobie radzić na ulicach potężnego miasta, które zajmowało całą powierzchnię planety. Przymierała głodem, kilkukrotnie trafiła do więzienia za drobne kradzieże i oszustwa. Wydawało się, że prędzej czy później zginie w ulicznej bójce lub zgnije w imperialnym lochu. Ale stało się inaczej. Eliza Booth posiadała bowiem coś, co pozwoliło jej przeżyć na tym mrocznym, okrutnym świecie. Coś, co niektórzy nazywali szaleństwem, inni zaś brawurą. Coś, co posiadali tylko ludzie.

Ziemia została zniszczona, ale gatunek ludzki przetrwał i od trzech stuleci tułał się po Galaktyce. Ludzie podejmowali się najróżniejszych zajęć. Ciężko pracowali w kopalniach na zapomnianych planetoidach, na lodowych światach wznosili budowle Togarian, dokonywali zwiadów na toksycznych planetach, na których nikt inny nie chciał lądować. Ale najczęściej walczyli jako najemnicy w wojnach obcych ras.

Szybko zyskali opinię niezrównanych żołnierzy. Trudno powiedzieć, co się na to złożyło. Na pewno liczyły się wyobraźnia i kreatywność. Większość kosmicznych bitew rozstrzygała się, zanim padł pierwszy strzał. Sztab analityków prowadził wyliczenia, rozważał siły swoje i nieprzyjaciela, układał plany, które oficerowie floty wdrażali w życie. Oczywiście podczas bitwy korygowano je, ale w minimalnym stopniu i w ramach ustalonych wcześniej procedur.

Zdarzało się często, że do bitwy w ogóle nie dochodziło. Sztaby obu flot dokonywały symulacji komputerowych, przeliczały siłę militarną, analizowały potencjalne zyski i straty, a gdy wynik był niezadowalający dla jednej ze stron, ta się po prostu wycofywała. Tak było do czasu, aż na arenie działań wojennych pojawili się ludzie.

To oni dokonywali śmiałych manewrów, nie bali się ryzyka i stosowali niekonwencjonalne metody walki. I właśnie dlatego każda z obcych nacji chciała mieć w swoich szeregach ludzkich oficerów. Posiadali instynkt pozwalający zwyciężać.

Trudno powiedzieć, czy ten sam instynkt zadziałał w przypadku płomiennowłosej dziewczyny, czy było to zwyczajne pragnienie przetrwania, ale Eliza Booth szybko zdobyła szacunek wśród gangów rządzących w Szahr-e Drajā. Oprócz determinacji, pomysłowości i woli zwycięstwa cechowało ją coś jeszcze – zimne okrucieństwo. Od czasu do czasu w jej roziskrzonych zielenią oczach pojawiał się niebezpieczny błysk i wówczas lepiej było nie wchodzić jej w drogę.

Zostawiała za sobą sporo trupów. Zazwyczaj wrogów. Dla tych, którzy nadepnęli jej na odcisk, nie miała litości. Niektórych nawet torturowała. To jej nie bawiło, nie była z tych, którzy lubowali się w zadawaniu bólu, ale wiedziała, że czasem trzeba postępować okrutnie. Świat musiał wiedzieć, że nie warto zadzierać z Elizą Booth.

Inni tracili życie, bo znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i niewłaściwym czasie. Mieli po prostu pecha.

Nigdy nie dręczyły jej wyrzuty sumienia, nie mog­ła sobie na to pozwolić. Gdyby się wahała, nie przeżyłaby w przestępczym światku Szahr-e Drajā. A tak została dāgdi – prawą ręką szefa największego gangu działającego na planecie. Ale jej ambicje sięgały wyżej. O wiele wyżej. Do roziskrzonych gwiazd na firmamencie nocnego nieba.

Opuściła rodzinną planetę, gdy tylko nadarzyła się okazja, i ruszyła szukać szczęścia na kosmicznych szlakach. Najpierw zajmowała się przemytem. Ale w Imperium Teegardeańskim, najbogatszym regionie Galaktyki, konkurencja była zbyt duża i szybko musiała zrezygnować z tego zajęcia. Poleciała na Ushak i tam przyłączyła się do piratów. To był najlepszy okres jej życia. I wcale nie chodziło o zarobki.

Eliza Booth uświadomiła sobie, że nie napędza jej pragnienie zysków i dostatniego życia, które było motorem działania większości piratów, ale smak ryzyka, szaleństwo przygody i pojawiający się wraz z nią dreszcz emocji. Kusiła los. Podejmowała się największych wyzwań. Nie było zadania, którego by nie wzięła. Stosowała najbardziej szalone manewry, wymyślała fortele, żeby zwabić w pułapkę statki handlowe, a podczas abordaży zawsze pierwsza wkraczała na pokłady atakowanych jednostek i nie okazywała litości.

Szybko wspinała się po drabinie pirackiej hierarchii, co wcale nie było łatwe. Ludzie nie cieszyli się sympatią. Nigdzie. Zatrudniano ich w roli najemników, ale rzadko powierzano wyższe stanowiska. Wyjątek stanowiły terytoria Nemalahów, gdzie jak głosiły plotki, podczas wojen Kopców ludzcy oficerowie dowodzili całymi eskadrami. Natomiast na pirackich korwetach, wśród wielogatunkowych załóg, złożonych z najgorszych wyrzutków w całej Galaktyce, Eliza Booth musiała ugruntować swoją pozycję, krwawo rozprawiając się z tymi, którzy coś do niej mieli.

Ale wreszcie doceniono jej zdolności, a może po prostu zaczęto jej się bać i od szefów pirackiego kartelu otrzymała dowodzenie nad okrętem. To była niewielka korweta o nazwie „Krwawa Królowa”.

Eliza Booth w ciągu czterech lat stała się postrachem ushakijskich szlaków, a władze systemu wyznaczyły sowitą nagrodę za jej głowę. Ktoś inny na jej miejscu przeraziłby się tym faktem i uciekł na drugi kraniec Galaktyki. Ale nie ona. Im większe ryzyko, tym większe podniecenie czuła. Wydawało się, że Elizy Booth nic nie może przestraszyć.

A jednak.

Łkała z przerażenia, dryfując w ciasnej kapsule ratunkowej, po tym jak „Zulfikar” został zniszczony przez rakiety wystrzelone z velmeńskiego krążownika. Nie dlatego, że miała umrzeć w pustce kosmosu, udusić się na skutek braku tlenu. Na to była gotowa. Nie bała się śmierci. Strachem napełniło ją to, co zobaczyła przez niewielką szybę kapsuły. Przestrzeń rozdarła się niczym płótno i wychynął z niej toch-em.

Nigdy na własne oczy nie widziała żyjącego okrętu Khon-Ma, ale od razu wiedziała, z czym ma do czynienia. Słyszała wiele legend na ten temat. Nie wierzyła w nie, uważała, że to bajki, zwykłe bujdy wymyślane przez tych, którzy nigdy nie zaznali niebezpieczeństwa i pragnęli chociaż przez chwilę poczuć dreszczyk emocji. Powinna pamiętać, że w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy. Okazało się, że w tym przypadku to ziarno miało całkiem spore rozmiary.

Nie pamiętała, w jaki sposób została przetransportowana na pokład toch-emu. Z przerażenia straciła przytomność, gdy ohydny, bulwiasty kształt zbliżył się do kapsuły. Potem wspomnienia były mgliste i niewyraźne. Leżała w kokonie pogrążona w pół jawie, pół śnie, ale świadoma wszystkiego, co się z nią dzieje. Jej ciało było sparaliżowane, nie mogła poruszyć żadną częścią ciała, nawet przymknąć powiek. Gapiła się tylko w szkarłatną, pulsującą ścianę.

Jęknęła ze zgrozą, przypominając sobie majaczące cienie pajęczych istot. Na szczęście nigdy nie widziała ich w pełnej okazałości. Już same ich ruchy, wygięte w nienaturalny sposób stawy, doprowadzały ludzki umysł na skraj szaleństwa.

„Jak długo to trwało?” – zastanawiała się gorączkowo. Nie umiała na to pytanie odpowiedzieć. Mógł minąć miesiąc, rok, stulecie, a nawet tysiące lat. Miała wrażenie, że czas na pokładzie toch-emu nie ma żadnego znaczenia. Wydawało się, że Khon-Ma i ich mroczne okręty znajdują się poza czasem i przestrzenią. Nie rządziły nimi zwykłe prawa natury.

Odważyła się podnieść głowę. Zadrżała.

Znajdowała się w olbrzymiej, mrocznej komnacie, oświetlanej jedynie szkarłatnym blaskiem sączącym się zza błoniastych ścian. Pomieszczenie wypełniały tysiące kokonów.

Kobieta zmarszczyła brwi. Nagle sobie o czymś przypomniała. Sięgnęła dłonią do boku, gdzie jeszcze niedawno tkwiły przytwierdzone ssawki, i ze zdumieniem odkryła, że już ich nie ma. Wyczuła tylko skruszałe kikuty, które rozsypały się przy dotknięciu. Nie miała żadnej rany, skóra w tym miejscu, o dziwo, wyglądała na nienaruszoną.

Odważniej rozejrzała się po komnacie. Pajęczyny rozpadały się na jej oczach, zamieniały w pył. Ciała uwięzione w kokonach z głośnym plaśnięciem opadały w breję. Błoniaste ściany już nie pulsowały, krew na nich zakrzepła, a fetor rozkładu cały czas się wzmagał.

Okręt umierał.

TERYTORIUM CESARSTWA BAHIRIAŃSKIEGOOKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

W ostatniej chwili Ezra zasłonił się przed niespodziewanym ciosem. Odskoczył do tyłu i przyjął postawę bojową. Wysunął lewą nogę do przodu, uniósł gardę. W samą porę, bo przeciwnik znowu nacierał. Tym razem celując otwartą dłonią w tchawicę. To uderzenie Ezra również zbił i całą serię następującą po nim. Rywal był szybki, bardzo szybki. Ale on też.

Błyskawicznie zmniejszył dystans i przeszedł do kontrataku. Wyprowadził prawy sierpowy, wiedząc, że przeciwnik z łatwością go zablokuje, żeby w tym samym momencie kopnąć kolanem poniżej pasa. Nic z tego. Mężczyzna, z którym przyszło mu walczyć, był zaprawiony w ulicznych bójkach. Przewidział zwód i odskoczył.

Ezra myślał, że będzie miał czas na złapanie oddechu i obmyślenie strategii. Ale w walce wręcz nie było na to miejsca, należało reagować instynktownie, działać automatycznie, wyłączając myślenie. Odruchowo uniósł ręce, blokując kopnięcie w głowę, ale napastnik wykonał półobrót i poprawił. Leahy cudem zdążył się uchylić.

Nie czekał na następny cios. Ugiął nogi w kolanach i wyprowadził uderzenie w splot słoneczny przeciwnika. Ten jednak był na to przygotowany. Zablokował rękę młodzieńca, chwycił za nadgarstek i mocno wykręcił. Ezra skrzywił się z bólu. Gwałtownie szarpnął i udało mu się wyrwać. Zawdzięczał to swojej niezwykłej zręczności, bo na pewno nie doświadczeniu w walce.

Ponowił atak, tym razem próbując podciąć rywala. Kopnięcie trafiło w próżnię. Ezra zrozumiał, że popełnił błąd, i niemal w tej samej chwili poczuł ból. Lewy sierpowy trafił go w głowę i powalił na podłogę. Leahy chciał się błyskawicznie zerwać, ale cios był na tyle silny, że go zamroczył. Ezra zachwiał się i opadł na kolana.

Przeciwnik nie czekał, aż młody kapral dojdzie do siebie. Chwycił go wpół i obalił. Mocowali się w parterze, wymieniając ciosy. W ruch poszły pięści, łokcie, kolana. Ezra próbował założyć dźwignię, ale mężczyzna mu na to nie pozwolił. Był zbyt doświadczony w walce wręcz. Kapralowi udało się sięgnąć do jego gardła, przydusić, ale zaraz musiał zwolnić chwyt, żeby się bronić przed serią szybkich ciosów na tułów.

Ból niemal pozbawił go przytomności. Ezra był przekonany, że ma złamane przynajmniej dwa żebra. Nie poddawał się jednak. Szarpnął całym ciałem, próbując uciec ze zwarcia, ale udało mu się tylko uwolnić nogę. Kopnął tamtego kolanem w głowę, ale to nie wywarło na przeciwniku żadnego wrażenia. Leahy spróbował raz jeszcze i to był błąd. Rywal przechwycił jego nogę, przekręcił się na plecy, jednocześnie zakładając dźwignię na staw kolanowy.

Ezra ryknął z bólu i uderzył otwartą dłonią trzykrotnie w matę. Mężczyzna natychmiast go puścił, podniósł się i pomógł mu wstać. Leahy stanął na drżących nogach. Ciężko oddychał, był blady, spocony i poobijany. Sięgnął dłonią do czoła, na którym zdążył już wyrosnąć wielki guz. Zaklął. Potem obmacał żebra. Wyglądało na to, że są całe. Poczuł ulgę.

Spojrzał na mężczyznę, z którym stoczył walkę. Ten nawet nie był zdyszany. Na jego twarzy pojawiła się tylko mała strużka potu, która spływała podłużną blizną, ciągnącą się od czoła aż do brody. Zatrzymała się czarnej opasce na lewym oku.

Leahy nie znał prawdziwego imienia i nazwiska mężczyzny. Nikt nie znał. Gość nosił przezwisko Odyn, prawdopodobnie na cześć jednookiego nordyckiego boga. Nie mówił wiele o sobie. Nie wiadomo było, skąd pochodzi, co go przywiodło na „Hajm­dala”, jak stracił oko ani dlaczego pomimo swojego wieku, umiejętności i doświadczenia bojowego nadal posiada stopień zwykłego szeregowca.

Leahy spotkał go po raz pierwszy w okrętowej jadalni, gdy Czacha ze swoimi kumplami z Plutonu A próbowali odebrać mu rodzinną pamiątkę – nabój pochodzący z Ziemi, zawieszony na srebrnym łańcuszku. Ezra otrzymał go od matki w dniu wyjazdu i traktował jak amulet. Odyn postawił się szturmowcom i uratował własność Ezry.

Ponownie spotkali się podczas rekonesansu na wulkanicznej planecie Thagga, z której zwiadowcy ledwie uszli z życiem. To właśnie Odyn zorganizował akcję ratunkową, gdy Ezra i Abigail zostali uwięzieni w gruzach zigguratu, a po wybuchu wulkanu zachował zimną krew i przewodził misji. Podczas ewakuacji nawet sierżant Campbell podporządkował się jego rozkazom. Na tropikalnym księżycu Monarchy Odyn uratował Bishopa, a potem podczas ataku na placówkę Velmenów sprzeciwił się rozkazom pułkownika Ae-Hwa, za co miał stanąć przed sądem wojennym. Jednak dzięki wstawiennictwu admirała Kashtaritu skończyło się tylko naganą.

Ale po tym jak Ae-Hwa otrzymał awans na generała i został wybrany głównodowodzącym wojsk lądowych w miejsce poległego Cunninghama, pierwsze, co zrobił, to zdjął Odyna z funkcji dowódcy Plutonu 1 i przesunął go do kadry szkoleniowej. Od tej chwili Odyn miał niańczyć rekrutów. Jednooki mężczyzna nie dawał tego po sobie poznać, ale odsunięcie od działań bojowych mocno go zabolało. Lea­hy podejrzewał, że zwiadowca wolałby już siedzieć w więzieniu.

Na pewno był nietuzinkową postacią.

– Dałeś mi dzisiaj wycisk – skomentował Ezra, sięgając po ręcznik leżący na ławce. Przez ostatnie cztery miesiące codziennie spędzał dwie godziny w sali treningowej, ćwicząc z Odynem walkę wręcz.

– Nazywasz to wyciskiem, kapralu? – prychnął mężczyzna. – Ja się dopiero rozkręcam.

Ezra jęknął cicho na myśl o jeszcze jednej rundzie. Bolało go niemal wszystko.

– Może tym razem zwiększymy grawitację? – zapytał Odyn całkiem poważnie.

– Nie! – zaoponował Leahy. W przerażeniu spojrzał na wskaźnik kompensatora, który już teraz wskazywał jeden i dwie dziesiąte g. Ezra urodził się i wychował na pustynnej planecie w systemie Beta Cantri, która posiadała przyspieszenie grawitacyjne dziewięć dziesiątych g. Już sam fakt, że dość szybko przyzwyczaił się do standardowego, ziemskiego ciążenia panującego na „Hajmdalu”, był pewnym sukcesem.

Kapral rozejrzał się po sali treningowej, szukając pomocy, ale byli zupełnie sami. Na okręcie panowała pora nocna i większość ludzi po prostu spała. Znajdowali się w jednym z pomieszczeń rekreacyjnych z niewielką siłownią, bieżnią i matą pośrodku, na której można było zmniejszać lub zwiększać ciążenie.

– Daj mi chwilę – rzekł, siadając na ławce. – Muszę odpocząć.

Odyn wzruszył ramionami i też przysiadł. W milczeniu spoglądali w przestrzeń, każdy pogrążony we własnych myślach.

– Dobrze znasz admirała? – zagadnął Ezra.

– Czy można dobrze kogoś znać? – odpowiedział Odyn pytaniem.

– Zabrzmiało to bardzo filozoficznie.

Jednooki wzruszył ramionami.

– Czemu o niego pytasz? – Spojrzał na towarzysza. W zdrowym oku zwiadowcy pojawił się dziwny błysk.

– Zastanawiam się, dokąd nas prowadzi.

– Wątpisz w niego?

Leahy zmarszczył czoło. Odwrócił wzrok i teraz intensywnie wpatrywał się w przyrząd do treningu mięśni brzucha, jakby to był najciekawszy obiekt we Wszechświecie.

– Nie – odparł po chwili milczenia. – Jednak podobnie jak większość załogi chciałbym wiedzieć, dokąd zmierzamy. Z każdym kolejnym skokiem oddalamy się od centrum Galaktyki, a tym samym od cywilizowanych światów.

– Admirał ma plan – Odyn powiedział to z taką pewnością, że Leahy spojrzał na niego zdumiony.

– Ty coś wiesz?!

Tamten pokręcił głową.

 – Wiem tyle, co i ty.

– To skąd ta pewność?

Odyn wzruszył ramionami.

– Po prostu mu ufam.

– Dobrze by było, gdyby załoga „Hajmdala” podzielała twoją wiarę w admirała.

– Co masz na myśli? – Tym razem w oku Odyna zatańczył niebezpieczny błysk.

Atmosfera na okręcie była gęsta niczym mgła na ósmej planecie Epsilon Cygni. Ludzie szeptali po kątach, gniewnie spoglądali na oficerów opuszczających mostek, jakby na nich zrzucali winę za tułaczkę. Niektórzy twierdzili wręcz, że należy porzucić okręt i rozproszyć się po Galaktyce. Nikt już nie wierzył w Federację Terrańską i idee, które wszystkim przyświecały jeszcze cztery miesiące temu. Teraz ludzie na pokładzie drednota pragnęli jedynie przeżyć kolejny dzień. Ezra podzielał ich niepokój.

– Ścigają nas Velmeni, Lacertanie, Khon-Ma, a teraz mamy jeszcze na głowie Cesarstwo Bahiriańskie – Leahy mówił podniesionym głosem, niemal gniewnie. – Po co nam to? Dlaczego admirał brnie jak oszalały przez ich terytorium? W każdym układzie gwiezdnym czeka na nas eskadra torusów…

– A nie tego chciałeś? Zdobyć wojenną sławę?

– Tak, ale… – Ezra zrezygnowany machnął ręką. – Potrzebuję odpowiedzi. Załoga potrzebuje odpowiedzi.

– A jak brzmi pytanie?

– Dokąd zmierzamy?

– Admirał nie musi się tłumaczyć.

– Może powinien – odparł Leahy z westchnieniem. – Ludzie są zmęczeni, boją się. Potrzebują nadziei, że dowódca ich nie zawiedzie.

– Nie zawiedzie ich – rzekł twardo Odyn.

– Ty to wiesz, ja to wiem, ale są tacy, co wątpią.

– Nie powinni.

Zapadła niezręczna cisza.

– Sierżant Campbell objął dowodzenie nad pierwszą kompanią wojsk rozpoznawczych – rzekł Leahy, żeby zmienić temat. – Wiesz o tym?

Odyn pokiwał głową.

– Stary piernik dostał kopa w dupę i wylądował szczebel wyżej – rzekł z lekkim uśmiechem. – To dobry wybór. Poradzi sobie.

Sierżant Seth Campbell był weteranem trzech wojen Kopców i służył w wojsku od niepamiętnych czasów. Na jego pooranej bruzdami twarzy nigdy nie gościł uśmiech, dla żołnierzy zawsze był surowy, oschły, rugał ich, klął na czym świat stoi, a jednocześnie był najlepszym dowódcą na świecie. Ezra nie wyobrażał sobie, jak bez niego będzie wyglądał Pluton 7.

– Kto będzie waszym dowódcą? – spytał Odyn.

Ezra wziął głęboki oddech.

– Ja.

Jednooki zwiadowca uniósł brwi.

– No proszę, proszę. Wygląda na to, że generał nie jest aż tak wielkim dupkiem, jak myślałem.

Leahy skulił ramiona i z obawą rozejrzał się po sali. Na szczęście byli sami. Nazwanie przełożonego dupkiem mogło skoczyć się poważnymi konsekwencjami, nawet jeśli Ae-Hwa rzeczywiście nim był.

– Słusznie postąpił – dodał Odyn.

– Naprawdę tak sądzisz?!

– Nie znam nikogo lepszego na to stanowisko dowódcy, kapralu – w głosie mężczyzny zabrzmiała cieplejsza nuta i Ezra poczuł dumę. Po chwili jednak znowu ogarnęła go niepewność.

– Nie wiem, czy sobie poradzę.

– Poradzisz sobie.

– Jak zdobyć posłuch wśród żołnierzy?

– Bierz przykład z Campbella.

– Słuchają go, bo jest sierżantem – parsknął Ezra.

– Nie – odparł jednooki. – Jest sierżantem, bo go słuchają.

Leahy pokiwał głową. Zrozumiał, co Odyn chciał mu przekazać.

– Wracamy do treningu? – spytał jednooki.

Ezra jęknął, wiedząc, że zaraz znowu dostanie łomot.

Uratował go sygnał alarmu.

„Hajmdal” wychodził z nadświetlnej.

SYSTEM JOTA ORIONISOKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Admirał Nathaniel Kashtaritu, odziany w przepisowy śnieżnobiały mundur terrańskiej floty wojennej, wkroczył do sali odpraw i niecierpliwym gestem odprawił strażników. Dwaj szturmowcy pilnujący drzwi mieli na sobie stare, wysłużone pancerze, w miejsce tych nowej generacji, które zostały wycofane z użytku do czasu modyfikacji. Przez ostatnie cztery miesiące technicy mieli pełne ręce roboty na uszkodzonym okręcie, a wymontowywanie hiperaktywatorów z pancerzy nie należało do priorytetowych zadań.

Po incydencie na promie „Zenit”, gdzie doszło do bratobójczej walki pomiędzy szturmowcami, nikt nie miał wątpliwości, że hiperaktywatory należy wycofać. Sztuczne regulowanie wydzielania adrenaliny i endorfin prowadziło do zwiększenia sprawności bojowej żołnierzy, ale również wzmacniało ich agresję i powodowało poważne zmiany w psychice. Dowództwo chciało mieć na pokładzie „Hajmdala” ludzi odważnych i podejmujących wyzwania, a nie mordujących się nawzajem szaleńców.

Strażnicy skinęli głowami i wyszli. Dopiero gdy grodzie szczelnie się za nimi zamknęły, admirał zajął jedyny wolny fotel u szczytu stołu. Wszyscy już na niego czekali.

– Obowiązuje najwyższy protokół bezpieczeństwa – poinformował zebranych. Pozostałe osoby obecne w pomieszczeniu spojrzały po sobie w zdziwieniu, ale posłusznie wyłączyły osobiste komunikatory, wszczepy pozwalające na swobodny dostęp do zasobów informatycznych komputera pokładowego oraz pomocnicze ekrany holograficzne.

Nathaniel Kashtaritu uruchomił systemy zabezpieczeń, zagłuszacze elektromagnetyczne, wyłączył drony rejestrujące, które natychmiast opadły na podłogę. Wierzył, że podjęte środki wystarczą, żeby nikt ich nie podsłuchał. Ale i tak nie można było mieć pewności. Otaczali ich wrogowie.

„Hajmdal” stacjonował w systemie Jota Orionis, zwanym również Hatysą. Układ gwiezdny oficjalnie należał do Cesarstwa Bahiriańskiego, ale rządzili w nim Togarianie. Ich dominia rozsiane były po całej Galaktyce i często znajdowały się w samym środku obcych imperiów.

Togarianie byli doskonałymi budowniczymi i jednym z najlepiej rozwiniętych gatunków pod względem technologicznym. Nie znali się jednak na sztuce wojennej i często w tym względzie polegali na innych rasach. W Dominium Epsilon Eridani mieli być to ludzie, tutaj byli to Bahirianie.

Dominium Hatysa posiadało pełną autonomię i władzę nad całym systemem. Togarianie wprowadzili własne prawa i zasady, a cesarz nie miał nic przeciwko temu. Oddał jeden system gwiezdny z tysięcy w zamian za togariańską technologię i wymianę handlową.

I dlatego Jota Orionis był pierwszym od długiego czasu układem gwiezdnym, w którym „Hajmdal” nie został zaatakowany zaraz po wyjściu z nadprzestrzeni. Co prawda stacjonowała tutaj flota torusów, ale Bahirianie nic nie mogli zrobić bez pozwolenia archonta. A ten, ku ich wielkiemu rozczarowaniu, zezwolił na pobyt terrańskiego okrętu w przestrzeni kosmicznej na okres stu tysięcy kardiochtq, co odpowiadało jakimś czterem standardowym dobom.

Niestety, czas ten pozwalał jedynie na uzupełnienie podstawowych zasobów przed dalszą podróżą – które zresztą zobowiązali się dostarczyć Togarianie – ale o niezbędnych naprawach okrętu nie mogło być mowy.

Kashtaritu próbował zdobyć więcej czasu, prowadząc negocjacje z archontem, ale nic nie zdołał ugrać. Togariański przywódca doskonale wiedział, co zaszło w Epsilon Eridani, i obawiał się, że jeśli udzieli uciekinierom pomocy, Dominium Hatysa poniesie straszliwe konsekwencje. Z drugiej strony, nie mógł ich od razu wydalić, bo to by była oznaka słabości, na którą z politycznych względów nie mógł sobie pozwolić. Poszedł więc na kompromis – udzielił ludziom azylu na ograniczony czas i pozwolił na uzupełnienie niezbędnego zaopatrzenia.

Admirał poprosił Togarianina goszczącego na „Hajmdalu”, żeby ten wstawił się za ludźmi u swoich pobratymców. Trzeci Preodroj Czternastej Eklezji Klanu Pamiętających na początku stwierdził, że to wykluczone, ale po tym, jak admirał zagroził, że wyrzuci go przez śluzę, zgodził się wreszcie na rozmowę z archontem. Niestety, to tylko pogorszyło sprawę. Dominia togariańskie rywalizowały ze sobą i wszystkich obywateli z obcych obszarów traktowały jak wrogów.

Nathaniel Kashtaritu nie był głupcem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że gdy tylko „Hajmdal” opuści Dominium Hatysa, wpadnie w łapy cesarskiej floty, a może nawet Velmenów.