Hajmdal. Tom 2. Księżyce Monarchy - Dariusz Domagalski - ebook + audiobook
Opis

 

Nadzieja prysła. Rozleciała się w pył wraz ze zniszczoną planetą Aquaris, na której znajdowała się siedziba Federacji Terrańskiej. Po bitwie w systemie Epsilon Eridani „Hajmdal” kieruje się ku rubieżom Galaktyki. Ucieka przed swoim przeznaczeniem. Ucieka przed pościgiem wrogów, którzy pragną zagłady ludzkości. Cel podróży zna jedynie dowódca okrętu – admirał Nathaniel Kashtaritu. Dokąd zmierza? Czy prowadzi załogę ku zagładzie, czy ku zwycięstwu?

Uszkodzony drednot nie jest w stanie przeciwstawić się flotom nieprzyjaciela. Ponadto brakuje wody, żywności i paliwa. Konieczne staje się uzupełnienie zapasów. Wybawieniem może okazać się Monarcha – olbrzymia gazowa planeta w układzie Zeta Monocerotis, wokół której krąży ponad siedemdziesiąt księżyców.

Na niegościnnych globach, na pustynnych piaskach, skutych lodem powierzchniach, w tropikalnych dżunglach, na cuchnących błotem księżycach żołnierze terrańskich sił zbrojnych wypełniają misje zwiadowcze. Narażeni na niebezpieczeństwa, walcząc z siłami natury, przerażającymi stworami, tubylcami i wrogami, których obecności się nie spodziewali, trafiają na kolejne elementy tajemnicy związanej z pochodzeniem i przeznaczeniem ludzkości.

Czy kapral Ezra Leahy i pozostali żołnierze z Plutonu 7 wyjdą obronną ręką z niebezpieczeństw? Czy zbliżą się do rozwiązania zagadki dziwnego posągu znalezionego w zigguracie legendarnego miasta Khon-Ma? Czy dadzą radę powstrzymać wrogów przed realizacją planów? Czy zdołają uciec przeznaczeniu? Przekonajcie się, czytając tom drugi.

Podróż trwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 395

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 2 min

Lektor: Wojciech Masiak

Popularność


Warszawa 2018

Copyright © by Dariusz Domagalski

All rights reserved

Copyright © by Drageus Publishing House Sp. z o.o.,

Warszawa

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie e-wydania:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-73-9

ISBN MOBI: 978-83-65661-74-6

Mojemu bratu, Maciejowi

SYSTEM ALFA PYXIDIS OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Pojawili się nagle. Wychynęli z nadświetlnej w odległości dwustu dziewięćdziesięciu pięciu milionów kilometrów od planety, wokół której orbitował „Hajmdal”. Chorąży Belinda Riley, ubrana w przepisowy niebieski mundur terrańskiej floty wojennej, ze stożkową czapką na głowie, zamrugała, pragnąc, żeby to, co widzi na hologramie stanowiska teledetekcji, okazało się tylko zwykłym złudzeniem.

Niestety.

Wróg ich odnalazł.

Na drednocie natychmiast ogłoszono trzeci stopień gotowości bojowej. Zawył alarm, włączono systemy uzbrojenia, wszystkie myśliwce, wysłane do przeprowadzenia zwiadu lotniczego na planecie, otrzymały rozkaz natychmiastowego powrotu.

Do tej pory na mostku panował spokój, z sufitu sączyło się blade światło, załoga w podstawowym składzie kontrolowała działanie najważniejszych systemów, a siedzący w fotelu dowódcy komandor Abram Peters zdawał się drzemać. Teraz zaczął się harmider. Uruchomiono wszystkie sprawne konsole, oficerowie potwierdzali gotowość swoich stanowisk i przekazywali sobie niezbędne informacje.

Chorąży Belinda Riley wyprężyła się jak struna i zasalutowała, podobnie jak pozostałych szesnaście osób obsady mostka, gdy do pomieszczenia wszedł mężczyzna o zmęczonej, pooranej zmarszczkami twarzy, w białym, lecz mocno już zabrudzonym mundurze admirała terrańskiej floty wojennej.

− Spocznij – rzekł Nathaniel Kashtaritu.

Abram Peters natychmiast ustąpił mu miejsca na fotelu dowódcy i stanął obok.

– Jak wygląda sytuacja? – spytał admirał.

− Sensory dalekiego zasięgu wykryły cztery okręty w odległości około szesnastu minut świetlnych od nas.

Na czole dowódcy „Hajmdala” pojawiła się głęboka bruzda.

− Wiemy, co to za jednostki?

Peters pokręcił głową.

− Skanowaliśmy przestrzeń sensorami pasywnymi. Aby dokonać pełnej identyfikacji, należałoby użyć lidaru, ale wysłane w ich stronę impulsy natychmiast zdradzą naszą pozycję. A tego przecież nie chcemy.

− Słusznie.

Po ucieczce z Epsilon Eridani wyszli z nadświetlnej w systemie Suhail, gdzie spędzili zaledwie trzy godziny. Nieprzyjaciel odnalazł ich. Pojawił się lacertański dywizjon krążowników. Następnie skoczyli do układu Merkeb i historia się powtórzyła. Tym razem była to eskadra velmeńskich niszczycieli. Niemożliwe, żeby wrogowie przeczesywali wszystkie systemy w odległości skoku nadprzestrzennego „Hajmdala”, więc oczywistym było, że dysponowali jakąś metodą namierzania trasy drednota.

Nathaniel Kashtaritu przywołał na główny hologram zrzut z ekranu teledetekcji i przez chwilę uważnie wpatrywał się w poruszające się czerwone punkty.

− Ryzykują – rzekł, marszcząc brwi. – Wyszli z nadświetlnej niezwykle blisko gwiazdy centralnej.

Zasada głosiła, że im dalej od centrum systemu, tym wyjście i wejście w nadprzestrzeń jest bezpieczniejsze. Wszystko zależy od masy gwiazdy, której grawitacja powoduje zakłócenia w zakrzywianiu czasoprzestrzeni. Z tego względu obszary wejścia i wyjścia zazwyczaj znajdowały się na rubieżach układów planetarnych. Zdarzali się szaleńcy, którzy wykonywali skoki wewnątrzsystemowe, ale zazwyczaj kończyły się one katastrofą. Bezpieczną odległością był jeden parsek, jednak i tak większość dowódców nie odważyłaby się na skok poniżej czterech lat świetlnych.

− Widać, jak bardzo im zależy – odparł Peters.

Admirał spojrzał na niego. Siwowłosy mężczyzna wpatrywał się w główny hologram, z uwagą śledząc poruszające się na nim trójwymiarowe punkty oznaczające wrogie jednostki.

− Polują na nas, to pewne – rzekł zastępca dowódcy.

− Velmeni dysponują bardzo czułymi przyrządami. Jeśli to oni, mogli już nas wykryć.

− Wątpię – odparł Peters, wskazując na niebieski punkt, oznaczający pozycję „Hajmdala”. – Gdyby tak było, ruszyliby prosto na nas. Okręty wroga poruszają się w głąb systemu ze stałym przyspieszeniem, ale połową ciągu silników. Wygląda na to, że skanują układ planetarny.

Kashtaritu pokiwał głową, zgadzając się z oceną swojego zastępcy.

− Nie mają łatwo – dodał Peters z ponurą satysfakcją.

W systemie Alfa Pyxidis wokół błękitnego olbrzyma krążyło osiemnaście planet, a towarzyszyło im ponad trzysta księżyców, trzy pierścienie planetoid i mnóstwo pyłu kosmicznego, jako że układ znajdował się blisko płaszczyzny dysku galaktycznego. To sprawiało, że nawet najbardziej czułe sensory zupełnie głupiały. Istniała zatem szansa, że dopóki „Hajmdal” nie włączy silników lub nie użyje sensorów aktywnych, pozostanie niezauważony.

„Tylko na jak długo?” – zastanawiał się admirał.

− Wszystkie myśliwce są już w hangarze „Hajmdala” – zameldował jeden z podoficerów.

Dowódca skinął z zadowoleniem głową i spojrzał na ekran wizualny, podziwiając błękitną planetę, nad którą orbitowali. Kashtaritu wysłał na patrol wszystkie sprawne myśliwce w poszukiwaniu zasobów i żywności. Musieli uzupełnić zapasy i miał nadzieję, że w systemie Alfa Pyxidis będą mieli kilka godzin spokoju. Pomylił się.

„Hajmdal” był potężnym okrętem liniowym, mierzącym ponad kilometr długości. Wyposażony w napęd nadświetlny najnowszej generacji, trzydzieści sześć ciężkich dział laserowych, sześćdziesiąt lekkich baterii, dwadzieścia cztery wyrzutnie rakiet kierowanych i osiemnaście niekierowanych oraz cztery wyrzutnie torped plazmowych, stanowił jeden z najlepszych okrętów w Galaktyce. Posiadał solidny, dobrze opancerzony kadłub, trzy pokłady z hangarem zdolnym pomieścić sto myśliwców i dwa promy desantowe oraz olbrzymie magazyny, które obecnie wypełnione były w połowie.

Drednot opuścił stocznię zaledwie dwa tygodnie przed bitwą, jaką musiał stoczyć z połączonymi flotami Velmenów i Lacertan. Większość systemów bojowych dopiero testowano, załoga zgrywała się, technicy pracowali nad wyeliminowaniem usterek i dopiero zaopatrywano okręt w niezbędne zasoby.

W założeniu „Hajmdal” miał operować w systemie Epsilon Eridani, broniąc światów zamieszkałych przez Togarian, a tam posiadałby pełny dostęp do baz zaopatrzeniowych. W obecnej sytuacji, gdy został zmuszony do ucieczki i tułania się po kosmosie, właśnie tego wsparcia najbardziej brakowało.

Na szczęście tuż przed atakiem admirał zarządził manewry i wyposażenie bojowe zostało w pełni przygotowane. W magazynach znajdowała się wystarczająca liczba rakiet i torped, żeby drednot mógł samodzielnie prowadzić działania wojenne. Co prawda część wystrzelono podczas ćwiczeń artyleryjskich w wewnętrznym pasie asteroid, ale okręt nadal dysponował potężnym arsenałem. Nikt jednak nie przypuszczał, że „Hajmdalowi” przyjdzie się mierzyć z dwiema flotami wroga.

Po bitwie w systemie Epsilon Eridani drednot był w fatalnym stanie. Przywrócono sprawność głównych systemów, ale szesnaście sektorów nadal pozostawało rozhermetyzowanych, w kadłubie ziały olbrzymie dziury, jeden z silników manewrowych nie działał, połowa wyrzutni rakiet uległa uszkodzeniu, a baterie laserowe mogły strzelać tylko pod warunkiem przekierowania do nich całej mocy z osłon energetycznych. Nathaniel Kashtaritu zdawał sobie sprawę, że w takim stanie okręt nie przetrwa kolejnego starcia. Pozostawała tylko ucieczka.

− Obiekty zmieniły kurs – zakomunikowała chorąży Riley. – Lecą prosto na nas. Zwiększyły ciąg.

− Koordynaty?

− Plus dwieście trzydzieści, minus pięćdziesiąt dwa, minus trzydzieści osiem.

Liczby wyznaczały odległości w milionach kilometrów względem osi „Hajmdala”. Minusy i plusy określały pozycjonowanie z bakburty lub sterburty drednota, z góry lub dołu. Ten system od dawna funkcjonował na jednostkach, na których załogę stanowili ludzie.

− Wykryli nas – oznajmił Peters.

Admirał pokiwał głową.

− Nie ma na co czekać – rzekł. – Ogłosić czwarty stopień gotowości bojowej!

Cały personel ruszył na stanowiska, postawiono na nogi służby medyczne i ekipy naprawcze. Włączono silniki manewrowe, napęd nadświetlny i wszystkie aktywne sensory. Ukrywanie się nie miało już sensu.

− Sternik! – Kashtaritu zwrócił się do Jonathana Andersona, niskiego mężczyzny o zapadniętych policzkach, który jeszcze niedawno uchodził za najokrutniejszego pirata na rubieżach Galaktyki, a teraz wypełniał posłusznie rozkazy dowódcy „Hajmdala”. – Zwrot o trzydzieści pięć stopni i cała naprzód!

− Nie unikniemy starcia – zauważył Peters.

− Wiem – przyznał admirał. – Zyskamy jednak trochę czasu, zanim napęd nadświetlny się rozgrzeje.

− Rozumiem – odparł komandor.

Na konsoli stanowiska teledetekcji zamigotała zielona dioda. Belinda Riley natychmiast przywołała na hologram dane.

− Admirale – zwróciła się do dowódcy okrętu.

− Tak?

− Mam odczyt z lidaru.

− Melduj.

− To Velmeni.

Kashtaritu pokiwał głową, upewniając się w swoich przypuszczeniach.

− Klasa okrętów?

− Według wstępnej analizy mamy do czynienia z ciężkimi krążownikami.

Admirał zaklął, choć na tyle cicho, żeby nie usłyszała go obsada mostka. Nie chciał siać paniki wśród załogi, ale nie wyglądało to dobrze. Ciężkie krążowniki posiadały dużą przestrzeń magazynową, niezbędną do prowadzenia długiego pojedynku rakietowego. Oznaczało to, że wcale nie musiały zbliżać się do „Hajmdala” na odległość zasięgu dział laserowych.

Napęd nadprzestrzenny potrzebował dokładnie sześćdziesięciu trzech minut, aby rozgrzać się na tyle, żeby wykonać najkrótszy skok. To ograniczało możliwości wyboru systemów, do których mogli się udać. Kashtaritu miał wrażenie, jakby ktoś bawił się z nimi w przysłowiowego kotka i myszkę, próbując zwabić w pułapkę. W tym wypadku zaś zmusić do ucieczki w stronę określonego układu planetarnego.

− Za ile wejdziemy w zasięg rakiet nieprzyjaciela? – zapytał.

− Czterdzieści siedem minut – odpowiedziała natychmiast Riley, bo już wcześniej poleciła komputerowi przeanalizować przyspieszenie „Hajmdala” oraz obecną prędkość okrętów wroga.

Admirał spojrzał na chronometr, potem przeniósł wzrok na główny hologram, gdzie w prawym górnym rogu pojawiła się informacja o stanie gotowości napędu nadświetlnego. Dokonał błyskawicznej kalkulacji i wyszło mu, że przez jedenaście minut będą zmuszeni toczyć pojedynek rakietowy z czterema ciężkimi krążownikami. Jedenaście minut to podczas bitwy kosmicznej wieczność.

Rozparł się wygodnie w fotelu. Nic więcej nie mógł zrobić. Pozostało czekać.

Minęło dokładnie czterdzieści dziewięć minut od momentu, gdy admirał zadał pytanie o czas wejścia w zasięg nieprzyjacielskich rakiet, gdy okrętem wstrząsnęło. Boje ECM i wabiki nie poradziły sobie z salwą osiemdziesięciu pocisków nuklearnych, wystrzelonych z wyrzutni dziobowych czterech ciężkich krążowników. Z siedmiu rakiet, które przedarły się przez systemy defensywne „Hajmdala”, trzy zostały strącone przez lekkie działa laserowe, ale pozostałe cztery rozpruły kadłub w części dziobowej, niszcząc dwa magazyny i jedną wyrzutnię, która wraz z załogą zniknęła w potężnej eksplozji. Drednot nie wypadł jednak z kursu i ciągnąc za sobą krystaliczną mgiełkę uwalniającej się atmosfery, pędził do przodu, aby znaleźć się jak najdalej od ścigających ich velmeńskich okrętów.

− Zwrot o czterdzieści stopni na sterburtę! – Kashtaritu wydał rozkaz, ustawiając okręt tak, żeby móc wystrzelić z większej liczby sprawnych wyrzutni rakiet. Na prawej burcie było ich więcej. Wyczekał, aż drednot wykona skręt, i krzyknął: – Ognia!

Pociski pognały do celu.

W pełni sprawny „Hajmdal” mógłby posłać salwę burtową liczącą setkę pocisków, ale obecnie wyrzutnie wystrzeliły zaledwie dwadzieścia sześć rakiet. Drednot przypominał kalekiego olbrzyma, który opędza się od bandy karłów. Ciężkie krążowniki same w sobie były potężnymi okrętami, jednak każdy z nich miał rozmiary trzykrotnie mniejsze od „Hajmdala”.

Velmeńskie krążowniki wystrzeliły wabiki mające odciągnąć rakiety jak najdalej od okrętów. Na ekranie można było dostrzec odległe błyski. Nathaniel Kashtaritu przeniósł spojrzenie na hologram i zmełł w ustach przekleństwo. Żaden pocisk nie przedarł się przez obronę nieprzyjaciela. Admirał domyślał się, że krążowniki sprzęgły swoje systemy defensywne, co zwiększyło ich skuteczność.

− Jednostki wroga wystrzeliły drugą salwę pocisków – zameldowała Riley. – Dotrą do nas za osiemdziesiąt dwie sekundy.

− Ile do skoku? – admirał zwrócił się do stanowiska obsługi napędu nadświetlnego.

− Niecałe trzy minuty – odparł blady podoficer, zdając sobie sprawę, że nie zdołają uciec przed rakietami.

Kashtaritu spokojnie pokiwał głową, jakby spodziewał się usłyszeć taką właśnie odpowiedź.

− Wystrzelić wabiki! – rozkazał. – Manewry unikowe! Oficer nawigacyjny?

− Tak jest! – odpowiedział młody podporucznik ze stanowiska znajdującego się za plecami admirała.

− Wprowadzić koordynaty skoku – zarządził Nathaniel, który po tym, jak wyśledzono ich w systemie Suhail, wprowadził zasadę wyznaczania nowego celu tuż przed samym wejściem w nadprzestrzeń. Wierzył, że to pozwoli uniknąć namierzenia przez wroga.

− Mamy niewiele opcji, admirale – skrzywił się podporucznik. – Na tym etapie rozgrzania napędu nadświetlnego pozostaje nam tylko jeden system.

− Jaki?

− Zeta Monocerotis.

Kashtaritu zmarszczył brwi. Nic mu to nie mówiło.

− Gwiazda ciągu głównego – oficer nawigacyjny odpowiedział na niezadane pytanie. − Krąży wokół niej tylko jedna planeta, olbrzym gazowy o nazwie Monarcha, posiadający siedemdziesiąt osiem księżyców.

− Brzmi dobrze – stwierdził admirał. – Wykonać!

Wbił wzrok w główny hologram. Pozostało mieć nadzieję, że „Hajmdal” przetrwa kolejną salwę i zdoła uciec w nadświetlną.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS PUSTYNNY KSIĘŻYC MONARCHA 23

Piasek osuwał się pod ciężkimi butami, ale Ezra Leahy wspinał się niestrudzenie, aby osiągnąć szczyt najwyższej wydmy w okolicy. Młodzieniec miał na sobie polowy mundur maskujący. Na naramiennikach widniały dwie kreski, oznaczające stopień kaprala. Co jakiś czas Leahy ocierał pot z twarzy szarą apaszką, przewiązaną na szyi. Na głowie nosił kompozytowy hełm, na oczach przyciemnione gogle, zabezpieczające przed jaskrawym słońcem, wiatrem i pyłem, a do ładownic włożył dwa zapasowe magazynki. Dysponował karabinem C-24. To było całe jego uzbrojenie. Nie zanosiło się na walkę. Misja bardziej przypominała wycieczkę krajoznawczą niż wojskowy zwiad.

Ciężko dysząc, dotarł wreszcie do celu. Zerknął ze złością na nisko wiszące słońce systemu Zeta Monocerotis. Pomimo wieczornej pory upał wcale nie zelżał. Ezra sięgnął do paska po manierkę z wodą i ugasił pragnienie. Dopiero wówczas dotknął palcem gogli, przełączając zwykłe widzenie na funkcję lornetki. Spojrzał na wschód.

Wszędzie tylko piach i piach. Pustynia zdawała ciągnąć się w nieskończoność. Próżno by na niej szukać jakichkolwiek oznak życia. Żadnych zwierząt czy roślin. Tylko monotonna żółć. Wszechobecna i wszechogarniająca, wypełniająca każdy skrawek tego niewielkiego księżyca.

Pustynny krajobraz nie robił na młodym kapralu większego wrażenia. Wychował się na Sãhr, gdzie panowały podobne warunki. Tam jednak znajdowały się kwitnące oazy, a w nich wspaniałe ogrody, strzeliste pałace, a nawet fontanny tryskające wodą. Tutaj nie spodziewał się znaleźć niczego takiego. Monarcha 23 wyglądał na glob niezamieszkany i zupełnie pozbawiony życia.

Ezra westchnął, przesunął gogle na hełm i przetarł zmęczone oczy. Od ucieczki z Epsilon Eridani minęło pięć standardowych dni i nocy, a on w tym czasie przespał najwyżej osiem godzin. „Hajmdal” cały czas uciekał przed wrogami i na pokładzie obowiązywał podwyższony stan gotowości bojowej. Wydawało się, że nieprzyjaciel wreszcie odpuścił i w systemie Zeta Monocerotis będzie można złapać oddech, ale nic z tego. Misje zwiadowcze na księżycach Monarchy okazały się niezwykle wyczerpujące.

Po służbie Leahy teoretycznie mógł przespać się kilka godzin, ale nic z tego nie wychodziło. Niespokojnie wiercił się na koi, nie mogąc zasnąć. A gdy wreszcie udawało mu się zapaść w sen, dręczyły go koszmary.

Ponownie znajdował się na Thagdze, dusił się uwięziony w podziemiach zigguratu w ruinach mitycznego Ssshah i uciekał przed wrzącą lawą, która pochłaniała wszystko na swojej drodze. Następnie przenosił się na „Hajmdala” i znowu walczył z jaszczurami. Widział ich złe, przerażające żółte oczy i trząsł się ze strachu. Ale nie to było najgorsze.

Pod koniec każdego snu pojawiał się toch-em. Nabrzmiały żyłami, z organicznymi bulwami i grzybiczymi naroślami, ohydny okręt pajęczaków przemierzał kosmiczną pustkę, lecąc wprost na Ezrę. A im bardziej się zbliżał, tym mocniej młodzieniec czuł jego tchnienie życia, pulsowanie tętna i głód. I gdy okręt już miał go pochłonąć, Leahy budził się z krzykiem. Na szczęście nikt ze współlokatorów mu tego nie wypominał. Wszyscy, którzy widzieli toch-em, miewali podobne koszmary i nadzieję, że już nigdy więcej nie zetkną się z tym przerażającym zjawiskiem.

Leahy odpędził mroczne myśli, skupiając się na zadaniu. Założył gogle i system okularów automatycznie wyregulował ostrość. Ezra omiótł spojrzeniem zachodni horyzont. Piach i nic więcej. Szczypały go oczy. Potrzebował odpoczynku. Bardzo. Ale w najbliższym czasie raczej nie mógł na to liczyć. Zwiadowcy mieli zbyt dużo roboty.

− Widzisz coś? – zawołała Bethany Rayburn, która właśnie wygramoliła się z ich nowego transportera. Poprzedni został zniszczony przez rozżarzony do czerwoności głaz, wyrzucony z wulkanu. OTR nie różnił się niczym od poprzedniego, ale Bethany miała na ten temat zupełnie inne zdanie. Kruszyna twierdziła, że to złom, który nigdy nie powinien opuścić hangaru technicznego. Według jej oceny silnik pojazdu miał za mało mocy, amortyzatory nie pracowały jak należy, układ hamulcowy był do wymiany, a ponadto coś nieustannie turkotało przy wale napędowym. Nikt oprócz niej tego nie słyszał, ale upierała się przy swoim. I prawdopodobnie było coś na rzeczy, bo filigranowa blondynka o wiecznie zdumionych, zielonych oczach nie bez przyczyny uchodziła za jednego z najlepszych mechaników na okręcie.

− Tylko wydmy! – odkrzyknął Leahy. – Aż po horyzont.

− Do dupy.

Leahy musiał przyznać jej rację. Wyglądało na to, że księżyc jest martwym, wyjałowionym globem i wrócą na okręt z pustymi rękami. Jednak Ezra nie ruszył się z miejsca. Stał nadal na wydmie, lustrując piaszczysty ocean żółci. Nie spieszyło mu się. Cieszył się, że może rozprostować kości, odetchnąć świeżym powietrzem, nawet jeśli upał strasznie doskwierał i buchało gorącem jak na rozgrzanej patelni. W tylnej części transportera było ciasno, duszno i cuchnęło potem. Trudno się dziwić, jako że była to już siódma godzina patrolu.

Dowództwo wysyłało ich raz za razem. Należało zbadać siedemdziesiąt osiem księżyców. Zeta Monocerotis był pierwszym systemem, w którym się zatrzymali na dłużej. Potrzebowali zasobów, niezbędnych do dalszej podróży. Przede wszystkim wody, pożywienia i metanu do produkcji paliwa.

Według gwiezdnych katalogów Zeta Monocerotis był niezamieszkany. Posiadał tylko jedną planetę, ale za to jaką! Leahy spojrzał na blady kształt wiszący na niebie. Monarcha zajmował ogromną jego połać. Gazowy olbrzym w pełni zasłużył na swoje miano. Majestatyczny, dostojny, potężny, krążył wokół żółtej gwiazdy ciągu głównego. Słońce układu Zeta Monocerotis może nie dawało zbyt wiele ciepła, ale i tak na tym pustynnym księżycu ledwo dało się wytrzymać. Pech chciał, że właśnie tutaj została wysłana Siódemka.

Wcześniej wcale nie było lepiej. Na początku trafili na najdalszy księżyc Monarchy, lodowy glob z wieczną zmarzliną, gdzie nie znaleźli nic godnego uwagi. Za to o mało nie zginęli. Na skutej lodem powierzchni nie brakowało głębokich rozpadlin i gdy ich transporter opancerzony wpadł w poślizg, niemal runął w jedną z nich. Życie zawdzięczali niezwykłym umiejętnościom Rayburn. Udało jej się opanować pojazd i zatrzymać przy samej krawędzi przepaści.

Na drugą misję zostali wysłani na skalisty księżyc, płaski niczym placek i niezwykle mały. Okrążyli go w ciągu zaledwie czterech godzin, a potem nudzili się, czekając na „Zenit”, który miał ich zabrać z powrotem. Siedzieli na pancerzu transportera i grali w Mintaka.

Trzeci naturalny satelita Monarchy również nie zachwycił. To był górzysty, pozbawiony atmosfery glob, który musieli przemierzać na piechotę w ciężkich skafandrach, bo OTR nie mógł wjechać na skaliste szczyty. Na szczęście niska grawitacja sprawiła, że zbytnio się nie zmęczyli. Rekonesans przeprowadzili, skacząc z jednej skalnej półki na drugą. Dobrze się bawili, ale ponownie nic nie znaleźli.

Inne plutony zwiadowcze również nie miały szczęścia. Odkryto zaledwie jeden księżyc posiadający wodę i promy desantowe przewiozły na „Hajmdala” wystarczające zapasy. To już było coś, ale nie stanowiło priorytetu. Najważniejsze było znalezienie metanu, co umożliwiłoby dalszą podróż. Na razie żadna z grup zwiadowczych nie trafiła na złoża tego gazu. Zbadano jednak dopiero jedną trzecią księżyców.

Każdy rekonesans trwał osiem godzin, potem wracali na „Hajmdala”, mieli zaledwie cztery godziny odpoczynku i ponownie lecieli na misję. Żołnierze z oddziałów rozpoznawczych niemal cały czas byli na nogach, co wynikało z poważnych braków kadrowych.

Podczas bitwy o Epsilon Eridani i pojedynku rakietowego w systemie Alfa Pyxidis zginęło mnóstwo ludzi. Nie podano jeszcze oficjalnej liczby, ale mówiło się o ponad trzystu ofiarach. Leahy uświadomił sobie, że to blisko jedna trzecia załogi „Hajmdala”.

Największe straty ponieśli szturmowcy i zwiadowcy, którzy odparli abordaż jaszczurów, ale wśród poległych znajdowało się również wielu pilotów, załogi mostka, dział, a także mechaników, techników, medyków. Ginęli w ogniu pożarów, w wybuchach rakiet, umierali przeszywani laserami, wyrzucani w przestrzeń kosmiczną i rozrywani przez pociski wystrzeliwane z lacertańskich zalzarachów. Ale nikt nie poddał się bez walki. Załoga „Hajmdala” z powodzeniem przeszła chrzest bojowy.

Na braki personalne miała również wpływ spora liczba rannych, przebywających w ambulatorium. Do niedawna znajdowała się wśród nich również Abigail Torres. Medycy nie pozwolili jej wrócić do oddziału, zalecając tydzień odpoczynku w obawie, że rana w boku może się otworzyć. To było jej zupełnie nie w smak. Leahy uśmiechnął się na wspomnienie awantury, jaką urządziła. Obrzuciła lekarzy wyzwiskami, ciskając w nich czym popadnie. Dopiero interwencja sierżanta Campbella i stanowczy rozkaz pozostania w ambulatorium nieco ją uspokoiły.

Grzecznie przeleżała w łóżku trzy pierwsze misje Plutonu 7, ale tylko na tyle wystarczyło jej cierpliwości. Torres wróciła do służby i nawet naczelna lekarz „Hajmdala”, doktor Camira Dheran, nie potrafiła jej przekonać, że to zbyt wcześnie.

Żaden z plutonów zwiadowczych nie posiadał pełnego składu. Niektóre zupełnie przestały istnieć, w części znaleźli się całkiem inni żołnierze, jak choćby w Jedynce, z której przeżył tylko Odyn. Na czas reorganizacji łatano dziury doraźnymi przydziałami. Nawet żołnierzami z oddziałów szturmowych.

Gdyby tydzień wcześniej ktoś powiedział, że szturmowcy będą razem ze zwiadowcami wyruszać na patrole, zostałby wyśmiany. Ale wydarzenia ostatnich dni wiele zmieniły. Żołnierze obu formacji walczyli ramię w ramię w bitwie o Epsilon Eridani, toczyli ciężkie boje na pokładach „Hajmdala”, bohatersko odbijali pomieszczenie za pomieszczeniem, umierali razem i razem zwyciężali. W ogniu walki wykuły się więzi potężniejsze niż uprzedzenia. Narodziły się przyjaźnie ponad podziałami. Narodziło się braterstwo broni.

Braki kadrowe w oddziałach rozpoznawczych sprawiły, że decyzją generała Edwina Cunninghama do misji zwiadowczych skierowano szturmowców. Jednym z nich był Gabriel Ang, który otrzymał przydział do Siódemki.

Wcześniej należał do Plutonu H, ale ten został wybity prawie do nogi. Z całego oddziału bitwę przeżyli jedynie on i sierżant Shadracg Khaidu, który został dowódcą Plutonu A w miejsce zdegradowanego Czachy.

Ang nie miał żadnego problemu z zaakceptowaniem przydziału. Nawet się z tego powodu ucieszył. Stwierdził, że woli to niż sprzątanie bałaganu na okręcie. Szturmowcy, którzy nie latali na misje, pomagali ekipom porządkowym.

Gabriel Ang walczył już u boku Plutonu 7 podczas abordażu jaszczurów. Wspólnymi siłami odparli atak Lacertan na platformę dziobową i wówczas miał okazję ujrzeć odwagę zwiadowców. Widział szaleńczą szarżę Ezry i śmierć Cyrusa Tana. Zgodził się go zastąpić do czasu przydzielenia Siódemce nowego specjalisty od broni ciężkiej. On sam liczył na to, że gdy misje na księżycach Monarchy dobiegną końca, otrzyma przydział do Plutonu A. Jednak Ezra wiedział, że się tak nie stanie.

Dwa dni wcześniej Leahy spotkał sierżanta Khaidu, który próbował go zwerbować do swojego oddziału. Ezra ponownie odmówił, twierdząc, że jego miejsce jest w Siódemce. Spytał, dlaczego nie weźmie Gabriela Anga, skoro służyli w jednym plutonie. Khaidu odparł, że to dobry żołnierz, ale nieprzewidywalny i brakuje mu zimnej krwi.

Gabriel Ang niewątpliwie był nadpobudliwy. Nie znosił bezczynności, zawsze znajdował sobie jakieś zajęcie, wszystkich ponaglał i wszędzie mu się spieszyło. Ale najgorsze było to, że ciągle gadał. Gęba mu się nie zamykała. Pod tym względem bił na głowę nawet Tobiasa.

Leahy podejrzewał, że przyczyną takiego zachowania Anga mogły być środki psychotropowe. Najnowszej generacji pancerze kompozytowe, noszone przez szturmowców, posiadały wbudowany hiperaktywator, pozwalający użytkownikom na odpowiednie wydzielanie adrenaliny i endorfin. To pomagało w walce, ale miało też swoje konsekwencje.

Badania wykazały, że co prawda aplikowane związki chemiczne podwyższały sprawność bojową, tłumiły odczuwanie bólu, pozwalały pokonywać strach, ale również wzmagały agresję i powodowały późniejsze zmiany w psychice. Przynajmniej takie krążyły plotki, rozsiewane przez załogantów w białych uniformach służb medycznych. Ponoć dowództwo znało problem i w najbliższym czasie miało temu zaradzić. Na razie jednak pancerz pozostawał na wyposażeniu oddziałów szturmowych. Ezra miał tylko nadzieję, że Gabriel podczas misji nie zrobi niczego głupiego, co mogłoby zagrozić całemu oddziałowi.

Zmierzchało. Zachodząca gwiazda nadawała wydmom złoty, miękki kolor. Za niespełna godzinę zapadnie noc.

− Do wozu, Leahy! – w słuchawkach rozległ się głos Setha Campbella. – Nic tu po nas.

− Tak jest, panie sierżancie – odparł i już przymierzał się do zejścia, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Spostrzegł niewielkie czarne punkty przemieszczające się po oceanie piasku. Najpierw pomyślał, że ma mroczki przed oczami. Zamrugał. Punkciki nie zniknęły. Nadal tam były. Ezra wyregulował gogle. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi.

Przez pustynię ciągnęła karawana.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Ekipa remontowa pracowała na mostku nieprzerwanie od ponad czterdziestu godzin. Technicy instalowali nowe konsole, ekrany, projektory holograficzne. Naprawiali elektronikę, wymieniali wadliwe części, sprawdzali systemy komputerowe i dokonywali walidacji przyrządów pomiarowych. A i tak dopiero połowa usterek na mostku została naprawiona. Podobnie rzecz wyglądała na wszystkich pokładach okrętu.

Admirał Kashtaritu siedział w fotelu dowódcy, który znajdował się pośrodku pomieszczenia, a reszta stanowisk otaczała go półkolem. Gestem dłoni włączył główny hologram i wyszukał mapę systemu Zeta Monocerotis. Ukazał się trójwymiarowy obraz całego układu. Kashtaritu wiązał olbrzymie nadzieje z księżycami Monarchy. Liczył na to, że znajdą na nich niezbędne zasoby do dalszej podróży. Ale przede wszystkim potrzebowali czasu, żeby dokonać koniecznych napraw.

Admirał całą uwagę skupił na głównym hologramie. Sprawdził skalowanie, wyszukiwanie obiektów i kilka innych funkcji mapy. Wyglądało na to, że wszystko działa bez zarzutu. Zadowolony, Kashtaritu pokiwał głową i przeniósł spojrzenie na ekran wizualny. Ze względów bezpieczeństwa mostek „Hajmdala” znajdował się niemal w samym sercu okrętu, oddzielony od kosmicznej próżni tonami stali, i nie dało się bezpośrednio oglądać tego, co dzieje się na zewnątrz. Służył do tego system kamer zamontowany na kadłubie drednota i Kashtaritu przełączał się z jednej na drugą.

Monterzy w kosmicznych skafandrach na niemal całej długości okrętu spawali poszycie kadłuba, pocięte velmeńskimi laserami. Admirał zdawał sobie sprawę, że to tylko działania doraźne. Pancerz wymagał solidnego remontu, który można było przeprowadzić jedynie w odpowiednim doku.

W Galaktyce roiło się od systemów gwiezdnych posiadających własne stocznie. Zazwyczaj budowano je na orbitach niezamieszkanych planet bądź na zewnętrznych rubieżach układu. Zdarzało się, że funkcjonowały przy głównym porcie kosmicznym. Większość z nich specjalizowała się w remontach frachtowców, statków pasażerskich lub niewielkich jednostek wojskowych. Jednakże stocznie wojenne, w których można byłoby naprawić drednota, stanowiły rzadkość. Posiadały je największe galaktyczne imperia. A te z jakichś powodów na nich polowały.

Kashtaritu wiedział, że to nie koniec. W systemie Epsilon Eridani wrogowie nie zrealizowali głównego celu, jakim niewątpliwie było zniszczenie „Hajmdala”. Admirał nie miał złudzeń i wiedział, że będą ich ścigać i nie spoczną, dopóki nie doprowadzą do zagłady okrętu oraz całej jego załogi. Dlatego nie chciał ryzykować skoku do któregokolwiek z uczęszczanych układów gwiezdnych. Obawiał się, że od razu trafiliby w łapy Velmenów i Lacertan. A może nawet Khon-Ma?

Nie miał pojęcia, dlaczego zostali zaatakowani. Dlaczego rasom rządzącym Galaktyką tak bardzo przeszkadzało zjednoczenie ludzkości, że postanowiły zdusić inicjatywę w zarodku? Czym sprowokowali Lacertan, Velmenów i Khon-Ma? Przecież ludzie nie stanowili dla nich zagrożenia. Było ich zaledwie kilka tysięcy – tułaczy, którzy trzysta lat temu stracili macierzystą planetę i teraz pragnęli tylko znaleźć własne miejsce do życia. I jeszcze niedawno wydawało się, że marzenie może się ziścić.

Władze Dominium Epsilon Eridani zobowiązały się oddać im jeden z globów w zamian za ochronę całego systemu. Bogate planety Togarian często najeżdżane były przez bardziej agresywne gatunki, a kupcy nie znali się na sztuce wojennej. Dlatego zatrudnili ludzi, wybudowali im najnowocześniejszy okręt i zgodzili się na postawione warunki. A potem ich zdradzili.

Nathaniel Kashtaritu zacisnął dłonie na poręczach fotela. Togarianie wiedzieli o ataku. Zdawali sobie sprawę, że celem są ludzie, i ich nie ostrzegli. Nie kiwnęli palcem, nie zrobili nic, żeby ich uratować. Tym samym admirał uważał kontrakt z Dominium Epsilon Eridani za nieważny i nie widział żadnych powodów, żeby tam wracać. Postanowił zatrzymać okręt dla Federacji Terrańskiej jako zadośćuczynienie za poniesione krzywdy.

− Wyspałeś się? – zapytał Abram Peters, który właśnie pojawił się na mostku. Szpakowaty mężczyzna miał na sobie nowy mundur ze złotymi emblematami komandora na rękawach. Kashtaritu pomyślał, że swój uniform, zabrudzony i wytarty w bitwie, również powinien zmienić. Nie wymagały tego procedury, ale najwyżsi rangą oficerowie powinni należycie się prezentować. To podnosiło morale załogi.

− Tak – odparł Kashtaritu. Kłamał. Ostatnio spał zdecydowanie za mało. Próbował zmuszać się do snu, ale przewracał się tylko z boku na bok. Rozmyślał o tym, co się stało, i rozważał, co należy dalej robić. Ciążyła na nim odpowiedzialność za okręt i całą załogę.

− Kłamiesz – stwierdził komandor, zerkając na niego znad stanowiska taktycznego, które próbował doprowadzić do stanu używalności. Admirał uśmiechnął się blado w odpowiedzi. Petersa nie dało się oszukać. Przyjaciel zbyt dobrze go znał. Zresztą brak snu widać było na pobrużdżonej twarzy Kashtaritu, w mocno pochylonych ramionach i zmęczonych oczach. Sam wiedział doskonale, że potrzebuje odpoczynku.

− Co ze stanowiskiem taktycznym? – spytał, zmieniając temat.

Abram Peters pokręcił smutno głową.

− Do dupy! – odparł i zaraz ściszył głos, nie chcąc, żeby obecni na mostku oficerowie słyszeli jego narzekania. – Zasilanie zostało przywrócone, konsola działa prawidłowo, system operacyjny jest zintegrowany z komputerem pokładowym, ale nadal nie działa program wspomagający procesy decyzyjne. A bez tego nic nie zrobimy.

− To nieprawda – stwierdził Kashtaritu. – Podczas bitwy porucznik Chong nieźle sobie poradził.

– Muszę przyznać, że opuszczenie osłon energetycznych i skierowanie całej mocy do dział bliskiego zasięgu było… hmm… niekonwencjonalne.

− Dokonał szybkiej analizy, bazując na własnej wiedzy i instynkcie.

− To było cholernie głupie.

− Raczej ryzykowne.

− Szalone!

− Dokonał szybkiej analizy i podjął słuszną decyzję.

− To prawda – przyznał wreszcie komandor. − Uratował nam tyłki.

− Nie tylko on…

Abram Peters zmrużył oczy.

− Kogo masz na myśli?

− Chorąży Gladys Gaumatę.

Komandor poczerwieniał ze złości.

− Ona o mało nie doprowadziła do naszej zagłady! Nie wiem, co cię podkusiło, żeby wtedy dać jej dostęp do wszystkich systemów okrętu. Przejęła kontrolę nad „Hajmdalem”. To mogło skończyć się tragedią.

− Przywróciła funkcjonalność newralgicznych systemów bojowych.

− Które ktoś wcześniej zablokował.

− Myślisz, że to ona?

− Sabotażu dokonał velmeński szpieg – rzekł Peters. − To nie ulega wątpliwości. Zrobił to ktoś posiadający cyberwszczepy. A wygląda na to, że Gaumata jest tym gównem naszpikowana!

− To czemu nam pomogła?

− Chciała zdobyć zaufanie i wkraść się w nasze łaski.

− Zgadujesz?

Tym razem komandor wzruszył ramionami.

− Nie – odpowiedział za niego Kashtaritu. – To wszystko nie trzyma się kupy. Gdyby chciała nas zniszczyć, już dawno bylibyśmy martwi. Nie sądzę, że to ona.

− Z werdyktem wstrzymaj się do zakończenia śledztwa – zastrzegł Peters. – Ale jeśli masz rację, to…

Komandor zamilkł i zmarszczył czoło.

− To co? – zapytał zaintrygowany admirał.

− To dopiero mamy problem.

− Co masz na myśli?

− Jeśli Gladys Gaumata jest niewinna, to oznacza, że wśród załogi nadal ukrywa się velmeński szpieg.

Nathaniel zmarszczył brwi.

− Dywersji można było dokonać w stoczni na Epsilon Eridani – powiedział.

Komandor pokręcił głową.

− Śledczy przejrzeli raporty – rzekł. – Po opuszczeniu doku wszystkie systemy działały bez żadnych usterek. Sabotażu dokonano tutaj, na okręcie. To musi być ktoś od nas. A jeśli nie Gaumata…

− Zrobił to ktoś inny – dokończył admirał.

Westchnął ciężko. Trudno było mu zaakceptować, że ktoś z załogi jest zdrajcą. Kashtaritu zdawał sobie sprawę, że w przeszłości ludzie mordowali się, toczyli wojny, a i obecnie stawali przeciw sobie w konfliktach toczonych przez obce rasy. Ale żeby człowiek z premedytacją pomagał w zagładzie własnego gatunku − to nie mieściło mu się w głowie. Tym bardziej że sabotażysta sam mógł zginąć.

„A jeśli to była misja samobójcza?” – rozważał admirał. Może zdrajca już nie żyje? Zginął w wybuchu, podczas pożaru, przecięty laserem lub udusił się w rozhermetyzowanym pomieszczeniu? Przecież na „Hajmdalu” poległo ponad trzysta osób.

Ale Kashtaritu sam w to nie wierzył. Instynkt podpowiadał mu, że Peters ma rację i velmeński szpieg nadal znajduje się wśród załogi drednota. A instynkt jeszcze nigdy nie zawiódł admirała.

− Kto prowadzi śledztwo? – zapytał komandora, który jako pierwszy oficer odpowiedzialny był za wdrożenie odpowiednich procedur.

− Major Tabor Flint.

Nathaniel Kashtaritu skrzywił się.

− Uważasz, że to dobry wybór?

− Nie – odparł Peters. – Ale wielu oficerów żandarmerii poległo podczas bitwy. Obecnie Flint jest najwyższy stopniem.

Admirał zmarszczył brwi.

− Powołany przez niego zespół dochodzeniowy już zaczął działać i teraz nie ma sensu tego zmieniać – tłumaczył Peters. Widocznie też miał obawy co do jakości śledztwa.

− Rozumiem – rzekł Kashtaritu. – Nie mam zamiaru się wtrącać. Chcę tylko uczestniczyć w przesłuchaniu chorąży Gaumaty.

− Oczywiście – rzekł z wyraźną ulgą komandor. – Dopilnuję tego.

Nathaniel Kashtaritu przeniósł wzrok ponownie na ekran wizualny, ale tym razem ustawił obraz nie na monterów i kadłub okrętu, ale na planetę, nad którą zawisł „Hajmdal”. Monarcha był gigantyczny, nawet jak na gazowego olbrzyma. Posiadał czarno-szkarłatną barwę, za którą odpowiadały związki chemiczne znajdujące się w atmosferze, takie jak lotny sód, potas i tlenek tytanu w stanie gazowym, pochłaniające niemal całe światło docierające z gwiazdy centralnej. Powierzchnia globu była jednak na tyle gorąca, że emitowała ciemnoczerwony poblask, wyglądający niczym rozżarzone kawałki węgla. Monarcha był jedyną planetą w układzie Zeta Monocerotis. Nie mieliby tu czego szukać, gdyby nie siedemdziesiąt osiem księżyców.

Admirał przeniósł wzrok z gazowego olbrzyma na migoczące gwiazdy, składające się na Drogę Mleczną. Niemal na samym jej skraju, w Ramieniu Perseusza, znajdował się układ gwiezdny, do którego zmierzali. Tam znajdą schronienie. Przynajmniej admirał głęboko w to wierzył.

Komputerowe wyliczenia wskazywały, że system gwiezdny znajdował się obecnie pięćdziesiąt tysięcy lat świetlnych od nich, co oznaczało, że „Hajmdal” musiał przemierzyć jeszcze niemal połowę Galaktyki. Potrzebował co najmniej piętnastu skoków nadświetlnych, ale najpierw trzeba było znaleźć złoża metanu i wytworzyć paliwo. Inaczej okręt nigdzie nie poleci. Należało również dokonać niezbędnych napraw. Integralność kadłuba drastycznie się zmniejszyła, a to oznaczało, że podczas skoku naprężenia mogły rozerwać okręt na strzępy.

Kashtaritu gestem zamknął mapę na głównym hologramie i przywołał raporty z oceny stanu technicznego drednota. Większość dział pozostawała uszkodzona, trwały prace nad przywróceniem pełnej sprawności systemu kierowania ogniem, jeden z silników manewrowych nadal nie działał, a technicy odpowiedzialni za naprawę bezradnie rozkładali ręce, twierdząc, że potrzebują części zamiennych.

Admirał zdawał sobie sprawę, że „Hajmdal” jest zupełnie bezbronny i nie przetrwa kolejnej bitwy. Ta świadomość przerażała. Velmeni i Lacertanie na pewno nie próżnowali i przeczesywali najbliższe układy gwiezdne. Dysponowali technologią pozwalającą wyśledzić ich potencjalne miejsca skoków i prędzej czy później zjawią się w systemie Zeta Monocerotis. Dlatego należało się spieszyć.

− Co z myśliwcami? – zapytał Kashtaritu Petersa. Zastępca dowódcy podniósł wzrok znad konsoli i skrzywił się w ponurym uśmiechu.

− W tej chwili mamy czternaście sprawnych maszyn.

− Tylko?! – zdumiał się admirał.

− Mechanicy pracują bez przerwy – odparł komandor. – Zapewniają, że w ciągu dwudziestu czterech godzin do dyspozycji będą przynajmniej dwie eskadry.

− To musi nam wystarczyć – westchnął ciężko admirał. – Trzeba zwiększyć tempo poszukiwań. Niech technicy przystosują myśliwce do misji zwiadowczych, a piloci szykują się do lotów na księżyce Monarchy.

− Czy to rozsądne? – zaniepokoił się Peters. – Pozbawimy „Hajmdala” jedynej obrony na wypadek zagrożenia.

− Kilka myśliwców nie zrobi różnicy – odparł Kashtaritu. – Nieprzyjaciel i tak ma nas jak na patelni. Musimy jak najszybciej zdobyć zasoby i ruszać dalej.

− Powiesz mi wreszcie, dokąd lecimy? – spytał poirytowany komandor. − Jestem pierwszym oficerem, do cholery, powinienem wiedzieć takie rzeczy!

− Niestety, przyjacielu, jeszcze nic ci nie mogę zdradzić.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS BAGIENNY KSIĘŻYC MONARCHA 64

Na ustach Valerii pojawił się uśmiech. Po raz ostatni uśmiechała się, gdy siedząc w kantynie pilotów, zgarniała wygraną pulę w Mintaka. Zaraz potem na okręcie ogłoszono czwarty stopień gotowości bojowej. Cały personel miał obowiązek natychmiast stawić się na służbę. Od razu zerwała się z miejsca, pobiegła do hangaru i nawet nie zdążyła schować wygranych drachm. Przepadły na zawsze. Dwie godziny później z kantyny pilotów zostały zgliszcza.

Jednak nie rozpaczała z powodu pieniędzy, opłakiwała za to pilotów, którzy zginęli podczas bitwy w systemie Epsilon Eridani. Nie mogła się z tym pogodzić. Według raportu śmierć poniosło ponad czterdziestu, a dziesięciu uznano za zaginionych. Wśród nich był Uriah Nelson.

Valeria mocno zacisnęła dłoń na przepustnicy i wściekle pchnęła dźwignię do przodu. Maszyna wykonała zwrot. Zbyt wolno. Kobieta zaklęła. Ciężkie myśliwce nigdy nie charakteryzowały się zbyt dużą szybkością i manewrowością, ale ten zachowywał się w locie niczym tłusty hipopotam z szóstej planety w systemie Alnaira. Obciążony przez techników sprzętem rozpoznawczym, zwiększył masę co najmniej o połowę.

Wydawało się, że żaden z ciężkich myśliwców nie przetrwał bitwy w systemie Epsilon Eridani, ale okazały się bardziej wytrzymałe, niż sądzono i na „Hajmdala” dotarło kilka uszkodzonych maszyn. Technicy hangarowi zrobili co mogli, żeby doprowadzić je do użytku. Efekt ich pracy był całkiem niezły.

Czarna obniżyła pułap lotu tak, żeby jak najbardziej zbliżyć się do brązowej brei, która stanowiła powierzchnię księżyca. Bagna zajmowały niemal cały glob. Gdzieniegdzie tylko na torfiastych kożuchach rosły gęste trzciny i z brudnej wody wyłaniały się powykręcane konary. Brąz i zgniła zieleń zdominowały cały krajobraz. Nawet niebo przybrało podobną barwę, a zza pastelowych, żółtych chmur wyłaniał się posępny Monarcha.

Valerii nie podobało się tutaj. Chciała jak najszybciej odlecieć. Ale najpierw musiała wypełnić zadanie.

− Tu Grom Cztery – przerwała ciszę w eterze. – Karo Osiem, zgłoś się.

Odpowiedziały jej tylko trzaski. Zmarszczyła brwi. Nie po raz pierwszy na księżycach Monarchy zanikała łączność radiowa. W przestrzeni kosmicznej wszystko działało jak należy, a problemy zaczynały się po wejściu w atmosferę. Technicy nie umieli wytłumaczyć, czym to jest spowodowane.

− Frank, jesteś tam?

Nadal tylko trzaski i szumy.

− Co jest, do cholery?! – Valeria ze złością uderzyła w hełm tam, gdzie wbudowane były słuchawki, jakby dzięki temu miała zostać przywrócona łączność. Może właśnie uderzenie poskutkowało, a może był to zwykły przypadek, ale nagle odezwał się Frank Bennet:

− Jestem, Czarna. Tuż za tobą. Osłaniam twój śliczny tyłeczek.

Obejrzała się i przez tylną szybę kokpitu ujrzała terrański myśliwiec przechwytujący. Na trójkątnych, szeroko rozpiętych skrzydłach tańczyły świetlne refleksy. Odetchnęła z ulgą.

− Debil! – rzuciła krótko.

W słuchawkach usłyszała rubaszny śmiech i to jeszcze bardziej ją rozzłościło. Odkąd zaczęli latać razem, Frank Bennet zaczął się do niej przystawiać. Jednak robił to w sposób chamski, zupełnie bez wyczucia, uważając, że zdobędzie ją niewybrednymi tekstami i dowcipami wprost z portowych knajp, które mogą co najwyżej podziałać na tamtejsze bywalczynie, ale nie na porucznik terrańskiej floty. Poza tym zupełnie nie był w jej typie. Valeria nie mogła zapomnieć o Nelsonie.

Ich związek był niezwykle burzliwy. Często się kłócili, awantury wybuchały niemal codziennie, ale równie szybko kończyły się dzikim, szalonym seksem. I nie zawsze w zaciszu kajuty. Pewnego razu kochali się w kokpicie jej myśliwca, w czasie tankowania maszyny. Innym razem w sali odpraw, tuż po skończonym spotkaniu. Niejednokrotnie robili to w hangarze, w windzie, pustym korytarzu rufowym, a raz nawet w luku torpedowym. Valeria uśmiechnęła się na wspomnienie płetwy rakiety wciskającej się jej w pośladek.

Zaraz jednak uśmiech zgasł, a w czarnych oczach pojawił się gniew. Mocno zacisnęła wargi, zmarszczyła brwi. Dobrze wiedziała, że Uriah to babiarz. Właśnie o to się najczęściej kłócili – o kobiety, które pojawiały się wokół niego. Przyciągał je niczym magnes i trudno było im się dziwić. Wysoki, jasnowłosy pilot z błękitnymi oczami, zawsze uśmiechnięty, tryskający humorem i prezentujący swobodny sposób bycia, potrafił oczarować każdą dziewczynę. A jemu to się podobało. Flirtował, bo to leżało w jego charakterze. I gdy w końcu się do tego przyzwyczaiła, pogodziła ze zdradami Nelsona, pojawiła się ona.

Abigail Torres miała równie czarne włosy jak Valeria, ale nie krótkie i z równo przyciętą grzywką, ale długie, opadające na ramiona. Do tego dochodziła ciemna karnacja i bystre, miodowe oczy. Zwykła szeregowa z wojsk rozpoznawczych. Na początku Czarna uznała, że to kolejny skok w bok, krótkie zauroczenie ładną buzią i Nelson szybko się znudzi Torres. Niestety, stało się inaczej.

Pewnego dnia Uriah stwierdził, że musi z Valerią poważnie porozmawiać. To było miesiąc przed zakończeniem szkolenia i oddaniem „Hajmdala” do czynnej służby. Okręt stał w togariańskiej stoczni, dokonywano ostatnich poprawek i przez ten czas kwaterowali na Aquaris. Umówili się na spacer po plaży. Przyszła z walącym sercem. Dobrze wiedziała, co chciał jej powiedzieć.

Mówił długo. Nie patrzył jej w oczy. Spoglądał na ocean i pomarańczowe refleksy tańczące na falach zachodzącego słońca Epsilon Eridani. Przepraszał. Za wszystkie zdrady, za to, że traktował ją przedmiotowo, choć wiedział, że zaangażowała się w ten związek emocjonalnie. A potem zranił ją jeszcze bardziej. Zaczął opowiadać o Abigail, a gdy mówił, oczy mu błyszczały. Stwierdził, że to kobieta, o jakiej zawsze marzył, i jest to coś poważnego.

Pewnie spodziewał się, że Valeria będzie wściekła. Zacznie krzyczeć, wyzywać go, może nawet uderzy, bo czasami podczas kłótni tak się zdarzało. Ale ona pokiwała tylko głową, uśmiechnęła się blado i odeszła bez słowa. Wtedy nie czuła nic. Kompletnie nic.

Od tamtego czasu ze sobą nie rozmawiali. Ona cierpiała w milczeniu, płakała do poduszki, w ten sposób gasząc swój gniew i żal. On błyszczał. Przy Abigail stał się jeszcze bardziej energiczny, uwodził pewnością siebie i zdawało się, że może przenosić góry. Ponoć nawet był wierny tej Torres.

Torturą było dla Czarnej patrzeć na niego każdego dnia, widzieć jego szczęście i radość. Wypełniała ją wściekłość. Wściekłość i zazdrość. Nie radziła sobie z tym do tego stopnia, że rozważała prośbę o nowy przydział. Ponoć brakowało wyszkolonych pilotów do promów desantowych. Ale zaraz uświadamiała sobie, że myśliwce to jej pasja i nie chce latać na niczym innym. Patrzyła zatem i cierpiała. I zazdrościła Abigail Torres.

A teraz straciły go obie.

− Czarna? – usłyszała w słuchawkach głos Franka, który wyrwał ją z ponurych rozmyślań. Valeria uświadomiła sobie, że już dawno dotarli nad wyznaczony do badania obszar.

Mechanikom udało się doprowadzić do stanu używalności część maszyn i teraz dywizjon liczył czternaście sprawnych myśliwców. Siedem z nich stanowiły maszyny ciężkie i dalekiego zasięgu, które admirał Kashtaritu rozkazał przystosować do zadań zwiadowczych i wysłać na księżyce Monarchy. Technicy wymontowali z nich całe uzbrojenie, a zamiast tego zainstalowali moduły czujnikowe, różnego rodzaju przyrządy analityczne, aparaty, kamery elektrooptyczne oraz na podczerwień, sondy i stację przekaźnikową. Właśnie przez to jej myśliwiec poruszał się w atmosferze niczym mucha w smole.

Jako eskortę każdej tak wyposażonej jednostce przydzielono myśliwiec przechwytujący. Nie spodziewano się żadnego zagrożenia podczas misji, ale dowództwo wolało dmuchać na zimne. Każda para tworzyła oddzielną grupę zadaniową. Pech chciał, że Valerii trafił się Frank Bennet.

Bennet był najstarszym pilotem w dywizjonie. Miał powyżej czterdziestu standardowych lat, posiwiałe włosy na skroniach i zmarszczki w kącikach oczu. Zachowywał się jednak jak gówniarz. Unikał odpowiedzialności jak ognia, bywał leniwy i niezdyscyplinowany. Do tego był zadufany w sobie i uważał, że jest pępkiem świata. Pod tym względem przypominał Nelsona. Tylko że Nelson miał przynajmniej podstawy, żeby tak uważać.

− Wykonaj pomiary i wynośmy się z tego śmierdzącego księżyca – rzekł. – Mam wrażenie, że czuję smród bagna nawet w kokpicie.

Tutaj musiała przyznać rację Frankowi. Krajobraz nie zachęcał do dłuższego przebywania na tym globie. Wcale jej nie dziwiło, że nie wysłano tu plutonu zwiadowców, tylko myśliwiec napakowany sprzętem rozpoznawczym.

− Robi się – odparła.

Zwolniła, obniżyła pułap i uruchomiła wszystkie systemy pomiarowe. Z luku torpedowego wystrzeliły sondy, które miały pobrać próbki ziemi i powietrza. Z kadłuba myśliwca wychynęły czujniki i obiektywy kamer, celując w brejowatą powierzchnię. Pozostało czekać.

Rozparła się wygodnie w fotelu i skupiła na obserwowaniu horyzontu, gdzie brąz zlewał się ze zgniłą zielenią. Widok wprawił ją w ponury nastrój. Wróciły wspomnienia, te smutne i najbardziej bolesne.

Ponownie siedziała za sterami swojego starego myśliwca Grom Dziewięć, którego szczątki teraz dryfowały w systemie Epsilon Eridani. Podczas bitwy podeszli blisko do velmeńskiego krążownika flagowego i wpakowali w niego dziesiątki rakiet. Doskonale pamiętała uczucie euforii na widok wrogiego okrętu wstrząsanego eksplozjami atomowymi. A potem był już tylko strach.

Gdy pojawiły się lacertańskie pancerniki, Nelson zarządził odwrót. Terrańskie myśliwce odbiły od płaszczyzny ekliptyki i pognały przed siebie, byle dalej od ścigających je wiązek laserowych. Trafione maszyny eksplodowały, piloci ginęli, w eterze słychać było przekleństwa i krzyki. Serce Valerii waliło jak oszalałe. Poczuła ulgę dopiero, gdy oddalili się poza zasięg skutecznego namierzania dział laserowych nieprzyjaciela. Nie na długo.

Velmeńskie myśliwce pojawiły się znikąd. Dysponowały jakąś nieznaną techniką kamuflażu. Musiały pozostawać w ukryciu, czekając na nich. Czarna do teraz zastanawiała się, skąd Velmeni wiedzieli, gdzie zastawić pułapkę. W jaki sposób odgadli, że terrańskie myśliwce uciekną właśnie w ten rejon systemu Epsilon Eridani? Przecież Nelson podjął decyzję pod wpływem impulsu. Czy mógł to być zwykły przypadek? A może velmeńskie komputery taktyczne przeprowadziły symulację i wybrały najbardziej prawdopodobny scenariusz? Na te pytania Valeria nie potrafiła odpowiedzieć.

A potem rozpoczęła się bitwa myśliwska.

Piloci eskadr „Pik” i „Karo”, dysponujący myśliwcami przechwytującymi, podjęli walkę, pomimo że wrogich maszyn było trzykrotnie więcej. Widziała przez szybę kokpitu szalone manewry, beczki, koła i elipsy. Autonomiczne myśliwce Velmenów na początku nie mogły sobie poradzić z kreatywnością ludzkich pilotów, ale uczyły się na błędach, analizowały dane i wreszcie zaczęły zyskiwać przewagę.

Valeria wiedziała, że jej maszyna nie ma żadnych szans z szybszymi i zwrotniejszymi myśliwcami wroga. Gdyby dysponowała myśliwcem przechwytującym, mogłaby powalczyć, a tak wykonała zwrot i pognała ile mocy w silnikach w stronę wewnętrznego pasa asteroid. Jednakże do niego nie dotarła.

Najpierw ujrzała oślepiający błysk, gdy wiązka laserowa musnęła kokpit. Następny strzał uszkodził silniki. Próbowała jeszcze ustabilizować lot, ale było za późno. Nic już nie mogła zrobić. Dryfowała w przestrzeni kosmicznej.

Nie liczyła na ratunek. Wiedziała, że w takiej sytuacji to niemożliwe. „Hajmdal” toczył bitwę i nikt na pokładzie nie myślał teraz o wysyłaniu ekip poszukiwawczych. Pogodziła się ze śmiercią. Ale ona nie nadeszła.

Valeria trafiła na lacertański pancernik jako jeniec wojenny i wraz z czwórką innych pilotów została zamknięta w więzieniu, z którego zdołali uciec. Czarna poczuła, jak łza spływa jej po policzku. Nie byłoby jej tutaj, gdyby nie Uriah. Poświęcił się dla nich. Dla niej i trójki pozostałych pilotów. Uratował ich, zamykając w śluzie i dając im czas na założenie skafandrów próżniowych. Mocując plecak odrzutowy, widziała przez szybę, jak Nelson walczy z jaszczurami. Pierwszego napastnika potraktował lancą elektryczną i ten padł rażony prądem. Drugiego kopnął tak mocno, że bydlak wylądował na ścianie. Ale potem spadli na niego. Przygwoździli do podłogi. Masakrowali. Wówczas zrozumiała, jak bardzo go kocha.

Przypadła do szyby, krzyczała, błagała, żeby go zostawili. Jaszczury zauważyły ją i ruszyły w kierunku drzwi. Wówczas Bennet odciągnął ją, szybko nałożył hełm i wypchnął przez śluzę. Nie widziała śmierci Nelsona. Serce podpowiadało jej, że ciągle żyje, ale rozsądek zupełnie coś odwrotnego.

− Halo, pobudka – usłyszała głos Franka. – Śpisz tam czy co?

Odetchnęła głęboko, zanim odpowiedziała.

− Jestem.

− Zbieramy się?

Spojrzała na przyrządy.

− Już. Tylko muszę jeszcze…

Zauważyła nagły błysk w oddali.

− Widziałeś to? – spytała.

− Nie.

− Na mojej jedenastej – rzekła. – Jakieś światło. Teraz zniknęło.

− Zdawało ci się. Ja nic nie widziałem.

Wzruszyła ramionami. Może faktycznie miała omamy? Była przemęczona. Spojrzała na przyrządy i nagle krzyknęła radośnie.

− Co się stało? – zaniepokoił się Bennet.

− Detektor wykrył olbrzymie złoża hydratu metanu.

− Ha! – ucieszył się Frank. – Dobra robota, maleńka.

− Zamknij się – ofuknęła go, ale tym razem bez złości. Za bardzo się cieszyła z odkrycia. – Wracajmy na okręt.

− Świetna myśl.

Podniosła maszynę w górę i przyspieszyła. Nagle poczuła, że jest obserwowana. Rozejrzała się, ale otaczały ją tylko upiornie żółte chmury.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS PUSTYNNY KSIĘŻYC MONARCHA 23

Zapadła noc. Na niebie zaroiło się od gwiazd. Mieniły się najróżniejszymi barwami i odcieniami. Od czasu do czasu niebo przecinał meteor, rozjaśniając głęboki mrok pustyni. Wówczas z oceanu piasku wyłaniały się budzące grozę, powykręcane kształty. Wyciągały szponiaste dłonie, jakby chciały dopaść ofiarę i rozerwać ją na strzępy. Ale były to jedynie wyschnięte drzewa, otaczające niewielkie obozowisko.

Ezra Leahy siedział przy ognisku i przyglądał się dziwnym istotom, które spotkali na tym pustynnym księżycu. Nie powinno ich tu być. Według wszystkich gwiezdnych katalogów księżyce Monarchy były niezamieszkałymi światami. Co prawda nikt ich jeszcze dogłębnie nie zbadał, ale wszystkie wyprawy potwierdzały, że w systemie Zeta Monocerotis nie ma inteligentnego życia. Siedzący z nimi przy ognisku autochtoni byli tego zaprzeczeniem.

Określali siebie mianem Tamasków, co mogło oznaczać zarówno cały gatunek czy rasę, jak i nazwę plemienia. Posiadali skórę barwy pustynnego piasku, jajowate czaszki z głęboko osadzonymi oczami, w całości pokrytymi błękitem, tak że nie sposób było wyróżnić źrenic. Byli bardzo wysocy. Ezra ocenił, że osobnicy rodzaju męskiego mierzyli ponad dwa metry. Kobiety były tylko nieco niższe. Wszyscy szczupli i kościści, o rękach karykaturalnie wydłużonych, wydawali się niezdarni. Ale instynkt podpowiadał młodzieńcowi, że to tylko pozory.

Podobnie uważał sierżant Campbell, który nie spuszczał wzroku z wojowników przycupniętych nieco na uboczu. Odziani w pancerze lamelkowe, wykonane z rogów mastodontów, spoglądali na ludzi podejrzliwie, gotowi natychmiast skoczyć i zakłuć ich drewnianymi dzidami o żelaznych grotach. Na wszelki wypadek zwiadowcy trzymali broń w pogotowiu.

− Poszukujemy wody i żywności – Gabriel Ang mówił głośno i powoli, niemal przytykając usta do przenośnego translatora trzymanego w dłoni. – Możecie nam pomóc?

Urządzenie milczało. Język, jakim posługiwali się tubylcy, był kompletnie nieznany, niepodobny do żadnego z dialektów używanych w Galaktyce. Leahy wcale się temu nie dziwił. Lud zamieszkujący Monarchę 23 wiódł życie koczownicze i znajdował się na początku cywilizacyjnego rozwoju. Dlatego, jak do tej pory, udało się ustalić jedynie jego przybliżoną nazwę. Wskazując na siebie, wymawiali coś, co brzmiało jak „Tamask”. Ezra wątpił, żeby na księżycu znajdowały się jakieś miasta, monumentalne budowle i architektoniczne dzieła sztuki. A to oznaczało, że sporo jeszcze piasku przesypie się na pustyni, zanim Tamaskowie wystrzelą rakiety w kosmos i spotkają przedstawicieli obcych gatunków. No, chyba że ci wcześniej zawitają do nich. Tak jak zwiadowcy z Siódemki.

Autochton słuchający Anga siedział w milczeniu ze skrzyżowanymi nogami. W szarej przepasce biodrowej, przewiązanej skórzanym paskiem, wyróżniał się spośród pozostałych tubylców większą liczbą kościanych naszyjników i bransolet zdobiących przeguby. Zwiadowcy uznali, że jest kimś w rodzaju szamana lub władcy. W każdym razie na pewno przewodził plemieniu.

Szczep liczył blisko pięćdziesięcioro Tamasków. Większość stanowiły kobiety, ubrane w różnokolorowe, szerokie suknie z cienkiej tkaniny, z chustami przewieszonymi przez ramię. Ta wielobarwność strojów cechowała również dzieci, które biegały wokół namiotów. Na początku przyglądały się przybyszom z wielkim zainteresowaniem, ale potem zaciekawienie ustąpiło miejsca znudzeniu i zajęły się zabawą.

Do spotkania doszło wieczorem, gdy gwiazda systemu chyliła się ku zachodowi, kwadrans po tym, jak Ezra zaobserwował karawanę. Podjechali najbliżej jak się dało, ale tak, żeby nie wywołać paniki wśród tubylców. Zaparkowali pojazd, wyszli na zewnątrz i czekali na miejscowych w cieniu transportera.

Najpierw ujrzeli olbrzymiego mastodonta. Wyłonił się zza wydm, idąc wolno i majestatycznie. Miał co najmniej osiem metrów w kłębie, długą trąbę i śnieżnobiałe kły kontrastujące z szarą skórą. Na grzbiecie zwierzęcia dostrzegli przymocowaną pasami, zadaszoną howdę, w której mieściło się sześciu wojowników uzbrojonych w długie włócznie. Za pierwszym mastodontem wyłoniło się osiem kolejnych, równie okazałych. Oprócz wojowników niosły na grzbietach pozostałych członków plemienia, ekwipunek i namioty.

Nie ulegało wątpliwości, że to plemię nomadów. Koczownicy nigdzie nie osiedlali się na stałe, wędrowali z miejsca na miejsce w poszukiwaniu wody, żywności albo pastwisk. Na rodzinnej planecie Ezry pustynię przemierzało wiele takich grup.

Mastodonty zatrzymały się, wojownicy sprawnie zeszli z ich grzbietów i stanęli w postawie bojowej. Groty włóczni wycelowali w zwiadowców. Żołnierze ściągnęli z ramion karabiny. Siedzący na dachu transportera Gabriel Ang natychmiast wskoczył do obrotowej wieżyczki i odbezpieczył karabin szturmowy z wmontowanym granatnikiem i miotaczem ognia.

Wszyscy byli nieźle przestraszeni. Tubylcy widokiem obcych istot, a zwiadowcy wyglądem autochtonów, którzy znacznie górowali nad nimi wzrostem. Na szczęście sytuację uratowała Abigail. Odłożyła karabin i poleciła zrobić to samo pozostałym żołnierzom. Uniosła dłonie w geście uchodzącym za pokojowy na większości zamieszkałych światów. Zadziałało. Na wyraźny rozkaz wodza Tamaskowie również opuścili włócznie.

Autochtoni okazali się niezwykle przyjaźni i nawet zaprosili niecodziennych gości na wieczerzę. Tylko wojownicy spoglądali nieufnie. Ezra wcale nie miał im tego za złe. Dobrze ich rozumiał. Mieli za zadanie zapewnić bezpieczeństwo plemieniu, a obcy przybysze, którzy pojawili się nie wiadomo skąd, na pewno nie wzbudzali ich zaufania.

− Przybyliśmy z gwiazd – tłumaczył Gabriel Ang, unosząc palec i wskazując niebo.

Teraz wódz zareagował. Powtórzył gest i pokiwał głową. Uśmiechnął się, ukazując szereg małych, ostrych zębów.

− Zrozumiał – rzekł z ulgą szturmowiec, drapiąc się po zarośniętym policzku. – Wreszcie coś do niego dotarło!

Abigail parsknęła śmiechem, z pobłażaniem spoglądając na Gabriela i jego próby porozumienia się z tubylcami. Zaoferowała pomoc, nawet zaproponowała, że to ona będzie z nimi rozmawiać, ale Ang uparł się, twierdząc, że świetnie sobie z tym poradzi. Uważał się za mistrza dyplomacji.

− Spytał go lepiej, kiedy będzie kolacja – Torres pozwoliła sobie na szyderczy komentarz. – Zaczyna mi burczeć w brzuchu… Albo nie! Zapytaj, czy mieli już do czynienia z przybyszami z kosmosu.

− Sama go zapytaj – burknął Ang z wyrzutem.

− Przecież tobie tak dobrze idzie.

− Odwal się, Torres – prychnął i ponownie zwrócił się do wodza. – Spotkaliście już istoty z gwiazd?

Gabriel Ang wykonał gest dłonią symulujący lądowanie statku kosmicznego. Tubylec przypatrywał mu się uważnie, ale w błękitnych oczach odbijały się tylko płomienie ogniska i kompletne niezrozumienie.