Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 385 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 3 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 3 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka Haiti - Marcin Wroński

Akcja powieści toczy się w dwu planach: w 1938 r. i 12 lat później, w ponurych czasach stalinowskich. W lipcową niedzielę Zyga Maciejewski zostaje poinformowany, że podczas II Krajowej Wystawy Koni Remontowych w stajennym boksie znaleziono ciało mężczyzny o nieustalonej tożsamości. Twarz ofiary jest zmasakrowana, jak gdyby denat został kopnięty przez konia, klacz o imieniu Haiti

Po wielu latach, w zupełnie innych czasach, wiosną 1950 r. Maciejewski nie jest już policjantem, niechlujny i zapuszczony pracuje jako dozorca i zajmuje się starą klaczą Haiti, która zostanie posłana do rzeźni. Przedwojenna przeszłość niespodziewanie powraca, odzywa się bliskim echem.

Opinie o ebooku Haiti - Marcin Wroński

Cytaty z ebooka Haiti - Marcin Wroński

Komisarz sięgnął po swoją teczkę i  wyjął ćwierćlitrową butelkę, na której dnie przelewało się jeszcze trochę nalewki od pani Gromnickiej. – Daj trzy szklanki. –  Jak pan kierownik taką odrobinkę zamierza podzielić na trzech? – Zielny skrzywił się z  powątpiewaniem. – Jezus może dałby radę, ale pan?

Fragment ebooka Haiti - Marcin Wroński

MAR­CIN

WROŃSKI

HA­ITI

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Me­da­lion z wi­ze­run­kiem na­po­leońskie­go ge­ne­rała wy­ko­ny­wał po­wol­ne wa­hadłowe ru­chy, zupełnie jak­by w ci­szy od­mie­rzał czas i przy­po­mi­nał o ostat­niej go­dzi­nie. Gru­bo­kości­sta dłoń, trzy­mająca klej­not za­wie­szo­ny na or­dy­nar­nym rze­my­ku, le­d­wie wy­nu­rzała się z ciem­ności. Rze­mień za­la­ty­wał końskim po­tem.

Mężczy­zna zro­bił kil­ka kroków w tył, po czym odwrócił się gwałtow­nie i po­biegł w głąb pogrążone­go w mro­ku cia­sne­go ko­ry­ta­rza, w prze­rażeniu ma­cając rękami ścia­ny, zrzu­cając za­wie­szo­ne na ha­kach pal­ta i ka­pe­lu­sze. Zerknął przez ramię: me­da­lion z por­tre­tem si­wiejącego ofi­ce­ra o potężnych bo­ko­bro­dach dyn­dał na rze­my­ku kil­ka kroków za nim.

Sapiąc z wysiłku, mężczy­zna przy­spie­szył. Biegł ile sił, nie­pew­ny, czy buty stu­kające na drew­nia­nej podłodze są jego bu­ta­mi, czy człowie­ka, który go ścigał.

Wpadł na nie­wi­docz­ny w ciem­ności wie­szak. Woj­sko­wy szy­nel za­winął się wokół ucie­kającego i chwilę trwało, za­nim dał się strącić. Mężczy­zna pchnął drzwi, zbiegł po scho­dach, cu­dem nie łamiąc so­bie nóg, wresz­cie wy­padł na cia­sne podwórko czyn­szo­wej ka­mie­ni­cy. Wstrzy­mał od­dech, mając na­dzieję, że dosłyszy, czy prześla­dow­ca zbie­ga za nim. Ale krew dud­niąca w skro­niach zagłuszała wszyst­ko.

Na­raz za­bul­go­tało mu w je­li­tach. Omiótł spoj­rze­niem wejścia do ofi­cyn, drzwi po­kracz­nych komórek obok trze­pa­ka, za­trzy­mał wzrok na ubi­ka­cji. Prześla­dow­ca z mi­nia­turą na­po­leońskie­go ofi­ce­ra zniknął. Bul­got w brzu­chu powtórzył się, tym ra­zem głośniej­szy.

Mężczy­zna le­d­wie zdążył za­trzasnąć za sobą drzwi sza­le­tu i opuścić spodnie, gdy za­dy­go­tał. Mdłe światło żarówki padało na gwóźdź, na który po­win­ny być na­bi­te kawałki ga­zet. Jed­nakże za­miast strzępów „Expres­su” i „Głosu” do gwoździa ktoś przy­wiązał rze­mień, a na nim wy­ko­ny­wał mo­no­ton­ne ru­chy wa­hadła zna­jo­my me­da­lion…

Spo­co­ny mężczy­zna usiadł na łóżku, od­rzu­cając mokrą kołdrę. Prze­rze­dzo­ne włosy lepiły mu się do czoła, w kisz­kach bur­czał bi­gos, nie­po­trzeb­nie zje­dzo­ny na noc w knaj­pie An­to­si­ka, bo do Grud­nia od kil­ku ty­go­dni oba­wiał się cho­dzić…

– Co może zna­czyć, kie­dy śni się sracz? – za­py­tał sam sie­bie, by usłyszeć ja­ki­kol­wiek ludz­ki głos i ode­pchnąć lęk.

Co zna­czy, gdy śni się me­da­lion z wi­ze­run­kiem na­po­leońskie­go ge­ne­rała, nie za­py­tał. To aku­rat do­brze wie­dział…

CZĘŚĆ PIERW­SZAJak można kopać żywe stwo­rze­nie?!

I

3 maja 1951 roku

W piękny ma­jo­wy po­ra­nek nie­chluj­ny mężczy­zna, w którym nikt nie po­znałby byłego ko­mi­sa­rza po­li­cji, po pas w tra­wie prze­dzie­rał się przez za­pusz­czo­ny hi­po­drom lu­bel­ski. Gnia­da klacz szła za nim jak pies, gnąc smukłą szyję, by sięgnąć mu py­skiem do kie­sze­ni wy­tar­tej ma­ry­nar­ki.

Wyjęła „Sztan­dar Ludu” sprzed paru dni, w którym już na pierw­szej stro­nie Pol­ska Agen­cja Pra­so­wa in­for­mo­wała z Mo­skwy, że w związku z no­wy­mi suk­ce­sa­mi, osiągniętymi w 1950 roku w dzie­dzi­nie roz­wo­ju prze­mysłu i rol­nic­twa, dzięki pod­wyższe­niu wy­daj­ności pra­cy i zmniejsze­niu kosztów własnych pro­duk­cji, rząd ra­dziec­ki i Ko­mi­tet Cen­tral­ny WKP(b) prze­pro­wa­dziły nową, czwartą z ko­lei obniżkę państwo­wych de­ta­licz­nych cen to­warów po­wszech­ne­go użytku. W kra­ju zwy­cięskie­go so­cja­li­zmu wódka po­ta­niała o dzie­sięć pro­cent, a zwykła ma­chor­ka na­wet o piętnaście, po­dob­nie jak chleb żytni. W Lu­bli­nie jed­nak efektów bol­sze­wic­kiej tro­ski o lud pra­cujący miast i wsi nikt nie od­czuł, zwłasz­cza upodlo­ny po­sadą stróża przed­wo­jen­ny kie­row­nik Wy­działu Śled­cze­go.

Klacz też nie chciała żreć ga­ze­ty. Upuściła ją na trawę, stępem do­go­niła swe­go opie­ku­na, po czym przystąpiła do dal­szej re­wi­zji.

– Poszła się paść! – burknął daw­ny gli­na, ale pod­nie­sio­na dłoń nie ude­rzyła ko­nia, tyl­ko pogładziła go po grzy­wie. – No cze­go zno­wu, Ha­iti?

Zarżała. W pra­wej kie­sze­ni, tej bar­dziej wy­pcha­nej, Zyga Ma­cie­jew­ski miał też pa­pie­ro­sy i ćwiartkę mo­no­po­lo­wej. Koń, le­d­wie po­czuł war­ga­mi chłodny po­smak szkła, zgrab­nie pod­rzu­cił łbem i z wprawą do­li­nia­rza sięgnął do le­wej kie­sze­ni mężczy­zny.

– Takaś cwa­na?

Od­po­wie­działo mu chru­pa­nie mar­chwi, która przed pa­ro­ma go­dzi­na­mi rosła jesz­cze w ogródku Ku­sio­wej, jed­nej ze znie­na­wi­dzo­nych sąsia­dek byłego ko­mi­sa­rza. Klacz musnęła war­ga­mi jego ucho.

– Byś się ogo­liła, czy jak! – Mężczy­zna po­tarł szcze­cinę za­ro­stu na po­licz­ku i przy­spie­szył kro­ku.

Ru­szyła za nim wyciągniętym stępem, by znów sięgnąć py­skiem pod jego ramię.

Przed­wo­jen­ny ofi­cer odwrócił się i wyciągnął kie­szeń na wierzch.

– Pu­sty je­stem – po­wie­dział. – Poszła się paść!

Ha­iti z naj­wyższym obrzy­dze­niem skubnęła tra­wy raz i dru­gi, kie­dy jed­nak mężczy­zna włożył so­bie do ust pa­pie­ro­sa i począł gme­rać pal­ca­mi w pudełku pełnym spa­lo­nych zapałek, zro­zu­miała, że nic więcej nie ugra. Za­nu­rzyła łeb w chasz­czach, które nie­mal do ostat­nich dni nie­miec­kiej oku­pa­cji re­gu­lar­nie ko­szo­no.

Były ko­mi­sarz zszedł ze środ­ka toru wyści­go­we­go na moc­niej ubitą koński­mi ko­py­ta­mi bieżnię. Tam ziel­sko już nie rosło tak buj­nie. Wszedł po kil­ku stop­niach na wy­so­kość trze­ciej ławki daw­nej try­bu­ny i usiadł na de­sce, na tyle krótkiej, że ni­ko­mu z jego sąsiadów nie opłaciło się jej ukraść. Zna­lazł nie­spa­loną zapałkę i po kil­kukrotnym, co­raz bar­dziej ner­wo­wym po­tar­ciu jej o draskę zaciągnął się wresz­cie pa­pie­ro­sem. Pra­wa dłoń sięgnęła po bu­telkę, lewa wyjęła ko­rek. Klacz zajęła się sobą, naj­wy­raźniej znu­dzo­na.

Mężczy­zna pociągnął głębszy łyk wódki, po czym wy­sta­wił twarz do słońca. Za­mie­rzał również sycić się nudą i al­ko­ho­lem. Przy­najm­niej tak długo, dopóki ktoś mu w tym nie prze­szko­dzi.

Że kogoś przy­nie­sie, nie miał wątpli­wości, dla­te­go na­wet nie po­ru­szył się, słysząc skrzy­pie­nie de­sek na znisz­czo­nych try­bu­nach. Pod­niósł głowę, do­pie­ro gdy czy­jaś po­stać przesłoniła mu słońce.

– To zno­wu pan, pa­nie Jędrzej­czak. – Po­ki­wał głową. – Mówiłem panu, że nic z tego nie będzie. Je­stem wrak, kur­wa zużyta, proszę pana. Po­prze­staję na małym jak cho­ler­ny grec­ki fi­lo­zof.

– Nie znam się na fi­lo­zo­fii, pa­nie Ma­cie­jew­ski. – Star­szy od nie­go o ja­kieś dzie­sięć lat fa­cet z wąsami podkręco­ny­mi á la Wi­tos podście­lił so­bie pod za­dek ga­zetę i ciężko usiadł na sąsied­niej bel­ce. – I kur­wi­ca mnie ja­sna bie­rze, jak pan mówi ta­kie rze­czy, pa­nie Zyg­mun­cie. Ale sza­nuję pana, dla­te­go jesz­cze raz przyszłem pana prze­ko­nać. – Jędrzej­czak zdjął dorożkarską czapkę, na­sa­dził ją so­bie na ko­la­no i otarł spo­co­ne czoło kra­ciastą chustką.

– A nie po­wi­nien mnie pan sza­no­wać. – Zyga pokręcił głową. – Je­stem ni­kim, nie za­uważył pan?

– I po co pan ta­kie szut­ki opo­wia­da? – Dorożkarz spoj­rzał na nie­go z nie­sma­kiem. – Żeby pod­bić cenę?

– Wiem, pan chce tego ko­nia. – Ma­cie­jew­ski wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ludz­ka rzecz pożądli­wość! Ale to nie jest mój koń, ja go tyl­ko pil­nuję. Jak nie upil­nuję, znów do­bie­rze mi się do dupy ubow­nia albo inna ko­mi­sja.

Jędrzej­czak sta­ran­nie rozłożył so­bie na ko­la­nach chustkę i wyjął z kie­sze­ni tytoń i bibułki. Po­wol­ny­mi ru­cha­mi, jak­by spełniał jakiś ry­tuał, za­bie­rał się do za­pa­le­nia skręta.

– A ja myślę… że panu nie o żadną ubow­nię… i nie o żadną ko­misję cho­dzi… – Dorożkarz ce­dził słowa, z na­masz­cze­niem śliniąc bibułkę. Wresz­cie zwinął pa­pie­ro­sa i za­pa­lił. – Panu kla­czy żal!

– Co też panu przyszło do głowy! – żachnął się Zyga. – W ogóle nie lubię zwierząt! Chy­ba że na ta­le­rzu. Sa­la­mi na przykład z ta­kiej zro­bić! Zjadłbym, cze­mu nie?!

– Prze­cież to się panu opłaci… – Jędrzej­czak nie uwie­rzył. – A kto się do­wie? Jed­ne­go razu we Wil­nie tak jak dziś, w święto 3 Maja, jak na pa­ra­dzie za­grała trąbka, to w dorożki jak­by pio­run strze­lił. – Wąsal zaciągnął się z roz­rzew­nie­niem. – Pra­wie wszyst­kie dryn­dziar­skie kobyły, przy­sięgam panu, ru­szyły z miej­sca, żeby dołączyć do szy­ku, do swo­je­go pułku. Tak było! Ko­ni­ki uspo­koiły się, do­pie­ro jak sy­gna­li­sta za­grał „stój”.

– Co pan mi za dyr­dy­mały opo­wia­da! – Ma­cie­jew­ski prze­stał grze­bać w zapałkach i ge­stem po­pro­sił o ogień. Jędrzej­czak podał mu żar ze swo­je­go pa­pie­ro­sa. – Jaki 3 Maja? Wi­dział pan dziś ja­kieś święto?! I ja­kie Wil­no? To w Związku Ra­dziec­kim! Poza tym ten koń nie służył w woj­sku, o ile mi wia­do­mo, i przy­najm­niej przy mnie nig­dy nie ćwi­czył re­ak­cyj­nej musz­try. I nie opo­wia­daj pan tego głośno, bo jesz­cze jakaś men­da podsłucha.

– Byle komu bym tego nie opo­wia­dał. Prze­cież pan wiesz, że przed wojną dorożka­rze ku­po­wa­li na li­cy­ta­cji sta­re ka­wa­le­ryj­skie ko­nie. I tak jak w woj­sku, krzyw­dy one u nas nie miały. Ona też u mnie źle mieć nie będzie. A to prze­cież nie będzie pańska wina, jeżeli koń się na­gle spłoszy i uciek­nie. Pan za­cznie szu­kać, po­tem za­wia­do­mi mi­licję, pan będzie czy­sty. I bo­gat­szy…

– Ja, pa­nie Jędrzej­czak, żyję. – Przed­wo­jen­ny gli­na wbił wzrok w jego oczy i nie popuścił, dopóki dorożkarz pierw­szy nie odwrócił ner­wo­wo głowy. – Po wol­ności chodzę. To więcej war­te, pa­nie Jędrzej­czak.

– Pier­do­li pan! – Zde­ner­wo­wa­ny dorożkarz pstryknął nie­do­pałkiem w stronę pasącej się w od­da­li kla­czy. – Pan szcze­rze po­wie: jaja panu ubow­cy urwa­li czy myśli pan więcej ode mnie wyciągnąć?

– No co też pan, pa­nie Jędrzej­czak! – zmar­twił się Ma­cie­jew­ski. – Nie, ja już od daw­na nie je­stem chci­wy. A o mo­ich ja­jach, z całym sza­cun­kiem, nie będzie­my roz­ma­wiać.

– Szlag z pa­nem! – Jędrzej­czak roz­sier­dził się całkiem i po­szedł.

Zyga sięgnął po po­zo­sta­wioną przez nie­go ga­zetę. Dzień radości i we­se­la na pla­cach i uli­cach Lu­bli­na, pisał o pierw­szo­ma­jo­wym święcie „Sztan­dar Ludu”. W Sa­skim Ogro­dzie prze­le­wa się ale­ja­mi żywy stru­mień ludz­ki. Zda­je się, że wszy­scy na­zna­czy­li so­bie tu­taj spo­tka­nie. Przez wędrujące tłumy pu­blicz­ności mat­ki prze­py­chają z tru­dem wózki z nie­mowlętami albo pro­wadzą za ręce kil­ku­let­nie dzie­ci, dźwi­gające z dumą ko­lo­ro­we piłki. Ko­mu­ni­stycz­na ga­dzinówka nie na­pi­sała jed­nak, że wśród tego tłumu ma­tek tłumił się były mąż Róży Świ­dro­nio­wej, wcześniej Ma­cie­jew­skiej, by cho­ciaż z da­le­ka zo­ba­czyć swo­je­go syna. Nie zo­ba­czył.

II

Nie­dzie­la, 3 lip­ca 1938 roku

BER­LIN – Niesłycha­ne obu­rze­nie w kołach Po­laków prze­by­wających na wy­sta­wie rze­miosła w Ber­li­nie wywołała pu­bli­ka­cja dwu­ty­go­dni­ka Związku Wscho­du „Ostland”, który za­mieścił ar­ty­kuł p. t.: „Rze­miosło nie­miec­kie w Pol­sce”. Ar­ty­kuł ten stwier­dza, że Pol­ska wy­sta­wiła w swym pa­wi­lo­nie przed­mio­ty wy­ko­na­ne prze­ważnie przez rze­mieślników nie­miec­kich, gdyż rze­mieślni­cy pol­scy nie stwo­rzy­li w tej dzie­dzi­nie nic, co można by było po­ka­zać na szer­szym te­re­nie. Czy rząd pol­ski za­re­agu­je na bez­przykładną pro­wo­kację nie­miecką?

RZYM – Włochy uznają po­stu­la­ty ko­lo­nial­ne Pol­ski! Głównym ar­gu­men­tem Pol­ski jest prze­lud­nie­nie kra­ju oraz ko­niecz­ność spro­wa­dza­nia su­rowców z za­gra­ni­cy. Lud­ność obec­ne­go te­ry­to­rium Pol­ski wzrosła z 25 do z górą 34 mi­lionów. Nie mniej ważnym względem są wa­run­ki rol­ne oraz struk­tu­ra społeczeństwa pol­skie­go, którego 70 pro­cent sta­no­wią rol­ni­cy.

TEL-AWIW – W kon­su­la­cie pol­skim opusz­czo­no flagę do połowy masz­tu na znak żałoby z po­wo­du zgo­nu Sa­lo­mo­na Ben-Jo­se­fa. Ben-Jo­sef był jak wia­do­mo oby­wa­te­lem pol­skim, na­zy­wał się Ta­bacz­nik i po­cho­dził z Łucka. Ów „pol­ski” oby­wa­tel brał udział w na­pa­dzie na au­to­bus arab­ski, wiozący Bogu du­cha winną pu­blicz­ność cy­wilną, ostrze­li­wał go, a władze an­giel­skie zna­lazły przy nim ma­te­riały wy­bu­cho­we. Po­wie­szo­ny zo­stał na mocy wy­ro­ku sądo­we­go.

LU­BLIN – W nie­dzielę, dnia 10-go lip­ca 1938 r., otwar­cie Se­zo­nu Wyścigów Kon­nych w Lu­bli­nie. Na to­rze Lu­bel­sko-Wołyńskie­go To­wa­rzy­stwa Zachęty do Ho­dow­li Koni w Lu­bli­nie za Cu­krow­nią. Następne dnie wyści­go­we: 13, 16, 17, 20, 23, 24, 30, 31 lip­ca, 3, 6, 7, 10, 13, 14, 15 sierp­nia 1938 r. TO­TA­LI­ZA­TOR. Do­jazd au­to­bu­sa­mi. Początek każdego dnia o go­dzi­nie 15 min. 30, od 3 sierp­nia o godz. 15-ej.

Ko­nie wyszły na ko­lejną prostą i try­bu­ny wstały. Wśród zie­lo­nych mun­durów z ko­lo­ro­wy­mi ba­ret­ka­mi or­derów i to­wa­rzyszących ofi­ce­rom pań w let­nich su­kien­kach czar­ne gar­ni­tu­ry wyższych urzędników wo­jewódzkich wyglądały na­der pro­win­cjo­nal­nie i nie­sto­sow­nie, zupełnie jak­by mała grup­ka żałob­ników po­sta­no­wiła ze­psuć ka­wa­le­ryjską za­bawę. Cho­ciaż przed go­dziną nad Lu­bli­nem przeszła ule­wa, tor był już pra­wie su­chy. Lor­net­ki błyskały w słońcu.

Przo­dow­nik Służby Śled­czej Wi­told Fałnie­wicz opuścił głowę, udając, że całą jego uwagę pochłania pro­gram go­nitw, wieńczących II Kra­jową Wy­stawę Koni Re­mon­to­wych. W rze­czy­wi­stości nie ha­zar­do­wał się końmi, cho­ciaż lubił je, odkąd osiem­naście lat młod­szy i mniej więcej tyleż ki­lo­gramów chud­szy bił bol­sze­wi­ka w 8. Pułku Ułanów Księcia Po­nia­tow­skie­go, który pod Ko­ma­ro­wem urządził praw­dziwą łaźnię ko­nar­mii Bu­dion­ne­go i zdo­był auto sa­me­go ko­man­dar­ma.

HA­ITI kl. gn. 3 l.

Büvesz xx – Tama x po Götterk­na­be xx

wł. ks. Świa­to­pełk-Cze­twer­tyński

tr. por. Grom­nic­ki

dż. K. Ma­la­ko­wicz 57

Fałnie­wicz za­trzy­mał wzrok aku­rat na tym punk­cie pro­gra­mu ma­chi­nal­nie, a na­wet bez sen­su, po­nie­waż Ha­iti miała biec do­pie­ro w ostat­niej go­ni­twie. Nie był wszakże je­dy­nym ob­ser­wa­to­rem piątej go­ni­twy, który tyl­ko po­zor­nie in­te­re­so­wał się wierz­chow­ca­mi.

Ni­ski star­szy mężczy­zna w sta­ro­mod­nym let­nim gar­ni­tu­rze, z muszką i w słomko­wym ka­pe­lu­szu, po­wol­ny­mi ru­cha­mi chłodził twarz, wa­chlując się „Głosem Lu­bel­skim”, jesz­cze nie tak daw­no opo­zy­cyj­nym pra­wi­co­wym dzien­ni­kiem, który w mgnie­niu oka nie­mal prze­stał być cen­zu­ro­wa­ny. Wy­star­czyło po­cho­wać Piłsud­skie­go, by wyszło na to, że większość jego daw­nych podwład­nych po­tra­fiła łączyć cześć do Ko­men­dan­ta z czy­ta­niem Dmow­skie­go do po­dusz­ki. Zwo­len­ni­cy kul­tu­ral­nej au­to­no­mii mniej­szości na­ro­do­wych po­szli w od­stawkę jako nie­ule­czal­ni fan­taści, za to roz­poczęło się bu­rze­nie ukraińskich cer­kwi, pa­cy­fi­ko­wa­nie nie­posłusznych wsi i mo­car­stwo­wa eks­cy­ta­cja po­zy­ska­niem ko­lo­nii, gdzie w pierw­szej ko­lej­ności można by prze­flan­co­wać Żydów.

Sil­ny Fun­dusz Obro­ny Na­ro­do­wej to potęga Pol­ski! Hisz­pańskie woj­ska na­ro­do­we ści­gają co­fającego się w popłochu prze­ciw­ni­ka. Fałnie­wicz na tyle zbliżył się do star­sze­go je­go­mościa, że mógł już prze­czy­tać co większe nagłówki. Nie ga­ze­ta go jed­nak in­te­re­so­wała, ale człowiek trzy­mający ją w ręku. Był je­dy­nym cy­wi­lem, który wmie­szał się w ułańsko-ofi­cjelską pu­blicz­ność, tuż przy ba­rier­ce ob­ser­wującą zma­ga­nia dżokejów. Stamtąd miał wy­bor­ny wi­dok tak na tor, jak i na całą try­bunę.

Wy­wia­dow­ca przysłonił twarz pro­gra­mem i ru­szył w stronę ob­ser­wo­wa­ne­go mężczy­zny, nie dbając o po­sy­ki­wa­nia tych, którym dep­tał po la­kier­kach. W żad­nym wy­pad­ku nie za­mie­rzał fa­ce­ta zdej­mo­wać od razu, ale chciał być bli­sko, kie­dy sta­ry za­cznie przej­mo­wać fan­ty od drob­nych do­li­nia­rzy, którzy za­wcza­su wmie­sza­li się w tłum. Umun­du­ro­wa­ni żan­dar­mi, wi­docz­ni w przejściach, być może po­tra­fi­li­by za­re­ago­wać, gdy­by nie­miec­ki szpieg rzu­cił bombę między widzów, jed­nak spryt­nych lu­bel­skich kie­szon­kowców na­wet nie do­strze­ga­li. Na­to­miast Fałnie­wicz bezbłędnie wyławiał wzro­kiem a to młode­go człowie­ka w stu­denc­kiej czap­ce, który niby przy­pad­kiem za­kry­wał ma­ry­narką to­rebkę stojącej obok pani, a to szpa­ko­wa­te­go gościa w oku­la­rach, za­pew­ne z po­wo­du krótkow­zrocz­ności tak prze­chy­lo­ne­go ku to­ro­wi, że pra­wie przy­tu­lającego się do młode­go po­rucz­ni­ka.

Ko­nie szły spor­to­wo, z rozsądkiem, nie na zarżnięcie fa­wo­ry­ta i zwy­cięstwo fuk­sa. Na zakręcie jeźdźcy zwol­ni­li, lor­net­ki ki­biców skie­ro­wały się w końskie zady, a taj­niak zro­bił jesz­cze kil­ka kroków ku swo­je­mu ce­lo­wi. Pra­wie czuł już za­pach jego wody kolońskiej.

Jed­nakże nim ostat­ni wierz­cho­wiec wszedł w łuk, pod try­buną po­ja­wił się bla­dy jak ścia­na sta­jen­ny. Nie od­na­lazłszy wzro­kiem mun­du­ru po­li­cjan­ta, pod­biegł do ka­pra­la żan­dar­me­rii, jed­ne­go z tych, którzy nie­udol­nie za­bez­pie­cza­li try­bunę z ofi­cje­la­mi.

– Tam… trup…

Taj­niak nad­sta­wił ucha.

Tym­cza­sem star­szy je­go­mość zdjął słomko­wy ka­pe­lusz, po­wa­chlo­wał się nim, by za­raz po­spiesz­nie ru­szyć do wyjścia. Fałnie­wicz prze­pchnął się w stronę żan­dar­ma i tłumaczącego mu coś gorączko­wo sta­jen­ne­go. Od żołnie­rza czuć było kiełbasą, od dru­gie­go mężczy­zny końmi.

– O co cho­dzi? – za­py­tał półgłosem wy­wia­dow­ca, dys­kret­nie wyj­mując z kie­sze­ni zna­czek służbowy. – Jaki trup?

– Nieżywy… – po­wie­dział sta­jen­ny.

*

Ubłoco­na fut­bolówka wy­ko­nała łuk po­nad środ­kiem bo­iska i upadła w kałużę. Ko­mi­sarz Zyg­munt Ma­cie­jew­ski wy­chy­lił się przez ba­rierkę, ale nie mógł doj­rzeć, czy piłkę zdołał przejąć Christ, nowy na­by­tek Unii, czy jed­nak Kot­kow­ski z war­szaw­skiej Le­gii. Zdjął kra­ciastą ma­ry­narkę i roz­luźnił krótki spor­to­wy kra­wat. Cho­ciaż przed me­czem przeszła ule­wa, mżyło także w pierw­szej połowie, to te­raz zro­biło się słonecz­nie i par­no.

Nie­po­koiły go dwie rze­czy: brak pra­wo­skrzydłowe­go Ku­bi­cy w drużynie lu­bli­nian, który jak na złość roz­cho­ro­wał się tuż przed eli­mi­na­cja­mi do ligi, i kart­ka z uzdro­wi­ska, dokąd Zyga za własne oszczędności posłał na urlop Różę. Chciał do­brze…

Zresztą nie był to je­dy­ny jego do­bry uczy­nek w 1938 roku. Pierw­szy miał formę li­stu po­le­co­ne­go przesłane­go do War­sza­wy, do Ko­men­dy Głównej. Dru­gim było po­dar­cie od­po­wie­dzi, w której kan­ce­la­ria ge­ne­ral­ne­go in­spek­to­ra uprzej­mie za­wia­da­miała zgod­nie z art. 64 roz­porządze­nia Pre­zy­den­ta Rze­czy­po­spo­li­tej z dnia 6 mar­ca 1928 r. o Po­li­cji Państwo­wej, iż w od­po­wie­dzi na prośbę Pana o ze­zwo­le­nie na za­war­cie związku małżeńskie­go, jak­kol­wiek nie ma przeszkód w kwe­stii wy­so­kości wspólnych do­chodów, p. Róża Mar­czyńska, jako ka­ra­na sądo­wnie była mor­fi­nist­ka, nie spełnia wy­mogów w kwe­stii nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii na­rze­czo­nej. Trze­ci do­bry uczy­nek Ma­cie­jew­skie­go po­le­gał na kłam­stwie, pod­par­tym jed­nak ar­ty­kułem z po­li­cyj­ne­go ty­go­dni­ka „Na Po­ste­run­ku”.

– Nie zgo­dzi­li się – po­wie­dział Zyga. – Mają w lu­bel­skim za duży pro­cent żona­tych. Może w przyszłym roku… A może za­miast ślubu po­je­chałabyś do ja­kie­goś uzdro­wi­ska?

– Sama?

– Ja mam prze­cież służbę. Zresztą jak sama, to ta­niej wyj­dzie.

Wi­dokówka od Róży przed­sta­wiała obu­do­wa­ne uroczą al­taną źródło naf­tu­si, naj­obrzy­dliw­szej wody mi­ne­ral­nej od­ro­dzo­nej Rzecz­po­spo­li­tej, która za­miast le­czyć, je­dy­nie wzmac­niała kaca. Również ob­szer­ne post scrip­tum, na­pi­sa­ne równym, drob­nym pi­smem za­raz pod po­zdro­wie­nia­mi z Tru­skaw­ca, nie po­do­bało się ko­mi­sa­rzo­wi ani trochę. Przy­pad­kiem spo­tkałam tu miłą panią Alinę Za­wi­stowską z Lu­bli­na, która z małżon­kiem chętnie wy­najęłaby Twój dom dla ku­zy­na. Cieszę się, że re­mont idzie do­brze! Ostat­ni wy­krzyk­nik mówił wie­le o radości Róży, za­do­wo­lo­nej, że wresz­cie prze­pro­wa­dzi swój plan wy­rwa­nia Zygi z jego nig­dy nie­sprząta­nej nory na Ru­rach Je­zu­ic­kich. Ma­cie­jew­ski jed­nak re­mon­tu na­wet nie zaczął, bo czwar­ty do­bry uczy­nek ro­ze­rwałby na strzępy jego kon­strukcję psy­chiczną.

Miał też ważniej­sze, męskie spra­wy na głowie, na przykład Unię walczącą o awans w gru­pie I. Dla­te­go cel­ne po­da­nie Egle­ra do Szpo­na­ra po­działało na nie­go le­piej niż set­ka mo­no­pol­ki po ciężkim dniu.

– Uuu-nia! Uuu-nia! – Zyga pierw­szy zaczął skan­do­wać.

Ro­bot­ni­cy, ubra­ni w ta­nie gar­ni­tu­ry i nie­dziel­ne, świeżo upra­ne białe ko­szu­le, spoj­rze­li nie­co przy­chyl­niej na nie­chluj­ne­go fa­ce­ta z krzy­wo zrośniętym no­sem i nie­ogo­loną gębą. Po chwi­li pra­wie dwa tysiące ki­biców za­grze­wało Sławińskie­go, pro­wadzącego piłkę ku bram­ce le­gio­nistów. Ma­cie­jew­ski aż po­czer­wie­niał od krzy­ku i emo­cji.

A tych było całkiem spo­ro jesz­cze przed pierw­szym gwizd­kiem, kie­dy Zyga ukry­ty w bra­mie ka­mie­ni­cy przy Oko­po­wej pa­trzył to w stronę sta­dio­nu, to w nie­bo, i jak inni za­sta­na­wiał się, czy pierw­szy mecz eli­mi­na­cji w ogóle doj­dzie do skut­ku. Wszyst­kie mniej lub bar­dziej ob­skur­ne bra­my między uli­ca­mi Na­ru­to­wi­cza i Szo­pe­na były zajęte przez fa­cetów stojących w ści­sku i palących pa­pie­ro­sy ukry­te pod dasz­kiem ze zwi­niętej dłoni. Żaden cieć nie przy­cze­pił się, na­wet jeśli nie ki­bi­co­wał Unii. I o dzi­wo, nikt nie klął na drożyznę, tyl­ko na po­godę. Dru­gi se­zon Unii w li­dze to byłoby coś, cho­ciażby na­wet po awan­sie jak po­przed­nio prze­grała ze wszyst­ki­mi, cho­ciażby na­wet Mak­ka­bi wko­pał jej osiem do zera!

Ma­cie­jew­ski wyjął pa­pie­ro­sa, ale za­po­mniał go za­pa­lić, bo Christ ru­szył z piłką w kie­run­ku bram­ki war­sza­wiaków. Tyl­ko cze­mu tak wol­no?! Zyga aż za­cisnął pięści. Chri­sto­wi zastąpił drogę Pysz­kie­wicz i obaj przewrócili się w kałużę. Daw­no nic tak nie zde­ner­wo­wało ko­mi­sa­rza jak ostry gwiz­dek sędzie­go, do­bie­gającego do za­wod­ników.

Christ po chwi­li wstał o własnych siłach, ale le­gio­ni­sta, obej­mując dłońmi ugiętą nogę, tur­lał się no dosłownie tak, jak­by za­wsty­dzo­ny biało-zie­lo­ny­mi bar­wa­mi klu­bu po­sta­no­wił je całkiem ubłocić.

– Uda­je, pa­nie sędzio! – wy­darł się Ma­cie­jew­ski. – Wsta­waj i graj, Pysz­kie­wicz!

Ar­bi­ter był chy­ba głuchy, bo za­miast wzno­wić grę, wska­zał wy­pro­sto­waną ręką bramkę unio­nistów.

– Jaki wol­ny? Nie było prze­wi­nie­nia, pa­nie sędzio, do ja­snej cho­le­ry! – krzy­czał Zyga ry­zy­kow­nie wy­chy­lo­ny za ba­rierkę.

Za­pew­ne dla­te­go nie zwrócił uwa­gi na mun­du­ro­we­go po­li­cjan­ta, który sta­now­czo roz­py­chając ki­biców, zmie­rzał w jego stronę. Do­pie­ro gdy kątem oka do­strzegł, że stojący naj­bliżej nie patrzą wca­le, kto będzie wy­ko­ny­wał rzut wol­ny, również Ma­cie­jew­ski odwrócił głowę.

– Nic nie zro­bił, pa­nie władzo – bro­nił Zygi zażywny wąsal w płócien­nej cy­klistówce. – No co się pan człowie­ka cze­pia?

– Pan po­ste­run­ko­wy da spokój – próbował tłuma­czyć młody chłopak w ko­szu­li z kołnie­rzem wyłożonym à la Słowac­ki. – Pan da mecz oglądać…

Mun­du­ro­wy tyl­ko pokręcił głową i odwrócił się do Ma­cie­jew­skie­go. Za­miast jed­nak spro­wa­dzić krzy­ka­cza z try­bu­ny, ku zdu­mie­niu roz­gorączko­wa­nych mężczyzn za­sa­lu­to­wał i wręczył nie­chlu­jo­wi złożoną na czwo­ro kartkę z no­te­su.

Zyga spoj­rzał wście­kle na po­li­cjan­ta. Uni­kając wzro­ku wcześniej bro­niących go, a te­raz od­su­wających się ki­biców, rozłożył wia­do­mość.

Pa­nie Kie­row­ni­ku!

De­nat w staj­ni na hi­po­dro­mie. Proszę o pil­ne przy­by­cie i dal­sze po­le­ce­nia. Ko­mi­sa­riat po­wia­do­mio­ny.

W. Fałnie­wicz

*

Mierzący po­nad metr osiem­dzie­siąt Fałnie­wicz nie mu­siał na­wet prze­py­chać się między mężczy­zna­mi w dżokej­skich kurt­kach. Do końskie­go bok­su z ta­bliczką Ha­iti kl., stad. Su­cho­wo­la bez tru­du zaglądał po­nad ich głowa­mi. Gnia­da klacz przy­ci­skała się bo­kiem do drew­nia­nej ścia­ny, pry­chała i strzygła usza­mi, wyraźnie za­nie­po­ko­jo­na ciałem leżącym obok poidła i krwawą miazgą, która zo­stała z jego twa­rzy.

– Po­li­cja. – Fałnie­wicz wyjął zna­czek służbowy i położył drugą dłoń na ry­glu. – Ktoś spraw­dził puls?

– Ja spraw­dziłem. – Mężczy­zna w zie­lo­nej furażerce i ka­wa­le­ryj­skim mun­du­rze bez dys­tynk­cji zbliżył się do taj­nia­ka. – Tak jak szko­lo­no mnie w woj­sku. Nie żyje.

Wy­wia­dow­ca ma­chi­nal­nie za­no­to­wał w pamięci ry­so­pis: szczupły, nie­po­zor­ny czter­dzie­sto­la­tek z na­stro­szo­nym i jak­by za dużym wąsem, nie­pa­sującym do pociągłej twa­rzy. Sza­re oczy i zdra­dzające siłę żyla­ste dłonie, które po chwi­li ner­wo­wym ge­stem fa­cet splótł za ple­ca­mi.

– Pan jest tu sta­jen­nym?

– Masz­ta­le­rzem u księcia Cze­twer­tyńskie­go – po­wie­dział wąsal lek­ko urażony. – Właści­cie­la tej kla­czy. Uspo­koję ją, proszę po­cze­kać.

Fałnie­wicz przyj­rzał się ściółce bok­su, zmie­nio­nej za­pew­ne przed kil­ko­ma go­dzi­na­mi. Nieźle, tyl­ko nie za­dep­tać zo­sta­wio­nych śladów, ze starą byłoby więcej ro­bo­ty.

– Sam wejdę. – Fałnie­wicz uchy­lił bramkę bok­su.

Klacz zro­biła pół kro­ku w tył i oparła się za­dem o róg po­miesz­cze­nia. Pa­trzyła te­raz jed­nym okiem na drew­nianą ścianę, a dru­gim na taj­nia­ka.

– Ciiii… – Po­staw­ny wy­wia­dow­ca zasłonił tru­pa swo­im ciałem. Miał na­dzieję, że to nie­co uspo­koi zwierzę. Co z oczu, to z ser­ca.

Sam zerknął przez ramię. No­gaw­ka sza­rych spodni, skar­pe­ta w kratę i po­de­szwa trze­wi­ka, do której przy­kleiło się źdźbło słomy. Sza­ra ma­ry­nar­ka i roz­rzu­co­ne ra­mio­na, czy­ste man­kie­ty białej ko­szu­li ze spin­ka­mi w ko­lo­rze srebr­nym. Na pra­cow­ni­ka staj­ni trup zde­cy­do­wa­nie nie wyglądał.

Taj­niak za­wa­hał się, czy po­dejść do nie­go. Jeśli tak, za­trze ślady. Tyl­ko o czym tu mówić, sko­ro zda­rze­nie ewi­dent­nie wyglądało na nieszczęśliwy wy­pa­dek? Fa­cet obe­rwał ko­py­tem pro­sto w twarz.

Nie od­wra­cając się, wy­wia­dow­ca zro­bił kil­ka kroków w tył. Zde­cy­do­wa­nie po­wi­nien sam spraw­dzić puls.

– On nie żyje. – Masz­ta­lerz od­gadł in­ten­cje po­li­cjan­ta. – Po le­ka­rza już te­le­fo­no­wałem.

Te­le­fo­no­wał! Wy­star­czyłoby zawołać. Fałnie­wicz zdzi­wiłby się, gdy­by na try­bu­nach hi­po­dro­mu nie zna­lazłoby się przy­najm­niej pięciu dok­torów, tyle że ni­ko­mu nie zależało na psu­ciu im za­ba­wy.

– Znał pan za­bi­te­go?

– Nikt go tu nie znał.

Wy­wia­dow­ca, nie spusz­czając wzro­ku z ko­nia, pod­szedł do zwłok i kucnął. Od­na­lazł w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki port­fel, nie­ste­ty bez do­wo­du oso­bi­ste­go ani na­wet kart wi­zy­to­wych. Po­zo­stałe kie­sze­nie de­na­ta były zupełnie pu­ste, nie licząc kra­cia­stej chust­ki do nosa.

Wy­pro­sto­wał się i po­wo­li pod­szedł do ko­nia. Klacz drgnęła ner­wo­wo, kie­dy de­li­kat­nie do­tknął jej boku, po chwi­li jed­nak odprężyła się nie­co. Fałnie­wicz pogłaskał gnia­doszkę, nie mógł so­bie odmówić tej przy­jem­ności. Ha­iti wy­czuła naj­wy­raźniej, że ten po­staw­ny człowiek nie za­mie­rza zro­bić jej krzyw­dy.

– Ona nig­dy ni­ko­go nie kopnęła – zaczął masz­ta­lerz. – Pan przo­dow­nik sam wi­dzi, że jest łagod­na jak dziec­ko.

Jed­nakże na przekór jego słowom Ha­iti na­raz pod­rzu­ciła łeb i roz­chy­liła chra­py. Na­wet jeśli fak­tycz­nie dotąd ni­ko­go nie kopnęła, o gry­zie­niu nie było mowy. Taj­niak, wciąż łagod­nie ją głaszcząc, zerknął na wejście do bok­su. Już ro­zu­miał, co znów zde­ner­wo­wało zwierzę: w bram­ce stał Ma­cie­jew­ski.

– Jak się pan na­zy­wa? – za­py­tał ko­mi­sarz masz­ta­le­rza, mierząc ko­nia złym spoj­rze­niem.

– Jan Dąb. I mówiłem już temu panu, że służę… – Mężczy­zna urwał. – Pra­cuję jako masz­ta­lerz u księcia Cze­twer­tyńskie­go.

– Długo?

– Dwa ty­go­dnie.

– To skąd może pan wie­dzieć, czy to bydlę na pew­no nie jest agre­syw­ne?

Fałnie­wicz uznał, że sam po­wi­nien był o to za­py­tać. Na ile jed­nak znał się na ko­niach, w spoj­rze­niu Ha­iti nie było agre­sji.

Ma­cie­jew­ski, trzy­mając się bli­sko ba­rier­ki, a po­tem ścia­ny bok­su, pod­szedł do tru­pa i przy­kucnął nad nim.

– Szyb­ko pan przy­szedł, pa­nie kie­row­ni­ku – zaczął taj­niak, uspo­ka­jając ko­nia. – Za­raz spraw­dzi­my tyl­ne ko­py­ta, zdej­mie się też pod­ko­wy…

– Słusznie, Fałnie­wicz, ślad od ko­py­ta jest… – Za­szu­rała słoma. – Ale on ma siną skórę. – Ko­mi­sarz wyjął z kie­sze­ni wiecz­ne pióro i od­chy­lił nim kołnie­rzyk ko­szu­li tru­pa. – No i to oko, zo­bacz, ja­kie prze­krwio­ne. Gdy­by to było za­pa­le­nie spojówek, fa­cet sie­działby w domu. Sko­ro jest tu, sta­wiam na udu­sze­nie. I to ra­czej za­nim obe­rwał pod­kową.

*

Star­szy przo­dow­nik Służby Śled­czej Ta­de­usz Ziel­ny z ulgą opuścił staj­nię, wy­sprzątaną jak sa­lo­nik sta­rej pan­ny na przyjęcie imie­ni­no­we, lecz i tak drażniącą jego po­wo­nie­nie za­pa­chem na­wo­zu i końskie­go potu. Brązowe let­nie półbuty sta­ran­nie wy­tarł w piach przed wro­ta­mi przy­sa­dzi­ste­go bu­dyn­ku.

Za­we­zwa­ny na służbę w świętą i po­ten­cjal­nie ero­tyczną nie­dzielę, z pla­no­wa­nym półfinałem w ki­nie „Cor­so” nie­da­le­ko ko­mi­sa­ria­tu i fa­jer­wer­ka­mi w po­ko­iku pan­ny Ma­rian­ny Ko­ma­row­skiej, ka­sjer­ki w bro­wa­rze Vet­te­ra, taj­niak z przy­jem­nością jesz­cze raz zabiłby de­na­ta. Dla­te­go też z naj­wyższą niechęcią wbił wzrok w trzech za­afe­ro­wa­nych sta­jen­nych, dys­ku­tujących półgłosem w cie­niu pachnącej rozłożystej lipy. Ru­szył w ich stronę, po dro­dze prze­ga­niając ka­pe­lu­szem natrętną psz­czołę.

– Kto wpuścił tego fa­ce­ta do staj­ni? – zaczął z gru­bej rury.

– Nikt nie wpusz­czał. – Je­den z mężczyzn, z równo przy­strzyżonym płowym wąsem, po­pra­wił spłowiałą furażerkę. – Tylu się tu kręci: jak nie który właści­ciel, to buk­ma­cher, jak nie buk­ma­cher, to inny sza­cher-ma­cher… Człowiek nie zwra­ca uwa­gi. Dość ma swo­jej ro­bo­ty.

– Właśnie widzę, ro­bo­ta wre. – Ziel­ny skrzy­wił się i znów prze­gnał natrętną psz­czołę. Na­mol­na jak sta­ra pan­na na wy­da­niu! – Stoją pa­no­wie i dys­ku­tują. Zna­cie tych buków, co się kręcili? – za­py­tał, spo­dzie­wając się, że aku­rat buk­ma­che­rzy będą i naj­le­piej zo­rien­to­wa­ni, i roz­mow­ni. Wątpli­we, aby prze­strze­ga­li wszyst­kich prze­pisów o zakładach spor­to­wych, tak z nimi za­cznie…

– Buków to się zna, wia­do­mo… – Dru­gi ze sta­jen­nych, ni­ski ospo­wa­ty fa­cet, po­dra­pał się po kar­ku, a taj­niak znów mu­siał kil­ka razy machnąć ka­pe­lu­szem.

– Niech pan przo­dow­nik się tak nie oga­aania – do­ra­dził fleg­ma­tycz­nym to­nem trze­ci sta­jen­ny, krępy bru­net, opa­lo­ny jak Cy­gan. – Trza stać spo­koj­nie, to nie uuutną. Wy­per­fu­mo­wał się pan przo­dow­nik na nie­dzielę, to pszczółki cie­ka­we, co z pana za kwia­aatek, nie?

– Pączek białych róż – burknął Ziel­ny, odpędzając otwar­tym no­te­sem brzęczącego owa­da, który już sia­dał mu na gładko ogo­lo­nym po­licz­ku. Sta­jen­ni za­re­cho­ta­li. – Więc jak z tymi bu­ka­mi?

– No zaglądał taki je­den Or­czak… – zaczął wy­li­czać ospo­wa­ty. – I Różycki węszył tu przed go­ni­twa­mi… I jesz­cze taki nowy, Księżycki, le­d­wo po­nad rok w in­te­re­sie, ale…

– Księżycki? – prze­rwał mu taj­niak, na chwilę za­po­mi­nając o psz­czołach. – Jak on wygląda?

– Niższy od pana, ale nie żeby za­raz kur­du­pel! – W ustach tego fa­ce­ta iście dżokej­skiej po­stu­ry za­brzmiało to ko­micz­nie. – Blon­dyn taki…

– Jest na go­ni­twach?

– A jak miałby nie być!

– Dziękuję. – Ziel­ny za­mknął no­tes i szyb­kim kro­kiem ru­szył w stronę try­bun. Psz­czoły goniły go jesz­cze przez chwilę, lecz albo szyb­ko się zmęczyły, albo taj­niak prze­stał im pach­nieć kwia­ta­mi, a zaczął jak należy: gliną.

Księżycki – to jed­no na­zwi­sko załatwiało sprawę. Daw­ny kon­fi­dent z pew­nością pamiętał, kto mu w trzy­dzie­stym pierw­szym obił mordę za nie­na­leżyte ka­po­wa­nie…

Idąc w stronę try­bun, wy­wia­dow­ca non­sza­lanc­ko włożył ręce do kie­sze­ni beżowej ma­ry­nar­ki. Księżyc­kie­go zo­ba­czył z da­le­ka i zwol­nił kro­ku. Były in­for­ma­tor w pośpie­chu wypełniał i wy­ry­wał z blocz­ka ku­pon za ku­ponem. Ka­pi­tan w okrągłej czap­ce szwo­leżerów i w gra­na­to­wych spodniach z żółtym lam­pa­sem cho­wał właśnie port­fel.

Wy­wia­dow­ca prze­sunął ka­pe­lusz lek­ko na ba­kier i oparł się o ba­rierkę try­bun. Wszy­scy kie­szon­kow­cy, na których miał za­po­lo­wać Fałnie­wicz, zdążyli się ulot­nić. Ziel­ny uśmiechnął się na myśl, z ja­kim żalem po­rzu­ci­li ta­kie żniwa! Na try­bunach zie­le­niło się od mun­durów i złociło od or­derów, a sądząc po za­afe­ro­wa­nych twa­rzach ofi­cerów i pań, mało kto zwra­cał uwagę na port­fel czy zapięcie to­reb­ki. Ozdo­bio­na orłem loża była chro­nio­na przez żan­dar­me­rię, ale co do resz­ty: łatwy łup.

Wy­wia­dow­ca prześli­zgnął się wzro­kiem po pu­blicz­ności, po­tem na­tar­czy­wie wpa­trzył w swoją ofiarę. Cze­kał. Gdy Księżycki odwrócił się może po mi­nu­cie, Ziel­ny lek­ko skinął na nie­go ręką. Buk­ma­cher w pierw­szej chwi­li udał, że tego nie za­uważył, ale gest nie umknął uwa­dze ka­pi­ta­na z żółtymi lam­pa­sa­mi. Woj­sko­wy wska­zał buk­ma­che­ro­wi taj­nia­ka i cho­ciaż nie mógł wie­dzieć, komu wyświad­cza uprzej­mość, nie­mniej Ziel­ny i tak zre­wanżował się uchy­le­niem ka­pe­lu­sza. Buk pod­szedł z miną, jak­by do­pie­ro co opuścił ga­bi­net den­ty­sty.

– Dzień do­bry, pa­nie Księżycki. – Taj­niak odwrócił się w stronę toru, na którym w blo­kach star­to­wych usta­wia­no po­de­ner­wo­wa­ne ko­nie. – Nie cie­szy się pan?

– Bar­dzo się cieszę, pa­nie star­szy przo­dow­ni­ku. – Buk­ma­cher stanął obok. Z da­le­ka mu­sie­li wyglądać jak dwaj ki­bi­ce nie­mogący po­wstrzy­mać się od ko­men­to­wa­nia na bieżąco przed­ostat­niej już, dzie­wiątej go­ni­twy. – Co pan ob­sta­wia?

– Cie­bie ob­sta­wiam, Księżyc. – Ziel­ny uśmiechnął się tak złośli­wie, że jad mało nie po­ciekł mu z ust na nowy, błękit­ny kra­wat. – I postępy w dzie­dzi­nie re­so­cja­li­za­cji na­sze­go więzien­nic­twa. Wy­szedłeś, w dziw­kach nie ro­bisz, ko­ni­ki so­bie oglądasz… A bar­dziej po­do­bają ci się klacz­ki czy nadal ogie­ry?

– Aku­rat pan mi się nig­dy nie po­do­bał! – burknął Księżycki.

– Łamiesz mi ser­ce! – wes­tchnął te­atral­nie wy­wia­dow­ca. – Czyżbym się po­sta­rzał?

– Nic pan na mnie nie ma!

– Księżycu, słonko ty moje lip­co­we! – Ziel­ny przewrócił ocza­mi, jak­by już był wieczór i pan­na Ko­ma­row­ska, na­stro­jo­na wesołymi son­ga­mi z Za­po­mnia­nej me­lo­dii, wkładała mu właśnie rączkę pod ramię. – A gdy­bym tak pod­szedł do tam­te­go ofi­ce­ra i za­py­tał, czy płacąc ci za zakład, przy­pad­kiem nie do­tknął two­jej ręki? „Radzę uważać, pa­nie ka­pi­ta­nie, to pe­dzik”. Zresztą po co mie­szać w na­sze spra­wy za­raz taką szarżę! Mogę so­bie po­ga­dać z in­nym bu­kiem i mi­mo­cho­dem zdzi­wić się, że taką, bądź co bądź, męską pracą zaj­mu­je się pod­sta­rzała cio­ta. Mógłbym też po­szu­kać two­ich koleżków spod celi, ale nie chce mi się, za dużo ro­bo­ty… Tak czy siak, za­wsze będę coś na cie­bie miał, Księżyc. – Taj­niak złapał go za nad­gar­stek. – Póki śmierć nas nie rozłączy. Trup w staj­ni – wy­pa­lił. – Co to za je­den?

– Mnie pan pyta? – Księżycki wy­rwał rękę. – Słyszałem, że był wy­pa­dek, że koń kogoś kopnął, ale co to za je­den, to chy­ba ra­czej po­li­cja po­win­na wie­dzieć.

Taj­niak przez chwilę ob­ser­wo­wał czar­ne­go wierz­chow­ca, który wyraźnie rwał się do bie­ga­nia, ale za nic nie chciał stanąć w blo­ku star­to­wym.

– Nie przed­sta­wił się, wy­obraź so­bie – wy­ce­dził, prze­nosząc wzrok na daw­ne­go in­for­ma­to­ra. – Ale sko­ro kręcił się przy ko­niach, ktoś tu­taj mu­siał go znać. Po­py­tasz ko­legów, od­no­wi­my dawną przy­jaźń… Cze­kam tu na cie­bie za pół go­dzi­ny, bo… – Wy­wia­dow­ca sięgnął do kie­sze­ni i dys­kret­nie wy­sunął obrączki kaj­da­nek.

Za jego ple­ca­mi z trza­skiem otwo­rzyły się blo­ki star­to­we. Ko­nie ru­szyły.

– Zro­bię, co się da – obie­cał wresz­cie buk.

– Nie co się da, tyl­ko w zębach mi przy­nie­siesz jego per­so­na­lia, a na­wet nu­mer kołnie­rzy­ka, Księżyc!

Ziel­ny przysłonił oczy przed słońcem dasz­kiem z własnej dłoni. Ko­nie szły równo, kur­du­plo­wa­ci dżoke­je w ko­lo­ro­wych kurt­kach lub woj­sko­wych mun­du­rach uno­si­li się nad ich grzbie­ta­mi. To nie po to jest siodło, żeby sie­dzieć na nim dupą? Taj­niak nie mógł się temu na­dzi­wić, ale pod­eks­cy­to­wa­na pu­blicz­ność nie wi­działa w ich po­zy­cji ni­cze­go nie­na­tu­ral­ne­go.

*

Masz­ta­lerz Dąb trzy­mał klacz za uzdę i uspo­ka­jał piesz­czo­tli­wym głosem. Jed­nakże ile razy Ha­iti łypnęła śle­piem na stojącego pod ścianą bok­su ko­mi­sa­rza Ma­cie­jew­skie­go, ty­le­kroć on umac­niał się w prze­ko­na­niu, że musi ist­nieć jakaś głęboko za­kon­spi­ro­wa­na końska między­na­rodówka. Tę kobyłę wi­dział pierw­szy raz w życiu, a jed­nak nie­na­wi­dziła go po­dob­nie jak wszyst­kie inne szka­py, do których zbliżał się na trzeźwo. Ostat­ni raz wierz­chem je­chał pra­wie dwa­dzieścia lat temu, pod­czas woj­ny, kie­dy i pol­skie ko­nie, i lu­dzie też na ogół chwi­lo­wo za­wie­si­li pry­wat­ne ani­mo­zje. By później z ulgą do nich powrócić…

– Przy­dałby się od­lew, pa­nie kie­row­ni­ku – po­wie­dział Fałnie­wicz. Przy­kuc­nięty za końskim za­dem, trzy­mał między ko­la­na­mi pra­we tyl­ne ko­py­to Ha­iti.

Zyga przełknął ślinę.

– Nie. Trze­ba zdjąć i za­bez­pie­czyć pod­kowę. Wolę mieć ślady krwi. Stąd je widzę.

– Tak, wi­docz­ne – po­twier­dził wy­wia­dow­ca. – Ale nie ro­zu­miem, jak to możliwe, żeby jed­no­cześnie udu­sze­nie, jak mówił pan kie­row­nik, i kop­nięcie…

Ko­mi­sarz obojętnie wzru­szył ra­mio­na­mi. Tak czy siak, zaj­mując się jed­nym śla­dem, nie za­bez­pie­czy dru­gie­go. Któryś trze­ba było wy­brać, a jak przy­pusz­czał Ma­cie­jew­ski, jeśli nie znaj­dzie świadków, sędzia śled­czy bar­dziej do­ce­ni krew. La­bo­ra­to­ryj­ne stwier­dze­nie jej iden­tycz­ności z krwią za­bi­te­go byłoby moc­niej­szym do­wo­dem niż zgod­ność od­le­wu z raną. No i w ra­zie cze­go sąd będzie się cze­piać dok­to­ra Krępie­la, a nie śled­czych na oko­licz­ność nie­pra­widłowe­go sporządze­nia od­le­wu. Również wy­so­ko uro­dzo­ne­mu właści­cie­lo­wi ko­nia trud­niej będzie się wykręcić.

– Komu wol­no tu było wcho­dzić, pa­nie Dąb? – spy­tał Zyga.

– Ni­ko­mu – od­po­wie­dział tam­ten piesz­czo­tli­wym to­nem, którego me­lo­dia była prze­zna­czo­na dla kla­czy, a je­dy­nie treść dla po­li­cjantów. – Ni­ko­mu poza pra­cow­ni­ka­mi księcia.

– Więc tam­ten – ko­mi­sarz wska­zał ciało przy­kry­te końską derką – sam so­bie wi­nien, pańskim zda­niem?

– Tak… Spo­koj­nie, spo­koj­nie, Ha­iti… Sam so­bie wi­nien! Sta­jen­ny spro­wa­dzi pod­ku­wa­cza.

Klacz szarpnęła się gwałtow­nie, jed­nak nie z po­wo­du słów masz­ta­le­rza ani gęby Ma­cie­jew­skie­go. Do nie­go opor­nie, bo opor­nie, jed­nak za­czy­nała przy­wy­kać. Na­to­miast u wejścia do bok­su stanął Czesław Rud­niew­ski, nie­spełna czter­dzie­sto­let­ni mężczy­zna w czar­nym trzyczęścio­wym gar­ni­tu­rze i półbu­tach lśniących tak, jak ko­mi­sa­rzo­wi nig­dy nie błysz­czały na­wet la­kier­ki, nie mówiąc o mun­du­ro­wych ofi­cer­kach. Mimo upału w prze­ci­wieństwie do po­li­cjantów nie pocił się ani trochę. Mógłby być an­giel­skim lor­dem, jed­nak zo­stał tyl­ko sędzią śled­czym Sądu Okręgo­we­go w Lu­bli­nie. Sądząc po ostrożnych ru­chach, i on nie pałał za­ufa­niem do koni. Ro­zej­rzał się tyl­ko, jak­by dla za­zna­cze­nia swo­jej obec­ności zba­dał pal­cem pu­sty hak wbi­ty w belkę przy wejściu, wresz­cie skinął na Zygę.

– Przejdźmy się, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Zre­fe­ru­je pan, co do­tych­czas wy­ko­na­no.

Idąc obok sie­bie między staj­nia­mi, wyglądali jak ale­go­ria po­go­dze­nia burżuazji z pro­le­ta­ria­tem, cho­ciaż sędzia pre­zen­to­wałby się le­piej, gdy­by wciąż nosił me­lo­nik, jak jesz­cze kil­ka lat wcześniej. Można by ich dać na pla­kat wy­bor­czy BBWR-u.

– Czuję się w obo­wiązku uprze­dzić pana, pa­nie ko­mi­sa­rzu, że w tej spra­wie z pew­nością będą na­ci­ski – mówił ci­cho Rud­niew­ski. – Wy­sta­wa, wy­so­cy urzędni­cy, przyszłość wie­lu ho­dow­li oko­licz­ne­go zie­miaństwa, a tym­cza­sem taki włos w ro­so­le. Przy­pusz­czam, że presję będzie wy­wie­rać się ra­czej na pana, bo mało kto z własnej woli przy­cho­dzi do sędzie­go śled­cze­go.

– Pan też czy­tał Kafkę? – Zyga uśmiechnął się lek­ko. – Po­radzę so­bie, może pan być pe­wien.

– Je­stem pe­wien, pa­nie ko­mi­sa­rzu. – Praw­nik kiwnął głową. – Co pan pro­po­nu­je na początek?

– Sek­cja, a jeśli nie uda się usta­lić tożsamości, pro­po­no­wałbym po­pra­wić mu wygląd i zro­bić zdjęcia do ga­zet. In­a­czej nie ma mowy, żeby ktoś go roz­po­znał… Aha, i po­le­ciłem zdjąć pod­kowę, żeby spraw­dzić krew z ko­py­ta tej kla­czy.

Rud­niew­ski zdjął ka­pe­lusz i w zamyśle­niu otarł czoło białą wy­kroch­ma­loną chustką.

– Pa­nie ko­mi­sa­rzu, za­wsze współpra­co­wa­liśmy przykład­nie, ale po co panu ta krew z ko­py­ta? Chy­ba żeby zwrócić uwagę sądu na od­po­wie­dzial­ność właści­cie­la ko­nia! Mamy do czy­nie­nia ze śmier­tel­nym wy­pad­kiem z po­wo­du czy­je­goś za­nie­dba­nia. Ofia­ry nie po­win­no tu być, a ktoś tego nie do­pil­no­wał. To po­win­niśmy zba­dać.

Ma­cie­jew­ski nie miał wątpli­wości, że na­ci­ski nie tyle będą, ile już się zaczęły. Zwy­kle Rud­niew­ski ma­ni­fe­sto­wał swą nie­za­wisłość do obrzy­dli­wości, lecz koń księcia Cze­twer­tyńskie­go naj­wi­docz­niej był ważną fi­gurą na­wet dla nie­go. Który to ce­zar zro­bił swoją kobyłę se­na­to­rem? Zyga nie pamiętał, nie przykładał się w szko­le do łaci­ny ani hi­sto­rii sta­rożyt­nej.

– Pa­nie sędzio, nie ma tu pro­ku­ra­to­ra, bo jest nie­dzie­la, święto, czer­wo­na kart­ka w ka­len­da­rzu. Ale pan jest, bo pan wie, co obaj ro­bi­my i po co. Ni­cze­go nie zakładam. Po pro­stu są rany twa­rzy, jest krew na ko­py­cie, więc zróbmy to porządnie, sko­ro mamy do­wo­dy.

– Mamy zby­teczną re­dun­dancję do­wodów, pa­nie ko­mi­sa­rzu! – Rud­niew­ski ukłonił się sztyw­no i od­szedł parę kroków w stronę uli­cy. – Aha! – przy­po­mniał so­bie. – Jeżeli jed­nak usta­li pan win­ne­go za­nie­dba­nia, nie żądam, aby go pan za­trzy­my­wał. To po­zo­sta­wiam do pańskie­go uzna­nia.

Zyga wes­tchnął ciężko.

– Mam jesz­cze py­ta­nie, pa­nie sędzio. – Czuł, że nie jest to od­po­wied­ni mo­ment, ale prze­cież mu­siał cho­ciaż spróbować.

– Tak? Słucham pana.

– Nie wie pan przy­pad­kiem, jak skończył się mecz?

– Jaki mecz? – Rud­niew­ski spoj­rzał na nie­go jak na wa­ria­ta.

– Nie­ważne… – Zgnębio­ny Ma­cie­jew­ski uchy­lił ka­pe­lu­sza.

*

Opar­ty o ba­rierkę Ziel­ny z ape­ty­tem przyglądał się pa­niom na try­bu­nach. Co praw­da te, które to­wa­rzy­szyły wyższym szarżom i do­sto­jeństwu ze sta­ro­stwa, mogłyby go za­in­te­re­so­wać nie wcześniej niż po pięciu głębszych, jed­nakże córecz­ki to była całkiem inna spra­wa…

Szczególnie na wi­dok jed­nej, z długi­mi lo­ka­mi kasz­ta­no­wych włosów roz­sy­pa­nych na sze­ro­kim kołnie­rzu kre­mo­wej su­kien­ki, w prze­ciętnie opłaca­nym star­szym przo­dow­ni­ku Służby Śled­czej obu­dził się in­stynkt łowcy. W za­sa­dzie była nie­co za chu­da jak na jego gust, ale już od ja­kie­goś cza­su po­do­bały mu się wszyst­kie mające, przy­najm­niej na oko, mniej niż dwa­dzieścia lat, no chy­ba że obciążone wi­docz­nym ka­lec­twem. Za­ru­mie­nio­na z emo­cji dziew­czy­na co chwi­la pod­no­siła do oczu woj­skową lor­netkę, po czym wy­mie­niała uwa­gi ze szpa­ko­wa­tym pułkow­ni­kiem, za­pew­ne oj­cem, oraz młodym po­rucz­ni­kiem, ku­zy­nem lub absz­ty­fi­kan­tem. Pułk dwu­dzie­sty czwar­ty, wy­wia­dow­ca bezbłędnie roz­po­znał po bar­wach, bo kil­ka­krot­nie zda­rzyło mu się odstąpić od wy­le­gi­ty­mo­wa­nia kraśnic­kich ułanów w bur­de­lach sto­li­cy wo­jewództwa, chy­ba że miał wspar­cie Fałnie­wi­cza albo mun­du­ro­wych pod bo­kiem…

„Gli­na nie urzędnik, musi mieć wy­obraźnię”, jak kie­dyś po­wie­dział kie­row­nik Ma­cie­jew­ski, i Ziel­ny wy­obraźnię miał: na służbie prak­tyczną, by nie­po­trzeb­nie nie do­stać w mordę, za to do ko­biet wręcz ar­ty­styczną. Patrząc na try­bunę, ocza­mi taj­niac­kiej du­szy wi­dział tę dziew­czynę nagą, ga­lo­pującą bez siodła na dia­bo­licz­nie czar­nym ko­niu, jed­nym z tych, które bu­dziły ero­tycz­ny wręcz ru­mie­niec na po­licz­kach pan­ny. Jakiś fa­cet na­ma­lo­wał na­wet po­dob­ny ob­raz, tyl­ko gdzie wy­wia­dow­ca mógł go wi­dzieć?… W ga­ze­cie? W kro­ni­ce fil­mo­wej PAT-u? Od czasów kur­su dla przo­dow­ników po­li­cji brzy­dził się końmi, ale dla ta­kiej mógłby zro­bić wyjątek i ga­lo­po­wać za nią, patrząc na ryt­micz­nie pod­ska­kujący tyłek. Gdy już by do­gnał…

– Je­stem, pa­nie star­szy przo­dow­ni­ku.

Wy­wia­dow­ca z niechęcią spoj­rzał na pociągłą twarz Księżyc­kie­go. Taj­niak nie był prze­cież gor­szy niż tam­ten po­rucz­ni­czy­na obok pan­ny! Gdy­by to Ziel­ne­go ubrać w mun­dur z ko­ali­cyjką i za­miast ka­pe­lu­sza na­sa­dzić na łeb ro­ga­tywkę z białym oto­kiem, wąchałby za­pach mydła kwia­to­we­go i per­fum, ura­biał dziew­czynę na wieczór, a nie han­dry­czył się z kon­fi­den­ta­mi.

– Spóźniłeś się pięć mi­nut – burknął wy­wia­dow­ca, spoglądając na ze­ga­rek. – No i?

– Nikt go nie znał. – Księżycki jak na złość zasłonił wi­dok na ki­bi­cującą pannę. – Jak Boga ko­cham, pa­nie star­szy przo­dow­ni­ku!

– Nie­dzie­la nie­dzielą, ale coś ty się na­gle zro­bił taki pobożny? – syknął Ziel­ny. – Jak to nikt go nie znał? Ktoś mu­siał znać.

– Wie­le się do­wie­działem, pa­nie star­szy przo­dow­ni­ku. Buki wi­działy kil­ku­na­stu kie­szon­kowców, ale nie stąd. A naj­dziw­niej­sze, że ni­ko­mu nic nie zginęło – sypał Księżycki. – Był też sta­ry Mysz­kow­ski, cho­ciaż po od­siad­ce po­dob­no prze­szedł na eme­ry­turę. Trochę kom­bi­na­cji z końmi, bo na przykład Ajaks, mu­ro­wa­ny fa­wo­ryt w dru­giej go­ni­twie, na­gle oku­lał na pierw­szej pro­stej, a…

– Co ty mi o ja­kichś kobyłach opo­wia­dasz, Księżyc?! – Ziel­ny boleśnie ścisnął jego łokieć i od­pro­wa­dził spod try­bu­ny. Wol­nym kro­kiem ru­szy­li w kie­run­ku staj­ni. – O tru­pa cho­dzi!

– Zda­rzają się wy­pad­ki…

– To nie był wy­pa­dek! – Ko­rzy­stając z tego, że ze­szli z ludz­kich oczu, taj­niak wykręcił Księżyc­kie­mu rękę.

– Pa­nie Ziel­ny ko­cha­ny, niech pan się za­sta­no­wi! – jęknął in­for­ma­tor. – Co mogę wie­dzieć, sko­ro cały czas byłem na try­bu­nach? I co mogą tak szyb­ko wie­dzieć inne buki? To był jakiś zupełnie obcy człowiek!

– Obcy człowiek… – powtórzył pod no­sem wy­wia­dow­ca. Puścił Księżyc­kie­go i przy­ja­ciel­sko klepnął w ple­cy.

Szli obok toru, ścieżką po­zna­czoną od­ci­ska­mi końskich ko­pyt. Buk­ma­cher w mil­cze­niu postępował obok taj­nia­ka, jak­by ktoś przy­kuł go do nie­go nie­wi­dzial­ny­mi kaj­dan­ka­mi. Bał się, ale to, za­miast cie­szyć, jesz­cze bar­dziej drażniło Ziel­ne­go. Bo co może robić obcy człowiek w staj­ni? W nocy, na wsi – kraść ko­nie, to ja­sne. W żad­nym ra­zie nie na kra­jo­wej wy­sta­wie w biały dzień.

– Niech pan uważa!

In­for­ma­tor ostrzegł go o pół se­kun­dy za późno. Wy­wia­dow­ca zdążył zro­bić krok i po­czuł, że but z ci­chym mlaśnięciem za­pa­da się kil­ka cen­ty­metrów. Spoj­rzał pod nogi. Trze­wik, sznu­ro­wadło, a na­wet man­kiet no­gaw­ki spodni były uma­za­ne w prze­tra­wio­nym owsie i źdźbłach sia­na.

– Pan się tak nie mar­twi, pa­nie star­szy przo­dow­ni­ku! – Mina Księżyc­kie­go była tak pełna współczu­cia, że zabić gada to mało! – Od­pie­rze się…

– Spływaj! Tyl­ko nie myśl cza­sem, że z tobą skończyłem. – Wściekły taj­niak bez słowa ru­szył w stronę staj­ni.

– Zresztą na gli­nie gówna nie znać – dodał ci­cho buk­ma­cher.

*

War­to było przy­je­chać na ko­mi­sa­riat! – Ma­cie­jew­ski ser­decz­nie uścisnął dłoń po­ste­run­ko­we­go, który z nie­do­wie­rzającą miną wy­sta­wił rękę przez ba­rierkę dla in­te­re­santów.

– Dziękuję, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

– To ja wam dziękuję! – Zyga otwo­rzył so­bie bramkę i ru­szył po scho­dach za swo­imi taj­nia­ka­mi.

Ta nie­dzie­la nie była tak pa­skud­na, jak mogłoby się wy­da­wać! Dyżurny wie­dział wszyst­ko: że Unia zwy­ciężyła 1 : 0 po ta­kim strza­le Chri­sta, że bram­karz le­gio­nistów, cho­ciażby się ze­srał, nie miał szans jej obro­nić. Ko­mi­sarz żałował tyl­ko, że lu­bli­nia­nie nie wy­ko­rzy­sta­li prze­wa­gi, kie­dy Pysz­kie­wicz, jed­nak na­prawdę kon­tu­zjo­wa­ny, opuścił bo­isko i Le­gia grała w dzie­sięciu. Ale i tak dwa punk­ty w ta­be­li: całkiem nieźle jak na pierw­szy mecz eli­mi­na­cji. Ku­bi­ca wy­do­brze­je, to może na re­wanżu uda się zro­bić re­mis, z Zagłębiem unio­niści dadzą so­bie radę… Po­zo­sta­wał Union-To­uring i tu mogło być kru­cho, łodzia­nie po­tra­fi­li robić nie­spo­dzian­ki.

Właści­wie jest oka­zja, żeby wypić! Ko­mi­sarz po­smut­niał.  Ta­kie święto, a on musi się ba­brać w tru­pach i końskim gno­ju. Może by cho­ciaż małe piw­ko, za­nim się wezmą do ro­bo­ty?…

Zre­zy­gno­wał z tego po­mysłu na wi­dok swo­je­go zastępcy, którego również wyciągnięto z domu. Kraft, poukłada­ny i porządny jak własne biur­ko ewan­ge­lik, odmówiłby uczest­nic­twa w święto­wa­niu zwy­cięstwa. Nie doniósłby, oczy­wiście, jed­nak psułby hu­mor pra­worządną miną.

Za to nie­wy­raźną minę miał Ziel­ny.

– Niech pan nie myśli, pa­nie kie­row­ni­ku, że nie przy­cisnąłem Księżyc­kie­go jak należy. – Spoj­rzał wście­kle na sze­ro­kie, mod­nie opa­dające na ob­cas buta man­kie­ty spodni. Wciąż roz­ta­czały lek­ki za­pach końskie­go łajna, cho­ciaż już mniej za­uważalny niż w taksówce pana Flor­cza­ka, który odwiózł wy­wia­dowców na ko­mi­sa­riat. – Przy lu­dziach nie mogłem przy­wa­lić, ale fa­cho­wo mu po­gro­ziłem.

– No to usiądź, bo żeś się umor­do­wał… – Zyga wska­zał krzesło naj­pierw jemu, po­tem dru­gie­mu z taj­niaków, który cały czas trzy­mał w ręku pa­pie­rową torbę z pod­kową zdjętą z ko­py­ta kla­czy. Dała ją so­bie odkuć całkiem spo­koj­nie, wy­star­czyło, że Ma­cie­jew­ski wy­szedł z bok­su.

– To może być istot­ny dowód, Gie­nek. – Ko­mi­sarz za­brał torbę wy­wia­dow­cy i położył na uporządko­wa­nym biur­ku Kra­fta. – Tyl­ko póki co pan sędzia Rud­niew­ski nie ma na nie­go ocho­ty.

Zastępca kie­row­ni­ka wy­działu roz­winął pa­pier i zaj­rzał do środ­ka.

– Ślady krwi. – Spoj­rzał py­tająco na Zygę.

– Ano właśnie… – Ten po­ki­wał głową. – De­nat nie ma tożsamości ani zna­jo­mych, ale jest krew. Może ona coś nam po­wie?

– Pan kie­row­nik myśli spraw­dzić, komu nasz de­nat wi­nien płacić ali­men­ty? – Ziel­ny uśmiechnął się kwaśno, sta­rając się nie pa­trzeć na po­bru­dzo­ne spodnie, jed­nak ciem­ne pla­my hip­no­tycz­nie przy­ciągały jego wzrok.

– Myślę je­dy­nie o tym, żeby nikt się do nas nie przy­cze­pił. A zwłasz­cza do tych z nas, którzy wy­ta­rza­li się wpraw­dzie w końskim łaj­nie, ale gówno przy­nieśli. – Ma­cie­jew­ski przy­szpi­lił go spoj­rze­niem. – Unia do­ko­pała Le­gii i mam niezły dzień, ale ju­tro mi przej­dzie. Więc cze­go dokład­nie nie po­wie­dział ci twój kapuś?

– Dał mi tyl­ko jed­no in­te­re­sujące na­zwi­sko: Mysz­kow­ski. Mnie, pa­nie kie­row­ni­ku, ono nic nie mówi, ale Księżyc po­wie­dział to w taki sposób, jak­by po­win­no… – Taj­niak za­wie­sił głos.

– Mysz­kow­ski? – Kraft sta­ran­nie za­winął brze­gi tor­by i sięgnął do szu­fla­dy, gdzie na równej kup­ce leżały czy­ste me­trycz­ki śladu do­wo­do­we­go. – Mysz­kow­ski już daw­no wy­szedł z fe­raj­ny. Eme­ryt.

– Po­wie­dział pan ko­mi­sarz: eme­ryt? – za­sta­no­wił się Fałnie­wicz. – Pod­czas ob­ser­wa­cji rzu­cił mi się w oczy taki star­szy ele­ganc­ki fa­cet. Na moje oko przy­szedł na do­linę, ale za rękę nie złapałem.

– Jeśli to ten, co myślę, to nie będzie w kar­to­te­ce… – Ma­cie­jew­ski po­skro­bał się po nie­do­go­lo­nym po­licz­ku i otwo­rzył szafę z daw­ny­mi ak­ta­mi. Sięgnął na naj­niższą półkę, by wyciągnąć sta­ry al­bum iden­ty­fi­ka­cyj­ny w pod­nisz­czo­nej płócien­nej opra­wie.

Fałnie­wicz, zaglądając przez ramię kie­row­ni­ko­wi kart­kującemu al­bum, za­uważył bo­sych chłopów w woj­sko­wych szy­ne­lach, sfo­to­gra­fo­wa­nych w po­zach jak na zdjęciach pamiątko­wych przed po­bo­rem do woj­ska. Na in­nej kar­cie wkle­jo­no czte­rech młodo­cia­nych złodziei, usta­wio­nych od naj­wyższe­go do naj­niższe­go, kil­ka ko­lej­nych zapełniały prze­stra­szo­ne ko­bie­ty z ubra­nia przy­po­mi­nające służące. Ten zbiór oso­bli­wości pamiętał jesz­cze oku­pację au­striacką, wska­zy­wały na to daty pod pierw­szy­mi zdjęcia­mi. Ko­lej­ne robiła Mi­li­cja Lu­do­wa tuż po od­zy­ska­niu nie­pod­ległości, również aranżując żywe ob­ra­zy, zależne chy­ba tyl­ko od ar­ty­stycz­nej fan­ta­zji fo­to­gra­fa. Do­pie­ro na początku lat dwu­dzie­stych zaczęło to przy­po­mi­nać kar­to­tekę po­li­cyjną.

– Ten! – Gru­by pa­lec taj­nia­ka spoczął na potrójnym zdjęciu sta­tecz­ne­go mężczy­zny w śred­nim wie­ku. Na środ­ko­wej fo­to­gra­fii spoglądał w obiek­tyw z fi­lo­zo­ficzną za­dumą, na pra­wej widać było włosy za­cze­sa­ne na pożyczkę, na le­wej wy­bie­rał się na prze­chadzkę ubra­ny w płaszcz pod­szy­ty fu­trem i czar­ny me­lo­nik.

– Hi­po­lit Mysz­kow­ski, więc jed­nak… – Zyga po­ki­wał głową. – Tyle lat bez pa­ra­gra­fu i te­raz miałby wrócić do branży? Je­steś pe­wien, Fałnie­wicz, że nie przy­szedł oglądać koni?

– Na ko­nie to aku­rat naj­mniej zwra­cał uwagę – po­twier­dził taj­niak. – Ob­cho­dzi­li go lu­dzie.

– Eme­ry­tom się nie prze­le­wa. – Ziel­ny po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. – Po­sta­no­wił do­ro­bić.

– No to spraw­dzi­my, czy nie prze­kro­czył pro­gu po­dat­ko­we­go. – Ma­cie­jew­ski pod­niósł słuchawkę te­le­fo­nu. – Dyżurny? Po­trze­buję jed­ne­go mun­du­ro­we­go w celu do­pro­wa­dze­nia… Nie, nie będzie nie­bez­piecz­ny, to wyjątko­wo kul­tu­ral­ny złodziej.

*

Miło, że nas pan od­wie­dził, pa­nie Mysz­kow­ski. – Ko­mi­sarz wska­zał krzesło przed swo­im biur­kiem.

Star­szy mężczy­zna wciąż miał na so­bie trzyczęścio­wy let­ni gar­ni­tur, zwężający mu ra­mio­na i łydki, jak­by wy­szedł od kraw­ca co naj­mniej dzie­sięć lat wcześniej. Jed­nakże ra­czej nie było to możliwe, wte­dy Mysz­kow­ski do­pie­ro do­bi­jał końca od­siad­ki na Zam­ku.

– Pan ko­mi­sarz kazał sia­dać. – Po­ste­run­ko­wy z pa­skiem czap­ki pod brodą położył mu ciężką dłoń na ra­mie­niu.

Ma­cie­jew­ski ge­stem po­zwo­lił się od­mel­do­wać i do­pie­ro kie­dy ci­cho kłapnęły drzwi, z ciężkim wes­tchnie­niem otwo­rzył cienką jesz­cze teczkę z ak­ta­mi.

– Wi­dzia­no pana dziś na wyści­gach kon­nych, pa­nie Mysz­kow­ski. Co pan tam robił?

– Oglądałem go­ni­twy. – Eme­ry­to­wa­ny złodziej obciągnął man­kie­ty ko­szu­li. – A co in­ne­go można robić na wyści­gach, zda­niem pana ko­mi­sa­rza?

– Ja pana zupełnie nie ro­zu­miem, pa­nie Mysz­kow­ski… – Zyga oparł się łokcia­mi o biur­ko, jak­by przy­gnia­tał go nie tyl­ko ciężar po­li­cyj­nej biu­ro­kra­cji, ale też szcze­ra tro­ska o pokój w Eu­ro­pie i przyszłość Ligi Na­rodów. – Si­wowłosy, poważany człowiek, jeśli pa­trzeć w na­sze kar­to­te­ki, wręcz per­so­na pu­blicz­na, a wyciąga ręce do kaj­da­nek jak pierw­szy lep­szy ama­tor. Jesz­cze raz: co pan tam robił na tych cho­ler­nych wyści­gach?

Sta­ry do­li­niarz spoj­rzał na nie­go z nie­sma­kiem, po­tem z za­do­wo­le­niem na swo­je dłonie, równo złożone na krawędzi biur­ka. Można by pomyśleć, że za­bie­rał się do je­dze­nia nie­wi­dzial­nych krabów albo ostryg. Nie­ste­ty, ze­psuło mu ape­tyt cha­midło na­prze­ciw, nie tyl­ko używające wul­ga­ryzmów, lecz w do­dat­ku trzy­mające łokcie na sto­le.

– Jak wspo­mniałem panu ko­mi­sa­rzo­wi, miałem ka­prys przyglądać się jed­ne­mu z naj­ważniej­szych wy­da­rzeń w życiu na­sze­go mia­sta – po­wie­dział ze spo­ko­jem. – W życiu nie tyl­ko spor­to­wym, ale również han­dlo­wym i to­wa­rzy­skim. Jako eme­ryt mam chy­ba szczególne pra­wo do tego ro­dza­ju ka­prysów, a poza tym po­zwolę so­bie za­uważyć, że zgarnęliście mnie bez fantów.

– Za mądry pan jest, żebyśmy zgarnęli z fan­ta­mi. – Ma­cie­jew­ski sięgnął po pa­pie­ro­sa.

– Wol­no panu palić tytoń w go­dzi­nach urzędo­wa­nia? I to pod­czas wy­ko­ny­wa­nia czyn­ności? – Mysz­kow­ski z fra­sun­kiem zmarsz­czył czoło. – A tak przy oka­zji spy­tam: zginęło coś komuś?

– Pan do­brze wie, że nie cho­dzi mi o to, czy komuś coś zginęło. – Ko­mi­sarz zgniótł gilzę i włożył so­bie pa­pie­ro­sa do ust. Zaczął grze­bać w zapałkach, szu­kając nie­spa­lo­nej. – Mam na głowie zabójstwo.

– To bar­dzo przy­kre. – Sta­ry złodziej smut­no po­ki­wał głową. – Ta­kie to­wa­rzy­stwo, ta­kie go­ni­twy, a po­zo­sta­nie nie­smak… Chętnie bym pomógł, nie­ste­ty nie znałem człowie­ka.

– Jak przy­cho­dzi co do cze­go, pan nig­dy ni­ko­go nie zna! – warknął Zyga. Wszyst­kie zapałki w pudełku miały zwęglo­ne łebki, a eme­ry­to­wa­ny złodziej po­gry­wał so­bie z nim, bo do­brze wie­dział, sta­ry ru­ty­niarz, że ko­mi­sarz nic na nie­go nie ma. – Którego człowie­ka nie znał pan tym ra­zem?

– Tego, co świeć Pa­nie nad jego duszą. – Do­li­niarz wes­tchnął nabożnie. – Pan ko­mi­sarz wie, że pa­sja­mi lubię na­sze kon­wer­sa­cje, po­dej­rze­wam jed­nak, że musi pan być te­raz nad­to za­afe­ro­wa­ny. Więc wsa­dza mnie pan na czter­dzieści osiem czy mogę iść do domu?

Ma­cie­jew­ski zna­lazł wresz­cie nie­spa­loną zapałkę i po chwi­li zaciągnął się pa­pie­ro­sem.

– Pa­nie Mysz­kow­ski, zbyt pana sza­nuję, aby pomyśleć, że po­szedł pan na hi­po­drom kraść port­fe­le pa­nom ofi­ce­rom. Gdy­by tak było, nie stałby pan na wi­do­ku, by wszy­scy moi taj­nia­cy mo­gli so­bie pana obej­rzeć. Za to całkiem możliwe, że wszedł pan w spółkę z czyn­ny­mi złodzie­ja­mi i po­szedł tam na wa­bia. Na­prawdę nie chciałbym uprzy­krzać panu życia, ale sko­ro wrócił pan do za­wo­du, to nie mam in­ne­go wyjścia…

– Niech mnie pan nie stra­szy, bo za­cznę się jąkać. – Mysz­kow­ski z cier­piętniczą miną spoj­rzał na ze­ga­rek. – Pra­wie go­dzinę pan stra­cił. Nie znam za­bi­te­go i aku­rat panu nie­ba bym przy­chy­lił, nie­ste­ty fa­cet nie żyje, więc jak mam się do­wie­dzieć, kto miał do nie­go złość? Każe pan zdjąć pa­sek i sznurówki czy ko­lację zjem w spo­ko­ju?

– Pa­nie Mysz­kow­ski, dzi­siaj Unia do­ko­pała le­gio­ni­stom. I pan, i ja chętnie uczci­li­byśmy to wódką, niech pan nie sta­je sztor­cem, tyl­ko załatw­my to i miej­my z głowy – nie­mal po­pro­sił Zyga.

– Nie­ste­ty nie zaj­mu­je mnie piłka ko­pa­na – po­wie­dział z wyższością eme­ry­to­wa­ny złodziej. – Nie weźmie mnie pan pod włos. Co wie­działem, po­wie­działem, a pan ko­mi­sarz swo­je. Jak­by panu tak do­brze z oczu nie pa­trzyło, pomyślałbym, że chce mi pan coś przy­szyć w imię re­cy­dy­wy.

Ma­cie­jew­ski ściągnął brwi, pod­pi­sując prze­pustkę. Ktoś inny przyjąłby ją ze skwa­pli­wością, być może także ze źle skry­waną ulgą, ale sta­ry do­li­niarz zerknął na urzędowy dru­czek jak na wciśnięty mu na­chal­nie bi­let wi­zy­to­wy.

– Cha­rak­ter pi­sma bar­dzo się panu po­psuł – oce­nił ze współczu­ciem. – War­to roz­ważyć za­kup no­we­go pióra. Cóż, gdy­bym był jesz­cze czyn­ny za­wo­do­wo, pożyczyłbym od kogoś coś od­po­wied­nie­go dla pana ko­mi­sa­rza, ale w tej sy­tu­acji… Do miłego zo­ba­cze­nia.