Wydawca: Uroboros Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Gwiezdny wojownik. Działko szlafrok i księżniczka ebook

Katarzyna Berenika Miszczuk

3 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 307 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gwiezdny wojownik. Działko szlafrok i księżniczka - Katarzyna Berenika Miszczuk

Pełna absurdu, kosmiczna opowieść w stylu Autostopem przez galaktykę.

Załoga zebrana z łapanki wyrusza rozklekotanym złomem, by uratować Ziemię przed nadlatującą asteroidą. Kto zapomniał przykręcić działko, o co chodzi z czerwonym szlafrokiem i jaką rolę w tym wszystkim spełnia księżniczka?

Pierwszy tom cyklu.

Opinie o ebooku Gwiezdny wojownik. Działko szlafrok i księżniczka - Katarzyna Berenika Miszczuk

Fragment ebooka Gwiezdny wojownik. Działko szlafrok i księżniczka - Katarzyna Berenika Miszczuk

Katarzyna Berenika Miszczuk

GWIEZDNY WOJOWNIK

Działko, szlafrok i księżniczka

Copyright © by Katarzyna Berenika Miszczuk, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Dedykuję tę powieść mojemu Mężowi. Mam nadzieję, że udało mi się napisać chociaż trochę męską książkę.

1.

Był wysokim, postawnym mężczyzną o ramionach szerszych niż framuga drzwi. Jego postura, wyraz twarzy oraz rozkołysany krok sprawiały, że wielu schodziło mu z drogi.

Robert Misianowski, alias Misiek, był piątym śmiałkiem przyjętym na pokład Gwiezdnego Wojownika, pojazdu kosmicznego, którego imię wymyśliła pięcioletnia córka prezydenta. Zmusiła ona ojca do ochrzczenia tym idiotycznym imieniem maszyny, która miała uratować świat. Nikt nie uważał, że nazwa Gwiezdny Wojownik pasuje do nadgryzionego zębem czasu wehikułu, od którego powoli odpadały kolejne części. Na pewno nie uważał tak Misiek – główny mechanik.

Po raz ostatni spojrzał przez brudną szybkę na pas startowy. Wysyłali go na pewną śmierć. Za karę, rzecz jasna. Generał Borowik nie chciał wybaczyć mu rozbicia najnowocześniejszego śmigacza. A raczej pewnie by wybaczył, gdyby nie to, że Misiek rozbił go o wieżę Eiffla.

Misiek nie wiedział, o co cała afera. Nadrdzewiały symbol Francji powoli rozpadał się już od 2456 roku. Teraz, siedem lat później, w jednym kawałku utrzymywał się tylko dzięki jakimś japońskim robotom, tak małym, że nie było ich widać.

Robert nie wierzył w to, czego nie widział.

– Siadaj, Misiek – ponaglił go zmęczony głos za jego plecami.

– Pieprzony Armagedon – mruknął jeszcze mężczyzna, żeby ostatnie słowo należało do niego, a nie do komandora Wysockiego.

Jerzy Wysocki w rzeczywistości był niskim, zmęczonym życiem i alkoholem mężczyzną. Doświadczył w swoim krótkim życiu wielu pożegnań. Najpierw pożegnała go żona (teraz była żona), potem pożegnał go awans, a teraz żegnała go ta cholerna planeta. Co gorsza, żegnał go też alkohol. Obsługa stacji, z której startowali, kilka razy przeszukała pokład, żeby odnaleźć wszystkie starannie chomikowane przez niego butelki i puszki.

Chwała Bogu, przegapili zapasowy kanister paliwa ukryty w ładowni. Wysocki miał nadzieję, że podczas misji nie będą potrzebowali zapasowego paliwa. Wiedział natomiast, że on będzie potrzebował zapasowego kanistra wódki.

Już go trzęsło, ale musiał stawić się do odlotu trzeźwy, bo kazali mu dmuchnąć w jakiś cholerny balonik.

Myślałby kto, że nie pozwoliliby mu lecieć na rauszu. Ktoś przecież musiał uratować planetę. Tym kimś był właśnie on.

I oczywiście jego załoga.

Jeszcze raz zerknął na Miśka. Na szczęście olbrzym posłusznie zajął swoje miejsce. Jego skafander zaskrzypiał, napinając się na olbrzymim cielsku, gdy wepchnął się w zdecydowanie za mały jak na niego fotel.

Wysocki poruszył nogami, przyglądając się nowoczesnej (dwadzieścia lat temu…) materii, z której były uszyte ich stroje. Zdecydowanie mu się nie podobała. Uważał, że skafandry są gówniane. Częściowo dlatego, że były właśnie w takim kolorze.

Jeszcze raz pomyślał o okolicznościach, które sprawiły, że siedział w kapitańskim fotelu. Generał Borowik przedstawił mu sprawę jasno. Gdyby Jerzy odmówił skierowania na misję ratowania Ziemi, zostałby pozbawiony odznaczeń i karnie wydalony z wojska. Zjednoczona Armia Gwiezdna Ziemi miała już dość jego pijackich wyskoków.

Komandor nie zgadzał się z oskarżeniami, które kierowano pod jego adresem. Połowy występków, które usiłowano mu wmówić, nie pamiętał.

To powinno świadczyć na jego korzyść. A w każdym razie on tak uważał (sąd wojskowy uważał jednak zupełnie inaczej).

– Miło mi powitać was na pokładzie Gwiezdnego Wojownika – odezwał się do ludzi siedzących za jego plecami.

Nawet w jego uszach słowa te nie zabrzmiały szczerze. Nie zdziwił się, że nikt nie zareagował.

Kokpit nie był duży. Ledwo mieściło się tam siedem foteli. Komandor siedział z samego przodu, tuż przy panelu pełnym przycisków i wajch. Za jego plecami w dwóch rzędach stało sześć foteli. Obok siebie, po prawej ręce, miał nawigatora, który czujnie śledził monitory pokazujące trajektorię lotu i warunki pogodowe. Reszta załogi nie była mu potrzebna do pilotowania Gwiezdnego Wojownika.

– Startujemy na mój sygnał. – Wysocki władczo objął dżojstik. – Zaczynam odliczanie.

– Tak jest! – posłusznie odpowiedziała tylko jedna osoba.

Komandor obejrzał się zaskoczony, żeby spojrzeć na swoją pięcioosobową załogę: Jose Pikadło – nawigatora, Roberta Misianowskiego – mechanika, Natalie Bullet – strzelca, Sandrę Gelee – naukowca, i Stefana Strzykawkę – lekarza pokładowego, zwanego Dokiem. Byli to ludzie, od których miał otrzymać wsparcie. Którzy ryzykowali swoje życie, aby ocalić wiele istnień.

Westchnął ciężko.

Ci ludzie w żadnym wypadku nie mieli ochoty tego robić.

A w każdym razie nie chciał tego robić nikt oprócz pewnej farbowanej na ciemny brąz blondynki, której twarz ukryta była za grubymi szkłami okularów osadzonych na perkatym nosie. Sandra Gelee, jedyny ochotnik. Z pochodzenia Niemka, której nazwisko oznaczało galaretkę albo kisiel. Wysocki przyjrzał się jej uważnie. Mająca prawie dwa metry wzrostu kobieta wyglądała, jakby wylewała się ze zbyt ciasnego kombinezonu. Poza tym była podejrzanie… miękka.

Nazwisko idealnie do niej pasowało.

Sandra była na Ziemi naukowcem badającym rozmnażanie owadów. Komandor nie miał zielonego pojęcia, po jaką cholerę zgłosiła się na tę misję. W przestrzeni kosmicznej nie było owadów. Dałby nawet głowę, że na asteroidzie lecącej prosto na naszą planetę też nie było owadów. A jeśli nawet były, to i tak zostaną zniszczone za pomocą działka nuklearnego zamontowanego na dachu Gwiezdnego Wojownika.

Wysocki pomyślał, że ta biedna kobieta naprawdę musiała nienawidzić swojego życia, skoro zgłosiła się na samobójczą misję. Wszyscy członkowie załogi wiedzieli, że jeżeli nie uda się zestrzelić asteroidy, to będą zmuszeni wejść z nią w kurs kolizyjny. Musieli za wszelką cenę uratować Ziemię.

Potężna Niemka wzbudzała ogólne zainteresowanie. Przyglądała jej się też Natalie. Poza nią tylko Sandra była kobietą na pokładzie Gwiezdnego Wojownika. Pani strzelec miała jednak poważne wątpliwości, czy znajdzie z Gelee wspólny język. Spod nieudolnie ufarbowanych włosów przeświecały blond odrosty.

Tak… Natalie i Sandra zdecydowanie nie zdołają się za-przyjaźnić.

– Pięć… – zaczął odliczanie komandor.

Statek zatrząsł się. Coś z niego odpadło.

Misiek zapiął pas i naburmuszony wsadził ręce do kieszeni, żeby okazać swoją dezaprobatę wobec całej akcji. Wcześniej, w czasie wykonywania pamiątkowego zdjęcia na pasie startowym (potrzebnego zapewne wyłącznie do zamieszczenia w nekrologu), pokazał fotografowi język. Miał ochotę pokazać coś innego, ale kombinezon astronauty nie uwzględnia nagłej potrzeby zsunięcia spodni.

Zaskoczony pogmerał chwilę dłonią w kieszeni. Coś zabrzęczało. Wyjął tajemnicze przedmioty i przyjrzał się im, przysuwając je pod sam nos. Podrapał się po kilkudniowym zaroście. Na dłoni miał kilkanaście śrubek.

Hm… czy to aby nie śrubki, którymi miał przykręcić działko nuklearne?

Niektórzy informatycy po tym, jak naprawią komputer i założą z powrotem obudowę na mechanizm, znajdują kilka śrubek, które nie wiadomo gdzie wcześniej były zamonto-wane.

Misiek miał to samo z maszynami. Zawsze zostawało mu dużo dodatkowych śrubek i zabezpieczeń.

Oficjalnie uważał, że to bardzo oszczędne z jego strony. Nieoficjalnie zwyczajnie nie miał zielonego pojęcia, gdzie należało je wkręcić.

– Cztery…

Siedząca po lewej stronie Wysockiego Natalie przejrzała się w kieszonkowym lusterku. Zadowolona z efektu posłała całus swojemu odbiciu. W każdej sytuacji musiała mieć perfekcyjny makijaż. Zwłaszcza gdy ostrzeliwała wroga. Niech też ma coś z życia, gdy będzie konał pod gradem jej kul.

Nawigator zajmujący krzesełko obok Natalie stracił zain-teresowanie monitorami, przenosząc spojrzenie na głęboki dekolt podporucznik Natalie Bullet. Przepisowe kombinezony były według niej obrzydliwe. Nie pozwolono jej stworzyć własnego projektu. Jedyne, co mogła zrobić, to odpiąć suwak na tyle głęboko, aby było widać rąbek koronkowego stanika o miseczce D.

W talii panią strzelec ściskał gorset, sprawiając, że można by ją objąć męskimi dłońmi. Natalie nie była w stanie od-dychać zbyt głęboko, ale przecież nie o to chodzi, gdy nosi się gorset, nieprawdaż?

Jej matka, niedoceniona przez publiczność trzeciorzędna aktorka, chciała z córki zrobić projektantkę mody. Jednak pani strzelec, od dziecka mordująca gołębie za pomocą procy, nie poszła wytyczoną przez rodzicielkę ścieżką życia.

Przeciągnęła krwistoczerwoną szminką po pełnych wargach. Była wściekła, że zmuszono ją do tej misji. Nie chciała jeszcze umierać. Miała wiele planów. Także matrymonialnych.

Zmarszczyła brwi. Dowie się, kto ją w to wszystko wplątał. Miała już pewne podejrzenia. Na razie wszystko wskazywało na jej niedoszłego kochanka, generała Borowika. Nigdy nie była szczególnie cnotliwa, ale przecież kobieta powinna się szanować. Nie pójdzie do łóżka z niskim, zakompleksionym i na dodatek (o zgrozo!) kompletnie łysym generałem, jeśli na skinienie palca może załatwić sobie towarzystwo znanego piłkarza czy aktora.

Już dobierze się do tyłka temu pokurczowi. Wysłać JĄ na pewną śmierć! JĄ! Kto to słyszał?!

– Trzy… dwa… jeden… start! – Wysocki szarpnął wajchą i mocno przywarł do oparcia, zupełnie jakby siła odrzutu wepchnęła go w fotel.

W rzeczywistości żadna siła go nie rzuciła, bo statek nie ruszył z miejsca. Powoli zgasły wszystkie światła. Komputer pokładowy zaszumiał i się wyłączył.

– Dojechaliśmy? – zapytał przebudzony z drzemki Dok.

Przed wejściem na pokład Gwiezdnego Wojownika zażył prawie całe opakowanie środków uspokajających. Nie doczekał się odpowiedzi dowódcy. Zapadł w kolejny narkotyczny sen, ośliniając sobie przód skafandra.

Komandor Wysocki ze złości zazgrzytał zębami. W przeciwieństwie do niego reszta załogi odetchnęła z ulgą. Była jeszcze szansa na to, że zardzewiały rzęch nie poleci.

Dowódca odwrócił się do nich. Sam też nie miał ochoty lecieć, ale za punkt odrobinę wyolbrzymionego wojskowego honoru obrał wykonanie powierzonej mu misji.

Skierował swoje pełne podejrzeń spojrzenie na Miśka, który niewinnie się uśmiechał. Był pewien, że każdy z pasażerów miał powód, aby sabotować akcję. Zwłaszcza główny i – co najgorsze – jedyny mechanik.

Nagle statek przeraźliwie zarzęził. Kontrolki na desce rozdzielczej mostka się rozjarzyły. Zagrała wesoła muzyczka oznajmująca ponowne włączenie systemu. Komputer pokładowy pomyślnie się zrestartował.

Niespodziewanie Gwiezdny Wojownik ruszył. Siła, z jaką się wzbił, wepchnęła wszystkich w fotele.

2.

Gwiezdny Wojownik stał się tylko małym punktem na bezchmurnym niebie. Zgromadzeni za pancerną szybą żołnierze Zjednoczonej Armii Gwiezdnej Ziemi oraz przedstawiciele największych państw naszej planety, a raczej tych, które po ostatnim kryzysie było stać na przyjazd na Florydę, odetchnęli z ulgą. Istniała jeszcze nadzieja, że Ziemianie przeżyją. Co prawda załoga Gwiezdnego Wojownika nie wzbudzała zbyt dużego zaufania, lepszej jednak nie było.

Generał Borowik podrapał się po łysej głowie. To on wybrał żołnierzy do tej misji i na nim spoczywała cała odpowiedzialność. Uśmiechnął się pod nosem. Na każdego z nich miał jakiegoś haka. Nie zawiodą. Był o tym święcie przekonany.

Generał był mężczyzną bardzo… specyficznym. Nie bez powodu podporucznik Natalie Bullet odrzuciła jego zaloty. Dobrze znała się na mężczyznach.

Zygmunt Borowik znany był ze swojego niezłomnego charakteru. Gdy coś sobie postanowił, szedł do celu po trupach. Tak naprawdę do trupów miał stosunek bardzo liberalny. Gdyby to tylko było dozwolone, sam zamieniłby w umarlaki większość z otaczających go osób, które nie były mu do niczego potrzebne.

Gdy generał był dzieckiem – o bardzo rzadkich włosach – nic nie zapowiadało jego błyskotliwej kariery wojskowej. Wychowany w slumsach na zanieczyszczonym odpadami radioaktywnymi terenie dawnej Rosji szybko zrozumiał, że aby do czegoś dojść, musi najpierw uniknąć promieniowania.

Szybko przedostał się za granicę do Polski i przyjął polskie nazwisko. Polska była jednym z nielicznych europejskich państw, któremu udało się przetrwać Wielką Wojnę Religijną, która spustoszyła prawie całą planetę. Borowikowi nie było łatwo zdobyć wykształcenie i stopień wojskowy, jednak wrodzone zdolności do machlojek i manipulacji zapewniły mu powodzenie. Był dumny z drogi, jaką przeszedł od niedożywionej ofiary wojny nuklearnej do niskiego wzrostem, ale wysokiego rangą wojskowego.

Obawiał się tylko wpływu, jaki miało na niego promieniowanie. Do dzisiaj sikał na zielono.

Generał Zjednoczonej Armii Gwiezdnej Ziemi trochę niepokoił się powodzeniem misji. Nie do końca dowierzał załodze, choć był przekonany, że zrobi ona wszystko, co im kazał. Żołnierze dobrze wiedzieli, co się stanie z nimi, ich bliskimi, sąsiadami czy nawet zwierzątkami domowymi sąsiadów i listonoszem z sąsiedniej dzielnicy, gdy zawiodą.

Bał się, że mogą w którymś momencie po ewentualnym wykonaniu zadania (co w jego mniemaniu było zupełnie niemożliwe) wyrwać się spod kontroli. W końcu tylko jedna osoba sama chciała pojechać na tę misję. Resztę musiał nakłonić, używając dość przekonujących argumentów.

Nie należało im ufać.

Niemniej jednak przezorny człowiek, a taki był właśnie generał Borowik, zawsze jest podwójnie ubezpieczony. Gdyby coś się nie udało, miał plan awaryjny. Pierwszą jego składową był prywatny wahadłowiec, który miał zaprogramowaną trasę do tajnej kryjówki. Drugi ważny punkt to szpieg, którego umieścił na pokładzie. Będzie mu zdawał relacje z postępu misji i nastrojów panujących wśród sześciu członków załogi.

Generał Borowik z zadowoleniem poklepał się po wystającym brzuchu. Na razie cała akcja przebiegała tak, jak zaplanował w najdrobniejszych szczegółach. Uwielbiał czuć, że ma kontrolę nad wszystkim. Sterowanie ludźmi było jego ulubionym zajęciem.

Zerknął na swój telefon międzyplanetarny. Mogły przychodzić na niego połączenia tylko z dwóch numerów. Teraz aparat milczał jak zaklęty. To ucieszyło Borowika. Nie chciał żadnych komplikacji.

Nagle drzwi do pomieszczenia kontroli lotów, w którym znajdował się generał i co najmniej tuzin wojskowych oraz emisariusze różnych państw Ziemi, otworzyły się, z głośnym trzaskiem uderzając o ścianę. Wiekowy już tynk odpadł i uderzył w podłogę, wzniecając tuman kurzu.

Do środka wbiegł zdyszany technik.

– Generale! – zawołał pomiędzy spazmatycznymi oddechami. – Jest problem!

Borowik poczuł ukłucie niepokoju. Przecież miał ich wszystkich w garści. Nie mogli zawieść!

Zerknął szybko na pas startowy, na którym niczego nie było widać zza kłębów białego dymu, który pozostawił po sobie Gwiezdny Wojownik.

– Jaki?! – warknął.

– Działko nuklearne – wydusił technik, który nagle skurczył się pod miażdżącą siłą spojrzenia generała.

– Co działko nuklearne?! Przecież statek odleciał! – wycedził dowódca.

– Ale działko zostało… – Technik wskazał przez szybę na pas startowy.

Biały dym wypuszczony z potężnych silników statku kosmicznego powoli opadał.

Oczy wszystkich skierowały się na niewielki przedmiot leżący pośrodku pasa startowego, nad którym pochylało się kilku techników. Malutkie sylwetki pracowników ubranych w białe kombinezony miotały się we wszystkich kierunkach, usiłując ustalić, czy działko nie zostało uszkodzone.

Gwiezdny Wojownik stał się tylko małą błyszczącą kropką na bezchmurnym niebie. Poleciał na swoją najważniejszą misję. Miał uratować Ziemię.

Tyle że nie zabrał broni…

3.

Piąta doba lotu przebiegała spokojnie. Owszem, zapanowało niewielkie zamieszanie, kiedy generał Borowik postanowił przeprowadzić wideokonferencję akurat w momencie, kiedy otworzyli zapasowy kanister paliwa, ale Misiek szybko rozwiązał problem, przecinając odpowiedni kabelek.

Teraz w kokpicie możliwy był tylko przekaz audio.

Co prawda, mogli jeszcze użyć wyświetlacza zamontowanego na środku stołu konferencyjnego na głównym pokładzie i przekazywać obraz holograficzny, ale jakoś zapomnieli wspomnieć generałowi o takiej możliwości.

Kolejna usterka na Gwiezdnym Wojowniku nikogo nie zdziwiła. Jak do tej pory popsuł się już jeden silnik, chłodnica, panel kontrolny w kokpicie (Misiek uważał, że to akurat od nieużywania), oczyszczalnia ścieków, główny wentylator oraz automat do kawy.

Największy niepokój wzbudziła awaria automatu do kawy. Komandor musiał użyć gaśnicy, aby stłumić krwawe zamieszki w kuchni spowodowane znalezieniem słoika kawy rozpuszczalnej w szafce nad zlewem.

Gwiezdny Wojownik majestatycznie przemierzał przestrzeń kosmiczną, a raczej dryfował, biorąc pod uwagę stan drugiego silnika, w stronę stacji międzyplanetarnej krążącej na orbicie Marsa.

Ku zaskoczeniu wszystkich członków załogi działko nuklearne, niezbędne do zniszczenia asteroidy, zostało na Ziemi. Misiek po odkryciu w swojej kieszeni śrubek i połączeniu ich obecności z brakiem działka szybko udał się do łazienki i przypadkiem spuścił je w toalecie.

Od tamtej pory jedna z łazienek przestała nadawać się do użytku.

Statek transportowy miał podrzucić działko na Satelę, jedną ze starszych stacji zdolnych jeszcze do wykorzystania.

Kilkadziesiąt lat temu, tuż po Wielkiej Wojnie Religijnej, ludzkość opanowała szaleńcza moda na życie w kosmosie. Mogło mieć to związek ze zniszczeniem siedemdziesięciu ośmiu procent powierzchni planety, jednak do dzisiaj psycholodzy i naukowcy się spierają.

Na innych planetach zbudowano wiele stacji międzyplanetarnych, a także kolonii. Niezmiennie najpopularniejszym kawałkiem skały dryfującym w pustce był Mars. Prawdopodobnie dlatego, że była to jedyna planeta, na której temperatura nie wahała się w okolicy zera absolutnego lub przeciwnie, w okolicach poziomu zdolnego do spalenia wszystkiego na popiół, ale nie było na to ostatecznych dowodów.

Popularność Marsa mogła być też spowodowana ogromnymi pokładami ropy naftowej, którą odkryto podczas poszukiwania wody.

Późniejszy kryzys został spowodowany tym, że po zainwestowaniu miliardów dolarów w wydobycie okazało się, że marsjańska ropa w ziemskiej atmosferze rozpływa się w powietrzu. Powstało nawet w związku z tym dość popularne powiedzenie: „być pewnym jak marsjańska ropa”.

Odkrycie ropy wywołało wielkie kontrowersje. Rabunkowe wydobycie spowodowało zniszczenie dopiero rodzącego się środowiska na Marsie.

Tak naprawdę nikt do końca nie widział, skąd na Marsie wzięły się pokłady tego tajemniczego czarnego paliwa. Mogło to sugerować, że na czwartej planecie od Słońca istniało kiedyś życie. Wciąż jednak jedynym dowodem na to była bezużyteczna wszędzie poza Marsem ropa.

Ciekawostką dotyczącą tej planety było również to, że jako jedyna była wolna i… niczyja. Jeszcze przed Wielką Wojną Religijną powstały na niej pierwsze stacje naukowe, w których pracowali ludzie różnych narodowości. Był to jeden z nielicznych dowodów na to, że wszystkie państwa Ziemi potrafiły się zjednoczyć w imię wspólnego dobra. Solidarnie usiłowały przystosować Czerwoną Planetę do zamieszkania. Pierwsza kolonia zbudowana na tej planecie została nazwana Czerwoną Ziemią.

Obecnie w rządzie zasiadał prezydent i senatorowie. Każdy mógł stać się obywatelem Czerwonej Planety. Wystarczyło wypełnić dziesiątki czerwonych papierów w tamtejszym Urzędzie Imigracyjnym. Niestety, spowodowało to bardzo duży, a raczej niekontrolowany napływ ludności. Mars stał się przeludnioną, dość biedną planetą.

W przeciwieństwie do Marsa większość planet naszego Układu Słonecznego została skolonizowana i zaludniona nieprzypadkowo. Pęd do zdobywania nowych ziem i terytoriów rozpoczął się od samowolki pewnego koncernu, który na białej, dziewiczej tarczy ziemskiego Księżyca umieścił napis: Koka-Kola.

Niedługo później rozpoczął się wyścig technologiczny. Oczywiście większość państw zniszczonych albo chociaż zbankrutowanych po Trzeciej Wojnie Światowej nie mogła sobie na to pozwolić. Nie to co koncerny słynne już na początku XXI wieku. One miały potencjał i – co najważniejsze – dużo „zielonych” do zdobycia kosmosu.

W wyniku ich strategicznych posunięć i dobrego marke-tingu w naszym starym Układzie Słonecznym pojawiło się kilka nowych monarchii.

Z czystym sercem można powiedzieć, że najpiękniejszym i najchętniej odwiedzanym przez turystów był księżyc Saturna – Tytan. Samej planety nie udało się przystosować do zamieszkania, ponieważ okazała się dość niesympatyczną mieszaniną gazów i pyłów. Idealne do kolonizacji były jednak księżyce Saturna, znane obecnie jako Księstwo Macrosoft. Rodzina królewska oraz poddani mieszkali na Tytanie. Pozostałe księżyce zostały przekształcone w fabryki i magazyny. Nie były zamieszkane.

Sztucznie wytworzona atmosfera podtrzymywana była na Tytanie przez olbrzymią powłokę interkwantowostrukturalną (do dziś nikt poza naukowcami nie wie, co to do końca znaczy). Zapewniała umiarkowany klimat pozwalający na hodowlę wielu gatunków roślin i zwierząt. Pokrywające większość planety wspaniałe ogrody były znane z oswojonych stad saren i zajączków.

Księstwo Macrosoft przez lata walczyło o dominację z Królestwem Epple znajdującym się na księżycach Jowisza. Dopiero niedawno po latach waśni i sporów postanowiły się zjednoczyć poprzez związek małżeński księżniczki Macrosoft i księcia Epple.

Miało to być największe widowisko od stu lat. Portale plotkarskie międzyplanetarnej sieci informacji aż huczały od pogłosek dotyczących sukni ślubnej pięknej księżniczki i listy gości. Jedno z najważniejszych wydarzeń towarzyskich tego stulecia miało się odbyć już za dwa tygodnie!

Załoga Gwiezdnego Wojownika nie zmierzała jednak w kierunku tych planet. Celem ich podróży była Satela – stacja krążąca po orbicie Marsa.

Szóstego dnia podróży ukazała się oczom załogi w pełnej okazałości. Gwiezdny Wojownik pasował do niej idealnie. Oboje wyglądali tak, jakby potrzebowali gruntownego remontu bądź wizyty na złomowisku.

– Pamiętajcie, ma być bez wygłupów! – powtórzył po raz trzeci komandor.

Żołnierze stali przed nim w nierównym rządku. Każdy zajmował się swoimi sprawami. Misiek uważał na przykład, że to świetny moment, żeby podłubać w nosie.

Jedynie Sandra Gelee, naukowiec, chłonęła każde słowo Wysockiego, jakby od tego zależało jej życie. Kiwała gorliwie głową, przez co okulary co chwila zsuwały się jej z perkatego nosa.

– Macie być przykładem dla innych – produkował się dowódca. – To wy jesteście chlubą całej ludzkości. To od was zależy życie milionów istnień. To o was będą pisali w podręcznikach.

Misiek zarechotał i stuknął w bok nawigatora, który skręcał właśnie blanta.

– To będą najciekawsze podręczniki, z jakich mogą się uczyć te przeklęte bachory.

Robert Misianowski nie lubił dzieci. Po głębszym zastanowieniu stwierdził, że dorosłych też nie lubi. Lubił natomiast siebie i szybkie samoloty. To wystarczało mu do szczęścia.

– Statek transportowy doleci najpóźniej jutro wieczorem – kontynuował Wysocki. – Wyruszył od razu po nas, ale jest wolniejszy. Macie jakąś dobę, żeby się zabawić, ale pamiętajcie, że jutro macie być trzeźwi i czyści.

Swoje ostatnie słowa kierował do Doka, w rzeczywistości Stefana Strzykawki, lekarza pokładowego. Jego zadaniem by-ło utrzymanie załogi w stanie względnej używalności bądź w pionie, jak żartowali niektórzy z jej członków. Na przodzie lekarskiego fartucha (który komandor po wielu prośbach i pisemnej petycji pozwolił mu nosić zamiast skafandra w niezbyt apetycznym kolorze) miał czerwone plamy upodabniające go do rzeźnika.

Tak naprawdę był to syntetyczny ketchup ze śniadania.

Dok, Misiek i nawigator Jose Pikadło byli najlepszymi kumplami, pomimo że poznali się dopiero w dniu odlotu Gwiezdnego Wojownika. Zamierzali nieźle się zabawić z okazji nieoczekiwanej przepustki.

Komandor Wysocki też mógłby być dobrym kompanem, ale najpierw musiałby wypić pół kanistra wódki. Inaczej po-zostawał sztywnym służbistą, czyli idealnym dowódcą.

Pikadło żartował, że komandor zamierza tą misją odkupić wszystkie swoje wcześniejsze pijackie przewinienia, które doprowadziły go do tego miejsca. Ironią losu było to, że wszelkie nagrody i ordery dostanie najprawdopodobniej pośmiertnie.

Załoga wyszła przez śluzę do rękawa łączącego Gwiezdnego Wojownika z jednym z dziesiątek portów Sateli powyciąganych na boki jak macki ogromnej ośmiornicy.

W założeniu konstruktorów stacji miała przypominać jeżozwierza. W założeniu budowniczych miała trzymać się w jednym kawałku. A w założeniu mieszkańców miała być wygodna i doskonale wyposażona.

Żadnych założeń nie udało się zrealizować.

Oprócz dobrej zabawy członkowie załogi mieli jeszcze kilka zadań do wykonania. Między innymi powinni odebrać narzędzia dla Miśka. Robert był mechanikiem, i to nawet całkiem zdolnym. Na nic jednak zdały się jego zdolności i dobre chęci, kiedy po wykrytych usterkach okazało się, że Gwiezdnego Wojownika zaopatrzono co prawda w mechanika, ale zapomniano dać mu narzędzia.

Ziemia chyliła się ku upadkowi i według Doka nie mogło temu zapobiec nawet zatrzymanie asteroidy. Stefan Strzykawka nie narzekał jednak za bardzo. A raczej za głośno.

Szedł wolnym krokiem za Miśkiem, swoim kolegą, który był niemal dwa razy większy od niego, i żwawym krokiem prze-mierzał hangary Sateli. Dok nie miał kompleksów na punkcie wzrostu. Znajdował się idealnie pośrodku siatki centylowej.

To mechanik był za wysoki.

Lekarz ciężko westchnął, idąc przez hangar załadunkowy i rząd magazynów. Nie chciał lecieć na pomoc ludzkości, ale nie miał wyboru. Kilka tygodni temu zmarł bowiem pod jego opieką pewien ważny generał (notabene poprzednik Borowika, który dzięki temu mógł zająć jego miejsce).

Kredyt zaufania, jaki dostaje każdy medyk, zniknął w jednej chwili. Nagle nikt nie chciał wyciąć sobie choćby wyrostka u Stefana Strzykawki.

Dok uważał, że nie popełnił błędu lekarskiego – jego pacjenta nie dało się poskładać. Generał uwielbiał skakać ze spadochronem. Pech chciał, że na dzień przed wyborem załogi Gwiezdnego Wojownika wyskoczył… ale bez spadochronu. Nie udało się wyjaśnić, jak mogło do tego dojść.

Jego następca Borowik nie miał najmniejszych wątpliwości, kogo wysłać na misję w charakterze medyka pokładowego. Stefan przypomniał sobie rozmowę, którą odbyli.

– A więc generał Heinlich nie żyje? – rzeczowym tonem zapytał Borowik, drapiąc się w zamyśleniu po łysej głowie.

– Nie da się ukryć…

Strzykawka zerknął na ciało schowane w nieprzezroczystym worku na suwak i dodał z właściwym dla siebie poczuciem humoru:

– Te worki są całkiem szczelne. Gdyby żył, to i tak szybko by się udusił.

– Chce pan powiedzieć, że wsadził pan tam żywego generała?

Borowik znany był ze swojej zerowej tolerancji na dowcipkowanie. Niestety, Stefan o tym nie wiedział.

– Nie! – szybko zaprotestował. – Już wcześniej był martwy!

– Nie jestem tego do końca pewien.

– Na litość boską! Nie miał spadochronu! Ludzie to nie koty. Nie spadają na cztery łapy i nie przeżywają upadków z wysokości… Zresztą uważam to za dziwne, że skoczył ze spadochronem bez spadochronu…

– Co pan insynuuje?

– Nic. Wydaje mi się to tylko podejrzane. Czy przypadkiem pan pułkownik nie leciał wtedy z generałem?

– Wydaje mi się, że zachowuje się pan protekcjonalnie wobec mnie, panie doktorze. Chyba zapomina pan, kto jest pańskim przełożonym. – Głos Borowika ociekał jadem.

Stefan nie wiedział, co ma odpowiedzieć czepliwemu konusowi. Postanowił, że nie będzie z nim dyskutował. Podszedł do worka i rozsunął suwak. Kilka części ciała generała wypadło i uderzyło z plaśnięciem o białe kafelki, którymi wyłożona była podłoga.

– Naprawdę uważa pan, panie pułkowniku, że dałoby się go poskładać? Karetka przywiozła mi dokładnie trzydzieści siedem części pana generała Heinlicha, z czego jedną z nich była głowa.

Borowik nie spodziewał się takiego przedstawienia. A tym bardziej nie spodziewał się, że poczuje mdłości i puści pawia na kawałek ręki generała, który leżał tuż obok jego stóp.

To przypieczętowało los Strzykawki. Nikt bezkarnie nie mógł być świadkiem słabości Borowika.

– Wydaje mi się, że jednak jest pan protekcjonalny, doktorze – wycedził. – To niedobrze. Niedobrze dla pana.

Stefan minął Miśka, który oniemiały z zachwytu zatrzymał się w bramie prowadzącej do części mieszkalnej Sateli. Na Strzykawce nie robiło to wrażenia. Był tu kiedyś na wakacjach i nie wspominał tego dobrze. Zatruł się wtedy potrawką z wodorostów marsjańskich i przez tydzień nie schodził z kibla.

Znał lepszą stację – Oriona, który krążył po orbicie Wenus. Przed wylotem na ratunek świata wysłał tam swoją żonę i dwie rozkapryszone córki. Gdyby nie udało mu się powstrzymać asteroidy, i tak będą bezpieczne.

Poza tym Dokowi popsuł się humor, kiedy przypomniał sobie okoliczności, w jakich trafił na Gwiezdnego Wojownika.

A mama mówiła, żeby nie pyskować wojskowym…

Misiek cały czas pochłaniał wzrokiem widoki. Tak naprawdę nigdy dotąd nie opuścił Ziemi. To była jego pierwsza podróż międzyplanetarna.

Satela uwodziła przybyszów niebanalną architekturą. Kilkunastu konstruktorów nie potrafiło dogadać się w kwestii jednego stylu, więc stacja była ich chaotycznym zlepkiem. Cała budowla przypominała ogromną przepołowioną kulę. Na płaskiej powierzchni znajdowały się uliczki biegnące bezładnie pomiędzy pięknymi domami i rozwalającymi się budkami z piwem. Kicz mieszał się tu z elegancją, piękno z brzydotą, bogactwo z ubóstwem.

To było miejsce jedyne w swoim rodzaju. Nie było takiego drugiego w całym Układzie Słonecznym.

– To jak, panowie? – Misiek zatarł ręce z uciechy. – Najpierw na piwo czy na panienki?

4.

W ładowni cuchnęło. I to tak bardzo, że księżniczka Macrosoft miała ochotę zwymiotować – i to natychmiast. Nie podejrzewała, że ucieczka okaże się tak mało ekscytująca i nieprzyjemna. A zwłaszcza tak śmierdząca… W powieściach, którymi zaczytywała się od dzieciństwa, wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

Księżniczka Sisi zasłoniła sobie usta drobną dłonią. Z misternej fryzury składającej się na dwa grube pasma brązowych włosów zawiniętych po obu stronach głowy w dwa preclopodobne twory przypominające olbrzymie słuchawki powysypywały się włosy i opadły na jej spocone czoło. Piękna niegdyś suknia z najpyszniejszego jedwabiu produkowanego na Wenus była pognieciona i ubrudzona smarem.

Sisi jak każda księżniczka była próżna. Jednak nie ze swojej winy. Tak została wychowana. Znała swoją wartość i odpowiednio wysoko się ceniła. Na szczęście ładownia międzyplanetarnego statku kosmicznego przewożącego sprzęt elektroniczny nie była zaopatrzona w lustra. W innym wypadku istniałoby dość duże prawdopodobieństwo panicznego wrzasku księżniczki i udawanego omdlenia.

Sisi jak wiele księżniczek była również samolubna. Nie in-teresowała jej przyszłość planety, sojuszu, a tym bardziej dobrego imienia ojca. Sam był sobie winien. Nie musiał kazać jej wychodzić za mąż za starszego o dwadzieścia lat księcia Epple. Jednak to nie wiek był przeszkodą. Książę miał brzydkie zęby i śmierdzący oddech. To był chyba wystarczający argument przeciwko temu związkowi, nieprawdaż?

Ojciec Sisi nie rozumiał jednak tej jakże prostej przyczyny.

Z tego powodu Sisi musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Nie myśląc wiele (a jak napisali w porannych dziennikach redaktorzy – wcale), wyszła z pałacu pod pretekstem spaceru z sarenkami i udała się do portu lotniczego.

Kazała swojej służącej odegrać rolę życia – czyli udawać histerię w hali odlotów, aby ona spokojnie weszła do luku bagażowego statku lecącego na stację kosmiczną Satela. Następnie ułożyła się wygodnie na kartonach ze sprzętem elektronicznym i usnęła. Zawsze o tej godzinie spała dla urody.

Teraz przeklinała swoje położenie. Podróż w luku bagażowym nie była spełnieniem jej marzeń. Bo w marzeniach Sisi pojawiał się romantyczny bohater z pistoletami laserowymi, który ocali ją od małżeństwa z księciem i zabierze na skraj kosmosu, gdzie będą przeżywać przygody.

Westchnęła ciężko. Nie pozostawało jej nic innego, jak czekać na przylot na Satelę. Tam wymarzony bohater na pewno ją odnajdzie.

Księżniczka miała szczęście. Nowoczesne statki transportowe takie jak ten, którym podróżowała, były zaopatrzone w silniki hiperprzestrzenne, które umożliwiały bardzo szybki przelot. Zwykłe pojazdy nie miały takich rozwiązań technicznych. Najprawdopodobniej z tego powodu, że napęd hiperprzestrzenny u sporej liczby ludzi powodował silne i niekontrolowane wymioty.

Sisi należała do tego niewielkiego procentu ludzi, którzy świetnie radzili sobie przy dużych przeciążeniach. Gdyby jednak tak nie było, z całą pewnością musiałaby wyrzucić jedwabną suknię.

5.

Wysokie obcasy Natalie Bullet wystukiwały głośny rytm na nierównych płytkach chodnikowych. Na Sateli nikt nie dbał o porządek. Szare płyty nie pasowały do siebie, a przerwy pomiędzy nimi stanowiły istne pułapki dla szpilek. Pani strzelec była jednak perfekcjonistką i nie mogła przewrócić się na nierównym chodniku.

Poza tym ulica nie należała do najbogatszych. Nie zauważyła, aby w okolicy był ktoś interesujący, kto mógłby pomóc jej wstać. Nie opłacało się przewracać.

Podczas swojej przepustki zamierzała zrobić krótkie zakupy i spotkać się ze starym znajomym.

Wiedziała, że nie uda jej się zdezerterować. Możliwe, że uniknęłaby śmierci na Gwiezdnym Wojowniku, ale potem spotkałby ją równie smutny koniec. Wojsko nie tolerowało ucieczek.

Skafander w nieapetycznym kolorze skutecznie odstraszał od Natalie kieszonkowców i morderców. Wiedzieli, że nie znajdą niczego ciekawego w jej kieszeniach.

Bullet zmarszczyła zgrabny nos. Najgorsze było to, że mieli rację.

Ze złością pchnęła krzywe drzwi prowadzące do jakiejś speluny. Jej przyjaciel z dziecięcych lat siedział w najdalszym kącie i sączył piwo. Podeszła do niego i usiadła obok.

Niezadowolona wydęła usta. Panująca w barze duchota i ciemnoszary, papierosowy dym na pewno dobrze nie wpłyną na jej włosy. Już czuła, jak jej loki powoli się rozprostowują.

– Nie wiem, co ty widzisz w takich miejscach – powiedziała.

– Tu jest klimat. – Siedzący obok niej mężczyzna radośnie wyszczerzył zęby. – Napijesz się czegoś?

– Nie, dziękuję. – Zaszczyciła go uśmiechem.

Nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Wychował się razem z Natalie i znał wszystkie jej sztuczki na wylot. Wiedział, że kobieta tylko udaje słodką idiotkę. W rzeczywistości była mądrzejsza od niejednego faceta.

Gdyby było inaczej, nie dochrapałaby się stopnia sierżanta bez uczestnictwa w ćwiczeniach czy manewrach, nie mówiąc nawet o zbrojnych operacjach.

Natalie umiała sobie radzić w życiu.

– Jak twoja misja? – zapytał.

Bullet zgromiła go spojrzeniem. Jej przyjaciel Mark nic się nie zmienił. A może wyprzystojniał? Wśród swoich przodków miał Indian z plemienia Czirokezów. Można to było poznać po jego wysoko osadzonych kościach policzkowych i kruczoczarnych włosach, w których zaczęły się pojawiać pierwsze nitki siwizny.

Połowę jego twarzy zasłaniał plemienny tatuaż mający przynieść mu bogactwo. Wyglądał jak maska. Spełnił swoje zadania. Służył za doskonałą maskę, no i dał mu bogactwo.

Mark był szmuglerem. To dzięki niemu Natalie posiadała w swojej kolekcji biżuterii najdroższe diamenty świata. Za to on dzięki przyjaciółce mógł bezkarnie pokonywać granice.

– Czego potrzebujesz? – zapytał.

– Chcę uciec – powiedziała.

– To będzie trudne.

– Wiem.

Mark dopił piwo i analizował przez chwilę sytuację.

– Wiesz, jakie jest prawo? – zapytał. – Nieważne, z której armii uciekniesz, wszystkie będą cię ścigać. Zasada ogólnego pokoju. Nikt nie chce niebezpiecznych renegatów.

– Ja? Niebezpieczna? – żachnęła się i spojrzała na swoje tipsy. – Mogę komuś najwyżej oko wydrapać…

Szmugler zaśmiał się i odsunął kufel. Lubił Natalie. Może nawet ją kochał, choć nigdy nie pożądał. Była dla niego jak siostra.

– Mój statek zawsze będzie twoim – zapewnił. – Myślę, że mogę przerzucić cię na Wenus. Tam jest sporo zamieszania. Jeśli zdobędziemy ci dobre ID, a ty przefarbujesz włosy i nie będziesz się rzucać w oczy, to może się uda.

Natalie zmarszczyła czoło, ale zaraz się rozpogodziła. Mimika powoduje zmarszczki.

Nie podobało jej się, że miałaby przestać rzucać się w oczy. Żyła przecież po to, żeby być zauważana. Uwaga, zwłaszcza mężczyzn, była jej potrzebna jak powietrze.

– Do naszego statku przymocowano kapsuły ratunkowe – powiedziała. – Wszyscy i tak się do nich nie zmieścimy.

Mark pokiwał głową ze zrozumieniem. Wojsku nie zależało, żeby żołnierze przeżyli. Mieli tylko wykonać swoją misję.

– Jedna jest prezentem ode mnie. – Uśmiechnął się.

– Słucham?

– Powiedzmy, że dopóki nie zainterweniowałem, była podczepiona do innego wahadłowca – powiedział oględnie. – Dbam o moją dziewczynkę.

– Nie wiem, czy jeszcze długo będziesz mógł się mną cieszyć – mruknęła.

Szmugler sięgnął przez stół i wziął ją za rękę. Zauważyła na jego dłoni kolejny tatuaż. Ostatnim razem, kiedy się widzieli, jeszcze go nie miał.

– Plan jest prosty. Zanim zaatakujecie asteroidę, wchodzisz do kapsuły i uciekasz. Odczekam chwilę i podlecę po ciebie. Obiecuję.

Spojrzała prosto w jego czarne jak noc oczy.

– Dziękuję.

– Nie ma sprawy. Tylko czy dasz radę?

– Jak to?

– Zostawisz ich?

Natalie zmarszczyła brwi, zapominając, że to niezdrowe dla jej cery. Wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Czy zostawi członków załogi idących na śmierć?

Nie była im przecież nic winna.

– Dam sobie radę – odparła twardym tonem.

Mark nie odezwał się, ale w myślach odmówił krótką indiańską modlitwę do duchów przodków, aby zaopiekowali się dziewczyną, kiedy umrze. Natalie zgrywała twardą babę, ale tak naprawdę płakała na widok małych kotków.

Bał się, że już nigdy więcej jej nie zobaczy.

Sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej mały czerwony telefon międzyplanetarny.

– Ma zaprogramowany mój numer. Jeżeli zmienisz zdanie i będziesz chciała zostać z resztą załogi, to do mnie zadzwoń. Nie pozwolę ci odejść bez pożegnania.

Bullet zabrała telefon, ale postanowiła, że z niego nie skorzysta. Zaśmieje mu się w twarz, kiedy ją uratuje.

Nie będzie mięczakiem. Zdradzi innych…

Nagle drewniane drzwi speluny otworzyły się z trzaskiem. Bullet ponad ramieniem Marka dostrzegła niską sylwetkę mężczyzny, który wszedł do środka. Miał ze sobą dwa puste kanistry.

Wysocki.

Natalie zanurkowała pod stół i złapała szmuglera za kolana. Mężczyzna poczuł się nieswojo. Nie chciał, żeby jego siostra, choć z nim niespokrewniona, dotykała go w taki sposób.

– Co się stało? – zapytał, wsuwając głowę pod blat.

– To komandor Wysocki – syknęła. – Mój przełożony. Będę tu siedziała, dopóki nie wyjdzie.

– Jak chcesz. – Mark usiadł wygodnie i zaczął niby od niechcenia obserwować Jerzego.

Tymczasem Wysocki podszedł do brudnego baru i skinął na właściciela knajpy, który brudną ścierką wycierał jeszcze brudniejsze szklanki.

– Witaj, dobry człowieku – przywitał go.

Barman zgromił go spojrzeniem, w żadnym razie nie uznając przymiotnika „dobry”.

– Czego?! – warknął.

– Szukam miejsca, gdzie mógłbym kupić trochę dobrego, taniego alkoholu – powiedział szeptem komandor i rozejrzał się po sali w poszukiwaniu członków swojej załogi.

Wolał nie spotkać ich podczas kupowania wódki.

– Zdecyduj się – poradził mu barman. – Szukasz dobrego czy taniego alkoholu?

Jerzy zamrugał kilka razy. Sięgnął do kieszeni i wyjął portfel. Oczy wszystkich rzezimieszków siedzących przy stolikach w jednej chwili skierowały się na niego. Wysocki wywrócił na drugą stronę swój portfel i na blat wypadł jeden banknot i groszowa moneta.

Wszyscy pijacy wrócili do swoich spraw. Jerzy nie był wart tyle, aby zaprzątać sobie nim głowę.

– To chyba taniego – ocenił barman. – Ile?

Komandor postawił na ladzie dwa kanistry.

– Na dworze są jeszcze cztery na taczce – powiedział.

Barman jednym ruchem zgarnął pieniądze i skinął na Jerzego, aby się do niego pochylił. Rozejrzał się na boki i szepnął mu prosto do ucha:

– Kiedy będziesz to pił, uważaj.

– Na co?

– Tak naprawdę to nie jest alkohol spożywczy.

– Tego akurat domyśliłem się po cenie…

Ponury mężczyzna zmierzył go jeszcze bardziej ponurym spojrzeniem.

– Nie żartuję. Stworzyli go przypadkiem w szpitalu. To miał być lek na otyłość. Mój człowiek zdobył całkiem duży transport tego, kiedy się okazało, że daje niezłego kopa.

– Zdobył? – Komandor się skrzywił.

Wolałby kupić pędzony przez kogoś bimber, a nie kradzione chemikalia. Sprzedawca zauważył jego minę i szybko dodał:

– Nigdzie na Sateli nie znajdziesz tańszego alkoholu.

Wysocki nie miał dużo pieniędzy. Po złamaniu warunków odwyku wojsko przestało wypłacać mu pensję. To były jego ostatnie oszczędności. Następną wypłatę miał dostać dopiero po uratowaniu Ziemi.

– No dobra, biorę – westchnął. – Ale daj kieliszek na spróbowanie. Kota w worku nie będę kupował.

– Kiedy będziesz pił, musisz pamiętać o tym, żeby jak najwięcej jeść. W innym wypadku możesz umrzeć z wyczerpania.

– Dam sobie radę. – Wysocki machnął ręką.

– Ta wóda naprawdę wyciąga życie, bracie.

– Daj kieliszek.

Jerzy przechylił szybko brudne naczynko, wlewając sobie do gardła bursztynowy płyn. Smakował trochę jak whisky.

Od razu poczuł silne pieczenie w gardle. Humor natychmiast mu się poprawił.

– Dobre! Biorę sześć kanistrów.

– Gdzie zawieźć?

– Dam sobie radę. – Jerzy wolał nie mieć żadnych świadków.

Teraz jeszcze tylko musiał wymyślić jakąś dobrą skrytkę. Nie chciał, żeby załoga znowu wychlała mu wszystkie zapasy.

Gdy komandor wyszedł, Natalie wypełzła spod stolika. Przytuliła Marka na pożegnanie, schowała mały czerwony telefon do torebki i pobiegła na zakupy.

6.

Reszta załogi Gwiezdnego Wojownika oddawała się rozrywkom… to znaczy pracy. Oficjalna przepustka nie trwała, niestety, długo. To był ich ostatni wieczór wolności i względnego bezpieczeństwa. Żaden z członków załogi nie wspominał o asteroidzie zmierzającej w stronę Ziemi. Był to temat tabu. Wszyscy bali się, że zginą podczas misji ratunkowej.

Misiek nie był wyjątkiem od reguły. Uważał, że jeżeli o czymś się nie mówi, to tego na pewno nie ma. Dla niego do końca wieczoru, czyli do odebrania działka nuklearnego ze statku transportowego, asteroida w ogóle nie istniała.

Misiek, Dok i Jose siedzieli w podejrzanym barze na jednej z mało uczęszczanych uliczek Sateli. W poszukiwaniu dobrej zabawy zostawili za sobą centrum i skierowali się tam, gdzie uważali, że komandor Wysocki ich nie znajdzie.

Mylili się.