Wydawca: Insignis Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gwiazdozbiór psa - Petter Heller

Hig przeżył epidemię grypy, która niemal doszczętnie wytrzebiła ludzkość. On sam stracił żonę i przyjaciół. Teraz mieszka w hangarze na małym opuszczonym lotnisku wraz z psem i jedynym sąsiadem – mizantropem nie rozstającym się z bronią.

W swojej cessnie 182 z 1956 roku Hig zabezpiecza strefę ochronną lotniska, a od czasu do czasu wymyka się w góry, by łowić ryby i udawać przed samym sobą, że wszystko jest jak dawniej. Kiedy jednak w pokładowym radiu natrafia na transmisję z innego lotniska, budzi się w nim skrywana głęboko nadzieja, że gdzieś istnieje inne, lepsze życie, podobne do tego, które utracił. Ryzykując wszystko, Hig wyrusza na wyprawę tam, skąd nie będzie już mógł powrócić, nie tankując: kieruje się do źródła zaszumionego sygnału radiowego. To, co go czeka i z czym musi się zmierzyć, jest zarazem i lepsze, i gorsze od czegokolwiek, czego mógł się spodziewać.

Gwiazdozbiór psa to porywająca i wzruszająca, tyleż zabawna, co przejmująco smutna opowieść o człowieku, który wiedzie życie w ziejącym pustką, przepełnionym poczuciem straty świecie; opowieść o tym, czym gotów jest zaryzykować, by wbrew wszystkiemu odzyskać więź z innymi, miłość i pełnię człowieczeństwa

*

„Dla tych, którzy myślą, że Droga Cormaca McCarthy'ego to ostatnie słowo w postapokaliptycznej beletrystyce”.

(z recenzji Glena Duncana, autora bestsellera Ostatni wilkołak)

„Spróbuj z wrażliwością artystyczną Hemingwaya opisać świat, w którym mutacja grypy wytrzebiła ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent populacji. Dodaj do tego mężczyznę ze złamanym sercem, wędką, kilkoma strzelbami i małym samolotem. Nie zapomnij o psie! A teraz wyobraź sobie, że ów mężczyzna pielęgnuje w sobie więcej nadziei, niż podpowiada rozsądek, karmiony obrazami wyniszczonego i pozbawionego przyszłości świata. Więcej wiary. Więcej apetytu na miłość. Właśnie to dał nam w swojej przepięknie napisanej powieści Peter Heller”.

(z recenzji Scotta Smitha, autora bestsellerów Prosty plan i Ruiny)

Opinie o ebooku Gwiazdozbiór psa - Petter Heller

Cytaty z ebooka Gwiazdozbiór psa - Petter Heller

Więc zastanawiam się, skąd ta potrzeba opowiadania. Jakiegoś ożywienia tego martwego bezruchu przemożnego piękna. Tchnięcia życia przez opowiadanie. Pewnie na przekór strategii Bangleya żeby zabić praktycznie wszystko co się rusza.
skarpetkami. Oddychałem i dziękowałem czemuś, co nie było do końca Bogiem, czemuś, co wciąż tu było. Prawie mogłem sobie wyobrazić, że nadal jest przedtem, kiedy byliśmy młodzi a wiele rzeczy wciąż żyło.
ryby zawsze przez całe życie odnajdywałem w sobie to co najlepsze. Moje skupienie i ostrożność, moją skłonność do ryzyka i moją miłość. Cierpliwość. Niezależnie od tego co się działo. Zacząłem łowić ryby zaraz po śmierci Taty i próbowałem je łowić tak, jak moim zdaniem robiłby to on. Co dziś wydaje się trochę dziwne: próba naśladowania człowieka, którego nigdy nie widziałem z wędką w ręku, i to z zapamiętaniem syna, któremu ten człowiek nigdy właściwie nie miał okazji być ojcem.
Byliśmy jak małżeństwo, które nie umie już mówić prawdy o tym co najważniejsze. Nigdy nie kłamałem Melissie w żadnej sprawie poza moim przekonaniem, że przeżyje grypę. Wiedziała, że to kłamstwo, i nie miała mi go za złe. I tak była zbyt chora, żeby się przejmować czy wyzdrowieje.
Czy można kochać tak rozpaczliwie że życie jest nie do zniesienia? Nie mówię o nieodwzajemnionej, mówię o życiu wewnątr z tej miłości. W jej wnętrzu i w rozpaczy. Bo wiedząc że się skończy, bo wszystko. Się kończy.
Czekać, aż zacznie się twoje prawdziwe życie. Być może koniec był najprawdziwszy. Zrozumieć to, kiedy jest już za późno. Teraz wiem, że kochałam go bardziej niż cokolwiek na ziemi i wszędzie indziej. Bardziej niż Boga, episkopalnego, z mojego wyznania.
Tym właśnie jesteśmy, to robimy: próbujemy się przecisnąć, napinamy sieć, sieć która nie istnieje. Jej węzły trzymają tylko tak mocno jak nasze własne przekonania. Nasz własny strach. Ha. Przyznaj się: nie masz zielonego pojęcia co robisz, nigdy nie miałeś. Mimo wszystkich sieci na świecie, realnych i nierealnych. Kręciłeś się w kółko w bezładnej migotliwej ławicy płynąc za ogonem ryby przed tobą. W zasadzie. Żywiąc się czymkolwiek co znajdywałeś tam, gdzie akurat byłeś. Nawet z miłością swojego życia czułeś się tak, jakby dopisało ci szczęście, jakby w każdej chwili mogła zniknąć w tłumie. I zniknęła.
Co? To wszystko wydawało się nierealne. Spojrzałem za siebie, a ona stała odwrócona bokiem, wgłębienia w dole jej pleców, idealna krągłość jej słodkiego tyłka. Ja. Ta krągłość mnie dobija. Zakręt śmierci. Zamrugałem.
Jezu Chryste, Hig, nie odwracaj się, nie zamykaj oczu. Oddychaj, stary! Masz na to patrzeć, kretynie! To nie jest nietakt. Obrazisz ją, jeśli nie będziesz patrzył. Co ty sobie kurwa myślisz, że dla kogo to ma być, to dla ciebie! Przecież nie przechodziła tędy przypadkiem. To wszystko huczało mi w głowie. Mówiłem sobie: okaż jej szacunek, zachowuj się jak dorosły człowiek. Chłoń każdy szczegół. Dostajesz od niej dawkę czystego szczęścia. Bądź wdzięczny.
Myśli dawniej uporządkowane, dopasowane do siebie, teraz były skonsternowane, niepewne, przygnębione, jak te kudłate norweskie kucyki, które rosyjski profesor wywiózł na Syberię, czytałem o tym przedtem. Próbował odtworzyć epokę lodowcową, mnóstwo trawy i zwierząt i mało ludzi. Gdyby wiedział, co się szykuje, znalazłby sobie inne hobby. Połowa kucyków zdechła, podejrzewam, że z tęsknoty za lasami Skandynawii, a druga połowa kręciła się przy stacji badawczej, dostawała ziarno a potem i tak zdechła. Tak czasem zachowują się moje myśli.
Tak czasem zachowują się moje myśli. Kiedy jestem zdenerwowany. Kiedy coś mnie dręczy i nie chce odpuścić. Są w miarę w porządku, to znaczy działają, ale często wydają się zagubione, trochę smętne, jakby zastanawiały się, czy nie powinny być dziesięć tysięcy mil stąd w miejscu, gdzie milion mil kwadratowych porastają chłodne świerki. Czasem nie mam pewności, czy moje myśli nie pierzchną w zarośla.
Czasami w tamtych dniach, łowiąc z Jasperem ryby w Sulphur, osiągałem swój kres. To znaczy miałem wrażenie, że serce mi pęknie. Pęknięte to nie to samo co złamane. Jakby nie było w stanie pomieścić jak piękne. Też nie to, nie tylko piękno. Jakieś moje dopasowanie. To nieduże zakole z gładkich kamieni, pochyłe ściany skał. Zapach świerków. Mały łosoś Clarka, który krążył cicho w ciemnej wodzie stawu. I nawet nie trzeba dziękować. Wystarczy być. Wystarczy łowić. Wystarczy pójść nad strumień, ciemnieje, chłodnieje, to wszystko jest częścią. Mnie, w jakiś sposób. Melissa w tym samym kręgu. Ale inna, bo
Najbardziej podobał mi się ilustrowany przewodnik po stworzeniach żyjących w stawie. Jakiś bardzo młody czytelnik zrobił notatki ołówkiem na każdej stronie. Pod obrazkiem wydry: Kocham wydrę Pod piżmakiem: Kocham piżmaka Bóbr: Kocham bobra
Stałem na skraju nowego ogrodu, patrząc jak słońce dotyka gór i czerwieni przekopaną ziemię i strumyczki wody i mogę powiedzieć, że czułem w środku coś na kształt szczęścia. Nigdy bym tego nie nazwał. Nie wtedy. Ze strachu. Ale nazywam to teraz.
Czy można kochać tak rozpaczliwie że życie jest nie do zniesienia? Nie mówię o nieodwzajemnionej, mówię o życiu wewnątr z tej miłości. W jej wnętrzu i w rozpaczy. Bo wiedząc że się skończy, bo wszystko. Się kończy.
Nigdy żadnego rozstrzygnięcia. Ani jednego. Żadnych decyzji, żadnego domknięcia. Wóz toczy się na swoje miejsce. Wystarczy jeden obrót. Jeden obrót kół i jesteśmy inni, już nigdy tacy sami. Nigdy. Nawet te gwiazdy. Nawet one niszczeją, rozpadają się, łączą, dzielą. Zamykam oczy. Tylko to coś w środku. To coś co porusza się w środku pływa w bólu jak ślepa ryba wiecznie pływa. To coś żyje pozostaje. Odnawia, odnawia miłość i ból. Miłość jest korytem strumienia a wypełnia je ból. Co dzień wypełnia je łzami.

Fragment ebooka Gwiazdozbiór psa - Petter Heller

Peter Heller

Gwiazdozbiór Psa

Tytuł oryginału The Dog Stars

Copyright © 2012 by Peter Heller. All rights reserved.

Published in the United States by Alfred A. Knopf, a division of Random House, Inc., New York, and in Canada by Random House of Canada Limited, Toronto. www.aaknopf.com

Knopf, Borzoi Books, and the colophon are registered trademarks of Random House, Inc.

Przekład Olga Siara

Redakcja i korekta Maria Brzozowska / textoria.pl, Tomasz Brzozowski, Dominika Pycińska

Konwersja Tomasz Brzozowski

Konsultanci Tomasz Kawalec (lotnictwo), Piotr Talma / flyhouse.pl (wędkarstwo)

Cytaty wykorzystane w książce fragment wiersza e.e. cummingsa Buffalo Bill w przekładzie Stanisława Barańczaka, Wydawnictwo Literackie Kraków-Wrocław 1983, s. 23 fragment wiersza Johna Keatsa Oda o urnie greckiej w przekładzie Stanisława Barańczaka, Wydawnictwo Znak Kraków 1997, s. 75 fragment szkicu Ernesta Hemingwaya z 49 opowiadań w przekładzie Bronisława Zielińskiego, Wydawnictwo Muza 1998, s. 135

fragmenty wiersza Li Shangyina Kiedy wrócę do domu? w przekładzie Olgi Siary ze zbioru One Hundred More Poems from the Chinese w przekładzie Kennetha Rexrotha Copyright © 1970 by Kenneth Rexroth, wykorzystane przez Petera Hellera za zgodą New Directions Publishing Corp.

fragmenty wiersza Williama Stafforda Farma na Wielkich Równinach w przekładzie Olgi Siary ze zbioru The Way It Is: New and Selected Poems Copyright © 1959, 1998 by William Stafford and the Estate of William Stafford, wykorzystane przez Petera Hellera za zgodą The Permissions Company, Inc., z upoważnienia Graywolf Press, Minneapolis, Minnesota, www.graywolfpress.org.

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. ISBN: 978-83-63944-11-7

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków, telefon / fax +48 (12) 636 01 90 biuro@insignis.pl, www.insignis.pl, facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Dla Kim

KSIĘGA PIERWSZA

I

Utrzymuję Bestię na chodzie, trzymam pod ręką zapas niskoołowiowej setki, przewiduję ataki. Nie jestem za stary, nie jestem za młody. Dawniej niewiele rzeczy lubiłem bardziej niż łowić pstrągi.

Na imię mi Hig, jedno imię. Duży Hig, jeżeli potrzebujesz dwóch.

Jeśli obudziłem się kiedyś z płaczem w środku nocy, a nie mówię, że tak było, to dlatego że pstrągi zniknęły co do sztuki. Źródlane, tęczowe, potokowe, trocie, łososie Clarka, co do sztuki.

Odszedł tygrys, słoń, małpy człekokształtne, pawian, gepard. Sikorka, fregata, pelikan (indyjski), synogarlica (turecka), pływacz. Przykre, ale. Nie płakałem, dopóki ostatni pstrąg nie odpłynął w górę rzeki w poszukiwaniu być może chłodniejszej wody.

Melissa, moja żona, była starą hipiską. Nie taką znowu starą. Dobrze wyglądała. W tej historii mogła być Ewą, ale ze mnie żaden Adam. Bliżej mi do Kaina. Nie mieli takiego brata jak ja.

Czytasz czasem Biblię? Po prostu siadasz i czytasz jak zwykłą książkę? Przejrzyj Lamentacje. Jesteśmy na tym etapie, w zasadzie. W zasadzie to lamentujemy. W zasadzie to rozpaczamy nad własnym losem.

Mówili, że na koniec po ociepleniu zrobi się zimniej. Dużo zimniej. Na razie nic z tego. Staruszka ziemia jest pełna niespodzianek, jedna duża niespodzianka za drugą nawet zanim porzuciła księżyc, który krąży i krąży jak partner ustrzelonej gęsi.

Nie ma już gęsi. Kilka. Poprzedniego roku w październiku usłyszałem po zmroku znane okrzyki i zobaczyłem je, pięć na tle chłodnego, zmytego krwią błękitu nad krawędzią dachu. Pięć przez całą jesień, tak mi się wydaje, później w kwietniu żadnej.

Kiedy nie ma słońca, ręcznie pompuję niskoołowiową benzynę lotniczą ze starej lotniskowej cysterny a jest jeszcze cysterna, która dostarczała paliwo. Więcej paliwa, niż Bestia wypali za mojego życia, jeśli ograniczę się do lokalnych wypadów, a tak ma być, tak musi być. To mały samolot, cessna 182, rocznik 1956, istne cacko. Niebiesko-kremowa. Podejrzewam, że umrę, zanim Bestia wyda ostatnie tchnienie. Kupię tę farmę. Osiemdziesiąt akrów łąk i pól kukurydzy w miejscu, gdzie z liliowych gór wciąż wypływa zimny strumień pełen pstrągów.

Wcześniej będę robił swoje rundy. Tam i z powrotem.

*

Mam sąsiada. Jednego. Tylko nas dwóch na małym wiejskim lotnisku kilka mil od gór. Teren szkoleniowy z domami dla ludzi, którzy nie zasnęliby z dala od swoich samolocików, jak golfiści, którzy mieszkają na polach golfowych. Bangley to imię z dowodu rejestracyjnego jego starego pikapa, który już nie jeździ. Bruce Bangley. Wyłowiłem go ze schowka, szukając miernika ciśnienia opon, który mógłbym zabrać na Bestię. Adres w Wheat Ridge. Ale nie nazywam go tak, bo i po co, jest nas tu tylko dwóch. Tylko my dwaj w promieniu przynajmniej ośmiu mil, czyli na otwartej prerii dzielącej nas od pierwszych zarośli jałowców u podnóża góry. Mówię po prostu: Hej. Nad jałowcami rosną dęby a wyżej czarne drzewa. A właściwie brązowe. Ogołocone przez chrząszcze i uschnięte. Stoją teraz martwe, kołysząc się jak armia szkieletów, wzdychając jak armia duchów, ale nie wszystkie. Zdarzają się kępy zielonych drzew, którym kibicuję ze wszystkich sił. Zagrzewam je do walki tu, na płaskowyżu. Dalej Dalej Dalej Wyżej Wyżej Wyżej! To nasza pieśń bojowa. Skanduję ją przez okno, przelatując nisko ponad nimi. Zielone kępy z roku na rok są coraz większe. Życie przetrwa, wystarczy mu odrobina zachęty. Mógłbym przysiąc, że mnie słyszą. Machają w odpowiedzi, machają w przód i w tył pierzastymi ramionami spuszczonymi wzdłuż pni, przypominają mi kobiety w kimonach. Kroczki małe albo żadne, falujcie falujcie opuszczonymi dłońmi.

Wspinam się tam, kiedy tylko mogę. Do zieleńszej części lasu. Zabawnie to brzmi: nie muszę przecież zmieniać żadnych planów. Idę tam oddychać. Innym powietrzem. To niebezpieczne, to przypływ adrenaliny, bez którego mógłbym się obejść. Widziałem ślad łosia. Nie taki stary. O ile są tu jeszcze łosie. Zdaniem Bangleya, nie ma mowy. Jest mowa, ale. Nigdy żadnego nie widziałem. Za to mnóstwo jeleni. Biorę trzysta ósemkę, zabijam łanię i targam ją z powrotem w kadłubie kajaka. Odpiłowałem wierzch, więc teraz to sanie. Moje zielone sanie. Jelenie zostały, tak jak króliki i szczury. Nadal rośnie trawa, najwyraźniej to wystarcza.

Zanim tam pójdę, robię dwa kursy Bestią. Jeden w dzień, jeden w nocy w goglach. W goglach całkiem nieźle widać między drzewami, o ile nie są zbyt gęste. Ludzie wyglądają jak pulsujące zielone cienie, nawet gdy śpią. Lepsze to niż wcale nie sprawdzić. Potem robię pętlę na południe i wschód, wracam od północy. Trzydzieści mil, przynajmniej dzień drogi dla koczownika. Wszędzie otwarta przestrzeń, wszędzie równiny, szałwia i trawa i krzewy i stare farmy. Brązowe kręgi pól niczym odciski kuli inwalidzkiej płowiejące na prerii. Żywopłoty i wiatrochrony, połowa drzew połamana, powalona, kilka wciąż zielonych nad wysiękiem lub wzdłuż strumienia. Potem mówię Bangleyowi.

Dwie godziny ciągnę puste sanie przez osiem mil prerii, później jestem kryty. Jeszcze mogę się ruszać. Ale czeka mnie długi powrót z łanią. Przez odkryty teren. Bangley osłania mnie od połowy drogi. Wciąż jeszcze mamy krótkofalówki, które udaje się naładować, używając paneli. Japońska konstrukcja, na szczęście. Bangley rozstawił karabin snajperski cheytac kaliber .408 na własnoręcznie zbudowanej platformie. I dalmierz. Taki fart. Fanatyk broni. Naprawdę wredny fanatyk broni. Twierdzi, że potrafi zabić człowieka z odległości mili. Już to robił. Widziałem nieraz. Zeszłego lata zastrzelił dziewczynę, która goniła mnie na otwartej przestrzeni. Młoda dziewczyna, chucherko. Usłyszałem wystrzał, zatrzymałem się, zostawiłem sanie i zawróciłem. Odrzuciło ją na skałę. Zamiast talii miała dziurę, rozerwało ją niemal na pół. Oddychała ciężko, dysząc z wykręconą na bok głową. Czarne, lśniące oko patrzyło na mnie bez strachu, tylko pytająco, natarczywie, jakby ze wszystkich rzeczy, jakie widziało, ta jedna była nie do wiary. Właśnie tak. Bo kurwa dlaczego?

O to samo zapytałem Bangleya, kurwa dlaczego.

Mogła cię dogonić.

To co? Ja miałem broń, ona mały nożyk. Pewnie dla ochrony przede mną. Może potrzebowała jedzenia.

Może. Może poderżnęłaby ci gardło w środku nocy.

Wpatrywałem się w niego, myśli poniosły go gdzieś daleko, gdzie środek nocy, ja i ona. Jezu. Mój jedyny sąsiad. Co mam powiedzieć Bangleyowi? Wiele razy ratował mi skórę. Ratowanie mi skóry to jego praca. Ja mam samolot, więc patrzę, on ma broń, więc strzela. Wie, że ja wiem, że on wie: on nie potrafi latać, ja nie mam serca do zabijania. Inaczej pewnie ostałby się tylko jeden z nas. Albo żaden.

Jest ze mną jeszcze Jasper, syn Daisy, a to najlepszy system wczesnego ostrzegania.

Więc kiedy znudzą nam się króliki i rybki ze stawu, idę po jelenia. Najbardziej chcę po prostu tam pójść. To uświęcone, chłodne miejsce, jak kościół. Martwy las rozkołysany szeptami, zielony las pełen westchnień. Piżmowy zapach legowisk jeleni. Strumienie, w których zawsze wypatruję pstrągów. Jednej młodej rybki. Jednego starego, dorodnego niedobitka, którego zielony cień zamajaczy na tle zielonych cieni skał.

Osiem mil odkrytego terenu do podnóża gór, pierwszych drzew. Nasze pogranicze. Strefa bezpieczeństwa. Za to odpowiadam.

Dzięki temu on może skupić siłę ognia na zachodzie. Tak rozumuje Bangley. Bo w innych kierunkach mamy trzydzieści mil, płaskowyż, ponad dobę drogi, a od pierwszych drzew na zachodzie tylko parę godzin. Rodziny mieszkają dziesięć mil na południe, ale nie stwarzają problemów. Tak ich nazywam. Około trzydziestu menonitów z chorobą krwi, która zaatakowała po grypie. Jak epidemia, ale zabija powoli. Chyba coś w rodzaju AIDS, może bardziej zaraźliwe. Dzieci przyszły z tym na świat, a choroba odbiera im siły i co roku kilkoro umiera.

Mamy pogranicze. Ale gdyby ktoś się ukrył. W starych zagrodach. W kępach szałwii. Wierzbach wzdłuż strumienia. Wyschniętych korytach z podmytymi brzegami. Kiedyś mnie o to zapytał: skąd wiem. Skąd wiem, że gdzieś na naszym pograniczu, na całym tym pustkowiu, nie czai się ktoś, kto chce nas zaatakować? Tyle że ja dużo widzę. Nie jak na dłoni, to zbyt proste, ale jak w książce, którą czytałem setki razy, może jak niektórzy dawniej Biblię. Ja bym to poznał. Niepasujące zdanie. Lukę. Dwie kropki tam, gdzie powinna być jedna. Ja wiem.

Chyba wiem: jeśli umrę – żadne Jeśli – to podczas jednej z tych wypraw w góry. Ciągnąc pełne sanie przez otwartą przestrzeń. Od strzały w plecach.

Bangley już dawno dał mi kuloodporną, jedną ze swojej kolekcji kamizelek. Ma tego chłamu na pęczki. Powiedział, że powstrzyma każdy pistolet i strzałę, ale z karabinem może być różnie, lepiej nie kusić losu. Zastanawiałem się nad tym. Oprócz rodzin jesteśmy chyba jedynymi ludźmi na przestrzeni przynajmniej kilkuset mil kwadratowych, jedynymi, którym udało się przeżyć, lepiej nie kusić losu. Więc noszę kamizelkę, bo mi w niej ciepło, ale w lecie rzadko. Kiedy ją noszę, czuję się tak, jakbym na coś czekał. Czy stałbym na peronie i czekał na pociąg, który nie przyjeżdża od wielu miesięcy? Może. Czasami właśnie tak się z tym wszystkim czuję. (...)

Ciąg dalszy w wersji pełnej.

II

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

III

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

IV

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

V

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

VI

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

KSIĘGA DRUGA

I

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

II

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

III

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

IV

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

KSIĘGA TRZECIA

I

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

II

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

III

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Podziękowania

Do powstania tej książki przyczynili się moi przyjaciele i rodzina, przekazując mi swoje spostrzeżenia i zarażając mnie energią. Jestem głęboko wdzięczny moim pierwszym czytelnikom: Kim Yan Heller, Lisie Jones, Jayowi Heinrichsowi, Rebecce Rowe, Helen Thorpe, Johnowi Hellerowi, Pete’owi Beveridge’owi i Caro Heller. Sam nie wiem, jak Wam dziękować. Lisa, jak zawsze, była nieustraszoną czytelniczką i nieocenioną doradczynią. Słowa Helen pojawiły się w najodpowiedniejszym momencie. John i Caro, moi rodzice, są dla mnie najodważniejszymi, najbardziej twórczymi wzorami do naśladowania.

Za uważną lekturę i specjalistyczną wiedzę ogromne podziękowania należą się Jasonowi Hicksowi, Jeffowi Streeterowi, Donnie Gershten, Mike’owi Gugelerowi, Kirkowi Johnsonowi oraz Jasonowi Elliottowi z Navy SEALs. Dziękuję Janis Hallowell, Nathanowi Fischerowi, Markowi Loughowi, Tedowi Steinwayowi i Davidowi Grinspoonowi za ich wsparcie.

Carlton Cuse był dla mnie wspaniałym źródłem inspiracji. Bobby Reedy wiele lat temu zabrał mnie pierwszy raz nad wyjątkowy strumień z wędką muchową. I dziękuję Bobby’emu i Jasonowi Elliottowi za to, że wprowadzili mnie w przerażający świat karabinów snajperskich.

Dziękuję Bradowi Wienersowi za historię o pierwszym locie i wszystkie inne.

David Halpern jest moim przyjacielem i mistrzem od wielu lat. Bez niego ta książka by nie powstała. Jestem mu niezmiernie wdzięczny. Dziękuję Kathy Robbins za wszystko. Dziękuję Louise Quayle za jej wspaniałą pracę. A Charlotte Mendelson za jej wnikliwość i entuzjazm.

Wznoszę toast za moją fantastyczną redaktor Jenny Jackson.

A Dave’owi Hoernerowi, jednemu z najlepszych pilotów buszowych w historii, dziękuję za to, że nauczył mnie latać.