Gwiazdor - Laurelin Paige, Sierra Simone - ebook
Opis

Książka dla dorosłych w najmocniejszym tego słowa znaczeniu

Elektryzujące dzieło dwóch bestsellerowych autorek erotyków Laurelin Paige i Sierry Simone Fascynujące love story przepełnione obłędnie namiętnym seksem

Znasz mnie. No przyznaj się, mała. Możesz udawać, że jest inaczej, ale ja to wiem. Możesz ukrywać historię otwieranych stron w swojej wyszukiwarce, możesz zachowywać się na co dzień pruderyjnie, ale znasz porno. I znasz mnie. Każdy zna Logana O’Toole’a – największą gwiazdę filmów porno na świecie. Od pewnego czasu jednak, gdy koleżanka po fachu Devi Dare wkroczyła do mojego życia, zacząłem robić rzeczy, o które nigdy siebie nie podejrzewałem. Mój cały świat przewrócił się do góry nogami i zacząłem zdawać sobie sprawę, że nie jestem takim mężczyzną, za jakiego się uważałem. Może więc tak naprawdę wcale mnie nie znasz.

Czy zawodowi aktorzy porno potrafią w łóżku odnaleźć prawdziwe uczucie?

__

Wybuchowa mieszanka niegrzecznych zachowań i autentycznych emocji. Gwiazdor sprawi, że będziesz się śmiać, łkać i czuć się cudownie wyzwolona.

Katy Evans, autorka serii Manwhore i Ladies Man

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 487

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Znasz mnie.

Nie zaprzeczaj, wiesz, że tak jest.

Może udajesz, że nie. Może skrupulatnie czyścisz historię przeglądanych stron. Może udajesz zaszokowaną, kiedy ktoś choćby wymówi słowo „porno” w twojej obecności. Może wolałabyś mnie nie znać, tak jak wolałabyś nie mieć tej szuflady, w której trzymasz lubrykant i swoją zabawkę.

Tak, wiem o twojej szufladzie.

Jednak prawda jest taka, że mnie znasz. Znasz kształt moich dłoni okalających kobiece biodra, znasz wyraz moich oczu, gdy spoglądam na kochankę, podnosząc głowę spomiędzy jej ud. Znasz kształt mojego członka, jego długość i grubość. Znasz moje złocistobrązowe włosy i jasnozielone oczy. I znasz dźwięki, które wydaję, gdy dochodzę.

Zdobyłem wszystkie nagrody, mam setki tysięcy fanów na portalach społecznościowych, a moje nazwisko pojawia się wszędzie, w „Cosmopolitanie”, w ogólnokrajowych rozgłośniach radiowych i w tym godzinnym segmencie programu „Today”, w którym dwie prowadzące potrafią się ubzdryngolić o dziewiątej rano.

Wszyscy znają Logana O’Toole’a, światowej sławy gwiazdora porno.

A przynajmniej wszystkim wydaje się, że mnie znają. Zdumiewające, że w kraju o najwyższej na świecie konsumpcji pornografii per capita tyle osób wyobraża sobie, że żyję tak, jakbym był granym przez Marka Wahlberga bohaterem Boogie Nights albo Hugh Hefnerem, albo jakąś ich dziwaczną kombinacją. Że dzień w dzień otaczają mnie seks, splendor i forsa, a ja pławię się w atmosferze klubu Studio 54, przechadzając się w jedwabnym szlafroku, obwieszony złotą biżuterią i otoczony wianuszkiem tępawych, napalonych blondynek.

Tak nie jest.

Owszem, pieprzę kobiety za pieniądze, i tak, cholernie lubię swoją pracę. Kto by nie lubił? Jestem świetny w doprowadzaniu kobiet do orgazmu, a z tego czy innego powodu ludzie lubią patrzeć, kiedy to robię. Pod tym względem jestem największym szczęściarzem na świecie. Ale nie otaczają mnie kopczyki kokainy jak jakiegoś tytułowego bohatera Człowieka z blizną i nie ciągnie się za mną sznurek kobiet błagających, bym je zerżnął. Studni z forsą też nie mam, za co mogę podziękować internetowemu piractwu i modzie na amatorskie porno. Prawda jest taka, że pracuję siedem dni w tygodniu za (nomen omen) stosunkowo niewielkie pieniądze z szerokim wachlarzem skomplikowanych, inteligentnych, czasem rąbniętych, a czasem wspaniałych ludzi. Prawda jest taka, że szaleńczo kocham ten biznes i kocham się bzykać, nawet jeśli czasem tęsknię za czymś więcej, za czymś prawdziwszym i głębszym.

Prawda jest taka, że jako gwiazdorowi porno niekiedy żyje mi się zajebiście dobrze, a niekiedy kurewsko źle, czasem zdarzają się okresy nudy, a potem przychodzą chwile tak magiczne, że aż łzy cisną mi się do oczu. Jeśli jednak pominąć bolączki finansowe, branżowe dramaty i uparte starania rządu, aby pozbawić nas źródła utrzymania, kocham swoją pracę. Uwielbiam być Loganem O’Toole’em, gwiazdorem porno, i choćby nie wiem co, nie zamierzam rezygnować ze swego zajęcia, dopóki mi włosy łonowe nie posiwieją.

Więc proszę bardzo, udawaj, że mnie nie znasz, ale wiedz, że ja nigdzie się stąd nie ruszam.

Rozdział 1

Światło jest nieodpowiednie.

Zwykle mnie to nie obchodzi. Niewieloma rzeczami się przejmuję, zwłaszcza na planie, a już na pewno nie w taki dzień jak dzisiaj, kiedy według scenariusza mam zerżnąć dwie ślicznotki.

Problem w tym, że to mój plan. A te dwie ślicznotki to moje przyjaciółki. Wprawdzie dostają za to kasę, ale co z tego. Mogłyby teraz robić coś zupełnie innego i pewnie zarobić więcej, a jednak postanowiły poświęcić swój czas właśnie mnie. A to oznacza, że jako reżyser i przyjaciel czuję spoczywającą na sobie odpowiedzialność.

Chcę, aby ta scena wypadła dobrze.

Nie zrozum mnie źle, plan wygląda dobrze, bo jesteśmy u mnie, a mój dom jest niesamowity. Położony wysoko na wzgórzach, ma mnóstwo okien i sporą przestrzeń. Był pierwszą rzeczą, którą kupiłem, kiedy zacząłem przyzwoicie zarabiać, a choć pewnie mógłbym się przenieść nawet do Bel Air czy innej ekskluzywnej dzielnicy, wolę tu zostać. Lubię Laurel Canyon i cholernie kocham ten dom. Ale w tej chwili światło wlewa się do środka, jakby za oknem stał sam Bóg, więc dominuje jasna tonacja i wszystko jest prześwietlone – promienne i optymistyczne jak w pieprzonej reklamie portalu randkowego dla chrześcijańskich singielek.

A dzisiaj chrześcijańskim singielkom dziękujemy. Uśmiecham się do siebie, rozbawiony własnym żarcikiem, a potem rzucam spojrzenie Tannerowi, dwudziestoczteroletniemu genialnemu kamerzyście, którego jakimś cudem udało mi się namówić do pracy w mojej firmie.

– Jak to wygląda?

Tanner wzrusza ramionami, nie odrywając wzroku od kamery, w której poprawia jakieś ustawienia. W kadrze widać Ginger i Lexi, obie wciąż w bieliźnie i z komórkami w dłoniach, wyglądające jak znudzone klientki w kolejce na poczcie – jeśli nie liczyć prześwitujących staników i malinek, które już wykwitły im na szyjach.

– Możemy to trochę poprawić w postprodukcji – mówi Tanner, nie odrywając oczu od dziewczyn – ale na razie trąci to reklamą pralni.

Na ułamek sekundy przygryzam wargę. W tym biznesie liczą się szybkość i ilość, aby jak najszybciej zrobić jak najwięcej. Często kosztem jakości. Większość reżyserów miałaby w nosie oświetlenie – właściwie kiepsko oświetlone sceny są częścią tradycji. Efekt, który na początku był wynikiem taniochy i braku sprzętu, stał się charakterystyczną dla tej branży estetyką. W końcu kogo obchodzi nastrój w takiej scenie? Nastrój to pieprzenie. Jeśli tylko chce ci się przy niej brandzlować, to znaczy, że scena jest taka, jak trzeba.

Ja jednak nie tego chciałem, zakładając O’Toole Films. Chciałem trafić w niszę między lukrowanymi romansidłami, wypożyczanymi przez zamożne pary z przedmieść z okazji kolejnych rocznic ślubu, a sprośnymi pornosami kręconymi w lochach. Bo przecież musi istnieć taka nisza, prawda? Coś dla wyuzdanych pornomaniaków, którzy jednak mają dobry gust?

Podejmuję szybką decyzję.

– Całowanie dokończymy tutaj. Potem zaciągnę je obie do sypialni. Okna są od północy, więc może światło będzie mniej…

– W stylu sitcomu z lat siedemdziesiątych? – kończy za mnie Tanner.

– Chciałem powiedzieć: agresywne.

– Aha.

Wzdycham i podbiegam do dziewczyn.

– Myślę, że jak skończymy kręcić całowanie – tę scenę, w której nakłaniam was do całowania się – przeniesiemy się do sypialni.

– Powinieneś zawlec nas tam za włosy – podpowiada Ginger, opuszczając dłoń z telefonem i zwężonymi oczami spoglądając nad moim ramieniem na drzwi do sypialni, jakby wyobrażała sobie to ujęcie. – To by było rajcujące.

– Jeszcze jak – wtóruje jej Lexi, nawet nie podnosząc wzroku znad Instagrama.

Tak to właśnie jest w tej branży. Mniej więcej za godzinę mój kutas znajdzie się w ich tyłkach, ale w tej chwili żadna z nich nawet nie spojrzy mi w oczy. Nie dlatego, że się wstydzą. Po prostu prawie dla nich nie istnieję, dopóki nie zaczniemy się pieprzyć.

To trochę smutna myśl.

Smutna myśl kogoś samotnego.

Chcę się za to trzepnąć. Za chwilę mam się pieprzyć z dwiema kobietami, które uwielbiam pieprzyć, i jeszcze wszyscy na tym zarobimy. Kiedy to stałem się tak cholernie ckliwy?

Od Raven. Właśnie wtedy.

Dziś jest dobrym dniem. I będzie dniem trzeźwym.

Nie pozwalam więc, aby Raven zaprzątała mi głowę, i kieruję myśli ku przyjemnym krągłościom dziewczęcych bioder Lexi, ku jej lśniącym blond włosom, błagającym, by je potargać i ciągnąć za nie.

Tanner unosi kciuki, a my przenosimy się na sofę. Znikają telefony, Ginger poprawia pończochy i już wracamy do całowania, które należy do moich ulubionych zajęć w tym fachu.

Cóż, uwielbiam wszystko, co robię, ale to w szczególności. Ginger – rudowłosa, wytatuowana weteranka tej branży, w której pracuje od dziesięciu lat, podobnie jak ja – podpełza do mnie na czworakach, jej pełne piersi omal nie wylewają się ze stanika, a usta układają się przekonująco w wyuczony dzióbek, odznaczając się na ładnej, zbyt mocno umalowanej twarzy.

Mała i smukła Lexi wtula się w mój drugi bok, pieszcząc przez jeansy mój członek, który osiąga swój pełny rozmiar, gdy ja łapczywie chwytam Ginger i przyciągam ją do siebie.

– Chodź tu – mruczę, zachwycony cichym piśnięciem, które wydaje, zaskoczona szarpnięciem. Ginger to absolutna profesjonalistka, więc za punkt honoru stawiam sobie prowokowanie jej do autentycznych reakcji, kiedy tylko to możliwe. Lubię autentyczność. I naturalność.

Lubię realizm.

Lexi płynnie przechodzi teraz do pieszczenia tyłeczka Ginger, ciągnąc za jej figi i wymierzając jej klapsy na użytek drugiej kamery, znajdującej się dokładnie po przeciwległej stronie kanapy. Tanner stoi za tą, która kręci nas z boku, aby w razie potrzeby zmienić kąt lub zrobić zbliżenie. Później zmiksujemy materiał z obu kamer, aby wydobyć z niego cały potencjał sceny. Ale właśnie od tego mam Tannera, żebym nie musiał o tym myśleć, kiedy gram – omawiamy wszystko odpowiednio wcześniej i po prostu mówię mu, o co mi chodzi. Po skończeniu zdjęć wspólnie zmontujemy całą scenę, ale w tej chwili mogę się skupić na jedynej rzeczy, na której chcę się skupić, czyli na smakowaniu ust Ginger.

Zgniatam jej wargi moimi i czuję, że smakują całkiem stosownie, jak guma do żucia Big Red. Całujemy się jeszcze kilka razy, a potem kładę dłoń na jej karku i mocno przyciskam jej twarz do mojej, jednocześnie rozchylając jej wargi moimi, by wsunąć język do jej ust. Próbuje się odsunąć, bo – jak większość dziewczyn – woli udawać całowanie. Ale ja nie lubię. Całuję ją jeszcze głębiej, drażniąc językiem jej język, a potem ściskam zębami jej dolną wargę. Wydaje cichy dźwięk – na znak protestu bądź zgody, nie jestem pewien – ale nie przerywam. Zgodnie z naszą umową, jeśli tylko poczuje jakiś dyskomfort emocjonalny lub fizyczny, delikatnie pacnie mnie w ramię, a ja natychmiast przestanę. Ale do tego czasu jest moja.

Nie ma sygnału, nie ma litości.

Gdy Ginger zaczyna dyszeć, odwracam się do Lexi. Natychmiast postanawiam, że jak tylko skończymy dzisiejsze zdjęcia, zarezerwuję ją sobie na milion kolejnych scen, bo ona ani trochę nie boi się języka, a kiedy sięgam w dół, aby pobawić się jej cipką, okazuje się, że jest już cała wilgotna.

– Grzeczna dziewczynka – mruczę jej prosto w usta. Wije się w moich dłoniach, a ja szczerzę się do niej. – Chcesz czegoś ode mnie?

– Chcę, żebyś mnie pieprzył – zawodzi.

Mówi to wyuczonym tonem doświadczonej aktorki, a ja opuszkiem palca głaszczę jej łechtaczkę, kreśląc małe kółeczko, co sprawia, że Lexi zaczyna dyszeć.

– Nie wierzę ci – szepczę, wyciągając rękę, aby dać jej klapsa. W jej westchnieniu wyczuwam prawdziwe zaskoczenie.

– Lepiej mnie przekonaj, bo może wcale cię nie zerżnę – ciągnę. – Może nie pozwolę ci dojść. Tego chcesz?

Szeroko otwiera oczy i rozchyla usta, gdy ponownie dotykam jej łechtaczki, tym razem porządnie ją pocierając. Lexi jęczy, a ja czuję jej wilgoć już na całej mojej dłoni.

– Proszę… – mruczy.

I wtedy nadchodzi moment, który tak uwielbiam, kiedy przedstawienie staje się prawdą, kiedy ciało kochanki mówi tak, tak, tak, chcesz się z nim pieprzyć, i odtąd chodzi już o coś więcej niż tylko o pieniądze czy dobrze nakręconą scenę. Chodzi o ukojenie pragnienia, które właśnie w niej rozkwita. (Lubię, kiedy po wszystkim moje dziewczyny są zadowolone. To dobry biznes, a ja jestem wręcz uzależniony od tego uczucia, które przepełnia mnie, gdy dziewczyna szczytuje, gdy w niej jestem).

Jeszcze jeden, ostatni pocałunek z Lexi, a potem zachęcam obie dziewczyny do zajęcia się sobą nawzajem. Zaczynają się całować, Ginger napiera cipką na mój wzwiedziony członek, Lexi masuje swymi małymi dłońmi jej cycki, a kiedy patrzę w dół, widzę, że Ginger zostawia na moich jeansach plamę wilgoci.

– Tak – mruczę. – Właśnie, kurwa, tak.

Liżą i lekko gryzą się nawzajem, po czym Ginger przejmuje inicjatywę i przesuwając dłonią po karku Lexi, ustami dosięga jej gardła, a potem wraca do jej warg. Przed oczami migają mi ich różowe języki i białe zęby, a przez głowę przelatuje myśl, że mój kutas wyglądałby teraz pięknie na tle ich twarzy, prześlizgując się między tymi wargami i językami. Już widzę, jak kolejno wsuwa się w usta każdej z dziewczyn, a jeśli, o mój Boże, jeśli Ginger nie przestanie ocierać się o mnie cipką, zaraz ją odwrócę i zerżnę w tyłek.

Ta myśl wywołuje we mnie pewne skojarzenie – a właściwie wspomnienie – dotyczące dwóch innych dziewczyn w innym miejscu i czasie. Zaciskam zęby i odpycham tę myśl, bo jest w niej Raven… no, może niezupełnie dlatego, bo choć Raven rzeczywiście tam była, to jednak teraz chcę myśleć o tej drugiej dziewczynie, tak jak myślałem o niej przez ostatnie trzy lata, brandzlując się.

Właśnie o Devi Dare myśli Logan O’Toole, kiedy chce się spuścić w samotności. I w tym momencie kątem oka dostrzegam, że Tanner unosi kciuk na znak, że mamy już dość materiału z grą wstępną i czas na ciąg dalszy. Niechętnie przerywam, kiedy obie dziewczyny całują się i tak przyjemnie napierają na mnie, a oczyma wyobraźni widzę Devi z jej idealnie pulchnym tyłeczkiem…

Z niskim pomrukiem zaciskam jedną dłoń na płomiennorudych włosach Ginger, a drugą na jedwabistych blond lokach Lexi, po czym wstaję i ciągnę je obie za sobą, zmuszając, by padły na kolana i dreptały za mną na czworakach jak dwie rozochocone kotki.

Puszczam ich włosy i idę tyłem do sypialni na tyle powoli, by Tanner nadążył za mną z kamerą i aby dziewczyny nie posiniaczyły sobie kolan o podłogę z twardego drewna.

Ani Ginger, ani Lexi nie rusza tego rodzaju uległość, ale to nie szkodzi, bo przed kamerą znakomicie udają podniecenie, kręcąc tyłkami, trzepocząc rzęsami i kocimi ruchami sunąc w stronę sypialni. Poza tym od jakiegoś czasu (od trzech miesięcy) staram się unikać ostrych scen uległości z wielu powodów (Raven, Raven, Raven), więc taka nieco żartobliwa dominacja idealnie pasuje do tego gładkiego, nieskomplikowanego stylu pracy, któremu ostatnio hołduję.

– Dobra, w porządku. Dacie mi jakieś piętnaście minut, żebym się zainstalował? – Nie czekając na odpowiedź, Tanner biegnie do salonu po sprzęt. Wchodzę do sypialni, aby upewnić się, że nie walają się w niej jakieś żenujące śmieci, ale na szczęście nie, jeśli nie liczyć brudów do prania oraz stosów zewnętrznych twardych dysków i papierzysk podatkowych upchniętych byle jak w segregatorze. Poprawiam kołdrę na zasłanym łóżku (ścielę łóżko każdego ranka, tak jak nauczyła mnie mama) i prawie włażę na stos leżących na podłodze pudełek z płytami DVD. Podnoszę pierwszy z wierzchu film.

Teraz potrafię już przeczytać imię Raven, prawie się przy tym nie wzdrygając. Igraszki Raven to pełnometrażowy film, który nakręciliśmy na początku naszego związku, gdy byliśmy ze sobą od zaledwie dwóch miesięcy. I choć zazwyczaj wszystkie otrzymane egzemplarze DVD z filmami, w których gram, rozdaję jako nagrody i upominki, to jednak ten sobie zatrzymałem. Odwracam pudełko, aby obejrzeć zdjęcie leżącej na plecach Raven w scenie lizania cipki. Robi to uśmiechnięta dziewczyna na czworakach, o długich, cynamonowych włosach i złocistobrązowej skórze.

Mam już erekcję, ale widok Devi Dare z wypiętym, nagim tyłeczkiem może doprowadzić do szaleństwa każdego faceta. Zwłaszcza kiedy ten facet aż za dobrze pamięta, jak jej dotykał i jak wkładał kutasa w te jej roześmiane usta.

– Wszystko w porządku? – zapytałem, zanim zaczęliśmy kręcić, gdy tylko ona, Raven i ja znaleźliśmy się na łóżku.

– Tak – szepnęła. – Ale to moja pierwsza prawdziwa scena, więc…

– Mam być delikatny?

Zaśmiała się pogodnie.

– Miałam powiedzieć, że chcę to dobrze zapamiętać.

No i było to niezapomniane, przynajmniej dla mnie. Tyle razy brandzlowałem się przy tej scenie – i wspominając ją, i oglądając na DVD – że zdążyłem już zapamiętać każde westchnienie i każdy jęk. A mimo to na samą myśl o niej mógłbym dojść choćby zaraz.

Muszę kogoś przelecieć. Gdzie Tanner z tymi swoimi kamerami?

Wkopuję pod łóżko brudne bokserki i pudełka DVD z Criterion Collection, ale kiedy wychodzę z sypialni, Tanner nadal składa sprzęt, a dziewczyny znowu siedzą z nosami w swoich telefonach. Ginger najwyraźniej tweetuje selfie swoich cycków, a Lexi chichocze, czytając coś.

Widzę, że na seks przyjdzie mi jeszcze poczekać, więc poprawiam wyprężonego fiuta i pomagam Tannerowi przenieść do sypialni statywy do kamer i konsolę do sterowania oświetleniem.

– Idziesz wieczorem na imprezę do Vidy? – pyta Tanner, nie przerywając pracy. – Powinieneś. No wiesz, nawiązywanie kontaktów i tym podobne bzdury.

– Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym – odpowiadam, ale to kłamstwo. Myślałem o tym całkiem sporo. Vida Gines – była gwiazda porno, obecnie producentka – to wielka znawczyni branży, a dzisiejszą imprezę urządza z okazji przejęcia przez jej firmę popularnego holenderskiego studia Lelie, specjalizującego się w pornografii feministycznej. I to właśnie stanowi dla mnie problem.

Nie zrozum mnie źle, uwielbiam feministyczne porno – tę autentyczność, prawdziwe kobiety i prawdziwe orgazmy. Nawet trochę zazdroszczę reżyserkom ich kreatywności i zmysłu estetycznego. Nie mówiąc już o tym, że od czasów Igraszek Raven moja muza erekcji Devi Dare kręci wyłącznie takie prokobiece porno, a ja staram się nie przegapić żadnego z jej filmów.

Poza tym impreza u Vidy będzie olbrzymia, a choć O’Toole Films radzi sobie całkiem dobrze, nie zaszkodzi otrzeć się o branżowych menedżerów i dystrybutorów czy poznać jakieś nowe talenty.

Nie, problem w tym, że na tej imprezie spotka się cały światek porno w swoich trzech odmianach: feministycznej, artystycznej i alternatywnej, zaś w samym środku znajdzie się…

Raven.

Mój mózg zawiesza się na chwilę, a ja wpatruję się tępo w konsolę, którą przed chwilą postawiłem na podłodze.

Tanner czyta mi w myślach.

– Może jej tam wcale nie będzie, wiesz?

– Wiem – mówię obronnym tonem, jakby mojego mózgu nie zalała właśnie fala straszno-cudownych wspomnień.

– A nawet jeśli będzie, to może już czas, abyś pokazał jej, że zostawiłeś to za sobą… cokolwiek to było. Twoje nazwisko należy teraz do największych w branży – to jest też twoje boisko. Nie możesz wiecznie się kryć.

Daję sobie czas do namysłu, mocując się ze stojakiem do konsoli znacznie dłużej, niż to konieczne. W końcu odpowiadam, mówiąc tylko dwa słowa.

– Masz rację.

Tanner jest zadowolony.

– Oczywiście, że mam rację. Zawsze mam rację. Miałem rację co do tacos na śniadanie i mam rację co do imprezy u Vidy. Idziesz, olśniewasz wszystkich swoim uśmiechem i fiutem, a Raven żałuje dnia, w którym cię zostawiła.

W ustach Tannera brzmi to tak prosto, że przez chwilę widzę tę scenę tak, jakbym ją sfilmował. Ujęcie wprowadzające przedstawia modernistyczną rezydencję Vidy, mocno oświetloną, z cichą, lecz chwytliwą muzyką w tle. Potem ja – śmieję się i rozbawiam innych. Raven stoi sama, z niezadowoleniem wpatruje się w swój kieliszek kiepskiego, białego wina. W jednej ze scen – nakręconej kamerą w ruchu i z odpowiednim podkładem muzycznym – minąłbym ją, idąc gdzieś, może na balkon. Ona podniosłaby wzrok i w moich oczach ujrzałaby moje słynne opanowanie i pewność siebie – i nic więcej. Nie ujrzałaby w nich tych pustych butelek po szkockiej ani tej nocy, kiedy trzy razy z rzędu obejrzałem Goldfingera w kinie grającym klasykę filmową, bo nie mogłem znieść myśli o powrocie do pustego domu. Nie, ujrzałaby prawdziwego Logana, nowego Logana. Logana, który wkrótce skopie wszystkim tyłki (po czym spuści się na każdy z nich).

Adrenalina pulsuje mi w żyłach. Od trzech miesięcy moje życie składa się z pieprzenia, filmowania i montażu. Widuję tylko tych przyjaciół, którzy są częścią mojego cyklu filmowania i pieprzenia. Ale dziś wieczorem to się zmieni. Dziś wieczorem odzyskam swoje dawne życie.

– Przyprowadź dziewczyny – mówię Tannerowi z szerokim uśmiechem na ustach, rozpinając przy tym jeansy. – Jestem gotowy.

Dziś wieczorem Logan O’Toole w końcu powróci z krainy złamanych serc.

Rozdział 2

Mam dość.

I wcale nie dlatego, że moja własna matka właśnie wypina przede mną tyłek, ćwicząc nago jogę. Wpadłam z nieoczekiwaną wizytą, więc to ja zakłócam jej rutynę, a przecież zazwyczaj nie peszą mnie jej rytualne praktyki medytacyjne. Przyzwyczaiłam się. W końcu to moja matka.

Trudno mi jednak skupić się na trzymanym w dłoni rachunku z działu kredytów studenckich, gdy na poziomie moich oczu znajduje się cipka mojej matki w pozycji psa z głową w dół. Do tego z tym jej bujnym buszem. Szanuję swobodne, hipisowskie upodobania mojej matki i w pełni popieram kobiecą naturalność, ale jakoś nie jestem przekonana, że Ewa nie przycięła sobie tego i owego, gdy tylko rzuciła ogryzek na ziemię.

To właśnie kobieca duma każe mi poświęcać tyle czasu na woskowanie i wyskubywanie. Wiem, wiem, każdy lubi co innego itd., itp.

Akurat w tej chwili widok jej odbytu wydaje mi się całkiem stosowny do sytuacji, bo właśnie odkryłam, że życie serwuje mi niezłe gówno. Żegnaj, nowe mieszkanie w El Segundo. Mam dość. To okropne.

Zdaje się, że tę ostatnią część wypowiedziałam na głos, bo sekundę później matka przerywa swoje omy i pyta:

– Co jest okropne, Dev?

– Wszystko – odpowiadam. – Wszystko jest okropne.

– „Wszelkie słowa, które wypowiadamy, winniśmy wybierać z rozwagą, gdyż ludzie je usłyszą i ulegną ich wpływowi – dobremu lub złemu” – cytuje Buddę. Przysięgam, że ponad połowa wszystkich słów, jakie usłyszałam od niej przez całe życie, była cytatami.

Szkoda, że ona nie ulega wpływowi moich słów i nie przerywa swojego zajęcia, by powiedzieć mi, jak mam się wydostać z tego finansowego bajzlu, w który się wpakowałam. Dlaczego akurat dzisiaj postanowiłam tu wstąpić i odebrać swoją pocztę? Mogłam jeszcze do końca tygodnia żyć w błogiej nieświadomości faktu, że jedyny semestr spędzony na UCLA będzie mnie prześladował.

Patrzę na matkę, która teraz przyjmuje półpozycję uttanasana, i natychmiast tego żałuję.

– Mâmân, błagam! – jęczę, zasłaniając oczy.

Przechodząc do następnej pozycji, zerka do tyłu, a wówczas coś, co we mnie widzi, sprawia, że z jej piersi wyrywa się okrzyk. Zakrawa to na ironię, zważywszy, że to ja oglądam nagą pięćdziesięciolatkę w trakcie ćwiczenia jogi.

– Devi! – wykrzykuje. – Aurę masz tak mętną, że prawie czarną! Siadaj, siadaj. Przyniosę soku z kurkumy i zrobię ci reiki.

– Dzięki, ale myślę, że wystarczy mi chwila rozmowy. – Przynajmniej udało mi się zwrócić jej uwagę. Tak to już jest z moją matką – albo nieświadoma, albo czuła i opiekuńcza. Nic pośredniego.

– Nonsens. – I już nalewa mi do szklanki porcję swojego ulubionego eliksiru. – Gdybyś widziała to, co ja, wiedziałabyś, jak bardzo twoja energia życiowa wymaga uzdrowienia.

– Uzdrowienia wymaga raczej moje konto w banku.

– „Zadowolenie jest największym z bogactw” – wtrąca mój tata, wychodząc z kuchni i rozsuwając wiszące w przejściu bambusowe paciorki, które kołyszą się i klekoczą. Staram się nie przewrócić oczami.

– Założę się, że Budda zmieniłby zdanie, gdyby miał kredyt studencki – mamroczę.

– Kredyt studencki? – pyta matka, stawiając przede mną sok z kurkumy. W jej głosie słychać nutkę nadziei.

– Wracasz na studia? – wtóruje jej ojciec.

Chętnie bym się wkurzyła – ale wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej.

Zresztą jeśli miałabym się na kogoś wkurzać, to chyba na siebie. Wybór przedmiotu kierunkowego nie powinien być tak cholernie trudny, a mimo to taki właśnie jest. Nie chodzi o to, że nie mam żadnych naukowych zainteresowań – przeciwnie, interesuje mnie mnóstwo rzeczy. Tyle że skupienie się na jednym temacie, który w dodatku miałby wyznaczyć mi drogę kariery, wydaje się, cóż, dość zniechęcające.

– Jeszcze nie, Bâbâ. Wkrótce… ale jeszcze nie teraz. – Wkrótce. Mam nadzieję, że to nie jest kłamstwo.

– W końcu się zdecydujesz – mówi z uspokajającym uśmiechem, dzięki któremu prawie zapominam o tym okropnym świstku w mojej dłoni. – Masz całe życie na podjęcie decyzji.

Jedną z niewiarygodnie wspaniałych cech moich rodziców jest to, że całkowicie wspierają mnie we wszystkim, co robię. Nawet gdy nie zgadzają się z moimi wyborami, przyklaskują mi z uśmiechem na ustach. Skoro robię coś, co mnie uszczęśliwia, są po mojej stronie.

Matka sadza mnie przy kuchennym stole i staje za mną, a chociaż jej nie widzę, wiem, że głaszcze powietrze nade mną, usuwając w ten sposób negatywną energię z mojej aury. Z kolei ojciec kładzie mi dłoń na ramieniu, przesyłając mi pozytywną energię bezpośrednio.

Robię głęboki wdech i wydech. Nie tego w tej chwili potrzebuję, ale oni właśnie w taki sposób okazują mi swą miłość i tylko tak mogę utrzymać ich uwagę.

– Jeszcze jeden głęboki wdech, a potem opowiedz nam, co cię trapi. – Ojcu wymyka się akcent, jak to się często zdarza, gdy praktykuje medycynę holistyczną, mimo że nie mieszka w Iranie, odkąd skończył dziesięć lat. Uwielbiam to, tak jak uwielbiam każdy ślad jego perskiego pochodzenia, który mi przekazał: ciemne włosy, bursztynowe oczy i oliwkową skórę. „Etniczny koloryt”, jak mawia moja agentka, zapewnia mi przyzwoitą liczbę zleceń w branży erotycznego modelingu. To, a także moja gotowość do rozbierania się przed kamerą, jakby to nie było nic wielkiego – kolejna cecha, którą zawdzięczam rodzicom. Odkąd pamiętam, wpajali mi, że ciało jest najpiękniejsze w swej naturalnej krasie. Choć jestem bardziej konserwatywna niż oni, nagość nie wywołuje we mnie najmniejszego skrępowania.

Wykonuję polecenie ojca i wypełniam płuca powietrzem. Potem robię wydech.

– Chodzi o mój kredyt studencki. Wygasło odroczenie spłaty.

– Ach! – mówią jednocześnie.

Kolejną niesamowitą cechą moich rodziców jest ich zgranie. Być może jest to skutek uboczny robienia wszystkiego wspólnie – naprawdę wszystkiego. Razem pracują, razem gotują, razem sprzątają. Gdyby ojciec nie naciągnął mięśnia pachwiny, zastałabym go ćwiczącego razem z matką, również au naturel. Choć często nabijam się z nich z tego powodu, mam nadzieję, że pewnego dnia stworzę z kimś podobny związek. Może jedynie bardziej „tekstylny”.

Ojciec przesuwa dłoń do nasady mojego karku.

– Czy nie przyznają ci dalszego odroczenia, jeśli wrócisz na studia?

– Tak. Ale nadal nie mam pojęcia, co miałabym studiować. I nie stać mnie, żeby to spłacić. – Wymachuję rachunkiem w powietrzu. – Nie, jeśli mam jednocześnie opłacać swoje mieszkanie. – Pół roku temu ledwo mogłam pozwolić sobie na wyprowadzkę. Zlecenia modelingowe są dobrze płatne, ale nie na tyle, by samodzielnie utrzymywać się w Kalifornii.

– Wiesz, że twój pokój zawsze tu na ciebie czeka. – Matka byłaby szczęśliwa, gdybym mieszkała z nią do końca życia. Ale chociaż kocham swoich staruszków, uważam, że dziecko musi kiedyś wyfrunąć z gniazda.

– Nie wydaje mi się, aby powrót do domu był dobrym rozwiązaniem. – Poza tym wspólne mieszkanie poważnie przydusiło moje życie towarzyskie. Za każdym razem, kiedy przyprowadzałam jakiegoś kolesia na wieczornego drinka, moi rodzice dopadali nas z tą swoją herbatką grzybową, brownie z trawką i niezliczonymi radami na temat tego, jak osiągnąć najlepszy orgazm. Uważają się za znawców tantrycznego seksu i bez skrępowania dzielą się własnymi doświadczeniami. Trochę to dziwne, delikatnie mówiąc.

Nie żeby był w moim życiu facet, którego chciałabym przyprowadzić do domu – od dawna takiego nie ma. Większość moich orgazmów w zeszłym roku osiągnęłam w pojedynkę, oglądając pornosy z Loganem O’Toole’em. Przez chwilę wyobrażam sobie, jak on zareagowałby, gdyby poznał moich rodziców. Kto jak kto, ale on na pewno nawet by nie mrugnął, słuchając ich frywolnych opowieści. Bóg jeden wie, że sam mógłby przebić każdą z ich historyjek.

Czy to dziwne, że tak często myślę o Loganie? Graliśmy razem w jednej scenie – to był trójkąt, a ja byłam „tą trzecią”. Minęły już ponad trzy lata, a ja nadal o nim fantazjuję. To prawdopodobnie oznacza, że nie bardzo nadaję się do prawdziwego porno. Jedna scena z facetem przed kamerą – i to bez stosunku – a ja już się angażuję. Od tamtej pory odrzucałam wszystkie propozycje, które odbiegały od moich zwykłych scen z dziewczynami.

Byłoby miło, gdybym dostawała więcej takich zleceń. Mogłabym spłacić część tego kredytu.

– Ależ powrót do domu mógłby się okazać dobrym rozwiązaniem – nalega łagodnie matka. – Dlaczego od razu odrzucasz tę opcję?

– Czy to duma, Devi? – W głosie ojca pojawia się pouczająca nuta. I rzeczywiście zaraz zaczyna się wykład: – Wiesz, co Budda mówi o dumie. „Wyzbądź się złości. Wyzbądź się…”

– „…dumy. Gdy nic cię nie krępuje, wznosisz się ponad smutek” – kończę razem z nim. – Tak, tak, wiem i to bardzo miło z waszej strony, że mnie zapraszacie. Ale nie chodzi o dumę. – No, może jednak trochę tak. – Po prostu muszę to sobie poukładać.

Mâmân jest wyraźnie zawiedziona moją odpowiedzią. Jestem jej jedynym dzieckiem i tęskni za moją obecnością w domu.

– Wiesz co? Postawię ci tarota – mówi. – Wszechświat podpowie ci, co robić. – Pełna zapału, posyła ojca po karty tarota, które przechowuje w pojemniku na chleb – bo któż nie trzyma w spiżarni talii Rider Waite’a? – i już zasiada w fotelu obok mnie.

Czuję, jak się we mnie gotuje, ale nie chcę okazywać irytacji. Choć karty były w moim życiu niezbędnym elementem, ich możliwości przepowiadania przyszłości nie przekonują mnie bardziej niż podejrzenie, że moi rodzice wykorzystują je do przekazywania mi najtrudniejszych komunikatów, które ich zdaniem koniecznie powinnam usłyszeć. Gdy matka wykłada pierwszą kartę, przygotowuję się na jej interpretację w rodzaju: „Przeprowadź się do domu, wróć na studia, bądź szczęśliwa w życiu”.

I w jej ustach zabrzmi to tak prosto. Szkoda, że życie tak nie działa.

– Rozłożę trzy karty – mówi, prawdopodobnie wyczuwając moją niechęć do wróżenia. – To twoja droga – Koło Fortuny.

Ojciec krzywi się lekko nad jej ramieniem.

– Nie przepadam za tą kartą.

– Nie słuchaj swego Bâbâ. To fantastyczna karta. Przypomina, że życie toczy się cyklami. Może i teraz jesteś w dołku, ale fortuna zawsze się odwraca. Nie jesteś skazana na pozostanie pod wozem.

– A kiedy już się znajdzie na wozie, może się spodziewać, że za chwilę znowu z niego spadnie. – Ten pesymizm jest niepodobny do ojca, ale te słowa słyszałam już nieraz. Ściślej mówiąc, powtarzał je przez ostatnie dwadzieścia jeden lat za każdym razem, kiedy w rozkładzie pojawiała się ta karta.

Podnoszę rękę, zanim zdążą wdać się w sprzeczkę na temat negatywnych i pozytywnych aspektów Koła Fortuny.

– Ale jak taka droga ma mi pomóc? – pytam. – Mam się wziąć w garść i czekać, aż wszystko się samo ułoży?

Matka kręci głową.

– Nie, oczywiście, że nie. Ta karta radzi zrobić coś wręcz przeciwnego. Nie stój w miejscu, pozwól, by koło pociągnęło cię w dół. Możesz zacząć działać, żeby znów znaleźć się na górze.

Kiwam głową, udając, że biorę to za dobrą monetę.

– Więc wymyśl sposób na jakiś dodatkowy zarobek. – Tak jak mówiłam jeszcze przed rozłożeniem kart. – Rozumiem.

– Tak. Na przykład możesz wrócić do domu. Tymczasowo. – No i proszę: oto komunikat, który miałam usłyszeć.

Zżymam się w duchu.

– Następną kartę poproszę.

– Największa przeszkoda – mówi, odwracając kolejną kartę z talii. – Och, to Kochankowie.

– Jezu – mamroczę. – Związek faktycznie byłby przeszkodą. – Serio, to ostatnia rzecz, jakiej mi teraz potrzeba.

– Kochankowie oznaczają nie tylko romantyczną relację – mówi ojciec. – Mogą symbolizować coś bardziej zasadniczego – wskazywać, że nadszedł czas, abyś zbudowała własną filozofię i system zasad. Czas na zadecydowanie, kim jesteś. W co wierzysz.

– Co chcesz robić do końca życia…

– Mamo! – jęczę.

– Nie złość się na mnie. Jestem tylko posłańcem wszechświata. – Zdaje się, że właściwie interpretuje mój sceptycyzm. – Idźmy dalej. Wynik. – Odwraca kolejną kartę, ale zatrzymuje się, kiedy telefon ojca zaczyna grzmieć głosem Petera Griffina z serialu Głowa rodziny: „Kto do mnie SMS-uje?”.

Uśmiecham się jak zawsze, gdy słyszę ten sygnał powiadomienia, który mu ustawiłam, a potem chichoczę w duchu, bo on prawie na pewno nie ma zielonego pojęcia, jak to zmienić. Moi antytechnologiczni rodzice mają komórkę wyłącznie po to, by móc odebrać wiadomość, kiedy któraś z ich klientek zaczyna rodzić, więc oboje są wyraźnie ożywieni i zaniepokojeni, gdy ojciec odczytuje SMS-a.

– To Astrid – mówi z błyszczącymi oczami. – Skurcze ma już co sześć minut. Musimy się pospieszyć.

Matka piszczy z ekscytacji.

– Nie jestem nawet ubrana! – Zrywa się i porzucając talię na stole, biegnie przywdziać swój strój douli.

Śledzę ją wzrokiem, zastanawiając się, jakie to uczucie kochać pracę tak bardzo, jak ona kocha swoją.

Ojciec stoi za mną, opierając dłonie na moich ramionach, a ja wiem, że przesyła mi swoją energię.

– Trzymaj się, mała. Wszystko się ułoży. I masz rację – powrót do domu niczego nie załatwi.

Jestem nieco zaskoczona, że nie stanął po stronie matki. I wdzięczna. Miło nie czuć tej presji przynajmniej od jednego z rodziców.

Całuje mnie w czubek głowy, a ja chłonę jego miłość i wysyłam mu swoją. Może to tylko czary-mary, ale to go uszczęśliwia, a on uszczęśliwia mnie.

– Dziękuję, Bâbâ. Asheghtam – mówię, co po persku znaczy: „Kocham cię”.

Ściska mnie za ramiona i odpowiada mi tym samym słowem.

Wraca matka, ubrana w kostium kąpielowy. Widocznie poród odbędzie się w wodzie.

– Powodzenia! – Macham im i obiecuję, że pozamykam dom, wychodząc.

Gdy zgarniam pocztę, moją uwagę przyciąga zaadresowana do mnie kartka wielkości zaproszenia. Rozcinam kopertę i znajduję zaproszenie na branżową imprezę Vidy Gines. Zerkam na datę – to dziś wieczorem. Zastanawiam się przez chwilę. Zwykle mnie to nie interesuje – na jej imprezach bywają ludzie z kręgu poważnego pornobiznesu – ale jeśli chcę więcej grać, choćby tylko w kobiecym porno, to właśnie tam mogę nawiązać nowe kontakty.

Czy nie to doradzało mi Koło Fortuny? Szukaj nowych sposobności i tak dalej. Nie żebym wierzyła w to całe wróżenie. W każdym razie niebezgranicznie.

Z czystej ciekawości odwracam ostatnią kartę tarota, tę, która miała stanowić rozwiązanie mojej sytuacji. Widzę Gwiazdę, moją ulubioną kartę w całej talii. Uwielbiałam ją jako dziecko, bo kochałam gwiazdy. Nie obchodziło mnie, co mówią o niej wróżbici – dla mnie zawsze oznaczała lśniące klejnoty rozświetlające nocne niebo. Całymi godzinami wpatrywałam się w jasne kropki widoczne przez teleskop, który dostałam na dziesiąte urodziny, słuchając rodziców recytujących mity o greckich bogach, którzy mieszkali nad nami w postaci konstelacji gwiezdnych. Już wtedy zastanawiałam się, co kryje się za tymi opowieściami, z jakich pierwiastków są złożone te kule ognia, dlaczego płoną, jarzą się i spadają.

Oczywiście nie takie przesłanie jest zawarte w leżących przede mną kartach. Próbuję je odgadnąć pod nieobecność rodziców. Nadzieja, jak sądzę. Tak, to jest to.

To uniwersalne przesłanie, odpowiednie dla każdego zawsze i wszędzie. A jednak, gdy – ściskając w dłoni zaproszenie Vidy i fakturę z kwotą kredytu studenckiego – ruszam do domu, aby przygotować się na imprezę, jestem pełna nadziei i nie mogę się uwolnić od myśli, że ta karta okazała się bardzo adekwatna do mojej sytuacji.

Rozdział 3

Chyba niewiele potrzeba, by złamać człowieka.

Weźmy na przykład mnie. Pod wieloma względami mam bardzo udane życie. Porządne dzieciństwo – tak. Sukces w biznesie – tak.

Zdrowie? Nie najgorszy wygląd? Niesamowity fiut? Trzy razy tak.

Wspaniałe życie. I do kompletu wspaniała dziewczyna, jak mi się wydawało. Przez trzy lata ta ciemnowłosa ślicznotka o porcelanowej skórze stała u mego boku – twórcza, inteligentna, przebojowa i tak cholernie seksowna, że nie mogłem utrzymać rąk przy sobie, nawet po całodniowym pieprzeniu się z innymi kobietami. Mieliśmy rasowego yorkshire terriera, którego nazwaliśmy Prior. (Na cześć postaci z Aniołów w Ameryce*. Pomysł Raven). Wspólnie wybieraliśmy ręczniki i talerze. I wspólnie tworzyliśmy O’Toole Films. Pomagała mi pisać biznesplany i ubiegać się o pożyczki, grała ze mną w scenach, na których nie zarabialiśmy, dopóki firma się nie wybiła…

I nagle pewnego wieczoru zastałem pusty dom. Odeszła bez słowa.

Bez pożegnania.

Gdy poprzedniego ranka wychodziłem z domu, jadła swoją komosę ryżową i piła kawę ze znaczkiem Fair Trade, a gdy wróciłem, już jej nie było. Ubrania, kosmetyki, dilda – zabrała wszystko, co do niej należało. Łącznie z Priorem, małym futrzakiem ze słodkim pyszczkiem i języczkiem, którym miał zwyczaj lizać moje palce u nóg, gdy siedziałem w gabinecie, próbując montować sceny.

To nie miało sensu. Byliśmy szczęśliwi, tak? Dobrze się bawiliśmy. Nie będę udawał, że nie zżerała mnie zazdrość, gdy oglądałem ją w scenach, które nakręciła z innymi ludźmi, ale to była część naszego fachu. Ja nie przestałem pieprzyć innych dziewczyn, a ona pieprzyła się z innymi facetami. Już na samym początku uzgodniliśmy, że nasz związek w żaden sposób nie będzie wpływał na pracę, ale dla spokoju ducha ustaliłem jedną prostą, podstawową zasadę: żadnego pieprzenia się z kimkolwiek poza ekranem.

I tyle.

A jednak kiedy odeszła, stało się dla mnie zupełnie jasne, że to nie takie proste. Nie tylko znienacka wycofała się ze wszystkich zbliżających się projektów – co było kłopotliwe i nieprofesjonalne, zważywszy, że większość z nich opierała się na współpracy z innymi studiami, które nagle musiały stawać na głowie, aby znaleźć mi zastępczą partnerkę. Jednak obecność pewnego wysokiego Włocha na wszystkich fotkach na jej Instagramie wskazywała na to, że prawdopodobnie przegapiłem kilka kluczowych oznak, że Raven wypisała się z naszego związku na długo przed tym, zanim wrzuciła do torby swoje dilda i naszego yorka i odjechała w siną dal.

Niestety, nie mogę powiedzieć, że przyjąłem to z godnością. Że nie śledziłem jej Włocha w internecie (producent, jakaś gruba ryba w Europie), że nie słuchałem na okrągło piosenek Damiena Rice’a, że nie tęskniłem za naszym pupilem tak bardzo, że każdego ranka chodziłem do schroniska, żeby pogłaskać kilka psów.

Że co tydzień nie wypijałem morza szkockiej. Że nie uciekałem przed rodziną i znajomymi.

Że nie zasypiałem zwinięty w kłębek na podłodze w kuchni, bo nie mogłem znieść widoku pustego łóżka, nie mówiąc już o spaniu w nim.

Logan O’Toole nie robi takich rzeczy. Logan jest zabawny, towarzyski i światowy, zbyt doświadczony w kwestii uczuć, by przeżywać zawód miłosny. Logan powinien ze spokojem mnicha zen znieść odejście (oraz prawdopodobnie zdradę) swojej dziewczyny, życząc jej wszelkich dobrodziejstw czy innych pierdół na nowej drodze życia.

I oto taki jestem dzisiejszego wieczoru. Światowy i spokojny, czarujący i powściągliwy. Moje rany zaczęły się zabliźniać i chcę wszystkim udowodnić, że już się pozbierałem. Dlatego śmiało wkraczam do mieszkania Vidy; plecy mam wyprostowane, na twarzy szeroki uśmiech, a spojrzenie skupione, by nikt nie pomyślał, że rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu choćby śladu obecności Raven.

Tanner jest w pokoju głównym – to duża otwarta przestrzeń z niskimi kanapami i otomanami, których wolałbym nie oglądać w ultrafiolecie. Podchodzi do mnie z drinkiem w ręku.

– Nalałem ci szkockiej – mówi.

Wącham płyn w szklance. Trochę dymny zapach, prawdopodobnie to whisky Islay, a choć wolę Speyside, i tak jestem pod wrażeniem, że podają tu single malt. Najwyraźniej Vida poszła na całość.

Sącząc swoją szkocką, mam wreszcie okazję, by się rozejrzeć. Tak jak myślałem, większość gości to feministki – wytatuowane, wykolczykowane i w okularach. W O’Toole Films kręcimy wiele scen z modelkami tego typu, bo mamy bardzo podobne podejście do kwestii przyjemności czerpanej z seksu przez kobiety.

Poza tym uważam, że dziewczyny z tatuażami są cholernie podniecające.

Ale są tu też inne typy – mainstreamowe gwiazdy, które często współpracują z firmą Vidy, grupka modelek niezależnych oraz miłośniczek undergroundowego BDSM w winylowych gorsetach i butach do połowy uda. I w samym środku tego towarzystwa Vida – po czterdziestce, mocno opalona, z wystylizowanymi, krótkimi, platynowymi włosami. Wygląda dokładnie tak, jak wyobrażasz sobie starzejącą się gwiazdę porno – plastyka obwisłej skóry, zmęczona twarz, zbyt mocny makijaż – ale tylko głupiec mógłby dać się zwieść temu wyglądowi i nie doceniać jej żyłki do interesów lub inteligencji. Nie bez powodu nawet najbardziej zacofani, konserwatywni Amerykanie słyszeli o Vidzie: ma dobrą reklamę, dobry towar i duży popyt.

Gdy dorosnę, chcę być nią.

– Podoba mi się ta impreza – mówi Tanner, upijając łyk piwa rzemieślniczego. – I zauważ, że nie jestem tu jedynym czarnym.

Ma rację. Towarzystwo na tym przyjęciu jest bardziej postępowo dobrane niż na większości imprez, choć wciąż nie jest idealnie.

– Doprowadzimy do tego, że wszystkie imprezy będą takie jak ta, tylko jeszcze lepsze – odpowiadam. Gdy dwa lata temu zatrudniałem Tannera, szczerze opowiedział mi o wszystkich problemach, jakie zauważył w branży – także o rasizmie głęboko zakorzenionym w głównym nurcie porno. Więc obiecałem mu, że to zmienimy, jeśli będzie pracował dla mnie; że będziemy pielęgnować różnorodność bez tych wszystkich dziwacznych tabu i fetyszów tak typowych dla pornografii międzyrasowej. I tak właśnie udało mi się dorwać niesamowicie utalentowanego filmowca świeżo po szkole filmowej, a jemu udało się zrobić ze mnie swego sojusznika.

Wzrusza ramionami, rzucając mi spojrzenie, które zdaje się mówić: „Poczucie winy białych to nie mój problem”. Częstuje mnie nim przynajmniej raz na tydzień.

– To L.A. – mówi, jakby takie wyjaśnienie wystarczyło. Zamierzam powiedzieć coś jeszcze, ale nagle dostrzegam ją i głos więźnie mi w gardle.

Jest tutaj.

Moje palce zaciskają się wokół szklanki, a żołądek wyczynia akrobacje jak gimnastyk na poręczach asymetrycznych: zwis, podskok, obrót…

– Oddychaj – poucza mnie Tanner. – Każdy kiedyś wpada na swoją byłą pierwszy raz od zerwania. Właśnie pozbywasz się tego problemu.

Ale to nie Raven śmieje się nad basenem ze szklaneczką szkockiej w dłoni. To nie Raven o długich, karmelowych włosach i uśmiechu zdolnym rozświetlić całą tę cholerną dolinę, gdyby tylko zechciała.

To Devi Dare.

Światło z balkonu odbija się od basenu i rzuca na jej twarz biało-niebieskie refleksy. Devi ma na sobie połyskującą, złotą bluzkę wiązaną na szyi, odsłaniającą jej gładką, opaloną skórę w okolicach mostka i kuszącą mnie ukrytymi krągłościami jej cycków. Prawie całe plecy ma nagie.

W tych krótkich, czarnych szortach i szpilkach gladiatorkach za kostkę wygląda tak smakowicie i przepięknie, że aż żałuję, że nie mam przy sobie kamery. Chcę ją tu nakręcić, jak się śmieje i mieni złotem, gdy za nią błyskają światła miasta, a potem chcę ją zabrać na plażę, by przekonać się, jak wygląda na tle atramentowego morza. Może pojechalibyśmy na północ i znaleźli jakiś pusty kawałek autostrady, gdzie nakręciłbym ją, idącą po ciemnym asfalcie. W tej połyskującej bluzce i podniecających szpilkach przykuwałaby uwagę na opuszczonej drodze. Obraz rodem z GIF-ów na Tumblrze.

I wtedy się odwraca i zauważa mnie przez okno sięgające od podłogi do sufitu. Przez moment mruży oczy, jakby próbowała rozpoznać moje rysy w przyćmionym wnętrzu, a potem jej twarz rozkwita uśmiechem, pod wpływem którego mógłbym oddać jej całą zawartość swego portfela.

Jeśli wcześniej mój żołądek wariował, to teraz szaleje w nim tornado emocji, pożądania i wszystkich fantazji, jakie kiedykolwiek snułem o tej kobiecie. W ostatniej chwili przypominam sobie, że przecież mam być światowym i spokojnym jak kamień Loganem, więc odwzajemniam jej się uwodzicielskim uśmiechem.

Gdy odwraca się do swoich znajomych, zdaję sobie sprawę, że mój film z nią na autostradzie byłby pomyłką. Devi jest żywą antytezą asfaltu. Devi to czysta energia, zdrowie i żywiołowość. To blask słońca, żółte płatki kwiatów i słodko-ziemisty zapach cynamonu z goździkami. Lepszy był ten wcześniejszy pomysł, ten z oceanem albo z pogrążoną w mroku pustynią, gdy rozkwitają nocne kwiaty…

– Zastanawiasz się, którą przelecieć?

Ostry głos wyrywa mnie z reżyserskiej zadumy. Mrugam i zamiast Tannera widzę Vidę Gines stojącą tuż obok z jasnoróżowym drinkiem w dłoni. Patrzy na mnie spod uniesionych brwi, jednocześnie wskazując głową na balkon za potężnymi oknami.

– Widziałam, jak robiłeś słodkie oczy do Devi.

„Światowy i spokojny”, przypominam sobie. Vida nie musi wiedzieć, że w myślach porównuję Devi do kwitnącej nocą pustyni. „Zachowuj się swobodnie”.

– Devi jest cholernie seksowna – mówię, starając się, by te słowa zabrzmiały niedbale. – Sporo tu seksownych lasek. – Sięgam po drinka i rozglądam się po pokoju. Swobodny Logan to właśnie ja.

Vida też sięga po drinka, ale nie spuszcza ze mnie wzroku, a ja wiem, że nie zdołam jej oszukać.

– Świetna impreza – mówię, starając się odwrócić jej uwagę ode mnie i mojej wyraźnej chrapki na Devi. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję po tym publicznym rozstaniu z Raven, są plotki o nowym romansie. – A przy okazji gratuluję przejęcia Lelie.

Vida kiwa głową.

– Lelie to niezwykłe studio. Znakomita wizja, wspaniała filozofia. Olbrzymi potencjał zysku. I dlatego powinniśmy porozmawiać.

Słyszę ją, ale przez chwilę skupiam się na jej paznokciach w odcieniu idealnie dopasowanym do jej drinka. Różowe paznokcie, różowy drink, różowe wargi – coś, o co zadbałby dobry reżyser. Postanawiam to zapamiętać i wykorzystać kiedyś w swoich filmach. Chyba dziewczyny nie będą protestowały, gdy wybiorę im kolor szminki? Skoro to dla dobra sztuki?

– Logan?

– Przepraszam – odburkuję. – Tak?

Teraz jej brwi praktycznie dotykają już linii włosów.

– Mówię, że powinniśmy porozmawiać.

– Zawsze z chęcią wysłucham tego, co ma do powiedzenia mądra dama. – Obejmuję ją w pasie, nachylam się i szepczę: – Chcesz poszukać jakiegoś spokojniejszego miejsca?

Mimo dzielącej nas różnicy wieku i choć wiem, że chce tylko porozmawiać o interesach, moja bliskość na nią działa. Drży, a potem śmieje się, żartobliwie mnie odpychając.

– Ty to umiesz sprawić, żeby kobieta poczuła się młodo, Loganie. Tędy.

– Tak, psze pani – mówię niby uległym głosikiem, a ona przewraca oczami, ale kąciki jej ust unoszą się w tłumionym uśmiechu, gdy mnie wymija. Kończę szkocką, odstawiam szklankę na pobliski stolik i ruszam za nią.

Schodzimy otwartą klatką schodową ze spawanego metalu i ciemnych drewnianych desek, by znaleźć się w samym sercu filmowego królestwa Vidy. Idąc zaciemnionym korytarzem do jej gabinetu, widzę pokoje z krzyżami św. Andrzeja, pomieszczenia umeblowane jak klasy w liceum i takie, w których nie ma nic oprócz gołych, białych ścian i łóżek. Nie wszystkie te pokoje są puste; gdy mijamy ostatni po prawej stronie, widzę w nim grupkę ludzi, którzy postanowili skorzystać z jednego z łóżek. Nagie ciała, usta, rozlewające się drinki – bez zastanowienia sięgam do klamki i powoli zamykam drzwi do tego pokoju, zanim wchodzę do gabinetu Vidy. Gdybym był początkujący w tym biznesie, pewnie bym się do nich przyłączył, ale czy to z powodu porannego trójkąta, czy też faktu, że naprawdę chciałem usłyszeć, co Vida ma mi do powiedzenia, akcja za tamtymi drzwiami niespecjalnie mnie zainteresowała.

Co innego, gdyby była tam Devi…

Padam na krzesło przy biurku Vidy, krzyżując długie nogi, a gdy ona obrzuca mnie wzrokiem, trochę się poprawiam. Patrzy zbyt przenikliwie… zbyt życzliwie. W jej wyblakłych, niebieskich oczach widzę zrozumienie i przypominam sobie, że ma za sobą dwa rozwody, a w tym biznesie tkwi już od dwudziestu pięciu lat. Pamiętam, że studio Vidy znalazło się wśród tych, które dotknęło Wielkie Rozstanie Logana i Raven.

– Potrzeba czasu, nic w tym złego – mówi, zerkając na drzwi, które zamknąłem w korytarzu. – Wszystkich nas to spotkało.

– Nic mi nie jest – kłamię, może trochę zbyt przekonująco, bo wzrusza ramionami na znak, że możemy przejść do rzeczy, a wtedy jakaś maleńka, niemądra cząstka mnie żałuje, że Vida nie kontynuuje tego tematu. Od dawna cierpię w samotności, a teraz nagle zaczynam się zastanawiać, czy moje złamane serce bolałoby mniej, gdybym po prostu o tym z kimś porozmawiał. Zamiast tego duszę swój ból w sobie jak głodnego wilka, który zdążył już pożreć moje serce, a teraz obgryza żebra, warcząc i wyjąc w tej pustce, w której kiedyś biło moje serce.

Ale ta chwila już minęła i Vida wraca do interesów.

– Sinfully Vida przetrwała zeszły rok lepiej, niż można by się spodziewać – mówi, mając na myśli swoją firmę. – Ale oberwaliśmy z powodu tej sprawy z gwałtem. Nie będę kłamać. To był ogromny cios i nasza oferta poważnie się skurczyła.

Sprawa z gwałtem. To był potężny cios dla nas wszystkich tu, na Zachodnim Wybrzeżu. Pojawiły się oskarżenia, że jeden z największych gwiazdorów porno jest gwałcicielem, co wywołało, rzecz jasna, falę zarzutów, że pornografia przyczynia się do społecznego przyzwolenia na gwałt. Studia filmowe czym prędzej zmieniły treść kontraktów podpisywanych z aktorami, wycofały z oferty filmy z udziałem oskarżonego i zamieściły stosowne oświadczenia na swoich stronach internetowych. Nawet mnie się oberwało, gdy zalały mnie e-maile od wściekłych ludzi z całego świata, choć ledwo znałem tego faceta, a kwestia zgody na seks jest w moim studiu traktowana bardzo poważnie.

To był koszmar. Który wciąż trwa.

– Sinfully Vida miała więcej filmów z nim niż jakiekolwiek inne studio – mówi Vida z nutą żalu w głosie. – I dlatego nie tylko musimy uzupełnić ofertę, ale i odbudować wizerunek firmy.

– Stąd wykupienie Lelie – kończę za nią.

Przytakuje, bębniąc tipsami po biurku.

– Tak. To nam pomoże. Potrzebujemy więcej „feministycznego” porno, i to na wczoraj. – W jej głosie wyraźnie słychać cudzysłów, jakby uważała feminizm za idiotyczną, wydumaną ideę. Gdyby usłyszał ją Tanner, nie wydawałaby mu się już taka postępowa. Tłumię uśmiech, gdy to sobie wyobrażam, co Vida mylnie interpretuje. – Czyli wchodzisz w to?

Że co?

– Słucham? – pytam uprzejmie.

– Loganie, tylko ty możesz wypełnić… po nim… lukę w Sinfully Vida. – Zauważam, że nie wymawia imienia tamtego faceta, jakby to był jakiś Voldemort czy inne wcielenie zła. – Jesteś seksowny, szalenie popularny i masz to całe prokobiece podejście.

– Więc chcesz, żebym nakręcił film dla Lelie?

Pochyla się do przodu.

– Więcej niż film. Chcę ciebie. Oczywiście możemy nawiązać współpracę z O’Toole Films, ustalić wzajemnie satysfakcjonujące warunki, ale chcę cię na dłużej. I chcę, żeby to było coś wielkiego, coś, czego obecnie nie robi nikt inny, coś, co przyciągnie wielu subskrybentów, których straciliśmy w zeszłym roku.

Lubię duże, nowe i inne, lubię się angażować, ale niekoniecznie na dłużej. Moje ostatnie „na dłużej” skończyło się tak, że siedziałem nagi pod prysznicem i wyłem, podczas gdy moja była pieprzyła się z jakimś Włochem na drugim końcu świata.

Z drugiej strony, czy dzisiaj rano nie obiecałem sobie, że nie pozwolę już Raven mieszać w moim życiu? Że czas, aby Logan O’Toole zaczął kopać tyłki i liczyć skalpy?

– Co masz na myśli? – pytam.

Vida wzdycha, obracając się na krześle ku oknu. Fioletowe niebo lśni nad miastem, światła ciągną się kilometrami. Nagle znowu czuję się samotny, chociaż nie mogę dokładnie określić dlaczego – czy mój smutek wywołuje widok tego olbrzymiego, przeludnionego i egocentrycznego miasta, czy raczej Vidy Gines, królowej porno, która także wydaje się samotna.

Czy za piętnaście lat ja też będę taki? Samotny? A do towarzystwa zostanie mi tylko moja firma?

– Nie jestem pewna – przyznaje i widzę, że te słowa są dla niej bolesne. – Świat porno się zmienia. Jestem przyzwyczajona do zmian i umiem się dostosować do tego, jak ludzie korzystają z pornografii, jak za nią płacą i jak ją kradną, ale przystosowanie się do tych większych zmian…

Odpływa myślami, wpatrując się nieruchomym wzrokiem w miejski pejzaż za oknem.

– Potrzebujemy czegoś nowego – mówi w końcu, odwracając się ku mnie. – Czegoś świeżego. Nie wiem, czego dokładnie, dlatego jesteś mi potrzebny. Jesteś młody, gorący, a co najważniejsze, twoje filmy przemawiają i do mężczyzn, i do kobiet. Ludzie nie przeskakują przy nich do sceny pieprzenia, żeby sobie zwalić, tylko oglądają całość, a potem wracają i zaczynają od początku. Mają swoje ulubione filmy. Twoje wskaźniki subskrypcji biją rekordy, a ty jesteś ulubieńcem mediów społecznościowych. Loganie, Lelie cię potrzebuje, jeśli ma się stać czymś więcej niż studyjnym porno. Ja cię potrzebuję.

Zastanawiam się przez chwilę. Lelie ma wizję. Współpraca z nimi przybliżyłaby mnie do celu, jakim jest tworzenie wyjątkowych i artystycznych filmów. A wygląda na to, że Vida praktycznie daje mi wolną rękę i będę mógł robić, co chcę, o ile poprawi to reputację Sinfully Vida jako firmy przyjaznej kobietom i przyniesie pieniądze. Nie ma powodu do odmowy, chyba że…

– Vido, chętnie nawiązałbym współpracę z Lelie.

Uśmiecha się.

– Ale nie mam pojęcia, co robić.

Macha ręką, przecinając powietrze swymi różowymi tipsami.

– W tej chwili nie musisz tego wiedzieć. Po prostu obiecaj, że to przemyślisz. A kiedy będziesz gotowy – sięga po smartfon i kilkakrotnie stuka w ekran – skontaktuj się z Marieke de Vries. To szefowa Lelie, zapewni ci wszystko, czego będziesz potrzebował.

Mój telefon rozświetla się, gdy dostaję SMS-a od Vidy.

– Dzięki, Vido.

– Nie mogę się doczekać – mówi. – A teraz wracaj na górę i nie żałuj sobie alkoholu.

* * *

Tak jak to bywa na pewnych imprezach, zmienił się nastrój, co zauważa jedynie połowa gości. Kiedy wracam na górę, nieświadoma połowa wciąż się śmieje, pije i tańczy, ale towarzystwo we wspólnej części domu wyraźnie się przerzedziło. Widzę tłumek w korytarzu na górze – tłoczący się wokół orgii, która niewątpliwie odbywa się w jednej z licznych sypialni Vidy – wyczuwam charakterystyczny zapach trawki i seksu i wiem, że już czas, bym wrócił do domu.

Nie mam nic przeciwko temu, bo w tej chwili chcę jedynie przemyśleć ofertę Vidy. Jestem podekscytowany i zdenerwowany, by nie rzec: porwany jej propozycją, więc nie w głowie mi żadna bezosobowa orgia narkotyczna.

I nagle słyszę jej głos.

Nie Vidy. I nie Devi.

Jej. Mojego własnego, osobistego Voldemorta.

Znasz to uczucie, gdy nie możesz powstrzymać się przed naciskaniem siniaka na swoim ciele? Albo przed ciągłym oblizywaniem skaleczonej wargi, chociaż wiesz, że wtedy bardziej boli? To impuls, chora fascynacja, jakby się chciało czuć ten ból, ranić się, jednocześnie zadawać sobie cierpienie i odczuwać je. Tylko w ten sposób mogę wyjaśnić, dlaczego idę w stronę korytarza i przeciskam się przez tłum, by stanąć w drzwiach jednej z sypialni Vidy.

Nie czuję się zszokowany tym, co widzę. Widywałem to setki, jeśli nie tysiące razy, na planie i poza nim. Na łóżku kotłuje się pięć osób, a w pokoju znajduje się jeszcze kilka par na różnych etapach uprawiania seksu. Fiuty, cipki, usta. Rozłożone nogi, połyskujący pot. Dzisiaj widzę więcej tatuaży i kolczyków niż zwykle, a zamiast lśniących pasemek niebieskie bądź jaskrawoczerwone włosy upięte w victory rolls, ale tak czy inaczej, wciąż chodzi o to samo.

Nie patrzę na nich. Przyglądam się bladej, ciemnowłosej kobiecie na środku łóżka, ujeżdżającej jednego faceta, podczas gdy drugi pieprzy ją w tyłek. Kondomów nie widać. Z głową odrzuconą do tyłu i z zamkniętymi oczami jęczy i dyszy, napinając brzuch przed zbliżającym się orgazmem.

Raven zawsze lubiła jazdę na dwa baty.

Nie muszę tego oglądać. Gdybym chciał zobaczyć, jak moja była dziewczyna pieprzy się z innym facetem, wystarczyłoby otworzyć laptopa. Nie muszę być tego świadkiem tutaj, w tym ciemnym, zadymionym pokoju z przynudzającą w tle Laną Del Rey.

A jednak nie mogę się ruszyć. Mój zdradziecki fiut podnosi się i twardnieje, gdy Raven krzyczy i zaciska swe gładkie uda wokół ujeżdżanego faceta, wbijając mu w ramiona paznokcie. Boże, co za wspaniały widok: te jej sprężyste mięśnie i blada skóra. Czy naprawdę minęły tylko trzy miesiące, odkąd mój kutas tkwił w jej cipce? Tylko trzy miesiące, odkąd to ja ciągnąłem za te włosy i całowałem tę szyję, a w nocy próbowałem przeciągać koce na swoją stronę? Tylko trzy miesiące, odkąd złamała mi serce?

Szczytuje, wydając chropawy jęk, po czym niby wstydliwie zerka przez ramię na faceta, który pieprzy ją od tyłu. Aż za dobrze znam to jej trzepotanie rzęs i lekko uniesione kąciki warg. To jej filmowy uśmiech, który mówi: „Dzięki mnie poczujesz się jak wielki, silny facet”. Nigdy się tak nie uśmiecha, kiedy uprawia prawdziwy seks, poza ekranem.

Zdaję sobie sprawę, że gra. Mimo że nie ma tu żadnych kamer, a większość ludzi w pokoju albo pali trawkę, albo też się pieprzy. Uświadamiam to sobie w chwili, gdy te ciemne oczy napotykają mój wzrok, a kąciki warg unoszą się wyżej.

Gra przede mną.

Kurwa.

Zataczam się do tyłu pod ciężarem jej spojrzenia, trudniejszego do zniesienia niż wszystko inne – niż tych dwóch pieprzących ją facetów, niż jej nagość, niż jej uśmiech. W jej oczach czai się… co? Zemsta? Skrucha? Pogarda?

I wtedy rozpoznaję to spojrzenie.

Satysfakcja. Chciała, abym to zobaczył, a gdy tak się stało, jest z jakiegoś porąbanego powodu zadowolona.

Przeciskam się przez tłum ludzi za mną, rozlewając im drinki i rozdzielając całujące się pary, ale mam to gdzieś. To spojrzenie wrzyna się w moje ciało, zrywając skorupę, którą obrosłem w ciągu ostatnich trzech miesięcy, i odsłaniając mój wewnętrzny bezład, co jest nie do zniesienia. Odrywam od niej wzrok, ale jej obraz już wżarł mi się w siatkówkę oczu, więc napieram na tłum, żeby jak najszybciej się stąd wynieść, żeby zniknąć, żeby się zalać.

Żeby zapomnieć.

*Anioły w Ameryce – sztuka teatralna Tony’ego Kushnera oraz miniserial na jej podstawie, obrazujące sytuację osób chorych na AIDS (przyp. red.).

Rozdział 4

Gdy w końcu przebijam się przez tłum w drzwiach i wychodzę na korytarz, wciąż jeszcze czuję na sobie spojrzenie Raven. Serce mi wali, jakbym przed chwilą był świadkiem makabrycznego mordu. Jakbym stanął twarzą w twarz z moim własnym, osobistym arcywrogiem.

Idę przez korytarz pijanym krokiem, a w głowie mam mętlik. Musiała wiedzieć, że tu będę. Chciała, żebym zobaczył, jak pieprzy się bez zabezpieczenia, a ja zatańczyłem tak, jak mi zagrała.

Sięgam po napoczętą butelkę szkockiej, nawet na nią nie patrząc, idę przez salon, nie widząc niczego wokół, i wychodzę na zewnątrz, odkręcając przy tym zakrętkę.

Choć basen znajduje się na poziomie parteru, posiadłość Vidy jest położona na stromym zboczu, dzięki czemu z tarasu basenowego rozciąga się widok na miasto. Idę przez ten szeroki, biały taras, mijam basen z lśniącą wodą i kabinę plażową – w tej chwili nie ma tu już gości – i kieruję się ku sięgającemu do piersi murkowi okalającemu krawędź balkonu. Pociągam łyk z butelki, obrzucając spojrzeniem miasto – moje miasto – a potem się krzywię.

– Kurwa – mówię, krztusząc się. To laphroaig. Nie cierpię tej whisky.

Pociągam kolejny łyk, tym razem dłuższy. W tej chwili nie zasługuję na szkocką, którą lubię – no, może nie tyle nie zasługuję, co raczej nie mogę sobie wyobrazić, aby jakakolwiek część tego wieczoru mogła jeszcze sprawić mi przyjemność. Nie w sytuacji, gdy moja była dziewczyna pieprzy się parę metrów stąd.

Chcę, aby mój drink smakował chujowo. Chcę czuć w ustach posmak starych petów i chcę się urżnąć do nieprzytomności. Bo wtedy nie będę musiał myśleć o Raven i jej chorych gierkach. Nie będzie mnie kusiło, by przejrzeć jej Instagram i dowiedzieć się, kiedy wróciła do L.A. i czy nadal jest z tym Włochem, a już na pewno nie będzie mnie kusiło, aby wysłać jej SMS-a. Wyjmuję telefon, biorę jeszcze jeden łyk dymnego alkoholu i przeglądam wiadomości. Już dawno skasowałem jej numer, ale nadal go pamiętam, więc może mógłbym wysłać jej wiadomość. Tylko jedną. Mógłbym nazwać ją suką i kazać jej iść do diabła. Napisać jej, że doskonale wiem, co kombinuje.

Albo przeciwnie, mógłbym ją błagać, by przyszła do mojego domu i porozmawiała ze mną, do kurwy nędzy. Nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa od dnia, kiedy odeszła, a ja przez te trzy miesiące pragnąłem tylko jakiegoś wyjaśnienia i może jeszcze przeprosin albo nawet zamknięcia tego rozdziału.

Wstukuję jej numer i otwieram nową wiadomość. Kciuk zawisa nad klawiaturą, pierwsza fala ciepła po wypiciu szkockiej zaczyna przytępiać moją złość. Może poproszę ją o rozmowę – tak robią dorośli, prawda? Rozmowa? A może raczej zerżnę ją tak, żeby wybić jej z tego chudego tyłka wszystkie kłamstwa i oszustwa?

Jezu. Jestem jak wilkołak w czasie pełni, którego trzeba przykuć do kaloryfera. Oczywiście nie mogę do niej pisać. Prawdopodobnie do takiej właśnie reakcji usiłuje mnie sprowokować, a ja za cholerę nie dam jej tej satysfakcji.

Odwracam się na pięcie i z całej siły ciskam telefonem do basenu.

Ląduje w wodzie z lekkim pluskiem, idąc prosto na dno jak kamień w obudowie ze szczotkowanego aluminium. Chwilowy triumf przesłania ogromny żal, bo kupiłem ten telefon zaledwie kilka tygodni temu. Pieprzyć to, jutro kupię nowy. Jeśli taka jest cena za trzymanie się z dala od Raven, to trudno.

Wypijam kilka porządnych łyków laphroaiga.

– Mam nadzieję, że masz dobrą gwarancję. – Dobiega mnie wesoły głos. Mimo dymnego zapachu whisky czuję jej woń. Cynamon i słońce.

Niezbyt elegancko przełykam szkocką, którą wciąż mam w ustach, i odwracam twarz w stronę osoby, która stoi tuż obok mnie.

– Devi.

Obdarza mnie swym promiennym uśmiechem i wita się ze mną, żartobliwie szturchając mnie ramieniem. W miejscu, gdzie jej naga skóra zetknęła się z moją, czuję ciepło, które powoli rozlewa się po klatce piersiowej, chociaż cała krew spływa mi w stronę krocza.

Nagle uświadamiam sobie, że nigdy nie byłem sam na sam z Devi. Dziwne, zważywszy, że razem przeżywaliśmy orgazmy, ale Igraszki Raven były jedyną okazją, kiedy dane nam było ze sobą pracować, a na planie filmowym jest tylu ludzi, że nie jest możliwa żadna intymność, nawet jeśli patrzysz prosto w oczy kobiecie, która właśnie ci obciąga. I chociaż od tamtej pory widywaliśmy się na imprezach i przy innych okazjach, rzucaliśmy sobie tylko „cześć” i „co słychać?” albo „gdzie jest barek?”? Raczej nie da się w ten sposób pogłębić znajomości.

Więc chyba powinienem jej wyjaśnić, dlaczego przed chwilą wrzuciłem do wody nowiuteńki telefon, nie zdradzając przy okazji, że jestem w niej totalnie zadurzony.

Próbuję wykrzesać z siebie pozę flirciarza, którego zgrywałem dziś wieczorem.

– Devi, ja…

Brandzluję się codziennie, myśląc o tobie.

– Ja, hmm, nie wiedziałem, że jest tu ktoś jeszcze. Bo wtedy bym nie, no wiesz… – Naśladuję gest wyrzucania telefonu.

Wybucha śmiechem i pochyla się, by rozpiąć skórzane szpilki.

– Jeśli ma dobrą obudowę, może nadal działać – mówi.

Patrzę jak sparaliżowany, gdy uwalnia stopy z butów, ściąga szorty i podchodzi do krawędzi basenu. Jej strój z ledwością można by uznać za bieliznę.

A czy wspominałem już o tyłku Devi Dare? Bo powinienem to zrobić. Jej tyłek należy do najlepszych, jakie zna ludzkość. Pulchny, jędrny i seksowny, taki, który aż prosi się o kąsanie i ściskanie, a już czystą poezją jest jego kształt.

I do tego te umięśnione nogi i uda, które kołyszą się przy każdym ruchu. Jej ciało tryska witalnością i kusi biodrami, miękkim brzuchem i pełnymi piersiami. Jej seksapil jest pierwotny, wręcz biologiczny, jakby jej ciało krzyczało: „Róbmy dzieci!”. Gdy na nią patrzę, mój kutas zaczyna się prężyć, a dziesiątki tysięcy lat ewolucji każą mi rzucić się na nią i ją zapłodnić.

Odwraca się z dłońmi na biodrach.

– Przyłączysz się?

– Podziwiam widoki – mówię trochę zbyt ochryple i trochę zbyt szczerze, ale gdy zaraz potem serwuję jej leniwy uśmiech, wybucha śmiechem i wskakuje do basenu.

Wypijam ostatni łyk whisky, zakręcam butelkę i wskakuję za nią w ubraniu i w butach, tak jak stoję.

Woda jest chłodna, wspaniale kontrastuje z suchym upałem lipcowej nocy i gorącem szkockiej w żołądku – a także z nowym ciepłem, które właśnie ogarnia moją klatkę piersiową, spychając na bok złość i złamane serce. Z ciepłem, które poczułem w chwili, gdy Devi otarła się o moje ramię.