Gwiazda Południa - Juliusz Verne - ebook

Gwiazda Południa ebook

Juliusz Verne

0,0

Opis

Gwiazda Południa” to powieść Juliusza Verne’a, uznanego za jednego z pionierów gatunku science fiction.

Powieść rozgrywa się w Południowej Afryce wśród pól diamentowych dystryktu Griquland i traktuje o poszukiwaniach i perypetiach związanych z zaginięciem tytułowej Gwiazdy Południa – wielkiego 243 karatowego diamentu.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 175

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-197-4
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

I. Narwani Francuzi

— Proszę mówić, słucham pana!  — Panie, mam zaszczyt prosić o rękę córki pańskiej.  — O rękę Alicyi?  — Tak, panie. Moja prośba dziwi pana? Czy wolno mi wiedzieć, co w niej widzisz tak nadzwyczajnego? Mam lat 26 i nazywam się Cypryan Méré. Skończyłem politechnikę i otrzymałem dyplom inżyniera-górniczego. Rodzina moja cieszy się ogólnym szacunkiem, pomimo, że niezalicza się do bogatych. Konsul francuski w Kapsztadzie może, jeżeli pan tego zażąda, potwierdzić prawdziwość słów moich, jak również, znany panu i całej okolicy nieustraszony strzelec, a mój przyjaciel, Pharamond Barthes.  Przyjechałem tutaj, będąc delegowanym przez Akademię Nauk i rząd francuski.  W roku zeszłym zdobyłem nagrodę imienia Hudarta za pracę o składzie chemicznym skał wulkanicznych Owernii. Rozprawa o polach dyamentowych w Waalu, którą kończę, prawdopodobnie będzie dobrze przyjęta przez świat naukowy; gdy wrócę do Paryża czeka mnie stanowisko docenta przy szkole górniczej, zamówiłem już nawet mieszkanie przy ulicy Uniwersyteckiej pod Nr. 104, na trzeciem piętrze. Dochody moje wynoszą 4800 franków, nie jest to bogactwem, mogę jednakże łatwo sumę tę podwoić: przez lekcye prywatne, nagrody konkursowe i współpracownictwo w czasopismach naukowych. Dodaję jeszcze, iż mając małe potrzeby, będę się czuł w tych warunkach zupełnie szczęśliwym.  Powtarzam więc prośbę o rękę córki pańskiej.  Stanowczość z jaką przemawiał, dowodziła, iż Cypryan Méré zawsze zwykł był zmierzać prosto do celu, nie przebierając w środkach.  Wyraz twarzy młodego człowieka nieprzeczył jego słowom. Była to poważna fizyognomia uczonego nawykła do abstrakcyjnej myśli a błahostkom tego świata nie wiele czasu poświęcająca.  Włosy ciemne, krótko ostrzyżone, mała, jasna bródka; proste ubranie podróżne z szarego sukna, kapelusz słomkowy za 10 sousów; wszystko to świadczyło o poważnym nastroju inżyniera, który widocznie niedbał o elegancyę swego wyglądu, jasne zaś jego spojrzenie kazało się domyślać czystego serca i sumienia.  Dodać jeszcze musimy, iż młody francuz mówił tak poprawnie po angielsku, jak gdyby przez czas dłuższy przemieszkiwał w połączonem Królestwie Wielkiej Brytanii.  Puszczając kłęby dymu z dużej fajki pan Watkins ze spokojem przysłuchiwał się mowie inżyniera. Siedząc na drewnianym fotelu z lewą nogą wyciągniętą na słomianem krześle z łokciem opartym na prostym stole, miał przed sobą pan Watkins dzban z dżynem, z którego nalewał dość często do obok stojącej szklanki, rozkoszując się mocnym napojem.  Był on ubrany w białe spodnie, kamizelkę z grubego niebieskiego płótna, i w koszulę flanelową bez kołnierza. Z pod ogromnego filcowego kapelusza, który zdawał się być przyrośniętym do szpakowatej czupryny, wyglądała twarz nabrzmiała, czerwona, pokryta naroślami i kępkami zarostu, a rysy jej bynajmniej nie zdradzały dobroci ani wyrozumiałości. Na usprawiedliwienie pana Watkinsa dodać trzeba, że właśnie męczy go w tej chwili podagra i zmusza do trzymania nogi w pozycyi nieruchomej, a ataki podagry, zarówno w południowej Afryce, jak w innych krajach, nie przyczyniają się bynajmniej do złagodzenia charakteru swych ofiar. Scena powyższa odgrywała się w parterowym pokoju, domu fermera pana Watkinsa. Ferma jego znajdowała się pod 29° szerokości południowej i 25° wschodniej długości od Greenwich, t. j. w środku południowej holendersko-angielskiej Afryki.  Kraj ten, który na południu graniczy z wielką pustynią Kalakari, oraz prawym brzegiem rzeki Orange, oznaczony jest na starych mapach nazwą Griqualandu, lecz od lat dziesięciu więcej jest znany pod nazwą »Diamonds-Field« t. j. Pól Dyamentowych.  Pokój, w którym toczyła się wyżej opisana rozmowa, zastawiony był dziwną mieszaniną kosztownych zagranicznych sprzętów z ordynaryjnymi stołami i krzesłami miejscowego wyrobu.  Podłoga pokryta była tu i owdzie pięknym dywanem lub kosztownem futrem. Na gołej ścianie, która nieznała nigdy obicia, błyszczał ozdobny zegar z polerowanej miedzi, oraz droga broń różnych systemów; nie brakowało też cennych sztychów angielskich w bogatych ramach.  Aksamitna kanapa stała obok stołu ze zwyczajnych desek, który zdawał się być przeznaczonym do użytku kuchennego. Z Europy sprowadzone wygodne fotele wyciągały daremnie ramiona, bo pan Watkins oddawał pierwszeństwo drewnianemu stołkowi, niegdyś własnoręcznie zrobionemu.  Forma sufitu wskazywała wyraźnie, że dom ten piętra nie posiada i tak samo jak wszystkie w tym kraju parterowe budynki wzniesiony był z prostych desek, poczęści z gliny, a pokryty cynkowym dachem. Łatwo również poznać, iż dom ten od niedawna dopiero był zamieszkiwany. Wyjrzawszy oknem, spostrzedz można pięć do sześciu okopconych budynków jednakowo zbudowanych, lecz nie równych wiekiem. Budynki te opustoszeniem swojem wskazywały dobitnie, że skazane zostały na zagładę. Wzrastający dobrobyt pana Watkinsa, który je kolejno zamieszkiwał również nadawał im charakterystyczne cechy. Pierwszy z kolei budynek, postawiony z darniny, zasługiwał zaledwie na nazwę chatki, następny też z gliny, trzeci już z gliny i desek; czwarty z gliny i blachy.  Jak widzimy wzrastająca zamożność pana Watkinsa pozwalała mu na stopniowe ulepszanie swoich mieszkań. Wszystkie te budowle zajmowały pagórek, znajdujący się przy zbiegu rzek Waali i Moddery, głównych dopływów rzeki Orange.  Okolica tak w stronie północnej jak południowej, przedstawiała się jako smutna równina, ogołocona z roślinności. Pole, jak się tam wyrażają, jest to grunt suchy, czerwony, bezpłodny, gdzie niegdzie tylko pokryty chudą trawą lub krzakami tarniny.  Zupełny brak drzew jest charakterystyczną cechą tej okolicy. Doliczywszy jeszcze brak węgla kamiennego oraz trudność przewozu, nie zdziwi nas, iż niedostatek opału zmusza ludność tamtejszą do używania nawozu bydlęcego, jako paliwa.  Na tej to jednostajnej, melancholią wiejącej płaszczyźnie, ciągnęły się łożyska dwóch rzek, tak płytkie, iż trudno pojąć czemu nie zalewały całej równiny. Tylko w stronie północnej przecinają horyzont szczyty dwóch gór Platbergu i Paaderbergu, u stóp ich zaś człowiek obdarzony wyjątkowo silnym wzrokiem, mógłby rozpoznać kurzawę, słupy dymu, niewielkie szałasy i mrowisko pracujących ludzi.  Na tem to polu mieszczą się ekspolatowane właśnie kopalnie dyamentów: Du Tois, Pan, New-Rush, i najbogatsza z nich kopalnia Wandergaart-Kopia.  Kopalnie dostarczyły od roku 1870 dyamentów i innych drogich kamieni za sumę około 4 milionów.  Kopalnie są rozmieszczone w niewielkiej od siebie odległości, a z okien fermy pana Watkinsa, która oddalona jest od nich o cztery mile angielskie, łatwo je można rozróżnić za pomocą dobrej lunety.  Nazwa fermy w tym kraju jest niewłaściwą w naszem rozumieniu, gdy fermerzy nie zajmują się uprawą roli. Wszyscy, tak zwani fermerzy południowej Afryki, są to właściwie hodowcy i właściciele licznych stad wołów, kóz i owiec.  Pan Watkins nie spieszył się z odpowiedzią na prośbę grzeczną lecz stanowczą Cypryana.  Nareszcie, po długim namyśle, wyjąwszy fajkę z ust, wypowiedział zdanie, bardzo mało związku mające z poruszoną kwestyą.  — Zdaje się, że będzie zmiana pogody, kochany panie, bo nigdy mi jeszcze podagra tak nie dokuczała, jak dzisiaj od rana.  Rozczarowanie na chwilę odjęło mowę młodemu człowiekowi, lecz wnet stłumił wzruszenie, rozmarszczył ściągnięte mimowoli brwi i po chwili niktby nie poznał po nim niespodzianie otrzymanego ciosu.  — Dobrze byś pan zrobił wyrzekając się dżynu, — odparł Cypryan krótko, wskazując przytem na dzbanek z palonej gliny, którego zawartość szybko się zmniejszała.  — Wyrzec się dżynu? Na Boga! piękną radę mi dajesz! — zawołał fermer. — Czyż dżyn kiedykolwiek zaszkodził porządnemu człowiekowi? Aha, już wiem do czego pan zmierzasz, chcesz mi przypomnieć przepis dany jednemu lordowi majorowi przez słynnego doktora Abernethy, czy jak tam się nazywał.  Chcesz pan wyzdrowieć, mawiała ta znakomitość do cierpiącego na podagrę lorda, to nie wydawaj więcej nad jednego szylinga dziennie a tego zdobądź pracą fizyczną. Tak, bezwątpienia, jest to piękna maksyma, lecz gdy mi niema być wolno wydatkować nad szylinga dziennie, pocóż u licha trudzę się życie całe nad gromadzeniem majątku? Nie, takie brednie niegodne są inteligentnego człowieka, panie Méré. Proszę, nie wspominaj mi pan więcej o wstrzemięźliwości, bo wolałbym zaraz w grób się położyć niż nakładać sobie takie więzy. Innych przyjemności niemam, jak dobrze jeść, dobrze pić i palić, ile mi się podoba, a pan chcesz mnie i tych jeszcze pozbawić?  — Niemam wcale tego zamiaru, zapewniam pana — odparł Cypryan — wspomniałem tylko o warunkach hygieny, które zdają mi się uzasadnione, jeżeli jednak pan sobie życzysz, możemy więcej o tem nie mówić, wróćmy lepiej do przedmiotu, który mnie dziś do pana sprowadził.  Tak wielomówny przed chwilą pan Watkins, usłyszawszy te słowa, zamilkł od razu i przymknąwszy oczy, oddał się cały swej fajce. Wtem otwarły się drzwi i młode dziewczę weszło przez nie, niosąc na srebrnej tacy pełną szklankę jakiegoś napoju.  Nadobne dziewczę, liczące najwyżej lat 19, ubrane było z wielką prostotą w sukienkę płócienną w drobne kwiatki, a duży czepek, noszony powszechnie w tej okolicy, ukrywał piękne jej blond włosy. Z pod czepka wyzierały figlarne duże niebieskie oczy, a twarzyczka biała, o regularnych rysach, tchnęła pełnią życia i wdziękiem młodości.  — Dzień dobry, panie Méré — przemówiła po francusku, z lekkim angielskim akcentem.  — Dzień dobry, panno Alicyo — odpowiedział z ukłonem Cypryan, który powstał przy jej wejściu.  — Widziałam pana nadchodzącego, panie Méré — ciągnęła dalej panna Watkins, — a że wiem, iż pan nie podziela gustu mojego ojczulka do tego obrzydliwego dżynu, przyrządziłam dlań szklankę oranżady.  — Dziękuję za pamięć, panno Alicyo!  — Wyobraź pan sobie, co mój struś, moja Dada, dziś zrana zrobiła. Ni mniej, ni więcej, połknęła kulę z kości słoniowej, której używałam przy cerowaniu pończoch. A kula to nie mała, jak panu wiadomo, dostałam ją prosto z bilardu w New-Rush. A ta żarłoczna Dada połknęła ją jak pigułkę. Istotnie, nieznośne to stworzenie wpędzi mnie jeszcze kiedyś do grobu. — Wypowiadając tę przepowiednię, oczy panny Watkins zachowały cały swój wesoły blask, bynajmniej nie licujący z poważnym tonem jej mowy i smutną treścią przepowiedni.  Z delikatną intuicyą kobiety wnet jednakże zauważyła milczenie i zmieszane miny obydwóch panów.  — Zdaje mi się, że jestem tu zbyteczna, — przemówiła Alicya, — jeżeli tak jest, wyjdę w tej chwili, nie ciekawam tajemnic, nie dla moich uszu przeznaczonych. A zresztą, niemam czasu do stracenia, muszę jeszcze popracować nad sonatą, a później zabrać się do przyrządzenia obiadu. Ach, jacy panowie dziś milczący, adieu, uciekam, zostawiam was z waszymi czarnymi zamiarami.  Z temi słowy Alicya wyszła, po chwili jednakże wróciła, wesoło mówiąc do Cypryana:  — Panie Méré jestem na pańskie usługi, jeżeli mnie zechcesz egzaminować co do tlenu. Przepowiedziałam sobie również trzy razy zadany rozdział z chemii i owo ciało gazowe, bez zapachu, smaku i koloru, niema dla mnie więcej tajemnic.  Jeszcze jeden powabny ukłon i panna Watkins zniknęła jak meteor. Po chwili rozległy się w jednym z dalszych pokojów dźwięki wybornego pianina, dowodzące, że panna Alicya zabrała się z całym zapałem do swoich muzycznych ćwiczeń.  — A więc, panie Watkins, — poruszył znów kwestyę Cypryan, któremu miłe zjawisko dodało nowego bodźca, — bądź pan łaskaw odpowiedzieć mi na pytanie, poprzednio postawione.  Pan Watkins wyjął uroczyście fajkę z ust, splunął na podłogę i, odrzuciwszy głowę w tył, z pod oka przyglądał się badawczo młodemu człowiekowi.  — Czy przypadkiem nie mówiłeś już pan z nią o tem, panie Méré?  — Z kim? O czem?  — Ależ o tem, o czem pan przed chwilą wspominałeś, a z kim? Ano, z moją córką!  — Za kogóż mnie pan bierzesz, panie Watkins, — odparł żywo inżynier. — Jestem francuzem, mój panie, i nigdybym sobie nie pozwolił bez uprzedniego zezwolenia ze strony ojca mówić z córką o małżeństwie.  Wzrok pana Watkinsa złagodniał, usłyszawszy te słowa i rysy jego twarzy straciły nieco ze swego niemiłego wyrazu.  — Tak, to dobrze! postąpiłeś pan uczciwie. Mam teraz zaufanie do pana i proszę, abyś mi dał słowo honoru, że i nadal z moją córką o tej kwestyi mówić nie będziesz.  — A to dlaczego? mój panie!  — Dlatego, że projekt ten jest niemożliwy do urzeczywistnienia, i najlepiej pan zrobisz, starając się o nim zapomnieć. Nie ujmując panu zupełnie, wiem, iż jesteś honorowym człowiekiem, skończonym dżentelmenem, doskonałym chemikiem, masz dużą przyszłość przed sobą, — ale pomimo tych zalet, córki mojej nie dostaniesz, z tej prostej przyczyny, iż postanowiłem już inaczej względem jej przyszłości.  — Jednakże, panie Watkins...  — Nie mów pan więcej o tem, to daremnie, — żywo przerwał fermer. — Gdybyś pan nawet był parem angielskim, i wówczas byłbyś dla moich planów nieodpowiednim.  A tym czasem nie jesteś nawet angielskim poddanym, a jak się naiwnie przyznałeś, majątku także nie posiadasz.  Mówmy szczerze, czy się panu zdaje, że ja po to tak świetnie wychowałem moją córkę, sprowadzając drogich nauczycieli z Wiktoryi i Bloemfontainu, żeby ją jeszcze przed ukończeniem lat dwudziestu wysłać z domu do Paryża, na ulicę Uniwersytecką, na trzecie piętro, aby tam żyła z człowiekiem, którego języka ja nawet nie rozumiem? Pomyśl pan nad tem i postaw się, proszę, w mojem położeniu.  Przypuść pan, iż jesteś sam tym fermerem, Johnem Watkinsem, właścicielem Wandergaart-Kopii, a ja jestem Cypryanem Méré, młodym uczonym francuskim, przysłanym dla badań na Przylądek Dobrej Nadziei. Wyobraź pan sobie, iż siedzisz w tym oto pokoju, na fotelu, popijając dżyn i paląc doskonały hamburski tytoń i czybyś pan wówczas mógł choćby na chwilę pomyśleć o wydaniu córki swej za mąż w podobnych warunkach?  — Z pewnością, panie Watkins, — odpowiedział Cypryan, — nie wahałbym się ani chwili, gdyby mi charakter młodego człowieka dawał rękojmię uszczęśliwienia dziecka.  — Tak, no proszę, niemądrze byś postąpił, kochany panie, — rzekł pan Watkins. — Postąpiłbyś wówczas, jak człowiek niegodny posiadania Wandergaart-Kopii, a prawdopodobnie nie posiadałbyś jej pan wcale. Bo czyż przypuszczasz, że kopalnia jak pieczony gołąbek sama do ust mi wpadła? Czyż myślisz, że nie trzeba było dużej inteligencyi i żelaznej wytrwałości przy założeniu kopalni, a przedewszystkiem w zatrzymaniu jej dla siebie wyłącznie?  Otóż tymi czynnikami kieruję się zawsze i będę umiał zastosować je co do przyszłości mojej córki. Dlatego powtarzam panu, wykreśl ten planik z swego życia, moja córka nie dla niego!  Po tych tryumfującym tonem wypowiedzianych słowach, pan Watkins pochwycił szklankę z dżynem i mocno z niej pociągnął.  Młody inżynier, oszołomiony jakby od uderzenia pioruna, stał nieruchomy, nie mogąc znaleźć żadnej odpowiedzi.  Zauważył to pan Watkins i w dalszym ciągu natarł na niego.  — Dziwni marzyciele, ci francuzi, — prowadził rzecz swoją, — wszystko im się wydaje możliwem. Przyjeżdżają tutaj, jakby z księżyca spadli, ukazują się w samym środku Griqualandu, przedstawiają się człowiekowi, który przed trzema miesiącami jeszcze ani słóweczka o nich nie słyszał, a przez ciąg tych 90 dni, może 10 razy z nimi mówił. Bez ceremonii stają przed nim i odzywają się doń w ten sposób:  — John Stapleton Watkinsie masz pan prześliczną córeczkę, dobrze wychowaną, uważaną wogóle za perłę okolicy. Nieszkodzi jej to również, iż jest jedyną spadkobierczynią najbogatszej kopalni dyamentów na obu półkulach. Co do mnie jestem Cypryan Méré, inżynier z Paryża, mam 4800 franków dochodu. Będziesz pan łaskaw oddać mi córeczkę, abym ją jako małżonkę uprowadził do Paryża, a pan możesz się pocieszyć korespondencyą z nią pocztą lub telegrafem. I to znajdujesz pan naturalnem i w porządku? Ja to nazywam czystem szaleństwem.  Słuchając tej mowy, Cypryan zbladł jak kreda, zerwał się z krzesła i chwycił za kapelusz.  — Tak, czystem szaleństwem, — powtórzył fermer. — Nie osładzam pigułki, mój młody przyjacielu, jestem bowiem starym, szorstkim anglikiem. Jak mnie pan tu widzisz, i ja byłem ubogim, uboższym jeszcze od niego i czegóż ja nie próbowałem? Byłem chłopcem okrętowym, strzelcem bawołów w Dakocie, kopaczem w Arizonie, owczarzem w Transwaalu. Zaznałem zimna i upałów, głodu i trudów; w pocie czoła pracowałem lat dwadzieścia na marne suchary, które stanowiły moje pożywienie. W czasie, gdy poznałem moją nieboszczkę żonę, a matkę Alicyi, córkę boera, — nie posiadaliśmy razem tyle, aby módz wyżywić marną kozę, lecz ja pracowałem i nigdy nie traciłem nadziei. Obecnie jestem bogaty i myślę w spokoju używać owoców mojej pracy.  Córkę w każdym razie zatrzymam przy sobie, niech mnie pielęgnuje podczas ataków podagry i rozwesela muzyką wieczorami. Jeśli ją kiedykolwiek zamąż wydam, to tu na miejscu, za krajowca, fermera i kopacza dyamentów, takiego samego jak ja, a który nie uprowadzi jej gdzieś, na trzecie piętro, aby głód cierpiała i do kraju, gdzie noga moja nigdy nie postanie. Może iść np. za Jamesa Hiltona, lub jemu podobnego. Na wielbicielach jej nie zbraknie, daję słowo. Niech idzie za anglika, który przed szklanką dżynu nie ucieknie i towarzyszyć mi będzie, gdy przyjdzie mi ochota wypalić fajkę knastru.  Cypryana dusiła atmosfera tego pokoju, nacisnął przeto klamkę u drzwi w zamiarze wyjścia.  — No, bez obrazy, — wołał za nim pan Watkins — wierzaj mi pan, iż niemam nic przeciw niemu. Zawsze będę pana chętnie widywał w moim domu, jako lokatora i przyjaciela. Czekaj-no! Dziś wieczorem zejdzie się parę osób na kolacyę, proszę należeć do naszego grona.  — Nie mogę, dziękuję panu — odparł chłodno Cypryan, — muszę załatwić korespondencyę przed odejściem poczty. — To rzekłszy, opuścił podagrycznego fermera.  — Ci francuzi, to istni waryaci — mruczał pan Watkins, szukając zapałki, aby zgasłą podczas rozmowy fajkę zapalić.

II. Pole diamentowe

Rozważając szczegółowo otrzymaną odmowę, najbardziej gniewała Cypryana część prawdy niewątpliwie zawartej w szorstkich słowach pana Watkinsa. Dziwiło go teraz, jak mało był przewidującym, jak wogóle mógł się na podobną odprawę narazić. W rzeczy samej nie myślał wcale o przepaści, dzielącej go od młodej dziewczyny, różnica bowiem majątkowa, wychowania, rasy i otoczenia, dotychczas bynajmniej nie psuła mu humoru.  W dodatku rodzina Cypryana zajmowała we Francyi stanowisko o tyle wyższe od nieokrzesanego fermera, iż gdyby Cypryan kiedykolwiek pomyślał o różnicy, zachodzącej pomiędzy nim a właścicielem Wandergaart–Kopii, sądziłby zapewne, iż robi zaszczyt temu ostatniemu, prosząc go o rękę córki. Ostre kazanie pana Watkinsa rozproszyło te iluzye, a Cypryan posiadał dość zdrowego rozsądku, aby uznać słuszność uwag fermera, i nie czuć się obrażonym odmową, którą obecnie uważał za uzasadnioną.  Rozmyślania te naturalnie nie zmniejszyły doniosłości ciosu. Teraz, gdy miał postradać Alicyę, uczuł z podwójną siłą, jak drogą mu się ona stała przez owe trzy miesiące znajomości.  Jakże ten czas wydawał mu się odległym. Widział siebie, jak po uciążliwej drodze wśród kurzu i upału, przybył do celu długiej podróży z jednej półkuli świata na drugą. Aż do Kapsztadu jechał Cypryan w towarzystwie przyjaciela i kolegi Pharamonda Barthesa, który obecnie już poraz trzeci udawał się do Afryki na wycieczkę myśliwską.  Z Kapsztadu Barthes wyruszył do kraju Bassutos, gdzie zamierzał zwerbować oddział murzynów, mający mu towarzyszyć w wyprawie myśliwskiej, Cypryan zaś ulokował się w omnibusie zaprzężonym w siedem par koni, aby odbyć w nim drogę, prowadzącą do właściwej krainy dyamentów.  Woził on ze sobą sześć kufrów zawierających kompletne laboratoryum chemiczne.  Z powodu, że do omnibusu nie wolno było zabierać ciężaru przewyższającego 50 kilo, musiał Cypryan powierzyć swoje cenne pakunki właścicielowi zaprzęgu bawołów, który z przedpotopową powolnością miał je dostawić do miejsca przeznaczenia.  Poczta, albo raczej omnibus, którym jechał, była to na czterech wysokich kołach spoczywająca prosta, drewniana buda, pokryta płótnem. Zaprzężonemi po parze końmi kierowali bardzo zręcznie dwaj stangreci; jeden z nich trzymał lejce, podczas gdy drugi długim bambusowym batem, podobnym do wędki, nie tylko skutecznie poganiał, lecz zarazem pomagał pierwszemu kierować końmi.  Droga prowadzi przez Beaufort, ładne miasto zbudowane u stóp łańcucha gór Nieuweld, przez szczyty tychże do Wiktoryi, następnie przez Kapetown, miasto nadziei, położone nad brzegiem rzeki Orange, do Kimberley, a skąd już tylko kilka mil drogi do głównych pól dyamentowych.  Podróż przez smutny, pusty Weld (pole) trwa od 8—10 dni. Krajobraz przedstawia prawie wszędzie ponury, jednostajny widok; czerwonawe płaszczyzny, grupy szarych skał, chuda, żółtawa trawa i nawpół uschłe krzewy, oto wszystko. Ani śladu jakiejkolwiek kultury lub naturalnego powabu. Jedyne ludzkie siedziby tu spotykane, są to w znacznej odległości od siebie leżące fermy, których właściciele, otrzymawszy od rządu koncesyę, zobowiązali się dawać przytułek podróżnym.  O wygodach na takiej fermie marzyć naturalnie nie można. Niema tam łóżek dla ludzi, ani stajni dla koni. Do wyboru jest tylko kilka puszek konserw, które prawdopodobnie odbyły już nieraz podróż na około świata, a właściciel każe sobie za nie słono płacić.  Niema tam też zapasu paszy, woźnica więc puszcza konie na płaszczyznę, aby sobie same szukały pożywienia. Rozchodzą się biedne koniska za paszą dość daleko, tak, że dużo czasu tracić później trzeba, ażeby je odszukać i zgromadzić do dalszej drogi.  A jak trzęsie taki pierwotny wehikuł na tej jeszcze pierwotniejszej drodze! Za siedzenia służą po prostu kuferki podróżnych, na których przez długie dni nieszczęśliwy pasażer tłucze się z kąta w kąt, jak tłuczek w moździerzu.  O spaniu, podczas takiej podróży, nawet mowy być nie może.  Towarzyszami Cypryana, byli różni przedstawiciele owej wędrownej ludności, napływającej ze wszystkich krańców świata do miejsc, które świeżo zasłynęły pokładami złota lub dyamentów.  Na pierwszy plan wysuwał się kulawy neapolitańczyk, o kruczych włosach i chytrem spojrzeniu, nazwiskiem Annibal Pantalacci. W kącie cicho siedział żyd portugalski, Natan, handlarz dyamentów; trzecim był górnik z Lancashiru, Tomasz Steele, duży chłop z rudą brodą, który opuścił kopalnie węgla, aby szukać szczęścia, jako kopacz dyamentów. Następnie niemiec Fridel, udający wielkiego znawcę drogich kamieni, choć zdaje się, iż nie widział dotąd ani razu dyamentu w stanie naturalnym, piątym podróżnym był amerykanin, który z nikim, prócz ze swą butelką nie rozmawiał i prawdopodobnie dążył w te strony, aby zbudować kantynę, (szynk) gdzie kopacze większą część swej zdobyczy zwykli przepijać. Resztę podróżnych stanowili fermer z nad brzegu rzeki Hard, boer z Wolnego Związku Orange, handlarz kości słoniowej, dwóch pionerów z Transwaalu, na koniec chińczyk, nazwiskiem Li.  Z początku różnorodna ta hałaśliwa zbieranina bawiła Cypryana, lecz niedługo.  Sympatycznym był Tomasz Steele ze swą potężną postacią i mały chińczyk. Neapolitańczyk zaś ze swemi akrobatycznemi sztukami i zbójecką fizyonomią budził w nim wstręt.  Najgłupszym konceptem Pantalacciego było przyczepianie przeróżnych przedmiotów, jak wiązek trawy, kości, ogonów krowich, do długiego warkocza, który chińczykowi podług zwyczaju spadał na plecy.  Ten, nie irytując się wcale, odczepiał niepotrzebne dodatki, udając, iż tych żartów nie spostrzega.  Żółta jego twarz i kose oczy pozostawały nadal nieruchome. Zdawało się również, iż słowa nie rozumie z tego, co się w tej arce Noego mówiło.  Annibal Pantalacci nie przestawał jednak wygłaszać swoich konceptów, wyrażając się niezbyt poprawnie po angielsku.  — Jak się panu zdaje, — pytał głośno swego sąsiada, — czy żółta cera tego chińczyka, nie jest przypadkiem zaraźliwą? — albo: — gdybym tu miał nożyczki, uciąłbym mu warkocz, a widziałbyś pan jaką śmieszną zrobiłby minę.  Większa część towarzystwa śmiała się z tych dowcipów do rozpuku, nareszcie Cypryan, którego to gniewało, że z chińczyka tak drwiono, zwrócił uwagę Pantalacciemu, iż postępowanie jego jest zupełnie niewłaściwem, naco tenże byłby niezawodnie po grubijańsku odpowiedział, gdyby mu Steele ust nie zamknął.