Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gustaw i ja - Magdalena Zawadzka

Opowieść o wspólnym życiu niezwykłej pary aktorskiej – Magdaleny Zawadzkiej i Gustawa Holoubka. Historia ponad trzydziestoletniego szczęśliwego i spełnionego związku opisana barwnie i dowcipnie przez Magdalenę Zawadzką. Niepublikowane dotąd zdjęcia i dokumenty z rodzinnych archiwów niezwykle wzbogacają tę piękną opowieść

Opinie o ebooku Gustaw i ja - Magdalena Zawadzka

Fragment ebooka Gustaw i ja - Magdalena Zawadzka

Co­py­ri­ght © by Mag­da­le­na Za­wadz­ka

Co­py­ri­ght © by Zo­fia Tu­row­ska

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2011

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Na­sze­mu Jaś­ko­wi – mama

Gu­staw Ho­lo­ubek, lata sześć­dzie­sią­te

Gu­staw, Gu­cio, Gu­cie­niek… Ho­lo­ubek. Je­stem dum­na, że ten nad­zwy­czaj­ny, o nie­po­wta­rzal­nej oso­bo­wo­ści czło­wiek był moim mę­żem. Spo­tka­nie z nim to po­ca­łu­nek losu.

W cu­dow­ny spo­sób był na­tu­ral­ny. Wszel­kie smut­ki, ra­do­ści i obo­wiąz­ki co­dzien­no­ści trak­to­wał z dy­stan­sem, z nich czer­pał siły i po­my­sły twór­cze. Pra­co­wał z dnia na dzień, zda­jąc się na przy­chyl­ny los. Jak­by od nie­chce­nia. Ni­cze­go nie pla­no­wał we­dług kon­cep­cji czy re­cept, nie za­strze­gał w umo­wach wy­ma­gań do­ty­czą­cych gra­nia ta­kich czy in­nych ról, a prze­cież na­wet mała część tego, co zro­bił, by­ła­by speł­nie­niem dla nie­jed­ne­go ak­to­ra. Gdy opa­da­ła kur­ty­na, mo­men­tal­nie wra­cał „do sie­bie”. Żar­to­wał z ak­to­rów, któ­rzy prze­kra­cza­li próg swo­ich do­mostw z reszt­ka­mi kre­owa­nej po­sta­ci. Nie zno­sił sztucz­no­ści i fał­szu i od razu roz­szy­fro­wy­wał tan­det­ne, jak mó­wił, mi­sty­fi­ka­cje. De­ner­wo­wa­ły go miny, wy­ma­ga­nia i fo­chy, po­zo­wa­nie na ko­goś, kim się nie jest, i za wszel­ką cenę zwra­ca­nie na sie­bie uwa­gi. Źle się czuł w to­wa­rzy­stwie ta­kich ak­to­rów i sta­rał się ich uni­kać: „Sko­ro sy­tu­acja jest sztucz­na, ja też za­czy­nam być sztucz­ny” – cy­to­wał Gom­bro­wi­cza. Był naj­zwy­czaj­niej sobą.

Nig­dy nie wi­dzia­łam Gu­cień­ka ćwi­czą­ce­go miny i ge­sty przed lu­strem lub na­gry­wa­ją­ce­go sie­bie, żeby spraw­dzić in­to­na­cję gło­su. Do roli szy­ko­wał się ni­czym ty­grys do sko­ku. Cza­ił się, spo­koj­nie zbli­żał do celu – jak naj­głę­biej i naj­traf­niej wy­ra­zić, nie­za­leż­nie kogo grał, wła­sny po­gląd na rze­czy­wi­stość. Prze­my­śli­wał kon­cep­cję po­sta­ci pod­czas sta­wia­nia pa­sjan­sa, pro­wa­dze­nia sa­mo­cho­du, wy­po­czy­wa­nia w ulu­bio­nym fo­te­lu. Nie wy­mu­szał dla sie­bie szcze­gól­nej aten­cji, nie udrę­czał przed­pre­mie­ro­wy­mi ner­wa­mi. Po za­cho­wa­niu Gu­sta­wa nie po­zna­ła­bym ter­mi­nu pre­mie­ry. To ra­czej ja prze­ży­wa­łam jego i swo­je. Gu­staw był skrom­ny, obce mu było sa­mo­uwiel­bie­nie, dla­te­go nie chciał ni­ko­mu za­wra­cać sobą gło­wy. Tę jego zwy­czaj­ność cel­nie scha­rak­te­ry­zo­wał Ta­de­usz Kon­wic­ki: „Gu­cio lęka się pozy ar­ty­stycz­nej. Robi wszyst­ko, żeby zba­na­li­zo­wać swój byt”.

Kie­dy o nim opo­wia­dam, prze­dłu­żam mu ży­cie.

Gu­staw Ho­lo­ubek, lata sześć­dzie­sią­te

Wszystko zaczęło się wiosną…1969–1970

Ko­cham tę ra­do­sną porę i cie­szę się z jej na­dej­ścia. Wraz z przy­ro­dą bu­dzę się do ży­cia. Na­bie­ram chę­ci do ro­bie­nia ge­ne­ral­nych po­rząd­ków, do szy­ko­wa­nia let­niej gar­de­ro­by, do pie­szych i ro­we­ro­wych wy­cie­czek. Tę­sk­nię do we­so­łych ko­lo­rów. Je­sien­no-zi­mo­we bar­wy wręcz mnie od­py­cha­ją. Za­czy­nam ubie­rać się w pa­ste­le i moją od dziec­ka uko­cha­ną czer­wień. Za­pusz­czam pie­gi na twa­rzy i roz­pie­ra mnie ra­dość ży­cia. Wie­rzę, że to czas cze­goś no­we­go i do­bre­go, ja­kiejś cu­dow­nej nie­spo­dzian­ki da­ro­wa­nej z nie­bios.

Mag­da­le­na Za­wadz­ka w obiek­ty­wie Wie­sła­wa Ru­to­wi­cza.

Ka­pe­lusz typu „Pio­truś”, naj­mod­niej­szy w la­tach sześć­dzie­sią­tych

Wio­sna sześć­dzie­sią­te­go dzie­wią­te­go roku dwu­dzie­ste­go wie­ku oka­zu­je się dla mnie wy­jąt­ko­wa. Jak za­wsze ko­lo­ro­wa i pach­ną­ca, ale nie w peł­ni mogę ko­rzy­stać z jej uro­ków, je­stem za­pra­co­wa­ną mło­dą ak­tor­ką. Trzy lata po­by­tu w jed­nym z naj­lep­szych te­atrów war­szaw­skich, Te­atrze Dra­ma­tycz­nym, do któ­re­go za­an­ga­żo­wał mnie dy­rek­tor An­drzej Szczep­kow­ski, owo­cu­ją kil­ko­ma po­waż­ny­mi ro­la­mi1. Gram pra­wie co wie­czór, a do­dat­ko­wo w tak zwa­nych po­po­łu­dniów­kach. Mam za sobą tak­że duże role w spek­ta­klach Te­atru Te­le­wi­zji2, a na pre­mie­rę cze­ka Mak­bet Szek­spi­ra. An­drzej Waj­da po­wie­rza mi w tym przed­sta­wie­niu rolę Lady Mak­bet u boku Ta­de­usza Łom­nic­kie­go. Do tej pory w tra­dy­cji te­atral­nej gra­ły ją doj­rza­łe ak­tor­ki z ży­cio­wym i za­wo­do­wym do­świad­cze­niem. Po­przez wy­bór mnie, bar­dzo mło­dej ko­bie­ty, ten wy­bit­ny re­ży­ser chce po­ka­zać mło­dzień­czą żą­dzę wła­dzy, jej dra­pież­ność i wiel­ką nie­po­ha­mo­wa­ną na­mięt­ność pro­wa­dzą­cą do tra­ge­dii. Tyl­ko moja po­dyk­to­wa­na wie­kiem od­wa­ga i wspar­cie Ta­de­usza Łom­nic­kie­go po­zwa­la­ją mi się zmie­rzyć z tym trud­nym za­da­niem.

Od­skocz­nią od tej wstrzą­sa­ją­cej po­sta­ci jest sub­ret­ka Mi­cha­sia w ko­me­dii Mo­lie­ra Miesz­cza­nin szlach­ci­cem. Re­ali­zu­je ją też dla te­le­wi­zji Je­rzy Gru­za, dzię­ki któ­re­mu mogę za­grać obok Bo­gu­mi­ła Ko­bie­li, od­twa­rza­ją­ce­go głów­ną po­stać – Pana Jo­ur­da­ina. Trzy razy w ty­go­dniu za­ry­wam noce, bo za­raz po spek­ta­klu idę grać w ka­ba­re­cie „Du­dek”. Na uro­czy­stą pre­mie­rę cze­ka Pan Wo­ło­dy­jow­ski, moje naj­więk­sze w tym cza­sie do­ko­na­nie fil­mo­we. Rów­no­cze­śnie trwa­ją zdję­cia do se­ria­lu te­le­wi­zyj­ne­go Przy­go­dy pana Mi­cha­ła. Nie wiem, jak go­dzę te wszyst­kie za­ję­cia, skąd bio­rę siły i ener­gię, ale je­stem mło­da i szczę­śli­wa, że tak cie­ka­we i peł­ne pla­nów jest moje ży­cie za­wo­do­we, a do­bre re­cen­zje i na­gro­dy do­da­ją mi wia­ry w sie­bie.

Ży­cie pry­wat­ne też wy­da­je się uda­ne. Mam ko­cha­ją­cych mnie bab­cię, ro­dzi­ców i męża, ope­ra­to­ra fil­mo­we­go Wie­sła­wa Ru­to­wi­cza, któ­re­go po­zna­łam na pla­nie fil­mu Póź­ne po­po­łu­dnie3 i po ukoń­cze­niu dru­gie­go roku stu­diów po­ślu­bi­łam. Nasz miły dom, mnó­stwo zna­jo­mych i wiel­bi­cie­li, a przede wszyst­kim mój en­tu­zjazm nie­mal do wszyst­kie­go, co ro­bię, i nie­po­praw­ny opty­mizm chro­nią mnie przed złem tego świa­ta. Poza pra­cą, któ­rą au­ten­tycz­nie ko­cham, lu­bię się ba­wić, śmiać, tań­czyć i spo­ty­kać się z ser­decz­ny­mi ludź­mi, jeź­dzić na wy­ciecz­ki. Od­kry­wam w so­bie pa­sję do po­dró­ży za­gra­nicz­nych, ale w koń­cu lat sześć­dzie­sią­tych to za­mi­ło­wa­nie nie­ła­twe do re­ali­za­cji: pasz­por­ty za­mknię­te w urzę­do­wych szu­fla­dach, za­kaz po­sia­da­nia i wy­wo­że­nia ob­cej wa­lu­ty, sło­wem uro­ki że­la­znej kur­ty­ny. Mnie szczę­ście do­pi­su­je – od razu fru­nę aż na dru­gą pół­ku­lę. Zna­ny ak­tor i sa­ty­ryk Je­rzy Do­bro­wol­ski zo­ba­czył moje wy­stę­py w „Dud­ku” i go­ścin­nie an­ga­żu­je mnie do stwo­rzo­ne­go przez sie­bie ka­ba­re­tu „Owca”, za­pro­szo­ne­go wła­śnie na to­ur­née po Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Ka­na­dzie. Ta wspa­nia­ła nie­spo­dzian­ka spo­ty­ka mnie wio­sną po­przed­nie­go roku. To mój pierw­szy w ży­ciu wy­jazd na Za­chód i od razu do Ame­ry­ki! Prze­ży­wam szok cy­wi­li­za­cyj­ny. Od tam­tej chwi­li zwie­dza­nie świa­ta sta­je się moim ży­cio­wym ma­rze­niem, tym bar­dziej że za­ro­bi­łam w Ame­ry­ce po­kaź­ną sumę „udo­ku­men­to­wa­nych” pie­nię­dzy. Część na­tu­ral­nie wy­da­łam na pre­zen­ty dla ro­dzi­ny i przy­ja­ciół, dro­bia­zgi do domu, a dla sie­bie na fan­ta­stycz­nie ko­lo­ro­we ciusz­ki i buty. Je­stem więc za­do­wo­lo­ną z ży­cia, wy­stro­jo­ną w mini i czar­ne la­kie­ro­wa­ne bot­ki za ko­la­na mło­dą ko­bie­tą. Je­dy­nie cią­gle bra­ku­je mi cza­su, więc krad­nę go kosz­tem snu i wy­po­czyn­ku.

W tym sta­nie du­cha za­sta­je mnie wio­sna owe­go sześć­dzie­sią­te­go dzie­wią­te­go roku. Z bło­gich roz­my­ślań o pla­nach ży­cio­wych i za­wo­do­wych wy­ry­wa mnie te­le­fon od ów­cze­sne­go dy­rek­to­ra Te­atru Dra­ma­tycz­ne­go, Jana Brat­kow­skie­go, któ­ry pro­po­nu­je mi głów­ną rolę ko­bie­cą w sztu­ce Cal­de­ro­na Ży­cie jest snem w re­ży­se­rii Lu­dwi­ka René. Pró­by mają się roz­po­cząć od za­raz. Wpa­dam w pa­ni­kę, bo już na nic prze­cież nie mam cza­su, na do­da­tek do­sta­ję pro­po­zy­cję za­gra­nia we współ­cze­snym fil­mie i chcę z niej sko­rzy­stać. Zdo­by­wam się na od­wa­gę i pro­szę dy­rek­to­ra o zwol­nie­nie mnie z prób Cal­de­ro­na. – Chy­ba zwa­rio­wa­łaś! – dzi­wi się nie na żar­ty. – Od­ma­wiasz pra­cy w spek­ta­klu, w któ­rym głów­ną rolę mę­ską bę­dzie grał Gu­staw Ho­lo­ubek?! – Przy­tom­nie­ję dość szyb­ko i re­zy­gnu­ję z fil­mu.

Roz­po­czy­na­ją się pró­by. Na pierw­szej, tak zwa­nej czy­ta­nej, po­ja­wia się pan Ho­lo­ubek. Wszy­scy wi­ta­ją go en­tu­zja­stycz­nie. Jest to jego po­wrót do Dra­ma­tycz­ne­go, w któ­rym grał na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych4. Jako stu­dent­ka pierw­sze­go roku szko­ły te­atral­nej wi­dzia­łam jego Pła­to­no­wa i by­łam tą kre­acją urze­czo­na. Pan Gu­staw wra­ca więc do sie­bie, do ze­spo­łu, któ­ry go zna i po­dzi­wia. Po­now­ne po­zy­ska­nie tak wy­bit­ne­go ak­to­ra, po­sta­ci wręcz owia­nej le­gen­dą, zna­nej ze wspa­nia­łych ról gra­nych w Te­atrze Na­ro­do­wym5, głów­nie Gu­sta­wa-Kon­ra­da w Dzia­dach, wy­wo­łu­je świą­tecz­ne pod­nie­ce­nie w ca­łym ze­spo­le. Jest uwiel­bia­nym przez wszyst­kich Gu­sta­wem Ho­lo­ub­kiem, ce­nio­nym ak­to­rem i czło­wie­kiem. Ta pierw­sza pró­ba prze­ra­dza się w ma­ni­fe­sta­cję ra­do­ści, że za­an­ga­żo­wał się wła­śnie do nas i że bę­dzie­my ra­zem pra­co­wać.

Je­stem naj­młod­sza w ze­spo­le, naj­mniej do­świad­czo­na za­wo­do­wo i tro­chę pe­szy mnie per­spek­ty­wa współ­pra­cy z tym gi­gan­tem sce­ny i fil­mu, mimo że mia­łam już oka­zję po­znać pana Gu­sta­wa pod­czas re­ali­za­cji fil­mu Spo­tka­nie w„Baj­ce”. Przy­go­to­wy­wa­łam się wów­czas do ma­tu­ry, a tak­że uczest­ni­czy­łam w te­le­wi­zyj­nym Mło­dzie­żo­wym Stu­diu Po­etyc­kim. Do­sta­łam za­pro­sze­nie na prób­ne zdję­cia do epi­zo­dycz­nej roli w tym fil­mie. Wy­bra­li mnie, mama pod­pi­sa­ła umo­wę, bo by­łam nie­peł­no­let­nia. Ubra­li w szpil­ki i wy­de­kol­to­wa­ną su­kien­kę w gro­chy, ucze­sa­li i uma­lo­wa­li jak za­wo­do­wą ak­tor­kę. Part­ne­ro­wa­łam An­drze­jo­wi Ła­pic­kie­mu, a Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka po­zna­łam tyl­ko prze­lot­nie. Zdję­cia re­ali­zo­wa­no w San­do­mie­rzu i któ­re­goś dnia pa­no­wie za­pro­si­li mnie na kawę. Grzecz­nie, ale sta­now­czo od­mó­wi­łam, nie­mal wy­stra­szo­na, bo obie­ca­łam ro­dzi­com, któ­rzy na­słu­cha­li się opo­wie­ści o rze­ko­mej roz­wią­zło­ści pa­nu­ją­cej w śro­do­wi­sku fil­mo­wym, że po pra­cy z ni­kim nie będę się za­da­wać. Prze­ję­ta sy­tu­acją od­wró­ci­łam się tak gwał­tow­nie, że na oczach zdu­mio­nych dżen­tel­me­nów z ca­łym im­pe­tem we­szłam w za­mknię­te oszklo­ne drzwi. Po­sy­pa­ło się szkło…

Kil­ka lat póź­niej, po skoń­cze­niu stu­diów, spo­ty­ka­my się w spek­ta­klu Te­atru Te­le­wi­zji Brat mar­no­traw­ny Oska­ra Wil­de’a w re­ży­se­rii Je­rze­go Gru­zy. Pró­by przy­pa­da­ją na okres bar­dzo mę­czą­cy i bar­dzo waż­ny dla pana Gu­sta­wa. Nie­mal na­tych­miast po po­po­łu­dnio­wej te­le­wi­zyj­nej pró­bie gra w Dzia­dach w Te­atrze Na­ro­do­wym. Pa­mię­tam tro­skę ca­łej ob­sa­dy: Ire­ny Kwiat­kow­skiej, Ka­li­ny Ję­dru­sik, An­drze­ja Ła­pic­kie­go i Jur­ka Gru­zy, żeby Gu­sta­wa oszczę­dzać, żeby zbyt­nio się nie mę­czył, bo za dwie go­dzi­ny cze­ka go wy­czer­pu­ją­cy wie­czór. By­łam wte­dy tak za­ję­ta wy­stę­pa­mi w te­atrze, że nie­ste­ty nie wi­dzia­łam Dzia­dów. Li­czy­łam na to, że zda­rzy mi się wol­ny wie­czór i zo­ba­czę gło­śne już w ca­łej Pol­sce przed­sta­wie­nie z ge­nial­ną rolą pana Gu­sta­wa. Nie mo­głam prze­wi­dzieć de­cy­zji po­li­tycz­nych, któ­re w krót­kim cza­sie zmio­tą spek­takl ze sce­ny Na­ro­do­we­go i będą za­rze­wiem an­ty­ko­mu­ni­stycz­nych de­mon­stra­cji i po­cząt­kiem wy­pad­ków mar­co­wych ’68 roku. Wte­dy jed­nak na pró­bach w te­le­wi­zji zaj­mu­je­my się za­baw­ny­mi pe­ry­pe­tia­mi an­giel­skich la­dies i gen­tle­men. Pan Gu­staw gra w Bra­cie mar­no­traw­nym mo­je­go wu­jasz­ka, któ­re­mu rzu­cam się na szy­ję, ani przez mo­ment nie prze­czu­wa­jąc przy­szło­ści. Mi­ja­my się też w sy­tu­acjach to­wa­rzy­skich. Kie­dyś po pre­mie­rze „Dud­ka” przy­szedł za ku­li­sy i by­li­śmy ra­dzi, że Ho­lo­ub­ko­wi się po­do­ba­ło. Zresz­tą gdzie­kol­wiek się po­ja­wiał, nie­zmien­nie wszy­scy się roz­pro­mie­nia­li.

Z An­drze­jem Ła­pic­kim na pla­nie fil­mu Spo­tka­nie w „Baj­ce”, San­do­mierz 1962

Po­dob­nie na tej pierw­szej pró­bie w Dra­ma­tycz­nym. Sia­da­my przy dłu­gim sto­le i roz­po­czy­na się czy­ta­nie sztu­ki. Dla mnie to za­wsze pod­nie­ca­ją­cy mo­ment. Czy sztu­ka i rola będą mi się po­do­bać? Pierw­sze wra­że­nie uwa­żam za naj­waż­niej­sze, bo jest do­zna­niem bar­dziej zmy­sło­wym niż in­te­lek­tu­al­nym. Po licz­nych prze­my­śle­niach, za­my­ka­jąc fi­nal­ny kształt roli, od­wo­łu­ję się do tych wra­żeń. Na szczę­ście za­rów­no sztu­ka, jak i role wszyst­kim od­po­wia­da­ją. Pan Gu­staw siadł przy sto­le na­prze­ciw mnie, przo­dem do okna. Mogę więc wi­dzieć jego twarz bar­dzo wy­raź­nie w świe­tle wio­sen­ne­go dnia. Tyle że mój wio­sen­ny bło­go­stan nie sprzy­ja zwra­ca­niu uwa­gi na ko­go­kol­wiek. Pod­czas przerw w pró­bie za­szy­wam się w swo­jej gar­de­ro­bie i kuję an­giel­skie słów­ka. Za rok cze­ka mnie wy­jazd na sty­pen­dium mi­ni­stra kul­tu­ry i sztu­ki do Lon­dy­nu, a po­byt w Ame­ry­ce uświa­do­mił mi wiel­kie bra­ki w zna­jo­mo­ści an­giel­skie­go. Za­wie­szo­na mię­dzy tek­stem sztu­ki a wła­sny­mi spra­wa­mi nie do­strze­gam bo­że­go świa­ta ani pana Gu­sta­wa, jest mi męż­czy­zną da­le­kim ni­czym ko­smos. Aż je­den z ko­le­gów, niby mi­mo­cho­dem, za­uwa­ża, że ten sie­dzą­cy na­prze­ciw mnie męż­czy­zna, o czym już wszy­scy so­bie opo­wia­da­ją, nie spusz­cza ze mnie wzro­ku. Wszyst­ko, co mówi, kie­ru­je pod moim ad­re­sem, z in­ten­cją zwró­ce­nia na sie­bie mo­jej uwa­gi. Ock­nę­łam się z nie­by­tu. Wte­dy tak na­praw­dę po raz pierw­szy przy­glą­dam się panu Gu­sta­wo­wi, któ­re­go do tej pory znam wła­ści­wie tyl­ko ze sce­ny i ekra­nu. Ma miłą ła­god­ną twarz i ogrom­ne oczy, nie­praw­do­po­dob­nie nie­bie­skie i prze­świe­tlo­ne, z cza­ją­cy­mi się cho­chli­ka­mi. Przy­cią­ga­ją jak ma­gnes. Gę­ste, czar­ne, aż gra­na­to­we wło­sy z lek­kim szpa­kiem na skro­niach i śnia­da cera jesz­cze bar­dziej pod­kre­śla­ją cha­rak­ter tych oczu. Duże, od­sta­ją­ce uszy do­da­ją ło­bu­zer­skie­go wdzię­ku. Moż­na po­wie­dzieć, że te oczy i uszy są jego zna­kiem fir­mo­wym. Nie­na­gan­ne ma­nie­ry, styl by­cia i wy­sła­wia­nia się, dow­cip i we­so­łość. Pięk­ny, mę­ski, wła­ści­wy tyl­ko jemu głos. Zda­je mi się cza­ru­ją­cym mę­dr­cem. Pa­trzę zdu­mio­na i za­sta­na­wiam się, jak to moż­li­we, że do tej pory wi­dzia­łam w nim tyl­ko wiel­kie­go ak­to­ra, a nie fa­scy­nu­ją­ce­go męż­czy­znę? A może los wła­ści­wie mną kie­ro­wał? Mój sta­tus mę­żat­ki stwa­rza na­tu­ral­ną ba­rie­rę dla po­kus. Mam ich wie­le, je­stem ra­czej roz­piesz­cza­na po­wo­dze­niem niż sfru­stro­wa­na jego bra­kiem. Pan z na­prze­ciw­ka też nie jest wol­ny, a na do­da­tek dużo ode mnie star­szy, w sile wie­ku, jak się mó­wi­ło o czter­dzie­sto­sze­ścio­let­nim męż­czyź­nie. Mam dwa­dzie­ścia czte­ry lata, męża i żad­nej ocho­ty na flirt. To dla mnie je­dy­nie ko­le­ga z pra­cy.

Poza tym drze­mie we mnie ja­kaś dia­bel­ska prze­ko­ra, ir­ra­cjo­nal­ny bunt, uspra­wie­dli­wio­ny chy­ba tyl­ko mło­do­ścią i za­wi­ro­wa­nia­mi emo­cjo­nal­ny­mi. Wszyst­ko jest albo czar­ne, albo bia­łe, tak albo nie, żad­nych od­cie­ni i niu­an­sów. Przy tym mało mó­wię. Pa­nu­je moda na obo­jęt­ność i luz, jed­nym sło­wem lub spoj­rze­niem moż­na wy­ra­zić wszyst­ko, więc po co strzę­pić ję­zyk? Dla nas, mło­dych, sil­nych i zbun­to­wa­nych prze­ciw­ko wszyst­kim i wszyst­kie­mu, wy­ra­ża­nie uczuć na­le­ży do ka­te­go­rii wsty­dli­wych. Dzie­ci kwia­ty, a chcę się do nich za­li­czać, pa­trzą na świat bez­czel­nym, pew­nym sie­bie wzro­kiem i ła­mią wszel­kie utar­te ka­no­ny po­stę­po­wa­nia. Z ża­lem przy­zna­ję, że do koń­ca nie je­stem taka. Dom, wy­cho­wa­nie, za­ka­zy, na­ka­zy ogra­ni­cza­ją moją swo­bo­dę, ale mam w so­bie pew­ną dozę tego wy­zwo­le­nia, któ­re za­głu­sza we mnie pa­nien­kę z do­bre­go domu. Nig­dy więc nie za­bie­gam o wzglę­dy męż­czyzn. To pa­nom po­zo­sta­wiam przy­wi­lej wal­ki o mnie, a ra­czej ła­ska­wie po­zwa­lam, żeby zdo­by­wa­li mnie w pięk­nym, ry­cer­skim sty­lu. Na­wet gdy ktoś mi się bar­dzo po­do­ba, nie daję tego po so­bie po­znać. Je­stem zbyt am­bit­na, żeby po­nieść uczu­cio­wą po­raż­kę. Do­pie­ro ab­so­lut­na pew­ność, że dru­ga stro­na jest moc­no za­an­ga­żo­wa­na, może osła­bić moje nie­prze­jed­na­nie. I taka wła­śnie sie­dzę na­prze­ciw pana Gu­sta­wa. Nic nie mó­wię i wiem swo­je. On jed­nak wi­docz­nie in­a­czej roz­po­zna­je sy­tu­ację. Roz­po­czy­na de­li­kat­ną wal­kę pod­jaz­do­wą. A to niby przy­pad­kiem wy­py­tu­je mnie o pla­ny na naj­bliż­sze dni, a to do­ga­nia na uli­cy, py­ta­jąc, w któ­rą idę stro­nę. Raz od­po­wia­dam zu­chwa­le: – W prze­ciw­ną niż pan. – Ku mo­je­mu zdu­mie­niu nie tyl­ko się nie zra­ża, ale go to roz­ba­wia, pa­mię­ta prze­cież, kie­dy od­ma­wia­jąc pój­ścia na kawę, roz­bi­łam gło­wą szy­bę. Któ­re­goś dnia po raz ko­lej­ny za­pra­sza mnie do ka­wiar­ni. Tym ra­zem nie od­ma­wiam. Za­czy­na­my się spo­ty­kać już nie przy­pad­kiem, tyl­ko tro­chę po­ta­jem­nie. Ale cóż to za ta­jem­ni­ca, sko­ro spa­ce­ru­je­my po uli­cach albo sie­dzi­my go­dzi­na­mi na ław­ce w par­ku! Wszy­scy już o nas wie­dzą, je­ste­śmy jed­nak tak za­ję­ci sobą, że na nic nie zwra­ca­my uwa­gi.

Na pla­nie fil­mo­wym, Kie­dy mi­łość była zbrod­nią, 1967

Po­ni­żej: Ga­ze­ty co­dzien­ne i ko­lo­ro­we lat sześć­dzie­sią­tych wie­lo­krot­nie opi­sy­wa­ły ży­cie za­wo­do­we i pry­wat­ne Mag­da­le­ny Za­wadz­kiej i Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka

Nie wia­do­mo, co się na­gle dzie­je, ja­kie siły po­wo­du­ją, że lu­dzie za­ko­chu­ją się w so­bie. Koń­czą się pró­by i za­czy­na­my grać spek­ta­kle. Każ­de­go wie­czo­ru do­sta­ję od Gu­sta­wa pięk­ne kwia­ty, w nich bi­le­cik na przy­kład z tek­stem z Cal­de­ro­na: „Cóż jesz­cze moż­na Ci ży­czyć, sko­ro je­steś słoń­cem, ju­trzen­ką, różą, gwiaz­dą i dia­men­tem…”, a każ­de­go ran­ka cze­ka na mnie w se­kre­ta­ria­cie uro­czy list, jak choć­by taki: „Naj­droż­sza Pani, cho­ciaż nie mam ślicz­ne­go zdję­cia Pani, ob­raz jej to­wa­rzy­szy mi w każ­dej se­kun­dzie jawy i w każ­dej se­kun­dzie snu. Wiel­bi­ciel Miś Kła­po­uch, któ­ry cze­ka roz­tę­sk­nio­ny”. W prze­rwie przed­sta­wie­nia od­wie­dza mnie w gar­de­ro­bie, nie dba­jąc o to, co kto so­bie po­my­śli. Nie ukry­wa, że się o mnie sta­ra. Gra­ni­czą­ca z na­iw­no­ścią chłop­ca otwar­tość, z jaką ofia­ro­wu­je mi swo­je uczu­cie, ocza­ro­wu­je mnie tak da­le­ce, że tra­cę czuj­ność i za­ko­chu­ję się po same uszy, jego i moje!

Po raz pierw­szy ra­zem na sce­nie, Ży­cie jest snem, Te­atr Dra­ma­tycz­ny, 1969

Roz­pę­tu­ją się wo­kół nas plot­ki i spe­ku­la­cje, kto kogo pierw­szy po­rzu­ci. Przy­ja­cie­le Gu­sta­wa sta­wia­ją na mnie. Nie wiem, na ja­kiej pod­sta­wie, bo prze­cież mnie nie zna­ją. Uwa­ża­ją, że je­stem dziew­czy­ną, któ­ra z pre­me­dy­ta­cją roz­ko­chu­je w so­bie męż­czyzn, po­ba­wi się nimi, a po­tem rzu­ca. Wła­ści­wie po­win­no schle­biać mi, że uzna­no mnie za fem­me fa­ta­le. Wy­ra­ża­ją się też dy­plo­ma­tycz­nie: – Gu­cio zno­wu się pew­nie oże­ni, już nie chce­my po­wie­dzieć z kim! – Moi ro­dzi­ce za­nie­po­ko­ili się nie na żar­ty. Plot­ki do­tar­ły do nich z pręd­ko­ścią świa­tła. Też nie zna­ją Gu­sta­wa, ale wy­czu­wa­ją z jego stro­ny po­waż­ne za­gro­że­nie dla swo­jej je­dy­nacz­ki, bo żo­na­ty, oj­ciec dzie­ciom, zła­mie jej ser­ce i zo­sta­wi na po­śmie­wi­sko ga­wie­dzi! Mój mąż prze­czu­wa, że dzie­je się ze mną coś nie­co­dzien­ne­go, ale boi się py­tać, ocze­ku­jąc złych wia­do­mo­ści. Tyl­ko moja ko­cha­na bab­cia Ja­dwi­ga ta­jem­ni­czo mil­czy. Śro­do­wi­sko­wi plot­ka­rze pod­grze­wa­ją at­mos­fe­rę do czer­wo­no­ści. Ni­ko­mu tyl­ko nie przy­cho­dzi do gło­wy, że to może być mi­łość. Po­nad­to je­śli mał­żeń­stwo jest na­praw­dę szczę­śli­we, nie tak ła­two we­drzeć się do nie­go trze­ciej oso­bie. Oczy­wi­ście, może zda­rzyć się prze­lot­ny ro­mans czy kry­zys, któ­re czę­sto od­świe­ża­ją i jesz­cze bar­dziej wzmac­nia­ją mał­żeń­ski układ, jed­nak pod wa­run­kiem, że fun­da­men­tem jest mi­łość. Wi­docz­nie na­sze mał­żeń­stwa były po­zor­nie uda­ne. Gu­staw twier­dzi, że na­sze uczu­cie wy­bu­chło z taką siłą, bo jest ostat­nią de­ską ra­tun­ku, któ­rej obo­je się ucze­pi­li­śmy, żeby prze­żyć praw­dzi­wą mi­łość i szczę­śli­wy zwią­zek. W każ­dym ra­zie skan­dal wisi w po­wie­trzu, tyl­ko my je­ste­śmy głu­si i śle­pi na wszyst­ko. Gu­staw jest wier­ny za­sa­dzie, że dżen­tel­men o pew­nych spra­wach nie mówi. Nie obar­cza mnie też swo­imi mał­żeń­ski­mi pro­ble­ma­mi, od­ci­na od tam­te­go swo­je­go ży­cia, nie chce, że­bym mia­ła ja­kie­kol­wiek po­czu­cie winy.

Jak cu­dow­ną spra­wą jest po­ro­zu­mie­nie dusz… My do­słow­nie zga­du­je­my swo­je my­śli. Nie­po­trzeb­ny nam te­le­fon, któ­re­go po­sia­da­nie w tym cza­sie jest zresz­tą luk­su­sem, bo po­ro­zu­mie­wa­my się te­le­pa­tycz­nie. To samo nas bawi i mar­twi. Mamy tę samą hie­rar­chię war­to­ści i na szczę­ście po­czu­cie hu­mo­ru. Ani przez chwi­lę nie czu­ję róż­ni­cy wie­ku. Gu­staw jest nie­mal moim ró­wie­śni­kiem, a cza­sa­mi na­wet wy­da­je mi się, że jest ode mnie młod­szy. Mi­łość nie pa­trzy w me­try­kę, trwa poza cza­sem. Łą­czą nas ten sam gust i upodo­ba­nia. Nie stro­nię od współ­cze­snej mu­zy­ki roz­ryw­ko­wej i pio­se­nek, ale moją ulu­bio­ną jest mu­zy­ka kla­sycz­na. Gu­staw rów­nież jest jej mi­ło­śni­kiem, a na­wet znaw­cą. Słu­cha­nia i ro­zu­mie­nia mu­zy­ki na­uczył go w kra­kow­skiej szko­le te­atral­nej wy­bit­ny kom­po­zy­tor i pe­da­gog Ar­tur Ma­law­ski. Więc Gu­cio tłu­ma­czy mi for­mę i zna­cze­nie po­szcze­gól­nych czę­ści utwo­ru w przy­stęp­ny i in­te­re­su­ją­cy spo­sób. Po licz­nych dys­ku­sjach do­ty­czą­cych twór­czo­ści wiel­kich kom­po­zy­to­rów za na­szych naj­ulu­bień­szych uzna­je­my Ba­cha, Mo­zar­ta i Cho­pi­na. Dzię­ki Gu­cio­wi prze­ko­nu­ję się do ope­ry, tego chy­ba naj­bar­dziej te­atral­ne­go, w naj­lep­szym tego sło­wa zna­cze­niu, ga­tun­ku sztu­ki. Gu­staw wiel­bi Ros­si­nie­go, więc ła­pie­my oka­zję, by wspól­nie po­słu­chać na­grań Cy­ru­li­ka se­wil­skie­go i na­cie­szyć się pięk­nem gło­sów wy­bit­nych śpie­wa­ków. Mamy też tego sa­me­go hi­sto­rycz­ne­go bo­ha­te­ra – Ju­liu­sza Ce­za­ra. Gu­staw od za­wsze in­te­re­su­je się hi­sto­rią. Wie­le wie i tak barw­nie opo­wia­da o wy­da­rze­niach hi­sto­rycz­nych, któ­re w szko­le wbi­ja­no mi w nud­ny spo­sób do gło­wy, że na­wet naj­bar­dziej od­le­głe w cza­sie zda­rze­nia sta­ją się bli­skie i cie­ka­we. Wy­my­śla na­wet swo­ją wła­sną teo­rię względ­no­ści cza­su: – Wy­obraź so­bie, że je­że­li po­sta­wisz obok sie­bie dzie­się­ciu Sol­skich, a ten wspa­nia­ły ak­tor do­żył stu lat, mamy Miesz­ka I. – Po­dzi­wia mą­drość i do­ko­na­nia po­li­tycz­ne Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­ły. Prze­czy­tał wszyst­kie książ­ki do­ty­czą­ce dy­na­stii Ja­giel­lo­nów. W jed­nej z nich znaj­du­je cie­ka­wost­kę, że król nie lu­bił ja­błek. Bar­dzo go to roz­ba­wia, bo twier­dzi, po­dob­nie jak Ja­gieł­ło, że są nie­zdro­we. Dzię­ki temu dro­bia­zgo­wi jesz­cze bar­dziej po­lu­bił kró­la. Kil­ka­na­ście lat póź­niej gra Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­łę w se­ria­lu Kró­lew­skie sny6.

„Całe ży­cie przede mną!"

Ga­da­my so­bie o wszyst­kim, to zna­czy Gu­staw opo­wia­da, a ja mogę go­dzi­na­mi słu­chać. Mówi barw­nie, bez men­tor­stwa, ma tyl­ko so­bie wła­ści­wą me­lo­dię zda­nia, na­wet gdy po­ru­sza zwy­czaj­ne spra­wy. Jego głos dzia­ła ni­czym nar­ko­tyk, a on sam jest nie­do­ści­gnio­nym mi­strzem sło­wa i pau­zy, nie tyl­ko na sce­nie. Nim po­zna­łam Gu­sta­wa, by­łam ra­czej ma­ło­mów­na i nie­zbyt ufna. Może dla­te­go, że się nie spo­tka­łam z taką szla­chet­ną otwar­to­ścią. Na po­cząt­ku na­szej zna­jo­mo­ści, może na­wet nie­zbyt tak­tow­nie, wy­ry­wa mi się: „Boże, jak pan dużo mówi!”. Szyb­ko prze­ko­nu­ję się, że sło­wo jest klu­czem do wszyst­kie­go. Gu­staw wie­rzy w jego ma­gicz­ną moc i ener­gię otwie­ra­ją­cą ser­ca i umy­sły. W cza­sach jego mło­do­ści dziew­czy­ny uwo­dzi­ło się flir­tem, wier­szem, cza­row­nym sło­wem. Po la­tach żar­to­wał, że pod­czas na­sze­go mał­żeń­stwa on za­milkł, a ja roz­ga­da­łam się na do­bre. To praw­da. Zmie­ni­łam się. Zła­god­nia­łam i mam na­dzie­ję, że zmą­drza­łam.

Mam na imię Mag­da­le­na, ale róż­nie mnie na­zy­wa­no: Mag­da­len­ka, Mag­da, Mag­dul­ka, Madź­ka, Ma­dzień­ka, Mag­du­nia, Megi, Mag­du­sia, Mag­dzi­sko, a Ta­dzio Łom­nic­ki mówi do mnie per Mag­dzior. Mój ko­cha­ny dzia­dek Mie­czy­sław wy­my­ślił Ma­gu­się. Gu­staw na po­cząt­ku na­szej zna­jo­mo­ści zwra­ca się do mnie Mag­da­le­no, w cha­rak­te­ry­stycz­ny dla sie­bie spo­sób prze­dłu­ża­jąc sa­mo­gło­ski, któ­re są aż czte­ry w moim imie­niu. Brzmi jak nie­biań­ska mu­zy­ka: – Mag­da­le­no, czy mo­gła­by pani po­wtó­rzyć koń­ców­kę tek­stu, bar­dzo pro­szę… – Ach, te for­my, tak na co dzień za­nie­dby­wa­ne. A więc Mag­da­le­no…

Na­de­szły let­nie wa­ka­cje. Urlop w te­atrze. Nie je­ste­śmy jesz­cze go­to­wi na pod­ję­cie ra­dy­kal­nych ży­cio­wych de­cy­zji, więc bez szcze­gól­nych wy­ja­śnień i na­rad po­sta­na­wia­my wy­je­chać, każ­de w swo­ją stro­nę. Nie wy­mie­nia­my ad­re­sów, ni­cze­go so­bie nie przy­rze­ka­my, ot tak, po pro­stu roz­sta­je­my się na ja­kiś czas. Trak­tu­ję to wa­ka­cyj­ne roz­sta­nie jako pró­bę uczuć. Ra­cjo­nal­nie pod­cho­dzę do spra­wy: zna­my się rap­tem czte­ry mie­sią­ce, mamy swo­je ro­dzi­ny, uło­żo­ne ży­cie, pla­ny. A może to tyl­ko chwi­lo­we za­uro­cze­nie, ro­mans tym pięk­niej­szy, że krót­ki i nie­speł­nio­ny? Je­stem pew­na, że znam sie­bie na tyle, by ła­two so­bie z tym po­ra­dzić. Mu­szę prze­stać o nim my­śleć – będę od­po­czy­wać, ba­wić się i flir­to­wać, ile się da, żeby za­głu­szyć w so­bie wspo­mnie­nia. Tak, to naj­lep­szy spo­sób. Flirt to prze­cież nie­win­na for­ma za­ba­wy, ćwi­cze­nia z in­te­li­gen­cji i wdzię­ku, po­pra­wia sa­mo­po­czu­cie i nie zo­bo­wią­zu­je do ni­cze­go. A więc flir­to­wać, nie my­śleć, za­po­mnieć. Z tak ge­nial­nym pla­nem w gło­wie rzu­cam się w wir wa­ka­cyj­nych przy­go­to­wań.

Mag­da­le­na w Mag­da­len­ce

Na Mię­dzy­na­ro­do­wym Fe­sti­wa­lu Fil­mo­wym w Mo­skwie, 1969. Od pra­wej ak­to­rzy:

Da­niel Ol­brych­ski, Mag­da­le­na Za­wadz­ka, Ta­de­usz Łom­nic­ki, Bar­ba­ra Bryl­ska

Z wa­liz­ką peł­ną wy­strza­ło­wych mi­ni­spód­ni­czek lecę w ofi­cjal­nej de­le­ga­cji na fe­sti­wal fil­mo­wy do Mo­skwy, ra­zem z bar­dzo mi­łym to­wa­rzy­stwem, z któ­rym nie roz­sta­ję się przez ostat­nie dwa lata: Walą i Jur­kiem Hof­f­ma­na­mi, Ba­sią Bryl­ską, Ta­dziem Łom­nic­kim i Da­nie­lem Ol­brych­skim z żoną Mo­ni­ką Dzie­ni­sie­wicz. Wiem, że z nimi bę­dzie mi do­brze, uko­ją moją sko­ła­ta­ną du­szę. Uro­czy­sty po­kaz Pana Wo­ło­dy­jow­skie­go od­by­wa się w mo­skiew­skim Pa­ła­cu Zjaz­dów. Film wy­so­ko oce­nia­ją kry­ty­cy i wi­dzo­wie, więc fe­tu­ją nas, za­pra­sza­ją na im­pre­zy kul­tu­ral­ne, to­wa­rzy­skie spo­tka­nia i ban­kie­ty. Je­ste­śmy wśród sław ak­tor­skich z ca­łe­go świa­ta: śnia­da­nie przy jed­nym sto­le z Mar­cel­lem Ma­stro­ian­nim, zwie­dza­nie Mo­skwy w to­wa­rzy­stwie Ma­ri­ny Vla­dy i Mo­ni­ki Vit­ti. Je­dzie­my tak­że na kil­ku­dnio­wy po­byt do So­czi. Same przy­jem­no­ści: pla­ża, cie­płe mo­rze, wie­czo­ry w re­stau­ra­cjach. Dużo się dzie­je i wła­śnie to jest mi po­trzeb­ne. Mimo jed­nak ba­jecz­nie ko­lo­ro­wych kwia­tów, słoń­ca, mo­rza i gór świat ja­koś zsza­rzał.

Mag­da­le­na Za­wadz­ka lau­re­at­ką Zło­tej Ma­ski, 1969

Wa­ka­cje prze­le­cia­ły i po­now­nie spo­ty­ka­my się w te­atrze. Obo­je sta­ra­my się uni­kać sie­bie i trwać w swo­ich ukła­dach mał­żeń­skich. Sła­bo nam to wy­cho­dzi. Za­czy­na­my się zno­wu spo­ty­kać, tym ra­zem w je­sien­nym desz­czu, a po­tem śnie­gu. Do prze­wia­nej i prze­mro­żo­nej spa­ce­ra­mi gło­wy wpa­da mi myśl, żeby ku­pić sa­mo­chód. Nie mogę wejść do sa­lo­nu sa­mo­cho­do­we­go, wy­brać mo­de­lu, za­pła­cić i od­je­chać. Naj­pierw mu­szę na­pi­sać po­da­nie do mi­ni­stra han­dlu we­wnętrz­ne­go ze szcze­gó­ło­wym wy­ja­śnie­niem po­wo­dów, dla któ­rych sa­mo­chód jest mi po­trzeb­ny, i cier­pli­wie cze­kać na ewen­tu­al­ny przy­dział ta­lo­nu. Li­czą się też zna­jo­mo­ści z per­so­ne­lem lub dy­rek­to­rem Mo­to­zby­tu. Po przej­ściu biu­ro­kra­tycz­nej gol­go­ty, dzię­ki zna­nej już twa­rzy i na­zwi­sku, uzy­sku­ję pra­wo do kup­na cza­ru czte­rech kó­łek, jak to piesz­czo­tli­wie okre­śla so­cja­li­stycz­na pro­pa­gan­da. Mimo że „Try­bu­na Ludu”, or­gan KC PZPR, pi­sze o nie­praw­do­po­dob­nej wprost dy­na­mi­ce roz­wo­ju ro­dzi­me­go prze­my­słu sa­mo­cho­do­we­go i ja­ko­ści wy­ro­bów, naj­bar­dziej po­żą­da­ny jest mo­del eks­por­to­wy, któ­ry siłą rze­czy musi być lep­szy niż ten dla tu­byl­ców. Uda­je mi się wy­wal­czyć sa­mo­chód z im­por­tu – ško­dę 1000 MB w ko­lo­rze ciem­no­zie­lo­nym. Ma­wia się po­pu­lar­nie, że za­ła­twi­łam wszyst­ko „na mał­pę”. Szyb­ko ro­bię pra­wo jaz­dy i na­resz­cie mamy z Gu­sta­wem schro­nie­nie przed desz­czem i zim­nem. Tym moim pierw­szym w ży­ciu sa­mo­cho­dem ro­bi­my wy­pa­dy do ma­łych re­stau­ra­cy­jek i ka­fe­jek w oko­li­cach War­sza­wy, gdzie, jak nam się wy­da­je, nikt nas nie za­uwa­ża. O świę­ta na­iw­no­ści! Gu­staw jest zna­ny chy­ba wszyst­kim, a ja wy­gry­wam ple­bi­scyt „Expres­su Wie­czor­ne­go”, Zło­tą Ma­skę, na naj­po­pu­lar­niej­szą pol­ską ak­tor­kę7. My jed­nak pły­nie­my ob­ra­nym przez sie­bie nur­tem, nie ba­cząc, co się wo­kół nas dzie­je.

Co­raz bar­dziej po­dzi­wiam Gu­sta­wa. Mimo prze­ciw­no­ści losu – mał­żeń­stwa na­sze wła­ści­wie już się roz­sy­pa­ły, choć nadal tkwi­my for­mal­nie we wcze­śniej­szych związ­kach – za­wsze jest po­god­ny, czu­ły i wy­ro­zu­mia­ły. Na­prze­ciw­ko blo­ku, w któ­rym miesz­kam, wy­naj­mu­je ka­wa­ler­kę, kom­plet­nie pu­stą, bez me­bli, te­le­fo­nu, świa­tła. Z su­fi­tu zwi­sa­ją prze­wo­dy elek­trycz­ne. Gdy wi­dzę z okien mo­je­go miesz­ka­nia za­pa­lo­ne świecz­ki, wiem, że tam jest i cze­ka na mnie. Któ­re­goś dnia ku­pu­je duży fu­trzak, weł­nia­ny pu­cha­ty koc i „uwi­ja nam gniazd­ko” na pod­ło­dze. Ja w przy­pły­wie sza­leń­stwa ku­pu­ję w de­sie ku­la­wą ko­mo­dę. W ten spo­sób, nie ma­jąc roz­wo­dów, wła­sne­go miesz­ka­nia i żad­nych per­spek­tyw na wspól­ną przy­szłość, mamy sie­bie, koc, fu­trzak i ko­mo­dę. Za­czy­nam na­zy­wać go już nie Gu­sta­wem czy Gu­ciem, lecz Gu­cień­kiem. Tak zdrab­nia­li jego imię przy­ja­cie­le i bar­dzo mi się to po­do­ba.

Gu­cie­niek za­wsze jest pe­łen po­my­słów. Na­mó­wił mnie na wy­jazd do Za­ko­pa­ne­go. Na kil­ka dni. Chce mi po­ka­zać Ta­try, któ­rych nie znam, a on za­przy­jaź­nił się z nimi i po­ko­chał je od dziec­ka. Oka­zu­je się naj­wspa­nial­szym prze­wod­ni­kiem. Opro­wa­dza mnie po wszyst­kich miej­scach, z któ­ry­mi był zwią­za­ny wspo­mnie­nia­mi. Od­wie­dza­my też Sa­na­to­rium Pocz­tow­ców na An­ta­łów­ce. Tam zro­zu­mia­łam, że mi­łość do gór to nie tyl­ko po­dziw dla ich pięk­na, lecz tak­że wdzięcz­ność, że dzię­ki nim wy­zdro­wiał. W la­tach pięć­dzie­sią­tych na­stą­pił na­wrót gruź­li­cy, na któ­rą za­cho­ro­wał w la­tach czter­dzie­stych, cho­ro­by w tam­tych cza­sach śmier­tel­nej. Dwu­let­ni po­byt w tym ożyw­czym kli­ma­cie, wspa­nia­ła opie­ka le­kar­ska, nowy lek – strep­to­my­cy­na – i de­ter­mi­na­cja sa­me­go Gu­sta­wa, któ­ry zimą i la­tem spał w śpi­wo­rze na bal­ko­nie, ura­to­wa­ły mu ży­cie. I ja, któ­ra uzna­ję tyl­ko pla­żę, mo­rze i wy­dmy, za­ko­chu­ję się w gó­rach za dar ży­cia dla Gu­cień­ka.

In­nym ra­zem po­je­cha­łam do Za­ko­pa­ne­go sama. Le­d­wie roz­pa­ko­wa­łam się w po­ko­ju, za­wia­da­mia­ją mnie z ho­te­lo­wej re­cep­cji, że w hal­lu ktoś na mnie cze­ka. Kie­dy scho­dzę, wprost dę­bie­ję. Wi­dzę Gu­cia w dziw­nym prze­bra­niu i peł­nej cha­rak­te­ry­za­cji. Oka­zu­je się, że uciekł z pla­nu fil­mo­we­go ni­czym uczeń na wa­ga­ry, wsiadł w sa­mo­lot do Kra­ko­wa, stam­tąd w tak­sów­kę i w trzy go­dzi­ny jest u mnie.

Na­sze spra­wy pry­wat­ne, trud­ne roz­sta­nia i ra­do­sne po­wro­ty przy­ćmie­wa nie­zwy­kłe wy­da­rze­nie – wy­bór Gu­sta­wa na wal­nym zjeź­dzie SPA­TiF-u na pre­ze­sa tego sto­wa­rzy­sze­nia8. Za­szczyt tym więk­szy, że Gu­staw nig­dy nie za­bie­ga o żad­ne funk­cje i sta­no­wi­ska. Obce mu jest po­ję­cie ro­bie­nia ka­rie­ry. To śro­do­wi­sko ob­da­rza go za­ufa­niem i uzna­je za nie­kwe­stio­no­wa­ny au­to­ry­tet, cze­go po­twier­dze­niem wy­bór przez akla­ma­cję. Sta­ni­sław Dy­gat mó­wił o Gu­sta­wie po pre­mie­rze Dzia­dów: „Miał tak wiel­ką cha­ry­zmę, że gdy­by wte­dy krzyk­nął: Na Bel­we­der!, ru­szy­li­by wszy­scy”. Z tym waż­nym wy­róż­nie­niem łą­czą się tak­że od­po­wie­dzial­ność i zo­bo­wią­za­nia, spo­łecz­na pra­ca, któ­ra, jak czas po­ka­że, trwa aż je­de­na­ście lat, co jest naj­dłuż­szą ka­den­cją w po­nad­dzie­więć­dzie­się­cio­let­nich dzie­jach na­sze­go sto­wa­rzy­sze­nia. To tak­że ka­den­cja czy­nu, za­ła­twie­nia ży­wot­nych spraw śro­do­wi­ska9.

W sie­dem­dzie­sią­tym roku dużo pra­cu­je­my. Gu­staw re­ży­se­ru­je w Te­atrze Dra­ma­tycz­nym Ze­mstę Fre­dry. Zna­ko­mi­ta ob­sa­da10 z ge­nial­nym Wie­sła­wem Go­ła­sem w roli Pap­ki­na oraz re­ży­se­ria Gu­sta­wa gwa­ran­tu­ją suk­ces ar­ty­stycz­ny i fre­kwen­cyj­ny. Ze­msta nie scho­dzi z afi­sza przez wie­le lat. Dla te­le­wi­zji Gu­staw re­ali­zu­je Trąd w Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści Ugo­na Bet­tie­go. Aka­de­mia Te­atru Te­le­wi­zji uzna­ła wów­czas ten spek­takl za je­den ze stu naj­lep­szych w hi­sto­rii Te­atru Te­le­wi­zji. Gu­staw po­wta­rza w nim swo­ją ge­nial­ną kre­ację sę­dzie­go Cu­sta, któ­rą w 1958 roku pod­bił War­sza­wę. By­łam wte­dy dziew­czyn­ką ze szkol­nej ław­ki i na­tu­ral­nie nie wi­dzia­łam tego przed­sta­wie­nia, ale An­drzej Ła­pic­ki tak wspo­mi­na Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka: „Pierw­szy raz zo­ba­czy­łem go w roku 1958. Grał w te­atrze rolę Sę­dzie­go w Trą­dzie w Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści. War­sza­wa wte­dy onie­mia­ła. Zo­ba­czy­ła ak­to­ra, któ­ry ma w so­bie nie­zwy­kłą siłę ma­gne­tycz­ną. To był ma­gne­ty­zer. Wła­dał wi­dow­nią. Było w nim coś przy­cią­ga­ją­ce­go, a rów­no­cze­śnie nie­sły­cha­nie pro­ste­go. Wcho­dził na sce­nę i wszy­scy pa­trzy­li tyl­ko na nie­go. Wszyst­ko, co ro­bił, było cie­ka­we. W Trą­dzie czy­tał ga­ze­tę tak, że nie moż­na było ode­rwać oczu od tego czy­ta­nia”11.

Mnie za­an­ga­żo­wa­no do głów­nej roli w te­le­wi­zyj­nym fil­mie we­dług opo­wia­da­nia Tur­gie­nie­wa Pierw­sza mi­łość12. Za­le­ży mi na za­gra­niu w tym fil­mie, po­nie­waż po Ba­ś­ce Wo­ło­dy­jow­skiej jest to rów­nie atrak­cyj­na rola ko­stiu­mo­wa, a ta­kie wy­jąt­ko­wo lu­bię. Film krę­cą we Wro­cła­wiu, a każ­de­go wie­czo­ru gram na sce­nie Dra­ma­tycz­ne­go w War­sza­wie. Żyję więc w nie­wy­obra­żal­nym na­pię­ciu i po­śpie­chu. Po spek­ta­klu wsia­dam do po­cią­gu sy­pial­ne­go re­la­cji War­sza­wa–Wro­cław. Rano mu­szę już być na pla­nie fil­mo­wym. Zdję­cia trwa­ją do po­po­łu­dnia, po­tem sa­mo­lo­tem na przed­sta­wie­nie do War­sza­wy, a po spek­ta­klu znów do po­cią­gu, i tak pra­wie przez dwa mie­sią­ce. Na szczę­ście ani razu się nie spóź­ni­łam13.

Na­wet w let­nie wa­ka­cje, któ­re zno­wu są smut­nym roz­sta­niem z Gu­ciem, nie mam cza­su na od­po­czy­nek. Wy­jeż­dżam na sty­pen­dium do Lon­dy­nu. Szko­da, że nie mogę ra­zem z Gu­sta­wem prze­żyć tego, cze­go do­świad­czam sama, dzie­lić się wra­że­nia­mi, po­dy­sku­to­wać i się po­śmiać. Znał An­glię tra­dy­cyj­ną i za to ją po­dzi­wiał. Ja po­zna­ję ją cał­ko­wi­cie od­mie­nio­ną – ko­lo­ro­wą, zwa­rio­wa­ną, hi­pi­sow­ską. Jak­że mi bra­ku­je jego re­flek­sji. Wa­ka­cyj­ną roz­łą­kę i tę­sk­no­tę osła­dza­ją mi li­sty, a pi­sze Gu­cie­niek cu­dow­nie. Przy­rze­kam so­bie, że je­że­li na­sze spra­wy ży­cio­we po­myśl­nie się roz­wią­żą, bę­dzie­my po­dró­żo­wać za­wsze ra­zem.

Ko­niec sza­lo­nych lat sześć­dzie­sią­tych.

Po­ni­żej: W po­dró­ży, na zi­mo­wym spa­ce­rze, na sce­nie, w domu, na pla­ży, w ate­lier, zoo: w Bej­ru­cie, Ra­dzie­jo­wi­cach, Te­atrze Te­le­wi­zji, War­sza­wie na osie­dlu Za Że­la­zną Bra­mą, Mię­dzyz­dro­jach, u Zo­fii Na­sie­row­skiej

Wspo­mnie­nia są ni­czym ka­lej­do­skop, wy­star­czy, że prze­su­nie się jed­no małe szkieł­ko, już cał­kiem inny ob­ra­zek…

Razem w życiu i na scenie1971–1972

Ra­zem, na wy­stę­pach w Ju­go­sła­wii z Te­atrem Dra­ma­tycz­nym, 1971

Po­cząt­ki we dwo­je

Te­atr Dra­ma­tycz­ny zo­sta­je za­pro­szo­ny na wy­stę­py do kra­jów de­mo­kra­cji lu­do­wej, po­pu­lar­nie na­zy­wa­nych de­mo­lu­da­mi14. Pra­wie trzy ty­go­dnie wy­rwa­ne z ru­ty­ny co­dzien­no­ści, prób i na­grań. Z re­per­tu­aru te­atru wy­bra­no dwa bar­dzo wi­do­wi­sko­we przed­sta­wie­nia: Kro­ni­ki kró­lew­skie Sta­ni­sła­wa Wy­spiań­skie­go i Ju­liu­sza Ce­za­ra Wil­lia­ma Szek­spi­ra, oba w re­ży­se­rii Lu­dwi­ka René. Świet­ni ak­to­rzy, pięk­na sce­no­gra­fia i ko­stiu­my za­pew­nia­ją po­wo­dze­nie. Gu­staw gra w Ce­za­rze Mar­ka An­to­niu­sza, ja kró­lo­wą Ja­dwi­gę w Kro­ni­kach. Tym bar­dziej cie­szę się na ten wy­jazd, bo znów mo­że­my być ra­zem.

Dłu­ga po­dróż au­to­ka­rem in­te­gru­je ze­spół, je­ste­śmy dla sie­bie ser­decz­ni i ko­le­żeń­scy, po­ma­ga­my so­bie wza­jem­nie, dzie­li­my się za­bra­ny­mi w po­dróż sma­ko­ły­ka­mi, śpie­wa­my, a żar­tom nie ma koń­ca. Wszyst­kim za­le­ży, aby te­atr od­niósł suk­ces. I tak się dzie­je. Owa­cjom zgo­to­wa­nym nam w Bel­gra­dzie, Za­grze­biu, Lu­bla­nie i So­fii nie było koń­ca. Na wi­dok sce­no­gra­fii Jana Ko­siń­skie­go do Kro­nik kró­lew­skich, któ­rej głów­nym ele­men­tem jest prze­pięk­na bra­ma wa­wel­ska, zry­wa się bu­rza braw.

Naj­więk­sze wra­że­nie robi Ju­go­sła­wia – pięk­ne kra­jo­bra­zy, za­byt­ki, za­moż­ność, za­chod­ni styl. Czyż­by­śmy byli w so­cja­li­stycz­nym raju? Wę­gry urze­ka­ją at­mos­fe­rą nad Ba­la­to­nem – wino, pysz­ne je­dze­nie, mu­zy­ka, cu­dow­na po­go­da. Po­dob­nie w Ru­mu­nii, je­dy­nie przy wy­jeź­dzie z mia­sta Kluż przy­tra­fi­ła się nie­zbyt przy­jem­na przy­go­da. W fer­wo­rze wsia­da­nia do au­to­ka­ru, ogól­nej ra­do­ści, jaka pa­nu­je w ze­spo­le, za­po­mi­na­my za­brać z par­kin­gu dwóch ko­le­gów, star­szych pa­nów, któ­rzy przy od­jeź­dzie gdzieś się od­da­li­li. Uje­cha­li­śmy już po­nad sto ki­lo­me­trów, gdy ktoś na­gle krzyk­nął: – A gdzie Pie­roż­ni­cy?! – Na­zy­wa­li­śmy ich tak, bo chro­niąc się przed upa­łem, po­ro­bi­li so­bie z bia­łych chu­s­tek do nosa cza­pecz­ki w kształ­cie pie­ro­gów. Z du­szą na ra­mie­niu wra­ca­my po nich peł­ni obaw, czy gdzieś nie za­gi­nę­li bez pasz­por­tów i pie­nię­dzy. Na szczę­ście ze sto­ic­kim spo­ko­jem cze­ka­ją, a po­tem wszyst­kim nam ostro wy­my­śla­ją i at­mos­fe­ra się oczysz­cza.

Nie­za­po­mnia­ne to­ur­née sta­ło się po­cząt­kiem przy­szłych licz­nych wy­jaz­dów Te­atru Dra­ma­tycz­ne­go w świat, a nas z Gu­ciem tak bar­dzo zbli­ży­ło, że wspól­ne let­nie wa­ka­cje są prze­są­dzo­ne. Mój tata or­ga­ni­zu­je mi mie­sięcz­ny po­byt w Sztok­hol­mie. Jed­nak do­pie­ro po przy­jeź­dzie do jego zna­jo­mych mam po­znać ad­res aka­de­mi­ka, w któ­rym będę miesz­kać. Wy­jeż­dżam więc z War­sza­wy w nie­zna­ne. Gu­cio w se­kun­dę de­cy­du­je, że do mnie przy­je­dzie. W bły­ska­wicz­nym tem­pie, co w pań­stwie so­cja­li­stycz­nym, mimo po­pu­lar­no­ści Gu­sta­wa, jest wy­czy­nem nie lada, za­czy­na za­ła­twiać for­mal­no­ści wi­zo­wo-pasz­por­to­we i bi­let sa­mo­lo­to­wy. Pew­nie przy­le­ci do Sztok­hol­mu, jed­nak też w nie­zna­ne. Wpa­da więc na po­mysł, że ści­śle okre­ślo­ne­go dnia o dwu­na­stej w po­łu­dnie spo­tka­my się pod fil­har­mo­nią. – Chy­ba jest tam fil­har­mo­nia? – pyta. I z tą nie­wia­do­mą się roz­sta­je­my. Nie ma prze­cież In­ter­ne­tu, e-ma­ili, te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, na­wet au­to­ma­tycz­nych po­łą­czeń te­le­fo­nicz­nych. Mo­że­my tyl­ko li­czyć na sprzy­ja­ją­cy nam los. Gdy w samo po­łu­dnie pod sztok­holm­ską fil­har­mo­nią uj­rza­łam z da­le­ka jego lek­ko po­chy­lo­ną syl­wet­kę, czu­łam, że roz­pie­ra mnie szczę­ście. Je­ste­śmy jak dwo­je roz­bit­ków, któ­rzy od­na­leź­li się na bez­lud­nej wy­spie. Sza­lo­ny plan się udał!

Pod ko­niec sie­dem­dzie­sią­te­go pierw­sze­go roku Gu­staw uzy­sku­je roz­wód. Wi­dząc, z ja­kim po­śpie­chem za­czy­nam za­ła­twiać swo­je spra­wy oso­bi­ste, prze­strze­ga, że­bym ab­so­lut­nie nie ro­bi­ła rap­tow­nie ni­cze­go, cze­go mo­gła­bym po­tem ża­ło­wać. Pro­si, abym nie po­dej­mo­wa­ła po­chop­nej de­cy­zji w spra­wie swo­je­go roz­wo­du tyl­ko dla­te­go, że on ma tę spra­wę już za sobą. – Mu­sisz być ab­so­lut­nie pew­na swo­ich uczuć – po­wta­rza po wie­le­kroć. Chce, żeby nasz zwią­zek był wy­jąt­ko­wy i już na całe ży­cie. Po raz nie wiem któ­ry za­chwy­ca mnie swo­ją wiel­ko­dusz­no­ścią i bra­kiem ego­izmu.

Zno­wu w Ju­go­sła­wii, już jako mał­żeń­stwo, 1976

Z na­my­słem, jak ra­dzi Gu­staw, ale kon­se­kwent­nie szy­ku­ję się do odej­ścia od męża. Tyl­ko do­kąd? Gu­staw opu­ścił dom, zo­sta­wia­jąc wszyst­ko by­łej żo­nie i cór­ce. De­cy­du­ję się i po­stę­pu­ję po­dob­nie; wy­pro­wa­dzam się od męża, któ­ry jest do­brym, ko­cha­ją­cym mnie czło­wie­kiem, ale ro­zu­mie, że sta­ło się coś, na co nie ma już wpły­wu. Za­bie­ram je­dy­nie sa­mo­chód. Nie mamy się gdzie z Gu­sta­wem po­dziać. Przy­gar­nia nas moja przy­ja­ciół­ka, wie­lo­let­nia świet­na su­fler­ka z Te­atru Dra­ma­tycz­ne­go, Ha­lin­ka Fried­man­no­wa. Ko­cha nas obo­je, cie­szy się na­szą mi­ło­ścią i wie­rzy, że bę­dzie­my bar­dzo szczę­śli­wi. Jej cał­ko­wi­cie bez­in­te­re­sow­na po­moc w trud­nej dla nas sy­tu­acji jest wy­znacz­ni­kiem praw­dzi­wej przy­jaź­ni, któ­ra prze­trwa aż do jej śmier­ci15. Za­miesz­ku­je­my więc u Ha­lin­ki, ale co da­lej? W krót­kim cza­sie oka­zu­je się, że tuż obok jej miesz­ka­nia, w pięk­nej, przed­wo­jen­nej wil­li dys­tyn­go­wa­ne­go pana pro­fe­so­ra an­gli­sty, jest po­kój do wy­na­ję­cia. Ła­pie­my tę oka­zję do­słow­nie jak dia­beł du­szę i wpro­wa­dza­my się tam bez zwło­ki, bez kło­po­tli­wych prze­pro­wa­dzek, bo pra­wie nic nie po­sia­da­my, tak­że pie­nię­dzy. Gu­staw po roz­wo­dzie ma wo­bec żony i cór­ki zo­bo­wią­za­nia ali­men­ta­cyj­ne, któ­re su­mien­nie wy­peł­nia, oraz mnó­stwo za­le­głych dłu­gów do spła­ce­nia. Moja sy­tu­acja jest dużo lep­sza, a jesz­cze ro­dzi­ce de­kla­ru­ją da­le­ko idą­cą po­moc i wy­wią­zu­ją się z tego po­sta­no­wie­nia bez za­rzu­tu. Ha­lin­ka rów­nież cią­gle nad nami czu­wa i pro­wa­dzi wspól­ne go­spo­dar­stwo. Nie ma­jąc pra­wie nic, ży­je­my jak kró­lo­wie. Je­ste­śmy trój­ką szczę­śli­wych lu­dzi. Ra­zem pra­cu­je­my w te­atrze, spę­dza­my wol­ny czas, ra­zem ja­da­my. Kuch­nia Ha­lin­ki jest wy­śmie­ni­ta. Za­rów­no ona, jak i Gu­staw po­cho­dzą z Kra­ko­wa, mają to samo upodo­ba­nie do ga­li­cyj­skich tra­dy­cji i sma­ków. Gu­staw uwiel­bia te jej niby pro­ste, a prze­pysz­ne po­tra­wy: ro­sół, szny­cel po wie­deń­sku, kra­kow­ską ma­czan­kę. Za­czy­nam pod­pa­try­wać jej spo­sób go­to­wa­nia. Przy­po­mi­nam so­bie sma­ki kuch­ni bab­ci i mamy, do­łą­czam po­my­sły Ha­lin­ki i two­rzę spo­ry re­per­tu­ar dań. Spe­cjal­nie dla Gu­sta­wa uczę się sztu­ki go­to­wa­nia. Przy­zna­ję szcze­rze, nig­dy jed­nak nie sta­ła się moją pa­sją.

Któ­re­goś dnia do­strze­gam, że na ze­wnętrz­nym pa­ra­pe­cie okna uwił gniaz­do pta­szek. Szczę­śli­wy znak na przy­szłość! Bez wła­sne­go miesz­ka­nia nie za­po­wia­da się ona opty­mi­stycz­nie. Po­sta­na­wia­my wy­sta­rać się o po­życz­kę w ban­ku. Wpła­ca­jąc od razu całą sumę za wła­sno­ścio­we miesz­ka­nie, uzy­ski­wa­li­śmy szan­sę za­miesz­ka­nia w nim nie szyb­ciej niż do­pie­ro na sta­re lata. Po­nie­waż po­trzeb­ne nam są rów­nież inne rze­czy, de­cy­du­je­my ku­po­wać je na raty, za­dłu­ża­jąc się na wie­le lat. Tak bar­dzo wie­rzy­my w sie­bie, że nie bo­imy się tych co­mie­sięcz­nych spłat, mimo że licz­ba ksią­że­czek ra­tal­nych ro­śnie w oczach i w pew­nym mo­men­cie mo­że­my usta­wiać je w wy­so­kie słup­ki. Gu­cio po­cie­sza mnie: – Nie myśl­my o pie­nią­dzach, one za­wsze się ja­koś znaj­dą, trze­ba tyl­ko pra­co­wać, a nie cze­kać na gwiazd­kę z nie­ba.

Ce­zar i Kle­opa­tra, Te­atr Te­le­wi­zji, 1972

Mag­da Za­wadz­ka jako Kle­opa­tra w ko­stiu­mie za­pro­jek­to­wa­nym przez Ot­to­na Axe­ra, ale we wła­snych bu­tach

Mała Mag­da z uko­cha­ną bab­cią Ja­dwi­gą Szu­bań­ską i mamą Da­nu­tą Za­wadz­ką

Pro­po­zy­cji na szczę­ście mamy wie­le. Gu­staw gra w fil­mie Jak da­le­ko stąd, jak bli­sko swo­je­go przy­ja­cie­la Ta­de­usza Kon­wic­kie­go, sce­na­rzy­sty i re­ży­se­ra tego fil­mu, ja wy­stę­pu­ję w Te­atrze Te­le­wi­zji w Po­skro­mie­niu zło­śni­cy Szek­spi­ra16, w wy­ma­rzo­nej roli Kasi, z za­przy­jaź­nio­nym ze mną Ta­de­uszem Łom­nic­kim w roli Pe­tru­chia. Wy­jeż­dżam zno­wu na wy­stę­py do Ame­ry­ki i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Za­ro­bio­ne tam pie­nią­dze bar­dzo pod­re­pe­ro­wu­ją na­sze go­spo­dar­stwo. Gu­staw do­sta­je też nie­zwy­kle eks­cy­tu­ją­cą pro­po­zy­cję re­ali­za­cji w Ope­rze By­tom­skiej Ma­non Le­scaut. Przyj­mu­je ją z en­tu­zja­zmem, od daw­na ma­rzy o wy­re­ży­se­ro­wa­niu ope­ry. Ra­zem gra­my w Te­atrze Te­le­wi­zji u Jur­ka Gru­zy w sztu­ce Sha­wa Ce­zar i Kle­opa­tra. Gu­staw – oczy­wi­ście Ce­zar, ale ja Kle­opa­tra? Za­drża­ły w po­sa­dach wszyst­kie pięk­ne bru­net­ki. Dla wie­lu re­ży­se­rów kry­te­rium ko­lo­ru wło­sów do dziś jest obo­wią­zu­ją­ce. Ju­rek Gru­za wy­obra­ził so­bie, że dzię­ki zna­ko­mi­tym cha­rak­te­ry­za­tor­kom moż­na zu­peł­nie od­mie­nić mój wy­gląd. Tuż po Kle­opa­trze ty­tu­ło­wa rola w Ża­bu­si Za­pol­skiej17. Dia­me­tral­nie inna, coś cu­dow­ne­go do za­gra­nia…

Nasz za­wód jest dla nas wy­jąt­ko­wy. Daje szan­sę cze­goś nad­zwy­czaj­ne­go, uciecz­ki od sza­rej co­dzien­no­ści w sfe­rę ucie­le­śnie­nia ma­rzeń. Jed­nak, jak mówi Gu­staw: – Tyl­ko wte­dy moż­na do­brze grać na sce­nie czy w fil­mie, je­że­li w ży­ciu się nie gra.

Roz­sta­nie na za­wsze

Róż­nie bywa, gdy za­miesz­ka się ra­zem. Na­sze wspól­ne ży­cie ukła­da się zgod­nie i szczę­śli­wie. Zły los daje znać o so­bie w sierp­niu sie­dem­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku – od­cho­dzi na za­wsze moja uko­cha­na bab­cia Ja­dwi­ga Szu­bań­ska, mat­ka mo­jej mamy. Sta­ło się to tak szyb­ko. Le­d­wo zdą­ży­ła po­lu­bić się wza­jem­nie z Gu­ciem, oswo­ić z my­ślą, że za­czę­łam nowe ży­cie. Świat bez bab­ci prze­sta­je być ra­do­sny i ko­lo­ro­wy. Zsza­rzał, a ja z dnia na dzień po­smut­nia­łam18. Ode­szło zro­zu­mie­nie, wy­ba­cze­nie i po­błaż­li­wość, ko­cha­ła mnie taką, jaka by­łam – bez­wa­run­ko­wo. Prze­sta­ję być wnucz­ką i sta­wiam ko­lej­ny krok w doj­rza­łość. Żeby mnie tro­chę po­cie­szyć, Gu­staw za­bie­ra mnie do swo­je­go kró­le­stwa – spor­tu. Z au­to­ka­ro­wą wy­ciecz­ką ze śpie­wem na ustach i bia­ło-czer­wo­ny­mi cho­rą­giew­ka­mi je­dzie­my do Mo­na­chium na olim­pia­dę.

Wita nas prze­pięk­ne ko­lo­ro­we mia­sto, za­sob­ne i dzia­ła­ją­ce z tra­dy­cyj­ną nie­miec­ką pre­cy­zją. Pierw­sze dni olim­pij­skich zma­gań wzbu­dza­ją w nas, jak u wszyst­kich, en­tu­zjazm. Gu­staw jest w swo­im ży­wio­le, sza­le­je z ra­do­ści. Za­wsze ko­chał sport, czu­je go jak nikt inny, a te­raz może obej­rzeć uwiel­bia­ne lek­ko­atle­ty­kę, boks i pił­kę noż­ną w świa­to­wym wy­da­niu na żywo. Jest nie­oce­nio­nym ki­bi­cem, przy tym wy­bit­nym znaw­cą spor­tu, wręcz jego fa­na­ty­kiem, może z po­wo­dze­niem sę­dzio­wać wie­le dys­cy­plin lub być spra­woz­daw­cą, lep­szym niż nie­je­den uzna­ny fa­cho­wiec. Na­wet pod­czas po­by­tu w Sztok­hol­mie co­dzien­nie ku­po­wał ga­ze­tę „Sven­ska Dag­bla­det”, twier­dził, że stro­nę po­świę­co­ną spor­to­wi ro­zu­mie w każ­dym ję­zy­ku.

W Mo­na­chium Gu­staw za­ra­ża mnie spor­to­wą pa­sją. Obo­je je­ste­śmy w eu­fo­rii, gdy nasi pił­ka­rze wy­gry­wa­ją fi­na­ło­wy mecz z Wę­gra­mi i zdo­by­wa­ją zło­ty me­dal olim­pij­ski! Bie­ga­my jak wa­ria­ci z miej­sca na miej­sce, ze sta­dio­nu do hal spor­to­wych, żeby wszyst­ko, co moż­li­we, zo­ba­czyć i prze­żyć nie­po­wta­rzal­ne emo­cje. Nie­ste­ty, ra­dość i en­tu­zjazm prze­ry­wa bru­tal­ny atak ter­ro­ry­stycz­ny – giną nie­win­ni spor­tow­cy. Zło zwy­cię­ża, znisz­czo­no pięk­ną ideę olim­pij­ską. Peł­ni smut­ku i lęku wra­ca­my do War­sza­wy. Wie­lo­krot­nie po­tem od­wie­dza­łam Mo­na­chium z Gu­sta­wem czy sama, bę­dąc tam na wy­stę­pach, i za każ­dym ra­zem to­wa­rzy­szył mi cień tam­tej tra­gicz­nej olim­pia­dy.

Po­wrót z Mo­na­chium, z za­koń­czo­nej tra­gicz­nie olim­pia­dy, 1972

Za­ko­cha­ni i szczę­śli­wi, Sta­ny Zjed­no­czo­ne

Za­baw­na kart­ka od ze­spo­łu Te­atru Dra­ma­tycz­ne­go do­łą­czo­na do pre­zen­tu uro­dzi­no­we­go dla Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka

Nasz ko­cha­ny Dra­ma­tycz­ny

Roz­wio­dłam się. Pod gma­chem sądu cze­ka na mnie Gu­staw, bie­rze za rękę i idzie­my, już na­praw­dę ra­zem, w nowe ży­cie.

Na sa­mym po­cząt­ku wspól­nej dro­gi Gu­staw do­sta­je od losu pięk­ny pre­zent – pro­po­zy­cję ob­ję­cia dy­rek­cji Te­atru Dra­ma­tycz­ne­go. Gdy jak zwy­kle przed pod­ję­ciem waż­nej de­cy­zji pyta mnie i przy­ja­ciół o zda­nie, do­ra­dza­my, aby spró­bo­wał. Ze­spół te­atru wręcz na­le­ga na za­ak­cep­to­wa­nie tej no­mi­na­cji. Gu­staw słu­cha rad, ale kie­ru­je się wła­sną in­tu­icją, zgod­nie z któ­rą po­dej­mu­je wszyst­kie de­cy­zje ży­cio­we i nig­dy ich po­tem nie ża­łu­je. Po prze­my­śle­niu wy­ra­ża zgo­dę. Gdy przy­ja­cie­le wy­po­mi­na­ją mu, że te­raz bę­dzie miał dla nich mniej cza­su, od­po­wia­da, że pięć­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna nie może sie­dzieć w domu i cze­kać na te­le­fon z pro­po­zy­cją. Musi brać spra­wy w swo­je ręce, de­cy­do­wać, aby po­zo­sta­wić ślad po­by­tu na zie­mi. I tak przez je­de­na­ście lat two­rzy Te­atr Dra­ma­tycz­ny, któ­ry pod jego kie­run­kiem sta­je się jed­nym z naj­lep­szych te­atrów w Pol­sce i może kon­ku­ro­wać ze zna­ko­mi­ty­mi sce­na­mi eu­ro­pej­ski­mi.

Dy­rek­tor Ho­lo­ubek za­sta­je pięk­nie urzą­dzo­ny ga­bi­net, w któ­rym… nie urzę­du­je. Za­sia­da­nie za biur­kiem, wy­da­wa­nie po­le­ceń i na­masz­cza­nie, czę­sto to­wa­rzy­szą­ce lu­dziom na wy­so­kich szcze­blach wła­dzy, nie leżą w Gu­sta­wa cha­rak­te­rze. Waż­niej­szym miej­scem jest bu­fet, gdzie gra w ko­ści, kar­ty, żar­tu­je i naj­waż­niej­sze – roz­ma­wia, nie tyl­ko o spra­wach te­atru. – Nie moż­na przez czte­ry go­dzi­ny na pró­bie być nie­ustan­nie na­pię­tym, sku­pio­nym, ak­tor musi choć na chwi­lę wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści – ar­gu­men­tu­je. Jest zwy­czaj­nie czę­ścią ze­spo­łu, na­szym ko­le­gą, czło­wie­kiem wraż­li­wym na ludz­kie pro­ble­my, więc ra­dzą się go, żalą, pro­szą o po­moc. Dys­kret­ny i po­wścią­gli­wy, ma ogrom­ny au­to­ry­tet. Mimo da­ją­cej się od­czuć dość swo­bod­nej at­mos­fe­ry wspól­no­ty to­wa­rzy­skiej przed pre­mie­rą na­stę­pu­je peł­na mo­bi­li­za­cja, sku­pie­nie na pra­cy. Dzie­dzi­czy po po­przed­nich dy­rek­to­rach świet­ny ze­spół tech­nicz­ny i ak­tor­ski. Dy­rek­to­rem ad­mi­ni­stra­cyj­nym jest Mie­czy­sław Mar­szyc­ki, a nie­za­stą­pio­ną se­kre­tar­ką Ja­ni­na Kę­sto­wi­czo­wa. Od lat sta­no­wi­sko głów­ne­go re­ży­se­ra zaj­mu­je Lu­dwik René, któ­ry wy­bit­ny­mi in­sce­ni­za­cja­mi przy­spo­rzył te­atro­wi wie­lu suk­ce­sów.

W stu­diu te­le­wi­zyj­nym