Gupi muzg. W co tak naprawdę pogrywa twoja głowa? - Dean Burnett - ebook
lub
Opis

Czy idąc z kuchni do pokoju, zapominasz czasem, po co się tam wybrałeś i bezradnie rozglądając się po wnętrzu, powtarzasz tylko w myślach: „Zaraz, zaraz, co ja tu właściwie robię…”? Czy zdarza Ci się gorączkowo myśleć nad imieniem napotkanej osoby, którą skądś znasz, ale za nic w świecie nie możesz sobie przypomnieć skąd? „A niech to, musiałem ją gdzieś widzieć. Zaraz się wyda, że nie pamiętam gdzie”. Czy dałbyś sobie głowę uciąć, że to dzięki Twojej decyzji jakieś zawodowe przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem, a uzurpuje ją sobie ktoś inny? „To przecież niemożliwe!” A jednak pewne fakty wskazują, że ten ktoś ma rację. Jak przekonująco dowodzi neurolog Dean Burnett, wszystkiemu jest winny jeden narząd – ludzki mózg! Choć tak zaawansowany ewolucyjnie, jest też potwornie bałaganiarski, omylny, egocentryczny i chaotyczny. A skutki tego, choć czasem trudne do zniesienia, bywają jednocześnie zabawne. W trakcie tej lektury, zgłębiając neurologiczne procesy, będziesz śmiał się do łez z samego siebie – z tego, co wyprawia Twój gupi muzg, sabotując Twoje własne życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 390

Popularność


WSTĘP

Książka ta zaczyna się tak jak niemal wszystkie moje interakcje – od serii długich i drobiazgowych przeprosin.

Przede wszystkim przepraszam, jeśli po zakończeniu lektury stwierdzisz, że książka ci się nie spodobała. Niemożnością jest stworzenie czegoś, co przypadnie do gustu absolutnie wszystkim. Gdybym potrafił to zrobić, byłbym już demokratycznie wybranym przywódcą całego świata. Albo Dolly Parton.

Dla mnie tematy omawiane w tej książce, a koncentrujące się wokół pokrętnych i osobliwych procesów przebiegających w mózgu oraz wywoływanych przez nie nielogicznych zachowań, są źródłem nieustannej fascynacji. Wiedziałeś na przykład, że pamięć jest egotyczna? Być może zakładałeś, że to wierny zapis zdarzeń, które ci się przytrafiły, oraz treści, które przyswoiłeś – nic bardziej błędnego. Pamięć często przekręca i „podrasowuje” przechowywane informacje, tak byś prezentował się w lepszym świetle, trochę jak zachwycona mamusia, która opowiada o oszałamiającym sukcesie Tomeczka w przedszkolnym przedstawieniu, mimo że mały stał tylko na skraju sceny i dłubał w nosie.

A co powiesz na to, że stres może poprawić twoje wyniki w wykonywanym zadaniu? Chodzi o neurologiczny proces, nie zaś jakąś anegdotę powtarzaną przez ludzi. Jedną z najpowszechniej stosowanych metod wywołania stresu podnoszącego efektywność jest narzucenie terminu ukończenia pracy. Jeżeli stwierdzisz, że jakość końcowych rozdziałów tej książki niespodzianie się podnosi, będziesz wiedział dlaczego.

Po drugie, mimo że formalnie jest to książka naukowa, jeśli spodziewałeś się w związku z tym chłodnej analizy struktur mózgu i ich funkcji, to wybacz – nie znajdziesz tu tego. Nie wywodzę się z „tradycyjnych” kręgów akademickich. Jestem pierwszą osobą w całej mojej rodzinie, której zaświtała myśl, by iść na uniwersytet, nie mówiąc już o pozostaniu na nim i zrobieniu doktoratu. Właśnie te zagadkowe inklinacje badawcze, stojące w jawnej sprzeczności z postawą moich najbliższych krewnych, sprawiły, że zaciekawiłem się neuronauką i psychologią, zastanawiając się, co jest ze mną „nie tak”. Nie znalazłem satysfakcjonującej odpowiedzi, ale upewniłem się co do mojego zainteresowania mechanizmami mózgu oraz wiedzą naukową w ogóle.

Wiedza ta jest wytworem ludzkim. A ludzie, z grubsza biorąc, są istotami bałaganiarskimi, chaotycznymi i niekierującymi się logiką (w dużym stopniu z powodu takiego, a nie innego funkcjonowania ich mózgu), co znajduje odbicie w wielu aspektach nauki. Ktoś zdecydował kiedyś, że wszystkie uczone teksty powinny być pisane wzniośle i poważnie, i jakoś tak już zostało. Większość swego życia zawodowego poświęciłem na walkę z tym poglądem, a niniejsza książka jest jej najnowszym przejawem.

Po trzecie, chciałbym przeprosić wszystkich czytelników, którzy powołując się na tę książkę, polegną w merytorycznej dyskusji z ekspertem w dziedzinie neuronauki. Nasza wiedza na temat mózgu bez ustanku się rozwija. W odniesieniu do każdej tezy z tej książki można będzie pewnie znaleźć jakieś nowe badanie naukowe czy doświadczenie, którego wyniki będą negowały podane stwierdzenia. Jednak dla wiadomości tych, którzy dopiero zaczynają lekturę tekstów naukowych, dodam, że jest to charakterystyczne niemal dla każdej dziedziny nowoczesnej nauki.

Po czwarte, jeśli żywisz przekonanie, że mózg jest jakimś tajemniczym i niewytłumaczalnym bytem sięgającym obrzeży światów mistycznych, pomostem między doświadczeniem ludzkim a sferą nieznanego itd. – to bardzo przepraszam, ta książka naprawdę ci się nie spodoba.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie ma nic równie zadziwiającego jak ludzki mózg; jego funkcjonowanie jest niewiarygodnie fascynujące. Ale czasem pojawia się nieuzasadnione wrażenie, że ma on jakiś specjalny status, niepodlegający krytycznej analizie i w pewien sposób uprzywilejowany, a nasze pojęcie o nim jest tak ograniczone, że ledwie poskrobaliśmy powierzchnię tego, do czego jest zdolny. Z całym szacunkiem, to są nonsensy.

Mózg jest po prostu narządem wewnętrznym ludzkiego organizmu i jako taki stanowi skupisko rozmaitych odruchów, cech, zdezaktualizowanych procesów oraz niewydolnych systemów. Pod wieloma względami pada ofiarą swego własnego sukcesu. Ewoluował przez miliony lat, by osiągnąć aktualny stopień złożoności, ale w tym czasie nagromadził też mnóstwo śmiecia. Przypomina dysk komputera przeładowany starym oprogramowaniem i pościąganymi kiedyś plikami, które zakłócają bieżące funkcjonowanie trochę jak te przeklęte pop-upy wyskakujące z ofertą zniżki na kosmetyki z dawno zlikwidowanego portalu, gdy ty chcesz po prostu przeczytać nowy e-mail.

Chcę przez to powiedzieć, że mózg nie jest nieomylny. Jest oczywiście siedliskiem świadomości i motorem ludzkiego doświadczenia, ale mimo odgrywania tych doniosłych ról jest też nieprawdopodobnie zabałaganiony i zdezorganizowany. Wystarczy na niego spojrzeć, by przekonać się, jak jest śmieszny. Przypomina zmutowany orzech włoski, galaretę H. P. Lovecrafta, sponiewieraną rękawicę bokserską i tak dalej. Na pewno robi wrażenie, ale jest daleki od ideału, a te niedoskonałości wywierają wpływ na wszystko, co mówimy, robimy i odczuwamy.

Dlatego zamiast tuszować czy wręcz ignorować co bardziej chaotyczne właściwości mózgu, powinniśmy je uwypuklać, a nawet doceniać. W książce tej opisuję wiele nieskończenie zabawnych wybryków naszego mózgu, których konsekwencje ponosimy. Przywołuję też pewne dawniejsze koncepcje jego funkcjonowania, które okazały się dalekie od rzeczywistości. Czytelnicy powinni zyskać dzięki temu pełniejsze i jednocześnie dodające otuchy wyjaśnienie przyczyn tego, że różni ludzie (oraz oni sami) regularnie robią i mówią dziwne rzeczy, a także posiąść zdolność do uzasadnionego wzniesienia brwi w reakcji na szybko przyrastającą we współczesnym świecie lawinę neurononsensów. Jeśli książka ta w ogóle może poszczycić się czymś tak wzniosłym jak przewodnie wątki czy nadrzędne cele, oto właśnie one.

Moje ostatnie przeprosiny wiążą się z komentarzem pewnego kolegi z uniwersytetu, który stwierdził: „Prędzej piekło wystygnie, niż ty wydasz własną książkę”. Przeprosiny dla szatana. Ta sytuacja musi być dla ciebie bardzo niekomfortowa.

dr Dean Burnett

ROZDZIAŁ 1

Kontrolki umysłowe

W jaki sposób mózg reguluje funkcje organizmu, robiąc przy tym niezły bajzel

Mechanizmy, które pozwalają nam myśleć, rozumować i kontemplować, nie istniały miliony lat temu. Ryby, która eony temu jako pierwsza wypełzła na ląd, nie trapił niedostatek pewności siebie i wątpliwość: „Dlaczego to robię? Nie mogę oddychać tam w górze i nawet nie mam nóg, czymkolwiek by miały być. Ostatni raz gram w Prawdę czy wyzwanie”. Aż do niedawna mózg służył dużo oczywistszemu i prostszemu celowi: dowolnymi dostępnymi środkami utrzymać organizm przy życiu.

Prymitywny mózg ludzki ewidentnie sobie z tym poradził, skoro nasz gatunek przetrwał i dziś jest dominującą formą życia na Ziemi. Ale pomimo ewolucji złożonych zdolności poznawczych funkcje pierwotnego prymitywnego mózgu nie zniknęły. Jeśli już, to tylko nabrały większego znaczenia; posługiwanie się językiem i umiejętnościami racjonalnego myślenia na niewiele by się zdało, gdyby ludzie ginęli milionami z takich banalnych powodów jak zapominanie o jedzeniu czy nieopatrzne ześlizgiwanie się w przepaść.

Mózg potrzebuje ciała, aby go utrzymywało, a ciało potrzebuje mózgu, aby je regulował oraz dyktował mu, co ma robić. (Związek między nimi jest daleko bardziej zawikłany, niż sugeruje ten opis, ale na razie niechaj nam to wystarczy.) W konsekwencji wielka część mocy mózgu jest poświęcona podstawowym procesom fizjologicznym, monitorowaniu wewnętrznych mechanizmów, koordynowaniu reakcji na napotkane problemy, sprzątaniu bałaganu. Mówiąc ogólnie, bieżącemu serwisowaniu. Obszarami odpowiedzialnymi za te fundamentalne aspekty są pień mózgu i móżdżek, które określa się czasem zbiorczo jako „mózg gadzi”, co podkreśla ich prymitywną naturę, gdyż zasadniczo robią to samo co wtedy, gdy w mrokach zamierzchłej przeszłości byliśmy gadami (ssaki to późniejszy dodatek do przyrody ożywionej naszego globu). Natomiast wszystkie bardziej zaawansowane zdolności, w których lubujemy się współcześnie – świadomość, koncentracja, percepcja, rozumowanie – są ulokowane w korze mózgowej (o wiele mówiącej łacińskiej nazwie neocortex; neo znaczy „nowy”). Faktyczny podział jest znacznie bardziej złożony, niż wskazują te etykietki, ale jest to pożyteczny skrót myślowy.

Chciałoby się mieć nadzieję, że te dwie części – mózg gadzi i kora – harmonijnie współpracują albo przynajmniej wzajemnie się ignorują. Nic podobnego. Jeżeli miałeś kiedyś nad sobą szefa preferującego mikrozarządzanie, wiesz, jak frustrująco niewydajny bywa taki układ. Otrzymywanie niekompetentnych poleceń od osoby mniej doświadczonej (ale stojącej wyżej w hierarchii firmy), która zza twoich pleców dodatkowo zadaje głupie pytania, tylko utrudnia pracę. Kora przez cały czas zachowuje się tak w stosunku do mózgu gadziego.

Jednak obraz ten nie jest czarno-biały. Kora jest plastyczna i reaktywna, mózg gadzi zaś – okopany w swoich nawykach. Wszyscy znamy ludzi, którzy uważają, że wiedzą wszystko najlepiej, ponieważ są starsi albo dłużej coś robią. Współpraca z takimi osobami zazwyczaj układa się koszmarnie, jak przy próbie wprowadzania edytorów tekstu w kontaktach zawodowych z kimś, kto upiera się przy używaniu maszyny do pisania, „bo tak zawsze się robiło”. Mózg gadzi potrafi być właśnie taki, sabotując pożyteczne zmiany przez swój niewzruszony upór. W tym rozdziale przekonamy się, jak mózg dezorganizuje najbardziej podstawowe czynności organizmu.

Przestań czytać! Chcę wysiąść

(Jak mózg wywołuje chorobę lokomocyjną)

Współcześnie ludzie spędzają znacznie więcej czasu w pozycji siedzącej niż kiedykolwiek wcześniej. Praca fizyczna została w wielkim stopniu wyparta przez biurową, a samochody i inne środki transportu sprawiają, że możemy przemieszczać się na siedząco. Internet pozwala spędzić praktycznie całe życie na fotelu czy kanapie, oferując zdalne zwiedzanie świata, bankowość online i zakupy w sieci.

Ma to swoje wady. Nieprzyzwoite sumy wydaje się na ergonomicznie projektowane fotele biurowe, by pracownicy nie doznawali urazów z powodu nadmiernie długiego siedzenia. Zbyt wiele godzin spędzonych nieruchomo na fotelu w samolocie może prowadzić do zgonu z powodu zakrzepicy żył głębokich. Może się to wydawać dziwne, ale brak ruchu jest szkodliwy.

A to dlatego, że ruch jest ważny. Ludzie dobrze sobie z nim radzą, co widać choćby w tym, że nasz gatunek rozprzestrzenił się niemal na całą planetę, a jego przedstawiciele byli nawet na Księżycu. Uważa się, że chodzenie trzech kilometrów dziennie jest pożyteczne dla mózgu, ale zapewne jest też pożyteczne dla każdej części ciała.1 Nasz szkielet wyewoluował w taki sposób, że ułatwia długie chodzenie; predysponują do niego budowa i właściwości ludzkich stóp, nóg, bioder i ogólnie całego ciała. Ale rzecz nie tylko w anatomii. Wygląda na to, że jesteśmy „zaprogramowani” na chodzenie nawet bez udziału mózgu!

W kręgosłupie przebiegają wiązki nerwów, które sprawują kontrolę nad poruszaniem się przez nas bez jakiegokolwiek udziału świadomości.2 Te wiązki nerwów, nazywane generatorami wzorców, znajdują się w niższych częściach rdzenia kręgowego w ośrodkowym układzie nerwowym. Generatory wzorców pobudzają mięśnie i ścięgna nóg do poruszania się w określonym rytmie, który odpowiada za chodzenie. Odbierają również sygnały zwrotne z mięśni, ścięgien, skóry i stawów – takie jak wykrywanie, że schodzimy po zboczu – byśmy mogli dostosować parametry ruchu do zaistniałych okoliczności. Wyjaśnia to, dlaczego nieprzytomny człowiek jest w stanie chodzić (będziemy to omawiać w dalszej części tego rozdziału przy okazji zjawiska lunatykowania).

Ta łatwość poruszania się i umiejętność robienia tego bez udziału myślenia – czy to podczas ucieczki z miejsca zagrożenia, czy w trakcie pogoni za zdobyczą albo umykania drapieżcom – zagwarantowała naszemu gatunkowi przetrwanie. Pierwsze organizmy, które opuściły morze i skolonizowały ląd, zapoczątkowały życie wszystkich gatunków oddychających powietrzem na Ziemi. Nie zrobiłyby tego, gdyby nie były mobilne.

I tu rodzi się pytanie: skoro ruch jest nieodzowny dla naszego zdrowia oraz przetrwania gatunkowego, tak że w toku ewolucji wykształciliśmy wyrafinowane systemy biologiczne zapewniające jego sprawne funkcjonowanie, dlaczego czasem prowokuje nas do wymiotów? Jest to zjawisko znane jako choroba lokomocyjna lub choroba morska. Niekiedy przemieszczanie się sprawia, że ni stąd, ni zowąd śniadanie czy obiad lądują nam na kolanach.

Odpowiedzialność za to ponosi w rzeczywistości mózg, nie żołądek czy jelita (choć w danej chwili może się wydawać inaczej). Z jakiejż to racji mózg miałby dochodzić do wniosku, że przemieszczanie się z punktu A do B jest uzasadnionym powodem do wymiotów? Otóż mózg nie buntuje się tu przeciw naszemu ewolucyjnemu upodobaniu do ruchu. Problem wynika ze splotu działania licznych systemów i mechanizmów, które w zamierzeniu mają ułatwiać nam lokomocję. Zjawisko to ujawnia się tylko wtedy, gdy podróżujemy jakimś środkiem transportu – takim czy innym pojazdem. A oto dlaczego:

Ludzie mają wyrafinowany zestaw zmysłów i mechanizmów neurologicznych, które składają się na tzw. propriocepcję (czucie głębokie), czyli zdolność do wyczuwania aktualnego ustawienia poszczególnych części ciała oraz kierunku ich ruchu. Gdy schowasz dłoń za plecy, nadal będziesz w stanie ją tam wyczuwać, mając świadomość, gdzie się znajduje i jaki nieprzyzwoity gest robi, choć wcale jej nie widzisz. To przykład propriocepcji.

Mamy też układ przedsionkowy, zlokalizowany w uchu wewnętrznym. Tworzy go sieć wypełnionych płynem kanalików („kostnych rurek”), pozwalających wyczuwać stan równowagi ciała i jego położenie w przestrzeni. W kanalikach jest dość miejsca, by płyn mógł przelewać się pod wpływem grawitacji, a liczne neurony wyczuwają jego usytuowanie i poziom, co pozwala mózgowi na ocenę naszej bieżącej pozycji i orientacji względem ziemi. Jeśli płyn znajduje się u szczytu rurek, oznacza to, że obróciliśmy się do góry nogami, co prawdopodobnie jest dalekie od ideału, więc trzeba temu jak najszybciej zaradzić.

Naturalny sposób poruszania się człowieka (chód, bieg, a nawet raczkowanie czy podskoki) wytwarza specyficzne zestawy sygnałów. W poruszaniu się na dwóch nogach występuje stabilne bujanie w kierunku góra-dół, prędkość nadana całemu ciału, działanie zewnętrznych sił, takich jak ruch owiewającego powietrza, oraz przemieszczanie się płynów ustrojowych. Wszystko to jest wyczuwane przez propriocepcję oraz układ przedsionkowy.

Do oczu dociera obraz przesuwającego się zewnętrznego świata. Obraz taki może wynikać albo z naszego przemieszczania się, albo z ruchu otoczenia przy stałym położeniu nas samych. Na najbardziej podstawowym poziomie obie interpretacje są uzasadnione. Skąd mózg wie, która jest słuszna? Otrzymuje informacje wzrokowe, zestawia je z informacjami na temat rozmieszczenia płynów w uchu i orzeka: „Ciało się porusza, to normalne”, po czym wraca do rozmyślania o seksie albo zemście, albo Pokemonach, albo czymkolwiek innym, co go zajmuje. Oczy współpracują z systemami wewnętrznymi, oferując wyjaśnienie bieżącej sytuacji.

Jednak poruszanie się w pojeździe wytwarza inny zestaw sygnałów. W samochodzie nie ma charakterystycznego rytmicznego bujania, które mózg kojarzy z chodem (chyba że zawieszenie jest całkiem do niczego); podobnie jest zwykle w samolocie, pociągu czy na statku. W trakcie podróży to nie ty faktycznie „realizujesz” przemieszczanie się; ty siedzisz sobie spokojnie, robiąc coś dla zabicia czasu, na przykład starasz się powstrzymać wymioty. Twój zmysł propriocepcji nie wysyła więc mózgowi żadnych sygnałów pozwalających mu zorientować się w sytuacji. Brak tych sygnałów oznacza dla mózgu gadziego, że nie robisz nic, co zostaje dodatkowo wzmocnione przez informacje od oczu, potwierdzające, że się nie poruszasz. Jednak w rzeczywistości jesteś przecież w ruchu, a wspomniane płyny w uchu, reagujące na siły związane z szybkością i przyspieszeniem, wysyłają do mózgu sygnały, że poruszasz się, i to bardzo prędko.

Mózg otrzymuje zatem sprzeczne sygnały od precyzyjnie skalibrowanych systemów detekcji ruchu i uważa się, że właśnie to powoduje chorobę lokomocyjną. Nasz świadomy mózg może łatwo uporać się z takimi niespójnymi informacjami, ale głębsze, bardziej fundamentalne systemy podświadome, które regulują czynności organizmu, nie mają pojęcia, jak radzić sobie z takimi problemami ani co może stanowić przyczynę takiej niespójności. W efekcie mózg gadzi wyciąga następujący wniosek: istnieje tylko jedna rzecz, która może tak głęboko zakłócić mechanizmy wewnętrzne, doprowadzając do je do dezorientacji.

To musi być trucizna! A kiedy mózg uznaje, że trucizna znajduje się w organizmie, może być na to tylko jedna rozsądna reakcja: pozbyć się jej, czyli niezwłocznie uruchomić odruch wymiotny. Wyżej zaawansowane obszary mózgu mogą mieć lepsze rozeznanie, ale potrzeba wielkiego wysiłku, by zmienić działanie bardziej podstawowych obszarów, gdy te zostaną aktywowane. Niemal z definicji są „okopane w swoich nawykach”.

Zjawisko to wciąż nie ma pełnego wyjaśnienia. Dlaczego choroba lokomocyjna nie prześladuje nas cały czas? Dlaczego niektórzy ludzie w ogóle na nią nie cierpią? Do jej wystąpienia może przyczyniać się wiele czynników środowiskowych lub osobniczych, takich jak typ pojazdu, którym się podróżuje, albo pewne predyspozycje neurologiczne do nadwrażliwości na określone formy ruchu, niemniej najbardziej ugruntowaną teorią na ten temat jest właśnie ta, którą przytoczyłem. Alternatywne wyjaśnienie oferuje tzw. hipoteza oczopląsu,3 zgodnie z którą do choroby lokomocyjnej prowadzą nietypowe pobudzenia nerwu błędnego, wynikające z niezamierzonego rozciągania mięśni zewnętrznych gałki ocznej (odpowiadających za utrzymywanie oczu w określonej pozycji i odpowiednie ruchy gałek ocznych) w trakcie przemieszczania się. Tak czy inaczej cierpimy na te dolegliwości dlatego, że mózg łatwo traci orientację oraz dysponuje ograniczoną paletą rozwiązań potencjalnych problemów, podobnie jak człowiek awansowany na stanowisko przerastające jego kompetencje, który reaguje potokiem frazesów lub napadami złości, gdy wymaga się od niego konkretnych decyzji.

Najciężej przebiega zwykle choroba morska. Na lądzie krajobraz dostarcza wielu punktów odniesienia (takich jak mijane drzewa), na które można spojrzeć, by przekonać się o ruchu, natomiast na statku jest zazwyczaj tylko tafla morza oraz obiekty zbyt odległe, by mogły się przydać do takiego celu, toteż układ wzrokowy jest tym bardziej skłonny meldować brak ruchu. Dodatkowo nakłada się na to nieprzewidywalne bujanie, pod wpływem którego płyn w uchu wysyła jeszcze więcej sygnałów do skołowaciałego mózgu.

W swoich wspomnieniach wojennych Adolf Hitler: My Part in His Downfall Spike Milligan opisuje, jak jego oddział był przerzucany okrętem do Afryki, on zaś należał do nielicznych, którzy nie poddali się chorobie morskiej. Na pytanie o najlepszy sposób zmagania się z tą dolegliwością odpowiedział po prostu: „Siedzieć pod drzewem”. Nie potwierdzają tego wyniki żadnych znanych mi badań naukowych, ale mam głębokie przekonanie, że metoda ta sprawdziłaby się także w zapobieganiu chorobie lotniczej.

Masz miejsce na deser?

(Zagmatwana i pokrętna kontrola mózgu nad odżywianiem)

Żywność to paliwo. Kiedy twój organizm potrzebuje energii, jesz. Kiedy nie potrzebuje, nie jesz. Jeśli się nad tym zastanowić, jest to szalenie proste, ale w tym tkwi właśnie cały problem: my, szanujące się, rozumne istoty ludzkie podchodzimy do sprawy analitycznie, co ściąga na nas różnego typu problemy i neurozy.

Mózg sprawuje zaskakująco dużą kontrolę nad zachowaniami związanymi z jedzeniem i apetytem.1 Mogłoby się zdawać, że tego rodzaju sprawami zajmują się żołądek czy jelita, ewentualnie z jakimś udziałem wątroby albo rezerw tłuszczowych, czyli obszarów przetwarzania i magazynowania trawionych substancji. Faktycznie, wszystkie one odgrywają swoją rolę, ale nie jest ona tak dominująca, jak się można spodziewać.

Przyjrzyjmy się żołądkowi. Po najedzeniu się większość ludzi mówi, że ma „pełny brzuch”. Żołądek to pierwsza obszerniejsza jama ciała, do której trafia spożyty pokarm. W miarę napełniania rozszerza się on i wówczas nerwy posyłają do mózgu sygnał, by powściągnąć apetyt i przestać jeść. Na tym w założeniu opiera się działanie koktajli odchudzających, które wypija się zamiast posiłku.5 Koktajl zawiera gęste składniki, które szybko wypełniają żołądek, rozciągając jego ściany, co wysyła do mózgu sygnał „jestem pełny” bez konieczności zapychania się pączkami czy kartoflami.

Jednak jest to rozwiązanie na krótką metę. Wielu ludzi donosi o odczuwaniu głodu już w dwadzieścia minut po wypiciu takiego koktajlu. Dzieje się tak dlatego, że sygnały o rozszerzeniu żołądka są tylko niewielką częścią systemu kontroli żywienia i apetytu. Stanowią najniższy szczebelek na długiej drabinie, która sięga znacznie bardziej złożonych struktur mózgu. Drabina ta biegnie czasem zygzakowato, a nawet zapętla się w drodze na górę.6

Na apetyt oddziałuje nie tylko unerwienie żołądka. Ważną rolę odgrywają również hormony. Leptyna jest hamującą apetyt substancją wydzielaną przez komórki tłuszczowe. Z kolei zaostrzająca apetyt grelina jest wydzielana w żołądku. Jeśli człowiek ma większe zapasy tkanki tłuszczowej, powstaje u niego więcej hormonu powściągającego apetyt, a jeśli żołądek zauważa, że od dawna jest pusty, wydziela hormon, który pobudza apetyt. Proste, prawda? Niestety, nie. U ludzi może występować podniesiony poziom tych hormonów zależnie od ich zapotrzebowania na pożywienie, ale mózg szybko się do tego przyzwyczaja i praktycznie ignoruje te sygnały, jeśli utrzymują się zbyt długo. Jedną z naczelnych umiejętności mózgu jest zdolność ignorowania wszystkiego, co staje się przewidywalne, bez względu na to, jak jest ważne (właśnie dlatego żołnierze w strefie walki potrafią przez kilka godzin spać).

Zauważyłeś, że zawsze masz „miejsce na mały deser”? Mogłeś właśnie zjeść konia z kopytami czy taką furę spaghetti, że gondola z tobą poszłaby na dno Canale Grande, jednak zawsze zdołasz jeszcze wcisnąć kawałek czekoladowego tortu albo melbę z trzema kulkami lodów. Dlaczego? I jakim cudem?! Skoro żołądek jest pełny, jak to możliwe, że da się zjeść cokolwiek więcej? Dzieje się tak dlatego, że mózg podejmuje arbitralną decyzję, że masz jeszcze trochę miejsca. Słodki smak deseru jest konkretną nagrodą, rozpoznawaną i pożądaną przez mózg (patrz rozdział 8), więc uchyla on sygnały z żołądka, że „nie ma już miejsca”. W odróżnieniu od sytuacji w chorobie lokomocyjnej tutaj mózg gadzi odgrywa mniejszą rolę, a przewagę zyskuje kora mózgowa.

Nie jest w pełni jasne, dlaczego to wszystko się wydarza. Być może dlatego, że w celu zachowania idealnej kondycji ludzie powinni się żywić w sposób zróżnicowany, więc zamiast polegać na fundamentalnym mechanizmie skłaniającym do jedzenia wszystkiego, co dostępne, do akcji wkracza mózg, próbując lepiej ustawić naszą dietę. I wszystko byłoby dobrze, gdyby mózg na tym poprzestawał. Ale nie poprzestaje i dlatego nie jest tak dobrze.

Ogromną siłę w odniesieniu do żywności mają nabyte skojarzenia. Ktoś może coś uwielbiać, na przykład, torty. Jada je od lat bez żadnych oporów, aż pewnego dnia po jakimś kawałku się rozchorowuje. Może krem był nieświeży albo ciasto zawierało jakiś uczulający składnik, a może (i to dopiero jest ciekawe) problem wyniknął z czegoś zupełnie innego, co zostało zjedzone zaraz po torcie. Jednak mózg zakodował sobie tę sytuację i od tego momentu uznaje torty za wykluczone. Wystarczy spojrzeć na kawałek ciasta z kremem, a już nachodzą nas nudności. Skojarzenia wstrętu należą do szczególnie silnych; wyewoluowały po to, by chronić nas przed zjadaniem trucizny czy czegoś niezdrowego, toteż bardzo trudno się ich pozbyć. Nie ma znaczenia, że wcześniej jadało się daną rzecz dziesiątki razy bez problemu. Mózg krzyczy: „Stop!” i niewiele można na to poradzić.

Skojarzenie nie musi dotyczyć tak drastycznych sytuacji jak rozstrój żołądka. Mózg wtrąca się niemal do każdej decyzji dotyczącej jedzenia. Znasz może angielskie powiedzenie, że „pierwszy kęs bierze się oczami”. Większa część naszego mózgu, aż 65 procent, jest powiązana ze wzrokiem, nie ze smakiem.7 Choć charakter i funkcje tych związków są nieprawdopodobnie zróżnicowane, ogólnie mówiąc, wskazują one, że wzrok jest podstawowym źródłem informacji zmysłowych dla mózgu. W porównaniu z nim smak wypada żenująco blado, jak przekonamy się w rozdziale 5. Przeciętny człowiek, mając zawiązane oczy i założony klips na nos, potrafi pomylić ziemniak z jabłkiem.8 Oczy w dużo większym stopniu niż język wpływają na naszą percepcję, dlatego wygląd żywności odgrywa wielką rolę w czerpaniu satysfakcji z jedzenia (tłumaczy to wagę, jaką przywiązuje się do stylizacji dań w luksusowych restauracjach).

Na zwyczaje dietetyczne znacząco wpływa też rutyna. Przeanalizujmy takie pojęcie jak „pora lunchu”. Kiedy wypada ta pora? Większość ludzi w krajach anglosaskich powie, że między godziną dwunastą a drugą. Ale dlaczego? Skoro jedzenie ma po prostu dostarczać energii, dlaczego wszyscy – od ciężko pracujących fizycznie robotników budowlanych czy drwali po siedzących przy biurku autorów książek albo programistów – zjadają lunch o tej samej porze? Otóż dlatego, że dawno temu zgodzili się, iż to jest pora posiłku, i mało kto to kwestionuje. Gdy wyrobisz sobie taki nawyk, mózg oczekuje, że będziesz go podtrzymywał, więc stajesz się głodny, ponieważ przychodzi pora jedzenia, zamiast orientować się, że pora coś zjeść, bo zrobiłeś się głodny. Najwyraźniej mózg uważa, że logika jest zbyt cenna, by jej nadużywać.

Nawyki stanowią ważny aspekt naszego sposobu odżywiania się. Gdy mózg wyrabia sobie pewne oczekiwania, ciało posłusznie się do nich dostosowuje. Bardzo łatwo powiedzieć człowiekowi z nadwagą, że powinien zdobyć się na trochę samodyscypliny i mniej jeść, ale nie jest to wcale tak proste. Przyczyny, z których zaczął się przejadać, mogą być złożone. Jedną z nich bywa comfort eating, czyli „zajadanie smutków”. Gdy jest ci smutno i źle, mózg wysyła ciału sygnały, że jesteś zmęczony i wyczerpany. A skoro jesteś zmęczony i wyczerpany, to czego ci potrzeba? Energii. Skąd się ją czerpie? Z jedzenia! Ponadto wysokokaloryczna żywność może uruchamiać układy nagrody i przyjemności w mózgu.9 Właśnie dlatego rzadko słyszy się o „sałatce na smutki”…

Kiedy zaś mózg i organizm przyzwyczają się do określonej podaży kalorycznej, bardzo trudno jest ją zredukować. Widziałeś kiedyś sprinterów czy maratończyków zgiętych w pół po biegu i z trudem łapiących oddech? Czy uznałbyś, że przesadzają z tym tlenem? Nikt nie upomina ich, że brak im samodyscypliny albo że się za mało hamują czy że są zachłanni na tlen. Podobny mechanizm (choć niestety mniej zdrowy) występuje w przypadku jedzenia: w organizmie zachodzą zmiany, w wyniku których oczekuje on zwiększonej podaży żywności, i w konsekwencji trudniej nad tym zapanować. Niełatwo jest uchwycić konkretne powody tego, że dana osoba jada więcej, niż powinna, i jest już do tej sytuacji przyzwyczajona, gdyż istnieje całe mrowie możliwości. Podejrzewa się jednak, że jest to skutek zapewnienia nieograniczonej dostępności jedzenia przedstawicielom gatunku, który w toku ewolucji przystosował się do korzystania z wszelkiej dostępnej żywności.

Jeśli potrzebny ci jest jeszcze jakiś dodatkowy dowód na to, że to mózg sprawuje kontrolę nad jedzeniem, zastanów się nad istnieniem takich zaburzeń, jak anoreksja czy bulimia. W ich przypadku mózg wytwarza w organizmie przekonanie, że obraz ciała jest ważniejszy od jedzenia, zatem ciało nie potrzebuje żywności! To tak jakbyś przekonywał samochód, że nie potrzebuje paliwa. Nie jest to ani rozumne, ani bezpieczne, a jednak zdarza się niepokojąco często.

Dwa podstawowe ludzkie wymogi, ruchu i jedzenia, zostają niepotrzebnie skomplikowane przez to, że mózg się do nich wtrąca. Niemniej jedzenie jest też jedną z wielkich przyjemności życia. Gdybyśmy mieli traktować je tylko jak szuflowanie węgla do pieca, życie straciłoby sporo blasku. Może więc mózg mimo wszystko wie, co robi.

Zasnąć i śnić może… czy raczej drgać w konwulsjach, dusić się albo lunatykować

(Mózg a złożone właściwości snu)

Spanie polega na dosłownym nicnierobieniu. Kładziemy się i tracimy świadomość. Cóż może być w tym skomplikowanego?

Otóż bardzo dużo. Rzeczywiste mechanizmy snu – to, jak w niego zapadamy i co dzieje się w jego trakcie – to kwestie, nad którymi z reguły się nie zastanawiamy. Oczywiście z powodu wspomnianej utraty świadomości bardzo trudno byłoby myśleć o spaniu podczas niego samego. A szkoda, bo sen nie przestaje zadziwiać świata nauki, gdyby zaś więcej ludzi się nad nim zastanawiało, być może szybciej zgłębilibyśmy jego tajemnice.

Żeby wszystko było jasne: wciąż nie znamy celu snu! Doświadczają go (jeśli przyjąć stosunkowo elastyczną definicję) niemal wszystkie zwierzęta, nawet najprostsze nicienie.10 Żadnych oznak snu nie wykazują co prawda na przykład meduzy i gąbki, ale one nie mają też mózgu, więc nie można od nich zbyt wiele wymagać. Niemniej sen, a przynajmniej regularne okresy ustawania aktywności, obserwuje się u przedstawicieli wielu bardzo różnych gatunków. Ewidentnie sen odgrywa istotną rolę i jest głęboko zakorzeniony w ewolucji. Ssaki wodne wykształciły sposób na spanie tylko jedną połową mózgu naraz, gdyż usypiając całkowicie, przestałyby płynąć i poszły na dno. Sen jest więc tak ważny, że liczy się bardziej niż „nieutonięcie”, jednak nie wiemy dlaczego.

Istnieje wiele teorii na ten temat. Jedna z nich dotyczy procesu gojenia. Wykazano, że rany szczurów pozbawionych snu goją się dużo wolniej i generalnie zwierzęta te żyją znacznie krócej niż ich wysypiający się krewniacy.11 Alternatywna teorii głosi, że sen ogranicza siłę sygnałów słabych połączeń nerwowych, co pozwala je łatwiej eliminować.12 Jeszcze inna, że sen ułatwia redukcję negatywnych emocji.13

Według jednej z bardziej ekstrawaganckich teorii sen miał wyewoluować jako sposób zabezpieczenia przed drapieżnikami.14 Wiele drapieżników uaktywnia się w nocy, ludzie zaś nie potrzebują 24-godzinnej aktywności, aby utrzymać się przy życiu. Sen daje nam długi okres, w którym pozostajemy w zasadzie w bezruchu, nie dając nocnemu drapieżnikowi wskazówek co do naszego miejsca pobytu.

Niektórych może oburzać ta ślepota współczesnych naukowców. Przecież sen służy odpoczynkowi, w którym dajemy ciału i mózgowi czas na regenerację i doładowanie się po wysiłku dnia. Rzeczywiście, jeżeli robiliśmy coś szczególnie wyczerpującego, dłuższy okres braku aktywności pomaga w regeneracji organizmu i ewentualnej odbudowie utraconych zasobów.

Jeśli jednak sen miałby służyć tylko wypoczynkowi, dlaczego niemal zawsze śpimy tyle samo bez względu na to, czy przez cały dzień nosiliśmy cegły czy siedzieliśmy w piżamie przed telewizorem? Przecież regeneracja po tych dwóch formach aktywności nie powinna zajmować tyle samo czasu. Ponadto aktywność metaboliczna organizmu spada we śnie tylko o 5–10 procent. To bardzo szczątkowe wyhamowanie – tak jak niewiele pomogłoby zejście ze 100 km/h do 90 km/h, gdy zauważymy dym wydobywający się spod maski samochodu.

O naszym wzorcu snu nie decyduje wyczerpanie – właśnie dlatego rzadko zdarza się, żeby ktoś zasnął w trakcie maratonu. Pora i długość snu są determinowane przez okołodobowe rytmy organizmu, wytworzone przez określone mechanizmy fizjologiczne. W mózgu znajduje się szyszynka – gruczoł regulujący wzorzec snu przez wydzielanie hormonu, zwanego melatoniną, pod wpływem którego stajemy się zrelaksowani i śpiący. Szyszynka reaguje na intensywność światła. Siatkówka w oku wychwytuje światło i wysyła sygnały do szyszynki; im więcej takich sygnałów do niej dociera, tym mniej melatoniny wydziela ten gruczoł (choć pewną ilość wytwarza stale). Poziom melatoniny w organizmie wzrasta stopniowo w ciągu dnia, a lawinowo po zachodzie słońca, dlatego nasze rytmy okołodobowe są powiązane z trwaniem dnia i jesteśmy zwykle czujni rano, a senni w nocy.

Mechanizm ten stanowi podstawę niedyspozycji związanych ze zmianą strefy czasowej (jet-lag). Przemieszczenie się do innej strefy czasowej powoduje, że człowiek podlega zupełnie innemu rozkładowi godzinowemu światła dziennego i na przykład doświadcza południowego słońca o porze, którą mózg uznaje za ósmą wieczorem. Nasze cykle snu są dokładnie wyregulowane i takie zaburzenie poziomu melatoniny je rozstraja. Wbrew pozorom nadrobienie braku snu przysparza naprawdę sporych trudności. Mózg i organizm są przywiązane do określonego rytmu okołodobowego, niełatwo jest więc zmusić się do snu o nieoczekiwanej porze (choć nie jest to niemożliwe). Dopiero po kilku dniach doświadczania nowego rozkładu światła dziennego rytm ten się skutecznie resetuje.

Pytasz być może: skoro nasz cykl snu jest tak wrażliwy na poziom światła, dlaczego nie wpływa na niego światło sztuczne? Otóż wpływa. Wydaje się, że w ostatnich stuleciach wzorce snu u ludzi bardzo się zmieniły z powodu rozpowszechnienia się sztucznego światła. Ponadto wzorce te różnią się zależnie od kultury.15 W kulturach, w których jest mniejsza dostępność światła sztucznego lub jest inny rozkład światła słonecznego (na przykład na wysokich szerokościach geograficznych), występują specyficzne wzorce snu dostosowane do panujących okoliczności.

Zgodnie z podobnymi rytmami zmienia się też głęboka temperatura ciała, wahająca się między 37 a 36 stopni Celsjusza (w porównaniu z innymi ssakami ta rozpiętość temperatury jest naprawdę duża). Najwyższa jest po południu, po czym spada w miarę zbliżania się wieczoru. Kładziemy się do łóżka zwykle w połowie między szczytem a dołkiem temperatury, na okres snu przypada więc jej najniższa wartość, co może być uzasadnieniem szczelnego opatulania się kołdrą – podczas snu jesteśmy mniej rozgrzani niż w godzinach czuwania.

Z tezą, że sen to jedynie wypoczynek i sposób na oszczędzanie zasobów energii, nie zgadza się też obserwacja, że występuje on u zwierząt hibernujących,16 czyli już pozbawionych świadomości. Hibernacja („sen zimowy”) nie jest tym samym co zwykły sen: podczas hibernacji metabolizm i temperatura ciała spadają znacznie niżej niż w trakcie snu; trwa ona dłużej; upodobnia się bardziej do śpiączki. Tymczasem zwierzęta, które podlegają hibernacji, regularnie wchodzą również w stan snu, spożytkowując na to więcej energii! Najwyraźniej wypoczynek to nie jedyny cel, któremu ma służyć sen.

W szczególnym stopniu dotyczy to mózgu, w którym podczas snu przebiegają złożone czynności. W skrócie wyróżnia się obecnie cztery fazy snu: fazę REM – rapid eye movement, czyli szybkich ruchów gałek ocznych – oraz trzy fazy bez takich ruchów, czyli non-REM albo NREM (stadium 1, 2 i 3 NREM; oto rzadki przykład pożądanej przez laików przejrzystości terminologicznej w neurologii). Trzy stadia snu NREM różnią się typem występującej w nich aktywności mózgowej.

Często zdarza się, że różne obszary mózgu synchronizują wzorce swojej aktywności, prowadząc do powstania zjawiska zwanego „falami mózgowymi”. Gdy do synchronizacji włączają się również mózgi innych ludzi, nazywamy to „falą meksykańską”.2 Istnieje kilka typów fal mózgowych, a w każdym stadium NREM występują konkretne z nich.

W stadium 1 NREM mózg wytwarza głównie fale alfa, w zapisie stadium 2 pojawiają się tzw. wrzeciona, a w stadium 3 dominują fale delta. Odzwierciedla to stopniową redukcję aktywności mózgu w miarę wkraczania w kolejne fazy snu, a im głębiej człowiek w sen zapada, tym trudniej mu się dobudzić. W stadium 3 NREM – snu głębokiego – człowiek znacznie słabiej reaguje na bodźce zewnętrzne, na przykład na czyjś krzyk: „Wstawaj! Pali się!”, niż w stadium 1. Niemniej mózg nigdy nie wyłącza się kompletnie, częściowo dlatego, że na różne sposoby podtrzymuje stan snu, ale przede wszystkim dlatego, że gdyby całkiem się wyłączył, bylibyśmy martwi.

Z kolei w fazie snu REM mózg jest równie, jeśli nie bardziej, aktywny co podczas pełnego czuwania. Pewną ciekawą (choć nieco przerażającą) cechą REM jest atonia mięśni. Zdolność mózgu do sprawowania kontroli nad ruchem przez neurony motoryczne zostaje zasadniczo wyłączona i nie jesteśmy w stanie się poruszać. Nie jest do końca jasne, jak się to dzieje; być może jakieś specyficzne neurony hamują aktywność kory ruchowej albo zostaje zmniejszona wrażliwość obszarów kontroli ruchu, przez co znacznie trudniej jest zainicjować ruch. Jednak niezależnie, jaki stoi za tym mechanizm, zjawisko to występuje.

I bardzo dobrze. Faza REM to okres, w którym dochodzi do marzeń sennych. Gdyby więc układ ruchu pozostawał w pełni funkcjonalny, ludzie fizycznie wykonywaliby wszystko, o czym śnią. Jeżeli przypominasz sobie, co wyprawiałeś nieraz podczas snu, prawdopodobnie dostrzegasz, dlaczego lepiej byłoby tego uniknąć. Rzucanie się i wymachiwanie kończynami w trakcie snu, kiedy nie masz świadomości otoczenia, byłoby potencjalnie niebezpieczne zarówno dla ciebie, jak i nieszczęśnika śpiącego w pobliżu. Niestety na mózgu nie można jednak polegać w stu procentach, znane są więc przypadki zaburzeń behawioralnych związanych z fazą REM, w których paraliż ruchowy nie jest skuteczny i ludzie rzeczywiście fizycznie odgrywają swoje senne role. Naraża ich to na spore ryzyko, prowadząc do zjawiska lunatykowania, o którym będę pisał dalej.

Zdarzają się też drobniejsze usterki, zapewne lepiej znane ogółowi ludzi. Są na przykład zrywy senne, w których człowiek gwałtownie i bez zapowiedzi wstrząsa się w trakcie zasypiania. Powstaje wrażenie, jakby nagle zaczął spadać, toteż ciało się napręża w łóżku. Zjawisko to występuje częściej u dzieci i z wiekiem zanika. Zrywy senne łączono z lękiem, stresem, zaburzeniami snu itd., ale wydaje się, że najczęściej pojawiają się przypadkowo. Według niektórych teorii mózg myli zasypianie z umieraniem i stara się nas szybko rozbudzić. Jest to jednak wytłumaczenie mało sensowne, skoro właśnie mózg współuczestniczy w naszym zasypianiu. Inna teoria głosi, iż jest to ewolucyjna pozostałość po czasach, gdy spaliśmy na drzewach; nagłe wrażenie przechylania się sygnalizuje, że zaraz spadniemy, mózg panikuje więc i nas budzi. A może chodzi o coś zupełnie innego? Częstsze występowanie tego zjawiska u dzieci wynika prawdopodobnie z tego, że mózg jest wówczas w okresie rozwoju, w którym dopiero nawiązywane są różne połączenia, a procesy i funkcje podlegają wciąż doskonaleniu. W tak skomplikowanych systemach jak te wykorzystywane przez nasz mózg nigdy nie daje się wyeliminować wszystkich zakłóceń i usterek, toteż zrywy senne pojawiają się nawet w życiu dorosłym. Można przyjąć, że to po prostu niewielkie dziwactwo, zasadniczo nieszkodliwe.17

Kolejnym w zasadzie nieszkodliwym zjawiskiem – choć wcale na takie nie wygląda – jest paraliż przysenny. Z jakiegoś powodu mózg czasem zapomina włączyć system motoryczny, gdy odzyskujemy rano świadomość. Jak dotąd nie ustalono szczegółów, jak i dlaczego to się dzieje, ale dominuje przekonanie, iż ta drobna aberracja ma związek z zaburzeniem pedantycznego porządku stadiów snu. Każde stadium podlega regulacji przez określony typ aktywności neuronalnej, za którą odpowiada specyficzny zestaw neuronów. Może się zdarzyć, że zmiana tej aktywności nie zajdzie płynnie i sygnały nerwowe, które powinny reaktywować system motoryczny, są zbyt słabe (albo sygnały zamykające go są zbyt silne lub utrzymują się zbyt długo). W konsekwencji, gdy odzyskujemy świadomość, wciąż nie mamy władzy nad ruchem. Mimo że obudziliśmy się, mechanizm, który hamuje ruch w fazie REM, jest nadal aktywny, więc nie jesteśmy w stanie się poruszyć.18 Zwykle nie trwa to długo, bo po rozbudzeniu się wznowieniu ulega cała reszta aktywności mózgowej, dominując nad sygnałami płynącymi z systemu snu, jednak póki się to nie stanie, sytuacja może napawać przerażeniem.

Zresztą przerażenie jest całkiem na miejscu. Bezradność i bezbronność w sytuacji paraliżu przysennego uruchamiają potężną reakcję lękową. Mechanizm tego zachowania omówimy w następnym podrozdziale, ale lęk ten może być tak intensywny, że wywołuje halucynacje zagrożenia, prowadzące do poczucia czyjejś obecności w pokoju – uważa się to za głęboką przyczynę fantazji o porwaniach przez przybyszów z kosmosu czy legend o sukubach. Większość ludzi, którzy doznają paraliżu przysennego, doświadcza tylko krótkich i sporadycznych epizodów, jednak u niektórych może się to stać przewlekłym i uporczywym problemem. Paraliż ten łączono z depresją i podobnymi zaburzeniami, co wskazuje na związek z przetwarzaniem sygnałów w mózgu.

Zjawiskiem jeszcze bardziej złożonym i prawdopodobnie spokrewnionym z paraliżem przysennym jest lunatykowanie. Również jego występowanie wiąże się z systemem wyłączania mózgowej kontroli motorycznej we śnie, z tym że teraz zachodzi sytuacja odwrotna – system ten nie jest dość silny lub dostatecznie skoordynowany. Lunatykowanie zdarza się częściej dzieciom, co skłania do hipotezy, iż wynika ono z niepełnego jeszcze rozwoju systemu hamowania ruchowego. Niektóre badania wskazują, że prawdopodobną przyczyną (a przynajmniej czynnikiem sprzyjającym) jest niedorozwój ośrodkowego układu nerwowego.19 Zauważono też, że lunatykowanie jest dziedziczne i bardziej prawdopodobne w pewnych rodzinach, co sugeruje udział komponentu genetycznego we wspomnianej niedojrzałości układu nerwowego. Niemniej lunatykowanie może pojawić się też u dorosłych pod wpływem stresu, alkoholu, leków itd., które mogą mieć wpływ na system hamowania motorycznego. Część naukowców twierdzi, że lunatykowanie jest odmianą lub pewną formą padaczki; jak wiadomo, jest ona skutkiem niekontrolowanej, chaotycznej aktywności mózgowej, więc takie wyjaśnienie rzeczywiście brzmi logicznie. Jednak, bez względu na mechanizm, pomieszanie funkcji kontroli snu i ruchu zawsze wzbudza najwyższy niepokój.

Nic z tego by jednak nie wystąpiło, gdyby mózg nie był we śnie aktywny. To po co jest? Co robi w trakcie spania? Wysoce aktywna faza REM może spełniać kilka potencjalnych zadań. Jedno z głównych dotyczy pamięci. Według utrzymującej się od lat teorii w fazie REM mózg wzmacnia, reorganizuje i utrwala ślady pamięciowe. Dawne wspomnienia zostają połączone z nowymi; nowe są aktywowane, co pomaga je wzmocnić i zwiększyć ich dostępność; bardzo stare są pobudzane, co sprawia, że połączenia z nimi nie zostają całkiem zatarte itd. Proces ten zachodzi w czasie snu być może dlatego, że nie docierają wtedy do mózgu żadne zewnętrzne informacje, które wprowadzałyby dodatkowe zamieszanie i komplikacje. Nowej nawierzchni nie kładzie się na szosie, po której jeżdżą samochody – i ta sama logika znajduje zastosowanie tutaj.

Aktywacja i utrwalanie śladów pamięciowych powoduje, że w praktyce są przeżywane na nowo. Najstarsze doświadczenia stykają się z najnowszymi obrazami. Nie ma tu konkretnego porządku czy logicznej zasady, na której opiera się wynikająca z tego sekwencja doświadczeń, dlatego sny są zawsze tak dziwaczne i nie z tej ziemi. Uważa się ponadto, że obszary czołowe kory, odpowiedzialne za uwagę i logikę, starają się narzucić tej przypadkowej zbieraninie zdarzeń jakąś formę racjonalności, co tłumaczy, dlaczego mamy poczucie realności snu w trakcie jego trwania i nie uderza nas jawna nieprawdopodobność zdarzeń.

Mimo swej nieokiełznanej i nieprzewidywalnej natury niektóre sny mogą do nas powracać, zwykle te powiązane z jakimś konfliktem czy problemem. Jeśli czymś się akurat stresujesz (na przykład zbliżającym się terminem oddania książki, na który umówiłeś się z wydawcą), to sporo o tym myślisz. W rezultacie masz dużo świeżych śladów pamięciowych na ten temat, które trzeba uporządkować, więc pojawiają się często w snach i raz po raz śnisz o podpaleniu siedziby wydawcy.

Inna teoria głosi, że sen REM jest szczególnie ważny dla małych dzieci, wspomagając rozwój neurologiczny wykraczający poza samą pamięć czy odświeżanie i wzmacnianie różnych połączeń w mózgu. Pozwalałoby to wyjaśnić, dlaczego niemowlęta i dzieci muszą spać znacznie dłużej niż dorośli (często ponad połowę doby), a faza REM ich snu zajmuje w stosunku do pozostałych faz znacznie więcej czasu (stanowi około 80 procent czasu dziecięcego snu w porównaniu z 20 procentami u dorosłych). U dorosłych jest zachowana faza REM, ale tylko w takim stopniu, by utrzymać sprawność mózgu.

Według jeszcze innej teorii sen jest konieczny do usuwania „odpadów produkcyjnych” z mózgu. W nieprzerwanie zachodzących w mózgu złożonych procesach komórkowych powstaje mnóstwo metabolitów, których trzeba się pozbyć. Badania naukowe wykazały, że podczas snu dokonuje się to szybciej, być może więc sen jest dla mózgu odpowiednikiem włoskiej przerwy w godzinach otwarcia restauracji między lunchem a kolacją – czas ten jest równie pracowity, choć wypełniony innymi zadaniami.

Bez względu na to, dlaczego tak się dzieje, sen jest konieczny dla normalnego funkcjonowania mózgu. Ludzie pozbawieni snu, zwłaszcza fazy REM, szybko doświadczają znacznego spadku skupienia poznawczego, uwagi i umiejętności rozwiązywania zadań, spadku nastroju, rozdrażnienia oraz obniżenia zdolności wykonywania wszelkich zadań. Katastrofy nuklearne z Czarnobyla i Three Mile Island łączono z przepracowaniem i wyczerpaniem inżynierów, podobnie jak katastrofę promu kosmicznego Challenger; nie wspominajmy już nawet o długofalowych konsekwencjach decyzji podejmowanych przez pozbawionych snu lekarzy na trzecim dwunastogodzinnym dyżurze z rzędu.20 Jeśli funkcjonujesz zbyt długo bez snu, mózg zaczyna uruchamiać „mikrosny”, kilkuminutowe, czy choćby kilkusekundowe strzępy snu wyrwane jawie. Ale nawet jeśli zdołamy sobie poradzić z wszystkimi problemami kognitywnymi, które powoduje niedostatek snu, brak ten wiąże się ponadto z uszkodzeniem mechanizmów odpornościowych, otyłością, stresem i chorobami serca.

Jeżeli więc zdarzyło ci się przysnąć nad tą książką, nie jest nudna, tylko lecznicza…

Albo to szlafrok, albo morderca z zakrwawioną siekierą

(Mózg a reakcja walki lub ucieczki)

Nasze przetrwanie jako żywych, oddychających istot zależy od spełnienia wymogów biologicznych – snu, jedzenia i ruchu. Nie są to jednak jedyne warunki konieczne do zapewnienia egzystencji. W szerokim świecie czai się mnóstwo niebezpieczeństw, które czekają tylko na okazję, by nas dopaść. Na szczęście miliony lat ewolucji wyposażyły nas w wyrafinowany i godny zaufania zestaw środków obronnych, możliwych do zastosowania w reakcji na potencjalne zagrożenie i koordynowanych z podziwu godną szybkością oraz skutecznością przez nasz zdumiewający mózg. Dysponujemy nawet specjalną emocją przeznaczoną do rozpoznawania zagrożenia i skupiania na nim uwagi – strachem. Jedyną wadą jest to, że mózg wykazuje wrodzoną predylekcję do zabezpieczania się na zapas, co powoduje, że regularnie doznajemy strachu w sytuacjach, w których nie jest naprawdę uzasadniony.

Większość ludzi doświadczyła następującej sytuacji: podczas gdy leżysz z otwartymi oczami w ciemnym pokoju, cienie na ścianie zaczynają nagle mniej przypominać gałęzie drzewa za oknem, a bardziej wyciągnięte szkieletowate odnóża jakiegoś odrażającego potwora. Zaraz potem dostrzegasz kątem oka zakapturzoną postać przy drzwiach.

To na pewno grasujący z siekierą morderca, o którym właśnie opowiadała ci koleżanka. Naturalnie wpadasz w panikę. Tymczasem morderca stoi jak zaklęty. Nie robi najmniejszego ruchu – bo nie może. W rzeczywistości jest bowiem twoim własnym szlafrokiem, powieszonym wieczorem na drzwiach.

Logicznie podchodząc do sprawy, nie ma w tym sensu, więc dlaczego odczuwamy tak silne reakcje lękowe w stosunku do całkowicie niegroźnej rzeczy? Otóż nasz mózg wcale nie jest przekonany o tym braku zagrożenia. Choćbyśmy poruszali się w wysterylizowanych bańkach, a wokół nas nie byłoby żadnych ostrych kantów, mózg nadal podejrzewałby, że śmierć czyha na nas za każdym krzakiem. Dla niego życie przypomina balansowanie na linie zawieszonej nad przestworem pełnym rozwścieczonych szerszeni i potłuczonego szkła. Wystarczy jeden fałszywy krok, a skończysz w piekielnych mękach.

Ta skłonność jest w pełni zrozumiała. Ewolucja człowieka przebiegała we wrogim dziewiczym środowisku, w którym niebezpieczeństwa pojawiały się na każdym kroku. Ci ludzie, którzy wykształcili w sobie zdrową paranoję i uskakiwali przed cieniami (które mogły mieć autentyczne zęby), żyli dość długo, by przekazać swoje geny potomkom. W rezultacie współczesny człowiek dysponuje całym zestawem (w głównej mierze nieświadomych) automatycznych reakcji pozwalających radzić sobie z dowolnym zagrożeniem i odruch skorzystania z tego zestawu jest wciąż jak najbardziej aktywny (podobnie jak gatunek ludzki, któremu ten odruch zapewnił przetrwanie). Mowa tu o reakcji walki lub ucieczki – nazwanej zwięźle i niezwykle trafnie, gdyż rzeczywiście w sytuacji zagrożenia ludzie mogą albo z nim walczyć, albo przed nim uciekać.

Jak się pewnie domyślasz, reakcja walki lub ucieczki powstaje w mózgu. Docierają do niego informacje ze zmysłów, gromadząc się we wzgórzu, które stanowi swego rodzaju węzeł komunikacyjny mózgu. Gdyby porównać mózg do miasta, wzgórze byłoby centralnym dworcem, do którego dociera każdy towar przed wyekspediowaniem do miejsca przeznaczenia.21 Wzgórze łączy się zarówno z zaawansowanymi partiami mózgu w korze, jak i z bardziej prymitywnymi obszarami „gadzimi” w śródmózgowiu i pniu mózgu. To niezwykle ważny rejon.

Niekiedy informacje zmysłowe, które docierają do wzgórza, są niepokojące. Mogą wskazywać na coś nierozpoznawalnego lub też na coś rozpoznawalnego, ale niepokojącego w danym kontekście. Jeżeli jesteś w lesie i słyszysz dziwny skowyt, jest to coś nierozpoznawalnego. Jeżeli jesteś sam w domu i słyszysz kroki na piętrze, sytuacja jest rozpoznawalna, ale groźna. W obu przypadkach donoszące o tym informacje zmysłowe zostają wrzucone do kategorii oznaczonej jako: NIEDOBRZE SIĘ DZIEJE. W korze, gdzie podlegają dalszemu przetwarzaniu, przygląda się im bardziej analityczna partia mózgu. Zastanawiając się, czy jest to coś, czym należy się zaniepokoić, przeszukuje zasoby pamięci, by sprawdzić, czy podobne zdarzenie kiedykolwiek nastąpiło. Jeżeli nie ma dość danych na potwierdzenie, że to, czego doświadczamy, jest bezpieczne, kora może uruchomić reakcję walki lub ucieczki.

Jednocześnie jednak informacje zmysłowe zostają przekazane również do ciała migdałowatego – części mózgu odpowiedzialnej za przetwarzanie silnych emocji, zwłaszcza strachu. Ciało migdałowate nie bawi się w subtelności. Gdy wyczuwa, że coś nie gra, natychmiast ogłasza czerwony alarm, i dzieje się to znacznie szybciej, niż trwa choćby najkrótsza analiza korowa. Właśnie dlatego niepokojące doznanie, na przykład niespodziewane pęknięcie balonika, niemal natychmiast wywołuje reakcję lękową, jeszcze zanim człowiek zdąży przetworzyć informacje na tyle, by zorientować się, że nie dzieje się nic groźnego.22

Następnie powiadomione zostaje podwzgórze. Jest to obszar zlokalizowany (zgodnie z nazwą) tuż pod wzgórzem i odpowiedzialny za dokonywanie różnych zmian w organizmie. Kontynuując wcześniejszą metaforę, jeśli wzgórze jest dworcem, podwzgórze to postój taksówek, które pozwalają dotrzeć do określonych części miasta, gdzie trzeba coś zrobić. Jednym z zadań podwzgórza jest uruchamianie reakcji walki lub ucieczki. Podwzgórze dokonuje tego przez postawienie ciała w stan gotowości bojowej za pośrednictwem współczulnego układu nerwowego.

Być może zastanawiasz się teraz, co to jest współczulny układ nerwowy. Dobre pytanie.

Cały układ nerwowy, czyli rozprzestrzeniająca się na organizm sieć nerwów i neuronów, pozwala mózgowi kontrolować ciało, a ciału komunikować się z mózgiem i na niego oddziaływać. Ośrodkowy układ nerwowy – mózg i rdzeń kręgowy – to miejsce, w którym podejmowane są ważne decyzje. W związku z tym jest on chroniony solidną warstwą kostną (czaszką i kręgosłupem). Od tych struktur odchodzą liczne duże nerwy, które dzielą się na coraz mniejsze, biegnąc dalej, by unerwić resztę ciała. Te sięgające daleko nerwy i ich odgałęzienia, zlokalizowane poza obrębem mózgu i rdzenia kręgowego, nazywa się obwodowym układem nerwowym.

Obwodowy układ nerwowy składa się z dwóch komponentów. Mamy układ somatyczny, zwany też wolicjonalnym, łączący mózg z układem mięśniowo-kostnym i pozwalający na wykonywanie świadomych ruchów, oraz autonomiczny układ nerwowy, który sprawuje kontrolę nad nieświadomymi procesami zapewniającymi nam funkcjonowanie, jest zatem połączony głównie z narządami wewnętrznymi.

Żeby jednak skomplikować to nieco bardziej, autonomiczny układ nerwowy dzieli się na dwie dalsze części: współczulną i przywspółczulną. Układ przywspółczulny odpowiada za utrzymywanie właściwego przebiegu spokojniejszych procesów w organizmie, takich jak stopniowe trawienie posiłku czy regulowanie usuwania odpadów. Gdyby ktoś chciał obsadzić różne części układu nerwowego w telewizyjnym sitcomie, układowi przywspółczulnemu przypadłaby rola zrelaksowanego powolniaka, który zachęca wszystkich, by wyluzowali, i sam rzadko wstaje z kanapy.

W odróżnieniu od niego układ współczulny jest niewiarygodnie spięty. W sitcomie grałby go paranoik owijający się w folię aluminiową i wygłaszający do wszystkich napotkanych osób tyrady na temat działań CIA. Układ współczulny nazywa się często „układem walki lub ucieczki”, ponieważ to on wywołuje różne reakcje ciała w odpowiedzi na zagrożenie. Rozszerza źrenice, by do oczu wpadało więcej światła, co pozwala lepiej dostrzec niebezpieczeństwo. Podnosi puls, doprowadzając jednocześnie do odpływu krwi z obwodowych części ciała oraz mniej istotnych narządów i układów (w tym trawienia i ślinowego – stąd suchość w ustach w chwilach strachu) w stronę mięśni, tak byśmy mieli jak najwięcej energii do biegu lub walki (i czuli w rezultacie wielkie napięcie).

Układy współczulny i przywspółczulny działają bez przerwy i zwykle równoważą się wzajemnie, zapewniając normalne funkcjonowanie różnych systemów organizmu. Jednak w sytuacjach zagrożenia dowodzenie przejmuje układ współczulny, przygotowując ciało do walki lub (metaforycznej) ucieczki. Reakcja ta pobudza również rdzeń nadnerczy, przez co organizm zostaje zalany adrenaliną, odpowiedzialną za kolejne znajome reakcje na zagrożenie: napięcie, sensacje żołądkowe, szybki oddech dla lepszego natlenienia czy rozluźnienie zwieraczy (nie chcesz dźwigać w sobie niepotrzebnego balastu, gdy uciekasz przed czyhającą śmiercią).

Wyostrzona zostaje również spostrzegawczość, uwrażliwiając nas na potencjalne niebezpieczeństwa, a ograniczając zdolność do skupienia się na dowolnych innych drobniejszych sprawach, którymi zajmowaliśmy się, gdy zdarzyło się coś niepokojącego. Jest to skutek zarówno zwyczajowego wyczulenia mózgu na zagrożenie, jak i nagłego napływu do niego adrenaliny, która wzmacnia pewne formy aktywności, a ogranicza inne.23

Na wyższy bieg przechodzi też przetwarzanie emocji w mózgu, głównie z powodu uaktywnienia się ciała migdałowatego.24 Stając w obliczu zagrożenia, musimy być w pełni zmotywowani, by się mu przeciwstawić lub jak najszybciej czmychnąć, dlatego natychmiast opada nas potężny strach lub złość, pogłębiając skupienie na czekającym nas zadaniu oraz gwarantując, że nie będziemy tracić czasu na zbędne filozofowanie.

W obliczu potencjalnego zagrożenia mózg oraz ciało błyskawicznie wchodzą w stan podwyższonej uwagi i fizycznej gotowości do działania. Problem tylko z tym słowem „potencjalne”. Reakcja walki lub ucieczki uruchamia się, jeszcze zanim zyskamy pewność, że jest rzeczywiście potrzebna.

Znów jest to w pełni zrozumiałe. Prymitywny człowiek, który natychmiast uciekał przed czymś, co mogło być tygrysem, miał dużo większe szanse przeżycia i reprodukowania się niż jego kolega, który mówił: „Poczekajmy chwilę, żeby się upewnić”. Pierwszy wracał do pozostałych członków szczepu bez szwanku, drugi zostawał przekąską tygrysa.

Jest to przydatna strategia przeżycia w puszczy, jednak czyni ogromne szkody współczesnym ludziom. Reakcja walki lub ucieczki uruchamia wiele realnych i energochłonnych procesów fizjologicznych, których wyciszenie zabiera dużo czasu. Niemało trwa już samo oczyszczenie krwiobiegu z wezbranej fali adrenaliny, dlatego bardzo niefortunne jest wprowadzanie całego ciała w stan bojowy, ilekroć pęknie jakiś balon.25 Doznajemy spięcia i podniecenia potrzebnego do reakcji walki lub ucieczki, a potem szybko orientujemy się, że nie miało to sensu. Jednak nasze mięśnie pozostają napięte, a puls podniesiony itd. Nie spożytkowując tego w szaleńczym sprincie czy zapasach z napastnikiem, narażamy się na bolesne kurcze, usztywnienie mięśni, drżenie i wiele innych nieprzyjemnych konsekwencji, gdy napięcie przekracza dopuszczalny próg.

Dochodzi do tego zwiększona wrażliwość emocjonalna. Człowiek ogarnięty strachem czy złością nie jest w stanie natychmiast tych emocji odrzucić, toteż nierzadko zostają one przekierowane na Bogu ducha winne przedmioty. Powiedz komuś bardzo zdenerwowanemu, żeby się odprężył, a zobaczysz, co się stanie.

Jednak obciążenie fizyczne wynikające z reakcji walki lub ucieczki to tylko część zagadnienia. Mózg, tak dobrze przystosowany do wyszukiwania zagrożeń i skupiania się na nich, staje się źródłem coraz większych problemów. Po pierwsze, po oszacowaniu bieżącej sytuacji może wzmóc swoje uwrażliwienie na niebezpieczeństwo. Jeżeli przebywamy w ciemnym pomieszczeniu, mózg zdaje sobie sprawę, że nie widzimy zbyt dobrze, nasłuchuje więc podejrzanych dźwięków. Wiemy przecież, że w nocy powinno być cicho, zatem dowolny pojawiający się dźwięk znacznie bardziej zaprząta uwagę i jest w stanie uruchomić systemy alarmowe. Po drugie, dzisiejsza złożoność ludzkiego mózgu sprawia, że mamy zdolność przewidywania, racjonalizacji i posługiwania się wyobraźnią, a w związku z tym możemy obawiać się rzeczy, które się nie zdarzyły, czy zagrożeń nieistniejących, takich jak szlafrok udający mordercę.

Rozdział 3 poświęcam wyjaśnieniu dziwacznych sposobów, na jakie mózg wykorzystuje i przetwarza strach w naszym codziennym życiu. Nasz świadomy umysł, gdy tylko nie jest zajęty nadzorowaniem (i zakłócaniem) fundamentalnych procesów niezbędnych do zachowania przez nas życia, przejawia wyjątkowy talent do wymyślania sposobów, na jakie moglibyśmy ponieść taką czy inną szkodę. Nie musi to być szkoda fizyczna. Mogą to być tak mało uchwytne sprawy jak zawstydzenie czy smutek, fizycznie nieszkodliwe, ale jednak chciałoby się ich uniknąć, toteż sama możliwość ich wystąpienia wystarcza, by uruchomić reakcję walki lub ucieczki…

Zresztą nie jest to relacja jednokierunkowa. Nie tylko mózg wywiera wpływ na to, jakie pożywienie zjadamy, ale również zjadane pożywienie w znacznym stopniu wpływa (lub wpływało) na pracę mózgu.4 Pewne odkrycia wskazują, że wynalezienie metod gotowania sprawiło, iż ludzie nagle zaczęli czerpać znacznie więcej substancji odżywczych z pożywienia. Być może jakiś prehistoryczny człowiek potknął się i trzymany przez niego stek z mamuta wpadł do płonącego w obozowisku ogniska. Zdeterminowany, by nie stracić posiłku, sięgnął może po patyk i wyciągnął mięso, przekonując się, że stało się łatwiejsze do pogryzienia i bardziej apetyczne. Gotowanie i pieczenie surowych produktów żywnościowych ułatwia ich jedzenie i trawienie. Długie i zbite cząsteczki ulegają rozpadowi czy denaturacji, przez co zęby, żołądek i jelita mogą doprowadzić do pobrania większej ilości substancji odżywczych. Uważa się, że skutkowało to gwałtownym skokiem w rozwoju mózgu. Ludzki mózg jest narządem wymagającym niezwykłych nakładów energetycznych ze strony organizmu. Gotowanie żywności pozwoliło nam zaspokoić te potrzeby. Z kolei spotęgowany rozwój mózgu podniósł naszą inteligencję, doprowadził do usprawnienia metod łowieckich, wynalezienia sposobów uprawy ziemi, powstania rolnictwa itd. Żywność zapewniła nam większy mózg, a większy mózg dał nam więcej żywności – idealne sprzężenie zwrotne. [wróć]

To żart. Na razie. [wróć]

ROZDZIAŁ 2

Dar pamięci (zachowaj rachunek)

Dziwne właściwości systemu ludzkiej pamięci

Słowo „pamięć” często się dzisiaj przewija, choć z reguły w sensie technologicznym. „Pamięć” komputerowa to pojęcie powszechnie stosowane i dobrze rozumiane – miejsce magazynowania informacji. Pamięć telefonu, pamięć iPoda, nawet pendrive nazywamy pamięcią zewnętrzną. Można więc wybaczyć, że często traktujemy pamięć komputerową i pamięć ludzką jako z grubsza takie same pod względem sposobu działania. Informacja pojawia się na wejściu, mózg ją zapisuje i ty masz do niej dostęp, gdy zachodzi taka potrzeba, prawda?

Otóż nie. Dane i informacje wprowadza się do pamięci komputera, gdzie pozostają aż do czasu, gdy będzie na nie zapotrzebowanie, wtedy zaś – o ile nie pojawią się jakieś usterki techniczne – zostają pobrane dokładnie w takim samym stanie, w jakim je pierwotnie zapisano. Wszystko jasne i logiczne.

Ale wyobraźmy sobie komputer, który decydowałby, że pewne informacje w jego pamięci są ważniejsze od innych, robiąc to z niewyjaśnionych do końca powodów. Albo komputer, który katalogowałby informacje w sposób całkowicie pozbawiony logiki, na skutek czego w poszukiwaniu najbardziej podstawowych informacji trzeba by przeglądać zawartość wszystkich dysków i folderów po kolei. Albo komputer, który raz po raz nieproszony otwierałby w przypadkowych momentach twoje najbardziej prywatne i zawstydzające pliki, na przykład z pisanymi przez ciebie erotycznymi fanfikami Teletubisiów. Albo komputer, który uznawałby, że nie podobają mu się wprowadzone przez ciebie informacje, więc zmieniałby je stosownie do swoich upodobań.

A teraz wyobraź sobie komputer, który robi wszystkie te rzeczy przez cały czas. Takie urządzenie wyleciałoby przez okno z twojego biura już po pół godzinie od włączenia, posłane na niecierpiące zwłoki, ostateczne spotkanie z betonowym parkingiem trzy piętra niżej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki