Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1193 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gułag - Anne Applebaum

Gułag – nieludzki system represji, który stał się piekłem przeciwników, ofiar czystek i ludzi niewygodnych oraz zbędnych dla komunistycznej władzy. Jego przejmujący obraz stworzyli wielcy pisarze, m.in. Aleksander Sołżenicyn, Wiktor Szałamow, Gustaw Herling-Grudziński. W literaturze faktu opisała go Anne Applebaum w tej książce.
Gułag” to znacznie więcej niż historia sowieckiego systemu obozów pracy, które powstały tuż po zwycięstwie rewolucji i rozrastały się gwałtownie wraz z dojściem Stalina do władzy (w tym czasie do obozów trafiło 18 milionów ludzi, 4,5 miliona nigdy z nich nie wróciło). To również opowieść o państwie w państwie, które rządziło się według własnych reguł i praw, które miało własny język, literaturę, orkiestry, teatry i własną niemoralną moralność. Anne Applebaum otwiera przed czytelnikami wszystkie, najbardziej nawet ukryte obszary funkcjonowania Gułagu i życia jego katów i ofiar. Opowiada zarówno o brawurowych ucieczkach i buntach, jaki o niewyobrażalnych karach, jakie spotkały ich uczestników. Oprowadza po świecie, który nigdy nie powinien istnieć, a przecież stał się nieludzkim domem dla niemal 30 milionów ludzi.

Opinie o ebooku Gułag - Anne Applebaum

Fragment ebooka Gułag - Anne Applebaum

Tytuł oryginału: Gulag. A History

Tłumaczenie: Jakub Urbański

Konsultacja naukowa i słowniczek: prof. dr hab. Paweł Wieczorkiewicz

Przekład rozdziału pierwszego: Małgorzata Claire Wybieralska

Redakcja: Magdalena Szczęsny-Mrówczyńska

Korekta: Maria Paluch

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Zdjęcie na okładce: ITAR-TASS/PAP

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

copyright © 2003 by Anne Applebaum

By arrangement with the author. All rights reserved.

© copyright by Agora SA 2018

© copyright for the Polish translation by Jakub Urbański 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

Wydanie III

ISBN: 978-83-268-2090-8 (epub), 978-83-268-2091-5 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Książka ta jest dedykowana tym wszystkim, którzy opisali to, co się wydarzyło

W strasznych latach jeżowszczyzny spędziłam siedemnaście miesięcy w więziennych kolejkach Leningradu. Pewnego razu ktoś „rozpoznał” mnie. Wtedy stojąca za mną kobieta o sinych wargach, która oczywiście nigdy nie słyszała mego nazwiska, ocknęła się z odrętwienia, w jakim trwaliśmy wszyscy, i zapytała mnie na ucho (wszyscy tam mówili szeptem):

– A to może pani opisać?

I powiedziałam:

– Mogę.

Wtedy coś w rodzaju uśmiechu przemknęło przez to, co niegdyś było jej twarzą.

Anna Achmatowa Requiem (tłum. E. Siemaszkiewicz) zamiast przedmowy

PODZIĘKOWANIA

Żadna książka nie jest dziełem jednej osoby, ta jednak z pewnością nie mogłaby powstać bez olbrzymiego wkładu intelektualnego i materialnego wielu ludzi. Część z nich to moi bliscy przyjaciele, wielu innych nigdy nie miałam okazji poznać. Może to nietypowe, że dziękuję autorom, którzy od wielu lat już nie żyją. W ten sposób chciałabym jednak upamiętnić tę nieliczną, ale niezwykłą grupę byłych więźniów obozów. Pisząc tę książkę, ciągle powracałam do ich pamiętników. Mimo iż wielu łagierników pisało o swoich przeżyciach niezwykle głęboko i elokwentnie, nie jest jednak dziełem przypadku, że w książce tej przeważają cytaty z dzieł Warłama Szałamowa, Isaaka Filsztinskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Jewgienii Ginzburg, Lwa Razgona, Janusza Bardacha, Olgi Adamowej-Sliozberg, Anatolija Żygulina, Alexandra Dolguna, no i – oczywiście – Aleksandra Sołżenicyna. Niektórzy z nich to najsławniejsi więźniowie Gułagu, inni są może nieco mniej znani, łączy ich jednak pewna wyjątkowa cecha. Spośród setek pamiętników, jakie miałam okazję przeczytać, to właśnie ich książki wyróżniały się najbardziej, i to nie tylko siłą swej prozy. Autorzy ci próbowali poprzez horror obozów doszukać się głębszych prawd o naturze ludzkiej.

Jestem bardziej niż wdzięczna wielu mieszkańcom Moskwy, którzy pomogli mi przebrnąć przez archiwa, poznali z byłymi łagiernikami i jednocześnie przedstawili swoją opinię na temat przeszłości. Po pierwsze, chciałabym wspomnieć tu archiwistę i historyka, Aleksandra Kokurina – mam nadzieję, że zapisze się jako pionier współczesnej historii rosyjskiej. Dziękuję również Gali Winogradowej i Alle Borynie, które z niezwykłym wręcz zapałem poświęciły się tej pracy. Bardzo pomogły mi też rozmowy z Anną Griszyną, Borisem Bielikinem, Nikitą Pietrowem, Susanną Pieczuro, Aleksandrem Gurianowem, Arsienijem Roginskim i Nataszą Małychiną z moskiewskiego oddziału Stowarzyszenia „Memoriał”, Siemionem Wilenskim z „Wozwraszczenia”, jak również z Olegiem Chlewniukiem, Zoją Jeroszok, profesor Natalią Lebiediewą, Lubą Winogradową i Stanisławem Gregorowiczem, pracownikiem ambasady polskiej w Moskwie. Mam również dług wdzięczności wobec wielu ludzi, którzy udzielili mi długich, wyczerpujących wywiadów; nazwiska ich umieściłam w bibliografii.

Wiele zawdzięczam też ludziom spoza Moskwy. Wszystkim osobom, które były gotowe porzucić swoje zajęcia i poświęcić mnóstwo cennego czasu cudzoziemce zupełnie znienacka pojawiającej się, aby zadawać im naiwne pytania na temat tego, czym zajmowali się od wielu lat. Byli wśród nich: Nikołaj Morozow i Michaił Rogaczow z Syktywkaru; Żenia Chajdarowa i Luba Pietrowna z Workuty; Irina Szabulina i Tatiana Fokina z Wysp Sołowieckich; Galina Dudina z Archangielska; Wasilij Makurow, Anatolij Cygankow i Jurij Dmitriew z Pietrozawodzka; Wiktor Szmirow z Permu; Leonid Trus z Nowosybirska; Swietłana Dojnisena, dyrektor Muzeum Historycznego w Iskitimie; Wieniamin Joffe i Irina Rieznikowa z petersburskiego oddziału Stowarzyszenia „Memoriał”. Jestem niezmiernie wdzięczna pracownikom Archangielskiej Biblioteki Krajoznawczej, z których kilkoro poświęciło cały dzień, próbując pomóc mi w zrozumieniu historii swojego regionu. Uznali to po prostu za bardzo ważne.

W Warszawie niezwykle pomocna okazała się biblioteka i archiwa Instytutu Karta, jak również rozmowy z Anną Dzienkiewicz i Dorotą Pazio. David Nordlander i Harry Leich pomogli mi w waszyngtońskiej Bibliotece Kongresu. Szczególnie dziękuję też Elenie Danielson, Thomasowi Henriksonowi, Lorze Soroka i przede wszystkim Robertowi Conquestowi z Hoover Institution. Włoszka, historyk Marta Craveri, bardzo pomogła mi w zrozumieniu istoty buntów obozowych. Z rozmów z Władimirem Bukowskim i Aleksandrem Jakowlewem dowiedziałam się wiele o epoce poststalinowskiej.

Jestem winna specjalne podziękowania: Lynde and Harry Bradley Foundation, John M. Olin Foundation, Hoover Institution, Märit and Hans Rausing Foundation oraz Johnowi Blundellowi z Institute of Economic Affairs, za wsparcie pieniężne i duchowe.

Pragnę również podziękować kolegom, którzy w trakcie pisania tej książki służyli mi radami praktycznymi i wiedzą historyczną. Są wśród nich: Antony Beevor, Colin Thubron, Stefan i Danuta Waydenfeldowie, Jurij Morakow, Paul Hofheinz, Amity Shlaes, David Nordlander, Simon Heffer, Chris Joyce, Alessandro Missir, Terry Martin, Aleksandr Gribanow, Piotr Paszkowski oraz Orlando Figes, jak również Radek Sikorski, którego teka ministerialna okazała się niezwykle użyteczna.

Specjalne podziękowania należą się też Georgesowi Borchardtowi, Kristine Puopolo, Gerry’emu Howardowi i Stuartowi Proffittowi, którzy aż do samego końca czuwali nad powstawaniem tej książki.

Na koniec pragnę podziękować za przyjaźń, gościnę, jedzenie i mądre uwagi Christianowi i Natashy Carylom, Edwardowi Lucasowi, Jurijowi Sienokossowowi i Lenie Niemirowskiej, moim cudownym moskiewskim gospodarzom.

WSTĘP

I los uczynił wszystkich równymi

Poza jakimikolwiek granicami prawa

Synów kułaka i czerwonego komendanta

Synów popa i komisarza...

Tutaj zrównały się klasy

Wszyscy są braćmi, kumplami z obozu

Ludzie naznaczeni piętnem zdrajcy...

Aleksandr Twardowski Prawem pamięci[1]

Oto historia Gułagu, historia sieci obozów pracy rozrzuconych po całym obszarze Związku Sowieckiego – od wysp na Morzu Białym po brzegi Morza Czarnego; od kręgu arktycznego po równiny Azji Centralnej; od Murmańska po Workutę i Kazachstan; od centrum Moskwy po przedmieścia Leningradu. Słowo „Gułag” jest akronimem nazwy: Gławnoje Uprawlenie Łagieriej – Główny Zarząd Obozów. W miarę upływu czasu mianem tym zaczęto określać nie tylko samą instytucję, ale i cały sowiecki system pracy niewolniczej i wszystkie jego formy: obozy pracy, obozy karne, obozy dla więźniów politycznych i kryminalnych, obozy dla kobiet, dzieci i obozy przejściowe. Co więcej, określenie „Gułag” utożsamiano także z samym systemem represji – zespołem procedur określanych przez więźniów mianem „maszynki do mięsa”. Składały się na niego aresztowania, przesłuchania, procesy, transporty w nieogrzewanych wagonach bydlęcych, przymusowa praca, lata wygnania. Epilogiem bywała często przedwczesna i niepotrzebna śmierć.

Początków Gułagu można doszukiwać się jeszcze w Rosji carskiej. Od XVII stulecia do początków XX wieku funkcjonowała na Syberii instytucja katorżniczej pracy przymusowej. Tuż po rewolucji październikowej przybrała ona współczesną i znaną do dziś formę, stając się jednocześnie nieodłączną częścią systemu sowieckiego. Masowy terror, wymierzony w rzeczywistych i domniemanych wrogów, stanowił ważną część rewolucji od samego jej początku. Już w lecie 1918 roku Lenin, jako przywódca rewolucji, domagał się, by „elementy niepewne” zamykać w obozach koncentracyjnych na obrzeżach większych miast[2]. Masowe aresztowania objęły rzesze arystokratów, kupców i wszystkich innych, określanych jako potencjalni „wrogowie”. W roku 1921 w czterdziestu trzech prowincjach funkcjonowały osiemdziesiąt cztery obozy, których zadaniem była „resocjalizacja wrogów ludu”.

W roku 1929 łagry nabrały nowego charakteru. Wtedy to Stalin podjął bowiem decyzję o wykorzystaniu pracy przymusowej dla przyspieszenia industrializacji. Dzięki niej planowano eksploatację zasobów naturalnych ledwie nadającej się do zasiedlenia północnej części kraju. Od tego roku tajna policja zaczęła przejmować kontrolę nad systemem penitencjarnym, a obozy i więzienia na terenie całego kraju powoli wychodziły spod władzy aparatu sądowniczego. Fale masowych aresztowań w latach 1937 i 1938 zainicjowały okres niezwykle dynamicznej ekspansji Gułagu. Już pod koniec lat trzydziestych łagry można było znaleźć we wszystkich dwunastu strefach czasowych Związku Sowieckiego.

Wbrew obiegowej opinii Gułag nie przestał się rozrastać w latach trzydziestych, a nawet przeciwnie, jego zasięg rozszerzał się nieprzerwanie także przez cały okres drugiej wojny światowej, by osiągnąć szczyt na początku lat pięćdziesiątych. W tym czasie łagry stanowiły główną podporę ekonomii sowieckiej. One to dostarczały jedną trzecią produkowanego przez kraj złota, znaczną część węgla oraz drewna, a także wiele innych kopalin i surowców. Przez cały okres istnienia Związku Sowieckiego, powołano do życia co najmniej 476 niezależnych kompleksów obozowych i tysiące pojedynczych obozów; w każdym przebywało od kilkuset do wielu nawet tysięcy więźniów[3]. Pracowali oni w niemal wszystkich gałęziach gospodarki – od wyrębu lasów, przez kopalnie, budowy, fabryki, gospodarstwa rolne, aż po wojskowe biura projektowe. Żyli w swoistym wewnętrznym państwie, tworząc własną cywilizację. Gułag rządził się własnymi prawami, miał odrębne zwyczaje, moralność i specyficzny slang. Dał początek własnej literaturze, miał własnych zbrodniarzy i bohaterów. Odcisnął głębokie piętno na wszystkich, którzy przez niego przeszli – dotyczy to zarówno więźniów, jak i strażników. Wiele lat po uwolnieniu, mieszkańcy Gułagu potrafili rozpoznać na ulicy swoich współtowarzyszy – wystarczyło, że zobaczyli „wyraz ich oczu”.

Tego typu spotkania nie należały do rzadkości – obozy miały olbrzymią rotację więźniów. Aresztowania trwały nieprzerwanie, ale też równie częste bywały zwolnienia. Więźniowie odzyskiwali wolność albo po odsiedzeniu wyroku, albo z powodu kalectwa lub gdy wcielano ich w szeregi Armii Czerwonej. Zwalniano kobiety z małymi dziećmi i tych, którzy awansowali z więźniów na strażników. W efekcie ogólna liczba więźniów obozów oscylowała w granicach dwóch milionów, ale tych, którzy jako więźniowie polityczni lub kryminalni przewinęli się przez obozy, było dużo, dużo więcej. Szacuje się, że od roku 1929 – kiedy zaczął się gwałtowny rozwój Gułagu – do śmierci Stalina w roku 1953, przez łagry przewinęło się około 18 milionów ludzi. Dalsze 6 milionów zesłano lub deportowano na pustynie Kazachstanu i w leśne ostępy Syberii. Wprawdzie nie żyli za drutem kolczastym, jednak prawo wiązało ich z miejscem zesłania, czyniąc z nich niewolników[4].

Angażujący miliony osób, oparty na masowej pracy niewolniczej system obozów przestał funkcjonować wkrótce po śmierci Stalina. Gensek przez całe życie wierzył, że Gułag stanowi podporę ekonomii sowieckiej. Dla jego następców było jasne, że jest jedynie ostoją zacofania i marnotrawstwa. Przyszli spadkobiercy polityczni Stalina już u schyłku jego życia zaczęli zamykać obozy. Proces ten przyspieszyły trzy duże bunty i wiele mniejszych, choć nie mniej groźnych incydentów.

Łagry nie zniknęły całkowicie, a jedynie przeszły ewolucję. Przez lata siedemdziesiąte i na początku osiemdziesiątych niektóre z nich zreformowano i zamieniono na więzienia dla nowego pokolenia opozycjonistów. Za sprawą dysydentów i międzynarodowych ruchów obrony praw człowieka wieści o nich docierały na Zachód. Problem łagrów odgrywał coraz to większą rolę w rozgrywkach dyplomatycznych okresu zimnej wojny. Jeszcze w latach osiemdziesiątych prezydent Ronald Reagan poruszał ten temat w rozmowach z Michaiłem Gorbaczowem. On to dopiero, wnuk łagierników, zainicjował w roku 1987 mozolny proces likwidacji obozów politycznych Związku Sowieckiego.

Choć istniały przez cały czas trwania sowieckiego państwa, prawda o ich historii dopiero całkiem niedawno ujrzała światło dzienne i duże jej fragmenty wciąż pozostają nieznane, zwłaszcza w obiegu masowym. Jak pisał francuski historyk komunizmu, Pierre Rigoulot: „Wiedza ludzka nie nawarstwia się niczym cegły systematycznie dokładane do ściany ręką murarza. Jej rozwój, lecz również zastój i zanik, uwarunkowane są podłożem społecznym, kulturowym i politycznym”[5].

Można by rzec, że jak dotąd nikomu nie udało się przygotować odpowiedniego podłoża do zrozumienia istoty Gułagu.

Po raz pierwszy zetknęłam się z tym problemem kilka lat temu, podczas przechadzki po moście Karola, jednej z głównych atrakcji turystycznych cieszącej się świeżą demokracją Pragi. Szłam wśród kuglarzy i tancerzy, co kilkanaście kroków mijając stragany pełne obrazków z widokami pięknych uliczek, tanią biżuterią i breloczkami z napisem „Praga” – słowem wszystkim, czym handluje się w tego typu miejscach. Wśród tych drobiazgów były też sowieckie parafernalia wojskowe: czapki, epolety, klamry od pasków i cynowe znaczki z Leninem i Breżniewem, jakie onegdaj w klapach mundurków nosiły dzieci w ZSRS. Większość klientów kupujących sowieckie emblematy, stanowili amerykańscy lub zachodnioeuropejscy turyści. Zapewne wszyscy oburzyliby się na samą myśl o noszeniu w klapie swastyki. Nikt jednak nie miał nic przeciwko przypięciu sierpa i młota do koszulki lub czapki. Tego rodzaju drobne obserwacje pozwalają uchwycić nastroje społeczne: symbole jednych zbrodni budzą w nas przerażenie, symbole innych – tylko śmiech.

Zupełną obojętność wobec stalinizmu, cechującą przemierzających ulice Pragi turystów, można częściowo wytłumaczyć brakiem odpowiednich obrazów w kulturze masowej Zachodu. „Zimna wojna” stworzyła Jamesa Bonda, thrillery i filmy o Rambo z wyjętymi żywcem z kreskówek postaciami Rosjan. Nie powstało jednak żadne dzieło na miarę Listy Schindlera lub Wyboru Zofii. Steven Spielberg, jeden z najwybitniejszych reżyserów Hollywoodu, zajął się japońskimi (Imperium Słońca) i niemieckimi obozami koncentracyjnymi, pomijając temat łagrów stalinowskich. Te ostatnie nie przemawiały najwyraźniej tak dobrze do hollywoodzkiej wyobraźni.

Wysoka kultura także nie poświęciła temu zagadnieniu większej uwagi. Reputacja Martina Heideggera doznała uszczerbku za sprawą jego krótkotrwałej, acz nieskrywanej sympatii do nazizmu – entuzjazmu, który zrodził się na długo przed popełnieniem przez Hitlera największych zbrodni. Z drugiej strony opinia o Jeanie Paulu Sartrze nie ucierpiała zbytnio z powodu jego zajadłego poparcia dla stalinizmu, wyrażanego już w latach powojennych, kiedy nie było trudno o dowody licznych zbrodni Stalina. „Skoro nie byliśmy członkami partii – pisał Sartre – ani jej jawnymi sympatykami, nie było naszym obowiązkiem pisać o sowieckich obozach pracy; mogliśmy pozostać poza sporami o naturę tego systemu, o ile nie zajdą wydarzenia o znaczeniu socjologicznym”[6]. Przy innej okazji zwracał się do Alberta Camusa: „Tak jak Ty uważam, że nie możemy tolerować tych obozów, równie nie do zniesienia jednak jest codzienne wykorzystywanie tego tematu przez prasę burżuazyjną”[7].

Po upadku Związku Sowieckiego sytuacja zaczęła się powoli zmieniać. W 2002 roku brytyjski powieściopisarz Martin Amis, poruszony stalinizmem i samą postacią Stalina, poświęcił im książkę. Jego wysiłki skłoniły innych pisarzy do postawienia pytania: czemu tak niewielu przedstawicieli lewicy odważyło się poruszyć temat zbrodni stalinowskich?[8]. Z drugiej strony wiele pozostało bez zmian. Jest na porządku dziennym, że amerykańscy uczeni uniwersyteccy wychwalają czystki stalinowskie lat trzydziestych, pisząc, że były niezwykle użyteczne, gdyż zmobilizowały ludzi i pozwoliły przygotować grunt pod pieriestrojkę[9]. Nadal zdarza się, że brytyjscy wydawcy odmawiają przyjęcia do druku artykułu z powodu „zbyt antysowieckiego wydźwięku”[10]. Najczęstszymi postawami wobec terroru stalinowskiego, z jakimi się zetknęłam, są po prostu znudzenie i obojętność. Poniekąd szczera i pochlebna recenzja mojej książki poświęconej sytuacji w zachodnich republikach Związku Sowieckiego po roku 1990, zawierała ustęp: „Przez ziemie te w latach trzydziestych przeszła fala terroru głodowego, Stalin był odpowiedzialny za śmierć większej liczby Ukraińców niż Hitler Żydów. Ile osób żyjących na Zachodzie o tym pamięta? W końcu to umieranie było tak bardzo nudne, tak zupełnie pozbawione jakiegokolwiek dramatyzmu”[11].

To wszystko drobiazgi – kupno znaczka z sierpem i młotem, reputacja filozofa, obecność lub brak hollywoodzkich filmów. Zbierzmy je jednak razem, a powstanie cała historia. Amerykanie i Europejczycy doskonale wiedzą, co wydarzyło się w Związku Sowieckim. Świetnie przyjętą przez Zachód powieść Aleksandra Sołżenicyna Jeden dzień Iwana Denisowicza, w latach 1962-1963 opublikowano w wielu językach. Dziesięć lat później ukazała się, również w wielu krajach, jego relacja z obozów – Archipelag Gułag. Książka ta wzbudziła wiele dyskusji, a w niektórych krajach stała się przyczyną rewolucji intelektualnej. Najbardziej dało się to odczuć we Francji, gdzie duża część lewicy przyjęła postawę antysowiecką. W latach osiemdziesiątych pojawiły się nowe fakty, ujawnione w okresie głasnosti.

Nie zmienia to faktu, że zbrodnie stalinowskie nie wywołują takiego wzburzenia, jak te popełnione przez Hitlera. Jakiś czas temu różnice między nimi usiłował wyjaśnić mi Ken Livingstone, były członek brytyjskiego parlamentu, a obecnie burmistrz Londynu. Według niego w III Rzeszy dochodziło do „zbrodni”, w Związku Sowieckim zaś – jedynie do „wypaczeń”. Odzwierciedla to powszechny – niekoniecznie wśród zatwardziałych lewaków – pogląd, że w pewnym momencie „ojczyzna światowego proletariatu” zdryfowała w niewłaściwą stronę. Nie był to jednak, tak jak w przypadku hitlerowskich Niemiec, błąd systemowy.

Do całkiem niedawna można było uznać, że ta powszechna obojętność wobec tragedii, jaką przyniósł komunizm, wynika z wielu okoliczności. Był to efekt wpływu czasu: reżimy komunistyczne z biegiem lat stawały się coraz bardziej łagodne i nienaganne. Nikt nie obawiał się generała Jaruzelskiego czy nawet Breżniewa, chociaż każdy z nich dźwigał odpowiedzialność za tragedie swych narodów. Do tego dochodziła nieznajomość faktów, których potwierdzenie odnaleziono by w materiałach archiwalnych. Uczeni, przez długie lata pozbawieni dostępu do źródeł, rzadko zajmowali się tym tematem. Archiwa pozostawały zamknięte. Wstęp na teren byłych obozów był zabroniony. Do sowieckich łagrów i ich ofiar nigdy nie dotarły kamery filmowe, tak jak pod koniec drugiej wojny światowej stało się to w Niemczech. Brak wyobraźni doprowadził do braku zrozumienia.

Ideologia także miała swój udział w wypaczeniu historii Sowietów i Europy Wschodniej[12]. Od lat trzydziestych niewielka grupa działaczy lewicy zachodniej usiłowała wyjaśnić, a niekiedy nawet usprawiedliwiać i obozy, i terror, który przyczynił się do ich powstania. W 1936 roku, kiedy miliony sowieckich chłopów pracowały pod przymusem w obozach lub żyły na wygnaniu, para brytyjskich socjalistów, Sidney i Beatrice Webb, opublikowała wyniki szeroko zakrojonych studiów nad Związkiem Sowieckim. Pisali między innymi, że „uciśnione rosyjskie chłopstwo stopniowo zyskuje poczucie swobody politycznej”[13]. W trakcie pokazowych procesów moskiewskich, kiedy to Stalin arbitralnie skazał na odsiadkę tysiące niewinnych członków partii, dramaturg Bertolt Brecht w rozmowie z filozofem Sidney’em Hookiem powiedział: „Im bardziej są niewinni, tym bardziej zasługują na śmierć”[14].

Nawet w późnych latach osiemdziesiątych można było znaleźć uczonych, którzy z zapałem opisywali zalety opieki zdrowotnej w Niemczech Wschodnich i inicjatywy pokojowe Polski Ludowej. Wielu aktywistów czuło zażenowanie wobec zainteresowania dysydentami więzionymi w obozach na terenie Europy Wschodniej. Może działo się tak dlatego, że nauki tych samych filozofów – Marksa i Engelsa – ukształtowały poglądy całej lewicy, zarówno zachodniej, jak i sowieckiej. Używano tych samych pojęć do opisania świata: „masy”, „walka”, „proletariat”, „wyzyskiwacze” i „wyzyskiwani” czy też „własność środków produkcji”. Zbyt głębokie potępienie Związku Sowieckiego oznaczałoby potępienie czegoś, co było tak bliskie sercom wielu przedstawicieli lewicy zachodniej.

Ale to nie tylko skrajna lewica i zachodni komuniści starali się znaleźć usprawiedliwienie dla zbrodni Stalina, czego nigdy nie zrobiliby w wypadku Hitlera. Ideały komunistów – sprawiedliwość i równość społeczna – były zdecydowanie bardziej atrakcyjne dla większości mieszkańców Zachodu niż nazistowski nacjonalizm i triumf silnych nad słabymi. Nawet jeśli w praktyce ideologia komunistyczna była zaprzeczeniem tego, co sama głosiła, spadkobiercom rewolucji francuskiej i amerykańskiej wojny o niepodległość trudniej było potępiać system o założeniach brzmiących podobnie jak te, na których opierał się system, w jakim sami wyrośli. Może właśnie dlatego przekazywane przez naocznych świadków relacje z Gułagu od samego początku były bagatelizowane i podważane, i to przez tych samych ludzi, którym nie przyszłoby nawet do głowy kwestionować świadectwa holocaustu dane przez Primo Leviego i Elie Wiesela. Od czasów rewolucji październikowej osoby zainteresowane miały dostęp do oficjalnych danych dotyczących sowieckich obozów, a oficjalną relację poświęconą jednemu z pierwszych łagrów utworzonych podczas budowy Kanału Białomorskiego, opublikowano nawet po angielsku. Nazywanie tego ignorancją nie wystarczy, by wyjaśnić powody, dla których zachodni intelektualiści omijali ten temat.

Z drugiej strony zachodnia prawica nie wahała się potępiać zbrodni sowieckich, chociaż często czyniła to w sposób, który niweczył jej wysiłki. Niewątpliwie człowiekiem, który najbardziej zaszkodził sprawie przeciwników komunizmu, był amerykański senator Joe McCarthy. Opublikowane ostatnio dokumenty świadczą wprawdzie, że spora część stawianych przez niego zarzutów nie była pozbawiona podstaw, nie zmienia to jednak faktu, że jego zajadłe tropienie komunistów wśród postaci życia publicznego Stanów Zjednoczonych i „sądy” nad sympatykami komunizmu bardzo niekorzystnie wpłynęły na opinię społeczną, która racje antykomunistów uznała za szowinistyczne i nietolerancyjne[15]. W rezultacie działania McCarthy’ego przyczyniły się do obiektywnego badania historii nie lepiej niż to, co robili jego wrogowie.

Tak naprawdę nasz stosunek do przeszłości Sowietów nie wiąże się z jakąkolwiek ideologią polityczną. Jest w jakimś stopniu zanikającym wspomnieniem drugiej wojny światowej. Żyjemy w przekonaniu, że była wyłącznie wojną – nikt nie chce tego obrazu burzyć. Pamiętamy D-Day, wyzwolenie niemieckich obozów koncentracyjnych, dzieci z radością witające na ulicach amerykańskie czołgi. Nikt nie chce słyszeć o drugiej, mrocznej stronie zwycięstwa aliantów. O tym, że nie wyzwolono łagrów naszego sprzymierzeńca Stalina, tak bardzo przypominających obozy hitlerowskie. Nikt nie chce przyznać, że po wojnie – w wyniku przymusowych repatriacji – tysiące Rosjan poniosło śmierć, że oddając w Jałcie miliony ludzi pod władzę Stalina, przyczyniono się do popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości. To wszystko zniszczyłoby nieskazitelny moralnie obraz naszych wspomnień z tego okresu. Nikt nie chce pamiętać, że pokonano jednego zbrodniarza z pomocą innego. Wszyscy zapomnieli, jakimi względami cieszył się ów morderca u zachodnich mężów stanu. „Naprawdę lubię Stalina, nigdy nie złamał danego słowa” – przyznał w rozmowie z przyjacielem brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden[16]. Zachowało się bardzo dużo zdjęć, przedstawiających uśmiechniętych Stalina z Churchillem i Rooseveltem.

Oczywiście niemałą rolę odegrała tu propaganda sowiecka. Sowieci nie ustawali w wysiłkach, by podać w wątpliwość dzieła Sołżenicyna. Przedstawiano go jako szaleńca, antysemitę lub pijaka; trzeba przyznać, że nie bez powodzenia[17]. Skutek odniosła też presja wywierana na zachodnich uczonych i dziennikarzy. Kiedy w latach osiemdziesiątych kończyłam w Stanach licencjat, koledzy poradzili mi, żebym nie zawracała sobie głowy studiami magisterskimi na temat stalinizmu – wiązało się to ze zbyt wieloma trudnościami. Ci, którzy pisali o Związku Sowieckim w sposób „przychylny”, mieli w nagrodę lepszy dostęp do archiwów i oficjalnych źródeł informacji, dostawali też na dłużej wizy. Nie groziły im konsekwencje w postaci wydalenia i wynikających stąd problemów. Nie muszę chyba dodawać, że nikt z zewnątrz nie miał dostępu do materiałów dotyczących łagrów i poststalinowskiego systemu więziennictwa. Ten problem w ogóle nie istniał, a tych, którzy mimo to drążyli temat, pozbawiano prawa pobytu w kraju.

Wszystkie te wyjaśnienia układają się w logiczną całość. Po raz pierwszy zaczęłam poważnie myśleć o tym zagadnieniu w roku 1989, kiedy upadał komunizm. Wtedy wydawało mi się zupełnie oczywiste, że nie mam jak dowiedzieć się więcej o stalinowskim Związku Sowieckim. Zatajona historia czyniła go jednak jeszcze bardziej intrygującym. Po upływie dziesięciu lat mam do tego inny stosunek. Druga wojna światowa stała się sprawą minionego pokolenia. „Zimna wojna” też odeszła do historii, a zrodzone przez nią przymierza i podziały powoli się zacierają. Zachodnia lewica konkuruje z prawicą na zupełnie innych płaszczyznach. Ale pojawił się terroryzm – nowa groźba dla cywilizacji zachodniej – i wydaje się, że szczególnie teraz należy zacząć badać dawne zagrożenia ze strony komunizmu.

Innymi słowy, wraz ze zmianą społecznego, kulturowego i politycznego „podłoża” uzyskaliśmy dostęp do informacji o obozach. Pod koniec lat osiemdziesiątych dokumenty związane z Gułagiem zalały Związek Sowiecki doby Michaiła Gorbaczowa. Artykuły o życiu w obozach koncentracyjnych po raz pierwszy pojawiły się na łamach prasy. Dzięki sensacyjnym informacjom sprzedawano całe nakłady gazet. Odżyły dawne spory, dotyczące liczby zabitych i więzionych. Historycy i towarzystwa badaczy rosyjskich, wśród których prym wiodło moskiewskie Stowarzyszenie „Memoriał”, zaczęły wydawać monografie poświęcone poszczególnym obozom i ludziom, podawać szacunkowe liczby ofiar i listy z imionami zamordowanych i zmarłych. Wysiłki te szybko dostrzegli historycy byłych republik sowieckich i krajów Układu Warszawskiego. Zabrali się do pracy, a w ślad za nimi, z pewnym opóźnieniem, podążyli historycy zachodni.

Mimo wielu przeszkód rosyjskie badania nad historią sowiecką wciąż posuwają się naprzód. To prawda, że pierwsza dekada XXI stulecia różni się od ostatnich lat minionego wieku – badania historyczne nie są już głównym tematem debat publicznych i nie budzą tak wielu emocji. Większość czasu uczonych rosyjskich i spoza Rosji pochłania ślęczenie nad tysiącami pojedynczych dokumentów – godziny spędzone w nieogrzewanych i pełnych przeciągów archiwach i dni strawione na żmudnym poszukiwaniu faktów i liczb. Powoli jednak pojawiają się efekty. Bez pośpiechu, cierpliwie „Memoriał” przygotował przewodnik po Gułagu, opublikował serię przełomowych książek historycznych, a także zgromadził potężne archiwum ustnych i pisanych relacji tych, którym udało się przeżyć. Część z nich opublikowano we współpracy z Instytutem Sacharowa i wydawnictwem „Wozwroszczenie” („Powrót”). Rosyjskie pisma naukowe i wydawnictwa uniwersyteckie zaczęły publikować oparte na nowych badaniach monografie oraz zbiory dokumentów źródłowych. Podobną pracę wykonano w innych krajach, na uwagę zasługują zwłaszcza osiągnięcia polskiego Ośrodka „Karta”, prace muzeów historycznych na Litwie, Łotwie i Węgrzech oraz w Estonii i Rumunii. Do tego należy doliczyć garstkę uczonych amerykańskich i zachodnioeuropejskich, którzy mieli dość czasu i energii, by pracować w sowieckich archiwach.

Przygotowując tę książkę, korzystałam z tych właśnie materiałów oraz dwóch innych typów źródeł, do których jeszcze dziesięć lat temu nie było dostępu. Przede wszystkim mam tu na myśli pamiętniki, które niczym grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się w latach osiemdziesiątych w Rosji, Ameryce, Izraelu, Europie Wschodniej i innych krajach. Pisząc tę książkę, sięgałam do nich bardzo często. W przeszłości akademicy sowieccy podchodzili do wspomnień z Gułagu z dużą rezerwą. Uważali, że wielu pisarzy ze względów politycznych naginało fakty. Poza tym większość pamiętników pisano wiele lat po uwolnieniu z obozu. Gdy autorów zawodziła pamięć, zapożyczali fakty od poprzedników. Tak czy inaczej, po przeczytaniu kilku setek relacji i przeprowadzeniu wywiadów z dwoma tuzinami osób, nauczyłam się odsiewać mało wiarygodne fakty, ujawniać plagiaty i eliminować wątki polityczne. Zauważyłam też, że o ile nie można w żaden sposób polegać na zawartych w pamiętnikach danych dotyczących imion, dat i liczb, o tyle są nieocenione, jeśli chodzi o informacje związane z życiem codziennym. Znalazłam tam wiele informacji o stosunkach między więźniami, konfliktach poszczególnych grup, zachowaniu strażników i władz, o roli przekupstwa oraz o miłości i pożądaniu. Zupełnie świadomie skupiłam się w dużej mierze na dziełach Warłama Szałamowa, który pisał zbeletryzowane opowiadania o swoim życiu w obozach, opierając je jednak na kanwie wydarzeń autentycznych.

Jeśli to tylko było możliwe, wspomagałam pamiętniki danymi archiwalnymi – źródłem, które wbrew pozorom wykorzystuje niewielu badaczy. Propaganda sowiecka miała tak wielką moc, że potrafiła często zupełnie zatrzeć obraz rzeczywistości. Będę pisać o tym w dalszej części książki. W przeszłości historycy mieli więc pełne prawo nie ufać oficjalnym dokumentom, często starannie spreparowanym, by ukryć prawdę. Ale dokumenty wówczas tajne pełniły inną funkcję. By panować nad obozami, administracja Gułagu musiała dysponować rejestrami niektórych danych. Moskwa musiała wiedzieć, co dzieje się w prowincjach, komendanci obozów – dostawać instrukcje od administracji centralnej; potrzebne też były statystyki. Nie oznacza to bynajmniej, że można w pełni polegać na materiałach archiwalnych – biurokraci mieli własne powody, by gmatwać najzwyklejsze nawet fakty. Jeśli jednak korzystamy z archiwów rozważnie, mają one nieocenioną wartość. Poza wszystkim innym to archiwa pomagają nam wyjaśnić, czemu budowano obozy lub przynajmniej, co z ich pomocą chciał osiągnąć reżim stalinowski.

Archiwa są zdecydowanie bardziej różnorodne, niż można by się tego spodziewać, opowiadają historię obozów z wielu perspektyw. Miałam na przykład dostęp do archiwum administracji Gułagu, zawierającego raporty inspektorów, sprawozdania finansowe, listy komendantów obozów do ich zwierzchników w Moskwie, dane dotyczące prób ucieczek oraz listy utworów wystawianych przez obozowe teatry. Wszystko to zgromadzone jest w Archiwum Państwowym Federacji Rosyjskiej (GARF) w Moskwie. Korzystałam również z zapisów zebrań partyjnych i dokumentów zebranych jako część „osoboj papki”, specjalnego archiwum Stalina. Dzięki pomocy historyków rosyjskich mogłam dotrzeć do kartotek wojskowych i archiwów konwojów, zawierających na przykład listy przedmiotów więźniom zakazanych. Poza Moskwą odwiedziłam archiwa lokalne w Pietrozawodsku, Archangielsku, Syktywkarze, Workucie i na Wyspach Sołowieckich, gdzie przechowywane są zapiski z wydarzeń w obozach – dzień po dniu. Podobny charakter mają zresztą materiały z Dmitłagu, obozu, którego więźniowie budowali kanał Moskwa-Wołga. We wszystkich zachowały się zapiski o życiu codziennym osadzonych, rozkazy i akta więźniów. Pewnego razu wręczono mi sporą część archiwum obozu Kiedrowy Szor, małego oddziału Inta, obozu górniczego za kręgiem polarnym, z uprzejmym pytaniem, czy nie chciałabym tego kupić.

Te wszystkie źródła poskładane w całość umożliwiły mi napisanie książki o obozach zupełnie innej, niż wszystkie wydane do tej pory. Nie musiałam porównywać tego, co „utrzymywali” nieliczni dysydenci, z tym, co „utrzymywał” rząd sowiecki. Nie potrzebowałam szukać „złotego środka” między relacjami uchodźców sowieckich a oficjalnym stanowiskiem rządu. Zamiast tego opisałam, do czego doszło, wykorzystując język, jakim posługiwali się strażnicy, milicjanci i wszelkiego autoramentu więźniowie, odsiadujący różne wyroki w różnym czasie. Emocje i otoczka polityczna, którymi przez długi czas owiana była historiografia sowieckich obozów koncentracyjnych, nie są głównym tematem tej książki. Są nim doświadczenia ofiar Gułagu.

Oto historia Gułagu. Pisząc te słowa, miałam na myśli historię sowieckich obozów koncentracyjnych: ich początki – sięgające rewolucji bolszewickiej, ich rozwój – jako filaru sowieckiej ekonomii, ich rozpad – po śmierci Stalina. Książka ta mówi także o dziedzictwie Gułagu, bo nie ma cienia wątpliwości, że reżim i rytuały sowieckiego życia politycznego i obozów dla kryminalistów znane z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wywodzą się bezpośrednio z poprzedniej epoki. Uznałam zatem, że należą do tej historii.

Jednocześnie jest to książka o życiu w Gułagu, opowiada więc jego historię na dwa sposoby. Pierwsza i trzecia część ułożone są w porządku chronologicznym. Część druga poświęcona jest życiu w obozach i omawia poszczególne jego aspekty. Większość przykładów i cytatów zawartych w tej części pochodzi z lat czterdziestych – dekady, w której system osiągnął apogeum. Odwoływałam się także achronologicznie, zarówno do lat wcześniejszych, jak i późniejszych. Niektóre procesy i sfery życia obozowego kształtowały się bowiem na przestrzeni lat, uznałam zatem, że należy pokazać je u źródła.

Napisałam już, czym jest ta książka, teraz przyszła kolej, by wyjaśnić, czym niewątpliwie nie jest. Nie opisuje dziejów Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, czystek i represji. Nie jest także opisem panowania Stalina, jego Politbiura i tajnej policji, których zawiłą historię starałam się możliwie jak najbardziej uprościć. Wprawdzie wykorzystałam sporo dzieł dysydentów sowieckich, często pisanych pod olbrzymią presją i z wielką odwagą, ale książka nie zawiera również pełnej historii sowieckiego ruchu obrony praw człowieka.

Nie oddaję pełnej sprawiedliwości narodom i więźniom cierpiącym pod jarzmem reżimu sowieckiego, tak w obozach koncentracyjnych, jak i poza nimi: Polakom, przedstawicielom narodów bałtyckich, Ukraińcom, Czeczenom, niemieckim i japońskim jeńcom wojennym. Nie wnikam w szczegóły Wielkiej Czystki i zbrodni z lat 1937-1938, których większość miała miejsce poza obozami – nie piszę więc o masakrze tysięcy polskich oficerów w Katyniu i innych miejscach. Książka ta jest przeznaczona dla przeciętnego czytelnika, który nie dysponuje specjalistyczną wiedzą o historii Sowietów. Poza tym jeden tom to stanowczo za mało, by to wszystko opisać.

Wiem, że nie oddałam pełnej sprawiedliwości „specjalnym przesiedleńcom”. Milionom osób wysłanych z tych samych przyczyn i w tym samym czasie co więźniowie Gułagu, ale nie do obozów, lecz na wygnanie do odległych wsi i przysiółków. Tysiące z nich zmarło z głodu, zimna i wyczerpania. W latach trzydziestych większość ich stanowili kułacy i bogate chłopstwo; jednych wysiedlano z przyczyn politycznych, innych – jak Polaków, Bałtów, Ukraińców, Czeczenów i Niemców nadwołżańskich – wysiedlano w latach czterdziestych z uwagi na narodowość. Różne były koleje ich losu, trafiali do Kazachstanu, Azji Centralnej i na Syberię... Wspominam o nich, gdyż uważam, że ich historia przeplata się z dziejami więźniów Gułagu, ale aby ją opowiedzieć, potrzeba osobnej monografii. Mam nadzieję, że wkrótce ktoś ją napisze.

Wprawdzie książka ta poświęcona jest sowieckim obozom koncentracyjnym, nie można traktować ich jednak jako wyodrębnionego zjawiska. Gułag wyrósł i rozwinął się w określonym czasie i miejscu, a jego dzieje należy rozpatrywać co najmniej w trzech aspektach: jako rozdział historii Związku Sowieckiego, jako fragment historii międzynarodowego i rosyjskiego więziennictwa oraz jako fenomen głęboko osadzony w szczególnym klimacie intelektualnym Europy połowy XX stulecia – klimacie, z którego zrodziły się również nazistowskie obozy koncentracyjne w Niemczech.

Pisząc, że Gułag stanowi „rozdział historii Związku Sowieckiego”, mam na myśli coś bardzo konkretnego: system ten nie wyłonił się znikąd – odzwierciedlał istniejące standardy społeczne. Jeśli w obozach panował brud, strażnicy byli brutalni, a drużyny pracy niechlujne i niedbałe, działo się tak w dużej mierze dlatego, że brud, brutalność i niechlujstwo były nieodłącznymi cechami innych sfer sowieckiej egzystencji. Jeśli życie w obozach było potworne, nieznośne i nieludzkie, a śmiertelność niezwykle wysoka, nie powinno to też zaskakiwać. W historii Związku Sowieckiego zdarzały się okresy, kiedy życie było potworne, nieznośne i nieludzkie, a śmiertelność wysoka – w obozach i poza nimi.

Niewątpliwie nie bez powodu pierwsze sowieckie obozy powstały bezpośrednio po krwawej, brutalnej i chaotycznej rewolucji październikowej. Zrodzony podczas rewolucji terror trwał, a lata wojny domowej sprawiły, że wielu Rosjan uznało, iż nadszedł ostateczny zmierzch cywilizacji. „Wyroki śmierci wydawano arbitralnie – pisał historyk Richard Pipes – ludzi rozstrzeliwano lub uwalniano bez powodu, kierując się kaprysem”[18]. Po roku 1917 cały dotychczasowy system wartości społecznych postawiono na głowie: doświadczenie i nabyty majątek stały się dla wielu ludzi brzemieniem, rabunki gloryfikowano jako przejaw „nacjonalizacji”, a morderstwa stały się powszechnie przyjętą praktyką w walce o dyktaturę proletariatu. W tej atmosferze umieszczenie przez Lenina tysięcy ludzi w łagrach, tylko dlatego że niegdyś byli bogaci lub przynależeli do arystokracji, nie było niczym dziwnym i zaskakującym.

Na tej samej zasadzie wysoką śmiertelność w łagrach w konkretnych latach można uznać za odbicie sytuacji panującej w całym kraju. Wzrosła na początku lat trzydziestych, kiedy to przez cały kraj przetaczała się fala głodu, i ponownie – podczas drugiej wojny światowej. Inwazja niemiecka pociągnęła za sobą nie tylko miliony ofiar na polach walki, przyniosła również epidemie dyzenterii, tyfusu oraz kolejną klęskę głodu. Wszystko to odbiło się również na życiu w łagrach. Zimą 1941 roku na 1942 jedna czwarta populacji Gułagu zmarła z głodu, podobny los spotkał około miliona mieszkańców zamkniętego przez Niemców w potrzasku Leningradu[19]. Kronikarka odciętego od świata miasta, Lidia Ginzburg, pisała o głodzie: „Jest czymś stałym [...], był obecny przez cały czas i zawsze dawał odczuć swoją obecność [...], najpotworniejsze i najbardziej bolesne było to, że pożywienie znikało w zastraszającym tempie, nie pozostawiając po sobie uczucia sytości”[20]. Czytelnik przekona się, jak bardzo jej ponure słowa przywodzą na myśl wspomnienia byłych łagierników.

Oczywiście mieszkańcy Leningradu umierali w swych domach, podczas gdy Gułag rujnował życie, niszczył rodziny, rozdzielał rodziców od dzieci i skazywał miliony ludzi na bytowanie w odległych pustkowiach, tysiące kilometrów od bliskich. Mimo to przerażające doświadczenia więźniów można przyrównać do potwornych wspomnień „wolnych” obywateli sowieckich, takich jak Jelena Kożyna, ewakuowana z Leningradu w lutym 1942 roku. Przyglądała się, jak po kolei umierają z głodu jej brat, siostra i babcia. Gdy Niemcy podeszli pod miasto, Jelena uciekała z matką na oślep, widząc po drodze „sceny popłochu i chaos [...]. Świat rozsypał się na tysiące kawałków. Wszystko przesiąknięte było na wskroś dymem i potwornym smrodem spalenizny, a pola zatłoczone i duszne, jakby ściśnięte w gorącej, okopconej pięści”. Mimo iż nigdy nie doświadczyła życia w łagrze, Kożyna, nie mając nawet dziesięciu lat, poczuła na własnej skórze, czym są potworne zimno, głód i strach. Upiorne wspomnienia nawiedzały ją przez całe życie. Pisała: „Nic nie wymaże z mojej pamięci widoku ciała Wadika wynoszonego z domu pod kocem; wijącej się w agonii Tani; mnie i Mamy – ostatnich dwóch – wlokących się przez płonące pole wśród dymu i grzmotów”[21].

Społeczność Gułagu i pozostali mieszkańcy Związku Sowieckiego dzielili ze sobą zdecydowanie więcej niż tylko cierpienie. Zarówno w obozach, jak i poza nimi praktykowano brakoróbstwo, rządziła taka sama złodziejska, głupia biurokracja, panoszyła się korupcja, a ludzkie życie otoczone było pogardą. Pisząc tę książkę, wspomniałam mojemu znajomemu z Polski o wypracowanym przez łagierników systemie „tufty” – fałszowaniu wykonania norm pracy (opisałam go w późniejszych rozdziałach). Szczerze go to ubawiło: „Myślisz, że wymyślili to więźniowie? Cały blok sowiecki zajmował się «tuftą»”. W Związku Sowieckim doby Stalina sposób życia nie różnił się fundamentalnie w obrębie drutu kolczastego i poza nim, można co najwyżej mówić o różnym stopniu nasilenia pewnych zjawisk. Może dlatego właśnie Gułag uznawany był często za kwintesencję systemu sowieckiego. W slangu więźniów nie używano słowa „wolność” – świat zewnętrzny, poza zasiekami z drutu kolczastego, określany był mianem „bolszoj zony” – wielkiej zony. Większej i mniej zabójczej niż „mała zona” obozu, równie jednak nieludzkiej.

Gułag stanowił nieodłączną część życia w Związku Sowieckim. Historii łagrów nie da się też oddzielić od długich dziejów więzień, wysiedleń i obozów koncentracyjnych na całym świecie. Osadzanie skazanych w odległym miejscu, w którym mogliby „spłacić swój dług względem społeczeństwa”, było niezwykle użyteczne i pozwalało ograniczyć demoralizujący kontakt zwykłych ludzi z kryminalistami. Praktykowano to od zarania dziejów. Władcy starożytnych Rzymu i Grecji wysyłali opozycjonistów do odległych prowincji. Sokrates wolał zginąć, niż cierpieć wygnanie z Aten. Owidiusz został wysłany do cuchnącego miasteczka portowego nad Morzem Czarnym. Za czasów króla Jerzego Anglicy osadzali kieszonkowców i złodziei w Australii. W dziewiętnastowiecznej Francji wysyłano skazańców do Gujany, a Portugalczycy wysiedlali kryminalistów do Mozambiku[22].

W 1917 roku władze świeżo utworzonego Związku Sowieckiego nie musiały daleko szukać. System zesłań funkcjonował w Rosji już od XVII wieku, pierwsze wzmianki o nim w ustawodawstwie rosyjskim pochodzą z roku 1649. W tych czasach wygnanie uznawano za nowoczesną, bardziej humanitarną formę kary za przestępstwa kryminalne. Było alternatywą dla kary śmierci, piętnowania i okaleczania – na wygnanie skazywano za wszelkiego rodzaju mniej lub bardziej poważne wykroczenia, począwszy od zażywania tabaki i wróżenia, aż po zabójstwo[23]. Wielu rosyjskich intelektualistów i pisarzy, wśród nich Puszkin, w jakiejś formie znajdowało się na wygnaniu. W roku 1890 będący u szczytu sławy literackiej Antoni Czechow zaskoczył wszystkich podróżą, w którą wyruszył, by opisać kolonie karne na położonej na Pacyfiku wyspie Sachalin. Swoje motywy wyjaśnił w liście do wydawcy:

Z książek, które czytałem i czytam, wynika, że zamęczyliśmy w więzieniach miliony ludzi, zamęczyli za nic, bezmyślnie, po barbarzyńsku; gnaliśmy po mrozie zakutych w kajdany ludzi dziesiątki tysięcy wiorst, zarażaliśmy ich syfilisem, deprawowali, mnożyli przestępców – i to wszystko szło na karb zapijaczonych strażników więziennych. Teraz cała kulturalna Europa wie, że nie strażnicy są winni, tylko my wszyscy, ale to nas nie obchodzi, to nieciekawe[24].

Dziś z perspektywy widać, jak wiele pierwowzorów praktyk stosowanych później w łagrach istniało już w carskim systemie więziennictwa. Tak jak w przypadku Gułagu, na zsyłkę trafiali nie tylko kryminaliści. Ustanowione w 1736 roku prawo mówiło, że jeśli któryś z mieszkańców wsi miał zły wpływ na pozostałych, starszyzna mogła rozdzielić jego majątek i kazać mu się wynosić. Jeśli wygnaniec nie umiał znaleźć sobie miejsca zamieszkania, państwo mogło zesłać go na zsyłkę[25]. W rzeczy samej na tę ustawę w roku 1948 powołał się Chruszczow, forsując (z powodzeniem zresztą) projekt wysiedlania kołchoźników uznanych arbitralnie za zbyt leniwych[26].

Wysiedlania praktykowano w Rosji przez cały XIX wiek. W książce Syberia (Siberia and the Exile System) George Kennan opisał system „zesłań w trybie administracyjnym”, który zaobserwował w czasie pobytu w Rosji w 1891 roku.

Zesłany administracyjnie nie potrzebuje być podejrzanym o spełnienie jakiego przestępstwa [...], jeśli jakakolwiek władza miejscowa uważa jego obecność za „szkodliwą dla porządku społecznego”; aresztują go wtedy i z zezwolenia ministra spraw wewnętrznych wysyłają do jakiejkolwiek miejscowości wewnątrz olbrzymiego państwa, gdzie w ciągu lat pięciu znajduje się on pod nadzorem policji[27].

Zesłanie w trybie administracyjnym nie wymagało procesu sądowego i prawomocnego wyroku – było więc najdogodniejszą z punktu widzenia władzy karą wobec nie tylko przestępców, lecz również przeciwników politycznych. Z początku znaczną część zesłańców stanowili Polacy, którzy nie chcieli pogodzić się z utratą swej niepodległości. W późniejszych latach szeregi ich zasilili wolnomyśliciele oraz członkowie tajnych stowarzyszeń i ugrupowań o „rewolucyjnym” charakterze – między innymi bolszewicy. Najbardziej znanymi w historii dziewiętnastowiecznej zsyłki jej ofiarami byli dekabryści, elitarna grupa wyższych oficerów pochodzenia szlacheckiego, którzy w 1825 roku zawiązali spisek mający na celu obalenie cara Mikołaja I. Nie zesłano ich jednak w trybie administracyjnym, wszyscy zostali osądzeni i skazani z niezwykłą surowością, która zszokowała całą ówczesną Europę. Car skazał na karę śmierci pięciu z nich, pozostali zaś – pozbawieni tytułów i zakuci w łańcuchy – trafili na Sybir. Do niektórych, wykazując się niezwykłą odwagą, dołączyły żony. Niewielu z dekabrystów żyło na tyle długo, by doczekać ułaskawienia przez następcę Mikołaja, Aleksandra II. Ci, którym się to udało, powrócili do Petersburga po trzydziestu latach od chwili zsyłki, jako zmęczeni starzy ludzie[28]. Kolejnym sławnym więźniem politycznym był Fiodor Dostojewski, skazany w 1849 roku na cztery lata zsyłki. Po powrocie z Syberii opisał swe doświadczenia we Wspomnieniach z domu umarłych, najbardziej znanej relacji o życiu w więzieniach carskich.

Tak jak w późniejszych latach, za czasów carskich zsyłki nie stanowiły wyłącznie formy kary. Władcy rosyjscy starali się wykorzystać zesłańców – zarówno politycznych, jak i kryminalistów – aby poradzić sobie z odwiecznymi problemami gnębiącymi Rosję: słabym zaludnieniem północnych i wschodnich rubieży oraz brakiem siły roboczej, umożliwiającej wykorzystanie zasobów naturalnych. Już na początku XVIII wieku zaczęto skazywać niektórych więźniów na przymusową pracę – karę znaną pod nazwą „katorga” (termin ten wywodzi się od greckiego słowa keteirgon – „zmuszać”). Katorga ma dość długą historię. Piotr Wielki wykorzystywał skazańców i chłopstwo jako siłę roboczą do budowy dróg, manufaktur, fortyfikacji, okrętów oraz samego Sankt Petersburga. W roku 1722 wydał ukaz, na którego mocy kryminaliści wraz z żonami i dziećmi przesiedlani byli w okolice kopalń srebra w Daurii, na wschodzie Syberii[29].

Dzięki wykorzystaniu pracy przymusowej, Piotrowi udało się osiągnąć olbrzymi sukces ekonomiczny i polityczny. W rzeczy samej dzieje setek tysięcy ludzi, którzy poświęcili życie, budując Petersburg, miały olbrzymi wpływ na następne pokolenia. To, że tak wielu zginęło w trakcie budowy miasta, nie przeszkodziło mu stać się symbolem postępu i europeizacji. Metody były okrutne, jednak dzięki nim zyskiwał cały naród. Przykład Piotra pomaga wytłumaczyć, czemu jego następcy na tronie bez oporów zaadaptowali system pracy katorżniczej. Wielkim admiratorem stosowanych przez Piotra Wielkiego metod budownictwa był bez wątpienia Stalin.

Mimo wszystko jednak w XIX wieku katorga nie była częstą karą. W 1906 roku wyroki odbywało zaledwie około 6 tysięcy katorżników; w roku 1916, w przeddzień rewolucji, było ich 28 600[30]. Zdecydowanie większe znaczenie dla gospodarki rosyjskiej miała inna kategoria skazańców: przymusowi osadnicy. Nie odsiadywali oni kary w więzieniu, skazywano ich na wygnanie i zsyłano w słabo zaludnione, ważne ze względów ekonomicznych, regiony kraju. Tylko między rokiem 1824 a 1889 na Syberię trafiło około 720 tysięcy zesłańców tej kategorii. Wielu towarzyszyły rodziny. To właśnie oni, nie zaś zakuci w łańcuchy katorżnicy, przyczynili się do zasiedlenia bogatych w surowce mineralne pustkowi Rosji[31].

Zesłania nie należały do najlżejszych kar, wielu osadników spotkał los zdecydowanie gorszy niż więźniów katorgi. Osiedlano ich w odległych prowincjach na nieurodzajnych pustkowiach. Żyli bez kobiet (nigdy nie stanowiły one więcej niż piętnaście procent zesłańców), bez książek i bez jakichkolwiek rozrywek. W czasie długich zim wielu marło z głodu, inni z braku zajęcia zapijali się na śmierć[32].

Czechow, podążając przez Syberię na Sachalin, napotkał i opisał takich osadników: „Większość z nich jest biedna, są osłabieni, prymitywnie wykształceni, potrafią jedynie coś nabazgrać. Niektórzy zaczynają od wyprzedawania sztuka po sztuce swych koszul z holenderskiego sukna, prześcieradeł i chustek. Z reguły po dwóch, trzech latach umierają w nędzy”[33].

Nie wszyscy jednak zesłańcy byli aż tak wynędzniali i zdegenerowani. Syberia leżała daleko od europejskiej części Rosji, urzędnicy byli tam bardziej pobłażliwi. Niektórym z zesłańców i byłych więźniów udawało się niekiedy dorobić całkiem znacznych majątków. Lepiej wykształceni zostawali lekarzami, prawnikami lub prowadzili szkoły[34]. Księżna Maria Wołkonska, żona dekabrysty Siergieja Wołkonskiego, ufundowała w Irkucku teatr i salę koncertową. Księżna, tak jak jej mąż, pozbawiona została tytułu szlacheckiego. Mimo to jednak zaproszenie na jej salony uchodziło za wielki zaszczyt, a sława wydawanych przez nią balów dotarła do Moskwy i Petersburga[35].

Na początku XX wieku system wiele stracił ze swej dawnej surowości. Do Rosji w końcu dotarła panująca w dziewiętnastowiecznej Europie moda na liberalizację więziennictwa. Rygor powoli słabł, a policja robiła się opieszała[36]. W porównaniu z tym, co miało nastąpić, droga na Syberię była wtedy miłą wycieczką. W każdym razie trudno nazwać ją uciążliwą karą dla garstki osób, które miały zostać przywódcami rewolucji październikowej. Jako więźniowie polityczni bolszewicy cieszyli się, w porównaniu z kryminalistami, przywilejami. Mieli dostęp do książek, papieru i przyborów do pisania. Jeden z przywódców bolszewickich, Ordżonikidze, wspominał z pobytu w petersburskiej twierdzy Schlüsselburg lekturę Adama Smitha, Ricardo, Plechanowa, Williama Jamesa, Fredericka Taylora, Dostojewskiego i Ibsena[37]. Jak na ówczesne standardy bolszewicy byli dobrze karmieni i ubierani. Fotografia Trockiego, zrobiona w 1906 roku w Twierdzy Pietropawłowskiej, ukazuje go w okularach, garniturze, z krawatem, w koszuli z zaskakująco białym kołnierzykiem. Jedynie okienko judasza w drzwiach wskazuje, że zdjęcie mogło zostać zrobione w więzieniu[38]. Inna fotografia, pochodząca z 1900 roku, z czasów kiedy Trocki przebywał na zesłaniu we wschodniej Syberii, ukazuje go w futrzanej czapie i grubym szynelu, w otoczeniu ubranych w buty i futra mężczyzn i kobiet[39]. Pół wieku później w Gułagu tego typu stroje uchodziłyby za niezwykłą ekstrawagancję i niewyobrażalny luksus.

Gdy życie na carskim wygnaniu stawało się nie do zniesienia, zawsze pozostawała ucieczka. Stalin był aresztowany i zsyłany czterokrotnie. Trzy razy udało mu się uciec – raz z guberni irkuckiej i dwa razy z okolic Wołogdy, regionu usianego w późniejszych latach łagrami[40]. Jego pogarda dla bezradności reżimu carskiego była bezgraniczna. Rosyjski biograf Dmitrij Wołkogonow ujął jego opinię o katordze w słowach: „Można było nie pracować i nawet uciekać. Żeby uciec ze zsyłki, przede wszystkim trzeba było chcieć”[41].

Doświadczenia syberyjskie dały bolszewikom podstawy, na których mogli oprzeć swój system. Uświadomiły im także potrzebę wprowadzenia wyjątkowo silnego i brutalnego reżimu.

Skoro Gułag stanowił nieodłączną część dziejów Rosji i Związku Sowieckiego, nie da się go oderwać od historii całej Europy. ZSRS nie był w XX wieku jedynym państwem, w którym zaprowadzono totalitarny porządek społeczny i zorganizowano system obozów koncentracyjnych. Nie mam tutaj zamiaru porównywać i przeciwstawiać sobie obozów sowieckich i niemieckich, nie da się jednak zupełnie tego zagadnienia pominąć. Obydwa systemy powstały mniej więcej w tym samym czasie, na jednym kontynencie. Hitler zdawał sobie sprawę z istnienia sowieckich łagrów, Stalin zaś wiedział o holocauście. Niektórzy więźniowie przeżyli i opisali obozy obydwu systemów, w jakiś sposób sobie bliskich.

Po pierwsze, zarówno nazizm, jak i komunizm sowiecki wyrosły z barbarzyńskich doświadczeń pierwszej wojny światowej i będącej jej następstwem rosyjskiej wojny domowej. Zastosowane na szeroką skalę nowoczesne, zindustrializowane metody walki spotkały się z potężnym odzewem intelektualistów i artystów.

Mniej zauważone – choć nie przez miliony ofiar! – pozostały powszechnie stosowane niewolnicze systemy penitencjarne. Obydwie strony już od 1914 roku tworzyły na terenie całej Europy obozy jenieckie i internowania. W 1918 roku na terenie samej Rosji przetrzymywano około 2,2 miliona jeńców wojennych. Nawiasem mówiąc, niektóre z pierwszych łagrów sowieckich powstały właśnie na terenie takich obozów[42].

Obozy sowieckie i nazistowskie łączyło jeszcze jedno – stanowiły rozdział w szerzej rozumianej historii obozów koncentracyjnych, której początki sięgają ostatnich lat XIX stulecia. Mówiąc o obozach koncentracyjnych, mam tu na myśli obozy stworzone, aby więzić ludzi nie za popełnione czyny, lecz po prostu za to, kim byli. W przeciwieństwie do obozów dla kryminalistów lub jeńców wojennych, obozy koncentracyjne powstawały z myślą o specyficznym typie więźniów cywilnych, należących do „wrogich” ugrupowań, lub o pewnych kategoriach obywateli – ze względów rasowych lub światopoglądowych – uznawanych za niebezpiecznych lub obcych społeczeństwu[43].

Zgodnie z tą definicją pierwsze współczesne obozy tego typu powstały w 1895 roku na Kubie. By położyć kres lokalnym powstaniom, rząd hiszpański rozpoczął politykę reconcentración, mającą na celu wysiedlenie kubańskich wsi i „skoncentrowanie” ich mieszkańców w obozach, odbierając tym samym powstańcom wsparcie – jedzenie i schronienie – które dawali im chłopi. W roku 1900 hiszpański termin reconcentración doczekał się angielskiego odpowiednika; użyto go w odniesieniu do akcji o zbliżonym charakterze, przeprowadzonej przez Brytyjczyków w czasie wojny burskiej w południowej Afryce. Burską ludność cywilną „skoncentrowano” w obozach, by pozbawić bojowników burskich wsparcia i schronienia.

Od tego momentu pomysł rozprzestrzeniał się dalej. Prawdopodobnie rosyjski termin koncłagier pojawił się jako forma tłumaczenia angielskiego określenia concentration camp. Niewykluczone zresztą, że wprowadził go obznajomiony z historią wojen burskich Trocki[44]. W 1904 roku niemieccy koloniści w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej podchwycili brytyjski wzorzec, z jedną tylko modyfikacją. Zamiast po prostu zamknąć w obozie buntujących się czarnych należących do plemienia Herero, zmuszono ich do wykonywania prac na rzecz władz.

Między pierwszymi niemieckimi obozami pracy w Afryce a zbudowanymi trzydzieści lat później obozami nazistowskimi istnieje wiele dosyć dziwnych powiązań. Po raz pierwszy słowo Konzentrationslager pojawiło się w języku niemieckim w roku 1905, w odniesieniu do obozów pracy w Afryce. Pierwszym cesarskim zarządcą Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej był dr Heinrich Göring, ojciec Hermanna, który to w 1933 roku uruchomił pierwsze obozy nazistowskie. To właśnie w Afryce po raz pierwszy przeprowadzono eksperymenty medyczne na ludziach. Dwóch nauczycieli Josefa Mengele – Theodor Mollison i Eugen Fischer – badało członków plemienia Herero. Prace Fischera miały udowodnić jego teorię o wyższości białej rasy. Jego poglądy nie były zresztą niczym niezwykłym. W 1912 roku wydano w Niemczech bijącą rekordy sprzedaży książkę Myśl niemiecka na świecie. Czytamy w niej między innymi:

Nic nie przekona rozsądnych ludzi, że przetrwanie plemion południowoafrykańskich pogan jest ważniejsze dla przyszłości ludzkości niż ekspansja wielkich narodów Europy i rasy białej jako takiej [...]. Tylko gdy tubylcy nauczą się robić coś wartościowego, służąc rasie wyższej [...], można orzec, że mają moralne prawo do egzystencji[45].

Poglądy tego typu rzadko wypowiadano w sposób tak bezpośredni, leżały one jednak u podstaw praktyk kolonialistów. Nie ma wątpliwości, że niektóre formy kolonializmu umacniały mit wyższości białej rasy, usprawiedliwiając tym samym przemoc wobec innych. Można więc uznać, że zwyrodniałe doświadczenia niektórych kolonistów pomogły przetrzeć szlak dwudziestowiecznemu totalitaryzmowi europejskiemu[46]. Nie tylko zresztą europejskiemu. Indonezja jest doskonałym przykładem państwa epoki postkolonialnej, którego władcy zamykali opozycję w obozach koncentracyjnych, tak jak czynili to ich europejscy poprzednicy.

Imperium rosyjskie nie było tutaj wyjątkiem. Przesuwając swoją granicę na wschód, dosyć skutecznie podporządkowywało sobie rdzennych mieszkańców[47]. Lew Tołstoj w powieści Anna Karenina opisuje obiad, podczas którego mąż Anny, urzędnik odpowiedzialny za sprawę „obcoplemieńców”, dowodzi, że „oddziaływać na inny naród może tylko ten, kto stoi na wyższym stopniu rozwoju”[48]. Bolszewicy, tak jak zresztą wszyscy wykształceni Rosjanie, byli w pewnym stopniu świadomi, że ich imperium niesie zagładę Kirgizom, Buriatom, Tunguzom, Czukczom i innym ludom. Fakt, że niezbyt się tym przejmowali – mimo iż w innych okolicznościach tak bardzo troszczyli się o los uciśnionych – świadczy sam w sobie o ich skrywanych zamiarach.

To, co działo się na południu Afryki i dalekim wschodzie Syberii, nie miało specjalnego wpływu na powstanie obozów koncentracyjnych w Europie. Pogląd, że niektóre typy ludzi są nadrzędne w stosunku do innych, był na początku XX wieku wystarczająco powszechny. To właśnie w najgłębszy sposób wiąże sowieckie łagry z obozami nazistowskimi. Obydwa reżimy częściowo usankcjonowały swoje istnienie, tworząc kategorie „wrogów” lub „podludzi”, których w imię prawa można było skazywać i eksterminować na masową skalę.

W nazistowskich Niemczech na pierwszy ogień poszli kalecy i umysłowo chorzy. Kolejno dołączyli do nich Cyganie, homoseksualiści, przede wszystkim zaś jednak Żydzi. W Związku Sowieckim pierwszymi ofiarami stali się „byli ludzie” – członkowie wydziedziczonych elit, a następnie „wrogowie ludu”. Ta wielce nieprecyzyjna definicja obejmowała nie tylko przeciwników reżimu, lecz również różne grupy narodowościowe i etniczne, które kierując się równie nieprecyzyjnymi przesłankami, uznano za zagrażające państwu sowieckiemu i władzy Stalina. W różnych latach z jego rozkazu przeprowadzano masowe aresztowania Polaków, Bałtów, Czeczenów, Tatarów, a u schyłku życia wodza – także Żydów[49].

Kategorie te nigdy nie były w pełni arbitralne i trudno nazwać je określonymi. Pół wieku temu Hannah Arendt pisała, że zarówno naziści, jak i bolszewicy stworzyli kategorię swojego rodzaju „dyżurnych wrogów”, których tożsamość „zmienia się stosownie do okoliczności w ten sposób, że natychmiast po zlikwidowaniu jednej kategorii można wypowiedzieć wojnę następnej”. Dodawała też, że „zadanie totalitarnej policji nie polega na wykrywaniu przestępstw, ale na tym, żeby być pod ręką, kiedy rząd postanawia zaaresztować pewną kategorię ludności”[50]. Tak więc ludzi aresztowano nie za popełnione czyny, lecz za to, kim byli.

W wypadku obydwu narodów utworzenie obozów koncentracyjnych było na dobrą sprawę końcowym etapem długiego procesu dehumanizacji wrogów – procesu, który rozpoczął się od retoryki. W Mein Kampf Hitler opisał, jak to w pewnym momencie zupełnie niespodziewanie zdał sobie sprawę, że to właśnie Żydzi odpowiedzialni są za problemy gnębiące Niemcy. Wszystkie „mętne przedsięwzięcia, jakakolwiek forma plugastwa, zwłaszcza w życiu kulturalnym” były dziełem Żydów. „Przecinając nożem tego rodzaju wrzody, natychmiast odkrywa się, jak robaka w rozkładających się zwłokach, małego Żyda, którego często oślepia niespodziewane światło”[51].

Lenin i Stalin także zaczęli od zrzucania odpowiedzialności za niezliczone porażki ekonomii sowieckiej na „wrogów”. Nazywali ich „niszczycielami”, „sabotażystami” i agentami wrogich mocarstw. W latach trzydziestych, gdy fala aresztowań przybrała na sile, Stalin pogłębił znacznie swą retorykę. Potępiał „wrogów ludu” jako plagę, skażenie i „trujące chwasty”. Mówił o wrogach jako „brudzie”, który należy „poddawać nieustannej czystce”. Tymi samymi chwytami posługiwała się propaganda nazistowska, dążąc do tego, by Żydów powszechnie kojarzono ze słowami: plaga, pasożyt i epidemia[52].

Po demonizacji następowała izolacja wrogów. Zanim spędzono Żydów do gett i deportowano do obozów, pozbawieni zostali statusu obywateli. Zabroniono im pracować w administracji państwowej na stanowiskach zastrzeżonych dla prawników i jako sędziom; nie mogli zawierać związków małżeńskich z Aryjczykami oraz chodzić do aryjskich szkół; nie wolno było im wywieszać flagi niemieckiej, nakazano im nosić gwiazdę Dawida; wyszydzano i bito ich na ulicach[53]. W stalinowskim Związku Sowieckim „wrogowie” przed aresztowaniem byli rutynowo poniżani na zebraniach kolektywu, wyrzucani z pracy i wykluczani z szeregów partii komunistycznej. Ich małżonkowie żądali rozwodu; rodziców często denuncjowały rozwścieczone dzieci.

W obozach proces dehumanizacji pogłębił się i przybrał ekstremalne formy. Dzięki temu ofiary stały się zupełnie bezbronne, ich oprawcy zaś utwierdzali się w przekonaniu o słuszności swych działań. Gitta Sereny w długim wywiadzie z komendantem obozu w Treblince, Franzem Stanglem, zapytała, czemu przed śmiercią więźniowie byli bici, poniżani i obnażani. Odpowiedź brzmiała: „By zahartować tych, którzy musieli się tym zajmować, aby byli w stanie znieść to, co robili”[54]. W książce The Order of Terror: The Concentration Camp niemiecki socjolog Wolfgang Sofsky zauważył, że dehumanizacja więźniów w obozach nazistowskich była starannie wpleciona we wszystkie sfery życia. Składały się na nią podarte, identyczne pasiaki, zupełny brak prywatności, nieludzkie przepisy i ciągłe wyczekiwanie śmierci.

W systemie sowieckim proces dehumanizacji zaczynał się również w momencie aresztowania; więźniów pozbawiano tożsamości, ograniczano ich kontakt ze światem zewnętrznym, torturowano, przesłuchiwano, oskarżano i skazywano w karykaturalnych procesach sądowych (jeśli w ogóle dochodziło do postawienia przed sądem). Sowiecką wersję systemu charakteryzowało to, że więźniów skrupulatnie „wykluczano” z życia sowieckiego. Nie mogli zwracać się do siebie per „towarzyszu”, a od 1937 roku pozbawiono ich prawa do uzyskania tytułu „Bohatera Pracy”, bez względu na to, jak dobrze się sprawowali i jak ciężko pracowali. Wedle relacji wielu więźniów obecne w każdym niemal domu i biurze w całym Związku Sowieckim portrety Stalina niezwykle rzadko wisiały w więzieniach i na terenie obozów.

Nie sugeruję tutaj bynajmniej, że obozy sowieckie i nazistowskie były identyczne. Zapewne wszyscy, którzy dysponują ogólną nawet wiedzą o holocauście, w trakcie lektury tej książki zauważą, że życie w obozach obydwu systemów różniło się na wiele mniej lub bardziej wyraźnych sposobów. Różnice przejawiały się w odmiennej organizacji codziennych zajęć i pracy, stosowane były inne kary, inni byli też strażnicy i formy propagandy. Gułag istniał zdecydowanie dłużej, przechodził fazy to względnego humanitaryzmu, to okrucieństwa. Historia obozów nazistowskich jest zdecydowanie krótsza i mniej burzliwa: po prostu panowało w nich coraz to większe okrucieństwo, narastające aż do samego końca, dopóki nie zlikwidowali ich wycofujący się Niemcy lub nie wyzwolili alianci. Na Gułag składały się obozy o różnym charakterze – od zabójczych kopalń złota na Kołymie, po tajne instytuty badawcze na obrzeżach Moskwy, w których uwięzieni naukowcy projektowali na potrzeby Armii Czerwonej nowe rodzaje broni. Wprawdzie obozy niemieckie różniły się między sobą, lecz nie w tym stopniu.

Ponad wszystko wybijają się dwie zasadnicze różnice. Po pierwsze, definicja „wroga” w Związku Sowieckim była zdecydowanie bardziej płynna od definicji „Żyda” w nazistowskich Niemczech. Poza niewielką liczbą zupełnie nietypowych wyjątków, żaden z niemieckich Żydów nie był zdolny zmienić swojego statusu. Spośród tych, którzy trafili do obozów, nikt nie mógł się spodziewać, że uniknie śmierci. Wszyscy mieli pełną tego świadomość. W Sowietach miliony więźniów żyły w strachu przed śmiercią, miliony umierały, ale nie było takich, dla których śmierć była nieuchronna. Niekiedy części więźniów udawało się polepszyć swój los – pracowali w stosunkowo przyzwoitych warunkach, na przykład jako inżynierowie lub geolodzy. W każdym z obozów istniała ścisła hierarchia więźniów; kosztem innych lub z ich pomocą można było wspiąć się na sam jej szczyt. Gdy w Gułagu przebywało zbyt wiele kobiet, dzieci i starców lub gdy na froncie brakowało żołnierzy, więźniowie na drodze amnestii masowo odzyskiwali wolność. Bywało, że z dnia na dzień zmieniał się status całych kategorii „wrogów”. Na początku drugiej wojny światowej Stalin aresztował setki tysięcy Polaków, uwolnił ich jednak w 1941 roku, kiedy to Polska została sprzymierzeńcem ZSRS. Prawo działało także w drugą stronę, w Związku Sowieckim prześladowcy często sami stawali się ofiarami. Zdarzało się, że strażnicy, komendanci gułagów, a nawet wyżsi oficerowie tajnej policji zostawali aresztowani i trafiali do obozów. Innymi słowy, w sowieckich łagrach nie było żadnej grupy więźniów, która żyłaby w ciągłym oczekiwaniu śmierci[55].

Po drugie – co również będę starała się podkreślić w tej książce – Gułag stworzono w dużej mierze ze względów ekonomicznych, taka była potoczna opinia, tak też uzasadniała jego istnienie oficjalna propaganda. Bynajmniej nie oznaczało to, że z więźniami obchodzono się bardziej po ludzku. W Gułagu byli traktowani jak stado bydła lub może raczej jak coś w rodzaju surowca. Strażnicy przerzucali łagierników z miejsca na miejsce, ładowali i rozładowywali z wagonów bydlęcych, ważyli i mierzyli, karmili, gdy uznali, że mogą się jeszcze przydać, i głodzili, gdy już ich nie potrzebowali. Używając terminologii marksistowskiej, więźniowie byli wyzyskiwani, odczłowieczani i traktowani jak towar. Ich życie przedstawiało jakąkolwiek wartość tylko do momentu, kiedy byli w stanie wykonywać pracę na rzecz swych panów.

Tak czy inaczej ich los był zupełnie odmienny od tego, co spotkało Żydów i innych więźniów, których naziści wysyłali do specjalnych obozów znanych nie jako Konzentrationslager, lecz Vernichtungslager. Nie były to prawdziwe „obozy pracy”, należałoby określić je raczej mianem fabryk śmierci. Istniały cztery takie miejsca: w Bełżcu, Chełmnie, Sobiborze i Treblince. W Majdanku i Oświęcimiu znajdowały się zarówno obozy pracy, jak i obozy zagłady. Po dotarciu na miejsce, więźniowie podlegali „selekcji”. Niewielką liczbę przeznaczano do odbycia kilku tygodni prac przymusowych. Pozostałych wysyłano bezpośrednio do komór gazowych, gdzie byli mordowani, a ich ciała poddawano kremacji.

Z tego co wiem, tego typu forma eksterminacji, praktykowana w szczytowym etapie holocaustu, nie miała odpowiednika w Sowietach. Związek Sowiecki miał inne metody masowej eksterminacji tysięcy swoich obywateli. Zwykle wywożono ich pod osłoną nocy do lasu, ustawiano w szereg i uśmiercano strzałem w głowę. Ciała grzebano w masowych mogiłach. Była to forma mordu nie mniej „przemysłowa” i anonimowa: niż stosowana przez Niemców. Przetrwały również opowieści o uśmiercaniu więźniów przez tajną policję sowiecką za pomocą spalin – mało wyrafinowanej wersji gazu. Metodę tę wykorzystywali we wczesnych latach naziści[56]. W samym Gułagu więźniowie również umierali, nie jednak dzięki nadgorliwości oprawców, lecz raczej w wyniku potwornych zaniedbań i bezmyślności[57]. Przez pewien okres w niektórych łagrach śmierć była niemal pewna, czekała prawie wszystkich wyznaczonych do wycinania zimą drzew w tajdze lub do pracy w kopalniach złota na Kołymie. Niekiedy więźniów zamykano i przetrzymywano w izolatkach, dopóki nie zmarli z zimna i głodu, pozostawiano ich bez opieki lekarskiej w nieogrzewanych szpitalach lub po prostu rozstrzeliwano podczas „próby ucieczki”. Niemniej jednak trudno powiedzieć, że sowiecki system łagrów nastawiony był na masową produkcję trupów, nawet jeśli niekiedy miała ona miejsce.

Są to różnice bardzo wyraźne i niezwykle ważne. Gułag i Oświęcim należą do tej samej tradycji intelektualnej i historycznej i nie da się ich w żaden sposób oddzielić od siebie ani od podobnych im systemów, stworzonych przez inne reżimy. Pojęcie obozu koncentracyjnego jest na tyle ogólne, by użyć go w odniesieniu do różnych kultur i sytuacji historycznych. Jednak pobieżne nawet porównanie obozów koncentracyjnych w kilku krajach ujawnia wiele różniących je szczegółów. To, w jaki sposób zorganizowane było życie w obozach, w jakim kierunku one ewoluowały, jak wzrastał w nich rygor lub słabła dyscyplina, czy były okrutne czy w miarę liberalne, było w dużym stopniu związane ze specyfiką kraju, kultury i reżimu[58]. Życie, zdrowie i przetrwanie osób uwięzionych za zwojami drutu kolczastego zależało właśnie od tych pozornych szczegółów.

Kiedy czytamy relacje osób, które przeszły przez jedne i drugie obozy, nie uderzają nas różnice między obozami, ale raczej tak bardzo odmienne doświadczenia więźniów. Każda opowieść jest inna, każdy z obozów gotował innego rodzaju koszmary dla ludzi o różnych charakterach. W Niemczech mogłeś umrzeć w wyniku okrucieństwa, w Rosji – z desperacji, w Oświęcimiu – w komorze gazowej, na Kołymie – zamarznąć na śmierć w śniegu. Mogłeś zginąć w niemieckim lesie i na syberyjskiej jałowej ziemi, w wypadku w kopalni lub w wagonie bydlęcym. Koniec końców była to jednak twoja własna historia.

CZĘŚĆ PIERWSZA
POCZĄTKI GUŁAGU – LATA 1917-1939
ROZDZIAŁ 1
POCZĄTKI BOLSZEWIZMU

Lecz, mój piękny, biedny wieku,

Twój kręgosłup przetrącony.

Teraz z uśmiechem bezmyślnym

Patrzysz wstecz, okrutny, słaby,

Niby zwierz niegdyś sprężysty

Na łap swoich stare ślady.

Osip Mandelsztam Wiek[1]

Jednym z moich celów jest zniszczenie mitu, że najbardziej okrutna fala represji miała miejsce w latach 1936-1937. Myślę, że kiedyś statystyki wykażą, że fala aresztowań, wyroków i zsyłek ruszyła już na początku roku 1918, zanim jeszcze jesienią ogłoszono oficjalnie nastanie Czerwonego Terroru. Od tego czasu fala ta po prostu systematycznie wzbierała, aż do samej śmierci Stalina...

Dmitrij Lichaczow Wospominania[2]

W