Guerra. Wysłannicy. Tom 2 - Melissa Darwood - ebook
lub
Opis

Drugi tom serii Wysłannicy

Zuza czuje się bardzo osamotniona od kiedy jej najlepsza przyjaciółka została Guardianką, a chłopak się od niej oddalił. Z dawnego życia została jej tylko muzyka, dzięki której może być sobą.

Podczas jednego z koncertów ktoś strzela do Zuzy. Patryk w ostatniej chwili zasłania dziewczynę swoim ciałem, ratując jej życie. Łamie w ten sposób jedno z najważniejszych praw Guardianów i zostaje zesłany do Tentatoskich obozów pracy, które znajdują się w sercu tajemniczej Guerry.

Zuza podejmuje ryzykowną decyzję i przedostaje się do niebezpiecznej krainy, aby odzyskać ukochanego. Jednak wraz z nią pojawił się tam ktoś inny. Ktoś, kto bardzo namiesza w życiu dziewczyny.

Czy Zuzie się uda uratować Patryka? Czy jest gotowa zaryzykować swoje życie, aby odzyskać chłopaka? Guerra to bardzo surowa kraina, która nie uznaje kompromisów niechętnie oddaje to, co już posiada.

__

O autorce

Melissa Darwood – pisarka pochodzi z urokliwego miasteczka w środkowej Polsce. Wychowała się w otoczeniu lasów, które emanują mrocznością, czarem i tajemniczością. Klimat ten wyczuwalny jest również w jej powieściach. Autorka pisze książki dla siebie i wszystkich czytelników, którzy poszukują w literaturze miłosnych uniesień, nieprzewidywalności, wątków nadprzyrodzonych, odrobiny filozofii i psychologii. To romantyczka, rozmiłowana w przyrodzie, zwierzętach i książkach.

W swojej twórczości posługuje się pseudonimem, aby zatrzeć granicę między fikcją literacką a rzeczywistością. W 2013 roku z sukcesem zadebiutowała powieścią Larista, która obecnie została wznowiona i uzupełniona o nowe rozdziały.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 311

Popularność


Dla kochanej Babci

- Hej, dzięki za tak głośne przywitanie. Jesteśmy The Host! – zawołała Zuzka do mikrofonu, podczas gdy chłopaki zajmowali miejsce przy swoich instrumentach. – Mamy nadzieję, że rozgrzejemy was do czerwoności przed występem Piranii. Zagramy dzisiaj nasz hit W twoich oczach.

Światło na scenie przygasło, rozległ się dźwięk gitary elektrycznej, na który publika zareagowała aplauzem. Zuzka zaczęła śpiewać. Tłum szalał, dziewczyny piszczały i skakały w rytm muzyki. A ona była w siódmym niebie. Właśnie dla takich chwil żyła. Kochała muzykę, uwielbiała koncerty i klimat, jaki tworzył się między zespołem a publicznością. W drugim rzędzie dostrzegła przyjaciół. Lara, Gabriel, Adzir i Tatiana pomachali do niej z entuzjazmem. Uśmiechnęła się do nich, wyjęła mikrofon z uchwytu i zaśpiewała głośno refren. Seba zawtórował jej uderzeniami w bębny, przeleciał pałeczkami po talerzach. Po kilku taktach Patryk dodał partię na basie. Szarpnął struny gitary i wprowadził zespół w ostatnie takty piosenki…

I wtedy nieoczekiwanie zamarł. Muzyka dobiegająca do jego uszu stała się cicha, stłumiona, jakby docierała zza szyby. Wszystko wokół zwolniło. Dwie postacie wyłoniły się z powietrza niczym duchy, jedna po drugiej, i stanęły na scenie, tuż przy Zuzce. Wysoki, ciemnoskóry mężczyzna o szklistych, brązowych oczach nachylił się do jej prawego ucha z chytrym uśmiechem. Drugi, zdecydowanie niższy, o azjatyckich rysach twarzy, zaczął szeptać do lewego. Oszołomiony Patryk rozejrzał się po scenie, lecz nikt z zespołu nie był zaskoczony obecnością przybyszów. Grali dalej, pochłonięci muzyką, w ogóle ich nie zauważali. Odnalazł wzrokiem Gabriela, obecnego na widowni. Stał nieruchomo w drugim rzędzie i patrzył z niedowierzaniem na obu mężczyzn. Jego zszokowany wyraz twarzy potwierdził obawy Patryka – Guardianin i Tentator zjawili się tuż przy Zuzce, by walczyć ze sobą o jej życie.

Krew ścięła się w jego żyłach. Serce zaczęło dudnić w piersi. Zdawało mu się, że czas jeszcze bardziej spowolnił w przeciwieństwie do jego umysłu, który zaczął pracować na przyśpieszonych obrotach. Rozejrzał się po sklepieniu namiotu, pod którym grali. Przebiegł wzrokiem po reflektorach nad ich głowami, by upewnić się, czy aby na pewno były dobrze zamocowane. Nie miał pojęcia, czego powinien szukać. Nic nie przykuwało jego uwagi. Nic nie wróżyło katastrofy. Przeniósł spojrzenie na publiczność. Uśmiechnięte twarze, machające w górze ręce, smartfony, za pomocą których robiono zdjęcia i transmitowano na żywo relację z koncertu. Nic niezwykłego, nic, co mogłoby wzbudzać niepokój, nic, co zagrażałoby Zuzce. Serce Patryka biło coraz szybciej. A co, jeśli grozi jej coś, czego nie można dostrzec? – pomyślał. Może jest śmiertelnie chora? Poczuł mocny ucisk w gardle. Pot zrosił mu dłonie i czoło.

I wtedy, dokładnie naprzeciwko sceny, wśród publiczności z fanklubu, zauważył zakapturzoną postać, która właśnie odpinała bluzę i wyciągała broń…

– Zuzka! – Patryk ruszył w stronę dziewczyny.

– Nie wolno ci ingerować. Stój! – Usłyszał ostrzeżenie z ust Guardianina.

Lecz było już za późno. Nie bacząc na piekielne konsekwencje, chłopak złapał dziewczynę w talii, pochwytując jej zdumione spojrzenie.

W tej samej chwili rozległy się następujące po sobie trzy strzały.

Osiem godzin wcześniej

Zuzka powiodła wzrokiem po falach, które mieniły się w promieniach słońca. Kusiło ją, by dołączyć do przyjaciół i dać się porwać surferskiej przygodzie. Przypuszczała jednak, że gdyby tylko chwyciła za deskę, to nie skończyłoby się na jednej fali. Pływałaby do upadłego, aż nastałby wieczór. Każdego innego dnia uległaby takiej pokusie. Dzisiaj jednak musiała się oszczędzać. Od dwóch tygodni piła rankiem żółtko jajka, unikała zimnych napojów i chroniła głos. A przynajmniej starała się to robić. Tego wieczora musiała dać z siebie wszystko. Dzisiaj miał się odbyć koncert jej życia.

Powędrowała spojrzeniem w stronę Patryka. Szusował na fali, która nagle się załamała, i chłopak zniknął pod powierzchnią wody. Zuzka wstrzymała oddech, lecz po chwili się uśmiechnęła. Czy kiedykolwiek przyzwyczai się do tego, że jej chłopak nie jest zwykłym śmiertelnikiem?

Rozległy się radosne okrzyki przyjaciół, którzy siedzieli na deskach kołyszących się na morzu i obserwowali wynurzającego się Patryka. Ktoś obcy mógłby ich uznać za beztroskich dwudziestoparolatków korzystających z uroków końca lata na Półwyspie Helskim. Ona jednak, jako jedna z niewielu śmiertelniczek, wiedziała, jak wielki ciężar noszą na barkach i w sercach jej przyjaciele. O tym, kim są Guardianie, dowiedziała się od Patryka sześć lat temu. Początkowo miała za złe zarówno jemu, jak i swojej najlepszej przyjaciółce Larysie to, że skrywali przed nią fakt bycia Guardianami. Jednak kiedy Patryk zacytował jej głos, który nawiedził go podczas odrodzenia, zrozumiała, dlaczego tak skrzętnie skrywali swoją tajemnicę.

– Umarłeś, ale twoje życie będzie trwać nadal. Wykazałeś się męstwem. Oddałeś życie za bliźniego. Dlatego od tej chwili jesteś wysłannikiem Boga. Wyznaczono cię na Guardianina – Patryk usłyszał głos w chwili, gdy wydał z siebie ostatnie tchnienie. Chwilę wcześniej siedemnastoletni wówczas chłopak poświęcił życie, by uratować swojego młodszego brata przed utonięciem w jeziorze. – Będziesz chronił od śmierci tych, których pora jeszcze nie nadeszła. Musisz być czujny i gotowy na każde wezwanie, aby odeprzeć kuszącą siłę posłańców diabła, zwanych Tentatorami. Będziesz Kontrem jednego z nich. Jego imię to Dagon. Nie możesz dopuścić, by zawładnął umysłem istoty żywej i ją skusił. Musisz dopilnować, by zabrano tylko tych, którym jest to przeznaczone. Twoje ciało i dusza pozostaną nadal ludzkie. Będziesz żył wiele razy. Za każdym razem narodzisz się jako młodzieniec i przeżyjesz sześćdziesiąt lat, po czym umrzesz w wieku siedemdziesięciu sześciu, aby się odrodzić. Zabić cię może tylko miecz Tentatora, a twoją jedyną bronią jest Askalon. Możesz zrezygnować z guardiańskiej posługi i odejść na zawsze. Aby to zrobić, musisz sam odebrać sobie życie, lecz wtedy trafisz w czeluść piekielną. Jeśli zdecydujesz się wieść guardiański żywot, otrzymasz trzy dary, z których możesz, choć nie musisz, korzystać podczas wezwania: moc wpływania na umysły, niewidzialność, a także umiejętność przenoszenia się w przestrzeni. Niezależnie od miejsca i sytuacji będziesz rozumiał mowę mieszkańców całego świata i mówił wszystkimi językami świata. Ludzie nie wiedzą o naszym istnieniu i tak ma pozostać. Możesz wyznać prawdę tylko jednej osobie – tej, z którą połączysz się na zawsze i z którą staniesz się jednym ciałem. Jeśli złamiesz tę zasadę, wasze dusze posiądzie diabeł, a wtedy nie będzie już odwrotu. Tak stanowi prawo. Za chwilę zostaniesz uzdrowiony i się odrodzisz. W twojej głowie pojawi się wiele pytań, a w duszy zagości niepokój. Pamiętaj, wszystko ma swój czas. Otrzymasz odpowiedzi i ukojenie, lecz wszystko we właściwym czasie.

Zuzka zapatrzyła się na wychodzącego z wody Patryka, który zatrzymał się przy brzegu w oczekiwaniu na resztę przyjaciół. Larysa, Gabriel, Adzir i Tatiana tak jak on byli Guardianami, których łączyła szczególna więź. Tylko Zuza oraz pięcioletni synek Adzira i Tatiany, bawiący się teraz obok niej na piasku, byli śmiertelnikami w tym gronie. I chociaż Guardianie uchodzili za zwyczajnych nastolatków, to każde wezwanie na posługę zmieniało jakąś część ich osobowości. Zuzka, jak nikt inny, dostrzegała te zmiany. Po każdym powrocie z misji zwykle śmiejące się oczy Patryka były zgaszone, a gadatliwość Larysy ustępowała milczeniu. Gabriel, Adzir i Tatiana zdecydowanie lepiej radzili sobie z emocjonalnymi konsekwencjami wezwań, zapewne dlatego, że sprawowali funkcję Guardianów od setek lat, a nie tak jak najbliżsi Zuzy – zaledwie od kilku. Co do Larysy, choć upłynął dla niej najcięższy pięcioletni okres posługi, trudno jej było sprostać niektórym zadaniom. Jej wrażliwość, empatia i altruizm nie ułatwiały odgrywania roli, jaką powierzył jej Bóg. Przez pierwsze dwa lata zupełnie nie radziła sobie jako Guardianka. Mimo wsparcia, które dostawała od ukochanego Gabriela, jego przyrodniej siostry Tatiany oraz babki Semeny, dopadł ją syndrom dopiero co odrodzonych. Wystarczyły trzy wezwania, by Larysa znienawidziła Boga, Iblisa, Guardianów, Tentatorów, a co gorsza – samą siebie.

Zuzka doskonale pamiętała godziny spędzone na wspólnych rozmowach telefonicznych, które czasami ograniczały się tylko do wsłuchiwania się w łkanie bezsilnej przyjaciółki, a czasami w okrzyki buntu i niemocy. Larysa była ambitną dziewczyną, nie zamierzała rezygnować ze studiów na Akademii Sztuk Pięknych dlatego, że została Wysłanniczką. Zuzka nie przykładała za dużej wagi do edukacji i nie rozumiała jej podejścia:

– To cię wykończy, Lara. Odpuść sobie te cholerne studia i wracaj do Starego Lasu. – Przypomniała sobie ich wideorozmowę sprzed czterech lat.

– W ten sposób nie ucieknę od wezwań. – Larysa otarła dłonią zapuchnięte od płaczu oczy.

– Ale zyskasz więcej czasu na regenerację i nabierzesz dystansu. Nie będziesz musiała martwić się, czy zdążysz na zajęcia, bo czterech gości w afrykańskiej wiosce postanowiło zaciukać się odłamkami skalnymi w walce o kozę, a tobie szczodry Bóg powierzył ochranianie życia jednego z nich. Bierz dziekankę i jedź do domu.

– To nie jest takie proste. Mam wykłady, prace do zaliczenia, obiecałam przygotować wystawę plastyczną w tutejszym ogólniaku na Światowy Dzień Ziemi. Wbrew pozorom to wszystko trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Muszę mieć jakieś zajęcie, aby nie myśleć o tych wszystkich życiach, które przepadły, o tych ludziach, których zawiodłam.

– Nikogo nie zawiodłaś! – Zuzka miała już po dziurki w nosie tej dramy.

Larysa od zawsze miała skłonność do nadinterpretacji rzeczywistości. Gdyby nie została Guardianką, to pewnie i tak prędzej czy później wpadłaby w depresję. Ta dziewczyna brała życie zbyt serio.

– Jeśli już chcesz szukać winnego, to wyceluj palec w stronę swojej Kontry, tej diablicy Rimony. To ona nakłoniła tych wszystkich ludzi do poddania się i zaprzestania walki o własne życie. To przez nią odeszli z tego świata. Ty jedynie przegrałaś z nią kilka bitew. Jesteś młodą Guardianką, masz do tego prawo. Nikt nie oczekuje od ciebie, że za każdym razem zwyciężysz ze stuletnią Tentatorką. Nawet sam Bóg.

– Bóg – powtórzyła Larysa z rozżaleniem. – Do tej pory nie mogę uwierzyć, że pozwolił na to, by przydzielono mi tak doświadczoną Kontrę. Przecież było do przewidzenia, że nie będę miała z nią szans.

– Sama mi kiedyś mówiłaś, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

– Zmieniłam zdanie. – Szmaragdowe oczy Larysy spojrzały w ekran z rezygnacją. – Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę normalnego życia. Sprzedajesz sobie w sklepie świeże bułeczki, wieczorami śpiewasz w kapeli i wychodzisz z kumplami na piwo.

– Tia, szczególnie wstawanie o czwartej rano jest godne pozazdroszczenia – sapnęła Zuzka. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio przespałam ciurkiem sześć godzin.

– Przynajmniej wiesz, po co to robisz – zauważyła Larysa. –  Masz marzenie, które może się zrealizować. Moje zaś wisi na włosku.

Zuzka musiała przyznać jej rację. Doskonale wiedziała, że aby osiągnąć w życiu cel, należy poświęcić całą energię na jego realizację. Była samodzielna. Nie zamierzała prosić o pomoc finansową ani matki, ani tym bardziej ojca, który sowitą darowizną z chęcią zagłuszyłby wyrzuty sumienia spowodowane porzuceniem małej Zuzy dla nowej, lepszej rodziny. Zuza chciała zarobić na siebie sama. Praca w sklepie spożywczym w Starym Lesie była źródłem finansowym, które choć sączyło się powoli, to umożliwiało jej podróże na koncerty kapeli, w której grali razem z Patrykiem. Mimo że coraz częściej jej chłopak był raczej wsparciem dla The Host, niż głównym basistą, to starał się uczestniczyć w każdym koncercie grupy. Ciągłe wezwania sprawiały, że opuszczał próby, znikał w trakcie występów, które miały kluczowe znaczenie dla rozwoju kapeli. Członkowie zespołu nie wiedzieli i nie mieli prawa wiedzieć, dlaczego tak często wystawiał ich do wiatru. W końcu on sam zaproponował, by zrekrutowali rezerwowego basistę, który stanie się pełnoprawnym członkiem zespołu. Zuzka stanowczo oponowała. To Patryk założył band i nikt nie był godzien go zastąpić. Nie miała jednak żadnych argumentów przeciw jego decyzji, którą poparło dwóch innych członków zespołu. To, że posługa Patryka jest ważniejsza niż jakiekolwiek przyziemne sprawy, stanowiło tajemnicę, o której nie mógł wiedzieć nikt spoza kręgu Guardianów. I nikt prócz Zuzki, bo to ona była tą, z którą „połączył się na zawsze i z którą stał się jednym ciałem”. Wiele razy zastanawiała się nad tym, jak ich pierwsze fizyczne zbliżenie mogło sprawić, że połączyli się na zawsze. To prawda, że kochała Patryka odkąd skończyła piętnaście lat i nie wyobrażała sobie bez niego życia, lecz z każdym rokiem, z każdym wezwaniem i z każdą rozłąką, która trwała czasem kilka tygodni, coraz bardziej odnosiła wrażenie, że się od siebie oddalają. Larysa wspomniała jej kiedyś, że w świecie Guardianów mieszane pary są rzadkością. Zuzka wierzyła natomiast, że jej związek z Patrykiem jest wyjątkowy, że przetrwa nawet najgorsze chwile. Z upływem lat jej pewność jednak słabła. I chociaż każdą wolną chwilę starała się spędzać na pielęgnowaniu uczucia, jakie ich połączyło, to odmienne priorytety sprawiały, że coraz częściej wątpiła, czy mają przed sobą wspólną przyszłość.

Z przemyśleń wyrwały ją krople wody opadające jej na ramiona. Spojrzała na niebo w obawie przed deszczem, który nie wpłynąłby korzystnie na frekwencję na koncercie. Nie dostrzegła ani jednej chmury zwiastującej załamanie pogody. I wtedy zimne ręce Patryka otuliły ją od tyłu, a mokre kosmyki połaskotały po policzku.

– I co, na pewno nie dasz się skusić? Fale są nieziemskie, przynajmniej jak na Bałtyk – powiedział tuż przy jej uchu. Pachniał morzem, a jego przyśpieszony oddech był namiastką wrażeń, jakich doświadczył podczas surfowania.

Jego opalone ręce, z wytatuowanym na prawym przedramieniu gryfem gitary basowej, objęły ją mocniej. Zuzka uwielbiała jego dłonie. Mogła godzinami patrzeć, jak smukłymi palcami szarpie struny, z których wydobywają się niskie brzmienia, dudniące w zagłębieniu jej brzucha. Zamruczała z zadowoleniem. Nie mogła się doczekać wieczoru. The Host miało zagrać swój najlepszy kawałek, poprzedzając koncert wschodzącej gwiazdy polskiego rocka – Piranii. Zostali wybrani z tysiąca innych kapel. Gdyby udało im się dzisiaj zaistnieć, zyskaliby szansę na długotrwałą współpracę.

Patryk obiecał, że będzie grał w zespole jako drugi bas. Wiedział, jak ważny jest ten występ dla Zuzki. Nie zamierzał jednak występować w roli głównego basisty, na wypadek gdyby otrzymał nagłe wezwanie.

Zuza nie mogła doczekać się wspólnego grania. Za każdym razem, gdy stawali na scenie, a widownia szalała w rytm muzyki, czuła, że naprawdę żyje; czuła, że ich wspólna pasja jest czymś więcej niż tylko szczeniackim brzdękaniem w garażu, w którym zaczęła się ich znajomość.

– Za dwie godziny mamy próbę. Wiesz dobrze, że jak złapię falę, to nie mogę przestać. Wolę nie ryzykować – odpowiedziała Patrykowi.

Ten pocałował ją w głowę, po czym rozłożył się na kocu obok niej.

– No proszę, Zuzka asekurantka. Od tej strony cię nie znałam. – Larysa rzuciła deskę na piach i odpięła od nogi rzep linki. – Następnym razem zakładam piankę. Kostium nie jest najwygodniejszym strojem do pływania. – Starała się poprawić splątane sznurki od bikini.

– No proszę, Larysa surferka – odparła Zuza. – Najwyraźniej ludzie się zmieniają.

– Pomogę ci. – Gabriel odłożył swoją deskę i podszedł do Lary.

Dziewczyna odgarnęła włosy z karku i obdarowała go maślanym spojrzeniem.

Tyle lat, a Lara wciąż patrzy na Gabriela jak cielę na malowane wrota – pomyślała Zuza. Znała już tych dwoje tak dobrze, że wiedziała, czym może zakończyć się to niepozorne macanko, czynione pod pretekstem wiązania sznurków od kostiumu kąpielowego.

– Tatiano, radzę ci zabrać stąd Antosia, bo będą sceny dozwolone od lat osiemnastu – zwróciła się do Guardianki, która kilka kroków od nich siłowała się z pianką surfingową, gdyż nie chciała zsunąć się jej z nóg.

– A o co chodzi? – Tatiana rozejrzała się i napotkała całującego się brata z narzeczoną. – A, oni. – Machnęła ręką. – To nic nowego. Póki są w ubraniu, nie ma niebezpieczeństwa.

– Trudno uznać kąpielówki i bikini za ubranie – wtrącił jej mąż Adzir. – Przypomnę ci tę chwilę za dziesięć lat, gdy nieoczekiwanie i ku własnemu zdziwieniu zostaniesz babcią. – Adzir podszedł do synka, usiadł naprzeciw niego i zasłonił wujka Gabriela obejmującego w pasie ciocię Larysę. – Budujemy zamek? – zaproponował Antosiowi, na co chłopiec podrzucił garść piachu, wydając z siebie radosny okrzyk.

Zuzka zaśmiała się na widok mrugającego ciemnymi oczami Adzira, który starał się pozbyć ziarenek piasku spod powiek. Uwielbiała tę rodzinę. Adzira – ciemnowłosego mężczyznę ze śniadą skórą i o pełnych ustach – i Tatianę – jasnowłosą kobietę o delikatnych słowiańskich rysach twarzy. Z takiego związku mogło się zrodzić tylko tak cudne dziecko jak Antek. Czarne włosy chłopca kontrastujące z niebieskimi jak niebo oczami zachwycały każdego, kto go spotkał. Rodzice kochali Antosia ponad życie. Długo czekali, aż pojawi się na świecie. Guardianki przez pierwsze pięć lat posługi nie mogą zachodzić w ciążę. W przypadku Tatiany z nieznanych powodów okres ten wydłużył się o ponad wiek. Teraz, gdy wreszcie ich rodzina była kompletna, nie rozstawali się z Antosiem, poświęcali mu jak najwięcej czasu. Bywały jednak sytuacje, kiedy oboje otrzymywali wezwanie. W takich wypadkach zawsze starali się nająć do opieki osobę, która zajęłaby się synem podczas ich nieobecności. A ta niestety mogła ciągnąć się tygodniami.

Kto by pomyślał, że Bóg okaże się tak mało prorodzinnym szefem.

– O czym tak myślisz? – zwrócił się Patryk do Zuzki, przesuwając dłonią po jej nagrzanych od słońca plecach.

Odwróciła się i napotkała spojrzenie jego niebieskich oczu.

– Denerwujesz się występem? – Odgarnął kosmyk czarnych włosów z jej czoła.

– Nie, skądże znowu. Koncert jak koncert – odparła. – Jesteśmy w formie, jesteśmy obłędni. Co może się takiego zdarzyć?

– Mogę dostać wezwanie.

Zuzka przygryzła wargę, w której zasrebrzył się kolczyk.

– Tak, to byłoby cholernie niefajne – odparła. – Ale czy nie po to właśnie mamy drugiego basistę? Gdy dostaniesz wezwanie, Iwo cię zastąpi – starała się brzmieć swobodnie, lecz Patryk zbyt dobrze ją znał, by mógł zignorować nutę zwątpienia w jej głosie.

– Słuchaj… – Przysunął się do niej i ujął jej dłoń. – Wiesz, że kocham być z tobą na scenie i czekałem na taką szansę, odkąd zaczęliśmy grać u mnie w garażu…

Zuzka popatrzyła na niego podejrzliwie.

– O, nie. Nie. – Pokręciła głową, przypuszczając, jakie będą jego dalsze słowa. – Nie wycofasz się tak łatwo.

– Nie mam wpływu na to, co może się wydarzyć.

– Nasz kawałek trwa tylko sześć minut. Musielibyśmy mieć gigantycznego pecha, żebyś akurat w tym czasie musiał zniknąć.

Patryk przymknął powieki. Odkąd został Guardianinem, nie był w stanie znieść presji wiążącej się z wydarzeniami, w których chciał wziąć udział. Nigdy bowiem nie miał pewności, czy będzie mógł w nich uczestniczyć. Bycie Guardianinem przypominało życie z utajonym wirusem grypy, który uaktywnia się w najmniej odpowiednim momencie i potrafi zwalić z nóg na kilka tygodni. Doskonale pamiętał festiwal muzyczny w zeszłym roku w Gdyni, na który szykowali się kilka ładnych miesięcy. Nie sądził wówczas, że w samym środku utworu usłyszy w głowie nawołujący głos: Podążaj do Tunezji na plażę w Susie. Zacisnął wtedy zęby, chcąc zignorować polecenie. Do końca utworu pozostały niecałe trzy minuty. Tylko trzy minuty – pomyślał, nie przestając grać. Podążaj do Tunezji na plażę w Susie – rozległo się ponowne upomnienie i poczuł, jak przyśpiesza mu tętno. Nigdy wcześniej nie wykazywał się niesubordynacją. Zawsze zjawiał się we wskazanym przez głos miejscu. Tym razem jednak nie posłuchał. Jeszcze cztery razy głos wzywał go do spełnienia guardiańskiego obowiązku, a on zagłuszał jego władczy ton uderzeniami w basowe struny. Gdy tylko skończyli grać, a fala braw napłynęła z publiki, zerknął na Zuzkę i powiedział do niej niesłyszalnym głosem: Muszę iść. Zrozumiała od razu. Skinęła głową, a jej usta ułożyły się w nieme: Uważaj na siebie.

Patryk wybiegł ze sceny za kulisy, zdejmując pośpiesznie gitarę z ramienia, i w chwili, gdy jego myśli odpłynęły w stronę tunezyjskiej plaży, znalazł się w samym środku rzezi niewinnych ludzi. Ciemnowłosy mężczyzna o arabskich rysach strzelał na oślep z kałasznikowa do Bogu ducha winnych turystów. Z jego oczu biła nienawiść zmieszana z odrobiną satysfakcji. Chłopak od razu domyślił się, że mężczyzną nie kieruje zwykłe szaleństwo, lecz oddanie świętej sprawie. Przeraźliwe krzyki ofiar otrzeźwiły go jak kubeł zimnej wody. Rozejrzał się po plaży w poszukiwaniu swojego Kontra. W tłumie Guardianów i Tentatorów walczących na słowa o życie niewinnych ludzi wreszcie ujrzał Dagona. Skradał się za młodą dziewczyną, która czołgała się do pobliskiego leżaka. Mogła mieć najwyżej siedemnaście lat. Szlochała, krwawiąc z otwartego boku, a po jej szczupłych, nagich nogach muśniętych tunezyjskim słońcem spływała ciemnobordowa krew.

– Poddaj się, nie ma sensu walczyć – szeptał Dagon po niemiecku do jej ucha. – Twój Stwórca cię opuścił. Tutaj rządzi inny Bóg, to w jego imieniu powystrzelano was jak kaczki.

Patryk dobiegł do dziewczyny, rzucając Kontrowi zawistne spojrzenie.

– Nie poddawaj się – zaczął żarliwie. – Bóg, jakiejkolwiek postaci by nie przybrał, nie jest za to odpowiedzialny. – Nachylił się do niej, jakby zamierzał ucisnąć rozwartą ranę w jej brzuchu. Zawahał się jednak w porę. Wiedział, że mu nie wolno. Jedynie wypowiadanymi słowami mógł zawalczyć o jej życie. Zerknął na ręcznik rozłożony na leżaku. – Weź ręcznik i uciśnij nim ranę.

Dagon zaśmiał się w głos.

– Jakby to miało coś pomóc – odezwał się z wyższością. – Nie widzisz, że ona jest na straconej pozycji? Zaraz będzie moja. Nie śpieszyłeś się zbytnio. Pod twoją nieobecność zdążyłem zagarnąć już cztery inne duszyczki dla Kupca Dusz. – Pokazał niedbale głową na dalszą część plaży.

Patryk powiódł wzrokiem we wskazanym kierunku, gdzie leżały dwie kobiety w średnim wieku, a obok nich mężczyzna i kilkuletnia dziewczynka. Zatrzymał spojrzenie na drobnym ciałku, które okrywał różowy kostium jednoczęściowy, splamiony zasychającą w upalnym słońcu krwią. Blond włosy wciąż były mokre po kąpieli w ciepłych wodach Morza Śródziemnego. Jasne oczy wpatrywały się martwo w błękit nieba. Nie odnajdą już nigdy kasztanów w gąszczu jesiennych liści – pomyślał. To lato było jej ostatnim. Jesień już dla niej nie nadejdzie.

Żołądek zacisnął mu się w pięść, puls przyśpieszył.

– Ty diable – warknął w stronę Dagona.

– Mógłbyś wysilić się na nieco bardziej nowatorskie określenie – odparł Tentator. – Wy, Guardianie, jesteście tacy banalni.

Patryk zignorował jego słowa. Wiedział, że Dagon zamierza w ten sposób odwrócić jego uwagę od wykrwawiającej się nastolatki. Ona w tym czasie ściągnęła już ręcznik z leżaka i zaczęła przyciskać go do brzucha.

– Świetnie, walcz o życie. Zaraz przybędzie pomoc. – Przykucnął przy niej, by dodać jej otuchy. Był świadom, że dziewczyna go nie widzi, a jedynie słyszy jego głos, biorąc go za swój własny.

– Nie zdążą. Nikt jej nie pomoże – oświadczył z przekonaniem Dagon i pochylił się nad dziewczyną. – Nie ma sensu się męczyć. Odpuść. Ze mną będzie ci lepiej. Zabiorę twoją duszę, dokąd tylko zapragniesz. Tutejsze plaże są niczym w porównaniu z tymi, które na ciebie czekają. Ale rozumiem, że tylko na takie było stać twoich rodziców. – Rozejrzał się dookoła, a jego źrenice zapaliły się diabelskim żarem. – O, o wilku mowa. Chyba tam są… – Przyjrzał się leżącym kilka metrów dalej kobiecie i mężczyźnie i przekrzywił głowę. – Ups, chyba są martwi. – Wyprostował się, a w kącikach jego wąskich ust zagościł uśmiech. – Tak, twoi rodzice na pewno są martwi. Biedactwo… Zostałaś sierotą?

Oczy dziewczyny rozszerzyły się i chociaż Patryk, podobnie jak jego Kontr, był dla niej niewidzialny, zdawała się szukać przerażonym wzrokiem głosu, który zaprzeczyłby tym okrutnym słowom. Lecz Patryk nie mógł dać jej nadziei. Guardianie nie mogli okłamywać Podopiecznych, tak jak nie mogli tego czynić Tentatorzy. Chłopak nie pojmował, skąd Dagon wiedział, że to są jej rodzice. Być może widział ich razem w chwili, gdy przybył na miejsce. To nie miało jednak teraz znaczenia, bowiem wola życia, która tliła się do tej pory w dziewczynie, zaczęła niknąć niczym światło latarni widoczne z wypływającego na głębokie morze statku.

Słowa ugrzęzły Patrykowi w gardle. Nie powinien się poddawać, nie w takim kluczowym momencie. Miał jeszcze szansę, by zawalczyć o życie dziewczyny.

Nie wiedział jednak, co ma powiedzieć. Wszystko będzie dobrze? Wszystko się ułoży? Po nocy przychodzi dzień? Do ciężkiej cholery! Ta dziewczyna właśnie straciła rodziców, a on mógł zaoferować jej tylko puste frazesy, które w tej chwili nie miały żadnego znaczenia. Był wściekły na samego siebie, a następnie na Boga za to, jaką rolę nakazał mu odgrywać. Nikt nie przygotował go do takiej funkcji, nikt nie nauczył, jak rozmawiać z kimś, kto umiera, nikt nie pokazał mu, jak postąpić z Podopiecznym, który nie ma dla kogo dłużej żyć.

A może jest jeszcze ktoś, dla kogo będzie chciała żyć? – cicha myśl wpadła mu do głowy.

Przesunął dłonią po włosach. Nie wiedział, kim jest dziewczyna, nie znał nawet jej imienia. Przykucnął jednak jak najbliżej niej i spojrzał na nią, jakby była jego najlepszą przyjaciółką.

– Gdy byłem w twoim wieku, omal nie straciłem młodszego brata – wyznał, pochwytując jej zgaszone spojrzenie. – Tylko ktoś, kto ma rodzeństwo jest w stanie zrozumieć, jak wiele może zrobić człowiek, gdy jego brat czy siostra potrzebuje pomocy.

Uniosła nieznacznie głowę, jakby szukała w powietrzu źródła jego głosu.

– Hanna… – Odwróciła się, krzywiąc się z bólu, i zaczęła wodzić po plaży poszukującym wzrokiem.

– Kto to jest Hanna? – zapytał.

– Moja siostra. Była z rodzicami, a potem…

Z oddali dało się słyszeć sygnał karetki pogotowia i policji. Patryk spojrzał na skraj plaży. Napastnik najwyraźniej uciekł. W promieniu kilkudziesięciu metrów nie było nikogo, tylko jego ofiary i jęczący ranni, nad którymi pochylali się Guardianie i Tentatorzy.

– Dosyć tego! – podniósł głos Dagon, jakby obawiał się, że Guardianin może wygrać tę walkę. – Jakie jest prawdopodobieństwo, że twoja siostra przeżyła, co? – rzucił w stronę dziewczyny. – Skoro była z rodzicami, a oni nie żyją, to na pewno…

Dwie karetki pogotowia na sygnale w obstawie radiowozów wjechały na plażę od strony hotelu. Zapanował harmider i gwar.

– Kathi! – rozległo się wołanie zza radiowozu.

Dziewczyna uniosła nieznacznie głowę, patrząc w stronę znajomego głosu.

– Hanna? – wychrypiała.

– Kathi?! – Młoda dziewczyna, o niemal identycznych rysach twarzy jak podopieczna Patryka, wybiegła na plażę.

– Stać! Tam nie wolno! – zagrzmiał łamaną angielszczyzną jeden z policjantów i ruszył za nią. – Zabezpieczamy teren. Sprawca wciąż może być w pobliżu – krzyczał i biegł za nią, lecz ona go nie słyszała. Rozglądała się wokół z paniką w oczach, wśród ofiar szukała siostry.

–  Kathi?!

– Tutaj… – Na twarzy dziewczyny pojawiła się ulga.

– Mój Boże, Kathi. – Starsza siostra dotarła do niej, nie wiedziała, co ma robić.

Po jej twarzy pociekły łzy.

– Lekarza! – zaczęła krzyczeć. – Tutaj! Pomocy! – Objęła jej głowę najdelikatniej, jak potrafiła. – Jestem z tobą. Jestem, kochana… Nic się nie bój.

Hanna wtuliła się w pierś siostry i zapłakała.

Patryk podniósł tryumfujący wzrok na Dagona, który stał z założonymi rękoma na piersi.

– I co się tak patrzysz, guardiański psie? Cieszysz się co? Masz farta, jakich mało.

– A jak. – Czuł, że schodzi z niego całe napięcie. – Ona przeżyje, nic tu po tobie. – Wyprostował się i stanął na wprost Dagona.

Tentator był tego samego wzrostu i w tym samym wieku co Patryk, mimo to z racji ponad stuletniego doświadczenia i wielu zwycięskich walk patrzył na niego z wyższością. Twarz miał szeroką, podbródek wystający, szyję wytatuowaną, a głowę ogoloną na łyso.

– Na twoim miejscu nie byłoby mi tak radośnie – odparł Dagon. – Cztery do jednego. – Wskazał głową na ciała leżące kilka metrów dalej. – Wygląda na to, że znów wygrałem. Jak dla mnie, możesz częściej się spóźniać. – Mrugnął do niego i rozpłynął się w powietrzu.

Po tym zdarzeniu Patryk poprzysiągł sobie, że niezależnie od tego, co będzie się działo, już nigdy nie zignoruje wezwania. Kilka dobrych miesięcy odchorowywał tamto zajście w Tunezji. Miał ogromne szczęście, że siostra Podopiecznej zjawiła się w ostatnim momencie. Nie potrafił sobie wybaczyć, że położył na szali ludzkie życie.

– To jak, pizza i piwo? – Z zamyślenia wyrwał go głos Gabriela, który pakował akcesoria plażowe do torby.

– O tak, zwłaszcza to drugie. – Zuzka klepnęła Patryka w kolano i się przeciągnęła.

– Z tego, co kojarzę, miałaś oszczędzać gardło – zauważyła Larysa, wkładając do torby duży ręcznik.

– Przecież nie muszę pić zimnego, wystarczy takie, które będzie mieć temperaturę pokojową.

– Piwo musi być zimne – wtrącił Adzir. – Inaczej smakuje jak siuśki.

– Smakuje jak siuśki – powtórzył Antek niczym papuga i zaczął się chichrać. – Siuśki.

Tatiana wywróciła oczami.

– Brawo, kochanie. Kolejne mądre porównanie, którym będzie posługiwał się nasz syn.

Antoś podał tacie foremkę w kształcie loda w wafelku, w której tkwiła kulka piachu.

– Tato, czy mój lód smakuje jak siuśki? – Nie przestawał się śmiać.

– Słodziak – podsumowała Zuzka, patrząc w jego radosne oczy.

Tatiana parsknęła.

– Chyba twój instynkt macierzyński daje o sobie znać.

Twarz Zuzy momentalnie spoważniała.

– Niekoniecznie.

Patryk popatrzył na swoją dziewczynę nieco zawiedziony, po czym odchrząknął i zmienił temat:

– Czyli najpierw pizza i browar, a potem się rozdzielamy i spotykamy na koncercie.

– Po jedzeniu idziesz z nami do hotelu, by się przebrać, czy z Zuzą na próbę? – Adzir wstał i zaczął wrzucać foremki do torby.

Patryk pochwycił zaciekawione spojrzenie swojej dziewczyny.

– Dołączę z Zuzką do zespołu.

Jej ciemne oczy od razu nabrały blasku.

– Ja też chcę na koncert. – Antoś włożył kolejną porcję piaskowych lodów do foremki.

– Ty, mój drogi, zostajesz w hotelu z prababcią Semeną. – Tatiana podeszła do niego i zaczęła wkładać mu podkoszulek przez głowę.

– Mamo, uważaj! Rozwalisz mi siuśkowego loda – obruszył się chłopczyk.

Zuza poczuła ciepło w środku, patrząc na przyjaciół. Wszyscy przyjechali tu tylko po to, by uczestniczyć w tym przełomowym dla niej momencie. Nawet przyszywana babka Gabriela i Tatiany zdecydowała się na podróż, by zająć się prawnuczkiem na czas ich wieczornej nieobecności. Choć Zuzka nie była z nią tak mocno związana jak z resztą Guardianów, lubiła ją i ceniła za wsparcie, jakie dawała Larysie po jej odrodzeniu.

Semena była lekarzem wielu specjalizacji, ale uważała siebie przede wszystkim za zielarkę. Jej mieszanki ziołowe i nalewki potrafiły zdziałać cuda. Zuza doskonale pamiętała pewien koszmarny tydzień listopada, gdy dwie trzecie mieszkańców Starego Lasu rozłożyła grypa. Przychodnia pękała w szwach, a ulice i szkoły świeciły pustkami. Semena chodziła wówczas od domu do domu, wręczając sąsiadom własnoręcznie przygotowane lekarstwo z naturalnych składników, które zapobiegało zachorowaniu i zwalczało występujące objawy grypy.

– Dziękuję, ale nic mi nie jest – przywitała ją wówczas Zuzka w progu, zakładając pośpiesznie kurtkę. Tamtego dnia miała przesłuchiwać z zespołem kandydatów na basistę. Na jedno miejsce zgłosiło się aż trzech chętnych – dwóch ze Starego Lasu i jeden z Mokrych, największego miasta w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.

– Podziękujesz, jak wypijesz. – Semena podsunęła Zuzce pod nos zakorkowaną buteleczkę.

Dziewczyna uniosła czarne brwi, zastanawiając się, skąd staruszka bierze wystarczającą liczbę zgrabnych flakoników do tego, żeby obdarować nimi całe miasteczko. Co więcej, jak do cholery chce jej się chodzić od drzwi do drzwi i wciskać ludziom kit, że jakaś nalewka pomoże im bardziej niż paracetamol i leżenie w łóżku. Dwa dni później przepraszała w duchu Semenę, że źle pomyślała o jej cudownym lekarstwie, które postawiło Zuzkę na nogi.

Odstawiła buteleczkę na stolik w przedpokoju i wyszła na zewnątrz.

– Trzy razy dziennie przed posiłkiem po łyżce stołowej. – Semena uśmiechnęła się do niej życzliwie.

– Mhm. – Zuzka owinęła wokół szyi szalik i zerknęła na wiklinowy koszyk Semeny pełen flakoników. Trochę jej tego jeszcze zostało – pomyślała. – Odprowadzę panią do sąsiadów – zaproponowała, dając staruszce do zrozumienia, że musi już iść.

– Będzie mi bardzo miło. – Bladoniebieskie oczy zerknęły na nią dobrotliwie.

Zuzka nie pamiętała żadnej ze swoich dwóch babć, które odeszły, nim dorosła. To babcia Larysy była zawsze dla niej wsparciem i źródłem wielu mądrości, dlatego też gdy zmarła, Zuzka odniosła wrażenie, że i ona straciła bliskiego członka rodziny. Teraz Larysa znów miała kogoś, kto dawał jej oparcie w trudnych chwilach. Semena była przyszywaną babcią nie tylko dla Gabriela i Tatiany. W dniu narodzenia się Larysy jako Guardianki stała się babką również dla niej.

– Larysa bardzo pozytywnie się o tobie wypowiada – zagaiła rozmowę staruszka, jakby czytała w jej myślach. – To wielki dar mieć od najmłodszych lat przyjaciółkę, z którą wkracza się w dorosłe życie.

Zuzka skrzywiła się, co nie uszło uwadze Semeny.

– Ten trudny dla Larysy okres niebawem przeminie i znów będziecie sobie bliskie – zapewniła.

– Nie tak jak kiedyś – odparła Zuzka.

– Hmm… Takie jest życie, moje dziecko. Dorastamy, realizujemy marzenia, zakładamy rodziny… Przyjaźń to cenny dar, który należy pielęgnować. Wspólne rozmowy, szczerość, wybaczanie, dzięki nim więź potrafi przetrwać dziesiątki lat.

– Mówi to pani z autopsji czy wyczytała to pani w mądrych książkach? – Zuzka nie zamierzała być niegrzeczna, ale irytowały ją dobre rady z ust kogoś, kto tak naprawdę nie miał pojęcia o jej uczuciach.

Semena najwyraźniej nie poczuła się urażona, bo uśmiechnęła się i przełożyła koszyk do drugiej ręki.

– Dawno temu miałam przyjaciółkę Juliannę – wyznała. – Były to zupełnie inne czasy niż obecne. Bez samochodów, szybkiej kolei, nie wspominając o telefonach komórkowych i internecie. W średniowieczu utrzymanie przyjaźni na odległość stanowiło nie lada wyzwanie. W wieku czternastu lat zostałam wydana za mąż za dwudziestoletniego chłopaka, by połączyć majątek naszych rodzin. Nie kochałam go, a on nie kochał mnie. Mimo to nie mieliśmy większego wyboru. Szybko zaszłam w ciążę, bo taki był obowiązek kobiety. Julianna została natomiast oddana przez rodziców do klasztoru oddalonego od naszego miejsca zamieszkania o trzysta kilometrów. W tamtych czasach wiara w Boga stanowiła podstawę funkcjonowania każdej rodziny. Nie było nic nadzwyczajnego w tym, że rodzice powierzają jedną z siedmiu córek Kościołowi. Dla mnie była to jednak tragedia. Miałam stracić najlepszą przyjaciółkę, powierniczkę, osobę, z którą łączyła mnie silniejsza więź niż z rodzoną siostrą. Nie spotkałyśmy się już ani razu. Mimo to starałyśmy się utrzymać naszą przyjaźń, pisząc listy, na które czekałyśmy miesiącami. Każdą korespondencję oddawałyśmy handlarzom żywnością, by treść listów nie została przechwycona przez niepożądane osoby. Pełna konspiracja. Julianna kryła się przed przełożoną klasztoru, ja przed własnym mężem. Dzięki temu mogłyśmy pisać otwarcie o tym, jak wygląda nasze codzienne życie. Z listów od Julianny dowiadywałam się, że pierwszy posiłek w klasztorze podaje się o czternastej, a kąpiel wskazana jest tylko cztery razy w roku. Pisałam jej o ziołolecznictwie, którym się skrycie zajmowałam, a które było uznawane za czary; o nieudanym współżyciu z moim mężem i o siódmym synu, urodzonym na polu, gdy omal nie schodziłam z tego świata. Przez prawie pięćdziesiąt lat nasza przyjaźń istniała nieprzerwanie tylko dzięki listom. Te jednak w pewnym momencie przestały przychodzić. Od jednego z kupców dowiedziałam się, że śmiertelna choroba wkradła się do zakonu, w którym żyła Julianna. Nie traciłam jednak wiary i słałam listy, mając nadzieję, że jest cała i zdrowa. Wkrótce jednak handlarz, który pośredniczył w ich dostarczaniu, potwierdził słowa kupca: nikt w zakonie nie przeżył ataku choroby. Rok później, skazana przez Inkwizycję za uprawianie czarów, a tak naprawdę za ziołolecznictwo, spłonęłam na stosie i stałam się Guardianką. Pomimo upływu czasu i zmian, jakie dokonywały się w moim życiu po odrodzeniu, wciąż z utęsknieniem wspominałam Juliannę. Zastanawiałam się wielokrotnie, co by było, gdyby nie odeszła; jak czułabym się z myślą, że nie mogę jej wyznać, kim się stałam. Wielokrotnie dochodziłam do tego samego wniosku, że sama świadomość istnienia osoby, która jest gotowa wysłuchać naszych trosk, dodaje nam otuchy. Odkąd odeszła Julianna, w moim życiu nie było już nikogo takiego. Od tamtej pory nie spotkałam na swojej drodze osoby, z którą połączyłaby mnie równie wielka przyjaźń jak z nią.

Silniejszy powiew morskiej bryzy przywołał Zuzkę do rzeczywistości. Zerknęła na Larysę. Wiele razy miała nadzieję, że więź, która je łączyła, nim Lara stała się Guardianką, nie zostanie przerwana. Ich życie od czasu ogólniaka zmieniło się jednak tak znacząco, że przyjaźń stopniowo słabła. Po maturze ich drogi się rozeszły. I chociaż miały do dyspozycji tak wiele narzędzi komunikacji, którym niestraszne były odległości, z miesiąca na miesiąc oddalały się od siebie coraz bardziej. Bo żaden czat i żaden telefon nie zastąpi wspólnego siedzenia w szkolnej ławce, wieczornych spacerów po uliczkach Starego Lasu i chichrania się do białego rana z byle powodu. I choćby każdego wieczora relacjonowały sobie na Skypie miniony dzień, który spędziły bez siebie, to nie zastąpiłoby to wspólnego życia, które minęło bezpowrotnie.

– Idziemy? – Patryk nachylił się i podał jej rękę. Przez moment patrzyła na jego dłoń, powracając myślami do wcześniejszych wydarzeń, po czym przyjęła ją i wstała.

Wszyscy ruszyli ku wyjściu z plaży. Zuzka zerknęła w stronę Larysy obejmującej Gabriela w pasie. Tych dwoje łączyło naprawdę wyjątkowe uczucie, które wzmacniała przynależność do społeczności Guardianów. Mimo że Zuzka kochała Patryka z całego serca, rosło w niej przekonanie, że te dwa różne światy, w których żyją, zaczynają dzielić ich coraz bardziej. Poczuła ukłucie na samą myśl o tym, że między nimi może powstać przepaść, której nie zdołają pokonać. Czym prędzej odrzuciła od siebie tę wizję i splotła jego palce ze swoimi.

– Idziemy. – Uśmiechnęła się, lecz w głębi jej serca wciąż tlił się niepokój.

Nie przypuszczała, że niebawem jej obawy się urzeczywistnią.

Po obfitym posiłku w barze przy plaży Zuza z Patrykiem udali się do wynajmowanego niedaleko sceny składziku, w którym trzymali wszystkie instrumenty. Metrażowo odpowiadał garażowi Patryka, gdzie setki razy ćwiczyli utwór, którym zamierzali dziś powalić publikę na kolana.

Odurzeni słońcem i w dobrych humorach zjawili się w kontenerze kilka minut po umówionym czasie.

Wewnątrz panował zaduch. Metronom tykał, a Seba uderzał w talerze perkusji, rozgrzewając tym samym poobklejane plastrami palce, nadwyrężone mozolnymi ćwiczeniami.

– No proszę, ambitnie. – Zuzka podeszła do niego i cmoknęła go w zaczerwieniony policzek. Perkusista wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i przeleciał pałeczkami po bębnach, dając solowy popis swoich umiejętności. Długie, kręcone włosy zasłoniły jego pulchną twarz, po której spływały strużki potu.

W rogu pomieszczenia, na krześle siedział Romeo. Jak zwykle melancholijny i zasłuchany w brzmienie gitary elektrycznej. Wygrywał na niej jakiś smętny kawałek.

– Hejka, jak leci? – Zuzka dała mu buziaka w czoło, na które opadały kosmyki jasnych włosów.

– Kamila nie przyjedzie. – Brzdęknął w strunę, nie podnosząc wzroku znad instrumentu.

Tego im jeszcze brakowało. Gitarzysty ze złamanym sercem.

– Mówiłam ci, że to nie laska dla ciebie – odparła, jakby to miało poprawić mu humor.

Podniósł na nią zielone oczy, przepełnione rezygnacją, i przestał grać. Przez moment patrzył na Zuzkę osowiale, po czym zestawił gitarę z kolan na podłogę i oparł ją o krzesło.

– Faktycznie, mówiłaś. – Wstał i ominął ją zniechęcony. Zgarbiony niczym tragarz udał się w stronę wyjścia.

– Dokąd idziesz? – zapytała, podążając wzrokiem za jego szczupłą sylwetką, na której wisiały bluza z kapturem i sztruksy.

– Na fajkę, zaraz wracam – odparł i wyszedł przez otwartą bramę na skąpaną w słońcu tylną uliczkę.

Nastała cisza.

– Brawa dla tej pani za wyczucie – rozległ się niski głos, dobiegający z przeciwległego kąta pomieszczenia. – Teraz Romeo na bank się załamie.

Zuza odwróciła się i napotkała spojrzenie szarych oczu. Na ustach Iwa gościł cyniczny uśmiech. Opierał się o ścianę z zawieszoną gitarą basową na ramieniu, raz po raz uderzając w struny.

Zuza powiodła wzrokiem po jego wysokiej sylwetce. Zwykły T-shirt, koszula w kratkę, wytarte dżinsy, trampki. Nieważne, jak się ubrał, jak zaczesał opadającą na pół twarzy ciemną grzywkę, jakich słów używał – laski lgnęły do niego jak ćmy do światła. Coś podpowiadało Zuzce, że ten chłopak nie powinien był zjawić się w jej życiu. Nie chciała go w zespole, jako jedyna głosowała przeciw niemu. Mieszkał poza Starym Lasem, dlatego istniało ryzyko, że będzie spóźniał się na próby. Był od nich dwa lata starszy, więc mógł szybciej niż oni znudzić się zabawą w rockmenów i zostawić ich w najmniej oczekiwanym momencie. Poza tym dokąd się nie ruszył, ciągnął za sobą falę napalonych nastolatek. Reszta chłopaków była nim jednak zachwycona. Nawet Patryk uznał, że nie mógł wymarzyć sobie lepszego zastępcy. Zuza musiała odpuścić, zresztą nie była głucha. Iwo idealnie współgrał z bębniarzem, równocześnie skupiając się na jej śpiewie i grze Romea. Nie mogła mu też odmówić feelingu, w każdy utwór wkładał całego siebie, a jeśli popełnił błąd, wychodził z niego obronną ręką. Wiedziała, jak ważne w zespole są wzajemne relacje, zgranie i zaufanie. Dlatego starała się, jak mogła, by nie popsuć tego, co budowali z ekipą przez tyle lat, przez to, że miała mieszane uczucia co do nowego basisty. Dlatego postanowiła zachowywać się wobec niego normalnie. Po prostu być Zuzką, którą wszyscy znali.

– Lepiej się tak nie ciesz, bo jak Romeo się załamie, przypadnie ci rola prowadzącego gitarzysty – rzuciła w jego stronę.

Iwo często zastępował rozchwianego emocjonalnie Romea. Zuzka uwielbiała zarówno bębniarza, jak i gitarzystę. Znali się jak łyse konie, grali razem od początku ogólniaka. Jednak na Sebka zawsze mogli liczyć, perkusja była bowiem dla niego pierwszą i największą miłością, a Romeo miał duszę romantyka. Właśnie dlatego otrzymał taką ksywkę. Gdy zakochał się w jakiejś dziewczynie z wzajemnością, grał jak zaczarowany. Gorzej, gdy spotykał go miłosny zawód, wówczas zamykał się w sobie, zwieszał nos na kwintę i fałszował niczym uliczny grajek.

– Wolę to niż grzanie ławy. – Iwo uniósł brew i przeniósł wzrok na Patryka. – Hej, stary. Fajnie, że wpadłeś. – Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, w jego głosie nie dało się usłyszeć zazdrości czy rozczarowania tym, że nie zagra dzisiejszego wieczoru na basie.

Zuzka musiała przyznać, że Iwo szczerze zaakceptował warunki, na jakie przystał w dniu wstąpienia do zespołu.

Zniecierpliwiony Seba uderzył w talerze i wydarł się w kierunku wyjścia:

– Romeo! Zaczynamy?

Zuzka odwróciła się w stronę uliczki i zobaczyła, jak gitarzysta kończy palić papierosa, wkłada telefon do kieszeni i idzie w ich stronę z ponurą miną. Domyśliła się, że rozmawiał z Kamilą. Postanowiła, że tym razem wykaże się większym taktem.

– Może wypadło jej coś ważnego? – zagadnęła go, gdy przekraczał próg.

– Pewnie tak – odparł przygnębiony. – Ale tego się już nie dowiem. Nie odbiera telefonu.

To lafirynda – pomyślała Zuzka i zacisnęła szczęki. Mogła się tego spodziewać po dziewczynie, która zmieniała facetów jak rękawiczki. A trzeba było przyznać, że miała spore grono adoratorów. Kamila pracowała w Barze u Marty, jedynym lokalu w Starym Lesie, w którym można się było rozerwać i napić czegoś mocniejszego. Romeo robił do niej maślane oczy od drugiej klasy liceum, lecz dopiero niedawno Kamila łaskawie zwróciła na niego uwagę. Zuza była pewna, że laska poleciała na Romea tylko ze względu na powodzenie, jakim zaczął się cieszyć zespół. Teraz jednak wręcz nie mogła uwierzyć, że dziewczyna zrezygnowała z darmowej wycieczki na Hel – Romeo w rycerskim geście zaproponował, że zasponsoruje jej bilet i pobyt w hotelu.

– Daj mi jej numer – zwróciła się do niego Zuzka, wyjmując telefon z kieszeni.

– Odpuść, okej? – odparł z rezygnacją, choć w jego głosie dało się usłyszeć nutkę nadziei.

– Odpuszczę, jak dowiem się, co ją zatrzymało. Od ciebie nie odbiera, więc może odbierze, gdy ja do niej zadzwonię. Nie zna mojego numeru. Z tego, co kojarzę, mam ją tylko wśród znajomych na fejsie.

Romeo zawahał się przez chwilę, po czym wziął telefon i przeczytał ciąg cyfr.

Zuza wpisała numer.

– Zaraz wracam – rzuciła i wyszła na zewnątrz.

– W tym tempie to do jutra nie zrobimy próby. – Seba chwycił za pałeczki, włączył metronom i zaczął uderzać w bębny.

Zuzka weszła w głąb wąskiej uliczki i przyłożyła telefon do ucha. Czekała kilka sekund, by wreszcie usłyszeć melodyjny głos Kamili:

– Słucham.

– Cześć. Z tej strony Zuzka, od Romea – starała się brzmieć przyjaźnie, choć najchętniej bez konwencjonalnych grzeczności zmieszałaby małpę z błotem.

Ciche westchnienie.

– Ach tak, cześć.

Jej obojętny ton głosu jeszcze bardziej podniósł Zuzce ciśnienie.

Tylko spokojnie – pomyślała.

– Pamiętasz, że gramy dzisiaj support?