Gucci. W imię mojego ojca - Patricia Gucci - ebook
Opis

Porywająca opowieść rodzinna i historia nigdy wcześniej nie opisanego romansu, koncentrujące się na osobie Aldo Gucciego – człowieka odpowiedzialnego za przekształcenie legendarnego domu mody w potęgę, jaką znamy – opisana przez jego córkę.

 

Narodziny Patricii Gucci utrzymywano w ścisłej tajemnicy: wiadomość o istnieniu nieślubnego dziecka mogłaby pogrążyć jej ojca, Aldo. Początek lat sześćdziesiątych XX wieku to okres największej świetności Gucci – ulubionej marki zarówno arystokratów jak i hollywoodzkich gwiazd – ale i czasy, kiedy w świetle włoskiego prawa posiadanie nieślubnych dzieci było nielegalne. Aldo nie mógł pozwolić sobie na publiczny skandal, ale też nie potrafił wyrzec się uczuć, które żywił dla matki Patricii, Bruny, byłej pracownicy swojego rzymskiego butiku. W celu uniknięcia kontrowersji wysłał ciężarną kochankę, aby urodziła w Londynie, a następnie potajemnie ściągnął ją wraz z noworodkiem z powrotem do Rzymu, gdzie obie musiały ukrywać się przed władzami, mediami i rodziną Gucci.

Gucci. W imię mojego ojca opisuje nieznaną dotąd historię miłosną rodziców Patricii w oparciu o jej własne wspomnienia, rozmowy, jakie przeprowadziła ze swoją matką oraz listy miłosne pisane przez jej ojca. Wszystko to uzupełniają nigdy wcześniej nie publikowane zdjęcia. Autorka przeplata burzliwą historię związku swoich rodziców wspomnieniami dotyczącymi swojej osobistej relacji z ojcem oraz drogi jaką przeszła, aby od bycia osamotnioną małą dziewczynką, żyjącą w ukryciu przez dziesięć pierwszych lat życia, stać się rzeczniczką Gucci i najmłodszą protegowaną Aldo. Co więcej kiedy Aldo wydziedziczył swoich trzech synów po ich zuchwałej zdradzie, Patricia, niegdyś traktowana jako wstydliwy sekret, została „główną i jedyną spadkobierczynią” swojego ojca. Epicka opowieść o miłości i stracie, zdradzie i lojalności rozgrywająca się we Włoszech, w Anglii i w Ameryce w trakcie najbardziej niespokojnego okresu w ciągu 60 lat, kiedy firma Gucci była przedsięwzięciem rodzinnym.

 

 

 

Patricia Gucci urodziła się w Londynie. Kształciła się w Anglii, we Włoszech i w Szwajcarii, aby w końcu przenieść się do Nowego Jorku, gdzie pobierała lekcje aktorstwa. W 1982 r. została członkiem zarządu Gucci oraz pełniła funkcję specjalnej ambasadorki marki w Stanach Zjednoczonych i w Azji aż do czasu wykupienia firmy przez Investcorp w 1987 r. Ma trzy córki i obecnie mieszka w Szwajcarii.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 384

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Tytuł oryginału IN THE NAME OF GUCCI. A MEMOIR
Przekład MAGDALENA NOWAK
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KRYSTYNA PODHAJSKA
Korekta JOLANTA KUCHARSKA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Zdjęcie na okładce © flyparade / iStock by Getty Images
Łamanie | manufaktu-ar.com
In the Name of Gucci. A Memoir All rights reserved. This translation published by arrangement with Crown Archetype, an imprint of the Crown Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the translation by Magdalena Nowak Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65780-19-5
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Mojej matce

.

Wydarzenia opisane w tej książce oparłam na swoich przeżyciach i doświadczeniach, a także opowieściach moich rodziców oraz innych osób. Starałam się zweryfikować pozyskane informacje. Zdaję sobie jednak sprawę, że przedstawione wydarzenia nie zawsze będą się pokrywać z wersjami zapamiętanymi przez innych. W kilku przypadkach zmieniłam imiona i nazwiska bohaterów, aby chronić ich prywatność i nikogo nie urazić. Wszelkie ewentualne nieścisłości i pomyłki w tekście wynikają wyłącznie z mojej winy.

PROLOG

Wraz ze śmiercią ojca zawalił się cały mój świat. Nie potrafiłam otrząsnąć się z szoku. W dniu jego pogrzebu miałam wrażenie, że ziemia usuwa mi się spod stóp. Ubrana na czarno, w zaawansowanej ciąży – za niespełna miesiąc na świat miało przyjść moje drugie dziecko – stałam w rzymskim kościele i patrzyłam, jak wnoszono trumnę. Do tej pory nie uczestniczyłam w żadnym pogrzebie, więc świadomość, że w tej drewnianej skrzyni spoczywają zwłoki ojca, którego ja, dwudziestosześciolatka, pamiętałam jako zawsze pełnego energii, ostatecznie wytrąciła mnie z równowagi.

Kurczowo trzymając się kościelnej ławy, spojrzałam na Brunę, moją matkę. Siedziała obok mnie nieruchomo, wielkie brązowe oczy ukryła za ogromnymi okularami przeciwsłonecznymi. Pogrążona w rozpaczy nie potrafiła dodać mi otuchy. Poczułam się sierotą, i to nie pierwszy raz w życiu.

Moja matka i papà żyli we własnym świecie na długo, zanim się w nim pojawiłam. Od początku ich potajemnego romansu nawiązanego w drugiej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku łączyła ich niewyobrażalnie głęboka więź. Byłam niespodziewanym owocem zakazanej miłości. Ojciec w obawie przed skandalem wysłał matkę za granicę, by tam mnie urodziła.

Aldo Gucci, wizjoner stojący za sukcesem słynnego domu mody, nie należał do osób, którym można się sprzeciwiać. Ten przecierający szlaki, niezwykle dynamiczny przedsiębiorca przekształcił niewielki florencki zakład produkujący walizki w firmę globalną, synonim włoskiego szyku. Później stałam się świadkiem, jak z powodu katastrofalnego zwrotu zdarzeń nastąpił smutny zmierzch i rozpad tego, na co tak ciężko pracował. Ojciec w ostatnich pięciu latach życia doświadczył zdrad porównywalnych z tragedią króla Leara. Zmusiły go one do sprzedania firmy, przyczyniając się po części do jego śmierci.

W moich oczachpapà nigdy nie podlegał osądowi ani nie wzbudzał litości. Dla mnie wciąż był przystojnym, skorym do śmiechu i roztaczającym wokół specyficzną woń wody kolońskiej tatą, który niczym egzotyczny ptak pojawiał się i znikał. Szczupły, gibki, zawsze w ruchu – przyjeżdżał i natychmiast wypełniał spokojną przestrzeń energią i radością. Przyjazny, a jednocześnie bezbronny i pełen wad. Choć mamma i ja nigdy nie widywałyśmy go ani wystarczająco często, ani wystarczająco długo, to stanowił spoiwo naszych relacji.

I nagle go zabrakło, a my musiałyśmy przetrwać ceremonię pogrzebu, na który składała się nie tylko godzinna msza, lecz także uciążliwa trzygodzinna podróż do mauzoleum Guccich znajdującego się niedaleko Florencji. Ten nieskończenie długi dzień kończył kilka ciężkich tygodni. Mamma i ja niemal nie odstępowałyśmy ojca w prywatnej klinice katolickiej, czekając na zbliżający się koniec. Z trudem dopuszczałyśmy do siebie myśl, że za chwilę pożegnamy go na zawsze. Zakonnice przemykały wokół bezszelestnie, a my siedziałyśmy po obu stronach łóżka. Dwie kobiety, które znały prawdziwe oblicze Alda Gucciego, kochały go, będąc powiernicami jego tajemnic i strażniczkami jego prawdy.

Gdy Aldo Gucci, mężczyzna żonaty, po raz pierwszy ujrzał La Bella Bruna, sprzedawczynię w swoim rzymskim sklepie, stracił dla niej głowę. Nieśmiałej osiemnastolatce podporządkował całe swoje życie. Przez kolejne trzydzieści lat, które dottore Gucci – jak często go nazywano – poświęcił na budowanie imperium, przemierzając świat wzdłuż i wszerz, to właśnie Bruna była osobą, do której potajemnie wracał w poszukiwaniu wsparcia lub pociechy. I to ona trzymała jego dłoń, gdy na zawsze żegnał się ze światem.

Młoda piękność, która urodą mogła konkurować z najsłynniejszymi włoskimi aktorkami, zapłaciła wysoką cenę za wieloletnie życie w ukryciu. Siłą rzeczy ja również. Jako zamknięte w sobie dziecko, które musiało szybko dorosnąć, nie rozumiałam, dlaczego matka powoli i ze smutkiem wycofywała się ze świata ani dlaczego nie dopuszczała, aby w moich relacjach z nią i z ojcem pojawiła się bliskość.

Wszystko wskazywało na to, że niezwykła historia moich rodziców odeszła w zapomnienie w dniu pogrzebu ojca w styczniu 1990 roku w kościele Santa Chiara na północno-zachodnich obrzeżach Rzymu. Szofer ojca, Franco, w milczeniu przywiózł nas do współczesnego kościoła w kolorze terakoty. Zdezorientowane przeciskałyśmy się przez tłum żałobników tłoczących się na imponujących kamiennych schodach, aż wreszcie ktoś posadził nas w ławie przeznaczonej dla pracowników i wspólników, którzy przylecieli ze wszystkich zakątków świata, aby oddać hołd głowie rodu Guccich.

Po drugiej stronie nawy siedziała pierwsza żona Alda, Olwen, z trzema moimi przyrodnimi braćmi: Giorgiem, Paolem i Robertem, o których istnieniu dowiedziałam się dopiero jako dziesięciolatka. Teraz widziałam ją po raz pierwszy i dało się odczuć niechęć do nas. Zawsze wyobrażałam ją sobie jako elegancką starszą Angielkę, wyprostowaną jak struna, ubraną w kostium, z perłami na szyi. Tymczasem ujrzałam skurczoną staruszkę na wózku inwalidzkim. To, jak była krucha – fizycznie i psychicznie – w wieku osiemdziesięciu trzech lat, wstrząsnęło mną. Moja pogrążona w rozpaczy matka zdawała się nie dostrzegać tego.

Ani mnie, ani matki nie zdziwiło, że nie przygotowano dla nas miejsca wśród członków rodziny. Byłyśmy na drugim planie. Tamtego zimnego poranka, siedząc w brzydkim kościele, mogłam jedynie zastanawiać się, jak bez opieki ojca przetrwamy rodzinne burze i zawirowania. Chociaż ojciec zmarł niespełna tydzień wcześniej, a matka widywała go co noc w snach, obie czułyśmy się zagubione.

Papà uporządkował swoje sprawy na długo, zanim zapadł w śpiączkę, z której już się nie obudził. Zaplanował pogrzeb, a pieczę nad nim zlecił najbardziej zaufanym pracownikom. Zgodnie z jego życzeniem ceremonia powinna być skromna, bez kwiatów i z nielicznymi mowami pogrzebowymi. Nie zapomniał o mojej matce i sam napisał nekrologi, które miały zostać opublikowane po jego śmierci. „Aldo Gucci pozostawił żonę Brunę Palombę oraz towarzyszkę życia Olwen Price”, napisał. Niektóre z włoskich gazet lojalnie uwzględniły w druku to świadomie uczynione rozróżnienie. „New York Times” jednak postąpił wbrew woli mojego ojca. W opublikowanym artykule zacytowano słowa prezydenta Johna F. Kennedy’ego, który Alda Gucciego nazwał „pierwszym włoskim ambasadorem mody”. Na zakończenie podano: „Pan Aldo Gucci pozostawił żonę Olwen, z domu Price, oraz trzech synów, Roberta, Giorgia i Paola”. Słowem nie wspomniano o mojej matce i o mnie.

Nic nie mogłam poradzić na to rażące pominięcie, zaaranżowane zapewne przez członka rodziny. Nie mogłyśmy też prostować różnych nieprzyjemnych historii, które napisano o ojcu po jego śmierci. Z prawnego punktu widzenia przez dłuższy czas powinnam pozostać niewidzialna, tak jak życzyło sobie tego wiele osób. Nie miałam prawa niczego ujawniać.

Dwadzieścia trzy lata później przyszedł czas na nieopowiedzianą historię – historię mojego ojca, mojej matki oraz globalnego imperium, które stworzył i które ukształtowało życie każdego z nas.

Oto moja historia.

1

Okres po śmierci ojca nie był łatwy ani dla mnie, ani dla mojej matki. Nasze kontakty się rozluźniły, pochłonęły nas własne problemy. Brak ojca tylko pogarszał sytuację.

Matka pozbawiona mężczyzny, który w jej życiu odgrywał rolę ojca, przyjaciela, męża i syna, pogrążyła się w żalu i lęku przed nieznaną przyszłością. Pozbawiona jego siły czuła się samotna. Kiedy próbowałam ją pocieszać, odpychała mnie. Natłok codziennych obowiązków sprawił, że przestałam pielęgnować nasze relacje. Miałam dwoje dzieci, moje małżeństwo się rozpadało, musiałam negocjować z prawnikami podział majątku po moim ojcu. Nie mogłam myśleć o żałobie. Bezsilnie przyglądałam się, jak matka usiłuje pogodzić się ze stratą, która niemal doprowadzała ją do obłędu. Rozpacz matki skutecznie zablokowała wszelkie drogi porozumienia między nami, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. Przez kilka lat prawie się ze sobą nie kontaktowałyśmy. Jako czterdziestokilkulatka miałam już za sobą dwa nieudane małżeństwa, które wycisnęły piętno na życiu moich trzech córek. Z powodów wtedy dla mnie niezrozumiałych pociągali mnie niewłaściwi mężczyźni. Nie przytrafiła mi się prawdziwa miłość, jaka łączyła moich rodziców podczas ich długiego związku.

Na szczęście otaczali mnie wspaniali przyjaciele, choć ich wsparcie również miało swoje granice. Wspomagałam się modlitwą i medytacją. Zorientowałam się jednak, że problem, przynajmniej częściowo, tkwił w tym, że czułam się pozbawiona korzeni. Nigdy nie poznałam dziadków, ledwo znałam przyrodnich braci. Z ojcem tak naprawdę nawiązałam bliższy kontakt w ostatniej fazie jego życia, matka pozostawała dla mnie nieprzeniknioną tajemnicą. Im bardziej zagłębiałam się w swoją psychikę, tym lepiej zaczynałam rozumieć, że moje nietrafne wybory wynikały z dzieciństwa i dysfunkcyjnych związków rodzinnych. Musiałam więc wrócić do korzeni i pojednać się z przeszłością.

W końcu zaświtała mi myśl, że doświadczyłabym katharsis, gdybym napisała książkę o ojcu. Chciałam przedstawić w niej nasze życie z nim w sposób, w jaki go doświadczyłyśmy, tworząc swego rodzaju kronikę rodzinną. Zamierzałam przekazać dzieciom wyjątkową i autentyczną pamiątkę, relację pozbawioną sensacji, których doszukiwali się inni. Ponadto uważałam, że ojciec zasłużył sobie na miejsce w historii nie tylko z powodu roli, jaką odegrał w budowaniu marki Gucci, lecz także jako osoba, która rozpropagowała produkty „Made in Italy” na całym świecie.

Nie spodziewałam się, że moje poszukiwania zaprowadzą mnie do matki. Zaczęłam w końcu rozumieć niepowtarzalną więź łączącą rodziców i okazywać matce uznanie, na jakie zasługuje. Odwiedziłam ją w Rzymie w 2009 roku. Po godnym pożałowania półrocznym okresie, kiedy nasze kontakty ograniczały się do zdawkowych telefonów dwa razy w tygodniu, podjęłyśmy rozmowę. W nadziei, że poznam jej tajemnice, zaczęłam opowiadać o swoich doświadczeniach z ostatnich miesięcy, między innymi o wyjazdach w celu pogłębienia życia duchowego. I wtedy matka pojęła, że nadal szukam odpowiedzi na pytanie, kim jestem.

– Poznałam mnóstwo ciekawych ludzi. Niektórzy zwrócili mi uwagę, że we wspomnieniach z dzieciństwa mam wiele luk, a właściwie jedną wielką czarną dziurę – zaczęłam ostrożnie. – Nigdy cię o to nie pytałam, ale tak niewiele wiem o tacie i o tobie, szczególnie z czasów twojej młodości. A tak bardzo chciałabym czegoś się dowiedzieć.

Sygnały niewerbalne wskazywały, że moja matka nie chce poruszać tych spraw. Kiedy w przeszłości próbowałam zadawać pytania, zbywała mnie, twierdząc, że niczego nie pamięta lub – bardziej dosadnie – że nie chce o tym mówić. Matka przez całe życie pomijała milczeniem tematy dla niej niewygodne, nigdy niczego mi nie wyjaśniała, dlatego obawiałam się, że to się nie zmieni.

Zgodnie z moimi przewidywaniami popatrzyła na mnie krzywo i wzruszyła ramionami.

– Co dobrego z tego przyjdzie po tylu latach? – mruknęła.

– Pomyślałam, że tobie też pomoże, jeśli się otworzysz – odparłam. – Wiem, że zawsze czułaś się nierozumiana.

Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, po czym gwałtownie wstała i poszła do sypialni. Pomyślałam, że posunęłam się za daleko i nasza rozmowa definitywnie się skończyła. Ale moje słowa musiały ją poruszyć, ponieważ wróciła ze skórzaną teczką z charakterystycznym emblematem Guccich.

– Twój ojciec napisał do mnie wiele listów, zachowałam wszystkie. Proszę, chcę ci je podarować. – Podała mi ją.

Nie zdawałam sobie sprawy, że ojciec wysłał choćby jeden krótki list do matki. Żył w pędzie, więc nie potrafiłam sobie wyobrazić, że znalazł czas, by napisać aż tyle lettere d’amore.

Na szczęście udało mi się utrzymać język za zębami. Otworzyłam teczkę i wyjęłam zawartość. Było w niej sporo listów: niektóre napisane na niebieskim papierze poczty lotniczej, inne na hotelowej papeterii, część na maszynie, pozostałe zaś charakterystycznym pismem ojca – wszystkie po włosku. Cenne listy dokumentujące wczesny okres ich znajomości z lat 1958–1961 były poprzekładane zamorskimi telegramami. Dlaczego matka trzymała je ponad pięćdziesiąt lat?

Wertując je pośpiesznie, natknęłam się na zdanie: „Mój skarbie, moja miłości, nie zostawiaj mnie! Nie niszcz najlepszej części mojego życia... nie odpychaj mnie. To, co czuję, nie jest jedynie przelotnym zauroczeniem, ale głęboką i niezmierzoną miłością”.

Nie wierzyłam własnym oczom. Matka przyglądała mi się przez chwilę, po czym wstała, aby zrobić herbatę.

– Są takie piękne – wyszeptała. – Twój ojciec doskonale posługiwał się słowem. – Zatrzymała się w drzwiach. – To właśnie ta umiejętność na początku zapewniła mu moją przychylność.

– Przeczytasz je ze mną? – zapytałam, ale powstrzymała mnie gestem dłoni i pokręciła głową.

– Nie mogę. Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie lata temu. To wystarczy.

Moje oczy napełniły się łzami, ponieważ zrozumiałam, że matka przekazała mi bezcenne dziedzictwo. Dwadzieścia lat po śmierci ojca uchyliła rąbka ich wspólnego, tajemnego życia, dzięki czemu po raz pierwszy zyskałam wgląd w to, co było mi nieznane.

– Przecież to niesamowite, mamo! – zawołałam.

– Tak – zgodziła się. – To było jak bajka, choć bez szczęśliwego zakończenia.

Zdecydowałam się więc poskładać życie rodziców, a także moje z porozrzucanych puzzli. Słowa ojca wywoływały we mnie miliony pytań, z czasem matka zgodziła się odpowiedzieć na większość z nich. Rozpoczęłam w ten sposób intrygującą podróż do rzymskich i florenckich korzeni rodziny, dzięki której udało mi się lepiej zrozumieć sprawy dotychczas dla mnie niejasne.

O sadze rodu Guccich wiele już napisano, w większości skupiając się na upadku imperium ojca oraz trudnych relacjach rodzinnych, które doprowadziły do skandalu, rozwodu i morderstwa. A tak niewiele mówi się, jakim wspaniałym człowiekiem był Aldo Gucci. I jak bardzo kochała go Bruna Palombo, moja matka. Zapamiętałam go jako osobę czułą i namiętną, co kontrastuje z publicznym wizerunkiem bezwzględnego przedsiębiorcy, zarządzającego firmą żelazną ręką. Zyskałam jednak nowe spojrzenie na historię miłości moich rodziców rozgrywającą się w czasach la dolce vita. To doświadczenie otworzyło mi oczy na wiele spraw, zwłaszcza że we wspomnieniach z dzieciństwa panował chaos. Nauczyłam się doceniać nie tylko to, że ojciec musiał pokonać wiele przeszkód na swojej drodze, lecz także to, że matka poświęciła dla niego przyszłość, reputację i dobre imię, stając się kochanką i towarzyszką życia. Moje zaangażowanie spowodowało, że matka zdecydowała się przede mną otworzyć. Pokazała mi nieznane wszystkim oblicze Alda Gucciego, które dane mi było poznać dopiero pod koniec jego życia.

– Był inny, niż się wydawało – upierała się matka. – Tylko ja znałam prawdziwego Alda.

Stopniowo odkrywała przede mną wizerunek ojca, pozwalając po raz pierwszy spojrzeć na niego z jej perspektywy.

Mój dziadek Guccio, założyciel rodzinnej firmy.

2

Jako osobie urodzonej i wychowanej w Anglii oraz – mimo włoskiego pochodzenia – uważającej się za Brytyjkę, zawsze wydawało mi się niezwykłym zrządzeniem losu, że historia firmy Gucci rozpoczęła się ponad sto lat temu właśnie w Londynie.

Dziadek ze strony ojca otrzymał na chrzcie imiona Guccio Giovanbattista Giacinto Dario Maria Gucci, co z pewnością wymagało skrócenia, kiedy w roku 1897 zjawił się przy wejściu dla służby londyńskiego hotelu Savoy, usytuowanego nad Tamizą. Zwinny Toskańczyk wychowany w niewielkim miasteczku czterdzieści kilometrów od Florencji już jako szesnastolatek ruszył w świat szukać szczęścia. Dotarł na wybrzeże i zarabiał na bilet do Anglii, ładując węgiel na parowce. Zakład jego wuja produkujący słomiane kapelusze, w którym pracował również ojciec Guccia, podupadł i wkrótce miał przejść w inne ręce. Rodzina zostałaby wówczas bez środków do życia.

Skory do pomocy Guccio zapewne słyszał opowieści o fortunach zbitych w rządzonej przez królową Wiktorię Wielkiej Brytanii doby fin de siècle’u. „Wesołe” lub „niegrzeczne” lata dziewięćdziesiąte to okres beztroski, dostatku i bogactwa, w które opływała elita. Europejskie grand tours stały się modne wśród zamożnych Amerykanów i mieszkańców kolonii, gotowych w taki sposób wydawać miliony zarobione na diamentach, złocie, budowie kolei czy w przemyśle. Przybywali do Londynu, zanim ruszyli na wojaże po kontynencie.

Dziadek zmarł dziesięć lat przed moimi narodzinami, los nie dał więc mi sposobności zapytać go, kto poradził mu, aby szukał zatrudnienia w najbardziej luksusowym hotelu stolicy imperium. W archiwum Savoya zapisano, że w tym czasie zatrudniano w nim kilku Włochów. Młodych chłopców o oliwkowej skórze i anielskich twarzach chętnie przyjmowano na boyów. Ubrani w elegancką liberię, wykrochmalone rękawiczki i zawadiackie czapki swoim wyglądem przekonywali majętnych tego świata do pomysłu zatrzymywania się w miejscach oferujących doskonałą obsługę, elektryczność oraz ciepłą i zimną bieżącą wodę w prywatnej łazience. Wynajmowanie luksusowych pokoi było rozwiązaniem korzystniejszym niż utrzymywanie pełnych przeciągów, oświetlanych lampami gazowymi miejskich rezydencji, w których nawet nie marzono o większości nowoczesnych wygód. W Savoyu natomiast zainstalowano windy, zwane „wznoszącymi się pomieszczeniami”, w których zamontowano dwa biegi, aby nie doprowadzać dam do omdlenia.

Etykieta podróżowania pod koniec XIX wieku nakazywała, aby gości wysiadających z powozu niezwłocznie prowadzić do recepcji na parterze, skąd często roztaczał się widok na rzekę. Służba na podwórzu pilnowała, aby boye nie pomylili bagaży. Te eleganckie ręcznie szyte torby, w większości opatrzone inicjałami lub herbami, w Europie wykonywała garstka rzemieślników: Luis Vuitton w Paryżu, Henry J. Cave i synowie oraz William Asprey w Londynie. Ta ostatnia firma do dziś jest oficjalnym dostawcą dla królewskiego dworu.

Mimo że młody Guccio przynajmniej na początku nie władał językiem angielskim, przez cztery lata pracy w Savoyu pełnił funkcję boya. Do jego obowiązków należało przenoszenie bagaży piętrzących się na wewnętrznym podwórzu – wtedy wchodziło się na nie przez okazałą bramę z granitowymi filarami na Savoy Hill – do wykwintnych River Suits, korzystając ze schodów lub windy dla służby. W apartamentach pomagał sortować i układać walizy, zanim przekazał je pokojówkom i lokajom do rozpakowania. To zajęcie wymagało siły fizycznej i grzeczności, wręcz dobrych manier, a porozumiewać mógł się na migi. Boy nie zarabiał dużo: niecałe dwa szylingi i sześć pensów tygodniowo (na szczęście miał zagwarantowany nocleg i wyżywienie), jednak napiwek w wysokości pół suwerena (dziesięć szylingów) mógł odmienić los młodzieńca.

Dziadek, wychowany w skromnych warunkach, musiał być oszołomiony, gdy znalazł się w tak luksusowym miejscu. Savoy, pierwszy tego typu hotel w Londynie, otwarto z wielką pompą w 1889 roku i uczczono morzem szampana. Po dziś dzień pozostaje jednym z najbardziej wytwornych miejsc w brytyjskiej stolicy, a ja czuję do niego szczególny sentyment. Można sobie wyobrazić, jak elegancki i nowoczesny musiał się wydawać w tamtych czasach.

Hotele takie jak Berkeley, Carlton i Ritz wtedy jeszcze nie istniały, a Claridge’s – podobnie jak Savoy będący własnością znanego impresaria teatralnego Richarda D’Oyly Carte’a – pełnił raczej funkcję luksusowego klubu dla arystokratów. Savoy zatrudnił Césara Ritza na stanowisko menedżera oraz pierwszego kucharza celebrytę, Auguste’a Escoffiera, jako maître chef. To między innymi dzięki takim postaciom nastąpił przełom w postrzeganiu hotelu jako instytucji. Udowodniono, że jest to miejsce odpowiednie nie tylko dla szlachetnie urodzonych, ale nawet dla rodziny królewskiej. Hotel z miejsca postoju awansował na cel podróży. Artyści tacy jak Noël Coward i George Gershwin zapewniali rozrywkę nowej międzynarodowej klienteli, wśród której znajdowały się gwiazdy, na przykład Sarah Bernhardt, Nellie Melba, Lillie Langtry. Na cześć każdej z nich powstało w Savoyu specjalne danie.

Często zastanawiam się, czy dziadek spotkał którąś z tych osobistości. Może Noël Coward rzucił mu monetę? A Lillie Langtry okazała sympatię? Nieważne, czy zetknął się z nimi, czy nie. Jedno jest pewne: wszyscy ci sławni ludzie bez wątpienia zetknęliby się z jego nazwiskiem, gdyby żyli dłużej.

Znana mi dobrze restauracja River Restaurant w Savoyu należała do pierwszych publicznych miejsc, w których damy mogły jadać posiłki bez narażania reputacji. To z kolei przyczyniło się do rosnącego zainteresowania modą i nowymi trendami. W związku z tym rosła liczba pudeł na kapelusze, waliz, walizek i pokrowców na parasole, które nosili boye hotelowi, w tym także mój dziadek.

Niestety nastroje w Wielkiej Brytanii zmieniły się w 1901 roku. Po niemal sześćdziesięcioczteroletnim panowaniu 22 stycznia tego roku zmarła królowa Wiktoria. Społeczeństwo przeżyło szok. Druga wojna burska przyczyniła się do pogłębienia niepokojów i zawirowań na scenie politycznej. Złota epoka dobiegła końca. W tym też roku dwudziestoletni Guccio zdecydował się opuścić miasto, które zdążył pokochać, i wrócić do ojczyzny bogatszy o suwereny zarobione na Wyspach Brytyjskich.

W rodzinnej Florencji, zanim zaczął się rozglądać za nową pracą, znalazł sobie żonę – charyzmatyczną pannę z dzieckiem. Aida Calvelli, córka krawca, pracowała jako szwaczka. Guccio adoptował Uga, nieślubnego syna wybranki, którego ojciec zmarł, nim zdążył poślubić Aidę. W tamtych czasach musiał się z tym wiązać niemały skandal, ale Guccio był zdecydowany działać niekonwencjonalnie. Nigdy jednak w pełni nie zaakceptował Uga, co później doprowadziło do zerwania kontaktów.

W ciągu następnych kilku lat Guccio i Aida doczekali się córki, Grimaldy, i czterech synów, w tym mojego ojca, Alda, który przyszedł na świat 26 maja 1905 roku. Jeden z chłopców zmarł w dzieciństwie, pozostało więc trzech braci, których losy miały nierozerwalnie spleść się z moim życiem.

Dzięki referencjom z Savoya dziadek dostał pracę w belgijskiej Compagnie Internationale des Wagons-Lits, która dysponowała najbardziej luksusowymi pociągami parowymi w Europie. Należały do niej sławny Orient Express i Le Train Bleu. Plany zawodowe dziadka zniweczyło powołanie do wojska. W 1915 roku Włochy przystąpiły do pierwszej wojny światowej. Guccio, wówczas trzydziestoczteroletni mężczyzna, otrzymał rozkaz stawienia się w jednostce transportowej, gdzie miał rozpocząć służbę jako kierowca.

Moi dziadkowie, Aida i Guccio, we Florencji na początku XX wieku.

Udało mi się ustalić jedynie, że w tej brutalnej wojnie okopowej w górach wyznaczających granicę między Włochami a Austro-Węgrami cudem nie stracił życia, choć poległo ponad siedemset tysięcy żołnierzy. Po wojnie Guccio zatrudnił się w mediolańskiej firmie Franzi produkującej galanterię skórzaną, założonej w 1864 roku przez Rocca Franziego i jego syna Felice. Ich celem było zmonopolizowanie rynku włoskich produktów luksusowych dla wymagających podróżników. Stylowe kufry i walizy wykonane ze „skóry Franzi” – specjalnie nasączonej wyciągami z roślin egzotycznych – wyróżniały się wśród bagaży na niemal każdym transatlantyku, w luksusowych pociągach i na wewnętrznym podwórzu Savoya. Czy był to ze strony dziadka przemyślany wybór nowej ścieżki zawodowej, czy też przypadkowa oferta pracy, historia milczy na ten temat.

W nowej pracy Guccio szybko nabrał przekonania, że jego przyszłość wiąże się z branżą wyrobów skórzanych. Zaczął jako czeladnik, uczył się od podstaw, jak wybierać skórę i obchodzić się z nią, aby uzyskać luksusowy, wytrzymały i jednocześnie sprężysty surowiec do wyrobu bagaży. Awansując, doszedł do stanowiska zarządcy rzymskiej garbarni Franzich. Dzielił czas między Florencję a Rzym, ponieważ babcia zdecydowanie przeciwstawiała się propozycjom przeprowadzki do stolicy. Z czasem energiczna i budząca szacunek Aida przekonała męża do podjęcia ryzykownej decyzji: Guccio złożył wypowiedzenie u Franzich i we florenckiej dzielnicy Oltrarno, położonej na południe od rzeki Arno, założył własne przedsiębiorstwo.

Dziadkowie kupili niewielki sklep zlokalizowany przy brukowanej ulicy niedaleko wytwornej dzielnicy kawiarni i modnych butików, której oś wyznacza Via de’ Tornabuoni, niedaleko słynnego Ponte Vecchio – atrakcji stanowiącej obowiązkowy punkt zwiedzania dla każdego turysty. Pierwsze wzmianki dotyczące nowego butiku podają, że od podłogi aż po sufit sklep był wypełniony walizami, torbami, aktówkami i kuframi wszelkiego rodzaju. Towary pochodziły z własnego warsztatu Guccich, do którego dziadek sprowadzał skórę z Niemiec po cenach korzystnych ze względu na powojenny kurs lira.

Dziadek słynął z doskonałego gustu. Zamierzał produkować dobrej jakości galanterię z nieco tańszych skór – ich jakość podwyższały umiejętna obróbka i technika farbowania. Eleganckie projekty, swobodnie nawiązujące do stylu angielskiego, z którym zetknął się podczas pracy w Savoyu, realizowali florenccy rzemieślnicy z typowym dla nich wyczuciem detalu. Każdy przedmiot oznaczano pierwszą wersją logo Gucci: sylwetką boya w liberii i czapce, niosącego w jednej ręce walizkę, w drugiej torbę podręczną. Był to swego rodzaju ukłon w stronę profesji, która go uformowała.

Sklep pod numerem siódmym przy Via della Vigna Nuova został oficjalnie otwarty w 1921 roku. Nazwę ulicy można przetłumaczyć jako „nowa winnica” i dziadek z pewnością liczył na wiele udanych roczników. Posrebrzany napis „G. GUCCI & Co”. umieszczono na czarnym marmurze nad drzwiami w stylu art déco. Byłam tam wielokrotnie – obecnie sklep stanowi część kompleksu firmy Gucci, do którego wchodzi się od Via de’ Tornabuoni – ale można sobie wyobrazić, jak to miejsce wyglądało przed ponad wiekiem.

Reklama z wczesnego okresu działalności firmy zamieszczona we florenckiej gazecie „Sassaiola Fiorentina” określała jej specjalność jako valigeria Inglese, czyli angielskie torby podróżne. W ofercie znajdowały się również articoli finissimi per regali, będące idealnymi przedmiotami na prezent. Dziadka tytułowano direttore comproprietario (współwłaściciel wraz z innym niewymienionym z nazwiska inwestorem), nadmieniając, że „wcześniej pracował w firmie galanteryjnej Franzi”.

Czterdziestoletni ojciec trójki dzieci, przed laty boy hotelowy noszący walizki w Savoyu, musiał być przejęty i jednocześnie dumny z siebie, kiedy za oszkloną ladą czekał na pierwszych klientów. Skupił się na podkreślaniu trwałości swoich produktów i podobno nawet skakał po walizkach, aby udowodnić ich wytrzymałość. Liczyła się przede wszystkim jakość, a dziadek doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nic tak nie pomaga w sprzedaży jak wieści podawane z ust do ust. Interes powoli się rozkręcał, ale reklamy w prasie oraz rekomendacje od zadowolonych nabywców – na które liczył najbardziej – skutecznie przyciągały klientów. Z czasem zaczął również oferować naprawy ekwipunku zniszczonego podczas podróży powozem, statkiem lub pociągiem. Ten temat doskonale znał dzięki hotelowemu doświadczeniu. Naprawianie zerwanych pasków oraz polerowanie rys i zadrapań okazało się tak lukratywnym pobocznym zajęciem, że dziadek, który zdążył nabrać apetytu na sukces finansowy, mógł sobie pozwolić na otwarcie kolejnego warsztatu.

Papà (na pierwszym planie) podczas obiadu z rodziną na świeżym powietrzu.

Mój ojciec, Aldo, w chwili uruchomienia rodzinnego przedsięwzięcia miał czternaście lat, czyli niewiele mniej niż jego ojciec, kiedy przerzucał hałdy węgla, aby zarobić na przeprawę do Anglii. Chociaż w szkole średniej zgłębiał botanikę i pasji ogrodniczej był wierny przez całe życie, nie rozważał możliwości dalszego kształcenia, ponieważ zarówno on, jak i jego młodszy brat, Vasco, po szkole i w weekendy rowerami rozwozili zamówienia. Ich najmłodszy brat, dziewięcioletni Rodolfo, był za mały, by włączyć się do rodzinnych obowiązków. Poza tym snuł inne plany.

Ich siostra, osiemnastoletnia Grimalda, stała przy kasie pod nadzorem matki, Aidy, mojej babci, która zasłużyła sobie na miano siły napędowej tego przedsięwzięcia. Aida w białym wykrochmalonym fartuchu żelazną ręką zarządzała nieskazitelnie ubranym personelem, podobnie jak własnym domem. Papà ją uwielbiał, choć przyznawał, że bywała „piekielna”, i określał ją jako pozbawioną strachu. Z całą pewnością Aida nie brała jeńców i była przekonana, że wszystko jej wolno. Tę cechę odziedziczył po niej mój ojciec.

Guccio miał wiele zalet, ale często był nieustępliwy, czasami nawet despotyczny. Wybuchowy i niecierpliwy, do tego perfekcjonista – te cechy przekazał mojemu ojcu, a za pośrednictwem ojca także mnie. Wymagał doskonałości zarówno podczas wykonywania obowiązków domowych, jak i w przypadku dbania o wygląd. Dziadka z nieodłącznym toskańskim cygarem w ustach można określić mianem właściciela w starym tego słowa znaczeniu. Przed otwarciem sklepu osobiście sprawdzał, czy wszystko jest jak należy. W ciągu dnia przechadzał się po nim w eleganckim trzyczęściowym garniturze, gotów w każdej chwili oczarować klientów.

Zamierzał osiągnąć sukces przynajmniej na miarę Franzich i w związku z tym oczekiwał, że jego synowie w pełni zaangażują się w rodzinne przedsięwzięcie. Twierdził, że w życiu najważniejsze są rodzina i oddanie pracy. Często porównywał synów ze sobą i nastawiał ich przeciwko sobie, uznając, że od najmłodszych lat powinni konkurować. Nie ominęło to również Grimaldy, choć z racji płci nie uwzględniał jej w swoich planach zawodowych.

Dziadek wymagał od dzieci nienagannych manier, perfekcyjnego wyglądu oraz zachowania charakteryzującego osoby pracujące w luksusowej, prężnie rozwijającej się firmie. Podążał za włoską tradycją zwaną bella figura, która odnosi się do sposobu, w jaki ludzie prezentują się światu za pomocą eleganckiego ubrania, wdzięku i dystynkcji, tak aby wywrzeć jak najlepsze wrażenie.

Papà (w środku) z moimi stryjami Vaskiem i Rodolfem w Mediolanie w latach pięćdziesiątych.

Mój ojciec, najstarszy syn o delikatnych rysach, jako jedyny spośród rodzeństwa obdarzony wyrazistymi niebieskimi oczami był zdecydowanie numero uno. Urodzony kombinator, w genach otrzymał przebiegłość po matce i przedsiębiorczość po ojcu. Chętnie się uczył i podjął wyzwanie budowania rodzinnej firmy. Zwinny, lubiący wcześnie wstawać, zazwyczaj pierwszy wsiadał na rower, aby rozwozić po Florencji elegancko zapakowane skórzane przedmioty, zręcznie omijając zaprzęgi konne na wąskich uliczkach. W wieku dwudziestu lat pracował na pełnym etacie w rodzinnej firmie. Stał się równie skrupulatny jak ojciec, dokładnie kontrolował wystawy okienne i sprawdzał każdy szew w nowej walizce. Obaj nalegali, aby pracownicy spędzali długie godziny w sklepie. Służyło to poznaniu potrzeb klientów. Dzięki temu działalność pod szyldem Guccich stanowiła wzór jakości i doskonałości. Jednak interes nie szedł tak dobrze, jak zakładali. Brakowało płynności zamówień i w pewnym momencie dziadek omal nie zamknął sklepu. Uratowała go pożyczka od narzeczonego Grimaldy. Dzięki niej przetrwał trudne czasy. Wkrótce sytuacja się poprawiła: spłacił dług i otworzył drugi sklep na pobliskiej Via del Parione.

Nie minęło wiele czasu, a papà okazał się tak dobry, że wysłano go w szeroki świat jako pierwszego w historii sprzedawcę produktów marki Gucci. Praca ta odpowiadała mu, ponieważ uwielbiał podróże, a jednocześnie mógł nawiązywać flirty i romanse. Pudła pełne wyrobów firmowych w przedziale pociągu zajmowały niemal całe miejsce bagażowe. Obdarzony tupetem (faccia tosta) z niejednej opresji wychodził bez szwanku. Przystojny młody kawaler, w dodatku dysponujący pokaźną gotówką, szybko odkrył korzyści płynące z codziennych kontaktów ze sprzedawcami, gośćmi z zagranicy, bogatymi klientami i ich służbą, zwłaszcza rodzaju żeńskiego.

Ojciec podróżował po całym kraju, ale to w rodzinnej Florencji poznał kobietę, która jako pierwsza wywarła ogromny wpływ na jego życie.

Mój ojciec w wieku dwudziestu dwóch lat i jego nastoletnia wybranka, Olwen Price, w dniu ich ślubu w Anglii w 1927 roku.

3

Kiedy patrzę na zdjęcie ojca i jego żony zrobione w dniu ich ślubu, ze zdziwieniem dostrzegam wystraszonego młodego mężczyznę. Zaciśnięte pięści i niepewny wyraz twarzy zdradzają brzemię odpowiedzialności, które spadło na tego dwudziestodwulatka. Co ciekawe, dostrzegam w nim swoje rysy – kształt nosa, opadające powieki i podłużną twarz.

Panna młoda wygląda na zdecydowanie mniej zdenerwowaną, lekko pochyla ku panu młodemu głowę z otwartymi ustami, jakby chciała coś powiedzieć. Otacza ją aura oczekiwania nie tylko dlatego, że była w ciąży, lecz także dlatego, że otwiera się przed nią świetlana przyszłość.

Olwen Price, ładna jasnowłosa nastolatka, pochodziła z rodziny protestanckiej mieszkającej w Shropshire w środkowej Anglii przy granicy z Walią. Price’owie zajmowali się wyrobem mebli, kół i trumien. Olwen, jako najstarsza z sześciorga rodzeństwa, uczyła się na krawcową. Udało się jej uciec od ciężkiej pracy na prowincji i zatrudnić jako pokojówka. Kiedy Olwen przyjęła służbę u rumuńskiej księżniczki Elżbiety, małżonki greckiego króla Jerzego II, do jej obowiązków należało również odbieranie zakupów z luksusowych butików, które pracodawczyni chętnie i często odwiedzała. Takim miejscem był niewielki sklep G. Gucci & Co. przy Via della Vigna Nuova we Florencji. I to właśnie tam mój ojciec zwrócił uwagę na Olwen. Wiosną 1927 roku małżonka króla Jerzego II złożyła niezapowiedzianą wizytę w sklepie bez obecności służby, i nie po to, by zrobić zakupy. Odwiedziny przedstawicielki arystokratycznego rodu stanowiły święto (w Savoyu z tej okazji uderzano w dzwon), ale tym razem zbytnio się nie cieszono – królowa bowiem przyszła złożyć skargę. Panna Price, niezamężna służąca, za którą arystokratka ponosiła swego rodzaju odpowiedzialność, nawiązała romans z moim ojcem. Co gorsza, Olwen zaszła z nim w ciążę.

Guccio był przerażony. Wiedział, że pierworodny syn ma gorący temperament i nie kontroluje swoich zapędów, co sprawiało, że potrafił uwieść prawie każdą kobietę. Coraz bardziej śmiałe wyczyny Alda obrastały legendą wśród pracowników warsztatu. Mówiono na przykład, że jadąc tramwajem, zaczął wymieniać spojrzenia z zakonnicą, która pozwoliła mu się popieścić. Jedno jest pewne, żadna kobieta nie powinna czuć się przy nim bezpieczna, ale wpędzenie dziewczyny w tak poważne kłopoty przepełniło czarę.

Dowiedziawszy się o ciąży Olwen, mój ojciec nadal myślał, że może jeździć, gdzie chce, i robić, co chce, ale przemowa dziadka na temat odpowiedzialności wywarła na nim ogromne wrażenie. Żywił również autentyczne uczucie dla ślicznej młodej pokojówki, które wzmacniała słabość do wszystkiego co brytyjskie – zaszczepiona mu przez jego ojca. Nie rozważywszy należycie konsekwencji czynów, Aldo zaproponował, że ożeni się z dziewiętnastolatką i będzie utrzymywał ją i dziecko. Królowa wyraziła zgodę na to małżeństwo. I tak 22 sierpnia 1927 roku Olwen, będąc w trzecim miesiącu ciąży, poślubiła Alda w kościele katolickim pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny i świętego Oswalda w Oswestry w Anglii, niedaleko rodzinnego domu. Olwen, znacznie niższa od pana młodego, była ubrana w białą sukienkę do kolan. Wysadzany perłami stroik w kształcie półksiężyca przytrzymywał krótki welon. Brzuch zasłaniała okazałą wiązanką. Wyraz twarzy panny młodej można określić jako triumfalny.

Dziadkowie nie przeprawili się przez kanał La Manche, aby uczestniczyć w tej uroczystości, ponieważ oznaczałoby to konieczność zamknięcia sklepu i nieprzewidziane wydatki. Mój ojciec w rejestrze kościelnym został zapisany jako producent wyrobów skórzanych. Świadkiem na tym ślubie był właściciel miejscowego sklepu tytoniowego.

Zgodnie z włoską tradycją nowożeńcy zamieszkali w skromnym dwupiętrowym domu rodziców Alda we Florencji. Olwen z trudem przyszło się dostosować do nowych warunków, mimo że często podróżowała. Zamieszkała w kraju, którego językiem właściwie się nie posługiwała, nie potrafiła nawiązać nici porozumienia z teściową i nie przepadała za tutejszą kuchnią. Ponadto urodzony 2 lutego 1928 roku Giorgio okazał się wymagającym niemowlęciem, więc Olwen nie miała czasu na życie towarzyskie. Z kolei ojciec zaczął coraz częściej wychodzić sam – zarówno służbowo, jak i prywatnie. Wkrótce na świat przyszli ich następni synowie: Paolo (urodzony w marcu 1931 roku) i Roberto (urodzony w listopadzie 1932 roku). Olwen całkowicie poświęciła się wychowaniu chłopców. Młoda rodzina potrzebowała miejsca, toteż małżonkowie kupili własny dom za miastem, który jeszcze bardziej odseparował Olwen od jej żywiołowego męża. Jego apetyt na życie – i na kobiety – pozostawał wciąż nienasycony.

Włochy w okresie międzywojennym były rządzone przez premiera i przewodniczącego partii faszystowskiej Benita Mussoliniego. Dzięki sprytnemu zastosowaniu propagandy oraz obietnicom poprawy sytuacji gospodarczej Il Duce rozpoczął dyktatorskie rządy przy wsparciu budzących grozę czarnych koszul.

Ojciec natomiast w najmniejszym stopniu nie interesował się polityką i faszyzmem. On i dziadek snuli własne wizje. Mimo kryzysu, który opanował całe Włochy, byli zdeterminowani, żeby rozwijać firmę dzięki użyciu importowanych skór. Stryjowie, Vasco i Rodolfo, zapowiadali się dobrze, ale nie wykazywali się taką gorliwością jak ich najstarszy brat. W 1935 roku, kiedy Aldo skończył trzydzieści lat, polityka niespodziewanie dokonała ingerencji w jego plany. Mussolini zarządził inwazję na Abisynię (obecnie Etiopia) z powodu ciągnących się sporów granicznych z Somalią, która stanowiła wówczas kolonię włoską. Trwający siedem miesięcy konflikt wywołał oburzenie na całym świecie i Liga Narodów, do której należały oba państwa, nałożyła sankcje, czego efektem była blokada handlowa Włoch.

Wobec zagrożenia odcięciem dostaw z Niemiec dziadek i ojciec musieli szybko działać. Nie zdawali sobie sprawy, że te decyzje ukształtują przyszłość firmy. Aldo zdołał znaleźć dostawców skór cielęcych w Santa Croce, historycznej dzielnicy na południowo-wschodnich obrzeżach Florencji. Ponieważ surowiec ten, noszący nazwę cuoio grasso, był wysokogatunkowy i znacznie droższy, ojciec zdawał sobie sprawę, że należy używać go oszczędnie. Postanowił znaleźć miejscowych dostawców juty, sznurka, lnu i neapolitańskich konopi. Te materiały zamierzał wykorzystywać oprócz skóry.

Do wykonania walizki, najlepiej sprzedającego się produktu firmy, użyto beżowego płótna z nadrukowanym wyrazistym wzorem geometrycznym w odcieniu brązu – tak powstał słynny wzór rombi. Płótno z wykończeniem skórzanym do dzisiaj jest używane w projektach firmy Gucci. Nieco później wzór wzbogacono serią połączonych podwójnych liter G na cześć Guccia Gucciego – kolejny błyskotliwy pomysł Alda.

Wojna włosko-etiopska dobiegła końca w miesiącu trzydziestych pierwszych urodzin mojego ojca, ale wpływ tego konfliktu na wzornictwo i charakter produktów marki Gucci okazał się ponadczasowy. Firma przetrwała okres embarga i rozkwitła. Papà czuł się niezwyciężony mimo nadciągającego widma kolejnego zatargu. Stryj Vasco okrzepł w roli zarządcy warsztatu, a stryj Rodolfo realizował marzenia o aktorstwie filmowym, przyjmując pseudonim Maurizio D’Ancora.

Aldo, nadal traktowany jako syn numer jeden, niecierpliwił się, chciał bowiem otworzyć oddziały firmy najpierw w Rzymie, a później w kolejnych miastach. Przekonanie dziadka o finansowej zasadności podejmowania takiego ryzyka zajęło mu dwa lata, podczas których niejednokrotnie dochodziło do ostrych kłótni. Wraz z wiekiem Guccio zrobił się ostrożniejszy, mając w pamięci zażegnane niebezpieczeństwo bankructwa. Interesy we Florencji szły lepiej, niż oczekiwał, i nie pragnął niczego więcej.

– Dlaczego mielibyśmy porywać się na niepewne przedsięwzięcie w mieście, w którym nie mamy żadnych znajomości? A przy tym zanosi się na kolejną wojnę...

Pod szorstką powierzchownością Guccia nadal krył się żądny przygód młody chłopak, który uciekł do Anglii w poszukiwaniu szczęścia. Dziadek skrycie podziwiał najstarszego syna za odwagę i żelazną wolę, co Włosi nazywają forza.

Poddawany stałej presji w końcu zgodził się na zakup sklepu w Rzymie pod numerem 21 przy Via Condotti w modnym centrum niedaleko Schodów Hiszpańskich. Urządzono go na wzór florenckiego pierwowzoru, zadbano nawet o klamki z kości słoniowej w kształcie liści oliwnych. Nie szczędzono wydatków na witryny, dywany i oświetlenie. Na piętrze nad sklepem urządzono mieszkanie dla Olwen i ich trzech synów. Rzym stał się nowym domem rodziny Alda.

Już 1 września 1938 roku papà dokonał uroczystego otwarcia bottega, czyli sklepu. Wyobrażam sobie ekscytację, jaką czuł, kiedy w końcu przeniósł działalność firmy poza Florencję i po części zaspokoił swoje ambicje. Zapewniał swojego ojca, że mogą liczyć na dużą sprzedaż, ponieważ do Wiecznego Miasta ściągają rzesze turystów, zwłaszcza z Ameryki, którzy chętnie wracają do domu z europejską galanterią najwyższej jakości. Nie przewidział jednak, że dokładnie rok po otwarciu rzymskiej filii nastąpi wybuch drugiej wojny światowej. Kiedy Mussolini sprzymierzył się z Niemcami w 1940 roku, przyszłość handlu w całej Europie malowała się w ponurych barwach. Gdyby nie zaprzyjaźniony bank oraz zlecenie na produkcję butów dla włoskich piechurów, firma G. Gucci & Co. z pewnością by zbankrutowała.

Ojcu udało się uniknąć powołania dzięki uporowi Il Duce, który, by utrzymać morale narodu, nakazał prowadzenie normalnej działalności w Rzymie. Jego bracia we Florencji nie mieli tyle szczęścia, obaj odbyli służbę na froncie. Stolica Włoch jednak nie uniknęła wojny, doświadczyła bowiem bombardowań alianckich w latach 1943–1944. W nalotach zginęły tysiące cywilów. Watykan zachował neutralność, a papież Pius XII wyszedł na ulice, aby rozdawać jałmużnę najbardziej potrzebującym. Udało mu się wyjednać u prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Delano Roosevelta status miasta otwartego dla Rzymu, co oznaczało zaprzestanie wszelkich działań wojennych. Dzięki temu uratował ludność miasta i jego największe skarby.

Gdy mój ojciec zmagał się z trudnościami, aby utrzymać firmę, Olwen wychowywała synów. Uczyła chłopców angielskiego, ponieważ po wojnie chciała pojechać z nimi do rodziny w Anglii. Chłopcy chodzili do szkoły Mater Dei prowadzonej przez irlandzkie zakonnice i mimo typowej dla rodzeństwa rywalizacji lubili się. Najstarszy Giorgio jąkał się i był dość nerwowy. Paolo, średni syn, robił wokół siebie zamieszanie i wzbudzał ogólną wesołość, najmłodszego Roberta natomiast rozpieszczano. Olwen trwała biernie w małżeństwie pozbawionym miłości. To ona kształtowała i zaspokajała potrzeby emocjonalne synów, ponieważ mężczyzna, do którego mówili „tato”, zwykle przebywał poza domem.