Wydawca: Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 415 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Grzybnia - Jelena Czyżowa

On i ona w zamkniętej przestrzeni daczy. On – niespełniony tłumacz, pogrążony w pracy intelektualista, który przez tydzień nie jest w stanie naprawić zepsutego zamka. Ona – kobieta sukcesu, aktywna i rzutka, przyzwyczajona do samodzielności, odkąd skończyła piętnaście lat. Są jak istoty z innych planet. Ale choć różnią się wszystkim, równocześnie są tacy sami, bo powstali z tej samej grzybni.

Grzybnia to plątanina pod powierzchnią codziennego życia. To przeszłość, z której wyrastamy: nasz kraj, miasto, rodzina. Jest w nas, jest nami, a próba oderwania się od niej sprawia ból i zwykle kończy się klęską.

On i ona zamknięci we własnych historiach, w nieustannym dialogu z przeszłością, rodzicami, ze wspomnieniami. Bardzo, bardzo powoli skrada się ku nim katastrofa…

"Spojrzenie pograniczniczki porównuje twarz żywą z twarzą na zdjęciu – martwą. Matka odmierza kuchnię opuszkami palców. Ojciec wsłuchuje się w butlę gazową. W raju żyje tylko bóg z rodzicami i różne zwierzęta. Dzieci dorastają, by strzec figurek z porcelany. I już nie wiadomo, na czym się mieszka, i już nie wiadomo, wokół czego się żyje. I czy to naprawdę świat z gatunku tych, z których nic nie wraca, czyśmy się może wszyscy wody ze śladu koziego kopyta opili. Niezwykła, niezwykła książka." Weronika Murek

Opinie o ebooku Grzybnia - Jelena Czyżowa

Fragment ebooka Grzybnia - Jelena Czyżowa

Jelena Czyżowa

Grzybnia

Przełożyła Agnieszka Sowińska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału rosyjskiego Планета грибов

Projekt okładki Kamil Targosz

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia Autorki na okładce pochodzi z Jej archiwum

Copyright © Elena Chizhowa 2014

Agreement by www.nibbe-wiedling.com

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Sowińska, 2016

Redakcja Magdalena Petryńska

Korekta Edward Rutkowski / d2d.pl, Monika Ples / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-387-2

Światłość i ciemność

(poniedziałek)

Pierwsze uczucie to zmieszanie. Stał na ganku, wstrzymując oddech, próbując sobie przypomnieć i się usprawiedliwić: „Podparłem, oczywiście, że podparłem”. Wczoraj, zanim poszedł do domu, naczynia po kolacji włożył do miski, patelnię zalał wodą, wyłączył światło… „Boże… a może nie wyłączyłem?… Oczywiście, że wyłączyłem! – odpowiedział zdecydowanie, uznawszy, że to musi być prawda: w ciemności zalewającej najbliższą okolicę nie można przegapić zapalonego światła. – Wyszedłem i podparłem trzonkiem”.

Odtworzywszy w myślach kolejność zdarzeń, udowadniających jego stosunkową niewinność w całym tym przykrym zajściu, odetchnął z ulgą.

Drzwi są jednak otwarte. – Zdało się mu, że słyszy głos, cichy, ale nieprzyjmujący żadnych usprawiedliwień, gdy rzecz dotyczy żywiołów przyrody:

ŚWIATŁO

GAZ

WODA.

W mieście lista wisiała na drzwiach wejściowych: ojciec, zaczynający życie jako kreślarz, napisał te słowa precyzyjnie, piórem do kaligrafii. Zanim się wyszło z mieszkania, należało wszystko dokładnie sprawdzić. Rytuał powstał dawno, w każdym razie nie za jego pamięci. Matka wkładała płaszcz, zimowy albo jesienny – w zależności od pory roku; zawiązywała na głowie chustkę – jedwabną albo wełnianą (w jego wczesnym dzieciństwie nie noszono jeszcze robionych na drutach moherowych czapek); brała do ręki torebkę i dopiero potem, boso, zrzuciwszy kapcie, obchodziła wszystkie pomieszczenia: oba pokoje, kuchnię, toaletę, łazienkę – krótkimi, oszczędnymi ruchami dokręcała zakręcone krany, przebiegała palcami po wyłącznikach. Działała wtedy jak ślepiec – ufała nie oczom, tylko opuszkom palców. Skupiała się na tym, co najważniejsze, zanurzając się w sobie.

Czuł się wówczas przeraźliwie samotny, jakby matka była nie tuż obok, tylko gdzieś daleko, w innej przestrzeni, jemu niedostępnej. Już ubrany na dwór stał pod drzwiami i czekał, aż matka w końcu wróci. Światło… gaz… woda… – te słowa mamrotała pod nosem, nie zwracając uwagi na syna. Przysłuchiwał się jej głosowi, wpatrzony w czarne litery. Pewnego razu dźwięki i litery w cudowny sposób stały się jednością, na zawsze naznaczając jego dalsze życie. Wówczas, w wieku czterech lat, choć nie uświadomił sobie jeszcze, co się właściwie stało, zrozumiał: to jest klucz do sekretnych drzwi, za którymi znajduje się inna, matczyna, przestrzeń. Teraz może tam przeniknąć.

Na końcu matka sprawdzała przedpokój, a dopiero potem wkładała buty. Jej ręka szperała w torbie, obmacując zawartość, sprawdzając, czy wszystko jest na swoim miejscu: portfel, siatka na zakupy, klucze. Stał na klatce schodowej, śledził jej ruchy: po zamknięciu drzwi wejściowych, by się upewnić, kilka razy naciskała klamkę i dopiero wówczas wracała do obowiązków macierzyńskich – gestem przywoływała syna. Gdy schodzili po schodach, za każdym razem czuł ulgę, jakby ślepe palce matki po raz enty uchroniły go przed najstraszniejszym – gniewem rozpętujących się żywiołów.

Na działce nie było odręcznie napisanej listy. Ale oczywiście był on. W warunkach letniskowych niebezpieczeństwo przybierało o wiele doskonalszą formę: kuchenka elektryczna – wychodząc choćby na najkrótszą chwilę, należy wyjąć wtyczkę z gniazdka; butla z gazem – sprawdzić, czy zawór jest dobrze zakręcony; zasuwka w piecu – jeśli zamknie się ją zbyt wcześnie, można nawdychać się czadu i umrzeć; główny zawór wody – jeśli nie zakręci się go na zimę, rury pękną; budka – na noc trzeba ją zamknąć.

Przez pięć lat, gdy dom wyrastał z dziury, którą wykopali pod fundament, mieszkali w tej budce, spali na polówkach. Potem urządzili tu kuchnię.

Zamek się zepsuł w zeszłą niedzielę. „Tydzień – poruszył ustami – tydzień temu”. Wtedy, po raz pierwszy, nie mogąc go zamknąć jak należy, podparł drzwi trzonkiem złamanej łopaty. Zdawał sobie sprawę, że zamek sam się nie naprawi i trzeba będzie coś z tym zrobić. Wcześniej czy później, ale nie teraz.

Trzeba było się ruszyć. Przedsięwziąć jakieś kroki.

Skinął głową, przyznając rodzicom rację.

Tydzień to wystarczająco długi czas, by poczynić zdecydowane kroki. Bogu wystarczyło mniej: Autor tego świata działał przez sześć dni. W tym czasie udało mu się stworzyć światłość i oddzielić ją od ciemności, sklepienie niebieskie, ląd i roślinność, słońce i księżyc, ryby, ptaki oraz gady, zwierzęta i człowieka. A siódmego dnia odpoczął.

Oczywiście, że wystarczający – do głosu matki dołączył głos ojca.

Tym razem poczuł rozdrażnienie. Głuche, które z przyzwyczajenia zdusił. Ale ono nie znikało, miotało się, próbując znaleźć sobie miejsce, jak zbity pies: „Tak, zawiniłem. Nie zorientowałem się na czas. Ale co mam teraz zrobić?”

Pójść i sprawdzić – głos matki zaproponował spokojnie, ale nieustępliwie.

To na pewno kot sąsiadów – poparł ją głos ojca.

Albo pies.

Nawet wysuwając różne wersje, rodzice byli jednomyślni.

Ich syn westchnął i zszedł po schodach. „Śmiało” – powiedział do siebie, odrobinę kpiąc z rodzicielskich pouczeń, miał jednak nadzieję, że nie wychwycą ironii. Nie wychwycili, ponieważ zamilkli, zdając się na swoją latorośl i jedynego spadkobiercę, który nieoczekiwanie znalazł się w dwuznacznej sytuacji: za otwartymi drzwiami mogło na niego czekać wszystko: od rozsypanej na podłodze kaszy gryczanej po przestępcę, który rozsiadł się po pańsku przy stole.

Idąc na palcach, przekonywał sam siebie: a nawet jeśli złodziej? To nie najstraszniejsza rzecz na świecie. A co jest najstraszniejsze? Na to pytanie odpowiedziałby bez namysłu: ogień.

„No, już, budka stoi… Cała i nieuszkodzona”.

Rodzice milczeli, choć on doskonale wiedział, co mogliby powiedzieć:

Dziś stoi. A jutro się zapali. Ogień to nie woda, może przeskoczyć na dom.

Drewniany dom płonie około czterdziestu minut. Zostają fundamenty, komin z cegieł i rozpacz: skąd wziąć siły, żeby go odbudować? Takie przypadki zdarzały się we wsi. Wyjeżdżając z działki, mądrzy gospodarze zostawiają butelkę wódki i tanie konserwy, by zjednać sobie nieproszonych gości: byleby tylko się nie rozzłościli, nie rzucili zapalonej zapałki.

„Lato. To nie pora na złodziei!… W sezonie nie kradną. Dopiero jesienią… Albo zimą… – jednocześnie próbował w myślach skonstruować zdanie, które powinno przestraszyć złodzieja: – Won! Już cię tu nie ma! Bo wezwę milicję!”

Paszoł ty! Bo wezwę… No i skąd weźmiesz tę swoją zasraną milicję? – przestępca (wyobraził sobie bezczelnego typa z zakazaną gębą, w zatłuszczonym waciaku) użył argumentu, który w warunkach letniskowych brzmiał całkiem sensownie.

„To prawda, gdzie?… W mieście wystarczy wcisnąć 02. A tu?… Zanim się dodzwonię, zanim przyjadą… Najbliższy posterunek znajduje się w ośrodku administracyjnym oddalonym o dziesięć kilometrów. W najlepszym razie zdąży się ukryć. A w najgorszym?…” – zajrzał ostrożnie.

Stół przykryty ceratą w kratkę – czerwone kwadraciki już dawno się wytarły. Matka zamierzała przywieźć starą z kuchni w mieście, ale nie zdążyła. Wiadro z metalową pokrywką. Ciemna kuchenka elektryczna. Obok druga, gazowa, na dwa palniki. Przy niej skryła się czerwona butla.

„No i… Nic strasznego”.

Za oknami, w głębi, wznosiły się wiekowe świerki. Gdzieś wysoko, na porannym, jeszcze niepewnym niebie stało słońce, ledwie widoczne zza koron. Przebijając się przez gęste gałęzie, promienie słoneczne traciły siłę. Na nietkniętych przez nikogo powierzchniach igrały chłodne refleksy.

Rankami w budce zawsze jest chłodnawo.

No i dzięki Bogu! – głosy rodziców, połączone w pożegnalnym okrzyku, odleciały ku swoim obecnym brzegom. Pokonując zmieszanie, ich syn otworzył lodówkę wegetującą w kącie. Agregat, który odpracował wszelkie wyobrażalne ziemskie terminy, zawył jak opętany. Na kratownicach przeżartych przez rdzę samotnie kuliły się produkty spożywcze.

Teraz, kiedy bezpośrednie niebezpieczeństwo minęło, rozpogodził się.

Wyjął dwa jajka, woreczek mleka z odciętym rogiem, napoczętą kostkę masła i włączył kuchenkę elektryczną. W tej samej chwili, jakby kuchenka i sumienie połączone były niewidzialnymi przewodami, włączyło się również poczucie winy: w przestrzeni urządzonej przez rodziców należało gotować na gazie. Elektryczność to ratunek, gdyby gaz się nieoczekiwanie skończył. Za życia rodziców nigdy się to nie zdarzyło. Ilość paliwa ojciec określał na słuch: przykładał ucho, stukał kostkami palców, jakby oczekując, że na jego pukanie ktoś odpowie – jakiś dżin, który zamiast w lampie, jak w baśni o Aladynie, siedzi w czerwonej butli gazowej.

Zerknąwszy na pustą butlę – w czasach rodziców napełniano ją latem dwukrotnie, a bywało, że i częściej – rozbił dwa jajka, stuknął o brzeg miski i pochylił się nad wiadrem. Pod metalową pokrywką, dla pewności przyciśniętą kamieniem, niedostępne dla chciwych zębów myszy polnych przechowywane były produkty sypkie: kasze, cukier, mąka.

Z torebki z mąką sterczała aluminiowa łyżka. Zaczerpnął: pierwszą z górką, drugą bez górki, zsunąwszy naddatek wolnym palcem. Dodał szczyptę zawilgłej soli. W budce, nawet podczas najgorętszego lata, sól nasiąkała wilgocią idącą od ziemi.

Patelnia syczała już groźnie. Wziął metalową trzepaczkę. Wszystko to: i syczenie, i trzepaczka, należało do porannego rytuału. Dziś trzymał się go szczególnie starannie, jakby uspokajając rodziców: z zamkiem głupio wyszło, ale wszystko pozostałe mam pod kontrolą.

Trzepaczka, miarowo chodząca w palcach, rozbijała ostatnie grudki. Wylał na patelnię żółtawą breję i przykrył pokrywką: „Teraz nastawić herbatę”. Wodę trzymali w drugim wiadrze, emaliowanym. Czerpak zachrobotał o dno, wzbijając z dna mętny osad.

„Miałem… rodzinę”. W zdaniu powstałym w jego głowie brakowało przydawki.

Smarując chleb masłem, próbował wypełnić lukę: „…mocną – ostrożnie ugryzł kromkę, unikając bezpośredniego kontaktu miękiszu z przednimi zębami, które się lekko chwiały, jakby niepewne, czy warto trzymać się słabych dziąseł. – Mój dom to moja twierdza”.

W jego przypadku to angielskie przysłowie brzmiało szczególnie niezręcznie. „Twierdze zbudowane są z kamieni albo z cegieł, albo…” – miał trudności z wymienieniem pozostałych materiałów nadających się do budowy twierdzy. Dom na działce jest drewniany. Czterdzieści lat temu rósł tu las. Wojenkomat rejonu oktiabrskiego przydzielał ziemię pod zabudowę. Nazywało się to: Spółdzielnia Oktiabrʹ. To oczywiście przypadek, ale przyjechali oglądać działkę w październiku[1]. Szli od stacji, sprawdzając drogę na planie. W rogach działki ktoś wbił kołki określające granicę. Do dziś pamięta drzewa: świerki, sosny, brzozy, osiki. Wyrąbali je pierwszego lata. Później, aż do jesieni, rodzice karczowali pnie.

Nadawały się nawet najmniejsze kawałki. Śmietniki blisko ich mieszkania w mieście ojciec obchodził z ręczną piłą. Rozpiłowywał, wiązał. Stękając, zarzucał to sobie na plecy, przez co stawał się podobny do leśnika z bajki. Z tą tylko różnicą, że w bajce leśnik nosił nie skrawki desek, tylko wiązki chrustu.

Przeżuwał, nie czując smaku, jakby poranne wydarzenie osłabiło kubki smakowe.

Resztkę życia rodzice poświęcili na to, żeby stworzyć swój świat, odgrodzony wysokim płotem. Ich życie to ilustracja powiedzenia o synu, drzewie i domu. Choć prawdziwym synem był nie on, tylko ten dom. A dokładniej, wszystko, co zbudowano na tym kawałku ziemi: piętrowy dom z desek, kuchnia-budka, szopa wypełniona drewnem, postawiona na dole na uboczu wygódka. I grządki, inspekt, drzewa owocowe. U podstaw leżał wielki plan:

ZDOBYĆ I DOSTARCZYĆ.

Maksyma w sam raz na herb rodowy. Łatwość realizacji nadszarpnęłaby ten wielki plan od środka. Jak kornik. Jak mysz polna – gdyby zsunęła kamień. Co roku, przypadkowymi samochodami, na taczkach wyładowanych tak, że ślad kół zostawał nawet na żwirze, na własnych ramionach, ściągano tu wszystkie odpady długiej sowieckiej epoki: od metalowych łóżek z gałkami po płaskie żeliwne patelnie.

Przyda się, oczywiście, że się przyda – ile razy w życiu słyszał głos matki, w którym rozbrzmiewała radość z bezpłatnego zaopatrzenia.

W świecie, w którym rzeczy służyły wielu pokoleniom, wynoszenie ich na śmietnik było grzechem. Niepotrzebny przedmiot należało oddać w dobre ręce, jak szczeniaka albo kociaka. Jak żywą istotę.

Pamięta, jak rodzice wyrzucali kanapę: nie mieli jeszcze wówczas działki. Na śmietniku stała dwa tygodnie. Teraz wynieśliby ją bezdomni, ale wtedy żadnych bezdomnych nie było. Rygorystycznie tego pilnowano. Teraz możesz robić, co chcesz, a milicja ma to gdzieś. Wracając z pracy, specjalnie nadkładali drogi. Matka przeżywała: „Biedna… Wciąż jeszcze stoi” – wzdychała żałośnie, jakby mówiła o dalekiej krewnej, która cierpi na nieuleczalną chorobę. O człowieku takim mówiło się: Bóg nie chce wziąć go do siebie.

„Sowieckie rzeczy mają matuzalemowy wiek. Z tego punktu widzenia działka to ślepa uliczka. Jeden z tych światów, z których nic nie wraca: ani krzesła, ani łóżka, ani patelnie. Tylko co oni w takim razie zbudowali: raj czy piekło?” – gestem matki zmiótł w dłoń okruchy chleba. Gestem ojca oparł się o kraj stołu. Przy tym stole rodzice rozmawiali o najważniejszym: snuli plany. On czuł się zbędny. Zawsze z boku.

Świat jako ich wola i ich przedstawienie: jeśli wierzyć filozofowi, siła nie jest w pełni tożsama z rozumem. Świat, który stworzyli, dostał się jemu, oddano mu go w użytkowanie. Nie zaryzykowałby i nawet samemu sobie nie powiedziałby: niepodzielne.

Wycierając skórką od chleba resztki roztopionego masła, myślał: rodzinę tworzy wspólna sprawa. Przełknąwszy rozmiękłą skórkę, wstał i spojrzał na drzwi. „Trzeba by kogoś… Wezwać… Niech przyjdzie i naprawi…” – wróciła do niego ta skrajnie niepokojąca myśl, która rodziła kolejne pytania: wezwać, ale – kogo? W mieście można zadzwonić do administracji, zgłosić usterkę. Po dwóch dniach pojawi się ślusarz. Naprawi albo wstawi nowy.

„No dobrze, ale najpierw herbata”.

Czerpak tkwił na płycie. Bąbelki, drobne, jak pryszcze na policzkach jego młodości, odrywały się od dna. W mieście woda już dawno by się zagotowała. Na dwupalnikowej kuchence elektrycznej wrzątek, wbrew prawom fizyki, nigdy nie osiągał potrzebnej temperatury, jakby rzecz działa się nie w równinnym Obwodzie Leningradzkim, tylko na jakimś płaskowyżu. Nawiasem mówiąc, herbata mimo to zaparzała się doskonale – jakieś specjalne minerały są w miejsco­wej wodzie.

Dopił i odstawił kubek: „To nic… Jakoś pójdzie. Nie święci garnki lepią…” Zdaje się, że ten zamek nazywa się wpuszczany. Słowo przyszło ze świata rodziców, choć nie lepili garnków, byli w nim prawdziwymi bogami, którzy stwarzają swój osobny świat. Podszedł do drzwi, powtarzając tę dziwną nazwę, która ugrzęzła mu w pamięci, jakby właściwe słowo mogło się stać nie znaczeniem, tylko umiejętnością.

Z dwóch bolców, które powinny wchodzić do otworów w futrynie, działał tylko jeden.

Zasępił się, próbując zebrać myśli. Taka sytuacja jest najbardziej niebezpieczna – samo z siebie ułożyło się w jego głowie zdanie, które nieraz słyszał od ojca. Odbiło się w nim całe wszechobejmujące rodzicielskie doświadczenie – w najczystszej postaci, bez wszelkich osłabiających duszę domieszek. Maksyma życia letnika. Tej części głowy, gdzie zebrana była wiedza o zamkach.

Jak jeden się zatnie – więcej tego nie otworzysz. Przyjdzie wyłamywać – ciężki głos ojca rozbrzmiewał w pamięci, jakby pamięć, otrzymana w spadku, była nieodłączną częścią działki, swojego rodzaju samodzielnym żywiołem, w którym jego ojciec swobodnie funkcjonował, bez oporów ignorując prawa fizyki rządzące życiem…

„Ja sobie nie poradzę. Nie jestem ojcem… – wyszedł i usiadł na ławce. – Zamknąć i wyjechać…? Spakować się, powiązać książki. Do wieczora kawał czasu. Na pakowanie zejdzie z półtorej godziny… Wyjechać i więcej nie wracać”.

Momentalnie złożył spocone ręce. Plan ucieczki to utopia. Po pierwsze, trzeba będzie rozmrozić lodówkę, wytrzeć ją do sucha szmatami – inaczej całkiem zardzewieje. Opróżnić zbiornik i wyczerpać z niego wodę. Jeśli się tego nie zrobi, zimą go rozerwie. Ale najważniejsze: jak miałby dalej żyć, wiedząc, że sobie nie poradził? Spasował przed trudnościami. I oni o tym wiedzą…

Wbił zdrętwiałe palce w żebro ławki, czując się jak mały chłopiec z radzieckiej książki, którą wciąż od nowa czytał we wczesnym dzieciństwie, wyobrażając sobie, że jest pionierem-bohaterem: dałeś słowo – stój! Dopóki ktoś cię nie zmieni.

„Boże, kto?… Kto może mnie zmienić…? – uśmiechnął się, wiedząc, że rodzice i tak nie odpowiedzą. Abstrakcyjne pytania to nie ich żywioł. – Kroki. Przyjdzie przedsięwziąć odpowiednie kroki. Iść. Ale – dokąd…?”

Ze świata, w którym obecnie przebywali rodzice, momentalnie przyszła odpowiedź: doDEK-u[2].

Walcząc z napływającym smutkiem, wrócił do domu, założył porządną koszulę. Sprawdził: pieniądze, klucze, dowód. Dokumenty działki. To bardzo ważne. Mogą go przecież zapytać: a pan to właściwie kto? Tak to każdy może przyjść i powiedzieć: zamek mi się zepsuł… Wtedy on pokaże legitymację kooperatywy z prognozowaną opłatą, potwierdzenia opłat za prąd. Różowy kwit poświadczający prawo własności…

Zamknął drzwi. Podreptał przy furtce, na koniec się obejrzał: „To chyba wszystko… Boże, a budka?…”

Stał, nie wiedząc, jak rozwiązać ten niedający się rozwiązać problem: iść, nie zamknąwszy budki? Ale jeśli nie pójdzie, kto naprawi zamek?

Zawrócił więc, zakołysał martwym zamkiem w cichej nadziei, że w ostatniej chwili zamek sam się naprawi. Po chwili sobie przypomniał: kuchenka, wyjąć wtyczkę z kontaktu.

Zanim wyszedł za furtkę, obejrzał się na trzonek, który zastąpił go na stanowisku: „Niedługo wracam. Wszystko będzie dobrze”.

Ani krzyków dzieci, ani głosów ich rodziców: jest zbyt wcześnie. Do skrzyżowania, gdzie boczna droga styka się z główną, szedł skrajem lasu, ciesząc się ciszą i brakiem ludzi. Normalnie latem o tej porze panowałby jeszcze chłód, ale to lato było zadziwiająco suche: ostatni raz padało w czerwcu. Krzewy, posadzone wzdłuż płotów otaczających cudze posiadłości, pokrywał gęsty kurz. Kwiaty wierzbówki przywiędły, ledwo zdążywszy rozkwitnąć. Skręcił i z przyzwyczajenia trzymając się pobocza, obszedł dół. Po deszczach w tym miejscu zawsze robiła się głęboka kałuża. Teraz w dziurze leżały wyschnięte deski, podgniłe, jakby obgryzione ze wszystkich stron.

Ścieżka odchodząca od drogi prowadziła najpierw w dół, a potem pod górkę: tu zaczynał się kawałek nietkniętego lasu. Dalej, aż do dolnej studni, należało uważnie patrzeć pod nogi: z ziemi sterczały splątane korzenie sosen. Potężne, jak węże zesłane przez pogańskich bogów.

Piaskowa droga stopniowo się wyrównywała. Nawet najbardziej deszczową jesienią na tym odcinku nie było kałuż. A wyobraź sobie, to glina! – zwrócił się do siebie słowami matki i odpowiedział słowami ojca: – Glina, ta-a-ak… Ani przejść, ani przejechać…

Minąwszy rozłożystą sosnę, doszedł do najbliższego płotu, za którym majaczyła postać staruszki.

Rogi jej chustki, mocnym węzłem ściągnięte do tyłu, opadały jak pluszowe uszy. Spod spódnicy – ciemnoniebieskiej, kremplinowej – wystawały wyliniałe dresy: fałdami spływały na cholewy, obcięte krótko i krzywo. Przez dziurę w przegniłej sztachecie widać było wzorcowe gospodarstwo: kwietnik otoczony potłuczoną cegłą, grządki, po obwodzie podbite deskami.

– Dzień dobry – powiedział, zrównawszy się z kobietą, mimochodem oglądając dom pokryty szaroniebieską blachą: odrobinę przechylony, jakby dożywał ostatnich lat.

Szlauch, owinięty wokół od dawna przerdzewiałej beczki z wodą na wypadek pożaru, wił się jak tłusta żmija. Woda ciurkała z niego słabym strumieniem. Zatkawszy otwór palcem, staruszka puściła wodę szerokim wachlarzem nad głowami kwiatów, które z przestrachem zaszeleściły.

Zatrzymał się przed płotem. Staruszka milczała. Najwyraźniej niedosłyszała. Chcąc okazać wyrozumiałość dla jej słabości, powtórzył powitanie w rozszerzonej wersji:

– Dzień dobry, szczęść Boże!

Tym razem kobieta burknęła w odpowiedzi:

– Dobry.

– Znów słabe ciśnienie? – wypowiedział z troską zdanie odziedziczone po matce i pokiwał głową.

Magiczna formuła zadziałała. Pluszowe uszy drgnęły.

– Nie wiadomo, co robić! Leje człowiek i leje… – podjęła temat z ochotą i energią, komentując swoje działania w trzeciej osobie liczby pojedynczej, jakby patrzyła na siebie z boku. – Nieszczęsny piasek! Nienasycona ziemia… I wieczorem lej, i rano… – rzuciła na ziemię szlauch, zdjęła chustkę i rękoma podparła plecy. – Stoisz i stoisz, dopóki całych pleców ci nie połamie… Kiedy ten deszcz w końcu spadnie? – spojrzała na niego wyzywająco, jakby człowiek, który nieoczekiwanie wyrósł przed jej płotem, osobiście odpowiadał za opady.

– Nie wie pani, czy DEK jest dziś czynny? – szybko zadał pytanie.

– DEK? A kto ich wie. Niby powinien… Też na dniach muszę pójść, zapłacić. Płacisz, płacisz, a gdzie te nasze pieniądze? Co oni za nie zrobili? Nic, tylko obiecują. Ot – machnęła ręką – jak się przegiął, tak i stoi. Kiedy to podanie pisałam? – zmarszczyła się, próbując sobie przypomnieć. – W tym roku… A nie… – poprawiła się. – Gdzie tam! W przeszłym! Teraz też myślałam, żeby napisać, ale nie doszłam. Do tego ichniego naczelnika mówię: Słup kiedy się przechylił? Runie – i co będzie?

– I co będzie? – zapytał machinalnie, dziwiąc się jej obrotności: że też poszła, złożyła podanie…

– Grządki przygniecie i jabłoń złamie! – powiedziała zaczepnym tonem. Jakby on był nie przypadkowym przechodniem, tylko naczelnikiem, który nie przedsięwziął odpowiednich kroków we właściwym czasie.

Schowane za jabłonią słońce strzeliło promieniami. Przetarł oczy, jakby trafiły w nie odpryski.

– A z ciśnieniem! Dziesięć lat obiecują – słowa lały się jak z odkręconego kranu. – Ile razy zbierali środki na nową pompę. Zbierają – i zamiatają pod dywan. Raz – i nie ma… Jak kamień w wodę… Po co im ciśnienie? – szarpnęła szlauch. – Wszyscy podlewają. Całkiem nie mają już sumienia. A człowiek leje i leje, leje i leje…

Skupił się, próbując zidentyfikować adresata jej pretensji, ale nie zdążył: na ganek wyszedł staruszek w kaloszach włożonych na bose nogi. Podreptał w głąb działki. Kobieta odprowadziła go pustym, nieuważnym spojrzeniem.

– Zamek mi się zepsuł. Więc idę… – machnął ręką w nieokreślonym kierunku. – Może w DEK-u jest ślusarz…

– A do hydraulika naszego? Chodził pan?

– Do hydraulika? – zastygł w zdumieniu. – To przecież… nie kran.

Staruszek krzątał się przy inspekcie, odrzucił na bok porwaną folię.

– Jaka to różnica! Zamek, kran, wszystko jedno – pochyliła się, szukając czegoś w gęstej trawie. – Człowiek leje i leje… Nie ziemia, tylko czeluść nienasycona… I rano lej, i wieczorem lej… Całkiem już sumienia nie mają. A człowiek leje i leje, leje i leje… – odwróciwszy się do niego tyłem, staruszka już mamrotała swoje.

Skinął głową i ruszył dalej, próbując pojąć jej logikę, zgodnie z którą zamek nie różni się od kranu.

– Paszoł, bydlę!

Drgnął i odwrócił się. Wymachując motyką, staruszka ruszyła w kierunku inspektu. Długim krokiem, depcząc dopiero co podlane sadzonki. Spod folii coś wyskoczyło i zniknęło w trawie przy płocie.

Pokonawszy wroga, staruszka wróciła do furtki.

– Do hydraulika. Naszego – zawołała głośno w pustą przestrzeń, powtarzając swoją niepojętą radę.

Minąwszy dawno wyschniętą pompę, poszedł na skróty. Zmęczony i zaniepokojony przeszedł obok zakurzonego krzaku dzikiej róży, obsypanego drobnymi zawiązkami owoców, obok więdnących wiech dzikiego bzu. „Ciekawe, co ona by zrobiła, gdyby zobaczyła otwarte drzwi? Ta by się na pewno nie przestraszyła”. Wyobraził sobie, jak wychodzi na ganek, chwyta pierwsze, co wpadnie jej w ręce: motykę, siekierę – wszystko jedno, i naprzód, na spotkanie z nieznanym niebezpieczeństwem. „Kobiety w ogóle są zaradniejsze. Lepiej się dogadują i szybciej radzą sobie z praktycznymi problemami…”

Za pobliską furtką pojawiła się kobieta w nieokreślonym wieku. Szedł, patrząc w drugą stronę.

– A wy nie z górki?

Na ulicy poza nim ani żywej duszy. Wyraźnie zwracała się do niego.

– Nie. Do DEK-u – odpowiedział i głucho odkaszlnął.

– Nie wiecie, czy chleb przywieźli? – teraz ona zapytała z ciekawością.

– Dokąd? – odrzekł, próbując szczerze zrozumieć pytanie.

– No, na górkę…

– Ja idę do DEK-u – powtórzył głośniej, sądząc, że nie usłyszała. Sklep jest na górce, całkiem gdzie indziej.

– To co? Nie przywieźli?

Przestępując z nogi na nogę, próbował skierować rozmowę na tory logiki:

– Zamek mi się zepsuł. Nie idę z górki, tylko do DEK-u…

– Aaa… – kobieta westchnęła rozczarowana, tracąc wszelkie zainteresowanie.

Zanim poszedł dalej, rzucił spojrzenie na jej posiadłość: „Można oszaleć… Z całym tym sadem-ogrodem. Z roku na rok. Od siewu po urodzaj. Mieszkanie w mieście to magazyn. Sadzonki na parapetach. W piwnicy torby z nawozem…”

Gdy minął zakręt, światło słoneczne uderzyło go prosto w oczy… – mocne i jaskrawe, do takiego stopnia przekraczające jego wytrzymałość, że pozostawało mu tylko zmrużyć powieki. W następnej chwili w piersi coś drgnęło, coś się odezwało. Z naprzeciwka nadchodziła młoda kobieta. Jego zmrużone oczy wyodrębniły sylwetkę. Leniwym krokiem kobieta przeszła obok, ledwo spojrzawszy na niezdarnego mężczyznę, który szedł załatwić swoje sprawy. Próbował sobie wytłumaczyć: „Boże… No, skąd? Jakim cudem mogłaby się tu znaleźć?” Mimo to przystanął. Pochylił się, żeby podciągnąć skarpetkę. Choć tak naprawdę – żeby się obejrzeć. Sukienka na ramiączkach, torba plażowa, ręcznik frotté.

Gdy widzieli się ostatni raz, córka była chudziną.

Dziesięć lat to wystarczająco długi czas, by stracić dziewczęcą sylwetkę, ale zachować leniwy chód i przy okazji zbić z pantałyku cudzego ojca. Który może się trafić na wąskiej piaszczystej drodze, jeśli tam, w Ameryce, dokąd wyjechały z matką, został choć kawałek jeszcze niezaasfaltowa­nych dróg.

Wstydząc się własnego sentymentalizmu, niedorzecznego i kompletnie nie na miejscu, z niespokojnym, pełnym urazy ojcowskim sercem powrócił do myśli o córce: „Zajęłaby się działką. I mnie by z tego zwolniła. To normalne: rodzice odchodzą, zostają dzieci – zastępują ich na stanowisku…”

Od skrzyżowania prowadziły do DEK-u dwie drogi: można iść prosto, potem skręcić za szarą szopą, a można od razu…

– Och!

Dokuśtykawszy do najbliższego płotu, chwycił się sztachety i zamarł, przyglądając się kostce u nogi: „No, chyba tylko źle stanąłem”. Ból, zbyt słaby, żeby można się nim posłużyć – i zawrócić. Próbując zdusić rozczarowanie, stał na jednej nodze, jak ogromny, niezgrabny bocian, który nie doleciał na dach. Przebiegł pustymi oczyma: kwietnik, wieczne grządki, dom pokryty dachówką. Od furtki na ganek prowadziła ścieżka. Przez plastikowe kółeczka, którymi była wyłożona, przebijały się chwasty.

Ziewając i chwiejąc się od snu, na ganek wyszła mniej więcej dziesięcioletnia dziewczynka. W skupieniu patrząc pod nogi, zeszła po stopniach i zadarła nocną koszulę. Dziecięcy strumyczek zaszurał jak przestraszony wąż. Delikatne promienie słoneczne grały w szkle słoików, wymytych i ustawionych do góry dnem, by się wysuszyły.

Wciąż jeszcze kucając, dziewczynka wyciągnęła rękę i zerwała dużą truskawkę. Czekał, aż na jej twarzyczce pojawi się zadowolenie albo się zmarszczy, jeśli owoc okaże się kwaśny, ale mała jadła go w skupieniu, jakby była nieobecna. „Jak moja córka… Też taka obojętna…”

Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Na ganek wyszła młoda kobieta. Ziewnęła – słodko, z rozbrajającą rozkoszą, nie zasłaniając ust. Zeszła z ganku i ruszyła wzdłuż okien. Kątem oka zdążył zauważyć: wyminąwszy dom, również przykucnęła. Przyspieszył kroku, byleby tylko nie usłyszeć jej szerokiego porannego strumienia. Szedł ze zwieszoną głową, dopóki nie zbliżył się do budowli z desek: ni to baraku, ni to szopy.

BIURO DS. UŻYTKOWANIA DZIAŁEK LETNISKOWYCH

Drzwi były zamknięte na kłódkę. Wokół ani żywej duszy.

Próbując zapanować nad paniką, gotową do szturmu, skręcił na rynek otoczony żelaznym ogrodzeniem. W dali, za straganem zbitym z nieheblowanych desek, majaczyły babiny sprzedające warzywa. W oczekiwaniu na klientów rozmawiały o własnych sprawach. Teraz zamilkły i obserwowały go w napięciu, jak panny na wydaniu podczas spaceru po wsi. Czuł się jak jedyny kawaler do wzięcia. Podszedł i stanął naprzeciwko nich.

Cukinie, pietruszka, koper – tłuste pęczki, przewiązane nitkami. Litrowe słoiki z zeszłorocznymi przetworami: zalewa solna była już biaława i mętna. Owoce w plastikowych wiaderkach po majonezie: czerwone i czarne porzeczki, drobny zielonkawy agrest. Pod straganem tłoczyły się sadzonki kwiatów – korzenie w kolorowych celofanowych woreczkach.

– Ogórki… u was… po czemu? – wskazał palcem najbliższą kupkę krostowatych warzyw. Zgodnie z wszelkimi bazarowymi regułami należało zapytać choćby o cenę. Zanim zadało się inne pytania.

– Ogóreczki? – staruszka, do której się zwrócił, momentalnie ożyła. – Za wszystkie trzydzieści. Świeżo z grządki. Raniuchno narwała.

Jej towarzyszki ani spojrzeniem, ani gestem nie zdradzały wzmożonej uwagi. Być może panowała między nimi niepisana umowa: klient ma prawo się rozejrzeć i sam wybrać.

– A ile… mniej więcej… ważą?

– Rano ważyłam – spojrzała na kupkę ogórków z powątpiewaniem. – Kilo. Z górką.

Skinął głową, próbując ocenić, czy to drogo, czy tanio. Niezdecydowany zwrócił się do drugiej.

Pogłaskawszy cukinię wąskimi palcami, odpowiedziała krótko i surowo:

– Ta? Kilo sto.

– A… porzeczki? – zapytał trzecią.

– Czarne? – staruszka w starej męskiej marynarce z wypchanymi ramionami na chwilę się zamyśliła. – Sześćdziesiąt. Czerwone po dwadzieścia pięć.

Znów skinął, zdając sobie sprawę, że pierwsza runda negocjacji jest zakończona. Teraz trzeba albo odejść, albo kupować.

– Poproszę… – odwlekał ostateczną decyzję – porzeczki. Czarne… Jeśli są… – przypomniał sobie słowo: doj-rza-łe. Matka używała jeszcze jednego przymiotnika na określenie owoców jagodowych. – Dojrzałe i soczyste.

Staruszki spojrzały na swoje plastikowe wiaderka i zaczęły jazgotać jedna przez drugą:

– Dojrzałe… Słodkie. Deszczu długo nie było… Można wziąć i wysypać… Soczyste… Sam pan zobaczy… Rano, rano zbierałam…

Wyjął portfel, ale przypomniał sobie, że nie wziął żadnego opakowania – ani kanki, ani choćby torebki foliowej. Kobieta stojąca z boku pierwsza na to wpadła:

– A tak, z wiaderkiem bierzcie. Z wiaderkiem poręczniej… I nie pogniotą się po drodze.

Jej kumy zacisnęły usta.

Wyjął pieniądze i poczekawszy, aż kobieta uważnie je przeliczy poślinionym palcem i schowa dziesiątki do kieszeni, chwycił za rączkę wiaderka:

– Zepsuł mi się zamek. Wpuszczany. W budce – teraz miał prawo się poskarżyć, podzielić się swoją biedą.

Jego babina pokiwała głową. Pozostałe też słuchały, ale z boku. Albo sprawiały takie wrażenie.

– Przydałby się ktoś… Ślusarz. Przyszedłem, a DEK zamknięty…

– Poniedziałek przecież. Oni dziś nie pracują. Trzeba w niedzielę było, wczoraj – zwróciła się nie do niego, tylko do kum, jakby szukając wsparcia. A może prosiła o wybaczenie za swoją kupiecką zaradność.

– Wczoraj zamek jeszcze działał – skłamał bez skrępowania.

– No to jutro – oczy, kiedyś niebieskie, załzawiły od słońca.

– A jutro… na pewno będą? – poczuł w piersi nieśmiały triumf. Zwycięstwo, które powinien osiągnąć dziś, przesuwało się w czasie o całą dobę. W każdym razie mogło się przesunąć.

– Jutro? Powinni… – powiedziała bez przekonania, jakby chodziło o deszcz, który powinien jutro spaść, ale kto go tam wie.

Czując na sobie uważne spojrzenie kobiet, ruszył w drogę powrotną, ostrożnie bujając wiaderkiem. Z punktu widzenia rodziców jego czyn był pozbawiony logiki: owoce należy hodować, a nie kupować. „No i co… Każdemu według jego zdolności… Ja na przykład jestem tłumaczem…”

Piasek, po którym szedł, bryzgał mu spod nóg. Droga powrotna okazała się lżejsza i krótsza. Gdyby nie palące bez przerwy słońce, można by to uznać za poranny spacer przed zabraniem się do pracy.

Trzonek podpierający drzwi stał na posterunku.

Wszedł do budki i postawił wiaderko na stole.

Od razu rozłożyć – w głowie zabrzmiał głos matki.

Owoce rozkładało się na ściereczce. W czasach rodziców ścierki te, zachlapane sokiem – przecież sok z jagód się nie spiera – przechowywane były w szafce z bielizną. Wyobraził sobie, jak będzie grzebał na dolnych półkach, przekładając z miejsca na miejsce stare firanki i prześcieradła. Nie zaglądał tam już całą wieczność. „A może są gdzieś indziej…”

Odpowiedział solidnie i krótko: „Potem. Muszę pracować. I tak straciłem już czas”.

Z tym argumentem matka nie mogła się nie zgodzić.

Spiesząc się, by nie zmieniła zdania, wsunął wiaderko do lodówki, która wściekle zawyła, i skierował się do domu. Podczas jego nieobecności słońce zdążyło skryć się za świerki, okalające działkę od strony strumienia. Teraz, aż do samego południa, gdy przetoczy się na południowy zachód, i dom, i kuchnia będą w cieniu.

Z przyzwyczajenia trzymając się poręczy przybitej do ściany, wszedł po wąskich schodach. Oparł się ramieniem i odepchnął ciężką klapę. Wieczorem należało ją zamknąć: w zimne dni spod dachu ciągnie chłodem, a w gorące panuje tu zaduch: ciężkie powietrze stoi pod krokwiami. Delikatny zapach kurzu przyjemnie połaskotał go w nozdrza. Na własny użytek nazywał go wonią strychu. Tu, na działce, woń ta kojarzyła się ze słowem: praca.

Na prawo – pokój, na lewo – właściwy strych. Przechowywane tam rzeczy nawet według kryteriów letniskowych uważane były za rupiecie: rozeschnięte, wykoślawione buty, stary flauszowy płaszcz. Oparcia cudzych łóżek. Ich poprzedni właściciele już dawno kupili nowe. Krzesła, z których powypadały nogi: ojcu nie starczyło czasu, by je naprawić…

Pokój na strychu nazywał gabinetem. Tapczan pokryty wyblakłą derką, para krzeseł różnej wielkości, na ścianie – półki pełne spłowiałych teczek: nie lubił niczego wyrzucać – ani starych rękopisów, ani brudnopisów. Po cichu miał nadzieję, że po jego śmierci zjawią się tu uczeni, którzy zbadają spuściznę, porównają warianty.

Biurko przy oknie z widokiem na las. Połowę blatu zajmowała maszyna do pisania. Druga, walizkowa, z łacińską czcionką, nudziła się na szafce nocnej w kącie. Dziesięć lat temu, gdy wydawnictwo ostatecznie przestało przyjmować maszynopisy, odwiózł je na daczę i sprawił sobie stary komputer – nie za drogi, okazją. Przekłady zrobione latem jesienią trzeba było przepisać. Na to oczywiście trzeba mnóstwo czasu, ale nie będzie tu przecież woził komputera: musiałby wynająć samochód. Wiosną w jedną stronę, jesienią z powrotem. Minimum pięć tysięcy w dwie strony…

Tym razem, uwzględniając pilny termin zamówienia, redaktor naczelny obiecał wyznaczyć zecera. Prosił, by przywozić w kawałkach: po trzy–cztery rozdziały. On się uparł: przecież trzeba będzie wprowadzić poprawki. Ale obiecano mu, że zobaczy wydruk. Dopóki oryginał makiety nie zostanie podpisany, będzie mógł nanieść dowolne poprawki.

Maszyna do pisania była najeżona. Pokręcił kółkiem z boku, jakby klepał po ramieniu starą, ale wierną towarzyszkę życia, i włożył czystą kartkę. „Już dobrze, jestem winny. Zamek. Nieprzewidziane okoliczności” – żałosne usprawiedliwienia.

W głębi duszy zgadzał się z nią: rytuał to rytuał. Każdego dnia, nie zwracając uwagi na weekendy czy święta, budził się za piętnaście ósma, szybko opłukiwał twarz, mył zęby, jadł śniadanie i siadał przy biurku. Zepsuty zamek wprowadził własną korektę.

Usiadł i potarł dłońmi policzki. Wierna towarzyszka życia jeszcze się nie domyślała, ale on, mężczyzna, już to wiedział: jutro znów trzeba będzie pogwałcić rytuał. Wyjść skoro świt.

Kartka włożona do maszyny bieliła się uwodzicielsko. Zazwyczaj to wystarczało, by się oderwać od postronnych myśli i zanurzyć się w jej osobnej przestrzeni, w której dźwięki obcego języka zmieniają się w rosyjskie bukwy – układają się w słowa. W pierwszych latach, dopóki się do tego nie przyzwyczaił, uczucie to było ostre, podobne jak wtedy, gdy w wieku czterech lat nauczył się czytać. Teraz oczywiście wrażenie osłabło: praca to praca. Ślęczał nad tą książką już trzeci tydzień, przez cały czas czując, że stąpa po kruchym lodzie. Tekst wypełzający spod taśmy budził wątpliwości – nawet w nim, a cóż dopiero mówić o specjalistach.

„Żeby choć jako tako złapać rytm – próbował znaleźć pasującą wymówkę: – Fantastyka to nie mój gatunek” – doskonale zdając sobie sprawę, że rzecz nie w gatunku – wystarczy przypomnieć wspaniałe książki, wielbione przez inteligencję: Bradbury, Lem, bracia Strugaccy.

Akcja tłumaczonej powieści toczy się w kosmosie, a dokład­niej, na statku kosmicznym przybyszów z obcej planety. Z uwag rozrzuconych w tekście można się domyślić, że statek zbliża się do Ziemi. Przez cały dzień astronauci zajmują się sprawami bieżącymi, a wieczorami zbierają się we wspólnej komorze, gdzie – zgodnie z wolą autora, darwinisty z zamiłowania – dyskutują o teorii ewolucji i jej różnych aspektach, doborze naturalnym, mechanizmach dziedziczenia, o tym, że najlepiej przystosowani przetrwają, o konfliktach międzypokoleniowych, walce płci i tak dalej. Dla niego problematyka ta była bardzo odległa i wszystko zawierało się w słowie genetyka.

Przerażała go nie tyle terminologia – do tego służą słowniki. Trudności przekładu zaczynały się tam, gdzie między bohaterami dochodziło do sporów: Co było pierwsze: pomyślność gatunku czy zbawienie jednostki? Od czego zależy prawdopodobieństwo przetrwania tej czy innej populacji? Który dobór jest ważniejszy: indywidualny czy grupowy? Bał się błędów merytorycznych: w jego dyletanckiej interpretacji repliki bohaterów – jeśli przeczyta je profesjonalny biolog – mogą brzmieć jak bełkot.

Gdy tylko zaczął pracę nad tą książką, poszedł do redaktora naczelnego, żeby podzielić się z nim swoimi wątpliwościami i wyjednać sobie kilka dodatkowych tygodni, by spokojnie posiedzieć w bibliotece, przeczytać specjalistyczną literaturę, krótko mówiąc – żeby się przygotować.

– Proszę zrozumieć, dysponuję jedynie szkolną wiedzą. Nigdy nie wyszedłem poza Mendla z jego grochem i muszkami owocówkami.

Redaktor naczelny ściągnął bielejące brwi i przyłożył rękę do gardła w bardzo wymownym geście, sugerującym, że szanowny tłumacz, zwracając się do wydawnictwa z prośbą o przesunięcie terminu, stawia go w bardzo trudnym położeniu.

– Rozumie pan przecież: seria to seria… Och!… Och!… A-psik! – ogłuszająco kichnął i pokręcił głową. – Przepraszam. Przeklęta klimatyzacja… A bez niej to już w ogóle śmierć! – zakończył ponuro. – O czym my tu…? Ach, tak… – zmarszczył się, czując najwyraźniej zbliżające się kolejne kichnięcie.

– No to chociaż tydzień… – zaproponował bez przekonania.

Ręka redaktora naczelnego szukała czegoś na stole. Nie znalazłszy niczego przypominającego chusteczkę, redaktor nacisnął guzik. W drzwiach pojawiła się sekretarka.

– Natasza, mamy serwetki?

– Nie wiem, Wiktorze Pietrowiczu. Zaraz sprawdzę.

Redaktor zerknął na zawalony rękopisami stół i wrócił do tematu rozmowy:

– I co to da?

– Jak to co? – próbował obstawać przy swoim. – Dzięki temu unikniemy pomyłek, nie wprowadzimy w błąd czytelników.

Ponownie pojawiła się sekretarka:

– Nie ma chusteczek. Tylko to – wyciągnęła rolkę papieru toaletowego. – Jeśli pan chce, pójdę do sklepu.

– Nie trzeba. Proszę wracać do pracy – redaktor naczelny odwinął kawałek i z przyjemnością się wysmarkał. – Wciąż nie rozumiem: co to da?

Próbował wytłumaczyć:

– Nie można wypaczać sensu. Żyjemy przecież w dwudziestym pierwszym wieku. Każdy jako tako wykształcony czytelnik będzie miał do nas pretensje. Naszym obowiązkiem jest przynajmniej ogólna odpowiedzialność…

Jego męczony katarem rozmówca słuchał nieuważnie.

– A co mają z tym wspólnego wykształceni ludzie? Seria od początku przeznaczona jest dla… – mając najwyraźniej kłopot z dokładnym określeniem dla kogo, redaktor zniżył głos. – O, Boże! A-psik!

– Na zdrowie – odpowiedział uprzejmie i obiegł spojrzeniem ściany. Na tylnej, pod portretami tandemu członków zarządu, którzy z kolei wisieli pod ikoną Bogurodzicy – umieszczono firmowe kalendarze. Drukowano je co roku w celach reprezentacyjnych. Ścianę po prawej – jeszcze niedawno, jakieś trzy lata wcześniej, pustą – zdobiły stare plakaty z logotypem poprzedniego wydawnictwa, na którego fundamencie wyrosło obecne. Po remoncie gabinet redaktora naczelnego urządzono w stylu nostalgicznym.

– Powinien mnie pan zrozumieć. Tłumacz nie ma prawa do samowolki. Jego zadaniem jest przekazać czytelnikowi dokładnie to, co autor miał na myśli. Inaczej… – dodał głosowi powagi – może wybuchnąć skandal. Międzynarodowy.

– Byleby nie wewnętrzny – jego rozmówca wystawił duży palec, ale wskazał nim nie ikonę i nawet nie portrety, tylko wyblakły plakat w kącie. Wytężając oczy, rozpoznał cyfry: 1975. – Z zagranicą sobie jakoś poradzimy. Niech nas szkalują. To dla nas nie pierwszyzna.

– Ale… Są przecież prawa autorskie – zerknął na telefon, jakby oczekując, że autor albo jego agent, dowiedziawszy się o istocie sporu, objawią się jakimś cudem i zadzwonią.

Ze zmarszczki na czole redaktora naczelnego wywnioskował, że argument z ochroną praw zagranicznego autora nie był zbyt konstruktywny.

– A kim on dla nas jest ten pana autor? Może w ogóle nie żyje.

– A ja? Przecież chodzi też o mnie – chciał wyjaśnić, że tłumacz w kulturze i języku, w którym wykonuje swoją pracę, jest pełnoprawnym przedstawicielem autora.

Ale redaktor naczelny go nie słuchał:

– Ten pana… jak mu tam… – pstryknął palcami, usiłując przypomnieć sobie nazwisko – to nie Steinbeck. I nie Ian McEwan… I nawet, wybaczy pan, nie Banks. Zdawało mi się, że pan ze swoimi kwalifikacjami zrozumie to jak nikt. Wydajemy czytadła. Dru-gi ga-tu-nek… – powiedział wyraźnie. – Proszę mi zaufać: nie ma co się mądrzyć.

Przesylabizowane słowa były jak cios prosto w serce.

– Ja pracuję sumiennie. Swoją pracę podpisuję własnym nazwiskiem, więc jeśli jako tłumacz sądzę…

– Nie chce pan, niech pan nie podpisuje – redaktor uśmiechnął się fałszywie. – Chętnych jest masa. Na pana miejsce. Wystarczy gwizdnąć.

Zmieszał się, niezręcznie wstał i ruszył ku drzwiom, jeszcze intensywniej czując za plecami szelest papieru toaletowego. Potem szelest ustał. Na drugi dzień redaktor oczywiście zadzwonił. Zmieszany sapał w słuchawkę, usprawiedliwiając się bólem głowy: przecież widział pan, w jakim byłem stanie.

Gdy człowiek prosi o wybaczenie, nie można mu nie wybaczyć.

– Chciałem… – postanowił wykorzystać moment. – Jest pewna książka, chciałem ją zaproponować wydawnictwu…

– Zaproponuje pan, oczywiście, że pan zaproponuje. Ale później, gdy skończy pan pracę nad tą. Wtedy porozmawiamy – redaktor pożegnał się i odłożył słuchawkę.

Temat ten poruszał nie po raz pierwszy. Wcześniej redaktor uważnie wysłuchiwał jego propozycji, prosił, by się trochę wstrzymać: „Rozumie pan, redakcja przeżywa trudny okres. Jeszcze kilka bestsellerów i zaczniemy mieć możliwość wyboru. To znaczy pan będzie miał wybór. Sam będzie pan mógł decydować. Obiecuję: wydam. Daję słowo. Mam nadzieję, że pan mi wierzy”.

On oczywiście wierzył. A co mu pozostało? Tym bardziej że szefostwo można było zrozumieć: pierwsze cztery książki serii ukazały się w równych odstępach czasu: raz na kwartał. Jeśli spóźnią się z piątą, czytelnicy mogą się zainteresować innymi seriami, nad którymi pracuje konkurencja. Takie historie zdarzały się wcześniej. Wtedy redaktor naczelny zawsze zwracał się do niego i mówił: w panu cała nadzieja, nasze dni są policzone, poza panem w takim terminie nikt nie da rady, i różne inne słowa, które rzadko słyszał nawet profesjonalista jego klasy. Zabrakło mu odwagi, by odmówić. Jednak rozmowa, w której redaktor wspomniał o czytadle i drugim gatunku, coś zmieniła.

Maszyna do pisania błysnęła klawiszami.

Odpowiadając na jej uśmiech, pogładził karetkę: „Dobrze już, zgoda…”

Załoga statku kosmicznego zebrała się na kolację. Te cowieczorne posiłki nazwał ulotnymi odprawami. Imponująca gra słów: do pomieszczenia przeznaczonego do tego celu uczestnicy naprawdę wlatywali. Danie główne – podawano je w ładnym naczyniu przypominającym kanister, w każdym razie wieczko się odkręcało – przygotowane było z owoców.

Wzruszył ramionami: owoce na statku kosmicznym? Ciekawe, jak je tam hodują? – i ruszył dalej. Owinąwszy podłokietniki zielonkawymi mackami, astronauci rozsiedli się i przystąpili do posiłku. Nie rozpraszając się dłużej postronnymi myślami, skończył drugi rozdział.

Pod krokwiami zaczęło się zbierać duszne powietrze. Podniósł oczy, wyobrażając sobie niewidoczne słońce. Rozżarzone promienie biły prosto w dach.

Wstał, uchylił okno. Wysokie sosny rosły dwa kroki od niego. Światło słoneczne zalewało wierzchołki, pozostawiając w cieniu podszycie. Dopiero teraz zauważył: brzozy zaczęły żółknąć. „Koniec lipca… Trochę wcześnie. Zazwyczaj żółkną w sierpniu”.

Usiadł, podpierając policzek dłonią: „Drugi gatunek… drugi gatunek – przeklęte określenie wryło się w pamięć. Jak ślad w mokry piasek. – Czy można pozostać dobrym tłumaczem, jeśli się tłumaczy każdą bzdurę…”

Ty zostałeś świetnym tłumaczem.

„Na pewno, jeśli porównać z młodymi…” Od czasu do czasu nawiedzał księgarnie. Nie kupował – przeglądał. Na wyłowienie oczywistych bzdur wystarczyło zaledwie kilka minut: Zamyślone oczy Ifigenii rozmarzyły się wśród trawy. Od razu widzisz gałki oczne, które samoczynnie wypadły z oczodołów, żeby powylegiwać się w trawie. O, to równie sympatyczne: niekiwające się wahadło. Z ciekawością spojrzał na wahadło, które kołysze się na boki, jakby merdało ogonem. Obok tego jakieś: Przepadł w kierunku na las było wzorem stylu.

„A wszystko dlatego, że nie mają ani gustu, ani szkoły” – wyprostował się w fotelu i pokiwał głową.

Zazwyczaj terapia lingwistyczna działała. Dziś jednak nie.

Praca to praca. Dobrze zarabiasz.

W głosie matki pojawił się klasowy wyrzut. Z ich punktu widzenia to nie praca, tylko zbytki: jak zajęcie sekretarki – wystarczy stukać w klawisze. Sami pracowali jako inżynierowie technolodzy. W różnych fabrykach. Choć wydawało się, że w jednej. Do domu zawsze wracali razem. W przedpokoju – ich donośne głosy. Otwierali drzwi do jego pokoju: Jak było w szkole? Coś drżało w powietrzu, skrzypiało jak sprężyny starych zegarków.

„Tak, zarabiam. Ponieważ sumiennie pracuję”.

A jak inaczej! Oczywiście, że sumiennie! – rodzice nie omieszkali się wtrącić.

Kiwnął głową, ale nie odpowiedział. Wiedział, że za tym pójdzie: My też sumiennie pracowaliśmy! I gdzie rezultaty?

Pytanie to pojawiło się na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy zamykano zakłady pracy. Rodzice stracili pracę. W dwa miesiące przejedli letnie zapasy i resztki skąpych oszczędności, które do tego czasu również momentalnie straciły na wartości, i zatrudnili się w charakterze stróżów w jakimś akademiku: w systemie dobowym, jedno po drugim. W odróżnieniu od niego na nic nie liczyli. Dla nich krach systemu był krachem osobistym. Zdaniem rodziców za wszystkimi wydarzeniami stały złe intencje. W rodzinnych sporach co rusz było słychać: ci twoi demokraci – Gajdar i Czubajs – wszystko zniszczyli.

Gorączkował się: po pierwsze, dlaczego moi? Po drugie: jeśli dwóch ludzi jest w stanie zniszczyć cały kraj… to kim oni są? Bogami?!

Ojciec jakoś od razu się postarzał (matka trzymała się lepiej, kobiety w ogóle są silniejsze). I nie mógł zrozumieć, dlaczego fabryki zamknięto.

Wcześniej pracowały jak pożal się Boże, ale jakoś wykonywały plan.

Matka się nie zgadzała: nie jak pożal się Boże, tylko normalnie. Akordy, delegacje, premie, choinki dla dzieci, spotkania z interesującymi ludźmi. Wszystko dla przyjemności człowieka. Wydawali własną gazetę. Prawie co miesiąc przyjeżdżali do nich pisarze.

Boże, jacy pisarze?! Zamknęli, ponieważ wasza produkcja nie była nikomu potrzebna. Jak to niepotrzebna? Normalnie – kto potrzebuje niekonkurencyjnej produkcji? Tego nie mogli zrozumieć: A co my mamy z tym wspólnego? Produkcja to sprawa szefostwa. My pracowaliśmy sumiennie!

Powoli doszedł do wniosku: przekonywanie ich nie ma sensu. Racjonalne argumenty nie działają, dla rodziców ZSRR to ucieleśnienie Powszechnego Dobra.

Wiosną się zwolnili, wyjechali na działkę. Pracowali tam do jesieni, osiągając plony, których pozazdrościłby im sam Miczurin. Teraz oni odpowiadali za swoją produkcję. Setki słoików. Na tych zapasach rodzina przetrzymała do następnej wiosny.

Zerknął na zegarek: wpół do czwartej. Oto co znaczy wypaść z normalnego rytmu.

Zszedł na dół, odgrzał wczorajszy makaron, otworzył puszkę konserwy mięsnej. Zjadł w ciszy i w zamyśleniu. Starannie umył naczynia. Przyschnięte resztki porannego omletu trzeba było zeskrobać. Wytarł mokre ręce. Wieszając ręcznik na gwoździu, poczuł ból głowy. I miał dreszcze. „Coś wisi… w powietrzu. Ciśnienie skacze? Pewnie na deszcz… Och, dobrze by było” – pokiwał z troską głową, jakby występując w imieniu miejscowych sadowników, cierpiących z powodu kiepskiego ciśnienia wody. Przypomniał sobie szaloną staruszkę, która skierowała go do hydraulika: chciała pójść do DEK-u, ale w końcu nie poszła. Pewnie się przestraszyła: żeby się coś nie stało… Gdyby nie chojraczenie na starość, to zgodnie z tą zasadą przeżyłoby się całe życie.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1]Oktiabrʹ to po rosyjsku październik. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2]DEK, Daczno-ekspłuatacyonnaja kontora – Biuro ds. Użytkowania Działek Letniskowych.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl,tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl,dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl,marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl,urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I