Grzesznik - Tess Gerritsen - ebook
Opis

W murach klasztoru zostaje popełniona nieludzka zbrodnia. Ofiarami padają dwie zakonnice. Sekcja zwłok ujawnia wstrząsające informacje i z każdym nowym śladem sprawa obiera coraz bardziej niepokojący kierunek. Tymczasem pojawia się kolejne ciało, przy którym morderca zadał sobie wiele trudu, by nie zostało rozpoznane.

Dawno pogrzebane tajemnice wychodzą na światło dzienne. Doktor Maura Isles i detektyw Jan Rizzoli ze zgrozą uświadamiają sobie, że są z nimi związane osobiście…

Ciemna strona ludzkiej natury i niebezpieczne sekrety – Gerritsen w najlepszej formie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Zimowego poranka w kaplicy klasztoru Graystones zostają znalezione ofiary wyjątkowo brutalnej napaści – dwie zakonnice. Jedna z nich nie żyje, druga w stanie krytycznym trafia do szpitala.

Jane Rizzoli ma przed sobą trudne śledztwo – wydaje się, że nikt nie miał motywu, aby dokonać tej zbrodni, ale władze klasztoru bardzo niechętnie współpracują z policją. Tymczasem przeprowadzona przez Maurę Isles autopsja przynosi szokującą niespodziankę. Zamordowana zakonnica niedługo przed śmiercią urodziła dziecko. Wkrótce potem w opuszczonym budynku dawnej restauracji policja odkrywa straszliwie okaleczone zwłoki kobiety. Obie zbrodnie mogą się łączyć… Ich tajemnica najwyraźniej sięga setek lat w przeszłość.

Klucz do ponurej zagadki kryje indyjska osada dla trędowatych…

TESS GERRITSEN

Amerykańska pisarka, z zawodu lekarz internista. Po studiach praktykowała w Honolulu na Hawajach. W 1987 r. opublikowała pierwszą powieść, ale kariera pisarska Gerritsen nabrała rozpędu w 1996 r., gdy ukazał się jej pierwszy thriller medyczny DAWCA (prawa filmowe zakupił Paramount). Dzięki odniesionemu sukcesowi mogła zrezygnować z praktyki lekarskiej. W kolejnych latach ukazały się: NOSICIEL, GRAWITACJA (milion dolarów za prawa filmowe!), GRZESZNIK, SOBOWTÓR, AUTOPSJA, KLUB MEFISTA, OGRÓD KOŚCI, MUMIA, DOLINA UMARŁYCH i MILCZĄCA DZIEWCZYNA. Przekłady książek Gerritsen publikowane są w 20 językach i regularnie pojawiają się na listach bestsellerów w USA i Europie. Na podstawie jej powieści powstał serial telewizyjny z kobiecym duetem śledczym – Rizzoli & Isles.

www.tessgerritsen.com

Tej autorki

DAWCACIAŁOINFEKCJANOSICIELGRAWITACJAOGRÓD KOŚCI

Jane Rizzoli & Maura Isles

CHIRURGSKALPELGRZESZNIKSOBOWTÓRAUTOPSJAKLUB MEFISTAMUMIADOLINA UMARŁYCHMILCZĄCA DZIEWCZYNAOSTATNI, KTÓRY UMRZE

Tytuł oryginału: THE SINNER

Copyright © Tess Gerritsen 2003All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Jerzy Żebrowski 2004

Redakcja: Beata Słama

Konsultacja medyczna: dr nauk med. Marcin Szulc

Ilustracja na okładce: somchai rakin/Shutterstock

ISBN 978-83-7985-173-7

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla mojej matki,Ruby J. C. Tom — z miłością

Podziękowania

Peterowi Marsowi i Bruce’owi Blake’owi za możliwość przyjrzenia się pracy bostońskiej policji.

Doktor Margret Greenwald, która pozwoliła mi zajrzeć do świata lekarzy patologów.

Ginie Centrello za jej niesłabnący entuzjazm.

Lindzie Marrow, redaktorce, o jakiej marzy każdy pisarz.

Selinie Walker, wspaniałej współpracownicy po drugiej stronie Atlantyku.

Jane Berkey, Donaldowi Cleary’emu i cudownemu zespołowi z Agencji Jane Rotrosen.

Meg Ruley, mojej agentce, mistrzyni i latarni w mroku. Nikt nie robi tego lepiej.

Oraz mojemu mężowi Jackobowi, który po tych wszystkich latach wciąż jest moim najlepszym przyjacielem.

Prolog

ANDHRA PRADESH, INDIE

Kierowca odmówił zawiezienia go dalej.

Półtora kilometra wcześniej, gdy tylko minęli opuszczone zakłady chemiczne firmy Octagon, szosa zmieniła się w zarośniętą chaszczami polną drogę. Teraz kierowca narzekał, że gałęzie rysują mu samochód, a po niedawnych deszczach grunt stał się błotnisty i mogą ugrzęznąć. I co wtedy zrobią? Utkną sto pięćdziesiąt kilometrów od Hajdarabadu. Howard Redfield wysłuchiwał całej litanii pretensji i wiedział, że to tylko wymówka. Nikt nie jest skłonny przyznać, że się boi.

Redfield nie miał wyboru. Dalej musi iść pieszo.

Pochylił się, by powiedzieć coś kierowcy, i poczuł ostrą woń jego potu. Zobaczył we wstecznym lusterku, na którym kołysały się pobrzękujące paciorki, że przygląda mu się uważnie ciemnymi oczami.

— Niech pan tu na mnie zaczeka, dobrze? — poprosił. — Tutaj, na drodze.

— Jak długo?

— Z godzinę. Ile będzie trzeba.

— Mówię panu, że nic pan nie zobaczy. Nikogo już tam nie ma.

— Proszę zaczekać. Zapłacę panu podwójnie, kiedy wrócimy do miasta.

Redfield wziął plecak, wysiadł z klimatyzowanego samochodu i natychmiast zanurzył się w oceanie wilgoci. Nie nosił plecaka od czasu studiów, gdy włóczył się po Europie, i teraz, w wieku pięćdziesięciu jeden lat, czuł się trochę dziwnie, zarzucając go na zwiotczałe ramiona. Ale ani myślał ruszać się gdziekolwiek w tym malarycznym klimacie bez butelki oczyszczonej wody do picia, środka przeciw owadom, kremu z filtrem i lekarstwa na biegunkę. No i aparatu fotograficznego. Aparat jest niezbędny.

Pocąc się w wieczornym skwarze, spojrzał w niebo i pomyślał: Super, słońce właśnie zachodzi, a o zmierzchu wyroją się komary. Nadchodzi kolacja, wy małe ścierwa!

Ruszył w drogę. Ścieżkę przesłaniała wysoka trawa. Wdepnął w koleinę, zapadając się po kostki w błocie. Najwyraźniej od wielu miesięcy nie przejeżdżał tędy żaden pojazd i matka natura szybko odzyskiwała swoje terytorium. Przystanął, dysząc i oganiając się od owadów. Obejrzawszy się, zauważył, że samochód zniknął. Poczuł się nieswojo. Czy kierowca na pewno zaczeka? Niechętnie zawiózł go tak daleko, a jego zdenerwowanie rosło, gdy tłukli się po coraz gorszej drodze. Twierdził, że w tej okolicy mieszkają źli ludzie i dzieją się straszne rzeczy. Mogą obaj przepaść bez śladu i kto się pofatyguje ich szukać?

Redfield szedł dalej.

Wilgotne powietrze zdawało się go osaczać. Słyszał chlupiącą w plecaku wodę i już czuł pragnienie, ale nie przystanął, by się napić. Mając tylko godzinę do zmroku, musiał iść naprzód. W trawie brzęczały owady, słyszał też w koronach drzew głosy ptaków, niepodobne jednak do znanego mu ptasiego świergotu. Wszystko w tym kraju wydawało mu się dziwne i surrealistyczne. Wlókł się jak w transie. Po plecach spływał mu pot. Z każdym krokiem coraz bardziej dyszał. Według mapy miał do przebycia niewiele ponad dwa kilometry, ale szedł bez końca, a komarów nie odstraszało nawet ponowne użycie środka przeciw owadom. Dzwoniło mu w uszach od ich brzęczenia, a twarz swędziała od ukąszeń.

Potknąwszy się o następną głęboką koleinę, upadł na kolana w wysokiej trawie. Z trudem łapiąc oddech, wypluł kawałki roślin. Był tak zniechęcony i zmęczony, że postanowił zawrócić. Wsiądzie z podkulonym ogonem w samolot do Cincinnati. W końcu o wiele bezpieczniej być tchórzem. I o wiele wygodniej.

Westchnął ciężko i oparłszy rękę o ziemię, by się podźwignąć, zamarł nagle, wpatrzony w trawę. Wśród zielonych źdźbeł coś lśniło. Był to tylko tani blaszany guzik, ale w tym momencie wydał mu się znakiem. Talizmanem. Wsunął go do kieszeni, podniósł się z ziemi i ruszył przed siebie.

Zaledwie sto metrów dalej droga skończyła się nagle na rozległej polanie, otoczonej wysokimi drzewami. W głębi stał przysadzisty budynek z pustaków, z zardzewiałym blaszanym dachem. Łagodny wiatr poruszał gałęziami i kołysał trawą.

To tutaj, pomyślał. Tu się wszystko wydarzyło.

Wydało mu się nagle, że oddycha zbyt głośno. Z bijącym sercem ściągnął plecak, rozpiął go i wyjął aparat. Trzeba wszystko udokumentować, pomyślał. Octagon będzie próbował zrobić z ciebie kłamcę. Będą chcieli cię zdyskredytować, więc musisz być gotów do obrony. Musisz dowieść, że mówisz prawdę.

Wyszedł na polanę i ruszył w stronę sterty poczerniałych gałęzi. Trąciwszy je butem, poczuł swąd spalonego drewna. Cofnął się, czując dreszcz na plecach.

To były resztki stosu pogrzebowego.

Trzymając aparat w spoconych dłoniach, zdjął osłonę z obiektywu i zaczął robić zdjęcia. Zgliszcza chaty. Leżący w trawie dziecięcy sandałek. Jaskrawy strzępek tkaniny wyrwany z sari. Wszędzie, gdzie spojrzał, widział śmierć.

Obrócił się w prawo, dostrzegając w wizjerze ścianę zieleni, i miał właśnie zrobić kolejne zdjęcie, gdy jego palec znieruchomiał na przycisku.

Na krawędzi klatki mignęła jakaś postać.

Odsunął aparat od oka i wyprostował się, obserwując drzewa. Nie zobaczył niczego prócz kołyszących się gałęzi.

Czyżby coś poruszyło się na skraju jego pola widzenia? Dostrzegł jedynie ciemny kształt między drzewami. Może to małpa?

Musiał dalej robić zdjęcia. Szybko zmierzchało.

Minął kamienną studnię i poszedł w kierunku budynku z blaszanym dachem, szeleszcząc w trawie nogawkami spodni i rozglądając się na prawo i lewo. Drzewa zdawały się mieć oczy i obserwowały go. Zbliżywszy się do budynku, zauważył, że jego ściany wypalił ogień. Przed drzwiami leżała sterta popiołu i poczerniałych gałęzi. Kolejny stos pogrzebowy.

Obszedł zabudowanie i zajrzał przez drzwi.

Początkowo niewiele zobaczył w mrocznym wnętrzu. Zapadał już zmierzch, a w środku było nawet ciemniej. Widział jedynie odcienie czerni i szarości. Przystanął na chwilę, by wzrok przywykł do braku światła. Z rosnącym zdumieniem dostrzegł lśnienie świeżej wody w glinianym dzbanku. Poczuł zapach przypraw. Jak to możliwe?

Za jego plecami trzasnęła gałązka.

Odwrócił się błyskawicznie.

Na polanie stała samotna postać. Drzewa znieruchomiały, zamilkły nawet ptaki. Postać podeszła do niego, poruszając się dziwnym nierównym krokiem, i zatrzymała w odległości metra.

Redfield cofnął się przerażony. Aparat wypadł mu z rąk.

To była kobieta. Bez twarzy.

Rozdział pierwszy

Nazywali ją Królową Zmarłych.

Choć nikt nie powiedział jej tego prosto w oczy, doktor Maura Isles słyszała czasem, jak wypowiadano za jej plecami ten przydomek, gdy wykonując swoją pracę, poruszała się w posępnym trójkącie między salą sądową, miejscem zbrodni i kostnicą. Nierzadko wyczuwała w tym mroczną nutkę sarkazmu: „Oho, nadchodzi nasza pogańska bogini po nowe ofiary”. Czasem w tych szeptach pobrzmiewał niepokój, jak w szemraniu pobożnych, wśród których pojawia się niewierny. Był to niepokój ludzi, którzy nie potrafili zrozumieć, dlaczego kroczy śladami śmierci. Czyżby sprawiało jej to przyjemność?, zastanawiają się. Czy dotykanie zimnego ciała i odór rozkładu tak ją pociągają, że odwróciła się od żywych? Uważają, że to nie może być normalne i rzucają w jej kierunku niespokojne spojrzenia, dostrzegając szczegóły, które tylko umacniają ich w przekonaniu, że jest dziwaczką. Cera w kolorze kości słoniowej, czarne włosy przycięte jak u Kleopatry. Na ustach czerwona szminka. Kto się maluje, idąc na miejsce zbrodni? A przede wszystkim niepokoi ich jej opanowanie, chłodne królewskie spojrzenie, lustrujące okropności, których widok oni z trudem znoszą. W przeciwieństwie do nich nie odwraca wzroku. Pochyla się nisko, przygląda, dotyka. I wącha.

A potem, w jaskrawym świetle prosektorium, zaczyna kroić.

Teraz przecinała skalpelem wyziębioną skórę i lśniącą pod nią warstwę żółtawego tłuszczu. Ten człowiek lubił hamburgery i frytki, pomyślała, rozcinając nożycami żebra i unosząc trójkątną tarczę mostka, tak jak otwiera się drzwi kredensu, aby odsłonić jego cenną zawartość.

Serce leżało wtulone w gąbczastą tkankę płuc. Przez pięćdziesiąt dziewięć lat tłoczyło krew w organizmie pana Samuela Knighta. Dojrzewało i starzało się z nim, przechodząc transformację, podobnie jak on sam, od młodego, szczupłego mięśnia do przetłuszczonego narządu. Wszystkie pompy w końcu zawodzą i podobnie było z tą w piersi pana Knighta, gdy siedział w pokoju hotelowym w Bostonie, włączywszy telewizor i postawiwszy na nocnej szafce szklankę whisky z minibarku.

Nie zastanawiała się, o czym mógł myśleć w ostatnich chwilach i czy odczuwał ból lub strach. Chociaż badała najbardziej intymne zakamarki jego ciała, rozcinała skórę i trzymała w dłoniach jego serce, pan Samuel Knight pozostał dla niej obcy. Milczący i niewymagający, chętnie powierzał jej swoje sekrety. Zmarli są cierpliwi. Nie skarżą się, nie grożą, nie zwodzą pochlebstwami.

Zmarli nie krzywdzą. Ból zadają żywi.

Pracowała ze spokojem i wprawą, usuwając wnętrzności z klatki piersiowej i kładąc wydobyte serce na blacie. Za oknem wirował pierwszy grudniowy śnieg. Białe płatki szeptały za szybami i opadały na alejki. Ale tu, w laboratorium, słychać było tylko odgłos lejącej się wody i szum wentylatora. Jej asystent, Yoshima, milczał, przewidując jej polecenia i pojawiając się, gdy tylko go potrzebowała. Pracowali razem dopiero półtora roku, lecz działali jak jeden organizm, złączeni telepatią dwóch logicznych umysłów. Nie musiała go prosić, by ustawił lampę. Sam to zrobił, kierując światło na ociekające krwią serce i podając jej nożyczki.

Ciemne cętki na ścianie prawej komory i biała blizna na koniuszku serca opowiadały jego smutną historię. Zawał, przed wieloma miesiącami, a nawet latami, zniszczył już część ściany lewej komory. Potem, w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, nastąpił kolejny zawał. Zakrzep zablokował prawą tętnicę wieńcową, tamując dopływ krwi do mięśnia prawej komory.

Wycięła tkankę na badanie histologiczne, wiedząc już, co zobaczy pod mikroskopem. Skrzep i martwicę. Zastępy białych krwinek, nacierających niczym obronna armia. Może pan Samuel Knight sądził, że kłucie w piersiach jest skutkiem niestrawności. Nie powinien jeść na obiad tyle cebuli. Wystarczy pewnie raphacholin. A może wystąpiły bardziej złowieszcze objawy, które zignorował: ucisk w piersiach, duszności. Z pewnością nie przyszło mu do głowy, że ma atak serca.

Że umrze z powodu zaburzeń rytmu.

Serce leżało teraz otwarte i pocięte na blacie. Spojrzała na tors, pozbawiony wszystkich narządów. Tak kończy się pański służbowy wyjazd do Bostonu, pomyślała. Nie ma tu żadnych niespodzianek. Żadnej zbrodni, z wyjątkiem szkód, jakie wyrządził pan własnemu organizmowi, panie Knight.

Zabrzęczał interkom. Była to Louise, jej sekretarka.

— Doktor Isles?

— Tak?

— Detektyw Rizzoli na drugiej linii. Odbierze pani?

— Już.

Maura ściągnęła rękawiczki i podeszła do aparatu wiszącego na ścianie.

Yoshima, który płukał narzędzia w zlewie, zakręcił kran. Odwróciwszy się, patrzył na nią w milczeniu tygrysimi oczami, wiedząc już, co oznacza telefon od Rizzoli.

Kiedy Maura odwiesiła w końcu słuchawkę, zobaczyła jego pytające spojrzenie.

— Wcześnie się dziś zaczyna — westchnęła, po czym zdjęła fartuch i wyszła z kostnicy, by wprowadzić do swego królestwa kolejnego poddanego.

□ □ □

Poranny opad białego puchu zmienił się w zdradliwą mieszaninę śniegu z deszczem, a miejskich pługów jakoś nie było widać. Jechała ostrożnie wzdłuż Jamaica Riverway. Opony chrzęściły w głębokiej rozmokłej mazi, a wycieraczki skrobały oszronione szyby. To była pierwsza śnieżna zamieć tej zimy i kierowcy musieli dopiero przywyknąć do nowych warunków. Kilka aut wpadło już w poślizg. Minęła zaparkowany radiowóz z błyskającymi światłami. Policjant stał obok kierowcy dźwigu pomocy drogowej i obaj patrzyli na samochód, który leżał w rowie.

Opony jej lexusa zaczęły się ślizgać i przedni zderzak obrócił się nagle w kierunku aut jadących z przeciwka. Wdepnęła w panice hamulce i poczuła, jak uruchamia się system antypoślizgowy. Zjechała z powrotem na swój pas. Niech to szlag, pomyślała z bijącym sercem, wracam do Kalifornii. Jechała w żółwim tempie, nie bacząc na to, że na nią trąbią i że tamuje ruch. Wyprzedzajcie mnie, kretyni. Widziałam zbyt wielu takich jak wy na moim stole.

Droga prowadziła do Jamaica Plain, dzielnicy w zachodnim Bostonie z dostojnymi starymi domami, dużymi trawnikami, cichymi parkami i alejkami nad rzeką. W lecie było to zielone ustronie, dające schronienie przed miejskim hałasem i upałem, ale teraz, pod chmurnym niebem i przy wietrze smagającym zmarniałą trawę, wyglądało ponuro.

Miejsce, którego szukała również robiło posępne wrażenie. Budynek stał za wysokim, oplecionym gęstym bluszczem, kamiennym murem, który przypominał barykadę broniącą przed światem. Z ulicy widziała tylko gotyckie zwieńczenia pokrytego dachówką dachu i jedno strzeliste szczytowe okno, które wpatrywało się w nią jak ciemne oko. Stojący przed główną bramą radiowóz był potwierdzeniem, że trafiła pod właściwy adres. Dotychczas przyjechało tylko kilka samochodów, oddziały szturmowe, poprzedzające całą armię techników kryminalistyki.

Zaparkowała po drugiej stronie ulicy, przygotowana na pierwszy podmuch wiatru. Wysiadając, poślizgnęła się i omal nie upadłszy, zawisła na drzwiczkach samochodu. Gdy się podźwignęła, poczuła na łydkach strużki lodowatej wody z mokrego rąbka płaszcza, który dotknął śniegowej brei. Stała nieruchomo przez kilka sekund w zacinającym deszczu ze śniegiem, zdziwiona, jak szybko to wszystko się wydarzyło.

Rzuciła okiem na policjanta, siedzącego w radiowozie po drugiej stronie ulicy. Przyglądał jej się i z pewnością widział, jak się poślizgnęła. Zawstydzona, wzięła z przedniego siedzenia torebkę, zatrzasnęła drzwiczki i ruszyła z największą godnością, na jaką było ją stać, po oszronionym asfalcie.

— Wszystko w porządku, pani doktor? — zawołał z radiowozu policjant. Wcale nie była zachwycona jego troskliwością.

— Nic mi nie jest.

— Proszę uważać w tych butach. Na dziedzińcu jest jeszcze bardziej ślisko.

— Gdzie detektyw Rizzoli?

— W kaplicy.

— Jak tam trafić?

— Nie zabłądzi pani. Na drzwiach jest wielki krzyż.

Podeszła do frontowej bramy, ale była zamknięta. Na murze wisiał żelazny dzwon. Pociągnęła za sznurek i średniowieczny metaliczny brzęk zamarł powoli w cichym szmerze padającego śniegu. Tuż pod dzwonem wisiała brązowa tabliczka z napisem częściowo przysłoniętym przez brunatny bluszcz.

GraystonesKlasztor Sióstr Najświętszej Maryi od Bożej ŚwiatłościŻniwo jest w istocie wielkie, ale robotników niewielu.Módlcie się zatem, aby przysłano robotników na żniwo.

Po drugiej stronie bramy pojawiła się nagle kobieta w czerni. Nadeszła tak cicho, że Maura wzdrygnęła się, zobaczywszy między prętami jej twarz. Była to twarz staruszki, poorana tak głębokimi zmarszczkami, jakby zapadała się do środka, ale jej oczy lśniły, przenikliwe jak u ptaka. Zakonnica nie odezwała się, spojrzała tylko na nią pytająco.

— Jestem doktor Isles z Urzędu Lekarza Sądowego — przedstawiła się Maura. — Wezwała mnie tu policja.

Brama otworzyła się ze skrzypieniem.

Maura weszła na dziedziniec.

— Szukam detektyw Rizzoli. Podobno jest w kaplicy.

Zakonnica wskazała drugą stronę dziedzińca, po czym odwróciła się i podreptała powoli do najbliższych drzwi, zostawiając Maurę, by sama dotarła do kaplicy.

Płatki śniegu wirowały i tańczyły pośród zimnych kropli deszczu, jak białe motyle krążące wokół swych przyciężkich pobratymców. Najprostsza droga do kaplicy prowadziła przez dziedziniec, ale kamienie pokryte były lodem, a buty Maury, ze śliskimi podeszwami, zupełnie nie nadawały się na takie warunki. Zapuściła się więc w wąski zadaszony krużganek, który okrążał dziedziniec. Osłaniał ją od deszczu, ale nie od wiatru, który przenikał ją na wylot. Była zaskoczona zimnem. Przypomniała sobie, jak okrutny potrafi być grudzień w Bostonie. Przez większość życia mieszkała w San Francisco, gdzie lśniące płatki śniegu były rzadką rozkoszą, a nie udręką, jak te, które wdzierały się teraz pod okap i szczypały ją w twarz. Zaczęła iść bliżej ściany i szczelniej otuliła się płaszczem, mijając ciemne okna. Zza bramy dochodził przytłumiony szmer ruchu ulicznego na Jamaica Riverway. Odgrodzona murami, słyszała jedynie ciszę. Wydawało się, że nie ma tu nikogo prócz zakonnicy, która ją wpuściła, więc gdy zauważyła trzy twarze wpatrujące się w nią z jednego z okien, była w szoku. Zakonnice stały w milczeniu za szybą niczym czarne zjawy, obserwując intruza, który wchodzi do ich sanktuarium. Gdy je mijała, nie spuszczały z niej wzroku.

Wejście do kaplicy zagrodzone było żółtą policyjną taśmą, która zwisała, ciężka od szronu. Maura podniosła ją, by dostać się do środka.

Gdy pchnęła drzwi, oślepił ją nagle błysk flesza. Znieruchomiała. Drzwi zamknęły się za nią powoli z cichym trzaśnięciem. Zamrugała gwałtownie. Odzyskawszy ostrość widzenia, zobaczyła rzędy drewnianych ławek, bielone ściany, a w głębi kaplicy wiszący nad ołtarzem ogromny krucyfiks. Było to posępnie surowe wnętrze, którego mroczność pogłębiały jeszcze witraże, przepuszczające niewiele światła.

— Proszę się nie ruszać. I uwaga pod nogi — ostrzegł fotograf.

Maura spojrzała na kamienną posadzkę i zobaczyła krew. Były tam też ślady butów. Cała masa. I szpitalne śmieci. Osłonki igieł i podarte opakowania strzykawek. Pozostałości po wizycie karetki. Ale żadnych zwłok.

Rozejrzawszy się, zauważyła w przejściu podeptaną białą tkaninę i czerwone plamy na ławkach. W tym lodowatym pomieszczeniu z jej ust unosiły się obłoczki pary, a teraz poczuła, że zrobiło się jeszcze zimniej i przeniknął ją dreszcz. Dostrzegając plamy na ławkach, zrozumiała, co się wydarzyło.

Fotograf zaczął pstrykać kolejne zdjęcia, za każdym razem oślepiając ją fleszem.

— Pani doktor? — W głębi kaplicy dostrzegła burzę ciemnych włosów, gdy detektyw Jane Rizzoli wyprostowała się i pomachała do niej. — Ofiara jest tutaj.

— Co to za krew tu, przy drzwiach?

— Należy do drugiej ofiary, siostry Ursuli. Sanitariusze zabrali ją do Świętego Franciszka. W głównej nawie jest jeszcze więcej krwi i ślady butów, które próbujemy zabezpieczyć, więc proszę iść lewą stroną. Blisko ściany.

Maura przystanęła, by założyć na buty papierowe ochraniacze, a potem obeszła kaplicę, trzymając się blisko ściany. Dopiero gdy minęła pierwszy rząd ławek, zobaczyła ciało zakonnicy. Leżała na wznak, a jej habit był czarną plamą na tle wielkiej czerwonej kałuży. Ręce miała obwiązane folią dla zabezpieczenia dowodów zbrodni. Maurę zaskoczył jej młody wiek. Zakonnica, która otworzyła bramę, i te, które widziała w oknie, były staruszkami. Tu ujrzała o wiele młodszą kobietę. Miała uduchowioną twarz i jasnoniebieskie oczy, zastygłe w wyrazie niewysłowionego spokoju. Jej blond włosy były przystrzyżone na długość dwóch centymetrów. Rozcięta skóra na ciemieniu stanowiła świadectwo potwornych ciosów.

— Nazywała się Camille Maginnes. Siostra Camille. Z Hometown w Hyannisport — wyjaśniła Rizzoli chłodnym, rzeczowym tonem. — Była pierwszą nowicjuszką od piętnastu lat. Miała składać śluby w maju. — Zamilkła, dodając po chwili: — Skończyła dopiero dwadzieścia lat. — Nie potrafiła ukryć gniewu.

— Jest taka młoda…

— Tak. Potwornie ją sponiewierał.

Maura założyła rękawiczki i przykucnęła, by obejrzeć zwłoki. Narzędzie zbrodni pozostawiło nierówne, szarpane rany na głowie. Przez rozciętą skórę wystawały fragmenty kości i wyciekła grudka szarej substancji. Sina twarz była właściwie nietknięta.

— Zmarła, leżąc twarzą do ziemi. Kto odwrócił ją na plecy?

— Siostry, które ją znalazły — odparła Rizzoli. — Sprawdzały puls.

— O której znaleziono ofiary?

— Koło ósmej rano. — Rizzoli zerknęła na zegarek. — Prawie dwie godziny temu.

— Wie pani, co się wydarzyło? Co powiedziały siostry?

— Trudno było wydobyć z nich użyteczne informacje. Mieszka tu teraz tylko czternaście sióstr i wszystkie przeżyły szok. Sądziły, że są bezpieczne, pod Bożą opieką, a tymczasem wtargnął do nich jakiś szaleniec.

— Są ślady włamania?

— Nie, ale na teren klasztoru nietrudno się dostać. Mury obrośnięte są bluszczem, bez problemu można po nim się wspiąć. Jest też tylna furtka wychodząca na pole i ogród. Sprawca mógł wejść również tamtędy.

— Są jakieś odciski butów?

— Kilka w kaplicy. Ale na zewnątrz przysypał je śnieg.

— Więc nie wiemy, czy sprawca faktycznie się włamał. Mógł zostać wpuszczony przez główną bramę.

— To klasztor o ścisłej regule, pani doktor. Wpuszczają tylko księdza, gdy przychodzi odprawiać mszę i spowiadać. Jest też gospodyni, która pracuje na plebanii. Pozwalają jej przyprowadzać małą córeczkę, bo nie ma pieniędzy na opiekunkę. Ale to wszystko. Nikt inny tu nie wchodzi bez zgody przeoryszy. A siostry pozostają w zamknięciu. Wychodzą tylko do lekarza lub gdy wydarzy się coś w rodzinie.

— Z kim pani już rozmawiała?

— Z przeoryszą, matką Mary Clement. I dwiema zakonnicami, które znalazły ofiary.

— Co powiedziały?

Rizzoli pokręciła głową.

— Niczego nie słyszały ani nie widziały. Nie sądzę, by pozostałe siostry były w stanie wiele nam powiedzieć.

— Dlaczego?

— Widziała pani, w jakim są wieku?

— To nie znaczy, że nie potrafią myśleć.

— Jedna z nich jest po wylewie, a dwie mają Alzheimera. Większość śpi w celach bez widoku na dziedziniec, więc niczego nie mogły zauważyć.

Początkowo Maura tylko przykucnęła nad ciałem Camille, nie dotykając go. Pozwalając ofierze na ostatnią chwilę godności. Nic ci już teraz nie sprawi bólu, pomyślała. Dotknąwszy palcami skóry na jej głowie, wyczuła chrzęst przemieszczających się fragmentów kości.

— Wielokrotne uderzenia. Wszystkie trafiły w ciemię albo potylicę…

— A twarz? To tylko plamy opadowe?

— Tak.

— A więc ciosy zadano od tyłu. I z góry.

— Napastnik był prawdopodobnie wyższy.

— Albo ona klęczała, a on nad nią stał.

Maura zastygła nieruchomo, dotykając zimnego ciała. Stanął jej nagle przed oczami wstrząsający obraz młodej zakonnicy, klęczącej z pochyloną głową przed napastnikiem, który zadaje jej ciosy.

— Co za skurwiel morduje zakonnice? — spytała Rizzoli. — Co się, do cholery, dzieje z tym światem?

Maura skrzywiła się na te słowa. Choć nie pamiętała, kiedy po raz ostatni postawiła nogę w kościele, i już dawno przestała wierzyć, poczuła się niezręcznie, słysząc przekleństwa w świętym miejscu. Tak wielką siłę miała indoktrynacja z dzieciństwa, że nawet ona, uważająca świętych i cuda za fantazje, nie ośmieliłaby się zakląć w obliczu krzyża.

Rizzoli była jednak zbyt wściekła, by dbać o dobór słów nawet w kościele. Włosy miała w większym nieładzie niż zazwyczaj, lśniły w nich topniejące płatki śniegu. Blada skóra pokrywała ostro zarysowane kości policzkowe, oczy błyszczały gniewnie w półmroku. Do ścigania potworów Jane Rizzoli zawsze pobudzał słuszny gniew. Tego dnia jednak była jak w gorączce, jakby trawił ją wewnętrzny ogień.

Maura nie chciała podsycać tych płomieni. Starała się zachować obojętny ton i zadawać rzeczowe pytania. Zajmować się faktami, a nie emocjami.

Podniosła rękę siostry Camille i sprawdziła staw łokciowy.

— Jest wiotki. Nie ma stężenia pośmiertnego.

— A więc minęło mniej niż pięć, sześć godzin?

— Poza tym tu jest zimno.

— Naprawdę? — Rizzoli prychnęła pogardliwie, wydychając obłok pary.

— Chyba około zera. Stężenie pośmiertne następuje z opóźnieniem.

— Jak długim?

— Niemal nieograniczonym.

— A co z plamami opadowymi?

— Mogą wystąpić w ciągu pół godziny. To raczej nam nie pomoże w ustaleniu czasu zgonu.

Maura otworzyła torbę i wyjęła termometr do pomiaru temperatury powietrza. Zobaczywszy, ile warstw odzieży ma na sobie ofiara, postanowiła nie mierzyć jej temperatury w odbycie, dopóki ciało nie zostanie przewiezione do kostnicy. Pomieszczenie było słabo oświetlone — w tych warunkach nie mogła przed włożeniem termometru miarodajnie stwierdzić, czy ofiara została zgwałcona. Ściąganie odzieży w tym momencie groziło też zatarciem śladów zbrodni. Wyjęła więc tylko strzykawki, by pobrać płyn z ciałka szklistego do zbadania pośmiertnego poziomu potasu. To da jej przybliżony czas zgonu.

— Proszę mi opowiedzieć o drugiej ofierze — poprosiła Maura, nakłuwając lewe oko Camille i wciągając powoli do strzykawki płyn.

Rizzoli jęknęła z odrazą i odwróciła głowę.

— Ofiara znaleziona przy drzwiach to siostra Ursula Rowland, sześćdziesiąt osiem lat. Twarda staruszka. Podobno poruszała rękami, gdy ładowali ją do karetki. Frost i ja dotarliśmy tutaj, gdy odjeżdżali.

— Jest ciężko ranna?

— Nie widziałam jej. Według ostatnich doniesień ze szpitala jest właśnie operowana. Wielokrotne złamanie czaszki i krwotok do mózgu.

— Jak u tej dziewczyny.

— Tak. Jak u Camille. — W głosie Rizzoli znów pobrzmiewał gniew.

Maura wyprostowała się, drżąc z zimna. Od dotyku przemoczonych spodni zlodowaciały jej łydki. Przez telefon poinformowano ją, że zbrodnia miała miejsce w zamkniętym pomieszczeniu, więc nie zabrała z samochodu szalika ani wełnianych rękawiczek. W nieogrzewanej kaplicy było niewiele cieplej niż na smaganym deszczem i śniegiem dziedzińcu. Wsunęła ręce w kieszenie płaszcza, zastanawiając się, jak Rizzoli, która też nie miała rękawiczek i szalika, wytrzymuje tyle czasu w takim zimnie. Policjantka zdawała się jednak nosić w sobie własne źródło ciepła, żar gniewu, i choć siniały jej wargi, nie spieszyła się najwyraźniej do cieplejszego pomieszczenia.

— Dlaczego tu jest tak zimno? — spytała Maura. — Nie wyobrażam sobie, by odprawiali tutaj msze.

— Nie robią tego. Siostry w zimie nigdy nie korzystają z tej części budynku. Zbyt drogo kosztowałoby ogrzewanie. Niewiele ich tu zresztą mieszka. Msze odprawiają w małej kaplicy obok plebanii.

Maura pomyślała o trzech sędziwych zakonnicach, które widziała w oknie. Te siostry były jak nikłe płomienie gasnące jeden po drugim.

— Skoro nie używają tej kaplicy, co robiły tu ofiary?

Rizzoli westchnęła ciężko, wydychając obłok pary niczym smok.

— Nikt tego nie wie. Przeorysza twierdzi, że po raz ostatni widziała Ursulę i Camille na modlitwach minionej nocy, koło dziewiątej. Gdy nie pojawiły się na porannych modłach, siostry zaczęły ich szukać. Nie spodziewały się, że znajdą je tutaj.

— Te ciosy w głowę. To wygląda na atak szału.

— Ale proszę spojrzeć na jej twarz. — Rizzoli wskazała na Camille. — Nie uderzył jej w twarz. Oszczędził ją. Jakby nie miał nic do niej osobiście. Jakby nie atakował jej, tylko to, co symbolizuje.

— Autorytet? Władzę?

— Zabawne. Powiedziałabym raczej, że wiarę, nadzieję i miłosierdzie.

— Cóż, chodziłam kiedyś do katolickiej szkoły.

— Pani? — Rizzoli prychnęła pogardliwie. — Nigdy bym nie zgadła.

Maura wciągnęła głęboko do płuc zimne powietrze i spojrzała na krzyż, przypominając sobie lata nauki w liceum Świętych Niewiniątek. I udręki, jakich doznawała od siostry Magdalene, nauczycielki historii. Nie były to cierpienia fizyczne, lecz duchowe, zadawane przez kobietę potrafiącą szybko rozpoznać, które dziewczyny wykazują, jej zdaniem, nadmierną wiarę w siebie. Gdy Maura miała czternaście lat, jej najlepszymi przyjaciółmi nie byli ludzie, lecz książki. Dobrze radziła sobie z nauką i była z tego dumna. To sprowadzało na nią gniew siostry Magdalene. Dla dobra Maury jej bezbożna duma z własnego intelektu musiała ustąpić pokorze. Zakonnica realizowała to zadanie ze zjadliwą gorliwością. Ośmieszała Maurę przed klasą, pisała cięte uwagi na marginesie jej bezbłędnych prac i wzdychała głośno, gdy dziewczyna podnosiła rękę, by o coś zapytać. W końcu zmusiła ją do milczącej rezygnacji.

— Siostry mnie zastraszały.

— Sądziłam, że niczego się pani nie boi, pani doktor.

— Przeraża mnie wiele rzeczy.

— Ale nie zwłoki, prawda? — zaśmiała się Rizzoli.

— Są na tym świecie potworniejsze zjawiska.

Zostawiły ciało Camille na jej łożu z zimnego kamienia i wróciły do zaplamionego krwią miejsca na posadzce, gdzie znaleziono żyjącą jeszcze siostrę Ursulę. Fotograf skończył już pracę i wyszedł. W kaplicy pozostały tylko Maura i Rizzoli, dwie samotne kobiety, których głosy odbijały się echem od surowych murów. Maura zawsze uważała kaplice za uniwersalne sanktuaria, gdzie nawet dusza niewierzącego może znaleźć pociechę. Ona jednak nie znajdowała ukojenia w tym posępnym miejscu, które nawiedziła śmierć, żywiąca pogardę dla świętych symboli.

— Siostra Ursula leżała tutaj — powiedziała Rizzoli. — Głową w kierunku ołtarza i nogami w stronę drzwi.

Jakby padała na twarz przed krucyfiksem.

— Ten facet to pieprzony bydlak — ciągnęła gniewnie. — Mamy do czynienia z szaleńcem. Albo jakimś naćpanym dupkiem, który chciał coś ukraść.

— Nie wiemy, czy to mężczyzna.

Rizzoli machnęła ręką w kierunku ciała siostry Camille.

— Myśli pani, że zrobiła to kobieta?

— Kobieta potrafi zamachnąć się młotkiem i roztrzaskać czaszkę.

— Znaleźliśmy odcisk buta. Tam, w połowie nawy. Wygląda mi na męską dwunastkę.

— Może to któregoś z sanitariuszy?

— Nie, ich ślady są tutaj, koło drzwi. Tamten jest inny. Zostawił go sprawca.

Wiatr uderzał w okna, a drzwi zaskrzypiały tak, jakby ciągnął je ktoś niewidzialny, próbując rozpaczliwie dostać się do środka. Rizzoli miała sine z zimna wargi i trupiobladą twarz, ale najwyraźniej nie zamierzała schronić się w cieplejszym pomieszczeniu. To była cała ona, zbyt uparta, by skapitulować. By przyznać, że ma dość.

Maura spojrzała na kamienną posadzkę w miejscu, gdzie leżała siostra Ursula i musiała przyznać rację Rizzoli, że ten atak był aktem szaleństwa. Widziała je w plamach krwi i w ciosach, które roztrzaskały czaszkę siostry Camille. Kryło się za nimi szaleństwo lub zło.

Przeszły ją ciarki. Wyprostowała się i utkwiła wzrok w krucyfiksie.

— Jestem przemarznięta — powiedziała. — Możemy gdzieś się ogrzać? I napić kawy?

— Już pani skończyła?

— Zobaczyłam, co miałam zobaczyć. Resztę wyjaśni sekcja.

Rozdział drugi

Wyszły z kaplicy, przestępując przez policyjną taśmę, która spadła już z drzwi i leżała oblepiona lodem. Wiatr rozwiewał im płaszcze i smagał twarze, gdy zmierzały w kierunku krużganka, mrużąc oczy przed zacinającym śniegiem. Kiedy znalazły się w posępnym przedsionku, Maura poczuła na odrętwiałej twarzy zaledwie lekki podmuch ciepła. W powietrzu unosiła się woń jajek, starej farby i stęchlizny wydzielającego kurz wysłużonego systemu ogrzewania.

Brzęk porcelany doprowadził je przez mroczny korytarz do refektarza skąpanego w zaskakująco współczesnym świetle jarzeniówki. Padało ono nieubłaganie na pomarszczone twarze zakonnic, siedzących wokół sfatygowanego stołu. Było ich trzynaście, pechowa liczba. Koncentrowały uwagę na kwadratach z jasnej, kwiecistej tkaniny, jedwabnych wstążkach i tacach z suszoną lawendą i płatkami róż. Pora rękodzieła, pomyślała Maura, przyglądając się, jak artretyczne dłonie sięgają po zioła i okręcają wstążki wokół woreczków. Jedna z zakonnic siedziała na wózku inwalidzkim, pochylona na bok, z lewą ręką zaciśniętą na poręczy i nieruchomą częścią twarzy. Były to okrutne następstwa wylewu. A jednak to właśnie ona pierwsza zauważyła dwie intruzki i jęknęła znacząco. Pozostałe siostry podniosły wzrok na Maurę i Rizzoli.

Wpatrując się w te pomarszczone oblicza, Maura była zaskoczona tym, jakie są bezbronne. Nie widziała surowych, władczych twarzy, które pamiętała z dzieciństwa, lecz zdezorientowane spojrzenia, oczekujące od niej wyjaśnienia przyczyn niedawnej tragedii. Czuła się niezręcznie w tej nowej roli, jak dorosłe dziecko, gdy uświadamia sobie po raz pierwszy, że przejmuje obowiązki rodziców.

— Czy mogę się dowiedzieć, gdzie jest detektyw Frost? — spytała Rizzoli.

Odpowiedziała jej spracowana kobieta, która wyszła właśnie z kuchni, niosąc na tacy czyste filiżanki i talerzyki. Była w wypłowiałym i zatłuszczonym niebieskim fartuchu, a na jej lewej ręce lśniła pod resztkami mydlin złota obrączka. To nie zakonnica, pomyślała Maura, tylko gosposia, opiekująca się tymi coraz bardziej niedołężnymi kobietami.

— Rozmawia jeszcze z przeoryszą — odparła. Skinęła głową w kierunku drzwi i na jej zmarszczone czoło opadł kosmyk kasztanowych włosów. — Ma biuro w głębi holu.

Rizzoli skinęła głową.

— Znam drogę.

Opuściły jasno oświetloną salę i poszły korytarzem. Maura poczuła podmuch zimnego powietrza, jakby właśnie przemknął obok niej duch. Nie wierzyła w życie pozagrobowe, ale krocząc śladami niedawno zmarłych, zastanawiała się czasem, czy ich odejście nie pozostawia jakiegoś piętna, jakiegoś zakłócenia energii, które mogą wyczuwać żywi.

Gdy Rizzoli zapukała do drzwi biura przeoryszy, drżący głos powiedział:

— Proszę wejść.

Wszedłszy do środka, Maura poczuła aromat kawy, upajający niczym perfumy. Zobaczyła boazerię z ciemnego drewna i prosty krucyfiks wiszący nad dębowym biurkiem, za którym siedziała pochylona zakonnica. Jej oczy za szkłami okularów wyglądały jak dwa ogromne, błękitne stawy. Wydawała się równie sędziwa co słabowite siostry, siedzące przy stole w refektarzu, a okulary robiły wrażenie tak masywnych, jakby pod ich ciężarem jej głowa za chwilę miała opaść na blat. Jednak oczy spoglądające zza grubych soczewek były czujne i emanowały inteligencją.

Barry Frost, partner Rizzoli, odstawił natychmiast filiżankę z kawą i uprzejmie wstał z krzesła. Był typem równiachy, jedynym policjantem w wydziale zabójstw, który potrafił wejść do sali przesłuchań i przekonać podejrzanego, że jest jego najlepszym kumplem. Chyba też tylko on nie miał nic przeciwko temu, by współpracować z nieobliczalną Rizzoli, która nawet teraz patrzyła wilkiem na jego kawę, niewątpliwie rejestrując fakt, że gdy ona dygotała z zimna w kaplicy, on siedział wygodnie w ciepłym pomieszczeniu.

— Matko przełożona — odezwał się Frost — to jest doktor Isles z Urzędu Lekarza Sądowego. Pani doktor, to matka Mary Clement.

Maura uścisnęła dłoń przeoryszy. Była koścista, o skórze suchej jak pergamin. Ściskając ją, Maura dostrzegła wystający spod czarnego rękawa beżowy mankiet. A więc to w ten sposób zakonnice radzą sobie z panującym w klasztorze chłodem. Pod wełnianym habitem przeorysza nosiła ciepłą bieliznę.

Zza grubych szkieł spojrzały na nią nienaturalnie duże niebieskie oczy.

— Urząd Lekarza Sądowego? To znaczy, że jest pani lekarzem?

— Tak. Patologiem.

— Bada pani przyczyny śmierci?

— Właśnie.

Przeorysza zamilkła, jakby zbierała się na odwagę, by zadać kolejne pytanie.

— Była już pani w kaplicy? Widziała pani…

Maura skinęła głową. Chciała uniknąć pytania, którego się spodziewała, ale nie potrafiła być niegrzeczna wobec zakonnicy. Nawet w wieku czterdziestu lat widok czarnego habitu zbijał ją z tropu.

— Czy ona… — Głos Mary Clement przeszedł w szept. — Czy siostra Camille bardzo cierpiała?

— Obawiam się, że nie potrafię jeszcze odpowiedzieć na to pytanie. Dopiero, gdy zrobię… badania. — Miała na myśli autopsję, ale to słowo wydało jej się zbyt zimne, zbyt kliniczne dla delikatnych uszu Mary Clement. Nie chciała też ujawniać strasznej prawdy: że w istocie bardzo dobrze wiedziała, co spotkało Camille. Ktoś zastąpił jej drogę w kaplicy i ścigał ją przez nawę, zrywając jej biały welon nowicjuszki. Gdy ciosy napastnika dosięgły jej głowy, krew trysnęła na ławki, ale dziewczyna biegła dalej, aż w końcu osunęła się na kolana, bezbronna u jego stóp. Nawet wtedy nie przestał. Nawet wtedy zadawał ciosy, miażdżąc jej czaszkę jak skorupkę jajka.

Unikając wzroku zakonnicy, Maura spojrzała przelotnie na drewniany krzyż na ścianie za biurkiem, ale ten symbol męki nie dodawał jej już otuchy.

— Nie widzieliśmy jeszcze ich pokoi — wtrąciła Rizzoli. Była, jak zwykle, rzeczowa, koncentrując się tylko na tym, co należy zrobić.

Mary Clement zamrugała energicznie, by pohamować łzy.

— Tak. Miałam właśnie zabrać detektywa Frosta na górę.

Rizzoli skinęła głową.

— Jesteśmy gotowi.

□ □ □

Przeorysza poprowadziła ich schodami, oświetlonymi jedynie światłem wpadającym przez witraże. W letnie dni promienie słońca musiały barwić ściany całą gamą kolorów, ale w ten zimowy poranek było tu szaro i ponuro.

— Pokoje na piętrze są teraz w większości puste. Z upływem lat musieliśmy przenosić siostry na dół — wyjaśniła Mary Clement, wspinając się powoli, stopień po stopniu, na schody i trzymając się poręczy, jakby się na niej podciągała. Maura miała wrażenie, że przeorysza runie zaraz do tyłu i szła tuż za nią, czekając w napięciu za każdym razem, gdy Mary Clement się chwiała. — Siostrze Jacincie dokucza kolano, więc też zajmie pokój na dole. A teraz siostra Helen ma problemy z oddychaniem. Tak niewiele nas zostało…

— To duży budynek — zauważyła Maura.

— I stary. — Przeorysza przystanęła, by zaczerpnąć tchu, i dodała, śmiejąc się smutno: — Stary tak jak my. I kosztowny w utrzymaniu. Już myślałyśmy, że trzeba będzie go sprzedać, ale Bóg znalazł sposób, byśmy mogły tu pozostać.

— Jaki?

— W zeszłym roku znalazł się ofiarodawca. Teraz zaczęłyśmy remont. Mamy nowe dachówki i ocieplony strych, zamierzamy wymienić piec. — Spojrzała na Maurę. — Może pani wierzyć lub nie, ale w porównaniu z zeszłym rokiem ten budynek zrobił się całkiem przytulny.

Przeorysza wzięła głęboki oddech i kontynuowała wspinaczkę po schodach, pobrzękując różańcem.

— Było nas tu kiedyś czterdzieści pięć. Kiedy przybyłam do Graystones, zajmowałyśmy wszystkie te pokoje. W obu skrzydłach. Ale teraz się wykruszamy.

— Od kiedy wielebna matka tu jest? — spytała Maura.

— Trafiłam tutaj jako postulantka, gdy miałam osiemnaście lat. Pragnął mnie poślubić pewien młody dżentelmen. Obawiam się, że mocno zraniłam jego dumę, kiedy porzuciłam go dla Boga. — Przystanęła i obejrzała się. Maura dopiero teraz spostrzegła pod jej welonem aparat słuchowy. — Pewnie nie potrafi pani sobie tego wyobrazić, prawda, doktor Isles? Że byłam kiedyś młoda?

Rzeczywiście. Maura widziała w Mary Clement tylko trzęsącą się staruszkę. Z całą pewnością nie atrakcyjną kobietę, pożądaną przez mężczyzn.

Dotarłszy do szczytu schodów, ujrzały przed sobą długi korytarz. Dzięki niskim, ciemnym sufitom było tam cieplej, niemal przyjemnie. Odsłonięte belki wyglądały na co najmniej stuletnie. Przeorysza podeszła do następnych drzwi i zawahała się, kładąc dłoń na gałce. W końcu przekręciła ją i drzwi otworzyły się, a jej twarz spowiła szara poświata padająca z wnętrza pomieszczenia.

— To pokój siostry Ursuli — powiedziała cicho.

Sypialnia z trudem pomieściła ich wszystkich. Frost i Rizzoli weszli do środka, ale Maura została przy drzwiach, wodząc wzrokiem po zastawionych książkami półkach i doniczkach z kwitnącymi fiołkami afrykańskimi. Wąskie okno i belkowany sufit sprawiały, że izba wyglądała jak średniowieczna komnata, schludna pracownia uczonego, wyposażona w proste łóżko, szafę, biurko i krzesło.

— Łóżko jest zasłane — stwierdziła Rizzoli, patrząc na złożoną starannie pościel.

— Tak zastałyśmy je rano — odparła Mary Clement.

— Nie kładła się minionej nocy?

— Raczej wcześnie wstała. Jak zwykle.

— Jak wcześnie?

— Często budzi się na długo przed jutrznią.

— Jutrznią? — powtórzył Frost.

— To nasze poranne modły, o siódmej. Tego lata zawsze wychodziła o świcie do ogrodu. Lubi tam pracować.

— A zimą? — spytała Rizzoli. — Co robi tak wcześnie rano?

— Bez względu na porę roku zawsze jest jakieś zajęcie dla tych z nas, które mają jeszcze siły. Jednak wiele sióstr nie może już podołać obowiązkom. W tym roku musiałyśmy zatrudnić panią Otis do gotowania posiłków. Nawet z jej pomocą z trudem sobie radzimy.

Rizzoli otworzyła drzwi szafy. Wewnątrz wisiała skromna kolekcja czarnych i brązowych szat. Ani śladu innych kolorów czy ozdób. Była to garderoba kobiety, dla której liczyła się tylko służba Bogu.

— To wszystkie jej rzeczy? — spytała Rizzoli.

— Wstępując do zakonu, składamy ślub ubóstwa.

— Czy to znaczy, że rezygnujecie ze wszystkiego, co posiadacie?

Mary Clement odpowiedziała pełnym wyrozumiałości uśmiechem, jakim obdarza się dziecko, które zadało absurdalne pytanie.

— To nie takie trudne, pani detektyw. Zachowujemy nasze książki i parę osobistych pamiątek. Jak pani widzi, siostra Ursula lubi fiołki afrykańskie. Ale owszem, przychodząc tutaj, rezygnujemy prawie ze wszystkiego. To zakon kontemplacyjny i nie chcemy, żeby rozpraszał nas zewnętrzny świat.

— Przepraszam, matko przełożona — wtrącił Frost — nie jestem katolikiem, więc nie rozumiem tego określenia. Co to jest zakon kontemplacyjny?

Zadał to pytanie z nabożnym szacunkiem, więc Mary Clement obdarzyła go cieplejszym uśmiechem niż Rizzoli.

— Spędzamy życie na modlitwie, rozważaniach i medytacjach. Dlatego zamykamy się w murach i unikamy kontaktów z ludźmi. Odosobnienie daje nam spokój.

— A jeśli któraś z sióstr złamie zasady? — spytała Rizzoli. — Wyrzucacie ją?

Maura dostrzegła, jak Frost krzywi się na to pytanie.

— Zasad nikt nam nie narzuca — odparła Mary Clement. — Przestrzegamy ich dobrowolnie.

— Ale z pewnością od czasu do czasu któraś z zakonnic budzi się rano i mówi: „Mam ochotę iść na plażę”.

— To się nie zdarza.

— Nie wierzę. Są przecież ludzkimi istotami.

— Tak się nie dzieje.

— Nikt nie łamie zasad? Nie buntuje się?

— Nie musimy opuszczać klasztoru. Pani Otis kupuje nam jedzenie, a ojciec Brophy zaspokaja nasze potrzeby duchowe.

— A listy? Telefony? Nawet w więzieniach o zaostrzonym rygorze ma się prawo czasem do kogoś zadzwonić.

Frost kręcił głową ze zbolałym wyrazem twarzy.

— Mamy tu telefon w razie nagłych wypadków — wyjaśniła Mary Clement.

— Każdy może z niego korzystać?

— Niby po co?

— A co z pocztą? Dostajecie listy?

— Niektóre z nas wolą ich nie przyjmować.

— A gdyby ktoś chciał wysłać list?

— Do kogo?

— Czy to ma znaczenie?

Na twarzy Mary Clement pojawił się chłodny uśmiech, jakby chciała powiedzieć: „Boże, daj mi cierpliwość!”.

— Mogę tylko powtórzyć, pani detektyw, że nie jesteśmy więźniarkami. Wybieramy takie życie. Osoby, które nie akceptują naszej reguły, mogą odejść.

— A co by robiły poza klasztorem?

— Sądzi pani chyba, że nic nie wiemy o świecie, tymczasem niektóre z sióstr pracowały w szkołach i szpitalach.

— Myślałam, że nie wolno wam opuszczać klasztoru.

— Czasem Bóg przydziela nam zadania poza tymi murami. Kilka lat temu siostra Ursula usłyszała Jego wezwanie, by wyjechać za granicę, i otrzymała eksklaustrację — pozwolenie na życie poza klasztorem, z zachowaniem ślubów.

— Ale wróciła.

— W zeszłym roku.

— Nie spodobało jej się w świecie?

— Nie miała w Indiach łatwej misji. Doszło tam do przemocy, terrorystycznego ataku na jej wioskę. Wtedy właśnie do nas wróciła. Tu znów mogła czuć się bezpiecznie.

— Nie miała rodziny, która by ją przyjęła?

— Jej najbliższym krewnym był brat, który zmarł dwa lata temu. Teraz my jesteśmy dla niej rodziną, a klasztor Graystones — domem. Kiedy jest się zmęczonym światem i potrzebuje odpoczynku, wraca się do domu, prawda, pani detektyw? — spytała łagodnie przeorysza.

To pytanie najwyraźniej wprawiło Rizzoli w zakłopotanie. Spojrzała na ścianę, gdzie wisiał krucyfiks, lecz szybko odwróciła od niego wzrok.

— Matko przełożona?

W korytarzu stała kobieta w zatłuszczonym niebieskim fartuchu, patrząc na nich obojętnie. Na jej wychudzoną twarz opadło kilka kosmyków kasztanowych włosów, które wysunęły się spod gumki.

— Ojciec Brophy mówi, że jest już w drodze, żeby zająć się dziennikarzami. Ale dzwoni ich już tylu, że siostra Isabel odłożyła słuchawkę. Nie wie, co im odpowiadać.

— Już idę, pani Otis. — Przeorysza zwróciła się do Rizzoli: — Jak pani widzi, jesteśmy przytłoczone obowiązkami. Proszę zostać tu tyle czasu, ile pani potrzebuje. Będę na dole.

— Jeszcze jedno — powiedziała Rizzoli. — W którym pokoju mieszkała siostra Camille?

— Czwarte drzwi.

— Nie jest zamknięty?

— W tych drzwiach nie ma zamków. Nigdy nie było.

□ □ □

Zapach wybielacza i mydła oliwkowego był pierwszą rzeczą, na którą zwróciła uwagę Maura, wchodząc do pokoju siostry Camille. Podobnie jak u siostry Ursuli wąskie okno wychodziło na dziedziniec, a niski sufit zrobiono z drewnianych belek. O ile jednak w pokoju Ursuli czuło się, że jest zamieszkany, o tyle cela Camille, dokładnie wyszorowana i zdezynfekowana, robiła wrażenie sterylnej. Bielone ściany były puste, jedynie naprzeciwko łóżka wisiał drewniany krucyfiks. Jej wzrok spoczywał na nim każdego ranka, gdy tylko się budziła. Symbolizował sens życia. To był pokój pokutnicy.

Maura przyjrzała się podłodze i zobaczyła, że w niektórych miejscach z powodu zbyt intensywnego tarcia prześwituje spod lakieru jaśniejsze drewno. Wyobraziła sobie, jak delikatna, młodziutka Camille szoruje na kolanach twardą powierzchnię, próbując zetrzeć… co? Stuletnie plamy? Ślady wszystkich kobiet, które mieszkały tu przed nią?

— Chryste — mruknęła Rizzoli — jeśli schludność świadczy o pobożności, ta kobieta była świętą.

Maura podeszła do biurka, na którym leżała otwarta książka. Święta Brygida z Irlandii. Biografia. Wyobraziła sobie, jak Camille czyta przy tym nieskazitelnie czystym biurku, a światło padające z okna oświetla jej delikatne rysy. Zastanawiała się, czy w ciepłe dni zdejmowała kiedykolwiek biały welon nowicjuszki i siedziała z gołą głową, pozwalając, by wiatr rozwiewał jej krótko obcięte jasne włosy.

— Tu jest krew — zauważył Frost.

Odwróciwszy się, Maura zobaczyła, że detektyw stoi przy łóżku, patrząc na pomiętą pościel.

Rizzoli odchyliła narzutę, odsłaniając jasnoczerwone plamy na prześcieradle.

— To menstruacja — stwierdziła Maura, spostrzegając, że Frost czerwieni się i odwraca wzrok. Nawet żonaci mężczyźni bywają przesadnie wrażliwi, gdy chodzi o intymne aspekty kobiecej fizjologii.

Brzęk dzwonka sprawił, że Maura znowu spojrzała w okno. Patrzyła, jak jedna z zakonnic wychodzi z budynku, by otworzyć bramę. Na dziedzińcu pojawiły się cztery osoby w żółtych pelerynach.

— Przybyła ekipa dochodzeniowa — oznajmiła Maura.

— Wyjdę im na spotkanie — mruknął Frost, opuszczając pokój.

Nadal padał deszcz ze śniegiem, uderzając o szyby i przesłaniając Maurze widok na dziedziniec. Zobaczyła tylko jak przez mgłę, że Frost wita się z ekipą dochodzeniową. Kolejni intruzi, zakłócający spokój klasztoru. A za murami czekają już następni. Dostrzegła przejeżdżający wolno obok bramy wóz telewizyjny, bez wątpienia z włączonymi kamerami. Skąd się tak szybko wzięli? Czyżby zapach śmierci był tak przenikliwy?

Odwróciła się i spojrzała na Rizzoli.

— Jest pani katoliczką, Jane, prawda?

Rizzoli prychnęła, przeglądając szafę Camille.

— Ja? Raczej heretyczką.

— Kiedy przestała pani wierzyć?

— Mniej więcej wtedy, gdy straciłam wiarę w Świętego Mikołaja. Nie dotrwałam do bierzmowania, co do dziś wkurza mojego ojca. Chryste, cóż za monotonna garderoba! „Hm, mam dziś założyć habit czarny czy brązowy?”. Jaka normalna dziewczyna chce być zakonnicą?

— Od czasu drugiego soboru watykańskiego nie wszystkie zakonnice noszą habity.

— Tak, ale śluby czystości pozostały. Wyobraża pani sobie, żeby na resztę życia zrezygnować z seksu?

— Sama nie wiem — westchnęła Maura. — Może to przynosi ulgę, gdy przestaje się myśleć o mężczyznach.

— Nie bardzo w to wierzę. — Rizzoli zamknęła szafę i rozglądała się uważnie po pokoju, szukając… czego? Może klucza do osobowości Camille? Wyjaśnienia, dlaczego jej życie skończyło się tak brutalnie, w tak młodym wieku? Maura nie dostrzegała w tym pokoju żadnych wskazówek, żadnych śladów po lokatorce. Może właśnie to stanowiło najwymowniejszy klucz do osobowości Camille. Była młodą kobietą, która ciągle usuwała brud. Piętno grzechu.

Rizzoli podeszła do łóżka i przyklękła, by pod nie zajrzeć.

— Jezu, tu jest tak czysto, że z tej cholernej podłogi można jeść.

Okno zadrżało od podmuchu wiatru, o szyby uderzył deszcz ze śniegiem. Odwróciwszy się, Maura zobaczyła, jak Frost zmierza z ekipą dochodzeniową w kierunku kaplicy. Jeden z techników poślizgnął się nagle na kamieniach i zamachał rękami jak łyżwiarz, próbując utrzymać równowagę. Wszyscy staramy się zachować równowagę, pomyślała Maura. Walczymy z pokusą jak z grawitacją. A gdy w końcu upadamy, jesteśmy zawsze tacy zaskoczeni…

Ekipa weszła do kaplicy. Maura wyobraziła sobie, jak stoją w milczącym kręgu, przyglądając się śladom krwi siostry Ursuli i wydychając obłoki pary.

Nagle usłyszała za plecami łoskot.

Odwróciła się i zobaczyła z przerażeniem, że Rizzoli siedzi na podłodze obok przewróconego krzesła ze spuszczoną nisko głową.

— Jane? — powiedziała, klękając obok niej.

Rizzoli machnęła ręką.

— Nic mi nie jest.

— Co się stało?

— Chyba… za szybko się podniosłam. Trochę mi słabo… — Próbowała się wyprostować, ale zaraz znów opuściła głowę.

— Powinna się pani położyć.

— Nie ma potrzeby. Proszę dać mi tylko chwilę…

Maura przypomniała sobie, że Rizzoli już w kaplicy źle wyglądała. Miała bladą twarz, sine wargi. Przypuszczała, że to z powodu zimna. Teraz były jednak w ciepłym pomieszczeniu, a Rizzoli sprawiała wrażenie równie zmarzniętej.

— Jadła pani śniadanie? — spytała Maura.

— Ee…

— Nie pamięta pani?

— W zasadzie jadłam.

— Co to znaczy?

— Przełknęłam kawałek tosta, jasne? — Rizzoli odtrąciła niecierpliwie dłoń Maury, nie chcąc jej pomocy. Właśnie z powodu tej wyniosłej dumy tak trudno było z nią czasem pracować. — Chyba łapie mnie grypa.